Skostnienie

Urodzony w 1949 Jarosław Kaczyński mentalnie ukształtował się na przełomie lat ’60 i ’70. Podobała mu się tamta epoka, więc w tym stanie umysłowym skostniał. Żadna tam demokracja, trójpodział władzy, chcecks and balances, tylko centralny ośrodek władzy politycznej i partia mająca prawo narzucać obywatelom poglądy, jako że jest emanacją woli Narodu. A kto partii nie słucha, jest albo zdrajcą, albo idiotą, albo kierują nim jakieś inne złe intencje.

Jeśli Jarosław Kaczyński miał jakieś pretensje do ustroju PRL, to nie chodziło o to, że partia rościła sobie prawo do narzucania ludziom poglądów, tylko że poglądy te były niezgodne z poglądami Kaczyńskiego. A może wręcz, że to nie on mógł te poglądy narzucać, bo poza wszystkim innym, Jarosław Kaczyński jest głęboko przekonany o swoim geniuszu i nadzwyczajnej misji dziejowej, którą Bóg lub Weltgeist, lub Historia, w to nie wnikam, mu powierzyli.

To wszystko dawno już o Jarosławie Kaczyńskim wiedziałem. Uświadomiłem sobie ostatnio, że także jego fobie antyniemieckie muszą być przejawem owego skostnienia.

Straszenie niemieckimi rewizjonistami i odwetowcami, ziomkostwami, Hupką i Czają, było najważniejszym elementem PRLowskiej propagandy. Niemcy, gdyby ich nie powstrzymywać, rzuciliby się odwracać skutki Drugiej Wojny Światowej i tylko władza PZPR, przy wsparciu ZSRR rzecz jasna, mogła uchronić Polskę przed wojną, hekatombą i utratą Ziem Zachodnich i Północnych. O tym słyszało się ciągle i wszędzie. Oficjalna kultura starała się utrwalić obraz Niemców jako „odwiecznego wroga”, stąd filmy „Krzyżacy” i „Barwy walki”, seriale „Czterej pancerni i pies” oraz „Stawka większa niż życie”, liczne filmy i opowieści o obronie Westerplatte i Poczty Polskiej, ORP Orzeł, partyzantach, szlaku bojowym od Lenino do Berlina (w późniejszych latach ’70 zaczęto też wspominać o Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie), a nawet o wojnach polsko-niemieckich z czasów pierwszych Piastów. W szkole dzieci obowiązkowo uczyły się o rugach pruskich, dzieciach z Wrześni i czytały „Placówkę” Prusa. Figura Niemca jako rewanżysty nienawidzącego Polski była wszechobecna.

Padało to na podatny grunt, bo wciąż żyło dużo ludzi, którzy wojnę i okupację dobrze pamiętali i jeśli nawet sami nie walczyli, to doznali od Niemców różnych krzywd, o których chętnie opowiadali.

W takich warunkach wychował się i ukształtował Jarosław Kaczyński i, jako się rzekło, obraz Niemca jako odwiecznego wroga czyhającego na Polskę przetrwał u niego w formie niezmiennej, skostniałej. Kaczyński zapewne rozumie, że Niemcy już nie chcą najeżdżać Polski zbrojnie (choć kto wie, przypominam, jak protestował przeciwko rozlokowaniu niemieckiej baterii rakiet Patriot w Polsce), ale na pewno chcą sobie Polskę podporządkować politycznie i gospodarczo. To, że Niemcy się zmieniły, że Polska się zmieniła, że Niemcy są naszym najważniejszym partnerem handlowym, a Polska 4-5 partnerem handlowym Niemiec, że Niemcy są naszym partnerem w UE i sojusznikiem w NATO, do niego nie dociera. To znaczy on zna te fakty i liczby, ale nie zmieniają one jego głębokiego przekonania, że Niemcy chcą Polsce zaszkodzić. Ha! Wciągnęli nas do Unii, żeby nas sobie podporządkować! Dla Kaczyńskiego gospodarka to gra o sumie zerowej, korzyść jednej strony koniecznie oznacza stratę drugiej – sytuacja, w której obie strony zyskują, jest nie do pomyślenia (to też wydaje się być pomieszaniem starej marksistowskiej doktryny ekonomicznej, którą Kaczyński wciąż wyznaje, z polską nieufnością).

Nasilenie fobii antyniemieckich u Kaczyńskiego, czy też bardziej gwałtowne ich ujawnianie, może być albo przejawem senilizmu, albo próbą odwołania się do antyniemieckich nastrojów swojego żelaznego elektoratu: ludzi poddanych za młodu tej samej propagandzie, co Kaczyński, a więc starszych, religijnych (co jest czysto instrumentalne, bo sam Kaczyński religijny nie jest), uważających się za patriotów i nieco gorzej wykształconych.

Ciekawe, co z tego wynika dla naszej bliskiej przyszłości politycznej. Kaczyński ma swój zestaw poglądów, uprzedzeń i fobii oraz przekonanie o własnym geniuszu, ale ma bardzo małe zdolności adaptacyjne. Próbuje ciągle tego samego, choć świat się zmienia. Kaczyński ma ten swój żelazny elektorat, ale on się kurczy z powodów czysto demograficznych, młodsi odpływają mu do Konfy, a ci bardziej radykalni do Korony. Desygnowanie Czarnka na kandydata na premiera ma być remedium na ten proces, ale ponieważ PiS i Kaczyński nie są w stanie zaproponować niczego nowego, a tylko więcej starego, Czarnkowi co najwyżej uda się powstrzymać dalszy odpływ na prawo, ale raczej nie odwojuje niczego, co już do Konfy uciekło, bo nie ma dla nich żadnej oferty. No i nie zyska nic w centrum – tam raczej straci to, co miał.

Nominaliści

Z dwu boskich aktów, stwarzania i nazywania, polska prawica zdecydowanie wyżej ceni ten drugi. Są skrajnymi nominalistami, twierdząc, że o tym, co jest, decyduje co oni mówią, nie to, co robią.

No bo spójrzmy: Liczni księża i biskupi potępiają „tęczową zarazę” i mają za abominację związki partnerskie, choć sami są seksualnie aktywnymi – wręcz nadaktywnymi – gejami. Ale w swoim przekonaniu są przeciwko LGBT, gdyż tak mówią.

Ordo Iuris i inni fundamentalistyczni działacze promują wartości chrześcijańskie w życiu rodzinnym, chociaż dość swobodnie zamieniają się żonami, mają kochanki i kochanków, ale promują wartości chrześcijańskie, gdyż tak mówią.

PiS broni Polski przed imigrantami, którzy chcą nas zniszczyć, kulturowo przekabacić, gwałcić i mordować, zabierać nam pracę i wyłudzać świadczenia socjalne, choć to PiS rozdał, niekiedy sprzedał, ponad 400,000 wiz pracowniczych dla osób z krajów „kulturowo obcych”, które nam tak strasznie zagrażają. Ale broni Polski przed imigrantami, gdyż tak mówi.

Podobnie Nawrocki: Twierdzi, iż uważa Putina za wroga Polski, ale jedzie wspierać największego sojusznika Putina w Europie, szkodzącego Ukrainie, którą Polska przeciwko Putinowi wspiera. Niemniej jednak Nawrocki jest przeciwnikiem Putina, gdyż tak o sobie mówi.

Karol Nawrocki nie jest raczej wielkim i przenikliwym myślicielem, ale głupi nie jest i dostrzega tę sprzeczność – być może dlatego, że nie przeszedł lekcji katolicko-PiSowskiej dialektyki, dwójmyślenia. Więc gdy ktoś mu publicznie wytknie sprzeczność, strasznie się złości, przybiera naturalną dla siebie pozę osiedlowego chuligana i chce przy*dolić biedakowi, który mu podskoczył. Bo przecież jest tak, jak Nawrocki mówi. Słuchaj Prezydenta Polski, kurła!

A czemu właściwie Karol Nawrocki pojechał wesprzeć Orbana? Bo mu ambasador Rose kazał. Czemu zaś Nawrocki posłuchał ambasadora Rose? Z powodów, o których niedawno pisałem, jak sądzę.

Czarnek z Lublina

Jarosław Kaczyński nominował Przemysława Czarnka na kandydata na premiera.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną w Polsce, a zwłaszcza obecną sytuację PiSu, jest to wybór w pełni zrozumiały.

Przemysław Czarnek, ze swoim ultrakonserwatyzmem, mizoginią, homofobią, eurosceptycyzmem, manifestowaną niechęcią do Ukrainy i pospolitym chamstwem, ale także z pewną charyzmą i umiejętnością wypowiadania się ładną polszczyzną, jest świetną przeciwwagą dla Grzegorza Brauna. Tak jest, Kaczyński, stawiając na Czarnka z Lublina, nie chce rywalizować z Koalicją Obywatelską i Tuskiem o centrum, tylko z Braunem o najbardziej prawicowych wyborców: chce powstrzymać odpływ elektoratu do Korony Brauna i stworzyć warunki umożliwiające przyszłą koalicję z Braunem.

To wszystko wydaje się dość oczywiste i sporo podobnych komentarzy już padło.

Nikt jednak zdaje się nie zauważać, że Czarnek, jako kandydat na premiera i przywódcę PiSu, ma być także przeciwwagą dla Nawrockiego. Jarosław Kaczyński bardzo wyraźnie schodzi w cień i na „naturalnego” przywódcę prawicy wyrasta Nawrocki, czego Kaczyński nie może znieść. Wyrazisty, wygadany, energiczny i politycznie znacznie bardziej doświadczony Czarnek ma rzucić niewyrobionemu politycznie naturszczykowi Nawrockiemu wyzwanie o rząd prawicowych dusz. Kaczyński już chciał narzucić Nawrockiemu Czarnka jako szefa kancelarii, na co Nawrocki się nie zgodził bojąc się, że Czarnek może go przyćmić. Teraz Czarnek dostał drugą szansę. Będzie się na prawicy działo.

P.s. Przemysław Czarnek nie ma tytułu naukowego. Jest doktorem habilitowanym, zatrudnionym na stanowisku profesora KUL. W dodatku jego habilitacja była lekko podejrzana i w przyzwoitych ośrodkach byłyby z nią problemy.

Jaki szantaż?!

Andrzej Stankiewicz w Newsweeku pisze, że Kaczyński szantażuje Nawrockiego, by ten zawetował ustawę o SAFE. Stankiewicz sugeruje nawet, że Kaczyńskiemu wcale nie chodzi o zablokowanie SAFE, tylko o zmuszenie Nawrockiego, który nie jest do weta przekonany, do podporządkowania się woli prezesa. Przywołuje przykłady Kazimierza Marcinkiewicza, Beaty Szydło i Andrzeja Dudy, których Kaczyński złamał.

Teraz przyszła kolej na Nawrockiego,

wieszczy Stankiewicz.

To jest jakiś nonsens. Przede wszystkim Kaczyński naprawdę jest przeciwnikiem SAFE (patrz mój poprzedni wpis). Nie wątpię przy tym, że Kaczyński chciałby Nawrockiego złamać, głównie dlatego, że Jarosław nie może ścierpieć, że wyrasta mu, właściwie już wyrósł, jakiś konkurent do przywództwa na prawicy. Ale Karol Nawrocki różni się od swojego poprzednika tym, że ma cojones i charakter, których Andrzejowi Dudzie dramatycznie brakowało. Duda wyrastał w cieniu dominującej figury ojca, o czym Jan Duda sam z dumą opowiadał, więc gdy został prezydentem, symbolicznym ojcem, groźnym i umiłowanym, stał się dla niego Kaczyński. Nic takiego nie zachodzi w przypadku Nawrockiego.

A najważniejsze, Kaczyński nie może prezydenta odwołać, ale może go postraszyć brakiem wsparcia przy reelekcji. Andrzej Duda w pierwszej kadencji panicznie się tego bał, a w drugiej żałośnie żebrał o to, aby PiS wsparł go w staraniach o jakąś funkcję międzynarodową. Karol Nawrocki dopiero rozpoczyna swoją prezydenturę, minęło zaledwie pół roku od objęcia urzędu, cieszy się (niestety) dużą popularnością osobistą, może się zwrócić do Konfederacji, by stała się jego partyjnym zapleczem w miejsce PiSu, a do reelekcji stanie z własnego komitetu, tym bardziej, że już w 2025 startował jako „kandydat obywatelski”. PiS nie będzie miał wyboru i w 2030 będzie go musiał poprzeć, gdyż w przeciwnym razie jakiś alternatywny kandydat PiSu sromotnie odpadnie w pierwszej turze, a może i sam Nawrocki przegra. Kaczyński po prostu nie ma czym szantażować Nawrockiego.

Kaczyński może Nawrockiego namówić do zawetowania SAFE, może go omamić, ale zaszantażować – niemożliwe.

Are we SAFE?

PiS z całą mocą, jaka mu jeszcze została, zaangażował się w krytykowanie europejskiego mechanizmu pożyczek na uzbrojenie, SAFE. Pieniądze z tego projektu mają być wydawane przede wszystkim u europejskich producentów uzbrojenia i pokrewnych systemów. Europejskich, czyli nie amerykańskich. USA chciałyby, żeby kraje europejskie wydawały na uzbrojenie dużo, jak najwięcej, ale aby lwia część z tych wydatków przeznaczana była na zakup amerykańskiego uzbrojenia. Rozwój europejskiego przemysłu obronnego oznacza nie tylko utratę zysków przez amerykański przemysł, ale też zmniejszenie uzależnienia Europy od Stanów, które te mogłyby wykorzystać także w innych, nie-wojennych okolicznościach. Stanom Zjednoczonym się to oczywiście nie podoba.

Nic więc dziwnego, że PiS, którego jedyną polityczną kwalifikacją jest obecnie bycie eksponentem ruchu MAGA w Polsce, sprzeciwia się udziałowi Polski w programie SAFE. Można to tłumaczyć tym, że PiS tak bardzo wielbi MAGA, że ślepo i bez zastanowienia zrobi wszystko, czego MAGA od niego oczekuje. Można dodać, że PiS tak bardzo nienawidzi Unii Europejskiej i rządu Donalda Tuska, że zrobi wszystko, aby ani UE, ani Tusk nie odnieśli sukcesu na polu obronności, nawet gdyby miało się to stać kosztem bezpieczeństwa Polski. Opowieści Kaczyńskiego i jego akolitów, że udział w SAFE wpycha nas pod niemiecki but, to tylko wyraz jego głębokich fobii i uprzedzeń, więc tym akurat bym się nie przejmował. Ktoś może wreszcie dodać, że PiS celowo chce zaszkodzić Polsce, gdyż służy interesom rosyjskim – ja akurat tak nie uważam, pisałem o tym zresztą: PiS to głupki, ale ich celem nie jest służenie Rosji (co nie wyklucza, że wśród PiSu są pojedyncze osoby, które to robią).

Ale może w PiSowskiej rezerwie wobec SAFE jest jakieś malutkie, racjonalne jądro, a przynajmniej coś, co może za takowe uchodzić?

Zacznijmy od podstawowego pytania: Gdyby wybuchła wojna w Europie, a mówiąc wprost, gdyby Rosja zaatakowała europejskie kraje NATO, czy USA wystąpiłyby w ich obronie?

Sądzę, że gdyby Rosja użyła broni jądrowej, nawet taktycznej, Stany odpowiedziałyby użyciem swojej. Nie można nikomu pozwolić na bezkarne użycie broni jądrowej, bo to drastycznie naruszyłoby równowagę sił, zachęcając tego, kto użył jej raz i uszło mu to na sucho, do ponownego użycia. Zarazem nawet lokalny konflikt jądrowy miałby wielki potencjał do przerodzenia się w konflikt globalny, którego nie wygrałby nikt, można by się co najwyżej zastanawiać, kto poniesie minimalnie mniejsze straty. W Rosji to wiedzą, w Stanach to wiedzą, więc do wojny jądrowej raczej nie dojdzie, ale ostatecznie opiera się to na amerykańskim „parasolu atomowym” nad Europą.

Co innego, gdyby Rosja przypuściła atak konwencjonalny. Nie wierzę, że w takiej sytuacji Stany pod obecnym przywództwem wyślą korpus ekspedycyjny dla obrony Polski, Rumunii czy krajów bałtyckich. Stany raczej zapewniłyby pomoc wywiadowczą i logistyczną, w tym dostawy broni i amunicji, za co musielibyśmy płacić, ale łaskawie dano by nam odroczony termin płatności, lecz bezpośredniego udziału w walce unikałyby jak ognia.

Jest jeden przypadek, w którym Stany bezpośrednio zaangażowałyby się w walkę: Gdyby w toku działań wojennych Rosja czy to celowo, czy nawet przypadkowo zaatakowała stacjonujących tutaj amerykańskich żołnierzy, co w przypadku agresji byłoby bardzo prawdopodobne. Wówczas Amerykanie odpowiedzieliby na atak, a zapewne przysłali również posiłki do obrony swoich. W ten sposób siły zbrojne Stanów Zjednoczonych zostałyby wciągnięte do konwencjonalnej wojny z Rosją.

Dlatego właśnie uważa się, że fizyczna obecność wojsk amerykańskich w Polsce czy w potencjalnie innych zagrożonych krajach jest tak ważna.

PiS i ludzie z kancelarii Nawrockiego utrzymują, że Polska jest dla Ameryki tak ważnym sojusznikiem (to nieprawda), a Nawrocki i jego ludzie mają tak dobre kontakty z Trumpem i jego administracją (co może być prawdą), iż Donald Trump, choć rozważa(ł) wycofanie amerykańskich wojsk z Europy, obiecał Nawrockiemu, że z Polski ich nie wycofa. Tego się trzymajmy, publicznie mówi PiS, jesteśmy bezpieczni!

Ale nawet w PiSie rozumieją, że Trump nie słynie ze stałości poglądów, może w każdej chwili zmienić zdanie i wojska amerykańskie z Polski wycofać. O tym, że nie jest to zagrożenie czysto hipotetyczne, świadczy wpis ambasadora Toma Rose’a, który po awanturze wywołanej odmową Czarzastego wsparcia starań Trumpa o Pokojową Nagrodę Nobla napisał, że USA mogą wycofać z Polski ludzi i sprzęt. Nie wiem, czy ambasadorowi Rose niechcący się to wypsnęło, czy też świadomie nas tym postraszył, ale powiedział wyraźnie, że jeśli Trump się na Polskę obrazi, to może amerykańskie wojsko z Polski wycofać, a wtedy bezpieczeństwo Polski drastycznie osłabnie.

A zagrożenie dla interesów amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego wraz z jednoczesną próbą zmniejszenia uzależnienia Europy od Stanów Trump mógłby uznać za zniewagę.

Za wszelką cenę nie można do tego dopuścić! Dlatego właśnie PiS sprzeciwia się udziałowi Polski w mechanizmie SAFE. To byłoby wspomniane hipotetyczne racjonalne jądro.

To przerażające, że stosunki ze wciąż najpotężniejszym krajem świata zależą od tego, czy jego przywódca obrazi się, czy też się nie obrazi, jak rozkapryszony nastolatek, ale nawet w PiS rozumieją, że taka jest rzeczywistość.

Nawiasem mówiąc, choć reżim ajatollahów jest obrzydliwy i wyjątkowo groźny tak dla Iranu, jak i dla świata, nie wydaje mi się, aby bombardowanie Iranu znacznie wspomogło Trumpa w jego zabiegach o Nagrodę Nobla.