Prawo do sądu

W związku ze sprawą Wąsika i Kamińskiego powraca kwestia, czy Andrzej Duda mógł te osoby ułaskawić już w 2015. Zwolennicy PiSu twierdzą, że tak, gdyż prawo łaski jest prezydenckim prawem „monarszym”, którego nikt kwestionować nie może. Zwolennicy rządów prawa twierdzą natomiast, że nie, bo nie można ułaskawiać osób niewinnych, a tacy byli Kamiński i Wąsik w chwili, gdy Andrzej Duda ich „ułaskawił” przed uprawomocnieniem wyroku.

Jest jeszcze jedna okoliczność przemawiająca za tym, iż Andrzej Duda nie mógł ułaskawić Kamińskiego i Wąsika przed uprawomocnieniem wyroku. Jest to okoliczność rzadko podnoszona, ja o tym czytałem chyba tylko raz, nie pamiętam gdzie, a moim zdaniem jest niesłychanie ważna.

Otóż Andrzej Duda, ogłaszając decyzję o ułaskawieniu, powiedział, że postanowił

uwolnić wymiar sprawiedliwości od tej sprawy.

Czy Andrzej Duda mógł to zrobić? Pozornie jego decyzja dotyczyła tylko Kamińskiego, Wąsika i dwóch innych funkcjonariuszy CBA nieprawomocnie skazanych w tamtym procesie. W rzeczywistości dotyczyła także rodziny Andrzeja Leppera, pokrzywdzonych, występujących jako strona, jako oskarżyciele posiłkowi. Pokrzywdzeni mieli prawo czuć się nieusatysfakcjonowani orzeczonym w pierwszej instancji wyrokiem i mogli chcieć złożyć apelację (i złożyli: to na skutek ich apelacji sprawa trafiła do II instancji). Andrzej Duda, gdyby jego decyzja o ułaskawieniu była skuteczna, gdyby uwolnił wymiar sprawiedliwości od tej sprawy, czyli wykluczył rozpatrywanie sprawy w II instancji, pozbawiłby rodzinę Andrzeja Leppera prawa do sądu. A to jest w sposób oczywisty sprzeczne z konstytucją.

Gdyby sprawa przeszła przez II instancję, pokrzywdzeni poczuliby się usatysfakcjonowani, nawet gdyby prawomocny wyrok nie był zgodny z ich oczekiwaniami: oto bowiem Państwo Polskie rozpatrzyłoby ich żale w pełnej procedurze, jaka im przysługiwała. Andrzej Duda mógłby wówczas skazanych przestępców ułaskawić, to znaczy uwolnić ich od konieczności wykonywania kary i to w niczym nie umniejszałoby praw pokrzywdzonych. Natomiast uwolnienie wymiaru sprawiedliwości od tej sprawy pozbawiałoby pokrzywdzonych przysługujących im praw. Coś niedopuszczalnego.

***

Obecnie, po wydaniu prawomocnego wyroku w II instancji, pełnomocnik rodziny Andrzeja Leppera apeluje do Andrzeja Dudy, aby ten ułaskawił skazanych, tym razem prawidłowo. Pełnomocnik rodziny argumentuje, że krzywda, jaka spotkała Andrzeja Leppera, nieudolna próba wrobienia go w aferę korupcyjną, została już naprawiona przez to, że sprawa została nagłośniona i dla opinii publicznej jest jasne, że Andrzej Lepper nie był łapówkarzem, że to Kamiński, Wąsik i podlegli im funkcjonariusze oszukańczo fabrykowali przeciwko niemu dowody. Rodzina Andrzeja Leppera czuje się tym usatysfakcjonowana i nie domaga się, aby sprawcy wylądowali w więzieniu.

***

Toczy się gorszący spór, czy Kamiński i Wąsik nadal są posłami. Nie są, ale nawet gdyby ktoś twierdził, że jednak tak, to w aferze gruntowej, za którą zostali prawomocnie skazani, nie chroni ich immunitet poselski. Akt oskarżenia przeciwko nim został wniesiony w 2009, gdy żaden z nich nie był posłem, immunitet zaś nie obejmuje czynów przeszłych, sprzed objęcia mandatu.

Pojednanie?

Po wyborach 15 października różne osoby wzywają do pojednania z PiSem. No bo podziały szkodzą, to PiS dzielił, a my nie powinniśmy być jak PiS, tylko z odwróconymi znakami, czekają nas trudne wyzwania, przez które trudno nam będzie przejść przy podzielonym społeczeństwie i tak dalej.

A ja na to, że po stronie wciąż rządzącego PiSu nie widzę żadnej chęci do pojednania. Wciąż jest u nich ta sama buta, krętactwo i złodziejstwo.

A przede wszystkim, jak już kilka razy pisałem, należy rozróżnić PiSowskich działaczy i wyborców.

Jeśli chodzi o działaczy – ministrów, posłów, nominatów na wyższe stanowiska państwowe i w spółkach skarbu państwa, nominatów w wojsku, policji, służbach i wymiarze sprawiedliwości, beneficjentów „grantów” i wspierających to wszystko propagandzistów, zwanych dziennikarzami – żadnego pojednania być nie powinno i nie należy o nie zabiegać. Ci wszyscy ludzie to są fanatycy, głupcy, bezmyślni funkcjonariusze partyjni, osoby leczące swoje kompleksy pozorami władzy i znaczenia, cyniczni karierowicze, kłamcy i nieudacznicy, osoby merytorycznie niekompetentne, wreszcie ruscy agenci, oczywiście w różnych proporcjach. Naprawdę, z osobami tak niskiej konduity wręcz nie warto się jednać, oni by tego zresztą nie zrozumieli, bo każdy gest dobrej woli poczytaliby za oznakę słabości. Oni powinni zniknąć z życia publicznego, a ci, którym uda się udowodnić przestępstwa, powinni wylądować w więzieniu. Reszta w większości straci swoje synekury i wpływy polityczne, ale większa krzywda im się nie stanie, przeżyją, a nawet będą prosperować. Ale jakoś spektakularnie jednać się z nimi nie trzeba, to byłoby wręcz gorszące. Kogo z nich się nie da – lub nie będzie warto – ukarać, trzeba ignorować.

Pewien wyjątek można zrobić dla „cynicznych karierowiczów średniego szczebla”. Oni nie popierali PiSu ze względów ideowych, ale dlatego, że dzięki PiSowi mogli zarobić. Chętnie przystaną do nowej władzy, równie cynicznie, skoro tylko nowa władza będzie rozdawać benefity. Więc jeśli okaże się, że takie osoby – menedżerowie w spółkach, sędziowie, oficerowie, ministerialni urzędnicy itd – nie byli bardzo szkodliwi, a mają jakieś kompetencje merytoryczne, ja bym im dał spokój. Cóż, „cyniczni karierowicze średniego szczebla” istnieją w każdym społeczeństwie. Ich obecność zapewne jest przykra z moralnego punktu widzenia, ale po prostu takie jest życie. Ludzkość nie jest społeczeństwem aniołów. I nie będzie.

Nieco inaczej jest z wyborcami PiSu. Ta grupa nie jest jednorodna. Jej trzon stanowią fanatycy, ludzie zaślepieni, którzy wierzą, że Tusk na zlecenie Niemiec chce pozbawić Polskę niepodległości oraz że współorganizował tak zwany „zamach smoleński”, gdyż jest także agentem Putina. Że Trzecią Drogę założyło KGB. Że cały świat spiskuje przeciwko Polsce chcąc ją zniszczyć, ponieważ Jezus Chrystus i Matka Boska wyznaczyli Polsce jakąś szczególną rolę w boskim planie zbawienia. Otóż z tą grupą wyborców PiSu także nie będzie pojednania, głównie dlatego, że oni sami go nie zechcą, uznając pojednanie z nie-PiSem za zdradę i coś uwłaczającego ich godności. No, trudno. Niech sobie żyją w swoim urojonym świecie.

Inną ważną częścią elektoratu są ludzie źle poinformowani. Kształtowani, ogłupiani rządową propagandą telewizji, także radia i przejętych przez PiS lub finansowanych przez spółki skarbu państwa mediów, często nie mający dostępu do żadnych innych źródeł informacji. Otóż oni, część z nich, za jakiś czas gotowa jest zmienić poglądy, gdy docierający do nich przekaz medialny straci swoje trujące ostrze, a oni sami dostrzegą, że Polska się nie wali, nikt nie burzy kościołów i nie każe jeść owadów, a po wsiach i miasteczkach nie hulają lewackie bandy aborcyjno-eutanazyjne. Jeśli zobaczą, że Tusk i Hołownia nie mają rogów ani czarcich kopytek, a rządzona przez nich Polska jest mniej-więcej normalna, pojednanie z nimi nie będzie nawet potrzebne.

Istnieje także grupa cynicznych wyborców PiSu. Jak wynika z badań Sadury i Sierakowskiego, oni nie popierali poglądów PiSu, ale głosowali na nich, bo PiS dawał 500+, 13 emeryturę i inne świadczenia, a także załatwiał rozmaite interesy lokalne lub grupowe. Jeśli Polska pod rządami ugrupowań demokratycznych nadal będzie to robić, oni bez żalu przerzucą poparcie na nową władzę i żadne pojednanie także nie będzie potrzebne. I dlatego przyszła nowa władza zapowiada zachowanie tych wszystkich świadczeń, choć ich społeczna celowość jest wątpliwa, a koszt ekonomiczny znaczny.

I na koniec, wśród wyborców PiSu są, nazwijmy to, bona fide konserwatyści. Może i nie byli zachwyceni PiSowskimi zamachami na demokrację czy skalą złodziejstwa i nepotyzmu, ale przerażały ich zmiany zachodzące we współczesnym świecie, zwłaszcza w Europie Zachodniej: coś, co dla nich było upadkiem obyczajów, zanikiem religii i tradycyjnych norm z niej się wywodzących, permisywizm, konsumpcjonizm, zmiany etniczno-demograficzne, upadek tradycyjnych działów gospodarki, a także alienacja elit i okazywana przez nie pogarda dla prostych ludzi. Ci ludzie uwierzyli, że PiS reprezentuje te wszystkie „tradycyjne wartości”, co było całkowitą pomyłką, gdyż PiS, poza grupką religijnych fanatyków i nacjonalistów, wszystkie „tradycyjne wartości” traktował cynicznie, instrumentalnie. Otóż to jest jedyny sektor wyborców PiSu, z którymi warto podjąć próbę pojednania.

Gaza

Jestem przerażony wyuzdanym okrucieństwem Hamasu, zaślepieniem Izraela, cierpieniem mieszkańców Strefy Gazy, brakiem jakichkolwiek perspektyw na wyjście z obecnej sytuacji, możliwością eskalacji konfliktu na cały Bliski Wschód, a może i dalej.

Hamas to zbrodnicza organizacja terrorystyczna. Atakuje Izrael, dopuszcza się odrażających zbrodni, w programie ma wpisane zniszczenie, unicestwienie państwa Izrael. Dosłowną i całkowitą likwidację państwa Izrael. A jednocześnie ponosi odpowiedzialność z biedę i naprawdę bardzo ciężkie położenie 2 mln Palestyńczyków ze Strefy Gazy. Gaza jest katastrofalnie przeludniona, ma 60% bezrobocie, żadnych perspektyw rozwoju, brakuje prądu, paliwa, wody pitnej – a rządzący Strefą Hamas przechwytuje większość pomocy międzynarodowej płynącej do Gazy. Szczególnie odrażające wydaje mi się to, że przywódcy Hamasu żyją sobie bezpiecznie i w dostatku w innych krajach muzułmańskich, nie dbając o to, że ich pobratymcy cierpią. A może wręcz celowo utrzymują ich w takim położeniu, żeby obrócić ich gniew przeciwko Izraelowi i skłonić, zmusić do terrorystycznych ataków.

Zupełnie się nie dziwię, że Izrael chciałby zmieść Hamas z powierzchni ziemi, zetrzeć go w proch i pył, wybić wszystkich przywódców i ideologów Hamasu, a przy okazji jak najwięcej bojowników-terrorystów. Gdyby Izrael to osiągnął, świat, a przynajmniej Bliski Wschód, stałby się nieco bezpieczniejszym miejscem.

Tyle, że wydaje mi się prawie niemożliwe, aby Izraelowi to się udało. Głównie dlatego, że Hamas celowo ukrywa swoje stanowiska wśród obiektów cywilnych, ale także dlatego, że wśród Palestyńczyków z Gazy nienawiść do Izraela jest tak wielka, a perspektywy życiowe tak marne, że niedobitki Hamasu nie będą miały żadnych problemów z rekrutowaniem nowych bojowników. Młodzi Palestyńczycy, którzy przystąpią do Hamasu, zapewne zginą, ale będą się cieszyć szacunkiem i poczują, że ich życie ma jakiś sens. A ta garstka, która przeżyje, będzie potem mogła wieść całkiem wygodne życie.

Obecna wojna – izraelski atak na Gazę, będący odwetem za zmasowany atak terrorystyczny z 7 października – nie zlikwiduje Hamasu. Osłabi, może nawet poważnie, ale nie zlikwiduje. Jednocześnie spowoduje kolosalne straty wśród ludności cywilnej, gdyż Hamas celowo używa jej jako żywych tarcz. No i co z tego, że cywilni mieszkańcy Gazy fanatycznie nienawidzą Izraela? Nienawidzą Izraela, popierają Hamas (bo nawet nie przychodzi im do głowy, że mogliby popierać kogoś innego), ale jednak są cywilami. Zabijanie ich tylko wzmocni nienawiść Palestyńczyków i pozostałych Arabów do Izraela, oraz bardzo osłabi sympatię społeczeństw Zachodu do Izraela, i tak raczej wątłą. Hamas przez kilka, może nawet kilkanaście lat nie będzie w stanie uderzyć na Izrael tak mocno, jak trzy tygodnie temu, ale potem uderzy. I będzie to jeszcze bardziej okrutne i niszczycielskie, bo nienawiść do Izraela wzrośnie do poziomów niespotykanych.

A w międzyczasie Hamas będzie rekrutował nowych bojowników i pokazywał światu trupy palestyńskich dzieci, żeby zniechęcić Zachód do wspierania Izraela. Przywódcom Hamasu śmierć cywilów z Gazy w niczym nie przeszkadza. Nie dbają o nich. Chcą wykorzystać ich śmierć instrumentalnie. A może wręcz traktują obecny konflikt jak wojnę malthusiańską: śmierć wielu tysięcy cywilów oraz kilku tysięcy młodych mężczyzn-bojowników nieco zmniejszy ciśnienie wewnętrzne, a to, co zostanie, łatwo będzie obrócić na jeszcze większą nienawiść do Izraela.

To nie może doprowadzić do niczego dobrego.

Uważam, że Izrael, nawet jeśli nie z litości dla palestyńskich cywilów, to z powodów czysto pragmatycznych, powinien odpuścić i poniechać zemsty na ludności Strefy Gazy, oficjalnie nazywanej operacją przeciwko terrorystom z Hamasu. Mimo, iż terroryści z Hamasu naprawdę są terrorystami. Obecna wojna żadnego problemu nie rozwiąże, a spowoduje bezmiar cierpienia i nakręci spiralę nienawiści.

Wanda Półtawska

W wieku prawie 102 lat zmarła dr Wanda Półtawska, lekarz-psychiatra, w czasie wojny więźniarka Ravensbrück, po wojnie wielka przyjaciółka Karola Wojtyły. Bez wątpienia byli sobie bardzo bliscy, łączyła ich wyjątkowo mocna więź duchowa.

Wanda Półtawska była osobą głęboko religijną i nieprzejednaną przeciwniczką nie tylko aborcji (bez względu na okoliczności), lecz także antykoncepcji. Teraz niektórzy widzą w niej świętą i oczekują szybkiej beatyfikacji, niemalże santa subito, inni ubolewają nad wpływem, jaki – pośrednio – miała wywrzeć na Kościół. Mówi się, że to Wandzie Półtawskiej katolicyzm zawdzięcza kategoryczny zakaz antykoncepcji, ogłoszony przez papieża Pawła VI w encyklice Humanae vitae. Większość z powołanych przez papieża ekspertów skłaniała się do dopuszczenia antykoncepcji w małżeństwach (seks pozamałżeński Kościół potępia tak czy siak), papież jednak posłuchał kard. Wojtyły i to głoszony przez niego całkowity zakaz zawarł w encyklice. Wojtyła zaś pod wpływem Wandy Półtawskiej tylko utwierdzał się w swoich ultrakonserwatywnych poglądach na etykę seksualną.

Wiele osób po tym, co przeżyli i zobaczyli w obozach koncentracyjnych, zwariowało. Jeśli nie zwariowali do tego stopnia, że trzeba ich było umieścić w ośrodku zamkniętym, to nie mogli się pozbierać do końca życia, obozowe myśli i wspomnienia dręczyły ich aż do śmierci, popadali w jakieś straszne obsesje. Zapewne był to pewien szczególny rodzaj PTSD. To jest dobrze opisane w literaturze wspomnieniowej i naukowej. Zupełnie szczerze uważam, że czegoś takiego doświadczyła Wanda Półtawska po przeżyciach w Ravensbrück – u niej objawiło się to zupełnie szaloną fiksacją na punkcie „ochrony życia nienarodzonych”, pewnie dlatego, że nie raz widziała, co hitlerowcy robili z kobietami, w tym z ciężarnymi. A gdy na to nałożyła się głęboka religijność, dostaliśmy, cośmy dostali.

Października piętnastego

Znane są już ostateczne wyniki wyborów. PiS uzyskał co prawda najwięcej głosów, ale ze 194 mandatami nie ma szans na utworzenie rządu, a ma przy tym zerową zdolność koalicyjną. Za to koalicja KO-Trzecia Droga-Lewica ma łącznie 248 mandatów i będzie mogła utworzyć stabilny rząd, o ile tylko nie pokłóci się o „pryncypia”, czyli o jakieś rzeczy drugoplanowe. Najważniejsze bowiem jest odzyskanie państwa z rąk PiSu, a dopiero potem można zacząć je naprawiać.

Szczególnie imponująca była frekwencja wyborcza: 74,38%, większa od wszystkich poprzednich wyborów w wolnej Polsce, większa nawet od historycznych wyborów z 4 czerwca 1989!

Wyniki wyborów będą teraz analizowane na wszystkie strony przez polityków, publicystów, a zwłaszcza socjologów i politologów, wyposażonych w odpowiednie narzędzia. Ja zwrócę teraz uwagę na dwie kwestie.

Po pierwsze, zaskakująco niski wynik Konfederacji i dość wysoki wynik PiSu. Konfederacja wprowadza do Sejmu tylko 18 posłów, a liczyła na dwa razy więcej. W liczbach bezwzględnych Konfederacja zdobyła więcej głosów (1547364) niż w 2019 (1256253), ale przy znacznie wyższej frekwencji dało to mniejszy udział procentowy. Konfederacja była nieskuteczna w przyciąganiu głosów wyborców niezdecydowanych i dotąd nie głosujących. Ci zwabiani retoryką antyukraińską poszli do PiSu, który – jak sądzę – dokładnie w tym celu stał się w ostatnich tygodniach antyukraiński, a przy tym był sprawczy. Z kolei osoby chętnie słuchające o niskich podatkach i opcjonalnym ZUSie mogły się zrazić jadowitą mizoginią i głębokim konserwatyzmem obyczajowym Konfederacji – oni zapewne wybrali Trzecią Drogę, która zanotowała wyjątkowo dobry wynik (14,40%), choć jeszcze kilka tygodni temu obawiano się, że może nie przekroczyć progu 8%. Niektórzy mogli wręcz wybrać Koalicję Obywatelską.

Po drugie, wyraźnie rozczarowana jest Lewica, która zdobywając 1859018 głosów, zdobyła ich wręcz mniej, niż w 2019 (2319946). Nawet w wyjątkowo mocno zmobilizowanej grupie najmłodszych wyborców, „naturalnie” antykościelnych i postępowych obyczajowo, więcej osób głosowało na Koalicję Obywatelską niż na Lewicę. No cóż, Lewica, która historycznie kojarzona jest z walką o prawa pracownicze i przeciwko wyzyskowi i nawet coś z tej retoryki zachowuje, ma we współczesnej polskiej klasie pracującej zaniedbywalne poparcie. Lewica jest (wielko)miejską antyklerykalną partią osób wykształconych, walczącą o prawa człowieka, z bardzo dużym naciskiem na prawa kobiet i prawa grup wykluczonych. Ale, jak widać, to nie wystarczyło. Być może w tym wypadku to Koalicja Obywatelska – choć oczywiście nigdy się nie przyzna, że zrobiła to celowo! – skanibalizowała Lewicę, przyjmując cały szereg lewicowych postulatów, ale w wersji złagodzonej, strawnej dla wyborców centrowych, a nawet nieco na prawo od centrum, ale wciąż dostatecznie dobrej dla wyborców umiarkowanie lewicowych. Przy Lewicy zostali wyborcy o poglądach bardziej radykalnych lub kierujący się niechęcią do „libków”.

Co z tego wyniknie, czas pokaże. Oby się tylko KO, TD i Lewica nie pokłóciły! Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Choć PiS – tu nie mam żadnych wątpliwości – będzie rzucał kłody pod nogi. Ale będzie nieskuteczny.

Nieudacznicy

PiSowi nic nie wyszło. Nawet jeśli pominąć wszystkie kwestie prawne i ustrojowe z jednej, a niewiarygodną wręcz skalę złodziejstwa i nepotyzmu z drugiej strony, wszystko, za co się brali, spieprzyli. Dlaczego? To proste: PiS to banda niekompetentnych nieudaczników, którym nie wychodzi nic poza podsłuchami, inwigilacją, dewastowaniem międzynarodowej pozycji Polski i pałowaniem kobiet na demonstracjach.

Kilka przykładów z bardzo długiej listy.

  • Zaczęli swoje rządy od zniszczenia polskich stadnin koni. Ktoś to jeszcze pamięta?
  • Za 2 mld przekopali Mierzeję Wiślaną – tylko po to, żeby mogły tam pływać niewielkie jednostki rekreacyjne i nieliczne kutry rybackie.
  • Od lat twierdzą, że budują Centralny Port Komunikacyjny, choć nie potrafią pokazać żadnych analiz ruchu choćby sugerujących, że będzie to przedsięwzięcie opłacalne, a niechby tylko sensowne. Tymczasem choć budowa nie ruszyła, ludziom grożą wywłaszczenia za psie pieniądze, za to zarząd pobiera sute wynagrodzenia.
  • Tzw. Polski Ład zrujnował polski system podatkowy.
  • Bardzo znacznie wzrosło zadłużenie Polski, duża część wydatków budżetowych została wyprowadzona do funduszy, których nikt nie kontroluje.
  • Mamy inflację i drożyznę, a PiSowskie władze, rząd i NBP, nie chcą lub nie umieją z nią walczyć.
  • Wciąż nie ma środków z KPO.
  • Zakazali handlu w niedziele, rzekomo po to, aby chronić małe sklepy. Tymczasem małe sklepy padają jak muchy, a duże sieci handlowe kwitną.
  • Mamy niestabilne i nieprzewidywalne ceny energii.
  • Na skutek inflacji i wzrostu cen energii, małe przedsiębiorstwa – sklepy, restauracje, punkty usługowe, mali i średni producenci tego i owego – padają w tempie niespotykanym nawet w pandemii.
  • Wydłuża się czas oczekiwania na wizytę lekarską, małe szpitale są zamykane, większe popadają w gigantyczne długi.
  • Wydłużył się średni czas oczekiwania na wyrok sądowy.
  • Szkoły są przepełnione, programy nauczania głupie, matura źle zorganizowana, nauczyciele, których pensje są skandalicznie niskie, masowo odchodzą z zawodu, a minister edukacji i kuratorzy dbają tylko o to, żeby w szkołach nie pojawiały się treści ideologicznie niesłuszne.
  • Na kolei mamy całą serię wypadków. O punktualności pociągów możemy zapomnieć. Wartość giełdowa spółek kolejowych spada. Czyżby polskim kolejom groził upadek?
  • Rosyjska rakieta przelatuje przez pół Polski, rząd o tym nie informuje, a podległe Błaszczakowi wojsko nie potrafi jej znaleźć, czekając, aż odkryją ją turyści na przejażdżce konnej w lesie. Potem minister, by zatrzeć swoją niekompetencję, oskarża generałów o zaniedbania.
  • Obiecali zorganizować tranzyt ukraińskiego zboża przez Polskę. Nie zorganizowali, przeciwnie, zalali nim polski rynek, żeby kilku znajomych mogło na tym zarobić.
  • Od wybuchu wojny w Ukrainie, Polska – z początku bardziej w wyniku wysiłków społeczeństwa i samorządów, niż rządu – budowała przyjazne stosunki z Ukrainą. PiS w kilka tygodni to zaprzepaścił dla doraźnych zysków politycznych. (Nawiasem mówiąc, upadł w ten sposób koronny argument przeciwko tezie, że PiS to ruska agentura: „Rząd PiS pomaga Ukrainie”. Otóż nie, już nie pomaga.)
  • Na skutek wywołanego przez rząd PiS skandalu wizowego grozi nam wykluczenie ze strefy Schengen.
  • Rozparcelowali Lotos i część przyłączyli do Orlenu, rzekomo po to, aby zbudować silny koncern narodowy. W rzeczywistości oddali za pół-darmo kontrolę nad Rafinerią Gdańską Saudyjczykom.
  • Wisienką na torcie są „awarie” na stacjach Orlenu. Najpierw, pod koniec zeszłego roku, Orlen, korzystając ze swojej pozycji monopolistycznej, zawyżał ceny paliw i łupił kierowców. Zgromadziwszy środki, przed wyborami Orlen zaczął gwałtownie obniżać ceny paliw, żeby ludzie zobaczyli, jak to pod rządami PiS jest dobrze. Problem w tym, że Polska nie produkuje tylu paliw, ile zużywa, część trzeba importować. A po obniżeniu przez Orlen cen hurtowych, import stał się nieopłacalny i paliwa zabrakło. Orlen nie jest się w stanie do tego przyznać, więc wywiesza na swoich stacjach informacje o „awarii dystrybutora”, z czego Polska śmiałaby się jak długa i szeroka, gdyby nie to, że paliwa naprawdę brakuje i ludzie mają problem.

Tak byłbym zakończył wczoraj, ale doszedł jeszcze całkiem nowy element:

  • Dwaj z trzech najwyższych dowódców wojskowych złożyło raptem dymisje. Byli to generałowie powołani na swoje stanowiska już za rządów PiS, a prezydent Duda całkiem niedawno głośno ich chwalił. Na zwolnione miejsca powołano generałów z WOT. Widać albo PiS nie ufa innym generałom, albo oni nie chcą współpracować z PiS. Świadczy to o bardzo głębokim konflikcie pomiędzy wojskiem a władzami cywilnymi, przede wszystkim z ministrem Błaszczakiem i premierem Morawieckim; prezydent Duda jest być może tylko bezradnym figurantem, który samodzielnie nic nie może zrobić.

Czy pozwolimy na to, aby ci skrajnie niekompetentni, zapatrzeni wyłącznie w samych siebie ludzie nadal nami rządzili?

Ćwierć miliona

W ciągu ostatnich dziesięciu lat do Włoch przez Morze Śródziemne przybyło milion nielegalnych imigrantów (niektóre źródła podają, że nieco mniej). A Polska w ciągu ostatnich dwu i pół roku zalegalizowała przyjazd do Europy 250 tysięcy, ćwierci miliona, migrantów z Azji, Bliskiego Wschodu i Afryki, na lewych wizach pracowniczych i studenckich. To są oficjalne dane polskiego MSZ.

O włoskim kryzysie migracyjnym mówi się od lat, a wywołany przez Polskę skandal budzi emocje – głównie poza Polską – dopiero od kilku tygodni. Ale to nijak nie umniejsza wagi tego skandalu.

Te ćwierć miliona osób zostało przyjęte bez jakiejkolwiek spójnej, przedyskutowanej, ujawnionej publicznie polityki migracyjnej. W dodatku co najmniej znaczna część, zapewne olbrzymia większość tych wiz została wydana za łapówki. Jednak najstraszniejsze jest to, że osoby otrzymujące polskie wizy prawie w ogóle nie były sprawdzane, więc z pewnością, oprócz bona fide migrantów szukających lepszych warunków do życia w Europie, wśród osób, którym Polska przyznała wizy schengeńskie, znaleźli się pospolici przestępcy, ofiary handlu ludźmi, a być może także potencjalni terroryści i wrodzy agitatorzy.

Słabym pocieszeniem jest, że wielu migrantów z polskimi wizami nawet nie zajrzało do Polski. Polecieli prosto na Zachód, a mając ważną wizę schengeńską, spokojnie przeszli kontrolę. Lub też przyleciawszy do Polski, mając ważną wizę, pojechali dalej, do Niemiec lub Szwecji. I szukaj wiatru w polu.

Rekapitulując, czy to w dziurawych pontonach przez morze do Włoch, czy to z wydanymi przez Polskę wizami schengeńskimi, mamy to samo tempo napływu imigrantów. Gdyby trend z ostatnich trzydziestu miesięcy utrzymał się przez dziesięć lat, Polska zalegalizowałaby pobyt w Europie miliona niesprawdzonych osób. A rząd PiS całkiem oficjalnie planował zwiększenie tempa do 400 tysięcy rocznie. PiSowski wiceminister rolnictwa przebąkiwał coś nawet o milionie osób w krótkim czasie. I na tym polega polski skandal wizowy: Polska wpuszczała do Europy tysiące ludzi, o których nie wiedziała nic, w takim samym tempie, w jakim do Włoch przybywali migranci przez Morze Śródziemne. Politycy, urzędnicy i funkcjonariusze powiązani z PiS na tym zarabiali. Albo są głupsi i bardziej cyniczni, niż to się mogło wydawać, albo to Polska stała się elementem wojny hybrydowej z Zachodem.

Polska całkowicie, wręcz ostentacyjnie, zlekceważyła wszelkie zasady przyjazdu nie-Europejczyków do Europy. Staliśmy się jednym z głównych kanałów napływu nielegalnych imigrantów do Unii Europejskiej. Złamaliśmy solidarność europejską w kwestii przepływu ludzi, czemu więc się dziwimy, że Zachód nie chce nam okazać solidarności choćby w sprawie ukraińskiego zboża? A przy okazji w krajach, w których Polska wręcz sprzedawała wizy, wielu ludzi zapłaciło, ale wiz nie dostało i czują się oszukani. W ich oczach Polska to kłamliwy, biały kraik, żerujący na biedzie nie-Europejczyków.

Za wszystko to odpowiada rząd PiS.

A na marginesie przypominam, że rząd PiS za pół-darmo oddał kontrolę nad Rafinerią Gdańską Saudyjczykom.

Wesoła zabawa księżowska

Jak donosi Gazeta Wyborcza, grupa księży z Dąbrowy Górniczej w diecezji sosnowieckiej urządziła sobie imprezę, której scenariusz wyglądał mniej więcej tak:

  • Impreza była gejowska, księża-uczestnicy zażywali tabletki na potencję
  • Dla większego funu wynajęto męską prostytutkę
  • Pan prostytutka zasłabł
  • Ktoś spanikował i wezwał pogotowie
  • Reszta towarzystwa zorientowała się, że jeśli na jaw wyjdzie charakter imprezy, może być grubo
  • Wobec czego nie wpuszczono pogotowia
  • Pogotowie wezwało policję
  • Dopiero po przybyciu policji pogotowie mogło udzielić pomocy nieprzytomnemu.

A wszystko za pieniądze bogobojnych wiernych.

[Edit: Z późniejszych doniesień wynika, że zasłabł nie seksworker, ale jeden z księży-uczestników, który wziął za dużo viagry i jeszcze z czymś ją zmieszał. To seksworker wezwał pogotowie, więc księża go wyrzucili, ale seksworker zaczekał i przekonał ratowników, że w mieszkaniu jest nieprzytomny człowiek. Dlatego pogotowie wezwało policję.]

To jest wprost niewiarygodne. Gdyby taka scena znalazła się w jakimś wojowniczo antyklerykalnym filmie, publiczność uznałaby, że autorzy przesadzili, bo takie rzeczy jednak się nie dzieją.

Otóż dzieją się.

Kilkaset lat temu moglibyśmy się spodziewać, że wobec takiego wyuzdania i takiego zakłamania księży, w polskim Kościele pojawi się jakiś Savonarola lub Marcin Luter, nie godzi się bowiem, aby kapłanami Boga byli ludzie tak zdeprawowani, jak ci księża z Dąbrowy Górniczej i reszta towarzystwa, która to toleruje. Kilkaset lat temu kościelni rewolucjoniści zyskiwali posłuch, bo ludziom zależało, aby Bóg był czczony w sposób godny.

Tragedią polskiego Kościoła nie jest to, że księża są zakłamani i zdeprawowani. Tragedią jest to, że żaden Savonarola ani Marcin Luter się nie pojawią, bowiem nikomu nie zależy już na należytym sprawowaniu kultu. Wszystkim – i duchownym, i wiernym, i nie-wiernym – zależy jedynie na tym, aby mieć spokój: spokój wygodnego życia, spokój praktykowania wiary w sposób dotychczasowy, czyli na ogół bez niepotrzebnych odniesień do Boga, ale z zachowaniem licznych tradycyjnych norm i obyczajów, na ogół anachronicznych – lub też spokój nie bycia przymuszanym do takiego życia, ewentualnie spokój wyśmiewania się „ze średniowiecznych bajek” (to błąd, gdyż winno być „ze starożytnych mitów”).

Girolamo Savonarola

***

Czytam, że przełożony tego towarzystwa, biskup sosnowiecki Grzegorz Kaszak, mówił do osób LGBT

nie ściągajcie na nas wszystkich gniewu bożego.

Do własnych księży też to mówił? W ogóle to ciekawe, bo bp Kaszak podobno sam jest gejem, był oskarżany przez innych księży o molestowanie – niczego nie udowodniono – a z całą pewnością był protegowanym i sekretarzem kard. Alfonso Lópeza Trujillo, który rzekomo nie dość, że sam był aktywnym homoseksualistą (choć publicznie homoseksualizm potępiał), miał być seksualnym drapieżcą, skłonnym do przemocy. Byłoby niesłychanie dziwne, gdyby bp Kaszak nie zetknął się z gejowskimi ekscesami w Kościele południowoamerykańskim.

Ostatnio bp Kaszak porównał napór uchodźców do bolszewickiego ataku z 1920.

Nie dziwi nic.

Najsłabsze ogniwo

PiSowska afera wizowa wybucha jak granat w szambie. Wszyscy zainteresowani wiedzą, o co poszło, więc tylko w skrócie: W wielu krajach Afryki i Azji, aby dostać wystawioną przez Polskę wizę schengeńską, koniecznie trzeba było skorzystać z pośrednictwa agencji outsourcingowej, za co zainteresowani płacili kilka tysięcy dolarów. Bez tego pośrednictwa uzyskanie polskiej wizy było praktycznie niemożliwe, za to skorzystanie z niego było najłatwiejszym sposobem na zdobycie prawa wjazdu do strefy Schengen.. Agencja kompletowała dokumenty kandydata i przedstawiała je konsulowi, który często tylko przybijał pieczątkę. Są doniesienia, że w niektórych krajach afrykańskich gotowe polskie dokumenty wizowe można było kupić na straganie przed ambasadą. Nie wiadomo, ile wiz w ten sposób Polska wystawiła, ale szacuje się na około 250 tysięcy dla mieszkańców Azji i Afryki w ciągu ostatnich trzydziestu miesięcy. Polskie MSZ z różnych źródeł od kilku miesięcy dostawało sygnały, że system jest wybitnie korupcjogenny, ale nic z tym nie zrobiło. Cały proceder nie byłby możliwy bez współpracy (korupcji) w polskim MSZ i w polskich służbach specjalnych, które system wizowy powinny ochraniać.

Nawet decyzja o utworzeniu Centrum Decyzji Wizowych MSZ w Łodzi, którą PiS na wiosnę bardzo się chwalił i związany z tym projekt rozporządzenia o przeniesieniu obsługi wizowej obywateli 20 krajów z lokalnych konsulatów do tego centrum – mówiło się o 400 tysiącach wiz rocznie; przy tej okazji afera zaczęła wychodzić na światło dzienne – retrospektywnie wygląda na próbę wyeliminowania pośredników i przejęcia całości nielegalnych zysków, a także obejścia obstrukcji niektórych konsulów, którzy poważnie podchodzili do swoich obowiązków i odmawiali wydawania wiz byle komu, choć byli to płacący klienci!

Wisienką na torcie byli „filmowcy z Bollywood” ministra Piotra Wawrzyka. Minister Wawrzyk, całkowicie bezprawnie, wydawał polecenia konsulatowi w Mumbaju, aby poza wszelką kolejnością wystawiać wielokrotne (to ważne) wizy schengeńskie imiennie wymienionym obywatelom Indii, rzekomo filmowcom, choć z filmem mieli oni wspólnego tyle, że pewnie kilka widzieli w kinie. Okazało się, że osobom tym zależało na wjeździe… do Meksyku. Otóż posiadacz wielokrotnej wizy schengeńskiej może na tej podstawie wjechać do Meksyku, a stamtąd jakimś zwykłym szlakiem przemytniczym do Stanów, bo to USA były ostatecznym celem tych ludzi. Ten kanał odkryły amerykańskie służby imigracyjne, wszczęły raban i w Polsce coś zaczęło się dziać.

Najpierw posadę i miejsce na listach PiS stracił nadzorujący departament wizowy wiceminister Wawrzyk, ale formalnie nie wiadomo, dlaczego. No, współpraca przestała się układać. Myślano, że chodziło o (odwołane) rozporządzenie o 400 tysiącach wiz rocznie, ale dziennikarze stopniowo zaczęli ujawniać kolejne elementy afery. Innymi słowy, skutki wybuchu granatu wiadomo gdzie zaczęły ochlapywać coraz więcej wysoko postawionych osób w PiSie. Po drodze aresztowano jednego współpracownika Wawrzyka, ale szybko zwolniono – rzekomo ma nagrania kompromitujące wyższych funkcjonariuszy PiSowskiego MSZ. Dziś zrobiło się już na tyle źle, że MSZ zaczął wdrażać damage control i zwolnił z pracy kilka osób, o których jeszcze dwa dni temu PiS miał jak najlepsze zdanie.

Powtórzmy, że centralnym punktem skandalu jest fakt, że polskie wizy schengeńskie można było dostać wyłącznie za łapówkę, że Polska faktycznie utraciła kontrolę nad całą procedurą i że mowa być może aż o ćwierci miliona wiz.

W tym systemie polskie służby konsularne nie miały nawet możliwości sprawdzenia, komu wydawane są wizy, jaka jest historia i powiązania tych osób. Polska nawet nie wie, kogo do strefy Schengen wpuściła. Zapewne większość to są bona fide migranci, którzy chcieli wyjechać ze swojego kraju i dostać się do bogatej, bezpiecznej i dosyć chłodnej Europy, by tutaj żyć i pracować, a byli na tyle poinformowani i na tyle zamożni, by wybrać wygodną drogę z wystawioną przez Polskę wizą zamiast marszu przez pustynię i rejsu w jakimś dziurawym pontonie przez Morze Śródziemne. Polska stała się ważnym szlakiem przerzutowym nielegalnych (choć formalnie legalizowanych) imigrantów do Europy. Jednak z dużym prawdopodobieństwem są w tej grupie także ofiary handlu ludźmi, przestępcy, którzy chcą rozwijać swój proceder – handel narkotykami, kradzieże, wyłudzenia, drugi koniec handlu żywym towarem i podobne aktywności – w Europie, a mogą też być terroryści. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby terrorysta wysadził się w kolejce do muzeum, w kawiarni czy na stadionie gdzieś w Europie, służby badają jego tożsamość i okazuje się, że miał on wizę schengeńską wystawioną za łapówkę przez Polskę. Jesteśmy słabym, żałosnym kraikiem, który na użytek wewnętrzny epatuje swoją ksenofobią i „obroną cywilizacji łacińskiej”, ale gdy w grę wchodzą pieniądze, to proszę bardzo, panie Talibeczku, oto wystawiona przez Polskę wiza schengeńska, skoro szanowny pan płaci, bo tak naprawdę ochronę bezpieczeństwa Europy mamy w dupie. Utraciliśmy reputację. Niepohamowana pazerność, krańcowy cynizm i niebotyczny brak kompetencji rządu PiS doprowadziły do tego, że Polska utraciła wiarygodność i to Polska będzie musiała ciężko pracować, by ją odzyskać. Dziś jesteśmy najsłabszym ogniwem europejskiego systemu bezpieczeństwa. Może dojść do tego, że Polska zostanie wykluczona ze strefy Schengen, a przynajmniej że wystawiane przez Polskę wizy przestaną być honorowane.

Jezu, jaki wstyd! Jakie upokorzenie!

A zarazem wciąż mamy mur na granicy z Białorusią i polską Straż Graniczną z sadystyczną przyjemnością wypychającą ludzi na bagna. Już w tym komentarzu pisałem:

Może pushbaki, oprócz wymiaru propagandowego, są skierowane przeciwko klientom chcącym uniknąć opłaty?

Teraz jestem już właściwie pewien, że pushbaki dotykały osoby, które nie zapłaciły lub zapłaciły jakiejś nieautoryzowanej konkurencji. A polską wizę można było kupić nawet w Mińsku 😦 Więc jeśli ktoś jeszcze raz będzie chciał napisać, że mur Błaszczaka jest słuszny, sprawiedliwy i skuteczny, niech się dobrze zastanowi, czy ma za tym jakieś argumenty.

Fizyka: wykształcenie ogólne

Będąc na Zjeździe Fizyków Polskich, przysłuchiwałem się dzisiaj dyskusji na temat nauczania fizyki w szkołach. Powiedziano tam wiele ważnych rzeczy, z których nic nie wyniknie. Niestety, nasi współobywatele nie są zainteresowani poziomem edukacji. Większości szkoła nic nie obchodzi, a ci, którzy mają dzieci w szkołach, chcą, żeby dzieci były „zaopiekowane”, jeśli są małe i żeby dostały odpowiednio dobre świadectwo, jeśli są starsze. To, czego dzieci się nauczą, jest niemalże bez znaczenia. I nie dotyczy to tylko fizyki, ale nauczania szkolnego jako takiego. Interesuje się tym tylko grupka zapaleńców. Tymczasem świadectwo może wypisać woźny, sekretarka przystawi pieczątkę, dyrektor podpisze i voilà! To, że ze szkoły będą wychodzić funkcjonalni analfabeci, prawie nikogo nie martwi.

Jeśli ludzie nie są zainteresowani poziomem nauczania, nie zainteresują się też władze, bo i po co, skoro nie o to chodzi wyborcom? A już fizyką, mającą opinię najtrudniejszego i najgorzej nauczanego przedmiotu szkolnego, nie zainteresują się na pewno.

Wyobraźmy sobie jednak, że żyjemy w świecie no, może nie idealnym, ale trochę lepszym od naszego. Takim, w którym to, czego dzieci się nauczą, ma znaczenie. Otóż patrząc z tej perspektywy, byłem nieco zasmucony podejściem dzisiejszych dyskutantów. Choć jednym z proponowanych haseł dyskusji było fizyka jako część wykształcenia ogólnego, oni się martwili, że tak mało uczniów wybiera fizykę jako przedmiot maturalny. Co zrobić, żeby uczniów do wyboru fizyki zachęcić. I żeby ta matura była ciekawsza, bardziej miarodajna.

Tymczasem nawet w najlepszym z możliwych światów fizykę jako przedmiot maturalny będzie wybierać mniejszość. Natomiast dobrze by było, żeby wszyscy absolwenci wiedzieli, że rozliczne zjawiska przyrodnicze daje się zbadać i opisać, że są prawa, które nimi rządzą i że zjawiska można i powinno się mierzyć ilościowo, zgodnie z pewnymi zasadami, a nie tylko widzimisię eksperymentatora, a mimo to błędy pomiarowe są nieuniknione. Że samochód nie może zatrzymać się w miejscu. Że nie potrzeba aniołów, żeby planety poruszały się po swoich orbitach, nie zatrzymały się i nie pospadały na Słońce. Że w ruchu wirowym nie ma nic magicznego (już dawno proponowałem, żeby jako materiał dydaktyczny wykorzystywać filmy z występów Anity Włodarczyk: gdy puszcza młot, ten nie leci po spirali). Że mikroskop, lornetka, teleskop, radio i GPS to nie są diabelskie sztuczki, tylko wynalazki, które powstały w oparciu o prawa natury, które każdy, kto chce i kto się odpowiednio przyłoży, może poznać, ale też że urządzenia te nie mogą działać lepiej, niż prawa przyrody pozwalają. Że burza, gradobicie, powódź i trzęsienie ziemi nie są oznaką gniewu Istoty Nadprzyrodzonej, tylko że są zjawiskami naturalnymi, które można zrozumieć i opisać, nawet jeśli (jeszcze?) nie potrafimy nad nimi zapanować. Że nie ma nic za darmo, bo obowiązują zasady zachowania i inne prawa ograniczające, jak Druga Zasada Termodynamiki (choć nie upieram się, że ta nazwa koniecznie musi padać). Że wszystkie znane nam silniki pracują na przepływach energii, z której my możemy wykorzystać tylko jakiś ułamek (znowu ta Druga Zasada, bo mnie wydaje się ona niesłychanie ważna). Że – i to chyba jest najbardziej zaawansowany i najtrudniejszy koncept, który jak najwięcej osób powinno, moim zdaniem, zrozumieć – ważna jest skala: coś, co ma charakerystyczny rozmiar rzędu ułamków milimetra, zazwyczaj nie wpływa na rzeczy o rozmiarach kilometra i vice versa; to samo ze skalą czasową (te dwie skale, przestrzenna i czasowa, wystarczą, żeby zrozumieć ogólną zasadę). Czym innym jest fizyka jako część wykształcenia ogólnego, czym innym zaś nauczenie fizyki tych uczniów, którym będzie ona potrzebna w czasie przyszłych studiów. Tej perspektywy mi u dzisiejszych panelistów zabrakło.

Ja nie wiem, jak to zorganizować. Ba, ja nie wiem, jakie treści powinny wejść do kanonu nauczania ogólnego, jakie zaś wystarczy zostawić dla tej grupki, która potem będzie studiować nauki ścisłe, inżynierskie i przyrodnicze. Wiem natomiast dwie rzeczy: Tego wykształcenia ogólnego nie za się zdobyć ucząc się na pamięć regułek i wzorów, tudzież rozwiązując zadania o rybaku-fajtłapie, który ciągle gubi swoje koło ratunkowe i trzeba mu powiedzieć, dokąd ma popłynąć, by je wyłowić. To po pierwsze. Po drugie, konieczne jest robienie jak największej ilości doświadczeń. Nawet bez wzorów (tłumaczenie jakościowe, niekoniecznie ilościowe), bez dobrej statystyki i analizy błędów, ale żeby huczało, świeciło i się ruszało, bo tylko wtedy uczniowie będą mieli szanse uwierzyć, że to, o czym mówi nauczyciel, to nie jest bajka o żelaznym wilku.

A kto wie, może się zdarzyć, że te doświadczenia zachęcą kogoś do uczenia się fizyki aż do matury i dalej.