Fargo, sezon 5

Fargo, sezon 5, FX Productions, 2023, w Polsce emitowany przez HBO.

Nie wiedziałem, że serial Fargo miał swój piąty sezon. Gdy się przypadkiem dowiedziałem, oczywiście obejrzałem. Jestem rozczarowany.

Ten sezon, poza lokalizacją akcji w zachodniej części amerykańskiego Midwest oraz mottem1, ma niewiele wspólnego ani z wybitnym filmem z 1996, ani ze świetnym pierwszym sezonem. Nawet główny motyw muzyczny pojawia się na krótko. Sezon jest na siłę feministyczny, z zasadniczym przesłaniem, że mężczyźni są przemocowi, zwłaszcza wobec kobiet i że wszyscy na tym źle wychodzą. Do tego dołożony jest jakiś zupełnie niepotrzebny mistycyzm.

Popatrzmy na galerię postaci męskich (uwaga, spojlery):

  • „Konstytucyjny szeryf”, arcyprzemocowiec
  • jego niezbyt udany syn, przemocowiec aspirujący, w którym skrywa się skrzywdzone dziecko
  • cała zgraja pomniejszych przemocowców i/lub durniów, pojawiających się epizodycznie
  • tajemniczy morderca, postać wzorowana na jednym z pobocznych wątków Gry o tron
  • mąż dobrej policjantki, karykaturalny Piotruś Pan
  • mąż bezwzględnej miliarderki – pojawia się epizodycznie i wygląda na to, że mógłby być miłym facetem, ale ma na wszystko wywalone i interesuje się wyłącznie swoim drinkiem
  • syn bezwzględnej miliarderki, postać niewątpliwie sympatyczna, ale naiwna i nieogarnięta na granicy upośledzenia
  • cyniczny prawnik bezwzględnej miliarderki, którego jednakowoż stać na ludzki odruch
  • dobry policjant – jedyna jednoznacznie pozytywna postać męska w całym serialu, pewnie dlatego, że wychowała go matka i sześć sióstr, dzięki czemu wyszedł na ludzi (i nie założył rodziny).

Serial zaczyna się w sposób typowy dla Fargo: niezbyt wielkie zdarzenie prowadzi do eskalacji kończącej się górą trupów. Przez pierwsze dwa, trzy odcinki sezon trzyma jaki-taki poziom, ale potem wszystko siada. A na końcu kobieca solidarność i matczyne odruchy triumfują. No dajcie spokój. Nie polecam.

  1. This is a true story. The events depicted took place in [location] in [year]. At the request of the survivors, the names have been changed. Out of respect for the dead, the rest has been told exactly as it occurred. ↩︎

Krym

Kampania dronowa Ukrainy, niezwykle skuteczna, postawiła Krym w sytuacji przypominającej stan oblężenia.

Ukraina atakuje drogowe połączenie z Rosją po zachodniej stronie Morza Azowskiego, poprzez tereny okupowane. Ataki są tak częste i skuteczne, że rosyjscy kierowcy wręcz odmawiają poruszania się po tej trasie. Ukraina zniszczyła główne mosty łączące Krym z terytoriami okupowanymi, systematycznie niszczy stawiane ad hoc mosty pontonowe, atakuje krymskie elektrownie, zniszczyła drogowe i kolejowe mosty na terenie samego Krymu, uniemożliwia transport promowy przez Morze Azowskie i inne formy transportu morskiego. Czynny pozostaje jedynie zbudowany przez Putina Most Kerczeński, ale Rosja ze strachu zakazuje przejazdu ciężarówkom, bo na ciężarówce mógłby być ładunek wybuchowy; nie jestem pewien, czy przez ten most możliwy jest wciąż transport kolejowy – ale nawet jeśli tak, to kolej nie dojedzie do głównych miast półwyspu, no bo te mosty kolejowe na samym Krymie…

Militarny cel Ukrainy jest oczywisty: Krym był bliskim zapleczem frontu, tu Rosja dostarczała amunicję, paliwo, żywność i inne zaopatrzenie dla jednostek frontowych. Tu wysyłane były rosyjskie oddziały zanim trafiły na front. Na Krymie znajdowały się ważne rosyjskie instalacje radarowe, wreszcie z Krymu można było przeprowadzać ataki dronowe i rakietowe na ukraińskie miasta. Teraz to wszystko jest niemożliwe.

Ale równie bolesny jest cios w warstwie symbolicznej. Krym jest dla Rosji ważny ze względów historycznych, emocjonalnych i w perspektywie opanowania Morza Czarnego jako wewnętrznego morza Rosji. Gdy Rosja zaanektowała Krym w 2014, spotkało się to z entuzjastycznymi reakcjami Rosjan, a popularność Putina wzrosła do najwyższych poziomów. Teraz Rosja musi się wstydliwie z Krymu wycofywać.

Rosyjska Flota Czarnomorska, poniósłszy ciężkie straty, już dawno musiała się wycofać z Sewastopola do Noworosyjska na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego. Czytamy też o tym, że z Krymu uciekają wciąż tam jeszcze obecni wyżsi oficerowie sił zbrojnych, funkcjonariusze KGB i urzędnicy państwowi. Na Krymie panuje ostry kryzys paliwowy, paliwo jest tylko dla wojska i najważniejszych służb państwowych, są częste wyłączenia prądu, zaczyna brakować wody i żywności, na skutek braku paliwa zbiory (zboże, winorośl, warzywa) zapewne się nie odbędą. Turystyka, będąca jedną z ważniejszych części gospodarki Krymu, całkowicie się załamała. Rosyjski gubernator Krymu ogłosił stan wyjątkowy. Prywatne samochody, które wciąż mają paliwo, ustawiają się w wielokilometrowej, wielogodzinnej kolejce do Mostu Kerczeńskiego, by uciec do Rosji.

Ukraina nie ma zasobów, aby fizycznie odbić Krym, ale zarazem nie może zaprzestać ataków na konwoje, bo to groziłoby rosyjską remilitaryzacją Krymu. Krym pozostanie więc izolowany, jak w stanie oblężenia. Rosja już w 2014 oficjalnie inkorporowała Krym, ale z punktu widzenia prawa międzynarodowego, Krym pozostaje terytorium ukraińskim okupowanym przez Rosję. W tej sytuacji to okupant odpowiada za sytuację bytową ludności zajętego terytorium.

Pytanie brzmi, co w tej sytuacji zrobi Putin. Chodzi mi o ludność cywilną, której przed wybuchem wojny było blisko 2 miliony. Otóż moim zdaniem, Putin nie zrobi nic. Nie będzie negocjował z Ukrainą dostaw humanitarnych bądź też ewakuacji ludności, gdyż byłoby to dla niego upokarzające. Na półwyspie możliwy jest więc wybuch kryzysu humanitarnego, któremu Rosja będzie się cynicznie przyglądać, używając go w walce propagandowej przeciwko Ukrainie. Nie zdziwiłbym się, gdyby po stronie rosyjskiej pojawiły się porównania z oblężeniem Leningradu.

Jednak kto wie, w przypadku ostrego kryzysu humanitarnego, możliwy byłby separatystyczny bunt ludności Krymu – nie po to, aby powrócić do Ukrainy, ale by odłączyć się od Rosji, która ich zawiodła i ogłosić niezależność. Taki bunt społeczność międzynarodowa mogłaby zaakceptować i sfinansować, organizując dostawy humanitarne, a nawet wysyłając tam jakieś siły rozjemcze za zgodą Ukrainy. Powstałoby – choć w pewnym sensie odrodziłoby się – nowe państwo czarnomorskie. Byłby to koszmarny cios wizerunkowy dla Rosji.

Odebrał

Prezydent Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego prezydentowi Ukrainy, Wołodymyrowi Zełenskiemu.

W odpowiedzi polskie odznaczenia zwróciło kilka znaczących osób z Ukrainy, w tym ukraiński minister spraw zagranicznych i obecny ambasador Ukrainy w Polsce, a trzej byli prezydenci, Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko, zrzekli się przyznanych im Orderów Orła Białego.

To znak, że Ukraińcy odebranie Orderu Zełenskiemu potraktowali jak gest nieprzyjazny. Skoro Polska odbiera Order naszemu walecznemu prezydentowi, ba, Order, który był traktowany jako odznaczenie dla całego narodu ukraińskiego, my nie chcemy nosić polskich odznaczeń, nawet jeśli mamy do obecnego prezydenta różne zastrzeżenia.

Nawrocki jako prezes IPN kilka lat temu mówił, że Ukraińcy sami mogą wybierać swoich bohaterów, ale teraz odebrał Zełenskiemu Order, żeby zapunktować w swoim kibolsko-nacjonalistycznym elektoracie. O to mu przecież głównie chodziło. Małostkowość, mściwość, działanie wet za wet to cecha osób niepewnych swego znaczenia. Bo jeśli odpuścisz, okażesz wielkoduszność, nie oddasz, gdy cię uderzą, inni uznają, żeś słaby! Taką Polskę Nawrocki pokazuje światu. Taką gębę nam przyprawia.

A czy Nawrocki realnie coś zyskał dla Polski? Otóż nie.

Teraz Zełenski na pewno nie cofnie decyzji o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA” – przeciwnie, można się spodziewać więcej zdarzeń tego typu. Możemy też zapomnieć o rozmowach na temat upamiętnienia Polaków pomordowanych na Wołyniu. Nastawienie do Polski i Polaków w Ukrainie pogorszyło się; rykoszetem pogorszy się też stosunek Polaków do przebywających u nas Ukraińców. Polska – polski rząd – stara się o włączenie naszego kraju do rozmów o zakończeniu wojny i o przyszłości Ukrainy. To się prawie na pewno nie uda, bo Ukraina nie będzie tym zainteresowana. Dlaczegóż mieliby włączać do rozmów kraj tak nieprzychylnie do nich nastawiony? (Nawiasem mówiąc, to mógł być trzeciorzędny cel Nawrockiego – włączenie Polski do rozmów byłoby sukcesem rządu, a tego Nawrocki nie może ścierpieć.) Wreszcie polskie firmy straciły właśnie nadzieje na wiele kontraktów na powojenną odbudowę Ukrainy. Może jakąś boczną drogę pozwolą nam wyremontować. Tak, ja wiem, że w biznesie powinny decydować wyłącznie kwestie merytoryczne – ale nie decydują. Liczy się także sympatia i zaufanie do kontrahenta. A te w wypadku Polski szorują po dnie.

Brawo, Karol Nawrocki!

Nawiasem mówiąc, prezydent Zełenski, nie czekając na publikację postanowienia Nawrockiego w Monitorze Polskim, odesłał do Polski insygnia Orderu. Tym samym problem kontrasygnaty Tuska stał się niebyły – dodatkowy plan Nawrockiego, by wpędzić Tuska w pułapkę bez wyjścia, spalił na panewce.

Nie zdziwiłbym się, gdyby to Tusk poprosił o to Zełenskiego, z którym spotkał się dzień przed decyzją Nawrockiego. Oczywiście poza protokołem. Gdyby tak było, byłby to jednocześnie przyjazny wobec polskiego rządu gest ze strony Zełenskiego oraz pokazanie, że jemu na polskich odznaczeniach nie zależy, skoro nie czekał, aż Tusk go „uratuje” odmawiając kontrasygnaty.

Brunatny chuligan

Brunatny chuligan Robert Bąkiewicz dopuścił się kolejnego ekscesu: z grupą zwolenników pojechał do Berlina, by tam „uczcić” pamięć polskich ofiar nazistowskich Niemiec. Niemiecka policja starała mu się grzecznie wytłumaczyć, że manifestację akurat w tym miejscu trzeba było zgłosić co najmniej z wyprzedzeniem 7 dni, a krzyża bez pozwolenia też stawiać nie wolno, ale Bąkiewicz nie posłuchał, więc policja zglebowała go i skuła. Brawo, niemiecka policja. Zupełnie przypadkiem była tam ekipa Telewizji Republika, która wszystko sfilmowała i teraz krzyczy, że niemiecka policja bije polskich patriotów!

Ta awantura, wycelowana, rzecz jasna, do polskich odbiorców, nie ma większego znaczenia. Ośmiesza głównie samego Roberta Bąkiewicza, choć poniekąd trochę nas wszystkich, bo spora część Niemców zrozumie jedynie, że jacyś Polacy znów zrobili histeryczną scenę.

Znacznie poważniejszą sprawą są samozwańcze bojówki, ubrane w stroje przypominające polskie mundury, zaczepiające i legitymujące na Dworcu Centralnym osoby o cudzoziemskim wyglądzie. Członkowie tych bojówek są z „Ruchu Obrony Granic” Bąkiewicza, ale ich organizatorem jest ktoś z kręgu Grzegorza Brauna. Policja początkowo stwierdziła, że się temu przygląda – i to był absolutny skandal, bo tego typu „patrole” należy rozpędzić natychmiast, bez wnikania w jakiekolwiek szczegóły. Samo tolerowanie ich obecności jest bardzo niebezpieczne. Umundurowane bojówki nazistowskiej SA, słynne brunatne koszule, też początkowo były grupami niepowiązanymi z instytucjami Republiki Weimarskiej, a policja tylko im się przyglądała. W końcu, po czterech dniach i po osobistej interwencji Tuska, polska policja i prokuratura wszczęły dochodzenie przeciwko tym bojówkarzom Brauna i Bąkiewicza. Oby ta sprawa nie rozpłynęła się po kościach. Powtórzę: tolerowanie takich zachowań, takich grup, to wstęp do jawnej faszyzacji Polski.

Przy okazji jednak ludzie znów zadają pytanie, czy Robert Bąkiewicz jest ruskim agentem. Jak już kilkakrotnie pisałem, oskarżenie kogoś o agenturalność to bardzo poważna sprawa. Myślę, że Bąkiewicz ruskim agentem nie jest. Po prostu jego cele są zbieżne z celami Rosji, więc ta go, być może, cichaczem wspiera.

Nie wiem tego, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby Bąkiewicz faktycznie był opłacany przez rosyjskie służby. Rzecz jasna nie bezpośrednio, ambasada nie wypłaca mu jurgieltu ani agent nie przekazuje koperty w nocy na stacji benzynowej, ale może jakaś dziwna firma czy fundacja a to zleci mu „analizę”, którą przepłaci, a to sowicie opłaci jego koszty podróży i uczestnictwa w jakimś bardzo patriotycznym zgromadzeniu, gdzie Bąkiewicz wygłosi przemówienie zagrzewające serca, albo przekaże środki na druk materiałów i nie będzie się domagać szczegółowego rozliczenia, no, takie tam. Ta dziwna firma czy fundacja wcale nie musi mieć pułkownika KGB jako swojego szefa – Tomasz Piątek w swoich książkach opisywał całe sieci, wielowarstwowe struktury spółek, stowarzyszeń i fundacji, które mają jakichś szefów (często są to słupy, ale niekiedy jacyś działacze średniego szczebla) i w zasadzie nic nie robią, tylko wykonują skomplikowane operacje finansowe pomiędzy sobą, a powiązanie z KGB jest tylko takie, że spółkę-korzeń tej struktury obsługuje jeden cypryjski prawnik, którego da się powiązać z kimś, kto prawie na pewno pracuje dla KGB.

Pecunia non olet, ale być może Robert Bąkiewicz wcale nie potrzebuje finansowego wsparcia ze strony Rosji, gdyż, jak donosi Gazeta Wyborcza, za rządów PiS organizacje powiązane z Bąkiewiczem otrzymały od państwa polskiego 14 mln złotych, głównie za pośrednictwem Funduszu Patriotycznego.

Natomiast głęboko wątpię, aby Bąkiewicz był przez stronę rosyjską zadaniowany, to znaczy aby ruscy wyznaczali mu cele, a tym bardziej sposoby ich realizacji. On to robi ze szczerego serca. Pewnie gdyby go zapytać, Bąkiewicz określiłby się jako typ antyrosyjski, bo Katyń i komunizm, choć zarazem rosyjska kultura jest szlachetna i nie przeżarta moralną zgnilizną, jak kultura Zachodu. Bo to ta gnijąca Europa, właściwie fuzja Gejropy, Eurabii, światowego syjonizmu i antyreligijnego lewactwa, jest prawdziwym zagrożeniem dla Polski. A do tego Europa ciągle się z Polski wyśmiewa i naigrawa, umniejsza jej rolę, szkodzi na każdy dostępny sposób, pewnie dlatego, że Polska ma szczególną misję dziejową do spełnienia, która, gdyby się udała – daj Bóg, żeby się udała! – wysadzi to plugastwo z siodła. W Polsce wszelkie ślady tej europejskiej zgnilizny należy plenić z całą mocą. No więc Bąkiewicz, polski patriota, stara się, jak umie i jak rozumie swój patriotyzm, a że poza straszeniem słabszych od siebie, niewiele umie i niewiele rozumie, robi, co robi.

Owszem, ludzie bywają tak głupi, przypominam o brzytwie Hanlona, ale dodatkowo Bąkiewicz nie bez racji sądzi, że jego działalność zyskuje mu popularność i poparcie w naszym „prawym sektorze”, co po zmianie władzy może zaowocować kolejnymi dotacjami rządowymi, a może nawet jakąś samodzielną pozycją polityczną.

Natomiast ruskie służby oczywiście obserwują, co się u nas dzieje. Widząc takiego szkodnika, jak Bąkiewicz, hołubią go i, być może, skrycie finansują, bo on robi dla nich lepszą robotę, niż specjalnie przeszkolony agent. Rozsadzanie Europy od środka i starania na rzecz wyprowadzeniu Polski ze struktur europejskich, są zbieżne z celami polityki rosyjskiej, Bąkiewiczowi zaś nie przeszkadza to, co Putin robi w Ukrainie i u siebie w Rosji też. Bąkiewicz jest autentyczny i potrafi dotrzeć do ludzi, którzy mają zbliżone do niego zapatrywania, ale nie mają na tyle charyzmy i rzutkości, aby samodzielnie wcielać je w życie.

Niestety, są tacy. Dużo takich 🙁

Robert Bąkiewicz skuty przez niemiecką policję w Berlinie

Demony przeszłe i współczesne

Prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy imię „bohaterów UPA”. W Polsce zawrzało. Polacy mają UPA za wyjątkowo okrutnych morderców, dla Ukraińców była to formacja walcząca o niepodległość Ukrainy z Sowietami, Polakami i Niemcami. Te dwie świadomości historyczne nigdy się nie spotkają. Z drugiej strony, jak pisze ten ukraiński komentator, Ukraińcy

nie interesują się zbytnio Polską i nie traktują tych spraw jako ważnych. To jest po prostu fakt… sedno problemu nie jest takie, jak to w Polsce wielu sobie wyobraża – że tam ktoś coś na złość robi Polsce. Sedno problemu polega na tym, że czynnik polski po stronie ukraińskiej po prostu nie waży. Ukraińskie tematy są cały czas widoczne w polskiej dyskusji publicznej, podczas gdy polskie po stronie ukraińskiej są gdzieś daleko na trzecim, czwartym czy jakimś szóstym miejscu.

Zełenski, choć dobrze punkt widzenia Polaków zna, niespecjalnie się nim przejął i wybrał wzmocnienie swojej pozycji w polityce wewnętrznej kosztem relacji z Polską. To bardzo przykre.

Ale co z tego dalej miałoby wynikać? Niewątpliwie Zełenski nie będzie już w Polsce ciepło przyjmowany. Nie powinno to jednak wpływać na nasz stosunek do Ukrainy i na nasze ekonomiczne, polityczne i wojskowe wsparcie dla Ukrainy w jej wojnie z Rosją, ani na nasz stosunek do przebywających w Polsce Ukraińców. Dla nas wspominanie „bohaterów UPA” jest bolesne, ale wspieranie Ukrainy jest ważniejsze, bo leży w naszym strategicznym interesie. Tamtych pomordowanych już nie wskrzesimy, ale możemy zmniejszyć liczbę współczesnych ofiar, czy to po stronie ukraińskiej, czy, nie daj Boże, polskiej. Tego się trzymajmy, mimo iż jesteśmy mocno wkurzeni.

I tu wchodzi Karol Nawrocki, cały na biało, i oświadcza, że zamierza odebrać Zełenskiemu Order Orła Białego, nadany mu w 2023 przez prezydenta – jak on się nazywał? a, tak – Andrzeja Dudę.

Choć zasadniczym celem Nawrockiego jest przypodobanie się swojemu nacjonalistycznemu elektoratowi, odebranie Orderu prezydentowi zostałoby odebrane w Ukrainie jako wielki despekt, tym bardziej, że Zełenski mówił, że traktuje nadany mu Order jak order dla całego narodu ukraińskiego. Ukraińcy potraktowaliby to jako jaśniepański, postkolonialny dyktat, jakich bohaterów wolno im czcić. Pisze o tym też cytowany wyżej komentator:

Po stronie ukraińskiej włączył się mechanizm defensywny w społeczeństwie i sytuację odebrano jako próbę tworzenia nacisku z zewnątrz i wskazywanie Ukraińcom, jak im układać życie wewnątrz ich państwa. […] Osoby, które w ogóle nie interesowały się nigdy tematem i nie wiedzą, o co chodzi z tym Wołyniem i UPA, odruchowo wspierają teraz Zełenskiego, bo „nikt nam nie będzie kazał, co mamy robić”.

Nie wiedzieć czemu polska strona demokratyczna – komentatorzy, media, a nawet członkowie rządu (Adam Szłapka dzisiaj w TVN24) – uważa, że ponieważ postanowienie prezydenta będzie wymagać kontrasygnaty premiera, Tusk, odmawiając kontrasygnaty, uratuje nas przed międzynarodową katastrofą. Znowu.

Przede wszystkim zupełnie nie jest oczywiste, że kontrasygnata premiera w ogóle byłaby wymagana. Art. 144, ust. 3 pkt. 16 Konstytucji zalicza nadawanie orderów i odznaczeń do „prerogatyw osobistych prezydenta”, niewymagających kontrasygnaty. Skoro nadawanie orderów jest prerogatywą osobistą, to Nawrocki może uznać, że ich odbieranie też, wobec czego o kontrasygnatę nie wystąpi. No i bardzo dobrze. Byłoby to zresztą zgodne z duchem dotychczasowych poczynań prezydenta, który przy każdej nadarzającej się okazji chce swoją osobistą władzę powiększać, a nie ograniczać.

Można wszakże argumentować, że skoro wyliczenie z ust. 3 jest enumeratywne i odbierania odznaczeń nie zawiera, kontrasygnata jest wymagana. Taka interpretacja wcale nie jest oczywista, ale opierając się na niej Nawrocki, żeby zrzucić z siebie część odpowiedzialności oraz zapędzić Tuska w sytuację bez wyjścia, może o kontrasygnatę wystąpić. Bo każda decyzja, jaką podejmie w tej sytuacji Tusk, będzie zła.

Jeśli premier odmówi kontrasygnaty, co prawda unikniemy bezpośredniego zgrzytu w stosunkach polsko-ukraińskich, ale prawica będzie wyła, że Tusk wspiera UPA, że wszyscy popierający Tuska wspierają UPA i właściwie są osobiście winni mordowaniu Polaków na Wołyniu. TV Republika będzie mówić o Tusku nie tylko jako o agencie Brukseli i Niemiec, ale jako o banderowcu, mile rezonując z rosyjską propagandą. I ta trucizna będzie się ludziom sączyła do ucha, aż w końcu sporo ludzi w to uwierzy. Szanse na powrót prawicy do władzy wzrosną. Polaryzacja nastrojów w Polsce jeszcze bardziej się zaostrzy, krzyki o ukrainizacji Polski staną się głośniejsze, ze wszystkimi złymi skutkami dla stosunku (niektórych, ale coraz liczniejszych) Polaków do mieszkających u nas Ukraińców, a w konsekwencji dla ogółu stosunków polsko-ukraińskich.

Jeśli zaś premier kontrasygnaty udzieli, wtedy liberałowie i lewica równie głośno będą wyli, że Tusk, w imię demonów przeszłości, stawia na szali bezpieczeństwo Polski i relacje polsko-ukraińskie. Dodatkowo przynajmniej część lewicy uzna to za argument, że Tusk jest takim samym nacjonalistą, jak Braun, co również będzie oznaczać, że szanse na powrót prawicy do władzy wzrosną.

Dlatego w najlepszym interesie Tuska będzie argumentować, że jego kontrasygnata nie jest wymagana. Skoro konstytucja pozostawia kwestię orderów i odznaczeń w wyłącznej gestii prezydenta, to on, Tusk, szanując konstytucję, nie uzurpuje sobie prawa do kontrasygnaty. Jeśli Nawrocki się uprze, że kontrasygnata jest wymagana, premier powinien się zwrócić do Trybunału Konstytucyjnego o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego. I w ten sposób sprawa umrze 😉

Choć zabrzmi to cynicznie, umycie rąk przez Tuska byłoby najlepszym możliwym wyjściem.

Oczywiście wciąż istnieje jakaś nadzieja, że prezydent Nawrocki się opamięta.

Wycieczka do Morskiego Oka

Kilka dni temu pewien ukraiński influencer wjechał swoją wypasioną Corvette przed schronisko nad Morskim Okiem, żeby tam porobić zdjęcia sobie, swojej lasce i swojemu samochodowi. Gdy już wracał, zatrzymała go policja, której powiedział, że nie zauważył znaku, ale gdy się zorientował, natychmiast zawrócił. Policja ukarała go mandatem w wysokości 100 zł.

Po czym tym typ wrzucił do internetu zdjęcia, pusząc się, że wszyscy mówili, że nie da się samochodem wjechać nad Oko, a proszę, jemu jako pierwszemu się to udało. I że fajne fotki wyszły.

Polska publiczność się wściekła, Tusk też się wściekł i za pośrednictwem ministra Kierwińskiego objął tego żałosnego typa pięcioletnim zakazem wjazdu do strefy Schengen. Publiczność była zadowolona.

Jednak część mediów i autorytetów wpadła w panikę moralną: Co prawda ten influencer to idiota, ale to przecież było tylko wykroczenie. Tusk, wyrzucając gościa z Polski i całej strefy Schengen, wpisuje się w nastroje antyukraińskie, nieledwie w prześladowania Ukraińców, a kto Tuska nie potępia, wpisuje się tam wraz z nim. Każe się nam więc tolerować bardzo szkodliwe zachowania tylko dlatego, że ich sprawcą był Ukrainiec, a inni Polacy mają do Ukraińców stosunek niechętny.

Nie zgadzam się z tym.

Nie chodzi o to, że ten człowiek dokonał wykroczenia drogowego i naruszył przepisy o ochronie przyrody. Nie chodzi nawet o to, że zrobił to w miejscu o dużym ładunku emocjonalnym dla mieszkańców naszego kraju. Ani o to, że nakłamał policji. Chodzi o to, że on to zrobił ostentacyjnie, z pełną świadomością, że popełnia wykroczenie i że w miejscu dosyć szczególnym, a następnie przechwalał się tym w Internecie. O, jaki on świetny jest, jak za nic ma lokalne prawo i lokalne zwyczaje, inni się nie odważyli, a jemu jako pierwszemu się udało, a epatując przy tym bogactwem, zdawał się mówić „o, tu mi możecie skoczyć, stać mnie”. To nie jest jedynie wykrocznie drogowe czy złamanie przepisów o ochronie przyrody. To jest poważne naruszenie porządku symbolicznego.

Dodatkowo, jeśli ten gość rzeczywiście jest influencerem, to znaczy jakaś znacząca grupa osób go obserwuje w Internecie i potencjalnie chce go naśladować, pobłażanie dla niego może zachęcić innych do podobnych wybryków. Ukaranie go innych zniechęci.

Gość okazał pogardę naszemu prawu, naszej wspólnocie i milionom ludzi uboższych od niego i jest (a przynajmniej przez chwilę był) z tego niesłychanie dumny. No więc ja nie widzę powodów, dla których mielibyśmy tolerować pobyt takiej osoby w Polsce, skoro on nami gardzi. Ja sobie tego nie życzę i już. Możecie mnie nazwać ksenofobem, nacjonalistą i diabłem wcielonym, ale ja obecności tego człowieka w Polsce sobie nie życzę. Jest mnóstwo innych pięknych miejsc na świecie, w których może robić to, co lubi.

I nie chodzi mi o to, że on jest Ukraińcem. Tak samo bym uważał, gdyby gość był, powiedzmy, Lankijczykiem czy Nowozelandczykiem. Ja bardzo szanuję Ukraińców – i tych, którzy walczą z Rosją, i tych, którzy próbują w Ukrainie jakoś żyć pod bombami, i tych, którzy mieszkając w Polsce pracują lub się uczą, albo tylko mieszkają, jeśli stan zdrowia czy inne okoliczności im na pracę czy naukę nie pozwalają. Nie widzę jednak powodów, dla których miałbym tolerować wybryki nadętego buca, szpanującego bogactwem i okazującego mi pogardę, tylko dlatego, że jest Ukraińcem, a jacyś inni ludzie Ukraińców nie lubią. Niech się wynosi.

I zupełnie przy tym pomijam argument polityczny, że gdyby Tusk typa z Polski nie wyrzucił, prawica zaczęłaby wyć, że Ukraińcom wolno więcej, niż Polakom. (Polaka zresztą nie da się z Polski wyrzucić.) Piszę o tym, co ja sam uważam.

Co powiedziawszy, nie mogę wyjść z podziwu nad tą estetyką: Te rebanki, te białe podkolanówki…

Ja się nie wybieram

24 maja w Krakowie odbędzie się referendum w celu odwołania aktualnego prezydenta miasta, Aleksandra Miszalskiego.

Nie zamierzam brać w nim udziału.

1. Jedną z zasad demokracji jest kadencyjność władz. Oznacza to nie tylko, że co z góry określony czas muszą odbywać się wybory, ale że wybrana osoba pełni swoją funkcję przez całą kadencję. Jeśli wyborcy uznają, że osoba ta sprawowała swoją funkcję źle, przegrywa ona starania o reelekcję. To jest zasada.

Możliwość przerwania kadencji jest odstępstwem od tej zasady i powinna być zarezerwowana wyłącznie do sytuacji nadzwyczajnych, typu oczywista niezdolność do pełnienia funkcji, poważne oskarżenia lub podejmowanie decyzji (a nawet zapowiedź ich podejmowania), których skutki będą długotrwałe, katastrofalne i trudne do odwrócenia. Z tego punktu widzenia sama instytucja samorządowego referendum odwoławczego jest potrzebna, bo od 2002 prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie są wybierani w wyborach bezpośrednich i bez referendum odwołać by się ich nie dało (poza przypadkiem skazania prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne, ale procedura sądowa może trwać przez całe lata).

Otóż w moim najgłębszym przekonaniu w Krakowie nie zaszło nic nadzwyczajnego, co uzasadniałoby przerwanie kadencji urzędującego prezydenta. Zgadzam się, że Aleksander Miszalski nie jest prezydentem wybitnym, może nawet jest kiepskim prezydentem, ale to, że jakaś grupa wyborców, niechby i liczna, nie jest zadowolona z jego rządów, nie uzasadnia odstępstwa od nadrzędnej zasady kadencyjności. To, że jakaś część wyborców jest z władzy niezadowolona, jest wręcz w demokracji czymś normalnym.

Tylko pomyślmy: gdyby referenda odwoławcze mogły się odbywać za każdym razem i wyłącznie dlatego, że pewna grupa wyborców jest niezadowolona, odbywałyby się praktycznie bez przerwy, a władza musiałaby dbać o dobry nastrój swoich wyborców tu i teraz, bez możliwości podejmowania decyzji, które lokalnie, chwilowo komuś się nie spodobają, bo jak nie, to odwołają.

2. Zarzuty, jakie publicznie stawia się Miszalskiemu – podwyższenie opłat za bilety komunikacji miejskiej i opłat za parkowanie, Strefa Czystego Transportu (SCT), powiększanie zadłużenia miasta, kolesiostwo i niepoważne zachowania – są w większości dęte. Rzeczywiście, zadłużenie miasta rośnie i to jest bardzo bolesne, choć w jakiejś części jest spadkiem po rządach PiS, ale w tej sytuacji jednoczesne protesty i przeciwko zadłużeniu, i przeciwko zwiększaniu wpływów poprzez podnoszenie opłat, jest cokolwiek schizofreniczne. SCT jest zupełnie bezkosztowa i korzystna dla mieszkańców Krakowa, choć pewnych korekt należałoby dokonać (na przykład, żeby parkingi P+R leżały poza SCT). Zarzuty o niepoważne zachowanie (Miszalski tańczył na dachu) same są niepoważne. Poważny jest zarzut o kolesiostwo, ale to mieści się w marginesie zachowań utrudniających/uniemożliwiających przyszłą reelekcję.

3. Jakie są zatem prawdziwe powody zwołania referendum?

Tu nastąpił splot dwu okoliczności. Z jednej strony jest to polityczna akcja PiS i Konfederacji przeciwko Koalicji Obywatelskiej, żeby wykorzystując słabość Miszalskiego pokazać, że prezydent wielkiego miasta z KO może upaść. A jeśli KO straci „platformerski” Kraków, to znak, że może stracić całą Polskę. Jak widać, nie ma to nic wspólnego z zarządzaniem Krakowem i działaniami Miszalskiego. Politycy PiS wcale się z tym nie kryją. Na przykład Beata Szydło mówiła

Mieszkańcy drugiego co do wielkości miasta w Polsce po niecałych dwóch latach mają dosyć prezydenta z partii Tuska. Referendum w Krakowie będzie największym politycznym wydarzeniem tego roku. Należy w pełni wykorzystać szansę na pokazanie partii Tuska czerwonej kartki.

W podobnym duchu wypowiadał się cytowany tamże Ryszard Terlecki.

Drugą okolicznością są niepohamowane ambicje Łukasza Gibały. Gibała już trzykrotnie ubiegał się o prezydenturę Krakowa. W 2024 przegrał z Miszalskim dosłownie o 5434 głosy na 262 tysiące głosujących w II turze. Miszalski wygrał dzięki osobistemu poparciu, jakiego udzielili mu wtedy Trzaskowski i Tusk – obaj w tym celu pofatygowali się do Krakowa. Co ciekawe, Gibała wcale nie ma gorszych kwalifikacji od Miszalskiego, biograficznie są to niemalże klony – on to wie i dlatego ambicja go zżera. Gdyby wytrzymał i poczekał do normalnego terminu wyborów w 2029, miałby olbrzymie szanse wygrać z Miszalskim. Ale nie poczekał i gotów jest oddać Kraków w ręce PiS lub Konfy, byle tylko zostać prezydentem natychmiast. Postawa Gibały stanowi dla mnie duże rozczarowanie.

Łukasz Gibała faktycznie finansuje obecną kampanię referendalną.

Do tego dołączył szereg mniejszych działaczy o takich sobie kompetencjach, ale wielkich ambicjach, którzy nie dostali posad od Miszalskiego i teraz chcą to odwrócić. No i jakaś grupa mieszkańców bona fide niezadowolonych z obecnych władz miasta.

4. Aby referendum odwoławcze było skuteczne, musi osiągnąć pewien próg frekwencji. W tegorocznym referendum krakowskim jest to nieco ponad 158 tysięcy głosów. Paradoks polega na tym, że frekwencję liczy się łącznie od wszystkich: i tych, którzy głosowali za odwołaniem, i tych, którzy głosowali przeciwko. Referenda odwoławcze w naturalny sposób mobilizują przede wszystkim tych, którzy chcą odwołania władz, ale może ich być za mało, by osiągnąć próg ważności. Zwolennicy odwołania władz starają się więc zmobilizować przeciwników odwołania, aby ich głosami osiągnąć próg ważności. Prof. Jarosław Flis mówi, że głosy uczestników referendum przeciwko odwołaniu władz mają siłę negatywną, co nazywa paradoksem bytomskim, a cały system określa jako absurdalny:

W Bytomiu doszło do sytuacji, że ci wyborcy, którzy poszli i zagłosowali za tym, żeby Rada Miejska została, przesądzili o tym, że ona musiała odejść. To jest absurdalny system. Wyborca idzie do wyborów, głosuje za opcją „A”, w rezultacie dostaje opcję „B”, której by nie dostał, gdyby został w domu.

W Polsce dotąd odbyło się ponad 400 referendów odwoławczych, z których tylko około 10% było ważnych dzięki osiągnięciu progu frekwencji. W tych nieco ponad 40 ważnych referendach tylko jeden raz udało się obronić urzędującego prezydenta miasta, gdyż głosów za odwołaniem było mniej, niż głosów przeciwko odwołaniu.

Sama ta statystyka sugeruje, że najskuteczniejszą strategią obrony odwoływanych władz jest pozostanie w domu.

Bojkot referendum o absurdalnych regułach, wedle których mój głos oddany przeciwko odwołaniu może zadecydować o tym, że odwołanie będzie skuteczne, jest racjonalną i demokratyczną decyzją.

Nie wiem, jaki będzie wynik referendum, to znaczy czy uda się osiągnąć frekwencję zapewniającą jego skuteczność. W każdym razie ja się na referendum nie wybieram.

Gorączka tulipanowa

Po upadku Zondacrypto zewsząd dochodzą smętne jęki ludzi, którzy wtopili na tej giełdzie duże pieniądze, często oszczędności całego życia. Jęków byłoby jeszcze więcej, gdyby nie to, że wielu poszkodowanych zwyczajnie się wstydzi przyznać do udziału w Zondacrypto. No pewnie, jest się czego wstydzić, przecież analogie z aferą Amber Gold sprzed kilkunastu lat (gdzie zresztą skumulowane straty były wyższe) aż się narzucają. Dobrze też znane są historie upadku innych giełd kryptowalut poza Polską. Ale pierwszą wielką aferą spekulacyjną była holenderska gorączka tulipanowa.

Tulipany sprowadzono do Europy w XVI wieku, spodobały się Europejczykom i zaczęto je coraz częściej uprawiać. Dotknęła je jakaś choroba, której skutkiem ubocznym były fantazyjne kształty i kolory kwiatów. Cechy te przenosiły się jednak nie przez nasiona, a przez cebulki (mechanizm biologiczny zrozumiano dopiero w XX wieku), więc to cebulki stały się głównym przedmiotem handlu tulipanami. I tak handel cebulkami tulipanów rósł, w latach ’20 XVII wieku osiągały one już znaczne ceny, aż wreszcie w latach ’30 wybuchło szaleństwo: Cebulki tulipanów stały się walorem spekulacyjnym, ich ceny kompletnie oderwały się od realnej wartości kwiatów. Wzrost cen był tak szybki, że mogłeś sprzedać puste pole, kupić cebulki, poczekać kilka miesięcy, sprzedać je i kupić okazały dom. A ten, który sprzedał dom, liczył na to, że za jakiś czas będzie mógł sobie kupić pałac. Pojawiło się nawet coś, co dzisiaj nazwalibyśmy instrumentami pochodnymi: kontrakty futures, zobowiązania do dostarczenia w przyszłości pewnej liczby cebulek po z góry określonej cenie. Kontrakty te także stały się przedmiotem handlu.

Aż na początku lutego 1637 bańka spekulacyjna pękła. Nagle nikt już nie chciał kupować cebulek po absurdalnie wysokich cenach. Cena cebulek w ciągu kilku dni spadła niemal do zera. Niektórzy nieźle na handlu cebulkami zarobili, ale większość poniosła duże straty. Kto został z cebulkami, mógł sobie wyhodować piękne kwiaty. No i tyle.

Analogia pomiędzy kryptowalutami a cebulkami tulipanów nie jest pełna, ale jest. Ja wciąż wierzę, że choć nie wiadomo, kto wymyślił krypto – to znaczy wiadomo, że zrobił to Satoshi Nakamoto, ale nie wiadomo, kim lub czym on jest – zrobiono to w dobrej wierze, aby jednocześnie rozwiązać problem double spending oraz wyzwolić się spod kontroli banków, a zatem władz. W ideologii „freemeńskiej” władza bowiem jest zawsze skorumpowana i opresyjna, choćby tylko w tym sensie, że banki centralne na potrzeby wydatków budżetowych mogą drukować pusty pieniądz, co prowadzi do inflacji i niszczy oszczędności obywateli. Porządne kryptowaluty, jak Bitcoin czy Ether, są przez samą konstrukcję chronione przed inflacją na rynkach, na których są walutami natywnymi.

Szybko okazało się, że ponieważ krypto zapewniają bardzo dużą anonimowość uczestników rynku, są bardzo dobrym środkiem płatniczym w transakcjach, o których władze, z punktu widzenia uczestników transakcji, naprawdę nie powinny wiedzieć: handel bronią i narkotykami, pranie pieniędzy, łapówki, wymuszenia i inna działalność przestępcza. Pojawił się zatem popyt na krypto. A ponieważ w życiu codziennym płaci się jednak walutami tradycyjnymi, kurs wymiany krypto na dolara zaczął rosnąć. Pojawili się spekulanci i choć kursy wymiany krypto podlegają wielkim wahaniom, przez długi czas dominował silny trend wzrostowy.

Wiele osób skusiło się perspektywą znacznego zarobku na tym trendzie. Kryptowaluty stały się walorem spekulacyjnym, jak cebulki tulipanów 400 lat wcześniej. Różnica pomiędzy cebulkami a krypto polega na tym, że o ile wartość cebulek była czysto umowna, o tyle istnieje realne zapotrzebowanie na krypto na potrzeby licznych nielegalnych transakcji. Dopóki świat przestępczy nie wymyśli jakiejś nowej metody ukrywania się przed władzą, kurs wymiany krypto raczej nie spadnie do zera.

Kryptowaluty epatują publiczność zaawansowaną technologią, która za nimi stoi. To prawda, tam jest taka technologia, ale poziom wiedzy technicznej potrzebny do tego, żeby wejść na ten rynek i zacząć spekulować na własny rachunek, wcale nie jest wysoki. Oczywiście ten rynek niesie podwójne ryzyko: Po pierwsze, ktoś może włamać się na twoje konto i ukraść posiadane przez ciebie krypto, dlatego ludzie zabezpieczają się, trzymając swoje krypto w cold wallets, którymi są na ogół zaszyfrowane dyski zewnętrzne lub zaszyfrowane laptopy, fizycznie odizolowane od sieci (ani kabel, ani WiFi, ani Bluetooth, ani konwencjonalna linia telefoniczna, nic). Po drugie, jako się rzekło, krypto są walorami spekulacyjnymi, których kurs podlega znacznym wahaniom, a trend wzrostowy nie może trwać wiecznie, istnieje więc ryzyko straty, podobne do ryzyka na konwencjonalnej giełdzie papierów wartościowych. Może nawet trochę większe z uwagi na tą znaczną zmienność kursu.

Ale jeśli ktoś jako-tako rozumie te ryzyka, przyjmuje je do wiadomości i chce inwestować we własnym imieniu, to czemu nie?

I tu pojawia się druga różnica pomiędzy cebulkami a krypto. Holenderscy spekulanci kupowali cebulki we własnym imieniu. Nie było instytucji, której ludzie powierzaliby pieniądze, by te za nich kupowały, a jeśli trzeba, to sprzedawały cebulki, w międzyczasie informując klientów o aktualnym stanie magazynu cebulek i ich aktualnej wartości, ilustrując sprawozdania rycinami pięknych kwiatów.

A tak właśnie działają giełdy kryptowalut: ty im dajesz pieniądze, a oni, pobierając prowizję, kupują za powierzone pieniądze krypto, przysyłają ci rejestr, ile tego krypto masz i obiecują, że jeśli będziesz chciał się wycofać, oni twoje krypto sprzedadzą i przekażą ci środki w zwykłej walucie. Do korzystania z giełd krypto zachęca zapewne nimb niedostępności technologicznej, ten sam, który sprawia, że same kryptowaluty uważane są za narzędzie nowoczesne i niepodatne na naciski władz. Poza tym aby ściągnąć nowych klientów i zyskać ich zaufanie, giełdy krypto sponsorują wydarzenia cieszące się dobrą opinią, jak rozgrywki sportowe czy kampanie polityczne popularnego kandydata, angażują też celebrytów, aby ci ich uwiarygadniali.

Ktoś mógłby powiedzieć, że podobnie dzieje się na zwykłych giełdach papierów wartościowych: ty powierzasz środki maklerowi, a on inwestuje w twoim imieniu. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy biurami maklerskimi a giełdami krypto: Biura maklerskie i podmioty oferujące swoje papiery na tradycyjnych giełdach podlegają dość rygorystycznej kontroli państwowej, a giełdy kryptowalut ani same kryptowaluty nie. Wobec braku gwarancji państwowych, wiarygodność giełd krypto opiera się wyłącznie na zaufaniu, jakim darzą je inwestorzy. Zaufanie jednak bardzo łatwo naruszyć. W efekcie o ile na tradycyjnej giełdzie inwestor może ponieść stratę, bo taka jest natura takich inwestycji, ale raczej nie zostanie ordynarnie oszukany, o tyle na giełdzie krypto może cię spotkać jedno i drugie.

Anonimowość transakcji kryptowalutowych sprawia, że bardzo trudno jest sprawdzić, co giełda krypto naprawdę robi. Dopóki wszystko działa, nikt nie zadaje zbędnych pytań. Zakładamy, że giełda rzeczywiście kupuje kryptowaluty w imieniu swoich klientów, a zyski pojawiają się dzięki silnemu trendowi wzrostowemu. Giełda krypto może „uczciwie upaść” na skutek załamania się kursu wymiany, w połączeniu z błędami w zarządzaniu i zbyt dużymi wydatkami na promocję. Ale klientów łatwo też oszukać. Ponieważ trudno jest śledzić inwestycje, nie wiadomo, czy jakieś inwestycje w ogóle mają miejsce. Może któraś giełda krypto to zwykła piramida finansowa, nie kupująca żadnych krypto, ale ściągająca inwestorów dzięki dobrej opinii i wypłacająca zyski wcześniejszych inwestorów z wpłat późniejszych (patrz Bernie Madoff). A może coś tam kupuje, ale potem właściciele uciekają z kasą, tłumacząc „nasze – to znaczy Państwa – kryptowaluty były zapisane na zaszyfrowanym laptopie, który, głupia sprawa, został przypadkiem zmiażdżony przez walec drogowy i wszystko przepadło”. Albo trochę tego, trochę tamtego.

Odzyskanie pieniędzy sprzeniewierzonych przez operatorów giełdy krypto wydaje się niemalże niemożliwe. Przy dużym szczęściu i bardzo dużym wysiłkiem być może uda się tych operatorów skazać za oszustwo, jeśli wykaże im się, że działali w złej wierze. Pójdą do więzienia, ale kto stracił, ten stracił.

Na oszukańczych praktykach giełd krypto tracą zresztą nie tylko naiwni inwestorzy, ale także celebryci i inne figury, którzy je swoimi twarzami uwiarygadniali. Oczywiście wszyscy tłumaczą się, że oni nic nie wiedzieli. No, jasne.

W przypadku Zondacrypto jej obecny prezes, Przemysław Kral, zanim uciekł do Izraela tłumaczył, że hasła do zaszyfrowanego laptopa, na którym zgromadzono kryptowaluty o wartości przekraczającej miliard złotych, znał tylko Sylwester Suszek, który zaginął w tajemniczych okolicznościach cztery lata temu. No tak, walec drogowy. Ale skoro Suszek zaginął przed czterema laty, co się działo z pieniędzmi wpłacanymi przez inwestorów w międzyczasie?!

Celowo pomijam tu wątki polityczne oraz doniesienia o ruskiej mafii rzekomo inwestującej w Zondacrypto, aby za jej pośrednictwem finansować działania polityczne i inne akcje miłe sercu tych fundatorów. Piszę wyłącznie o niebezpieczeństwach związanych z giełdami krypto wynikających z samej ich natury, nawet jeśli nie stoi za tym żadna mafia, tylko grupka bezczelnych cwaniaków.

TL;DR Inwestując w giełdę kryptowalut, ryzykujemy nie tylko „normalną” stratę wynikającą z załamania kursu, ale również że zostaniemy oszukani, gdyż giełdy krypto nie podlegają żadnej kontroli państwowej. Jak jednak widać, głuchych na ostrzeżenia amatorów szybkiego zysku nie brakuje.

Czy to upadek Trumpa?

Od razu odpowiem, że nie – jeszcze nie. Ale po kolei.

Gdy w listopadzie 2024 Donald Trump wygrał wybory, europejska prawica szalała z radości. Z czasem jednak Trump zaczął atakować Europę cłami, jego polityka stała się niestabilna i nieprzewidywalna, Danii groził aneksją Grenlandii, obrażał sojuszników, obrażał papieża, odgrażał się, że Stany wyjdą z NATO, a przynajmniej wycofają swoje wojska z Europy, przez irańską awanturę poważnie rozchwierutał światową gospodarkę oraz przepalił zapasy amunicji, które trzeba będzie odbudowywać przez co najmniej dwa lata, co czyni wątpliwym możliwość udzielenia wojskowego wsparcia Europie, a przez aferę Epsteina stracił legitymację moralną – resztkową, jaką jeszcze posiadał. (O braku wsparcia dla Ukrainy, ustępstwach wobec Putina i wycofaniu się z porozumień klimatycznych nie wspominam, bo prawicy to nie przeszkadza.) Kiedyś zdjęcie z Trumpem było najlepszą reklamą wyborczą prawicowców, ale teraz wsparcie Trumpa, nawet obietnica nowych amerykańskich inwestycji na Węgrzech, nie pomogły Orbanowi. Najnowszy Newsweek pisze na okładce, że

Donald Trump stał się obciążeniem dla swoich sojuszników

którzy, skonsternowani, już nie tak głośno manifestują swój podziw dla Trumpa i drżą, że jego poparcie przestaje być ich wielkim atutem.

Jednak choć Europejczycy patrzą na Trumpa z mieszanką rosnącego przerażenia i politowania, to nie Europa będzie decydować o jego politycznej przyszłości. Zdecydują wyborcy amerykańscy. W 2024 Trump wygrał ze znaczną przewagą, bo obiecywał poprawę sytuacji gospodarczej i to, że Stany nie będą rozpoczynać nowych wojen. Tymczasem miliarderzy się bogacą, ale sytuacja ekonomiczna najuboższych i średniozamożnych Amerykanów się nie poprawia, inflacja nie spada, tysiące osób straciło swoje świadczenia społeczne, cła uderzają w konsumentów, na skutek wojny w Iranie ceny benzyny rosną. Obecnie tylko 30% Amerykanów aprobuje politykę gospodarczą Trumpa. ICE szaleje – poza regularnym wewnętrznym terrorem*, wcale nie deportuje groźnych przestępców, ale osoby ciężko pracujące, choć przebywające w Stanach nielegalnie, więc ubywa rąk do pracy w rolnictwie, budownictwie i usługach i gospodarka cierpi. Na skutek wprowadzanego przez administrację chaosu, trudno stawiać jakiekolwiek prognozy odnośnie do sytuacji ekonomicznej. Wojna z Iranem – która nigdy nie została wypowiedziana, a jej cele nigdy nie zostały jasno sprecyzowane – kosztowała już dziesiątki miliardów dolarów, cieśnina Ormuz pozostaje zamknięta, sojusznicy Stanów w rejonie Zatoki krwawią, Stany utraciły niemalże całą swoją soft power, a tradycyjne sojusze się chwieją. Pojawiło się zagrożenie, że chiński juan może zastąpić dolara w roli podstawowej waluty w handlu ropą. Liczne wypowiedzi Trumpa na temat wojny są wzajemnie sprzeczne, sprawiają wrażenie, jakby prezydent nie kontrolował własnych myśli. Do tego Trump organicznie nie znosi jakiejkolwiek krytyki, bardzo wyraźnie oczekuje nieustannych hołdów i pochwał, w swoich mediach społecznościowych publikuje obrazki siebie a to w stroju papieskim, a to w postawie Jezusa-uzdrowiciela, a w ogóle najbardziej chyba interesuje się budową w Białym Domu sali balowej, Big and Beautiful.

Niektórzy poważni komentatorzy piszą wręcz o Donaldzie Trumpie jako o „upadającym prezydencie”.

W Stanach coraz liczniejsi Demokraci i – na razie – nieliczni Republikanie zaczynają mówić o odsunięciu Trumpa na mocy 25 Poprawki: jeśli wiceprezydent i większość członków gabinetu na piśmie oświadczą wobec Kongresu, że prezydent jest niezdolny do sprawowania urzędu, zostaje on odsunięty, a jego obowiązki przejmuje wiceprezydent. Jeśli odsuwany od władzy prezydent zaprotestuje (gdyby był żywy, ale, powiedzmy, sparaliżowany po udarze, nie mógłby zaprotestować, dlatego „jeśli”), decyzję o odsunięciu muszą zatwierdzić obie izby Kongresu, każda większością 2/3, a na to obecnie nie ma żadnych szans. Ale niezadowolenie, ba, wściekłość w Stanach narasta.

Na fali tego niezadowolenia Republikanie najprawdopodobniej przegrają w listopadzie wybory śródokresowe. Może to być nawet przegrana katastrofalna: Demokraci zdobędą nie tylko większość w Izbie Reprezentantów, co od dłuższego czasu wydaje się prawdopodobne, ale i w Senacie, co jeszcze kilka tygodni temu uważano za prawie niemożliwe. No i co z tego? Donald Trump i tak nie mógłby ubiegać się o trzecią kadencję (choć na początku drugiej coś o tym przebąkiwał), więc sondaże popularności nie muszą go obchodzić (a poza tym na pewno będzie miał swoje alternative facts). On sam, a zwłaszcza jego rodzina i pewna grupa kolegów na prezydenturze już zarobili miliardy (na kontraktach z klientami Stanów Zjednoczonych oraz, najprawdopodobniej, korzystając z nielegalnego insider trading), a zarobią jeszcze kolejne, i choć będzie prezydentem-kulawą kaczką (lame duck) nie mogącą przeprowadzać swoich ustaw przez Kongres, będzie próbował rządzić omijając Kongres za pomocą dekretów (Executive Orders). No i na wszystkie sposoby będzie blokował każdą inicjatywę Demokratów. To wróży kolejne dwa lata chaosu, niepokojów, niepewnego stanu gospodarki, być może z kolejnymi przedłużającymi się government shutdowns, zwłaszcza jeśli Republikanie zachowają Senat.

Dopiero wtedy, w drugiej połowie kadencji, jeśli sytuacja polityczna i ekonomiczna wyraźnie się pogorszy, członkowie administracji Trumpa i przywódcy Republikanów w Kongresie mogą dojść do wniosku, że dalsze trwanie przy Trumpie zagraża ich własnej karierze politycznej. Wyborcy bowiem nie zagłosują na ludzi, którzy do końca stali przy tym szaleńcu i niszczycielu. Wtedy zastosowanie 25 Poprawki stanie się dość prawdopodobne, ale to będzie nie wcześniej, niż za rok. Kadencję dokończy J.D. Vance, prawie na pewno uzyska wówczas nominację Republikanów, ale czy wygra wybory na swoją pierwszą kadencję, czas pokaże. W dużym stopniu zależeć to będzie od tego, kto będzie kandydował z ramienia Demokratów.

Końcówka kadencji pod rządami Vance’a przyniesie pewne uspokojenie, stosunki z Europą być może przestaną się pogarszać, ale ani na dużą poprawę stanu amerykańskiej gospodarki, ani na głębszą poprawę sytuacji międzynarodowej w tak krótkim czasie bym nie liczył.

*Nawet w drugim sezonie świetnego serialu The Pitt mamy scenę, w której na oddział ratunkowy wkraczają funkcjonariusze ICE eskortujący nielegalną imigrantkę, którą wcześniej poturbowali. Na widok ICE, z dyżuru znika kilka pielęgniarek i znaczna część pacjentów z poczekalni. Wychodząc, ICE aresztuje Bogu ducha winnego i legalnego pielęgniarza.

Prezydent i tytuł profesora

Do mediów wróciła sprawa profesury dla Michała Bilewicza i Waltera Żelaznego. Okazuje się bowiem, że w lutym 2025 prezydent Andrzej Duda odmówił nadania im tytułów profesora, ale oficjalnie tych decyzji nie uzasadnił. Postanowienia te nie uzyskały kontrasygnaty premiera Donalda Tuska, nie zostały więc opublikowane i tkwią niejako w zawieszeniu.

Gazeta Wyborcza grzmi, że Duda, odmawiając Bilewiczowi i Żelaznemu profesury, złamał prawo.

Według Gazety

Tytuł nadaje Rada Doskonałości Naukowej i to ona w ściśle określonej procedurze bada dorobek uczonego. Prezydent wręcza dokumenty o nadaniu tytułu.

Także premier miał odmówić kontrasygnaty rzekomo dlatego, że decyzja Dudy była bezprawna.

To są jakieś bzdury.

Nie bronię decyzji Dudy, bo była głupia, małostkowa, złośliwa i podjęta z powodów niemerytorycznych, ale prezydent ma prawo odmówić przyznania tytułu profesora. Żeby się o tym przekonać wystarczy przeczytać obowiązującą Ustawę z dnia 20.07.2018 Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (tzw. „ustawę Gowina”). Art. 230 ust.1 mówi:

Rada Doskonałości Naukowej […] składa do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wniosek o nadanie tytułu profesora.

Czyli tytuł nadaje prezydent, a nie RDN, wbrew temu, co pisze Gazeta. RDN jedynie składa wniosek. I dalej, skoro RDN jedynie składa wniosek, prezydent może go uwzględnić lub nie, działając tu jako organ administracji państwowej (patrz Art. 228 ust. 9 cytowanej ustawy), a więc jeśli prezydent odmówi nadania tytułu profesora, musi sporządzić uzasadnienie odmowy, a decyzja o odmowie jest zaskarżalna do sądu administracyjnego.

Gdyby ustawa mówiła „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nadaje tytuł profesora na wniosek RDN”, można by argumentować, że tak sformułowany przepis wiąże prezydenta, który tytuł nadać musi. Ale nie tak brzmi tekst ustawy. Ustawa mówi jedynie o wniosku do prezydenta. Ba, można sobie nawet wyobrazić sytuacje, w których odmowa nadania tytułu profesora pomimo wniosku RDN byłaby zrozumiała. Na przykład gdyby już po sformułowaniu przez RDN wniosku wypłynęło jakieś grube oszustwo naukowe kandydata (Art. 230 ust. 3 ustawy mówi, że w takim wypadku prezydent może – ale nie musi – zwrócić się do RDN o opinię komisji do spraw etyki), albo gdyby okazało się, że kandydat co prawda jest świetnym naukowcem, ale właśnie został aresztowany pod zarzutem zamordowania kochanki. Uzasadnienie prezydenckiej odmowy nadania tytułu nie może być „z czapy”, „nie, bo nie”, bo wtedy NSA odrzuci tę odmowę. Ale co do zasady, prezydent odmówić nadania tytułu naukowego może.

Jeśli komuś nie wystarcza sama lektura ustawy, proszę zwrócić uwagę na dwa dalsze fakty. Po pierwsze, Michał Bilewicz, po kilku latach oczekiwania na decyzję Dudy w jego sprawie, w końcu zaskarżył prezydenta (urząd prezydenta, nie pana Andrzeja Dudę) przed NSA, zarzucając mu bezczynność jako organowi administracyjnemu. W październiku 2024 roku prezydent przegrał w NSA i dostał miesiąc na podjęcie decyzji. Na podjęcie decyzji, czy tytuł nadać, czy nie, a nie na nadanie tytułu.

Po wtóre, gdyby prezydent był zobowiązany do nadania tytułu profesora na wniosek RDN, kontrasygnata premiera pod postanowieniem prezydenta nie byłaby wymagana – po cóż kontrasygnować akt ceremonialny, bez żadnego realnego znaczenia? A przecież wszyscy zgadzają się, że kontrasygnata premiera jest w tym wypadku konieczna.