Czy to upadek Trumpa?

Od razu odpowiem, że nie – jeszcze nie. Ale po kolei.

Gdy w listopadzie 2024 Donald Trump wygrał wybory, europejska prawica szalała z radości. Z czasem jednak Trump zaczął atakować Europę cłami, jego polityka stała się niestabilna i nieprzewidywalna, Danii groził aneksją Grenlandii, obrażał sojuszników, obrażał papieża, odgrażał się, że Stany wyjdą z NATO, a przynajmniej wycofają swoje wojska z Europy, przez irańską awanturę poważnie rozchwierutał światową gospodarkę oraz przepalił zapasy amunicji, które trzeba będzie odbudowywać przez co najmniej dwa lata, co czyni wątpliwym możliwość udzielenia wojskowego wsparcia Europie, a przez aferę Epsteina stracił legitymację moralną – resztkową, jaką jeszcze posiadał. (O braku wsparcia dla Ukrainy, ustępstwach wobec Putina i wycofaniu się z porozumień klimatycznych nie wspominam, bo prawicy to nie przeszkadza.) Kiedyś zdjęcie z Trumpem było najlepszą reklamą wyborczą prawicowców, ale teraz wsparcie Trumpa, nawet obietnica nowych amerykańskich inwestycji na Węgrzech, nie pomogły Orbanowi. Najnowszy Newsweek pisze na okładce, że

Donald Trump stał się obciążeniem dla swoich sojuszników

którzy, skonsternowani, już nie tak głośno manifestują swój podziw dla Trumpa i drżą, że jego poparcie przestaje być ich wielkim atutem.

Jednak choć Europejczycy patrzą na Trumpa z mieszanką rosnącego przerażenia i politowania, to nie Europa będzie decydować o jego politycznej przyszłości. Zdecydują wyborcy amerykańscy. W 2024 Trump wygrał ze znaczną przewagą, bo obiecywał poprawę sytuacji gospodarczej i to, że Stany nie będą rozpoczynać nowych wojen. Tymczasem miliarderzy się bogacą, ale sytuacja ekonomiczna najuboższych i średniozamożnych Amerykanów się nie poprawia, inflacja nie spada, tysiące osób straciło swoje świadczenia społeczne, cła uderzają w konsumentów, na skutek wojny w Iranie ceny benzyny rosną. Obecnie tylko 30% Amerykanów aprobuje politykę gospodarczą Trumpa. ICE szaleje – poza regularnym wewnętrznym terrorem*, wcale nie deportuje groźnych przestępców, ale osoby ciężko pracujące, choć przebywające w Stanach nielegalnie, więc ubywa rąk do pracy w rolnictwie, budownictwie i usługach i gospodarka cierpi. Na skutek wprowadzanego przez administrację chaosu, trudno stawiać jakiekolwiek prognozy odnośnie do sytuacji ekonomicznej. Wojna z Iranem – która nigdy nie została wypowiedziana, a jej cele nigdy nie zostały jasno sprecyzowane – kosztowała już dziesiątki miliardów dolarów, cieśnina Ormuz pozostaje zamknięta, sojusznicy Stanów w rejonie Zatoki krwawią, Stany utraciły niemalże całą swoją soft power, a tradycyjne sojusze się chwieją. Pojawiło się zagrożenie, że chiński juan może zastąpić dolara w roli podstawowej waluty w handlu ropą. Liczne wypowiedzi Trumpa na temat wojny są wzajemnie sprzeczne, sprawiają wrażenie, jakby prezydent nie kontrolował własnych myśli. Do tego Trump organicznie nie znosi jakiejkolwiek krytyki, bardzo wyraźnie oczekuje nieustannych hołdów i pochwał, w swoich mediach społecznościowych publikuje obrazki siebie a to w stroju papieskim, a to w postawie Jezusa-uzdrowiciela, a w ogóle najbardziej chyba interesuje się budową w Białym Domu sali balowej, Big and Beautiful.

Niektórzy poważni komentatorzy piszą wręcz o Donaldzie Trumpie jako o „upadającym prezydencie”.

W Stanach coraz liczniejsi Demokraci i – na razie – nieliczni Republikanie zaczynają mówić o odsunięciu Trumpa na mocy 25 Poprawki: jeśli wiceprezydent i większość członków gabinetu na piśmie oświadczą wobec Kongresu, że prezydent jest niezdolny do sprawowania urzędu, zostaje on odsunięty, a jego obowiązki przejmuje wiceprezydent. Jeśli odsuwany od władzy prezydent zaprotestuje (gdyby był żywy, ale, powiedzmy, sparaliżowany po udarze, nie mógłby zaprotestować, dlatego „jeśli”), decyzję o odsunięciu muszą zatwierdzić obie izby Kongresu, każda większością 2/3, a na to obecnie nie ma żadnych szans. Ale niezadowolenie, ba, wściekłość w Stanach narasta.

Na fali tego niezadowolenia Republikanie najprawdopodobniej przegrają w listopadzie wybory śródokresowe. Może to być nawet przegrana katastrofalna: Demokraci zdobędą nie tylko większość w Izbie Reprezentantów, co od dłuższego czasu wydaje się prawdopodobne, ale i w Senacie, co jeszcze kilka tygodni temu uważano za prawie niemożliwe. No i co z tego? Donald Trump i tak nie mógłby ubiegać się o trzecią kadencję (choć na początku drugiej coś o tym przebąkiwał), więc sondaże popularności nie muszą go obchodzić (a poza tym na pewno będzie miał swoje alternative facts). On sam, a zwłaszcza jego rodzina i pewna grupa kolegów na prezydenturze już zarobili miliardy (na kontraktach z klientami Stanów Zjednoczonych oraz, najprawdopodobniej, korzystając z nielegalnego insider trading), a zarobią jeszcze kolejne, i choć będzie prezydentem-kulawą kaczką (lame duck) nie mogącą przeprowadzać swoich ustaw przez Kongres, będzie próbował rządzić omijając Kongres za pomocą dekretów (Executive Orders). No i na wszystkie sposoby będzie blokował każdą inicjatywę Demokratów. To wróży kolejne dwa lata chaosu, niepokojów, niepewnego stanu gospodarki, być może z kolejnymi przedłużającymi się government shutdowns, zwłaszcza jeśli Republikanie zachowają Senat.

Dopiero wtedy, w drugiej połowie kadencji, jeśli sytuacja polityczna i ekonomiczna wyraźnie się pogorszy, członkowie administracji Trumpa i przywódcy Republikanów w Kongresie mogą dojść do wniosku, że dalsze trwanie przy Trumpie zagraża ich własnej karierze politycznej. Wyborcy bowiem nie zagłosują na ludzi, którzy do końca stali przy tym szaleńcu i niszczycielu. Wtedy zastosowanie 25 Poprawki stanie się dość prawdopodobne, ale to będzie nie wcześniej, niż za rok. Kadencję dokończy J.D. Vance, prawie na pewno uzyska wówczas nominację Republikanów, ale czy wygra wybory na swoją pierwszą kadencję, czas pokaże. W dużym stopniu zależeć to będzie od tego, kto będzie kandydował z ramienia Demokratów.

Końcówka kadencji pod rządami Vance’a przyniesie pewne uspokojenie, stosunki z Europą być może przestaną się pogarszać, ale ani na dużą poprawę stanu amerykańskiej gospodarki, ani na głębszą poprawę sytuacji międzynarodowej w tak krótkim czasie bym nie liczył.

*Nawet w drugim sezonie świetnego serialu The Pitt mamy scenę, w której na oddział ratunkowy wkraczają funkcjonariusze ICE eskortujący nielegalną imigrantkę, którą wcześniej poturbowali. Na widok ICE, z dyżuru znika kilka pielęgniarek i znaczna część pacjentów z poczekalni. Wychodząc, ICE aresztuje Bogu ducha winnego i legalnego pielęgniarza.

Prezydent i tytuł profesora

Do mediów wróciła sprawa profesury dla Michała Bilewicza i Waltera Żelaznego. Okazuje się bowiem, że w lutym 2025 prezydent Andrzej Duda odmówił nadania im tytułów profesora, ale oficjalnie tych decyzji nie uzasadnił. Postanowienia te nie uzyskały kontrasygnaty premiera Donalda Tuska, nie zostały więc opublikowane i tkwią niejako w zawieszeniu.

Gazeta Wyborcza grzmi, że Duda, odmawiając Bilewiczowi i Żelaznemu profesury, złamał prawo.

Według Gazety

Tytuł nadaje Rada Doskonałości Naukowej i to ona w ściśle określonej procedurze bada dorobek uczonego. Prezydent wręcza dokumenty o nadaniu tytułu.

Także premier miał odmówić kontrasygnaty rzekomo dlatego, że decyzja Dudy była bezprawna.

To są jakieś bzdury.

Nie bronię decyzji Dudy, bo była głupia, małostkowa, złośliwa i podjęta z powodów niemerytorycznych, ale prezydent ma prawo odmówić przyznania tytułu profesora. Żeby się o tym przekonać wystarczy przeczytać obowiązującą Ustawę z dnia 20.07.2018 Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (tzw. „ustawę Gowina”). Art. 230 ust.1 mówi:

Rada Doskonałości Naukowej […] składa do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wniosek o nadanie tytułu profesora.

Czyli tytuł nadaje prezydent, a nie RDN, wbrew temu, co pisze Gazeta. RDN jedynie składa wniosek. I dalej, skoro RDN jedynie składa wniosek, prezydent może go uwzględnić lub nie, działając tu jako organ administracji państwowej (patrz Art. 228 ust. 9 cytowanej ustawy), a więc jeśli prezydent odmówi nadania tytułu profesora, musi sporządzić uzasadnienie odmowy, a decyzja o odmowie jest zaskarżalna do sądu administracyjnego.

Gdyby ustawa mówiła „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nadaje tytuł profesora na wniosek RDN”, można by argumentować, że tak sformułowany przepis wiąże prezydenta, który tytuł nadać musi. Ale nie tak brzmi tekst ustawy. Ustawa mówi jedynie o wniosku do prezydenta. Ba, można sobie nawet wyobrazić sytuacje, w których odmowa nadania tytułu profesora pomimo wniosku RDN byłaby zrozumiała. Na przykład gdyby już po sformułowaniu przez RDN wniosku wypłynęło jakieś grube oszustwo naukowe kandydata (Art. 230 ust. 3 ustawy mówi, że w takim wypadku prezydent może – ale nie musi – zwrócić się do RDN o opinię komisji do spraw etyki), albo gdyby okazało się, że kandydat co prawda jest świetnym naukowcem, ale właśnie został aresztowany pod zarzutem zamordowania kochanki. Uzasadnienie prezydenckiej odmowy nadania tytułu nie może być „z czapy”, „nie, bo nie”, bo wtedy NSA odrzuci tę odmowę. Ale co do zasady, prezydent odmówić nadania tytułu naukowego może.

Jeśli komuś nie wystarcza sama lektura ustawy, proszę zwrócić uwagę na dwa dalsze fakty. Po pierwsze, Michał Bilewicz, po kilku latach oczekiwania na decyzję Dudy w jego sprawie, w końcu zaskarżył prezydenta (urząd prezydenta, nie pana Andrzeja Dudę) przed NSA, zarzucając mu bezczynność jako organowi administracyjnemu. W październiku 2024 roku prezydent przegrał w NSA i dostał miesiąc na podjęcie decyzji. Na podjęcie decyzji, czy tytuł nadać, czy nie, a nie na nadanie tytułu.

Po wtóre, gdyby prezydent był zobowiązany do nadania tytułu profesora na wniosek RDN, kontrasygnata premiera pod postanowieniem prezydenta nie byłaby wymagana – po cóż kontrasygnować akt ceremonialny, bez żadnego realnego znaczenia? A przecież wszyscy zgadzają się, że kontrasygnata premiera jest w tym wypadku konieczna.

Skostnienie

Urodzony w 1949 Jarosław Kaczyński mentalnie ukształtował się na przełomie lat ’60 i ’70. Podobała mu się tamta epoka, więc w tym stanie umysłowym skostniał. Żadna tam demokracja, trójpodział władzy, chcecks and balances, tylko centralny ośrodek władzy politycznej i partia mająca prawo narzucać obywatelom poglądy, jako że jest emanacją woli Narodu. A kto partii nie słucha, jest albo zdrajcą, albo idiotą, albo kierują nim jakieś inne złe intencje.

Jeśli Jarosław Kaczyński miał jakieś pretensje do ustroju PRL, to nie chodziło o to, że partia rościła sobie prawo do narzucania ludziom poglądów, tylko że poglądy te były niezgodne z poglądami Kaczyńskiego. A może wręcz, że to nie on mógł te poglądy narzucać, bo poza wszystkim innym, Jarosław Kaczyński jest głęboko przekonany o swoim geniuszu i nadzwyczajnej misji dziejowej, którą Bóg lub Weltgeist, lub Historia, w to nie wnikam, mu powierzyli.

To wszystko dawno już o Jarosławie Kaczyńskim wiedziałem. Uświadomiłem sobie ostatnio, że także jego fobie antyniemieckie muszą być przejawem owego skostnienia.

Straszenie niemieckimi rewizjonistami i odwetowcami, ziomkostwami, Hupką i Czają, było najważniejszym elementem PRLowskiej propagandy. Niemcy, gdyby ich nie powstrzymywać, rzuciliby się odwracać skutki Drugiej Wojny Światowej i tylko władza PZPR, przy wsparciu ZSRR rzecz jasna, mogła uchronić Polskę przed wojną, hekatombą i utratą Ziem Zachodnich i Północnych. O tym słyszało się ciągle i wszędzie. Oficjalna kultura starała się utrwalić obraz Niemców jako „odwiecznego wroga”, stąd filmy „Krzyżacy” i „Barwy walki”, seriale „Czterej pancerni i pies” oraz „Stawka większa niż życie”, liczne filmy i opowieści o obronie Westerplatte i Poczty Polskiej, ORP Orzeł, partyzantach, szlaku bojowym od Lenino do Berlina (w późniejszych latach ’70 zaczęto też wspominać o Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie), a nawet o wojnach polsko-niemieckich z czasów pierwszych Piastów. W szkole dzieci obowiązkowo uczyły się o rugach pruskich, dzieciach z Wrześni i czytały „Placówkę” Prusa. Figura Niemca jako rewanżysty nienawidzącego Polski była wszechobecna.

Padało to na podatny grunt, bo wciąż żyło dużo ludzi, którzy wojnę i okupację dobrze pamiętali i jeśli nawet sami nie walczyli, to doznali od Niemców różnych krzywd, o których chętnie opowiadali.

W takich warunkach wychował się i ukształtował Jarosław Kaczyński i, jako się rzekło, obraz Niemca jako odwiecznego wroga czyhającego na Polskę przetrwał u niego w formie niezmiennej, skostniałej. Kaczyński zapewne rozumie, że Niemcy już nie chcą najeżdżać Polski zbrojnie (choć kto wie, przypominam, jak protestował przeciwko rozlokowaniu niemieckiej baterii rakiet Patriot w Polsce), ale na pewno chcą sobie Polskę podporządkować politycznie i gospodarczo. To, że Niemcy się zmieniły, że Polska się zmieniła, że Niemcy są naszym najważniejszym partnerem handlowym, a Polska 4-5 partnerem handlowym Niemiec, że Niemcy są naszym partnerem w UE i sojusznikiem w NATO, do niego nie dociera. To znaczy on zna te fakty i liczby, ale nie zmieniają one jego głębokiego przekonania, że Niemcy chcą Polsce zaszkodzić. Ha! Wciągnęli nas do Unii, żeby nas sobie podporządkować! Dla Kaczyńskiego gospodarka to gra o sumie zerowej, korzyść jednej strony koniecznie oznacza stratę drugiej – sytuacja, w której obie strony zyskują, jest nie do pomyślenia (to też wydaje się być pomieszaniem starej marksistowskiej doktryny ekonomicznej, którą Kaczyński wciąż wyznaje, z polską nieufnością).

Nasilenie fobii antyniemieckich u Kaczyńskiego, czy też bardziej gwałtowne ich ujawnianie, może być albo przejawem senilizmu, albo próbą odwołania się do antyniemieckich nastrojów swojego żelaznego elektoratu: ludzi poddanych za młodu tej samej propagandzie, co Kaczyński, a więc starszych, religijnych (co jest czysto instrumentalne, bo sam Kaczyński religijny nie jest), uważających się za patriotów i nieco gorzej wykształconych.

Ciekawe, co z tego wynika dla naszej bliskiej przyszłości politycznej. Kaczyński ma swój zestaw poglądów, uprzedzeń i fobii oraz przekonanie o własnym geniuszu, ale ma bardzo małe zdolności adaptacyjne. Próbuje ciągle tego samego, choć świat się zmienia. Kaczyński ma ten swój żelazny elektorat, ale on się kurczy z powodów czysto demograficznych, młodsi odpływają mu do Konfy, a ci bardziej radykalni do Korony. Desygnowanie Czarnka na kandydata na premiera ma być remedium na ten proces, ale ponieważ PiS i Kaczyński nie są w stanie zaproponować niczego nowego, a tylko więcej starego, Czarnkowi co najwyżej uda się powstrzymać dalszy odpływ na prawo, ale raczej nie odwojuje niczego, co już do Konfy uciekło, bo nie ma dla nich żadnej oferty. No i nie zyska nic w centrum – tam raczej straci to, co miał.

Nominaliści

Z dwu boskich aktów, stwarzania i nazywania, polska prawica zdecydowanie wyżej ceni ten drugi. Są skrajnymi nominalistami, twierdząc, że o tym, co jest, decyduje co oni mówią, nie to, co robią.

No bo spójrzmy: Liczni księża i biskupi potępiają „tęczową zarazę” i mają za abominację związki partnerskie, choć sami są seksualnie aktywnymi – wręcz nadaktywnymi – gejami. Ale w swoim przekonaniu są przeciwko LGBT, gdyż tak mówią.

Ordo Iuris i inni fundamentalistyczni działacze promują wartości chrześcijańskie w życiu rodzinnym, chociaż dość swobodnie zamieniają się żonami, mają kochanki i kochanków, ale promują wartości chrześcijańskie, gdyż tak mówią.

PiS broni Polski przed imigrantami, którzy chcą nas zniszczyć, kulturowo przekabacić, gwałcić i mordować, zabierać nam pracę i wyłudzać świadczenia socjalne, choć to PiS rozdał, niekiedy sprzedał, ponad 400,000 wiz pracowniczych dla osób z krajów „kulturowo obcych”, które nam tak strasznie zagrażają. Ale broni Polski przed imigrantami, gdyż tak mówi.

Podobnie Nawrocki: Twierdzi, iż uważa Putina za wroga Polski, ale jedzie wspierać największego sojusznika Putina w Europie, szkodzącego Ukrainie, którą Polska przeciwko Putinowi wspiera. Niemniej jednak Nawrocki jest przeciwnikiem Putina, gdyż tak o sobie mówi.

Karol Nawrocki nie jest raczej wielkim i przenikliwym myślicielem, ale głupi nie jest i dostrzega tę sprzeczność – być może dlatego, że nie przeszedł lekcji katolicko-PiSowskiej dialektyki, dwójmyślenia. Więc gdy ktoś mu publicznie wytknie sprzeczność, strasznie się złości, przybiera naturalną dla siebie pozę osiedlowego chuligana i chce przy*dolić biedakowi, który mu podskoczył. Bo przecież jest tak, jak Nawrocki mówi. Słuchaj Prezydenta Polski, kurła!

A czemu właściwie Karol Nawrocki pojechał wesprzeć Orbana? Bo mu ambasador Rose kazał. Czemu zaś Nawrocki posłuchał ambasadora Rose? Z powodów, o których niedawno pisałem, jak sądzę.

Czarnek z Lublina

Jarosław Kaczyński nominował Przemysława Czarnka na kandydata na premiera.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną w Polsce, a zwłaszcza obecną sytuację PiSu, jest to wybór w pełni zrozumiały.

Przemysław Czarnek, ze swoim ultrakonserwatyzmem, mizoginią, homofobią, eurosceptycyzmem, manifestowaną niechęcią do Ukrainy i pospolitym chamstwem, ale także z pewną charyzmą i umiejętnością wypowiadania się ładną polszczyzną, jest świetną przeciwwagą dla Grzegorza Brauna. Tak jest, Kaczyński, stawiając na Czarnka z Lublina, nie chce rywalizować z Koalicją Obywatelską i Tuskiem o centrum, tylko z Braunem o najbardziej prawicowych wyborców: chce powstrzymać odpływ elektoratu do Korony Brauna i stworzyć warunki umożliwiające przyszłą koalicję z Braunem.

To wszystko wydaje się dość oczywiste i sporo podobnych komentarzy już padło.

Nikt jednak zdaje się nie zauważać, że Czarnek, jako kandydat na premiera i przywódcę PiSu, ma być także przeciwwagą dla Nawrockiego. Jarosław Kaczyński bardzo wyraźnie schodzi w cień i na „naturalnego” przywódcę prawicy wyrasta Nawrocki, czego Kaczyński nie może znieść. Wyrazisty, wygadany, energiczny i politycznie znacznie bardziej doświadczony Czarnek ma rzucić niewyrobionemu politycznie naturszczykowi Nawrockiemu wyzwanie o rząd prawicowych dusz. Kaczyński już chciał narzucić Nawrockiemu Czarnka jako szefa kancelarii, na co Nawrocki się nie zgodził bojąc się, że Czarnek może go przyćmić. Teraz Czarnek dostał drugą szansę. Będzie się na prawicy działo.

P.s. Przemysław Czarnek nie ma tytułu naukowego. Jest doktorem habilitowanym, zatrudnionym na stanowisku profesora KUL. W dodatku jego habilitacja była lekko podejrzana i w przyzwoitych ośrodkach byłyby z nią problemy.

Jaki szantaż?!

Andrzej Stankiewicz w Newsweeku pisze, że Kaczyński szantażuje Nawrockiego, by ten zawetował ustawę o SAFE. Stankiewicz sugeruje nawet, że Kaczyńskiemu wcale nie chodzi o zablokowanie SAFE, tylko o zmuszenie Nawrockiego, który nie jest do weta przekonany, do podporządkowania się woli prezesa. Przywołuje przykłady Kazimierza Marcinkiewicza, Beaty Szydło i Andrzeja Dudy, których Kaczyński złamał.

Teraz przyszła kolej na Nawrockiego,

wieszczy Stankiewicz.

To jest jakiś nonsens. Przede wszystkim Kaczyński naprawdę jest przeciwnikiem SAFE (patrz mój poprzedni wpis). Nie wątpię przy tym, że Kaczyński chciałby Nawrockiego złamać, głównie dlatego, że Jarosław nie może ścierpieć, że wyrasta mu, właściwie już wyrósł, jakiś konkurent do przywództwa na prawicy. Ale Karol Nawrocki różni się od swojego poprzednika tym, że ma cojones i charakter, których Andrzejowi Dudzie dramatycznie brakowało. Duda wyrastał w cieniu dominującej figury ojca, o czym Jan Duda sam z dumą opowiadał, więc gdy został prezydentem, symbolicznym ojcem, groźnym i umiłowanym, stał się dla niego Kaczyński. Nic takiego nie zachodzi w przypadku Nawrockiego.

A najważniejsze, Kaczyński nie może prezydenta odwołać, ale może go postraszyć brakiem wsparcia przy reelekcji. Andrzej Duda w pierwszej kadencji panicznie się tego bał, a w drugiej żałośnie żebrał o to, aby PiS wsparł go w staraniach o jakąś funkcję międzynarodową. Karol Nawrocki dopiero rozpoczyna swoją prezydenturę, minęło zaledwie pół roku od objęcia urzędu, cieszy się (niestety) dużą popularnością osobistą, może się zwrócić do Konfederacji, by stała się jego partyjnym zapleczem w miejsce PiSu, a do reelekcji stanie z własnego komitetu, tym bardziej, że już w 2025 startował jako „kandydat obywatelski”. PiS nie będzie miał wyboru i w 2030 będzie go musiał poprzeć, gdyż w przeciwnym razie jakiś alternatywny kandydat PiSu sromotnie odpadnie w pierwszej turze, a może i sam Nawrocki przegra. Kaczyński po prostu nie ma czym szantażować Nawrockiego.

Kaczyński może Nawrockiego namówić do zawetowania SAFE, może go omamić, ale zaszantażować – niemożliwe.

Are we SAFE?

PiS z całą mocą, jaka mu jeszcze została, zaangażował się w krytykowanie europejskiego mechanizmu pożyczek na uzbrojenie, SAFE. Pieniądze z tego projektu mają być wydawane przede wszystkim u europejskich producentów uzbrojenia i pokrewnych systemów. Europejskich, czyli nie amerykańskich. USA chciałyby, żeby kraje europejskie wydawały na uzbrojenie dużo, jak najwięcej, ale aby lwia część z tych wydatków przeznaczana była na zakup amerykańskiego uzbrojenia. Rozwój europejskiego przemysłu obronnego oznacza nie tylko utratę zysków przez amerykański przemysł, ale też zmniejszenie uzależnienia Europy od Stanów, które te mogłyby wykorzystać także w innych, nie-wojennych okolicznościach. Stanom Zjednoczonym się to oczywiście nie podoba.

Nic więc dziwnego, że PiS, którego jedyną polityczną kwalifikacją jest obecnie bycie eksponentem ruchu MAGA w Polsce, sprzeciwia się udziałowi Polski w programie SAFE. Można to tłumaczyć tym, że PiS tak bardzo wielbi MAGA, że ślepo i bez zastanowienia zrobi wszystko, czego MAGA od niego oczekuje. Można dodać, że PiS tak bardzo nienawidzi Unii Europejskiej i rządu Donalda Tuska, że zrobi wszystko, aby ani UE, ani Tusk nie odnieśli sukcesu na polu obronności, nawet gdyby miało się to stać kosztem bezpieczeństwa Polski. Opowieści Kaczyńskiego i jego akolitów, że udział w SAFE wpycha nas pod niemiecki but, to tylko wyraz jego głębokich fobii i uprzedzeń, więc tym akurat bym się nie przejmował. Ktoś może wreszcie dodać, że PiS celowo chce zaszkodzić Polsce, gdyż służy interesom rosyjskim – ja akurat tak nie uważam, pisałem o tym zresztą: PiS to głupki, ale ich celem nie jest służenie Rosji (co nie wyklucza, że wśród PiSu są pojedyncze osoby, które to robią).

Ale może w PiSowskiej rezerwie wobec SAFE jest jakieś malutkie, racjonalne jądro, a przynajmniej coś, co może za takowe uchodzić?

Zacznijmy od podstawowego pytania: Gdyby wybuchła wojna w Europie, a mówiąc wprost, gdyby Rosja zaatakowała europejskie kraje NATO, czy USA wystąpiłyby w ich obronie?

Sądzę, że gdyby Rosja użyła broni jądrowej, nawet taktycznej, Stany odpowiedziałyby użyciem swojej. Nie można nikomu pozwolić na bezkarne użycie broni jądrowej, bo to drastycznie naruszyłoby równowagę sił, zachęcając tego, kto użył jej raz i uszło mu to na sucho, do ponownego użycia. Zarazem nawet lokalny konflikt jądrowy miałby wielki potencjał do przerodzenia się w konflikt globalny, którego nie wygrałby nikt, można by się co najwyżej zastanawiać, kto poniesie minimalnie mniejsze straty. W Rosji to wiedzą, w Stanach to wiedzą, więc do wojny jądrowej raczej nie dojdzie, ale ostatecznie opiera się to na amerykańskim „parasolu atomowym” nad Europą.

Co innego, gdyby Rosja przypuściła atak konwencjonalny. Nie wierzę, że w takiej sytuacji Stany pod obecnym przywództwem wyślą korpus ekspedycyjny dla obrony Polski, Rumunii czy krajów bałtyckich. Stany raczej zapewniłyby pomoc wywiadowczą i logistyczną, w tym dostawy broni i amunicji, za co musielibyśmy płacić, ale łaskawie dano by nam odroczony termin płatności, lecz bezpośredniego udziału w walce unikałyby jak ognia.

Jest jeden przypadek, w którym Stany bezpośrednio zaangażowałyby się w walkę: Gdyby w toku działań wojennych Rosja czy to celowo, czy nawet przypadkowo zaatakowała stacjonujących tutaj amerykańskich żołnierzy, co w przypadku agresji byłoby bardzo prawdopodobne. Wówczas Amerykanie odpowiedzieliby na atak, a zapewne przysłali również posiłki do obrony swoich. W ten sposób siły zbrojne Stanów Zjednoczonych zostałyby wciągnięte do konwencjonalnej wojny z Rosją.

Dlatego właśnie uważa się, że fizyczna obecność wojsk amerykańskich w Polsce czy w potencjalnie innych zagrożonych krajach jest tak ważna.

PiS i ludzie z kancelarii Nawrockiego utrzymują, że Polska jest dla Ameryki tak ważnym sojusznikiem (to nieprawda), a Nawrocki i jego ludzie mają tak dobre kontakty z Trumpem i jego administracją (co może być prawdą), iż Donald Trump, choć rozważa(ł) wycofanie amerykańskich wojsk z Europy, obiecał Nawrockiemu, że z Polski ich nie wycofa. Tego się trzymajmy, publicznie mówi PiS, jesteśmy bezpieczni!

Ale nawet w PiSie rozumieją, że Trump nie słynie ze stałości poglądów, może w każdej chwili zmienić zdanie i wojska amerykańskie z Polski wycofać. O tym, że nie jest to zagrożenie czysto hipotetyczne, świadczy wpis ambasadora Toma Rose’a, który po awanturze wywołanej odmową Czarzastego wsparcia starań Trumpa o Pokojową Nagrodę Nobla napisał, że USA mogą wycofać z Polski ludzi i sprzęt. Nie wiem, czy ambasadorowi Rose niechcący się to wypsnęło, czy też świadomie nas tym postraszył, ale powiedział wyraźnie, że jeśli Trump się na Polskę obrazi, to może amerykańskie wojsko z Polski wycofać, a wtedy bezpieczeństwo Polski drastycznie osłabnie.

A zagrożenie dla interesów amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego wraz z jednoczesną próbą zmniejszenia uzależnienia Europy od Stanów Trump mógłby uznać za zniewagę.

Za wszelką cenę nie można do tego dopuścić! Dlatego właśnie PiS sprzeciwia się udziałowi Polski w mechanizmie SAFE. To byłoby wspomniane hipotetyczne racjonalne jądro.

To przerażające, że stosunki ze wciąż najpotężniejszym krajem świata zależą od tego, czy jego przywódca obrazi się, czy też się nie obrazi, jak rozkapryszony nastolatek, ale nawet w PiS rozumieją, że taka jest rzeczywistość.

Nawiasem mówiąc, choć reżim ajatollahów jest obrzydliwy i wyjątkowo groźny tak dla Iranu, jak i dla świata, nie wydaje mi się, aby bombardowanie Iranu znacznie wspomogło Trumpa w jego zabiegach o Nagrodę Nobla.

Migiem do…?

Pamiętacie aferę z rosyjską rakietą, która spadła pod Bydgoszczą? 16 grudnia 2022 Polska otrzymała ostrzeżenie od Ukrainy, że w naszą przestrzeń powietrzną zapewne wleci ruska rakieta typu, który potencjalnie może przenosić głowice jądrowe. Wleciała. Wojsko Polskie ją śledziło, ale zgubiło, gdy zeszła zbyt nisko. Ówczesny Dowódca Operacyjny, gen. Tomasz Piotrowski, poinformował o zdarzeniu Sztab Generalny oraz MON. Choć wojsko zalecało usilne poszukiwania rakiety, minister Błaszczak zarządził poszukiwania w ograniczonym zakresie, żeby nie denerwować lokalnej ludności, a potem w ogóle kazał je przerwać. I tak rakieta przeleżała w lesie do wiosny 2023, gdy przypadkiem natknęła się na nią randomowa turystka.

Wybuchł skandal. Domagano się wyjaśnień, dlaczego wojsko nie szukało rakiety i dlaczego opinia publiczna nie została poinformowana o tym zdarzeniu. Błaszczak kręcił i próbował zwalić winę na gen. Piotrowskiego.

Dowódca Operacyjny zaniechał swoich instrukcyjnych obowiązków, nie informując mnie o obiekcie, który pojawił się w polskiej przestrzeni powietrznej,

powiedział Błaszczak. Nie jest jasne, o co mu chodziło, być może głównie o to, że on uprzednio chwalił się, iż pod rządami PiS zbudowano superszczelny system obrony powietrznej kraju, a tu okazało się, że to nieprawda i Błaszczakowi zrobiło się głupio. Oświadczenie Błaszczaka zabrzmiało jednak tak, jakby oczekiwał, iż generał powinien przyjść do niego i osobiście poinformować go o incydencie, nie zaś po prostu przekazać pilny meldunek do MON.

Otóż całkiem podobnie dzieje się obecnie w sprawie przekazania Ukrainie samolotów MiG-29, tyle że w roli Błaszczaka występuje prezydent Karol Nawrocki.

Prasa podała, że Polska chce przekazać Ukrainie kilka samolotów MiG-29, którym pod koniec grudnia kończy się tzw. resurs, więc zgodnie z prawem Wojsko Polskie i tak nie mogłoby ich używać – należało by je przekazać do muzeum lub na żyletki. A w Ukrainie wciąż mogą się przydać.

Oburzony Nawrocki oświadczył, że on sam dowiedział się o tym z mediów i że to jest skandal.

Tymczasem sprawa była dwukrotnie omawiana na posiedzeniach Komitetu Bezpieczeństwa z udziałem generała z prezydenckiego BBN. Zatem Kancelaria Prezydenta, prezydent jako urząd państwowy, była poinformowana (prezydent zresztą nie podejmuje tu żadnych decyzji, ale oczywiście powinien o sprawie wiedzieć), ale do samego Karola Nawrockiego informacja nie dotarła. Prezydent najwyraźniej ma pretensje o to, że minister Kosiniak-Kamysz nie udał się do niego w tej sprawie osobiście.

Można by na to machnąć ręką, że w Kancelarii Nawrockiego panuje taki sam bałagan komunikacyjny, jak w MON Błaszczaka. (Podobno było tak, że ten generał z BBN nie przekazał informacji Cenckiewiczowi, bo ten nie ma dopuszczenia do tajemnic państwowych, a Nawrocki z całego BBNu rozmawia wyłącznie z Cenckiewiczem.) Jednak, jak sądzę, sprawa przekazania MiG-ów Ukrainie i to, w jaki sposób prezydent powinien być o niej poinformowany, wpisuje się w szersze zagadnienie: Karol Nawrocki, uzurpując sobie prawa, których formalnie nie ma, chce, metodą faktów dokonanych, przechylić ustrój kraju w stronę ustroju prezydenckiego.

Dlatego domaga się, aby minister osobiście informował go MiG-ach. Dlatego oczekuje, że rząd będzie z nim konsultował projekty ustaw zanim skieruje je do Sejmu. Dlatego chce, aby konsultowano z nim kandydatów na ambasadorów zanim MSZ podejmie jakiekolwiek dalsze kroki w tej sprawie. Dlatego wetuje kolejne ustawy przyjęte przez parlament, choć właściwie nie wiadomo, jakie są konkretne powody kolejnych wet. Dlatego wreszcie wzywa szefów służb specjalnych na odprawę, chociaż nie jest ich przełożonym (służby specjalne podlegają premierowi, więc prezydent mógłby co najwyżej poprosić premiera, aby ten szefów służb do niego wysłał), a gdy oni nie przychodzą, w odwecie odmawia powołania na pierwszy stopień oficerski kandydatów na funkcjonariuszy ABW i SKW; to ostatnie było szczególnie szkodliwe, głupie i małostkowe.

Nie można na to pozwolić i to dla zasady, z szacunku dla obowiązującego w Polsce prawa, a nie jedynie dlatego, że Karol Nawrocki na prowadzeniu spraw państwa się zupełnie nie zna. Ustrojowa pozycja prezydenta, z silnym mandatem pochodzącym z powszechnych wyborów, ale ze słabymi kompetencjami pozytywnymi, za to z silnymi kompetencjami negatywnymi (destrukcyjnymi, hamującymi), jest dziwaczna, wręcz aberracyjna. Przynosi o wiele więcej szkód, niż pożytku. Nawet w czasie rządów wywodzących się z tej samej formacji Millera i Kwaśniewskiego mówiło się o panującej pomiędzy nimi „szorstkiej przyjaźni”, a co dopiero teraz, w czasie otwarcie wrogiej kohabitacji. Zapewne warto by to zmienić, w jedną albo w drugą stronę, ale po dogłębnej analizie i dyskusji, w dodatku pod warunkiem, że wszystkie zaangażowane strony kierować się będą dobrem państwa, a nie swoim wybujałym ego, swoimi fobiami i swoimi doraźnymi – bardzo doraźnymi – interesami, jak robi to Karol Nawrocki, a zwłaszcza ministrowie w jego Kancelarii i tylko dlatego, że Nawrocki tak chce. Tak być nie może.

MiG-29

I kto tu rządzi?

Wielu komentatorów zastanawia się, kto dzisiaj rządzi na prawicy, Jarosław Kaczyński czy Karol Nawrocki. Początkowo „wszyscy” uważali, że Nawrocki realizuje agendę, wręcz polecenia PiSu. Szybko jednak zauważono, że Nawrocki wybija się na niepodległość od Kaczyńskiego. Dzisiaj maski opadły: Na prawicy rządzi Nawrocki, a Kaczyński jest mu całkowicie podporządkowany.

Chodzi mi o głosowanie nad odrzuceniem weta Nawrockiego w sprawie kryptowalut. Krypto z jednej strony stały się instrumentem spekulacyjnym, jak cebulki tulipanów w XVII wiecznej Holandii i tyle innych walorów później, co naraża nieświadomych, ale skuszonych łatwym zyskiem „inwestorów” na kolosalne straty. Do tego sama natura krypto bardzo ułatwia oszustwa. Ale po drugie, krypto, dzięki swojej wysokiej wartości (wywindowanej spekulacją?) i niezwykłej łatwości ukrywania tożsamości uczestników transakcji, wręcz zachęca do używania ich jako środka płatności w transakcjach nielegalnych: narkotyki, handel ludźmi, handel bronią, pranie pieniędzy, wymuszenia.

W naszym wypadku obawy budzi przede wszystkim to, że wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi Rosja używa krypto do finansowania działalności dywersyjnej. Byliby głupi, gdyby tego nie robili.

I oto Karol Nawrocki zawetował ustawę nakładającą kontrolę na rynek kryptowalut w Polsce. Donald Tusk wezwał do odrzucenia weta, wskazując przede wszystkim na zagrożenia rosyjskie, a także na inne zagrożenia kryminalne. Jarosław Kaczyński powiedział, że jego zdaniem kryptowaluty powinny być zakazane. A PiS ostatecznie zagłosował za podtrzymaniem weta.

PiS, żeby zrobić na złość Tuskowi, opowiedział się za ułatwieniem Rosji finansowania działań dywersyjnych i za ułatwieniem gangsterom przeprowadzania operacji finansowych na dużą skalę. A przy okazji widać, że stanowisko Nawrockiego bierze prymat nad poglądami Kaczyńskiego.

To Karol Nawrocki ma dziś rząd dusz na polskiej prawicy. Jarosław Kaczyński już się nie liczy.

***

Czemu Karol Nawrocki zawetował ustawę o kontroli krypto to inna historia. Nawrocki na krypto się nie zna – on się w ogóle na niczym nie zna, a na krypto w szczególności – a Konfa pewnie go przekonała, że krypto oznacza wolność (żeby było śmiesznie, w oryginalnych założeniach tak było). Krypto pół-legalnie sfinansowało mu część kampanii wyborczej i finansuje prawicowe media. Do tego w swoim otoczeniu zapewne ma lobbystów zabiegających o brak ograniczeń dla krypto dlatego, że Rosja używa krypto do działań przeciwko Polsce i całemu Zachodowi. A w dodatku wszystko wskazuje na to, że pomorscy gangsterzy – środowisko, które Nawrockiemu imponowało i które miało i zapewne nadal ma na niego duży wpływ – masywnie inwestują w krypto, czy to żeby oszukiwać naiwnych, czy też aby wyprać pieniądze, nieważne. Zapewne jedno i drugie.

Jakie by jednak nie były motywacje Nawrockiego, ja dzisiaj podkreślam, że na prawicy to jego zdanie się liczy. Opinia Kaczyńskiego nie ma już żadnego znaczenia.

Łaskawcy

Stany Zjednoczone wraz z Rosją zaproponowały Ukrainie „plan pokojowy”, oznaczający de facto kapitulację Ukrainy. Jest on dla Ukrainy nie do przyjęcia.

Nie wiedzieć czemu ten plan dla Ukrainy, poza różnymi obraźliwymi i z nikim nie uzgadnianymi punktami dotyczącymi „Europy”, zawiera punkt odnoszący się nie do Ukrainy, ale do Polski. Mianowicie, Rosja i Stany Zjednoczone zgadzają się, że w Polsce mogą stacjonować europejskie myśliwce.

Dobrze się nad tym zastanówmy: To nie Polska samodzielnie decyduje, jakie samoloty chce u siebie mieć. To Stany Zjednoczone i Rosja muszą łaskawie wyrazić na to zgodę.

Przecież to oznacza utratę suwerenności, ważnej części suwerenności. Pisałem niedawno, że Rosja chciałaby Polskę „sfinlandyzować”, no i proszę…

Ale kto nam to chce narzucić? Czyżby, jak twierdzą Kaczyński, Karol Nawrocki i ich żałośni zwolennicy, Niemcy i Unia Europejska, dybiące na naszą suwerenność? Nie! Oto kawałek suwerenności odbiera Polsce prezydent Donald Trump, według PiS jedyny i niewzruszony gwarant naszej wolności.