Wycieczka do Morskiego Oka

Kilka dni temu pewien ukraiński influencer wjechał swoją wypasioną Corvette przed schronisko nad Morskim Okiem, żeby tam porobić zdjęcia sobie, swojej lasce i swojemu samochodowi. Gdy już wracał, zatrzymała go policja, której powiedział, że nie zauważył znaku, ale gdy się zorientował, natychmiast zawrócił. Policja ukarała go mandatem w wysokości 100 zł.

Po czym tym typ wrzucił do internetu zdjęcia, pusząc się, że wszyscy mówili, że nie da się samochodem wjechać nad Oko, a proszę, jemu jako pierwszemu się to udało. I że fajne fotki wyszły.

Polska publiczność się wściekła, Tusk też się wściekł i za pośrednictwem ministra Kierwińskiego objął tego żałosnego typa pięcioletnim zakazem wjazdu do strefy Schengen. Publiczność była zadowolona.

Jednak część mediów i autorytetów wpadła w panikę moralną: Co prawda ten influencer to idiota, ale to przecież było tylko wykroczenie. Tusk, wyrzucając gościa z Polski i całej strefy Schengen, wpisuje się w nastroje antyukraińskie, nieledwie w prześladowania Ukraińców, a kto Tuska nie potępia, wpisuje się tam wraz z nim. Każe się nam więc tolerować bardzo szkodliwe zachowania tylko dlatego, że ich sprawcą był Ukrainiec, a inni Polacy mają do Ukraińców stosunek niechętny.

Nie zgadzam się z tym.

Nie chodzi o to, że ten człowiek dokonał wykroczenia drogowego i naruszył przepisy o ochronie przyrody. Nie chodzi nawet o to, że zrobił to w miejscu o dużym ładunku emocjonalnym dla mieszkańców naszego kraju. Ani o to, że nakłamał policji. Chodzi o to, że on to zrobił ostentacyjnie, z pełną świadomością, że popełnia wykroczenie i że w miejscu dosyć szczególnym, a następnie przechwalał się tym w Internecie. O, jaki on świetny jest, jak za nic ma lokalne prawo i lokalne zwyczaje, inni się nie odważyli, a jemu jako pierwszemu się udało, a epatując przy tym bogactwem, zdawał się mówić „o, tu mi możecie skoczyć, stać mnie”. To nie jest jedynie wykrocznie drogowe czy złamanie przepisów o ochronie przyrody. To jest poważne naruszenie porządku symbolicznego.

Dodatkowo, jeśli ten gość rzeczywiście jest influencerem, to znaczy jakaś znacząca grupa osób go obserwuje w Internecie i potencjalnie chce go naśladować, pobłażanie dla niego może zachęcić innych do podobnych wybryków. Ukaranie go innych zniechęci.

Gość okazał pogardę naszemu prawu, naszej wspólnocie i milionom ludzi uboższych od niego i jest (a przynajmniej przez chwilę był) z tego niesłychanie dumny. No więc ja nie widzę powodów, dla których mielibyśmy tolerować pobyt takiej osoby w Polsce, skoro on nami gardzi. Ja sobie tego nie życzę i już. Możecie mnie nazwać ksenofobem, nacjonalistą i diabłem wcielonym, ale ja obecności tego człowieka w Polsce sobie nie życzę. Jest mnóstwo innych pięknych miejsc na świecie, w których może robić to, co lubi.

I nie chodzi mi o to, że on jest Ukraińcem. Tak samo bym uważał, gdyby gość był, powiedzmy, Lankijczykiem czy Nowozelandczykiem. Ja bardzo szanuję Ukraińców – i tych, którzy walczą z Rosją, i tych, którzy próbują w Ukrainie jakoś żyć pod bombami, i tych, którzy mieszkając w Polsce pracują lub się uczą, albo tylko mieszkają, jeśli stan zdrowia czy inne okoliczności im na pracę czy naukę nie pozwalają. Nie widzę jednak powodów, dla których miałbym tolerować wybryki nadętego buca, szpanującego bogactwem i okazującego mi pogardę, tylko dlatego, że jest Ukraińcem, a jacyś inni ludzie Ukraińców nie lubią. Niech się wynosi.

I zupełnie przy tym pomijam argument polityczny, że gdyby Tusk typa z Polski nie wyrzucił, prawica zaczęłaby wyć, że Ukraińcom wolno więcej, niż Polakom. (Polaka zresztą nie da się z Polski wyrzucić.) Piszę o tym, co ja sam uważam.

Co powiedziawszy, nie mogę wyjść z podziwu nad tą estetyką: Te rebanki, te białe podkolanówki…

Ja się nie wybieram

24 maja w Krakowie odbędzie się referendum w celu odwołania aktualnego prezydenta miasta, Aleksandra Miszalskiego.

Nie zamierzam brać w nim udziału.

1. Jedną z zasad demokracji jest kadencyjność władz. Oznacza to nie tylko, że co z góry określony czas muszą odbywać się wybory, ale że wybrana osoba pełni swoją funkcję przez całą kadencję. Jeśli wyborcy uznają, że osoba ta sprawowała swoją funkcję źle, przegrywa ona starania o reelekcję. To jest zasada.

Możliwość przerwania kadencji jest odstępstwem od tej zasady i powinna być zarezerwowana wyłącznie do sytuacji nadzwyczajnych, typu oczywista niezdolność do pełnienia funkcji, poważne oskarżenia lub podejmowanie decyzji (a nawet zapowiedź ich podejmowania), których skutki będą długotrwałe, katastrofalne i trudne do odwrócenia. Z tego punktu widzenia sama instytucja samorządowego referendum odwoławczego jest potrzebna, bo od 2002 prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie są wybierani w wyborach bezpośrednich i bez referendum odwołać by się ich nie dało (poza przypadkiem skazania prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne, ale procedura sądowa może trwać przez całe lata).

Otóż w moim najgłębszym przekonaniu w Krakowie nie zaszło nic nadzwyczajnego, co uzasadniałoby przerwanie kadencji urzędującego prezydenta. Zgadzam się, że Aleksander Miszalski nie jest prezydentem wybitnym, może nawet jest kiepskim prezydentem, ale to, że jakaś grupa wyborców, niechby i liczna, nie jest zadowolona z jego rządów, nie uzasadnia odstępstwa od nadrzędnej zasady kadencyjności. To, że jakaś część wyborców jest z władzy niezadowolona, jest wręcz w demokracji czymś normalnym.

Tylko pomyślmy: gdyby referenda odwoławcze mogły się odbywać za każdym razem i wyłącznie dlatego, że pewna grupa wyborców jest niezadowolona, odbywałyby się praktycznie bez przerwy, a władza musiałaby dbać o dobry nastrój swoich wyborców tu i teraz, bez możliwości podejmowania decyzji, które lokalnie, chwilowo komuś się nie spodobają, bo jak nie, to odwołają.

2. Zarzuty, jakie publicznie stawia się Miszalskiemu – podwyższenie opłat za bilety komunikacji miejskiej i opłat za parkowanie, Strefa Czystego Transportu (SCT), powiększanie zadłużenia miasta, kolesiostwo i niepoważne zachowania – są w większości dęte. Rzeczywiście, zadłużenie miasta rośnie i to jest bardzo bolesne, choć w jakiejś części jest spadkiem po rządach PiS, ale w tej sytuacji jednoczesne protesty i przeciwko zadłużeniu, i przeciwko zwiększaniu wpływów poprzez podnoszenie opłat, jest cokolwiek schizofreniczne. SCT jest zupełnie bezkosztowa i korzystna dla mieszkańców Krakowa, choć pewnych korekt należałoby dokonać (na przykład, żeby parkingi P+R leżały poza SCT). Zarzuty o niepoważne zachowanie (Miszalski tańczył na dachu) same są niepoważne. Poważny jest zarzut o kolesiostwo, ale to mieści się w marginesie zachowań utrudniających/uniemożliwiających przyszłą reelekcję.

3. Jakie są zatem prawdziwe powody zwołania referendum?

Tu nastąpił splot dwu okoliczności. Z jednej strony jest to polityczna akcja PiS i Konfederacji przeciwko Koalicji Obywatelskiej, żeby wykorzystując słabość Miszalskiego pokazać, że prezydent wielkiego miasta z KO może upaść. A jeśli KO straci „platformerski” Kraków, to znak, że może stracić całą Polskę. Jak widać, nie ma to nic wspólnego z zarządzaniem Krakowem i działaniami Miszalskiego. Politycy PiS wcale się z tym nie kryją. Na przykład Beata Szydło mówiła

Mieszkańcy drugiego co do wielkości miasta w Polsce po niecałych dwóch latach mają dosyć prezydenta z partii Tuska. Referendum w Krakowie będzie największym politycznym wydarzeniem tego roku. Należy w pełni wykorzystać szansę na pokazanie partii Tuska czerwonej kartki.

W podobnym duchu wypowiadał się cytowany tamże Ryszard Terlecki.

Drugą okolicznością są niepohamowane ambicje Łukasza Gibały. Gibała już trzykrotnie ubiegał się o prezydenturę Krakowa. W 2024 przegrał z Miszalskim dosłownie o 5434 głosy na 262 tysiące głosujących w II turze. Miszalski wygrał dzięki osobistemu poparciu, jakiego udzielili mu wtedy Trzaskowski i Tusk – obaj w tym celu pofatygowali się do Krakowa. Co ciekawe, Gibała wcale nie ma gorszych kwalifikacji od Miszalskiego, biograficznie są to niemalże klony – on to wie i dlatego ambicja go zżera. Gdyby wytrzymał i poczekał do normalnego terminu wyborów w 2029, miałby olbrzymie szanse wygrać z Miszalskim. Ale nie poczekał i gotów jest oddać Kraków w ręce PiS lub Konfy, byle tylko zostać prezydentem natychmiast. Postawa Gibały stanowi dla mnie duże rozczarowanie.

Łukasz Gibała faktycznie finansuje obecną kampanię referendalną.

Do tego dołączył szereg mniejszych działaczy o takich sobie kompetencjach, ale wielkich ambicjach, którzy nie dostali posad od Miszalskiego i teraz chcą to odwrócić. No i jakaś grupa mieszkańców bona fide niezadowolonych z obecnych władz miasta.

4. Aby referendum odwoławcze było skuteczne, musi osiągnąć pewien próg frekwencji. W tegorocznym referendum krakowskim jest to nieco ponad 158 tysięcy głosów. Paradoks polega na tym, że frekwencję liczy się łącznie od wszystkich: i tych, którzy głosowali za odwołaniem, i tych, którzy głosowali przeciwko. Referenda odwoławcze w naturalny sposób mobilizują przede wszystkim tych, którzy chcą odwołania władz, ale może ich być za mało, by osiągnąć próg ważności. Zwolennicy odwołania władz starają się więc zmobilizować przeciwników odwołania, aby ich głosami osiągnąć próg ważności. Prof. Jarosław Flis mówi, że głosy uczestników referendum przeciwko odwołaniu władz mają siłę negatywną, co nazywa paradoksem bytomskim, a cały system określa jako absurdalny:

W Bytomiu doszło do sytuacji, że ci wyborcy, którzy poszli i zagłosowali za tym, żeby Rada Miejska została, przesądzili o tym, że ona musiała odejść. To jest absurdalny system. Wyborca idzie do wyborów, głosuje za opcją „A”, w rezultacie dostaje opcję „B”, której by nie dostał, gdyby został w domu.

W Polsce dotąd odbyło się ponad 400 referendów odwoławczych, z których tylko około 10% było ważnych dzięki osiągnięciu progu frekwencji. W tych nieco ponad 40 ważnych referendach tylko jeden raz udało się obronić urzędującego prezydenta miasta, gdyż głosów za odwołaniem było mniej, niż głosów przeciwko odwołaniu.

Sama ta statystyka sugeruje, że najskuteczniejszą strategią obrony odwoływanych władz jest pozostanie w domu.

Bojkot referendum o absurdalnych regułach, wedle których mój głos oddany przeciwko odwołaniu może zadecydować o tym, że odwołanie będzie skuteczne, jest racjonalną i demokratyczną decyzją.

Nie wiem, jaki będzie wynik referendum, to znaczy czy uda się osiągnąć frekwencję zapewniającą jego skuteczność. W każdym razie ja się na referendum nie wybieram.

Gorączka tulipanowa

Po upadku Zondacrypto zewsząd dochodzą smętne jęki ludzi, którzy wtopili na tej giełdzie duże pieniądze, często oszczędności całego życia. Jęków byłoby jeszcze więcej, gdyby nie to, że wielu poszkodowanych zwyczajnie się wstydzi przyznać do udziału w Zondacrypto. No pewnie, jest się czego wstydzić, przecież analogie z aferą Amber Gold sprzed kilkunastu lat (gdzie zresztą skumulowane straty były wyższe) aż się narzucają. Dobrze też znane są historie upadku innych giełd kryptowalut poza Polską. Ale pierwszą wielką aferą spekulacyjną była holenderska gorączka tulipanowa.

Tulipany sprowadzono do Europy w XVI wieku, spodobały się Europejczykom i zaczęto je coraz częściej uprawiać. Dotknęła je jakaś choroba, której skutkiem ubocznym były fantazyjne kształty i kolory kwiatów. Cechy te przenosiły się jednak nie przez nasiona, a przez cebulki (mechanizm biologiczny zrozumiano dopiero w XX wieku), więc to cebulki stały się głównym przedmiotem handlu tulipanami. I tak handel cebulkami tulipanów rósł, w latach ’20 XVII wieku osiągały one już znaczne ceny, aż wreszcie w latach ’30 wybuchło szaleństwo: Cebulki tulipanów stały się walorem spekulacyjnym, ich ceny kompletnie oderwały się od realnej wartości kwiatów. Wzrost cen był tak szybki, że mogłeś sprzedać puste pole, kupić cebulki, poczekać kilka miesięcy, sprzedać je i kupić okazały dom. A ten, który sprzedał dom, liczył na to, że za jakiś czas będzie mógł sobie kupić pałac. Pojawiło się nawet coś, co dzisiaj nazwalibyśmy instrumentami pochodnymi: kontrakty futures, zobowiązania do dostarczenia w przyszłości pewnej liczby cebulek po z góry określonej cenie. Kontrakty te także stały się przedmiotem handlu.

Aż na początku lutego 1637 bańka spekulacyjna pękła. Nagle nikt już nie chciał kupować cebulek po absurdalnie wysokich cenach. Cena cebulek w ciągu kilku dni spadła niemal do zera. Niektórzy nieźle na handlu cebulkami zarobili, ale większość poniosła duże straty. Kto został z cebulkami, mógł sobie wyhodować piękne kwiaty. No i tyle.

Analogia pomiędzy kryptowalutami a cebulkami tulipanów nie jest pełna, ale jest. Ja wciąż wierzę, że choć nie wiadomo, kto wymyślił krypto – to znaczy wiadomo, że zrobił to Satoshi Nakamoto, ale nie wiadomo, kim lub czym on jest – zrobiono to w dobrej wierze, aby jednocześnie rozwiązać problem double spending oraz wyzwolić się spod kontroli banków, a zatem władz. W ideologii „freemeńskiej” władza bowiem jest zawsze skorumpowana i opresyjna, choćby tylko w tym sensie, że banki centralne na potrzeby wydatków budżetowych mogą drukować pusty pieniądz, co prowadzi do inflacji i niszczy oszczędności obywateli. Porządne kryptowaluty, jak Bitcoin czy Ether, są przez samą konstrukcję chronione przed inflacją na rynkach, na których są walutami natywnymi.

Szybko okazało się, że ponieważ krypto zapewniają bardzo dużą anonimowość uczestników rynku, są bardzo dobrym środkiem płatniczym w transakcjach, o których władze, z punktu widzenia uczestników transakcji, naprawdę nie powinny wiedzieć: handel bronią i narkotykami, pranie pieniędzy, łapówki, wymuszenia i inna działalność przestępcza. Pojawił się zatem popyt na krypto. A ponieważ w życiu codziennym płaci się jednak walutami tradycyjnymi, kurs wymiany krypto na dolara zaczął rosnąć. Pojawili się spekulanci i choć kursy wymiany krypto podlegają wielkim wahaniom, przez długi czas dominował silny trend wzrostowy.

Wiele osób skusiło się perspektywą znacznego zarobku na tym trendzie. Kryptowaluty stały się walorem spekulacyjnym, jak cebulki tulipanów 400 lat wcześniej. Różnica pomiędzy cebulkami a krypto polega na tym, że o ile wartość cebulek była czysto umowna, o tyle istnieje realne zapotrzebowanie na krypto na potrzeby licznych nielegalnych transakcji. Dopóki świat przestępczy nie wymyśli jakiejś nowej metody ukrywania się przed władzą, kurs wymiany krypto raczej nie spadnie do zera.

Kryptowaluty epatują publiczność zaawansowaną technologią, która za nimi stoi. To prawda, tam jest taka technologia, ale poziom wiedzy technicznej potrzebny do tego, żeby wejść na ten rynek i zacząć spekulować na własny rachunek, wcale nie jest wysoki. Oczywiście ten rynek niesie podwójne ryzyko: Po pierwsze, ktoś może włamać się na twoje konto i ukraść posiadane przez ciebie krypto, dlatego ludzie zabezpieczają się, trzymając swoje krypto w cold wallets, którymi są na ogół zaszyfrowane dyski zewnętrzne lub zaszyfrowane laptopy, fizycznie odizolowane od sieci (ani kabel, ani WiFi, ani Bluetooth, ani konwencjonalna linia telefoniczna, nic). Po drugie, jako się rzekło, krypto są walorami spekulacyjnymi, których kurs podlega znacznym wahaniom, a trend wzrostowy nie może trwać wiecznie, istnieje więc ryzyko straty, podobne do ryzyka na konwencjonalnej giełdzie papierów wartościowych. Może nawet trochę większe z uwagi na tą znaczną zmienność kursu.

Ale jeśli ktoś jako-tako rozumie te ryzyka, przyjmuje je do wiadomości i chce inwestować we własnym imieniu, to czemu nie?

I tu pojawia się druga różnica pomiędzy cebulkami a krypto. Holenderscy spekulanci kupowali cebulki we własnym imieniu. Nie było instytucji, której ludzie powierzaliby pieniądze, by te za nich kupowały, a jeśli trzeba, to sprzedawały cebulki, w międzyczasie informując klientów o aktualnym stanie magazynu cebulek i ich aktualnej wartości, ilustrując sprawozdania rycinami pięknych kwiatów.

A tak właśnie działają giełdy kryptowalut: ty im dajesz pieniądze, a oni, pobierając prowizję, kupują za powierzone pieniądze krypto, przysyłają ci rejestr, ile tego krypto masz i obiecują, że jeśli będziesz chciał się wycofać, oni twoje krypto sprzedadzą i przekażą ci środki w zwykłej walucie. Do korzystania z giełd krypto zachęca zapewne nimb niedostępności technologicznej, ten sam, który sprawia, że same kryptowaluty uważane są za narzędzie nowoczesne i niepodatne na naciski władz. Poza tym aby ściągnąć nowych klientów i zyskać ich zaufanie, giełdy krypto sponsorują wydarzenia cieszące się dobrą opinią, jak rozgrywki sportowe czy kampanie polityczne popularnego kandydata, angażują też celebrytów, aby ci ich uwiarygadniali.

Ktoś mógłby powiedzieć, że podobnie dzieje się na zwykłych giełdach papierów wartościowych: ty powierzasz środki maklerowi, a on inwestuje w twoim imieniu. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy biurami maklerskimi a giełdami krypto: Biura maklerskie i podmioty oferujące swoje papiery na tradycyjnych giełdach podlegają dość rygorystycznej kontroli państwowej, a giełdy kryptowalut ani same kryptowaluty nie. Wobec braku gwarancji państwowych, wiarygodność giełd krypto opiera się wyłącznie na zaufaniu, jakim darzą je inwestorzy. Zaufanie jednak bardzo łatwo naruszyć. W efekcie o ile na tradycyjnej giełdzie inwestor może ponieść stratę, bo taka jest natura takich inwestycji, ale raczej nie zostanie ordynarnie oszukany, o tyle na giełdzie krypto może cię spotkać jedno i drugie.

Anonimowość transakcji kryptowalutowych sprawia, że bardzo trudno jest sprawdzić, co giełda krypto naprawdę robi. Dopóki wszystko działa, nikt nie zadaje zbędnych pytań. Zakładamy, że giełda rzeczywiście kupuje kryptowaluty w imieniu swoich klientów, a zyski pojawiają się dzięki silnemu trendowi wzrostowemu. Giełda krypto może „uczciwie upaść” na skutek załamania się kursu wymiany, w połączeniu z błędami w zarządzaniu i zbyt dużymi wydatkami na promocję. Ale klientów łatwo też oszukać. Ponieważ trudno jest śledzić inwestycje, nie wiadomo, czy jakieś inwestycje w ogóle mają miejsce. Może któraś giełda krypto to zwykła piramida finansowa, nie kupująca żadnych krypto, ale ściągająca inwestorów dzięki dobrej opinii i wypłacająca zyski wcześniejszych inwestorów z wpłat późniejszych (patrz Bernie Madoff). A może coś tam kupuje, ale potem właściciele uciekają z kasą, tłumacząc „nasze – to znaczy Państwa – kryptowaluty były zapisane na zaszyfrowanym laptopie, który, głupia sprawa, został przypadkiem zmiażdżony przez walec drogowy i wszystko przepadło”. Albo trochę tego, trochę tamtego.

Odzyskanie pieniędzy sprzeniewierzonych przez operatorów giełdy krypto wydaje się niemalże niemożliwe. Przy dużym szczęściu i bardzo dużym wysiłkiem być może uda się tych operatorów skazać za oszustwo, jeśli wykaże im się, że działali w złej wierze. Pójdą do więzienia, ale kto stracił, ten stracił.

Na oszukańczych praktykach giełd krypto tracą zresztą nie tylko naiwni inwestorzy, ale także celebryci i inne figury, którzy je swoimi twarzami uwiarygadniali. Oczywiście wszyscy tłumaczą się, że oni nic nie wiedzieli. No, jasne.

W przypadku Zondacrypto jej obecny prezes, Przemysław Kral, zanim uciekł do Izraela tłumaczył, że hasła do zaszyfrowanego laptopa, na którym zgromadzono kryptowaluty o wartości przekraczającej miliard złotych, znał tylko Sylwester Suszek, który zaginął w tajemniczych okolicznościach cztery lata temu. No tak, walec drogowy. Ale skoro Suszek zaginął przed czterema laty, co się działo z pieniędzmi wpłacanymi przez inwestorów w międzyczasie?!

Celowo pomijam tu wątki polityczne oraz doniesienia o ruskiej mafii rzekomo inwestującej w Zondacrypto, aby za jej pośrednictwem finansować działania polityczne i inne akcje miłe sercu tych fundatorów. Piszę wyłącznie o niebezpieczeństwach związanych z giełdami krypto wynikających z samej ich natury, nawet jeśli nie stoi za tym żadna mafia, tylko grupka bezczelnych cwaniaków.

TL;DR Inwestując w giełdę kryptowalut, ryzykujemy nie tylko „normalną” stratę wynikającą z załamania kursu, ale również że zostaniemy oszukani, gdyż giełdy krypto nie podlegają żadnej kontroli państwowej. Jak jednak widać, głuchych na ostrzeżenia amatorów szybkiego zysku nie brakuje.

Czy to upadek Trumpa?

Od razu odpowiem, że nie – jeszcze nie. Ale po kolei.

Gdy w listopadzie 2024 Donald Trump wygrał wybory, europejska prawica szalała z radości. Z czasem jednak Trump zaczął atakować Europę cłami, jego polityka stała się niestabilna i nieprzewidywalna, Danii groził aneksją Grenlandii, obrażał sojuszników, obrażał papieża, odgrażał się, że Stany wyjdą z NATO, a przynajmniej wycofają swoje wojska z Europy, przez irańską awanturę poważnie rozchwierutał światową gospodarkę oraz przepalił zapasy amunicji, które trzeba będzie odbudowywać przez co najmniej dwa lata, co czyni wątpliwym możliwość udzielenia wojskowego wsparcia Europie, a przez aferę Epsteina stracił legitymację moralną – resztkową, jaką jeszcze posiadał. (O braku wsparcia dla Ukrainy, ustępstwach wobec Putina i wycofaniu się z porozumień klimatycznych nie wspominam, bo prawicy to nie przeszkadza.) Kiedyś zdjęcie z Trumpem było najlepszą reklamą wyborczą prawicowców, ale teraz wsparcie Trumpa, nawet obietnica nowych amerykańskich inwestycji na Węgrzech, nie pomogły Orbanowi. Najnowszy Newsweek pisze na okładce, że

Donald Trump stał się obciążeniem dla swoich sojuszników

którzy, skonsternowani, już nie tak głośno manifestują swój podziw dla Trumpa i drżą, że jego poparcie przestaje być ich wielkim atutem.

Jednak choć Europejczycy patrzą na Trumpa z mieszanką rosnącego przerażenia i politowania, to nie Europa będzie decydować o jego politycznej przyszłości. Zdecydują wyborcy amerykańscy. W 2024 Trump wygrał ze znaczną przewagą, bo obiecywał poprawę sytuacji gospodarczej i to, że Stany nie będą rozpoczynać nowych wojen. Tymczasem miliarderzy się bogacą, ale sytuacja ekonomiczna najuboższych i średniozamożnych Amerykanów się nie poprawia, inflacja nie spada, tysiące osób straciło swoje świadczenia społeczne, cła uderzają w konsumentów, na skutek wojny w Iranie ceny benzyny rosną. Obecnie tylko 30% Amerykanów aprobuje politykę gospodarczą Trumpa. ICE szaleje – poza regularnym wewnętrznym terrorem*, wcale nie deportuje groźnych przestępców, ale osoby ciężko pracujące, choć przebywające w Stanach nielegalnie, więc ubywa rąk do pracy w rolnictwie, budownictwie i usługach i gospodarka cierpi. Na skutek wprowadzanego przez administrację chaosu, trudno stawiać jakiekolwiek prognozy odnośnie do sytuacji ekonomicznej. Wojna z Iranem – która nigdy nie została wypowiedziana, a jej cele nigdy nie zostały jasno sprecyzowane – kosztowała już dziesiątki miliardów dolarów, cieśnina Ormuz pozostaje zamknięta, sojusznicy Stanów w rejonie Zatoki krwawią, Stany utraciły niemalże całą swoją soft power, a tradycyjne sojusze się chwieją. Pojawiło się zagrożenie, że chiński juan może zastąpić dolara w roli podstawowej waluty w handlu ropą. Liczne wypowiedzi Trumpa na temat wojny są wzajemnie sprzeczne, sprawiają wrażenie, jakby prezydent nie kontrolował własnych myśli. Do tego Trump organicznie nie znosi jakiejkolwiek krytyki, bardzo wyraźnie oczekuje nieustannych hołdów i pochwał, w swoich mediach społecznościowych publikuje obrazki siebie a to w stroju papieskim, a to w postawie Jezusa-uzdrowiciela, a w ogóle najbardziej chyba interesuje się budową w Białym Domu sali balowej, Big and Beautiful.

Niektórzy poważni komentatorzy piszą wręcz o Donaldzie Trumpie jako o „upadającym prezydencie”.

W Stanach coraz liczniejsi Demokraci i – na razie – nieliczni Republikanie zaczynają mówić o odsunięciu Trumpa na mocy 25 Poprawki: jeśli wiceprezydent i większość członków gabinetu na piśmie oświadczą wobec Kongresu, że prezydent jest niezdolny do sprawowania urzędu, zostaje on odsunięty, a jego obowiązki przejmuje wiceprezydent. Jeśli odsuwany od władzy prezydent zaprotestuje (gdyby był żywy, ale, powiedzmy, sparaliżowany po udarze, nie mógłby zaprotestować, dlatego „jeśli”), decyzję o odsunięciu muszą zatwierdzić obie izby Kongresu, każda większością 2/3, a na to obecnie nie ma żadnych szans. Ale niezadowolenie, ba, wściekłość w Stanach narasta.

Na fali tego niezadowolenia Republikanie najprawdopodobniej przegrają w listopadzie wybory śródokresowe. Może to być nawet przegrana katastrofalna: Demokraci zdobędą nie tylko większość w Izbie Reprezentantów, co od dłuższego czasu wydaje się prawdopodobne, ale i w Senacie, co jeszcze kilka tygodni temu uważano za prawie niemożliwe. No i co z tego? Donald Trump i tak nie mógłby ubiegać się o trzecią kadencję (choć na początku drugiej coś o tym przebąkiwał), więc sondaże popularności nie muszą go obchodzić (a poza tym na pewno będzie miał swoje alternative facts). On sam, a zwłaszcza jego rodzina i pewna grupa kolegów na prezydenturze już zarobili miliardy (na kontraktach z klientami Stanów Zjednoczonych oraz, najprawdopodobniej, korzystając z nielegalnego insider trading), a zarobią jeszcze kolejne, i choć będzie prezydentem-kulawą kaczką (lame duck) nie mogącą przeprowadzać swoich ustaw przez Kongres, będzie próbował rządzić omijając Kongres za pomocą dekretów (Executive Orders). No i na wszystkie sposoby będzie blokował każdą inicjatywę Demokratów. To wróży kolejne dwa lata chaosu, niepokojów, niepewnego stanu gospodarki, być może z kolejnymi przedłużającymi się government shutdowns, zwłaszcza jeśli Republikanie zachowają Senat.

Dopiero wtedy, w drugiej połowie kadencji, jeśli sytuacja polityczna i ekonomiczna wyraźnie się pogorszy, członkowie administracji Trumpa i przywódcy Republikanów w Kongresie mogą dojść do wniosku, że dalsze trwanie przy Trumpie zagraża ich własnej karierze politycznej. Wyborcy bowiem nie zagłosują na ludzi, którzy do końca stali przy tym szaleńcu i niszczycielu. Wtedy zastosowanie 25 Poprawki stanie się dość prawdopodobne, ale to będzie nie wcześniej, niż za rok. Kadencję dokończy J.D. Vance, prawie na pewno uzyska wówczas nominację Republikanów, ale czy wygra wybory na swoją pierwszą kadencję, czas pokaże. W dużym stopniu zależeć to będzie od tego, kto będzie kandydował z ramienia Demokratów.

Końcówka kadencji pod rządami Vance’a przyniesie pewne uspokojenie, stosunki z Europą być może przestaną się pogarszać, ale ani na dużą poprawę stanu amerykańskiej gospodarki, ani na głębszą poprawę sytuacji międzynarodowej w tak krótkim czasie bym nie liczył.

*Nawet w drugim sezonie świetnego serialu The Pitt mamy scenę, w której na oddział ratunkowy wkraczają funkcjonariusze ICE eskortujący nielegalną imigrantkę, którą wcześniej poturbowali. Na widok ICE, z dyżuru znika kilka pielęgniarek i znaczna część pacjentów z poczekalni. Wychodząc, ICE aresztuje Bogu ducha winnego i legalnego pielęgniarza.

Prezydent i tytuł profesora

Do mediów wróciła sprawa profesury dla Michała Bilewicza i Waltera Żelaznego. Okazuje się bowiem, że w lutym 2025 prezydent Andrzej Duda odmówił nadania im tytułów profesora, ale oficjalnie tych decyzji nie uzasadnił. Postanowienia te nie uzyskały kontrasygnaty premiera Donalda Tuska, nie zostały więc opublikowane i tkwią niejako w zawieszeniu.

Gazeta Wyborcza grzmi, że Duda, odmawiając Bilewiczowi i Żelaznemu profesury, złamał prawo.

Według Gazety

Tytuł nadaje Rada Doskonałości Naukowej i to ona w ściśle określonej procedurze bada dorobek uczonego. Prezydent wręcza dokumenty o nadaniu tytułu.

Także premier miał odmówić kontrasygnaty rzekomo dlatego, że decyzja Dudy była bezprawna.

To są jakieś bzdury.

Nie bronię decyzji Dudy, bo była głupia, małostkowa, złośliwa i podjęta z powodów niemerytorycznych, ale prezydent ma prawo odmówić przyznania tytułu profesora. Żeby się o tym przekonać wystarczy przeczytać obowiązującą Ustawę z dnia 20.07.2018 Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (tzw. „ustawę Gowina”). Art. 230 ust.1 mówi:

Rada Doskonałości Naukowej […] składa do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wniosek o nadanie tytułu profesora.

Czyli tytuł nadaje prezydent, a nie RDN, wbrew temu, co pisze Gazeta. RDN jedynie składa wniosek. I dalej, skoro RDN jedynie składa wniosek, prezydent może go uwzględnić lub nie, działając tu jako organ administracji państwowej (patrz Art. 228 ust. 9 cytowanej ustawy), a więc jeśli prezydent odmówi nadania tytułu profesora, musi sporządzić uzasadnienie odmowy, a decyzja o odmowie jest zaskarżalna do sądu administracyjnego.

Gdyby ustawa mówiła „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nadaje tytuł profesora na wniosek RDN”, można by argumentować, że tak sformułowany przepis wiąże prezydenta, który tytuł nadać musi. Ale nie tak brzmi tekst ustawy. Ustawa mówi jedynie o wniosku do prezydenta. Ba, można sobie nawet wyobrazić sytuacje, w których odmowa nadania tytułu profesora pomimo wniosku RDN byłaby zrozumiała. Na przykład gdyby już po sformułowaniu przez RDN wniosku wypłynęło jakieś grube oszustwo naukowe kandydata (Art. 230 ust. 3 ustawy mówi, że w takim wypadku prezydent może – ale nie musi – zwrócić się do RDN o opinię komisji do spraw etyki), albo gdyby okazało się, że kandydat co prawda jest świetnym naukowcem, ale właśnie został aresztowany pod zarzutem zamordowania kochanki. Uzasadnienie prezydenckiej odmowy nadania tytułu nie może być „z czapy”, „nie, bo nie”, bo wtedy NSA odrzuci tę odmowę. Ale co do zasady, prezydent odmówić nadania tytułu naukowego może.

Jeśli komuś nie wystarcza sama lektura ustawy, proszę zwrócić uwagę na dwa dalsze fakty. Po pierwsze, Michał Bilewicz, po kilku latach oczekiwania na decyzję Dudy w jego sprawie, w końcu zaskarżył prezydenta (urząd prezydenta, nie pana Andrzeja Dudę) przed NSA, zarzucając mu bezczynność jako organowi administracyjnemu. W październiku 2024 roku prezydent przegrał w NSA i dostał miesiąc na podjęcie decyzji. Na podjęcie decyzji, czy tytuł nadać, czy nie, a nie na nadanie tytułu.

Po wtóre, gdyby prezydent był zobowiązany do nadania tytułu profesora na wniosek RDN, kontrasygnata premiera pod postanowieniem prezydenta nie byłaby wymagana – po cóż kontrasygnować akt ceremonialny, bez żadnego realnego znaczenia? A przecież wszyscy zgadzają się, że kontrasygnata premiera jest w tym wypadku konieczna.

Skostnienie

Urodzony w 1949 Jarosław Kaczyński mentalnie ukształtował się na przełomie lat ’60 i ’70. Podobała mu się tamta epoka, więc w tym stanie umysłowym skostniał. Żadna tam demokracja, trójpodział władzy, chcecks and balances, tylko centralny ośrodek władzy politycznej i partia mająca prawo narzucać obywatelom poglądy, jako że jest emanacją woli Narodu. A kto partii nie słucha, jest albo zdrajcą, albo idiotą, albo kierują nim jakieś inne złe intencje.

Jeśli Jarosław Kaczyński miał jakieś pretensje do ustroju PRL, to nie chodziło o to, że partia rościła sobie prawo do narzucania ludziom poglądów, tylko że poglądy te były niezgodne z poglądami Kaczyńskiego. A może wręcz, że to nie on mógł te poglądy narzucać, bo poza wszystkim innym, Jarosław Kaczyński jest głęboko przekonany o swoim geniuszu i nadzwyczajnej misji dziejowej, którą Bóg lub Weltgeist, lub Historia, w to nie wnikam, mu powierzyli.

To wszystko dawno już o Jarosławie Kaczyńskim wiedziałem. Uświadomiłem sobie ostatnio, że także jego fobie antyniemieckie muszą być przejawem owego skostnienia.

Straszenie niemieckimi rewizjonistami i odwetowcami, ziomkostwami, Hupką i Czają, było najważniejszym elementem PRLowskiej propagandy. Niemcy, gdyby ich nie powstrzymywać, rzuciliby się odwracać skutki Drugiej Wojny Światowej i tylko władza PZPR, przy wsparciu ZSRR rzecz jasna, mogła uchronić Polskę przed wojną, hekatombą i utratą Ziem Zachodnich i Północnych. O tym słyszało się ciągle i wszędzie. Oficjalna kultura starała się utrwalić obraz Niemców jako „odwiecznego wroga”, stąd filmy „Krzyżacy” i „Barwy walki”, seriale „Czterej pancerni i pies” oraz „Stawka większa niż życie”, liczne filmy i opowieści o obronie Westerplatte i Poczty Polskiej, ORP Orzeł, partyzantach, szlaku bojowym od Lenino do Berlina (w późniejszych latach ’70 zaczęto też wspominać o Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie), a nawet o wojnach polsko-niemieckich z czasów pierwszych Piastów. W szkole dzieci obowiązkowo uczyły się o rugach pruskich, dzieciach z Wrześni i czytały „Placówkę” Prusa. Figura Niemca jako rewanżysty nienawidzącego Polski była wszechobecna.

Padało to na podatny grunt, bo wciąż żyło dużo ludzi, którzy wojnę i okupację dobrze pamiętali i jeśli nawet sami nie walczyli, to doznali od Niemców różnych krzywd, o których chętnie opowiadali.

W takich warunkach wychował się i ukształtował Jarosław Kaczyński i, jako się rzekło, obraz Niemca jako odwiecznego wroga czyhającego na Polskę przetrwał u niego w formie niezmiennej, skostniałej. Kaczyński zapewne rozumie, że Niemcy już nie chcą najeżdżać Polski zbrojnie (choć kto wie, przypominam, jak protestował przeciwko rozlokowaniu niemieckiej baterii rakiet Patriot w Polsce), ale na pewno chcą sobie Polskę podporządkować politycznie i gospodarczo. To, że Niemcy się zmieniły, że Polska się zmieniła, że Niemcy są naszym najważniejszym partnerem handlowym, a Polska 4-5 partnerem handlowym Niemiec, że Niemcy są naszym partnerem w UE i sojusznikiem w NATO, do niego nie dociera. To znaczy on zna te fakty i liczby, ale nie zmieniają one jego głębokiego przekonania, że Niemcy chcą Polsce zaszkodzić. Ha! Wciągnęli nas do Unii, żeby nas sobie podporządkować! Dla Kaczyńskiego gospodarka to gra o sumie zerowej, korzyść jednej strony koniecznie oznacza stratę drugiej – sytuacja, w której obie strony zyskują, jest nie do pomyślenia (to też wydaje się być pomieszaniem starej marksistowskiej doktryny ekonomicznej, którą Kaczyński wciąż wyznaje, z polską nieufnością).

Nasilenie fobii antyniemieckich u Kaczyńskiego, czy też bardziej gwałtowne ich ujawnianie, może być albo przejawem senilizmu, albo próbą odwołania się do antyniemieckich nastrojów swojego żelaznego elektoratu: ludzi poddanych za młodu tej samej propagandzie, co Kaczyński, a więc starszych, religijnych (co jest czysto instrumentalne, bo sam Kaczyński religijny nie jest), uważających się za patriotów i nieco gorzej wykształconych.

Ciekawe, co z tego wynika dla naszej bliskiej przyszłości politycznej. Kaczyński ma swój zestaw poglądów, uprzedzeń i fobii oraz przekonanie o własnym geniuszu, ale ma bardzo małe zdolności adaptacyjne. Próbuje ciągle tego samego, choć świat się zmienia. Kaczyński ma ten swój żelazny elektorat, ale on się kurczy z powodów czysto demograficznych, młodsi odpływają mu do Konfy, a ci bardziej radykalni do Korony. Desygnowanie Czarnka na kandydata na premiera ma być remedium na ten proces, ale ponieważ PiS i Kaczyński nie są w stanie zaproponować niczego nowego, a tylko więcej starego, Czarnkowi co najwyżej uda się powstrzymać dalszy odpływ na prawo, ale raczej nie odwojuje niczego, co już do Konfy uciekło, bo nie ma dla nich żadnej oferty. No i nie zyska nic w centrum – tam raczej straci to, co miał.

Nominaliści

Z dwu boskich aktów, stwarzania i nazywania, polska prawica zdecydowanie wyżej ceni ten drugi. Są skrajnymi nominalistami, twierdząc, że o tym, co jest, decyduje co oni mówią, nie to, co robią.

No bo spójrzmy: Liczni księża i biskupi potępiają „tęczową zarazę” i mają za abominację związki partnerskie, choć sami są seksualnie aktywnymi – wręcz nadaktywnymi – gejami. Ale w swoim przekonaniu są przeciwko LGBT, gdyż tak mówią.

Ordo Iuris i inni fundamentalistyczni działacze promują wartości chrześcijańskie w życiu rodzinnym, chociaż dość swobodnie zamieniają się żonami, mają kochanki i kochanków, ale promują wartości chrześcijańskie, gdyż tak mówią.

PiS broni Polski przed imigrantami, którzy chcą nas zniszczyć, kulturowo przekabacić, gwałcić i mordować, zabierać nam pracę i wyłudzać świadczenia socjalne, choć to PiS rozdał, niekiedy sprzedał, ponad 400,000 wiz pracowniczych dla osób z krajów „kulturowo obcych”, które nam tak strasznie zagrażają. Ale broni Polski przed imigrantami, gdyż tak mówi.

Podobnie Nawrocki: Twierdzi, iż uważa Putina za wroga Polski, ale jedzie wspierać największego sojusznika Putina w Europie, szkodzącego Ukrainie, którą Polska przeciwko Putinowi wspiera. Niemniej jednak Nawrocki jest przeciwnikiem Putina, gdyż tak o sobie mówi.

Karol Nawrocki nie jest raczej wielkim i przenikliwym myślicielem, ale głupi nie jest i dostrzega tę sprzeczność – być może dlatego, że nie przeszedł lekcji katolicko-PiSowskiej dialektyki, dwójmyślenia. Więc gdy ktoś mu publicznie wytknie sprzeczność, strasznie się złości, przybiera naturalną dla siebie pozę osiedlowego chuligana i chce przy*dolić biedakowi, który mu podskoczył. Bo przecież jest tak, jak Nawrocki mówi. Słuchaj Prezydenta Polski, kurła!

A czemu właściwie Karol Nawrocki pojechał wesprzeć Orbana? Bo mu ambasador Rose kazał. Czemu zaś Nawrocki posłuchał ambasadora Rose? Z powodów, o których niedawno pisałem, jak sądzę.

Czarnek z Lublina

Jarosław Kaczyński nominował Przemysława Czarnka na kandydata na premiera.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną w Polsce, a zwłaszcza obecną sytuację PiSu, jest to wybór w pełni zrozumiały.

Przemysław Czarnek, ze swoim ultrakonserwatyzmem, mizoginią, homofobią, eurosceptycyzmem, manifestowaną niechęcią do Ukrainy i pospolitym chamstwem, ale także z pewną charyzmą i umiejętnością wypowiadania się ładną polszczyzną, jest świetną przeciwwagą dla Grzegorza Brauna. Tak jest, Kaczyński, stawiając na Czarnka z Lublina, nie chce rywalizować z Koalicją Obywatelską i Tuskiem o centrum, tylko z Braunem o najbardziej prawicowych wyborców: chce powstrzymać odpływ elektoratu do Korony Brauna i stworzyć warunki umożliwiające przyszłą koalicję z Braunem.

To wszystko wydaje się dość oczywiste i sporo podobnych komentarzy już padło.

Nikt jednak zdaje się nie zauważać, że Czarnek, jako kandydat na premiera i przywódcę PiSu, ma być także przeciwwagą dla Nawrockiego. Jarosław Kaczyński bardzo wyraźnie schodzi w cień i na „naturalnego” przywódcę prawicy wyrasta Nawrocki, czego Kaczyński nie może znieść. Wyrazisty, wygadany, energiczny i politycznie znacznie bardziej doświadczony Czarnek ma rzucić niewyrobionemu politycznie naturszczykowi Nawrockiemu wyzwanie o rząd prawicowych dusz. Kaczyński już chciał narzucić Nawrockiemu Czarnka jako szefa kancelarii, na co Nawrocki się nie zgodził bojąc się, że Czarnek może go przyćmić. Teraz Czarnek dostał drugą szansę. Będzie się na prawicy działo.

P.s. Przemysław Czarnek nie ma tytułu naukowego. Jest doktorem habilitowanym, zatrudnionym na stanowisku profesora KUL. W dodatku jego habilitacja była lekko podejrzana i w przyzwoitych ośrodkach byłyby z nią problemy.

Jaki szantaż?!

Andrzej Stankiewicz w Newsweeku pisze, że Kaczyński szantażuje Nawrockiego, by ten zawetował ustawę o SAFE. Stankiewicz sugeruje nawet, że Kaczyńskiemu wcale nie chodzi o zablokowanie SAFE, tylko o zmuszenie Nawrockiego, który nie jest do weta przekonany, do podporządkowania się woli prezesa. Przywołuje przykłady Kazimierza Marcinkiewicza, Beaty Szydło i Andrzeja Dudy, których Kaczyński złamał.

Teraz przyszła kolej na Nawrockiego,

wieszczy Stankiewicz.

To jest jakiś nonsens. Przede wszystkim Kaczyński naprawdę jest przeciwnikiem SAFE (patrz mój poprzedni wpis). Nie wątpię przy tym, że Kaczyński chciałby Nawrockiego złamać, głównie dlatego, że Jarosław nie może ścierpieć, że wyrasta mu, właściwie już wyrósł, jakiś konkurent do przywództwa na prawicy. Ale Karol Nawrocki różni się od swojego poprzednika tym, że ma cojones i charakter, których Andrzejowi Dudzie dramatycznie brakowało. Duda wyrastał w cieniu dominującej figury ojca, o czym Jan Duda sam z dumą opowiadał, więc gdy został prezydentem, symbolicznym ojcem, groźnym i umiłowanym, stał się dla niego Kaczyński. Nic takiego nie zachodzi w przypadku Nawrockiego.

A najważniejsze, Kaczyński nie może prezydenta odwołać, ale może go postraszyć brakiem wsparcia przy reelekcji. Andrzej Duda w pierwszej kadencji panicznie się tego bał, a w drugiej żałośnie żebrał o to, aby PiS wsparł go w staraniach o jakąś funkcję międzynarodową. Karol Nawrocki dopiero rozpoczyna swoją prezydenturę, minęło zaledwie pół roku od objęcia urzędu, cieszy się (niestety) dużą popularnością osobistą, może się zwrócić do Konfederacji, by stała się jego partyjnym zapleczem w miejsce PiSu, a do reelekcji stanie z własnego komitetu, tym bardziej, że już w 2025 startował jako „kandydat obywatelski”. PiS nie będzie miał wyboru i w 2030 będzie go musiał poprzeć, gdyż w przeciwnym razie jakiś alternatywny kandydat PiSu sromotnie odpadnie w pierwszej turze, a może i sam Nawrocki przegra. Kaczyński po prostu nie ma czym szantażować Nawrockiego.

Kaczyński może Nawrockiego namówić do zawetowania SAFE, może go omamić, ale zaszantażować – niemożliwe.

Are we SAFE?

PiS z całą mocą, jaka mu jeszcze została, zaangażował się w krytykowanie europejskiego mechanizmu pożyczek na uzbrojenie, SAFE. Pieniądze z tego projektu mają być wydawane przede wszystkim u europejskich producentów uzbrojenia i pokrewnych systemów. Europejskich, czyli nie amerykańskich. USA chciałyby, żeby kraje europejskie wydawały na uzbrojenie dużo, jak najwięcej, ale aby lwia część z tych wydatków przeznaczana była na zakup amerykańskiego uzbrojenia. Rozwój europejskiego przemysłu obronnego oznacza nie tylko utratę zysków przez amerykański przemysł, ale też zmniejszenie uzależnienia Europy od Stanów, które te mogłyby wykorzystać także w innych, nie-wojennych okolicznościach. Stanom Zjednoczonym się to oczywiście nie podoba.

Nic więc dziwnego, że PiS, którego jedyną polityczną kwalifikacją jest obecnie bycie eksponentem ruchu MAGA w Polsce, sprzeciwia się udziałowi Polski w programie SAFE. Można to tłumaczyć tym, że PiS tak bardzo wielbi MAGA, że ślepo i bez zastanowienia zrobi wszystko, czego MAGA od niego oczekuje. Można dodać, że PiS tak bardzo nienawidzi Unii Europejskiej i rządu Donalda Tuska, że zrobi wszystko, aby ani UE, ani Tusk nie odnieśli sukcesu na polu obronności, nawet gdyby miało się to stać kosztem bezpieczeństwa Polski. Opowieści Kaczyńskiego i jego akolitów, że udział w SAFE wpycha nas pod niemiecki but, to tylko wyraz jego głębokich fobii i uprzedzeń, więc tym akurat bym się nie przejmował. Ktoś może wreszcie dodać, że PiS celowo chce zaszkodzić Polsce, gdyż służy interesom rosyjskim – ja akurat tak nie uważam, pisałem o tym zresztą: PiS to głupki, ale ich celem nie jest służenie Rosji (co nie wyklucza, że wśród PiSu są pojedyncze osoby, które to robią).

Ale może w PiSowskiej rezerwie wobec SAFE jest jakieś malutkie, racjonalne jądro, a przynajmniej coś, co może za takowe uchodzić?

Zacznijmy od podstawowego pytania: Gdyby wybuchła wojna w Europie, a mówiąc wprost, gdyby Rosja zaatakowała europejskie kraje NATO, czy USA wystąpiłyby w ich obronie?

Sądzę, że gdyby Rosja użyła broni jądrowej, nawet taktycznej, Stany odpowiedziałyby użyciem swojej. Nie można nikomu pozwolić na bezkarne użycie broni jądrowej, bo to drastycznie naruszyłoby równowagę sił, zachęcając tego, kto użył jej raz i uszło mu to na sucho, do ponownego użycia. Zarazem nawet lokalny konflikt jądrowy miałby wielki potencjał do przerodzenia się w konflikt globalny, którego nie wygrałby nikt, można by się co najwyżej zastanawiać, kto poniesie minimalnie mniejsze straty. W Rosji to wiedzą, w Stanach to wiedzą, więc do wojny jądrowej raczej nie dojdzie, ale ostatecznie opiera się to na amerykańskim „parasolu atomowym” nad Europą.

Co innego, gdyby Rosja przypuściła atak konwencjonalny. Nie wierzę, że w takiej sytuacji Stany pod obecnym przywództwem wyślą korpus ekspedycyjny dla obrony Polski, Rumunii czy krajów bałtyckich. Stany raczej zapewniłyby pomoc wywiadowczą i logistyczną, w tym dostawy broni i amunicji, za co musielibyśmy płacić, ale łaskawie dano by nam odroczony termin płatności, lecz bezpośredniego udziału w walce unikałyby jak ognia.

Jest jeden przypadek, w którym Stany bezpośrednio zaangażowałyby się w walkę: Gdyby w toku działań wojennych Rosja czy to celowo, czy nawet przypadkowo zaatakowała stacjonujących tutaj amerykańskich żołnierzy, co w przypadku agresji byłoby bardzo prawdopodobne. Wówczas Amerykanie odpowiedzieliby na atak, a zapewne przysłali również posiłki do obrony swoich. W ten sposób siły zbrojne Stanów Zjednoczonych zostałyby wciągnięte do konwencjonalnej wojny z Rosją.

Dlatego właśnie uważa się, że fizyczna obecność wojsk amerykańskich w Polsce czy w potencjalnie innych zagrożonych krajach jest tak ważna.

PiS i ludzie z kancelarii Nawrockiego utrzymują, że Polska jest dla Ameryki tak ważnym sojusznikiem (to nieprawda), a Nawrocki i jego ludzie mają tak dobre kontakty z Trumpem i jego administracją (co może być prawdą), iż Donald Trump, choć rozważa(ł) wycofanie amerykańskich wojsk z Europy, obiecał Nawrockiemu, że z Polski ich nie wycofa. Tego się trzymajmy, publicznie mówi PiS, jesteśmy bezpieczni!

Ale nawet w PiSie rozumieją, że Trump nie słynie ze stałości poglądów, może w każdej chwili zmienić zdanie i wojska amerykańskie z Polski wycofać. O tym, że nie jest to zagrożenie czysto hipotetyczne, świadczy wpis ambasadora Toma Rose’a, który po awanturze wywołanej odmową Czarzastego wsparcia starań Trumpa o Pokojową Nagrodę Nobla napisał, że USA mogą wycofać z Polski ludzi i sprzęt. Nie wiem, czy ambasadorowi Rose niechcący się to wypsnęło, czy też świadomie nas tym postraszył, ale powiedział wyraźnie, że jeśli Trump się na Polskę obrazi, to może amerykańskie wojsko z Polski wycofać, a wtedy bezpieczeństwo Polski drastycznie osłabnie.

A zagrożenie dla interesów amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego wraz z jednoczesną próbą zmniejszenia uzależnienia Europy od Stanów Trump mógłby uznać za zniewagę.

Za wszelką cenę nie można do tego dopuścić! Dlatego właśnie PiS sprzeciwia się udziałowi Polski w mechanizmie SAFE. To byłoby wspomniane hipotetyczne racjonalne jądro.

To przerażające, że stosunki ze wciąż najpotężniejszym krajem świata zależą od tego, czy jego przywódca obrazi się, czy też się nie obrazi, jak rozkapryszony nastolatek, ale nawet w PiS rozumieją, że taka jest rzeczywistość.

Nawiasem mówiąc, choć reżim ajatollahów jest obrzydliwy i wyjątkowo groźny tak dla Iranu, jak i dla świata, nie wydaje mi się, aby bombardowanie Iranu znacznie wspomogło Trumpa w jego zabiegach o Nagrodę Nobla.