Gorączka tulipanowa

Po upadku Zondacrypto zewsząd dochodzą smętne jęki ludzi, którzy wtopili na tej giełdzie duże pieniądze, często oszczędności całego życia. Jęków byłoby jeszcze więcej, gdyby nie to, że wielu poszkodowanych zwyczajnie się wstydzi przyznać do udziału w Zondacrypto. No pewnie, jest się czego wstydzić, przecież analogie z aferą Amber Gold sprzed kilkunastu lat (gdzie zresztą skumulowane straty były wyższe) aż się narzucają. Dobrze też znane są historie upadku innych giełd kryptowalut poza Polską. Ale pierwszą wielką aferą spekulacyjną była holenderska gorączka tulipanowa.

Tulipany sprowadzono do Europy w XVI wieku, spodobały się Europejczykom i zaczęto je coraz częściej uprawiać. Dotknęła je jakaś choroba, której skutkiem ubocznym były fantazyjne kształty i kolory kwiatów. Cechy te przenosiły się jednak nie przez nasiona, a przez cebulki (mechanizm biologiczny zrozumiano dopiero w XX wieku), więc to cebulki stały się głównym przedmiotem handlu tulipanami. I tak handel cebulkami tulipanów rósł, w latach ’20 XVII wieku osiągały one już znaczne ceny, aż wreszcie w latach ’30 wybuchło szaleństwo: Cebulki tulipanów stały się walorem spekulacyjnym, ich ceny kompletnie oderwały się od realnej wartości kwiatów. Wzrost cen był tak szybki, że mogłeś sprzedać puste pole, kupić cebulki, poczekać kilka miesięcy, sprzedać je i kupić okazały dom. A ten, który sprzedał dom, liczył na to, że za jakiś czas będzie mógł sobie kupić pałac. Pojawiło się nawet coś, co dzisiaj nazwalibyśmy instrumentami pochodnymi: kontrakty futures, zobowiązania do dostarczenia w przyszłości pewnej liczby cebulek po z góry określonej cenie. Kontrakty te także stały się przedmiotem handlu.

Aż na początku lutego 1637 bańka spekulacyjna pękła. Nagle nikt już nie chciał kupować cebulek po absurdalnie wysokich cenach. Cena cebulek w ciągu kilku dni spadła niemal do zera. Niektórzy nieźle na handlu cebulkami zarobili, ale większość poniosła duże straty. Kto został z cebulkami, mógł sobie wyhodować piękne kwiaty. No i tyle.

Analogia pomiędzy kryptowalutami a cebulkami tulipanów nie jest pełna, ale jest. Ja wciąż wierzę, że choć nie wiadomo, kto wymyślił krypto – to znaczy wiadomo, że zrobił to Satoshi Nakamoto, ale nie wiadomo, kim lub czym on jest – zrobiono to w dobrej wierze, aby jednocześnie rozwiązać problem double spending oraz wyzwolić się spod kontroli banków, a zatem władz. W ideologii „freemeńskiej” władza bowiem jest zawsze skorumpowana i opresyjna, choćby tylko w tym sensie, że banki centralne na potrzeby wydatków budżetowych mogą drukować pusty pieniądz, co prowadzi do inflacji i niszczy oszczędności obywateli. Porządne kryptowaluty, jak Bitcoin czy Ether, są przez samą konstrukcję chronione przed inflacją na rynkach, na których są walutami natywnymi.

Szybko okazało się, że ponieważ krypto zapewniają bardzo dużą anonimowość uczestników rynku, są bardzo dobrym środkiem płatniczym w transakcjach, o których władze, z punktu widzenia uczestników transakcji, naprawdę nie powinny wiedzieć: handel bronią i narkotykami, pranie pieniędzy, łapówki, wymuszenia i inna działalność przestępcza. Pojawił się zatem popyt na krypto. A ponieważ w życiu codziennym płaci się jednak walutami tradycyjnymi, kurs wymiany krypto na dolara zaczął rosnąć. Pojawili się spekulanci i choć kursy wymiany krypto podlegają wielkim wahaniom, przez długi czas dominował silny trend wzrostowy.

Wiele osób skusiło się perspektywą znacznego zarobku na tym trendzie. Kryptowaluty stały się walorem spekulacyjnym, jak cebulki tulipanów 400 lat wcześniej. Różnica pomiędzy cebulkami a krypto polega na tym, że o ile wartość cebulek była czysto umowna, o tyle istnieje realne zapotrzebowanie na krypto na potrzeby licznych nielegalnych transakcji. Dopóki świat przestępczy nie wymyśli jakiejś nowej metody ukrywania się przed władzą, kurs wymiany krypto raczej nie spadnie do zera.

Kryptowaluty epatują publiczność zaawansowaną technologią, która za nimi stoi. To prawda, tam jest taka technologia, ale poziom wiedzy technicznej potrzebny do tego, żeby wejść na ten rynek i zacząć spekulować na własny rachunek, wcale nie jest wysoki. Oczywiście ten rynek niesie podwójne ryzyko: Po pierwsze, ktoś może włamać się na twoje konto i ukraść posiadane przez ciebie krypto, dlatego ludzie zabezpieczają się, trzymając swoje krypto w cold wallets, którymi są na ogół zaszyfrowane dyski zewnętrzne lub zaszyfrowane laptopy, fizycznie odizolowane od sieci (ani kabel, ani WiFi, ani Bluetooth, ani konwencjonalna linia telefoniczna, nic). Po drugie, jako się rzekło, krypto są walorami spekulacyjnymi, których kurs podlega znacznym wahaniom, a trend wzrostowy nie może trwać wiecznie, istnieje więc ryzyko straty, podobne do ryzyka na konwencjonalnej giełdzie papierów wartościowych. Może nawet trochę większe z uwagi na tą znaczną zmienność kursu.

Ale jeśli ktoś jako-tako rozumie te ryzyka, przyjmuje je do wiadomości i chce inwestować we własnym imieniu, to czemu nie?

I tu pojawia się druga różnica pomiędzy cebulkami a krypto. Holenderscy spekulanci kupowali cebulki we własnym imieniu. Nie było instytucji, której ludzie powierzaliby pieniądze, by te za nich kupowały, a jeśli trzeba, to sprzedawały cebulki, w międzyczasie informując klientów o aktualnym stanie magazynu cebulek i ich aktualnej wartości, ilustrując sprawozdania rycinami pięknych kwiatów.

A tak właśnie działają giełdy kryptowalut: ty im dajesz pieniądze, a oni, pobierając prowizję, kupują za powierzone pieniądze krypto, przysyłają ci rejestr, ile tego krypto masz i obiecują, że jeśli będziesz chciał się wycofać, oni twoje krypto sprzedadzą i przekażą ci środki w zwykłej walucie. Do korzystania z giełd krypto zachęca zapewne nimb niedostępności technologicznej, ten sam, który sprawia, że same kryptowaluty uważane są za narzędzie nowoczesne i niepodatne na naciski władz. Poza tym aby ściągnąć nowych klientów i zyskać ich zaufanie, giełdy krypto sponsorują wydarzenia cieszące się dobrą opinią, jak rozgrywki sportowe czy kampanie polityczne popularnego kandydata, angażują też celebrytów, aby ci ich uwiarygadniali.

Ktoś mógłby powiedzieć, że podobnie dzieje się na zwykłych giełdach papierów wartościowych: ty powierzasz środki maklerowi, a on inwestuje w twoim imieniu. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy biurami maklerskimi a giełdami krypto: Biura maklerskie i podmioty oferujące swoje papiery na tradycyjnych giełdach podlegają dość rygorystycznej kontroli państwowej, a giełdy kryptowalut ani same kryptowaluty nie. Wobec braku gwarancji państwowych, wiarygodność giełd krypto opiera się wyłącznie na zaufaniu, jakim darzą je inwestorzy. Zaufanie jednak bardzo łatwo naruszyć. W efekcie o ile na tradycyjnej giełdzie inwestor może ponieść stratę, bo taka jest natura takich inwestycji, ale raczej nie zostanie ordynarnie oszukany, o tyle na giełdzie krypto może cię spotkać jedno i drugie.

Anonimowość transakcji kryptowalutowych sprawia, że bardzo trudno jest sprawdzić, co giełda krypto naprawdę robi. Dopóki wszystko działa, nikt nie zadaje zbędnych pytań. Zakładamy, że giełda rzeczywiście kupuje kryptowaluty w imieniu swoich klientów, a zyski pojawiają się dzięki silnemu trendowi wzrostowemu. Giełda krypto może „uczciwie upaść” na skutek załamania się kursu wymiany, w połączeniu z błędami w zarządzaniu i zbyt dużymi wydatkami na promocję. Ale klientów łatwo też oszukać. Ponieważ trudno jest śledzić inwestycje, nie wiadomo, czy jakieś inwestycje w ogóle mają miejsce. Może któraś giełda krypto to zwykła piramida finansowa, nie kupująca żadnych krypto, ale ściągająca inwestorów dzięki dobrej opinii i wypłacająca zyski wcześniejszych inwestorów z wpłat późniejszych (patrz Bernie Madoff). A może coś tam kupuje, ale potem właściciele uciekają z kasą, tłumacząc „nasze – to znaczy Państwa – kryptowaluty były zapisane na zaszyfrowanym laptopie, który, głupia sprawa, został przypadkiem zmiażdżony przez walec drogowy i wszystko przepadło”. Albo trochę tego, trochę tamtego.

Odzyskanie pieniędzy sprzeniewierzonych przez operatorów giełdy krypto wydaje się niemalże niemożliwe. Przy dużym szczęściu i bardzo dużym wysiłkiem być może uda się tych operatorów skazać za oszustwo, jeśli wykaże im się, że działali w złej wierze. Pójdą do więzienia, ale kto stracił, ten stracił.

Na oszukańczych praktykach giełd krypto tracą zresztą nie tylko naiwni inwestorzy, ale także celebryci i inne figury, którzy je swoimi twarzami uwiarygadniali. Oczywiście wszyscy tłumaczą się, że oni nic nie wiedzieli. No, jasne.

W przypadku Zondacrypto jej obecny prezes, Przemysław Kral, zanim uciekł do Izraela tłumaczył, że hasła do zaszyfrowanego laptopa, na którym zgromadzono kryptowaluty o wartości przekraczającej miliard złotych, znał tylko Sylwester Suszek, który zaginął w tajemniczych okolicznościach cztery lata temu. No tak, walec drogowy. Ale skoro Suszek zaginął przed czterema laty, co się działo z pieniędzmi wpłacanymi przez inwestorów w międzyczasie?!

Celowo pomijam tu wątki polityczne oraz doniesienia o ruskiej mafii rzekomo inwestującej w Zondacrypto, aby za jej pośrednictwem finansować działania polityczne i inne akcje miłe sercu tych fundatorów. Piszę wyłącznie o niebezpieczeństwach związanych z giełdami krypto wynikających z samej ich natury, nawet jeśli nie stoi za tym żadna mafia, tylko grupka bezczelnych cwaniaków.

TL;DR Inwestując w giełdę kryptowalut, ryzykujemy nie tylko „normalną” stratę wynikającą z załamania kursu, ale również że zostaniemy oszukani, gdyż giełdy krypto nie podlegają żadnej kontroli państwowej. Jak jednak widać, głuchych na ostrzeżenia amatorów szybkiego zysku nie brakuje.