…modra Wisła płynie. A przedterminowe wybory na prezydenta miasta wygrał Łukasz Gibała, pokonując Monikę Piątkowską z KO stosunkiem głosów 62:38.
Prawica zapewne będzie to przedstawiać jako wielką katastrofę Koalicji Obywatelskiej: Skoro KO mogła stracić platformerski Kraków, to może stracić całą Polskę. Moim zdaniem taka ekstrapolacja jest nieuprawniona, wybory lokalne rządzą się innymi prawami, niż ogólnopolskie, a przyczyny przegranej Moniki Piątkowskiej są w dużej mierze winą jej samej i krakowskiej KO. Tej porażki nie należy brać za dowód na odwrócenie się od rządów Tuska.
Monika Piątkowska jest w Krakowie słabo znana. Z miastem związana była w czasie studiów, a później przez kilka lat pracy w magistracie Majchrowskiego, po czym wyjechała do Warszawy. W 2025 została co prawda senatorką KO z Krakowa, ale był to mandat, który złożyć musiał Bogdan Klich, gdy pojechał kierować polską ambasadą w Waszyngtonie – przy bardzo niskiej frekwencji, w wyborach uzupełniających głosowano na nią, gdyż miała rekomendację KO. W obecnej kampanii raczej unikała debat z kontrkandydatami i spotkań z mieszkańcami, koncentrując się na zaaranżowanych wystąpieniach, a wyglądała przy tym na osobę niesympatyczną, dość arogancką i święcie przekonaną, że skoro to Donald Tusk (w Warszawie!) ogłosił jej kandydaturę, zwycięstwo należy jej się jak psu miska. Cały jej program sprowadzał się do trzech elementów: 1. Popiera mnie Donald Tusk i inne postacie z KO (20%). 2. Mam piękne, ale bardzo ogólne hasła, typu „należy tworzyć nowe miejsca pracy” (5%). 3. Łukasz Gibała jest zły, zły, zły (75%), przy czym zarzuty wobec Gibały miały charakter insynuacyjny: Rodzina Gibałów jest bogata, ma spółki, długi, skupuje działki pod Krakowem i choć nikt nigdy nie zarzucił im żadnych przestępstw czy nieprawidłowości, to jeśli ktoś ma pieniądze, to znaczy, że skądś je ma (© śp. Lech Kaczyński), a pan wie, co to znaczy?!
W dodatku jej najsilniejszy związek z Krakowem – kilkuletnia bardzo bliska współpraca z Jackiem Majchrowskim – był wręcz rekomendacją negatywną. Jacek Majchrowski rządził Krakowem bardzo długo, 22 lata, i choć miasto szalenie się w tym czasie rozwinęło i wypiękniało, samemu Majchrowskiemu sporo zarzucano, przede wszystkim „betonowanie Krakowa”, czyli wyjątkowo łagodne podejście do deweloperów, którzy budowali, co chcieli i gdzie chcieli, bez najmniejszej dbałości o urbanistykę i funkcjonalność miasta. Można było odnieść wrażenie, że Kraków był wręcz wydany na łup deweloperom. A jeszcze przeklinano turystyfikację, niekontrolowany rozrost najmu krótkoterminowego i inwazję aparthoteli. Zachodziła obawa, że Monika Piątkowska, nauczywszy się takiego podejścia w czasie pracy dla Majchrowskiego, będzie je kontynuować, uznając je za normalne. W dodatku przy prezydentce z Platformy, niezbyt dobrze znającej aktualne układy lokalne, można było przypuszczać, że stanowiska w magistracie i spółkach miejskich zachowają osoby mianowane przez Aleksandra Miszalskiego, a zarzut kolesiostwa był najpoważniejszym realnym zarzutem stawianym mu w referendum.
A do tego jeszcze Monika Piątkowska obiecywała Krakowowi metro, co oznacza, że albo kompletnie nie zna się na finansach, albo ma wyborców za idiotów, których można przekupić nawet nie świecidełkami, ale obietnicami świecidełek, albo jedno i drugie.
Jednak zwalanie wszystkiego na samą panią Piątkowską byłoby powierzchowne i małostkowe. Krakowska Platforma Obywatelska, choć potrafi wykreować polityków szczebla krajowego, ma strukturalny problem z politykami na szczeblu miejskim. Nie ma nikogo, kto byłby sprawny, popularny i chciał zajmować się Krakowem, zarządzaniem, a przede wszystkim perspektywicznym planowaniem, nie traktując miasta w najlepszym wypadku jako odskoczni do kariery ogólnopolskiej, jeśli nie osobistego łupu. Kilkanaście lat temu kimś takim mógł się stać Stanisław Kracik, ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Pundyci twierdzą, że w krakowskiej PO/KO od lat walczą ze sobą dwie frakcje, którym bardziej zależy, żeby ta druga zanadto nie urosła, niż żeby wspólnie coś w Krakowie osiągnąć. Konsekwencją jest brak wyrazistych liderów lokalnych.
Mała pociecha, że problem ten dotyczy także wszystkich innych obecnych w Krakowie partii politycznych.
Jacek Majchrowski wygrywał nie dlatego – nie tylko dlatego – że był sprawny i popularny, ale dlatego, że główne partie wystawiały przeciwko niemu słabych kandydatów. Kandydatom Platformy zdarzało się nawet nie wejść do II tury, choć w wyborach ogólnopolskich kandydaci Platformy osiągali w Krakowie dobre wyniki. Nikt wtedy nie załamywał rąk, że Kraków odwrócił się od Platformy.
Gdy w 2024 udało się namówić prof. Jacka Majchrowskiego, aby już nie kandydował, Platforma ucieszyła się, że w końcu będzie miała swojego prezydenta w Krakowie – z Majchrowskim nie szło wygrać, ale z kimś innym wydawało się to łatwe. Kłopot w tym, że nie było odpowiedniego kandydata. Lokalni działacze byli słabi, nikt z szacownych akademików lub artystów sprzyjających Platformie nie zdecydował się firmować swoją twarzą rządów działaczy, wystawiono więc kilka miesięcy wcześniej wybranego na posła Aleksandra Miszalskiego, który chyba był najlepszym z kiepskich kandydatów. Miszalski był młody jak na partyjnego działacza, 40+, w przeszłości był radnym Krakowa i współpracował z Majchrowskim, był prywatnym przedsiębiorcą, no i miał doktorat, co w Krakowie się liczy 😉 Był też całkiem sympatyczny, a i tak wygrał z Łukaszem Gibałą (również doktorem) zaledwie z niewielką przewagą, dzięki osobistemu poparciu Donalda Tuska i Rafała Trzaskowskiego, ówczesnemu entuzjazmowi wyborców Platformy i kampanii opluskwiania Gibały, jeszcze bardziej jadowitej, niż w tym roku.
Niestety, Miszalski nie ogarnął złej spuścizny Majchrowskiego, popełnił nieco własnych błędów i został odwołany w referendum, o którym pisałem tutaj. Ze zdwojoną mocą powrócił problem, kogo KO wystawi, skoro najlepszy z kandydatów z poprzedniego rozdania właśnie upadł. Po różnych przymiarkach Donald Tusk zdecydował się na senator Monikę Piątkowską, o której przynajmniej można było powiedzieć, że kiedyś była związana z Krakowem. Skutek znamy.
Co zatem Koalicja Obywatelska winna była z Krakowem zrobić?
Myślę, że błąd popełniono już w 2024, gdy okazało się, że Jacek Majchrowski nie będzie kandydował. Majchrowski, gdy pierwszy raz kandydował w 2002, miał poparcie SLD, ale we wszystkich następnych kampaniach startował jako kandydat pozapartyjny. Umiał, lepiej lub gorzej, dogadywać się z władzami centralnymi z obu opcji, a na szczeblu lokalnym tworzył doraźne koalicje, często z PO. Krakowska polityka nie była przeniesieniem ogólnopolskich sporów na poziom lokalny. Była krakowska. I to się najwyraźniej ludziom podobało. Należało to utrzymać. Zamiast wystawiać własnego kandydata, należało bez przesadnej ostentacji poprzeć jakiegoś kandydata lokalnego. Na przykład… Łukasza Gibałę, który kiedyś był posłem PO, ale poróżnił się z Donaldem Tuskiem, przeszedł do Palikota, a w 2014 złożył mandat poselski i skupił się na Krakowie. A jeśli niegdysiejszy spór z Tuskiem uniemożliwiał jakiekolwiek rozmowy z Gibałą, można było się zwrócić do prof. Stanisława Mazura, byłego rektora UEK, który też kandydował w 2024, ale wycofał się z wyborów, przekazując swoje głosy Miszalskiemu. W nagrodę został później wiceprezydentem miasta.
I to partyjna prezydentura Miszalskiego okazała się epizodem. Krakowscy wyborcy zdecydowali, by wrócić do prezydenta pozapartyjnego.
Najistotniejsze pytanie do krakowskiej KO brzmi co zrobią w następnych wyborach w 2029. Czy wystawią własnego kandydata lub kandydatkę, czy poprą kogoś niezależnego. O tym trzeba zdecydować już dziś i jeśli zdecydują się startować pod własnym szyldem, kandydata na kandydata trzeba wyłonić już teraz, a następnie pracowicie promować tę osobę. Bo jeśli nie, to Łukasz Gibała, o ile nie popełni jakichś katastrofalnych błędów, ma już zapewnioną kolejną kadencję.










Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.