Trwają polityczne wakacje. Internety interesują się głównie historiami okołopolitycznymi: zamieszaniem wokół nominacji Macieja Berka do TK, nieszczęsnym raportem na temat marki Polska spartolonym przez AI, domniemaną ucieczką Romanowskiego do Naddniestrza i współpracą (nominalnego?) szefa Zondacrypto z prokuraturą.
Jednak za niewiele ponad rok będą wybory i w polityce cały czas trwają jakieś ruchy, nawet teraz, w wakacje. Głównym motorem jest fronda Morawieckiego, który wyprowadził około 40 parlamentarzystów z PiSu do swojego nowego ugrupowania. Teraz przechodzą osoby mniej znane, ale niezbędne dla funkcjonowania partii: działacze samorządowi, mianowani przez PiS urzędnicy, pracownicy partyjnych biur, w tym sejmowego biura prasowego PiSu i administratorzy ich mediów społecznościowych. PiS krwawi, Morawiecki po cichu rośnie.
Wśród polityków, którzy poszli za Morawieckim, dominuje ten sam typ ludzi, co w całym dotychczasowym PiSie: raczej konserwatywni cynicy i oportuniści, którzy co prawda do żadnej lewicy nie pójdą – chociaż kto wie? – ale za jakieś tam idee umierać nie będą. Głównie interesuje ich, kto zapewni im i ich klientom lepszą pozycję, lepszą pracę, lepsze pieniądze. Sam Morawiecki i jego najbliższe otoczenie, które będzie nadawać ton całemu ugrupowaniu, to są twardzi konserwatyści i bezczelni złodzieje, nie różniący się w tym od reszty PiSu. Różni ich tylko jedno, stosunek do Unii Europejskiej. PiS, nieskutecznie licytując się z Braunem na prawicowy radykalizm, może opowiedzieć się za opuszczeniem przez Polskę Unii Europejskiej, tym bardziej, że osoby o intelektualnym potencjale Czarnka, Sasina czy Suskiego po prostu nie ogarniają konsekwencji takiego kroku, a sam Kaczyński, organicznie nieznoszący jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej, zawsze był przeciwny członkostwu w UE. Natomiast Morawiecki, choć z pewnością będzie się przeciwstawiał powiększaniu kompetencji Komisji Europejskiej, nie chce Polexitu, gdyż dobrze (z doświadczenia 🙂 ) wie, że na pieniądzach europejskich można robić wielkie interesy. Poza tym on rozumie skutki Polexitu – odcięcie od europejskich rynków, ucieczka kapitału i miejsc pracy, masowy powrót emigrantów – i wie, że raptownie zbiedniałym i sfrustrowanym krajem bez perspektyw ciężko będzie rządzić.
Ale wcale nie wykluczam, że PiS i Morawiecki staną do wyborów na jednej liście. Nie będzie to jednak lista PiS, tylko lista koalicyjna. Da to ludziom Morawieckiego o wiele silniejszą pozycję, niż konieczność żebrania o jakieś w miarę przyzwoite miejsca na listach PiS, gdyby w tym ugrupowaniu zostali. Nie jest to jednak przesądzone, bo choć Morawiecki stara się utrzymywać retorykę dobry prezes, źli bojarzy, z czasem jedni i drudzy mogą się wzajemnie tak bardzo pokłócić i poobrażać, że nie będą w stanie nawiązać nawet elementarnej współpracy.
Jest wszakże jeszcze inna możliwość, która wydała mi się szczególnie interesująca. Aż do odejścia Morawieckiego PiS był zdecydowanie najsilniejszym ugrupowaniem na prawicy, a to mogło trzymać przy nim sporą grupę wyborców, którzy nie chcieli osłabiać najpoważniejszej siły zdolnej przeciwstawić się znienawidzonemu lewactwu i Tuskowi. Po frondzie Morawieckiego sondażowa przewaga PiS nad Konfederacją mocno stopniała. To może, choć oczywiście nie musi, skłonić jakąś część dotychczasowych zwolenników PiS do porzucenia najsilniejszego, skoro nie jest on już taki silny i pójścia tam, gdzie serce dyktuje, czyli głównie do Brauna, a po części do Konfederacji lub Morawieckiego. Gdyby w rezultacie doszło do mijanki PiS-Konfederacja, zupełnie zmieniłoby to dynamikę po prawej, a lepiej byłoby powiedzieć, po nacjonalistycznej stronie politycznej. Odpływ wyborców od PiSu mógłby nabrać charakteru dodatniego sprzężenia zwrotnego: im więcej już odpłynęło, tym więcej odpłynie w przyszłości. Przy Kaczyńskim zostałyby głównie osoby wielbiące go niemal religijnie, jakieś niewielkie kilkanaście procent aktywnych wyborców. Może nawet 10%.
Większość sondaży wskazuje, że ugrupowanie Morawieckiego lokuje się powyżej progu wyborczego. Gdyby to się utrzymało – pozyskanie tych wszystkich lokalnych działaczy, organizatorów kampanii, speców od mediów społecznościowych i Internetu może temu sprzyjać – a odpływ poparcia dla PiSu przyspieszył, mogłoby się okazać, że to obecni posłowie PiSu, ci mniej eurosceptyczni, a zagrożeni utratą mandatu, będą żebrać o miejsca na listach Morawieckiego, nie na odwrót. Przy okazji rozwiązałby się też problem, jaki ma Grzegorz Braun: choć on sam, przy wszystkich swoich okropnościach, jest inteligentny i charyzmatyczny, mówi ładną polszczyzną i ma miłe brzmienie głosu, nie ma za bardzo kogo umieścić na swoich listach wyborczych, bo z osób jako-tako rozpoznawalnych przyciąga głównie odrażających Kamratów, jakichś zupełnie odklejonych oszołomów i zwolenników teorii spiskowych, wreszcie osoby z jakąś nieciekawą przeszłością chcące uzyskać immunitet. Wszyscy oni mogliby wręcz odstraszać wyborców w swoich okręgach. Gdyby rozpad PiS przyspieszył, Braun mógłby wystawić wielu obecnych posłów PiSu, którzy z tonącego okrętu uciekną na prawo, czyli do Brauna. To byłby trzeci, czwarty garnitur obecnych PiSowców, ale i tak byliby lepsi, niż to, czym Braun zdaje się obecnie dysponować.
No, zobaczymy.
***
Odnośnie do samego wyniku wyborów, to na razie wszystko jest możliwe: od niewielkiej, lecz stabilnej większości KO+SLD (+PSL?) z jednej strony, po zdolną do utworzenia rządu wielką koalicję prawicy (PiS, Konfederacja, Braun i Morawiecki) z drugiej. To byłaby przede wszystkim koalicja immunitetowa, żeby nikt z nich nie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności, koalicja zemsty na bandzie Tuska-Żurka, a także koalicja konserwatywnych wartości obyczajowych i nacjonalistycznych. Jednak w kwestiach polityki gospodarczej, fiskalnej, społecznej i do pewnego stopnia zagranicznej byliby głęboko podzieleni, więc w tych obszarach rząd albo będzie bezwładny, albo strukturalne różnice ich rozsadzą, tym bardziej, że jest więcej, niż prawdopodobne, że ci koalicjanci będą próbowali wykorzystywać służby przeciwko swoim nominalnym partnerom, a to zdecydowanie nie sprzyja trwałości koalicji.
Jednak bardziej prawdopodobne wydają mi się dwa inne scenariusze: mniejszościowy rząd KO+SLD z cichym poparciem Morawieckiego lub mniejszościowy rząd PiS+Konfederacja+Braun z cichym poparciem Morawieckiego. W każdym wariancie mniejszościowy rząd byłby słaby i nietrwały.
Sądzę, że w 2028 czekają nas przyspieszone wybory.










Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.