Fronda i co dalej?

Trwają polityczne wakacje. Internety interesują się głównie historiami okołopolitycznymi: zamieszaniem wokół nominacji Macieja Berka do TK, nieszczęsnym raportem na temat marki Polska spartolonym przez AI, domniemaną ucieczką Romanowskiego do Naddniestrza i współpracą (nominalnego?) szefa Zondacrypto z prokuraturą.

Jednak za niewiele ponad rok będą wybory i w polityce cały czas trwają jakieś ruchy, nawet teraz, w wakacje. Głównym motorem jest fronda Morawieckiego, który wyprowadził około 40 parlamentarzystów z PiSu do swojego nowego ugrupowania. Teraz przechodzą osoby mniej znane, ale niezbędne dla funkcjonowania partii: działacze samorządowi, mianowani przez PiS urzędnicy, pracownicy partyjnych biur, w tym sejmowego biura prasowego PiSu i administratorzy ich mediów społecznościowych. PiS krwawi, Morawiecki po cichu rośnie.

Wśród polityków, którzy poszli za Morawieckim, dominuje ten sam typ ludzi, co w całym dotychczasowym PiSie: raczej konserwatywni cynicy i oportuniści, którzy co prawda do żadnej lewicy nie pójdą – chociaż kto wie? – ale za jakieś tam idee umierać nie będą. Głównie interesuje ich, kto zapewni im i ich klientom lepszą pozycję, lepszą pracę, lepsze pieniądze. Sam Morawiecki i jego najbliższe otoczenie, które będzie nadawać ton całemu ugrupowaniu, to są twardzi konserwatyści i bezczelni złodzieje, nie różniący się w tym od reszty PiSu. Różni ich tylko jedno, stosunek do Unii Europejskiej. PiS, nieskutecznie licytując się z Braunem na prawicowy radykalizm, może opowiedzieć się za opuszczeniem przez Polskę Unii Europejskiej, tym bardziej, że osoby o intelektualnym potencjale Czarnka, Sasina czy Suskiego po prostu nie ogarniają konsekwencji takiego kroku, a sam Kaczyński, organicznie nieznoszący jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej, zawsze był przeciwny członkostwu w UE. Natomiast Morawiecki, choć z pewnością będzie się przeciwstawiał powiększaniu kompetencji Komisji Europejskiej, nie chce Polexitu, gdyż dobrze (z doświadczenia 🙂 ) wie, że na pieniądzach europejskich można robić wielkie interesy. Poza tym on rozumie skutki Polexitu – odcięcie od europejskich rynków, ucieczka kapitału i miejsc pracy, masowy powrót emigrantów – i wie, że raptownie zbiedniałym i sfrustrowanym krajem bez perspektyw ciężko będzie rządzić.

Ale wcale nie wykluczam, że PiS i Morawiecki staną do wyborów na jednej liście. Nie będzie to jednak lista PiS, tylko lista koalicyjna. Da to ludziom Morawieckiego o wiele silniejszą pozycję, niż konieczność żebrania o jakieś w miarę przyzwoite miejsca na listach PiS, gdyby w tym ugrupowaniu zostali. Nie jest to jednak przesądzone, bo choć Morawiecki stara się utrzymywać retorykę dobry prezes, źli bojarzy, z czasem jedni i drudzy mogą się wzajemnie tak bardzo pokłócić i poobrażać, że nie będą w stanie nawiązać nawet elementarnej współpracy.

Jest wszakże jeszcze inna możliwość, która wydała mi się szczególnie interesująca. Aż do odejścia Morawieckiego PiS był zdecydowanie najsilniejszym ugrupowaniem na prawicy, a to mogło trzymać przy nim sporą grupę wyborców, którzy nie chcieli osłabiać najpoważniejszej siły zdolnej przeciwstawić się znienawidzonemu lewactwu i Tuskowi. Po frondzie Morawieckiego sondażowa przewaga PiS nad Konfederacją mocno stopniała. To może, choć oczywiście nie musi, skłonić jakąś część dotychczasowych zwolenników PiS do porzucenia najsilniejszego, skoro nie jest on już taki silny i pójścia tam, gdzie serce dyktuje, czyli głównie do Brauna, a po części do Konfederacji lub Morawieckiego. Gdyby w rezultacie doszło do mijanki PiS-Konfederacja, zupełnie zmieniłoby to dynamikę po prawej, a lepiej byłoby powiedzieć, po nacjonalistycznej stronie politycznej. Odpływ wyborców od PiSu mógłby nabrać charakteru dodatniego sprzężenia zwrotnego: im więcej już odpłynęło, tym więcej odpłynie w przyszłości. Przy Kaczyńskim zostałyby głównie osoby wielbiące go niemal religijnie, jakieś niewielkie kilkanaście procent aktywnych wyborców. Może nawet 10%.

Większość sondaży wskazuje, że ugrupowanie Morawieckiego lokuje się powyżej progu wyborczego. Gdyby to się utrzymało – pozyskanie tych wszystkich lokalnych działaczy, organizatorów kampanii, speców od mediów społecznościowych i Internetu może temu sprzyjać – a odpływ poparcia dla PiSu przyspieszył, mogłoby się okazać, że to obecni posłowie PiSu, ci mniej eurosceptyczni, a zagrożeni utratą mandatu, będą żebrać o miejsca na listach Morawieckiego, nie na odwrót. Przy okazji rozwiązałby się też problem, jaki ma Grzegorz Braun: choć on sam, przy wszystkich swoich okropnościach, jest inteligentny i charyzmatyczny, mówi ładną polszczyzną i ma miłe brzmienie głosu, nie ma za bardzo kogo umieścić na swoich listach wyborczych, bo z osób jako-tako rozpoznawalnych przyciąga głównie odrażających Kamratów, jakichś zupełnie odklejonych oszołomów i zwolenników teorii spiskowych, wreszcie osoby z jakąś nieciekawą przeszłością chcące uzyskać immunitet. Wszyscy oni mogliby wręcz odstraszać wyborców w swoich okręgach. Gdyby rozpad PiS przyspieszył, Braun mógłby wystawić wielu obecnych posłów PiSu, którzy z tonącego okrętu uciekną na prawo, czyli do Brauna. To byłby trzeci, czwarty garnitur obecnych PiSowców, ale i tak byliby lepsi, niż to, czym Braun zdaje się obecnie dysponować.

No, zobaczymy.

***

Odnośnie do samego wyniku wyborów, to na razie wszystko jest możliwe: od niewielkiej, lecz stabilnej większości KO+SLD (+PSL?) z jednej strony, po zdolną do utworzenia rządu wielką koalicję prawicy (PiS, Konfederacja, Braun i Morawiecki) z drugiej. To byłaby przede wszystkim koalicja immunitetowa, żeby nikt z nich nie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności, koalicja zemsty na bandzie Tuska-Żurka, a także koalicja konserwatywnych wartości obyczajowych i nacjonalistycznych. Jednak w kwestiach polityki gospodarczej, fiskalnej, społecznej i do pewnego stopnia zagranicznej byliby głęboko podzieleni, więc w tych obszarach rząd albo będzie bezwładny, albo strukturalne różnice ich rozsadzą, tym bardziej, że jest więcej, niż prawdopodobne, że ci koalicjanci będą próbowali wykorzystywać służby przeciwko swoim nominalnym partnerom, a to zdecydowanie nie sprzyja trwałości koalicji.

Jednak bardziej prawdopodobne wydają mi się dwa inne scenariusze: mniejszościowy rząd KO+SLD z cichym poparciem Morawieckiego lub mniejszościowy rząd PiS+Konfederacja+Braun z cichym poparciem Morawieckiego. W każdym wariancie mniejszościowy rząd byłby słaby i nietrwały.

Sądzę, że w 2028 czekają nas przyspieszone wybory.

Jason Arday nie żyje

Gdy w 2023 Jason Arday został mianowany profesorem w Cambridge, on sam i osoby, które go na stanowisko powołały, z dumą podkreślali, że był najmłodszym czarnoskórym profesorem w historii tej uczelni. Przedstawiano go jako czołowego uczonego w swojej dziedzinie, socjologii edukacji, błyszczącą gwiazdę na naukowym i społecznym firmamencie Cambridge. Nie będę tu przedstawiał faktów z życiorysu Ardaya – kto wie, ten wie, kto się tym zainteresuje, ten z łatwością sprawdzi, a komu jest to obojętne, tego nie będę zanudzał. Z czasem jednak pojawiły się uzasadnione oskarżenia o plagiat i inne formy nierzetelności naukowej popełnione przez Ardaya; dla porządku należy zaznaczyć, że oskarżenia te rozpoczął rozpowszechniać

Nathan Cofnas—a former Cambridge researcher who may politely be described as a philosopher with a special interest in race and IQ, and who may impolitely be described as a professional racist

z którym Cambridge zerwał współpracę w 2024. Zaczęto też kwestionować inne elementy życiorysu naukowego Ardaya, podobnie jak bardzo mało wiarygodne fakty z jego pozanaukowego życiorysu, a wreszcie jego zachowanie jako nauczyciela akademickiego (miał lekceważyć obowiązek tutoringu powierzonych sobie studentów). Uniwersytet Cambridge początkowo stał murem za Ardayem, a on sam z góry odrzucał wszelką krytykę jako rasistowską. Jednak wobec narastających oskarżeń, 5 sierpnia Uniwersytet Cambridge postanowił wszcząć wewnętrzne dochodzenie w sprawie Ardaya. Tego samego dnia Jason Arday zrezygnował ze stanowiska profesora i z członkostwa w Jesus College. Medialne ataki na Ardaya po jego rezygnacji nie ustały. 14 sierpnia Jason Arday, czując się zaszczuty, popełnił samobójstwo w swoim londyńskim mieszkaniu.

Najlepszy artykuł, jaki na temat Jasona Ardaya przeczytałem, opublikował The Atlantic; jest także artykuł w Newsweeku (zapewne oba za paywallem) i dosłownie steki innych.

W smutnej historii Jasona Ardaya są trzy aspekty:

1. Sam Jason Arday. Naukowy oszust i mitoman, nie ma dwóch zdań. Wielu jest takich, ale często żadna duża krzywda im się nie dzieje, bo się nie wychylają. Osiągają jakąś średnio-wysoką, lecz satysfakcjonującą ich pozycję i sobie na niej prosperują. Jeśli nikomu nie podpadną, mogą tak trwać długie lata, a nawet jeśli zostaną zdezawuowani, dostają drugą szansę. Arday natomiast przesadził. Szczęściem i jednocześnie przekleństwem Jasona Ardaya było, że dzięki swoim oszustwom, konfabulacjom i arogancji wszedł bardzo wysoko. A upadek z bardzo wysoka jest bardzo bolesny.

2. Dlaczego Jason Arday zaszedł tak wysoko – czołowy profesor jednego z najlepszych uniwersytetów świata, gwiazda nauki, przykład dla innych, pisarz, rozchwytywany mówca? Bo postępowi biali wypchnęli go na miejsce ewidentnie powyżej jego zasług i możliwości, żeby pokazać, jak bardzo są postępowi, szlachetni i wolni od uprzedzeń. Rzeczywiste zasługi Ardaya miały mniejsze znaczenie, niż chęć okazania swojej prawości przez postępowców.

3. Dlaczego Jason Arday tak boleśnie upadł? Bo gdy prawda o jego rzeczywistych dokonaniach zaczęła wychodzić na jaw, konserwatywni, rasistowscy biali z rozkoszą zepchnęli go w otchłań. Rzeczywiste przewiny Ardaya miały mniejsze znaczenie, niż chęć pognębienia rasowo gorszego uzurpatora i chęć wyszydzenia postępowców, którzy nieszczęśnika tak bardzo wywindowali.

Jason Arday stał się ofiarą tyleż swojej arogancji i konfabulacji, ile hipokryzji białych: i tych, którzy z politycznej poprawności wywyższyli go ponad jego zasługi, i tych, którzy rasistowsko postanowili go pogrążyć.

Mnie jest Jasona Arday jako człowieka żal. Samobójstwo zawsze jest tragedią. Samobójstwo wynika z niewyobrażalnego cierpienia, w tym wypadku z niewyobrażalnego cierpienia psychicznego. Jason Arday dostał się na absolutny szczyt, spadł z niego z wielkim hukiem i, jak sądzę, nie wyobrażał sobie dalszego życia w upokorzeniu. RIP.

Wyciek danych

Sprowokowany przez jednego ze stałych komentatorów, postanowiłem napisać parę słów w związku z niedawnym masywnym wyciekiem danych medycznych.

Po pierwsze, nie mogę skomentować tego konkretnego zdarzenia, bo wiem o nim tylko tyle, co wszyscy inni z mediów. Ale bazy danych należy zabezpieczać. Trzeba jednak uświadomić sobie, że w obszarze bezpieczeństwa danych trwa nieustanna, bezwzględna rywalizacja pomiędzy specjalistami od bezpieczeństwa ze specjalistami od łamania zabezpieczeń. Dlatego zabezpieczenia, które jeszcze kilka lat temu mogłyby uchodzić za żelazne, dziś mogą być zaledwie takie sobie, więc jeśli administrujesz jakimiś naprawdę ważnymi danymi, musisz te zabezpieczenia regularnie poprawiać, unowocześniać, likwidować ujawnione dziury. Duże organizacje nie ograniczają się do rozwiązań komercyjnych, lecz wymyślają wręcz własne, oryginalne zabezpieczenia, których nie ujawniają. Dbanie o bezpieczeństwo danych na tym poziomie to bardzo pracochłonne i kosztowne przedsięwzięcie.

Oczywiście są różne bazy danych. Jeśli prowadzisz, czy ja wiem, hurtownię ogrodniczą lub niewielkie biuro projektowe, bazę danych twoich klientów powinieneś zabezpieczać, bo raz, że jest to cenny zasób, dwa, że jest to wymóg etyczny, a trzy, jest to wprost wymóg prawny, jeśli dane obejmują osobiste dane klientów, choćby ich numery PESEL. Ale powiedzmy sobie szczerze, w wypadku takich danych raczej nie staniesz się obiektem ataku ze strony obcych agencji wywiadowczych czy grup terrorystycznych, więc wydawanie grubych pieniędzy na nieustanne aktualizowanie zabezpieczeń zapewne nie jest konieczne, choć powinieneś instalować opublikowane patche, jeśli są one darmowe lub nie kosztują zbyt dużo, co bardzo często ma miejsce, a także opracować procedury dostępu do danych i ich przestrzegać.

I tu pojawia się naprawdę interesujące pytanie: Dlaczego akurat ta zhakowana baza danych medycznych była źle zabezpieczona? Czy operator nie zdawał sobie sprawy ze znaczenia tych danych, czy w sektorze bezpieczeństwa panował u operatora bałagan, czy też po prostu operator postanowił przyoszczędzić i na softwarze, i na zespole, który miał dbać o zabezpieczenia?

Otóż na to pytanie naprawdę powinniśmy poznać odpowiedź, żeby inni operatorzy nie popełnili podobnych błędów.

Jest także drugi aspekt tego wycieku danych. Wyciek był masywny, podobno obejmował dane 19 mln pacjentów. Dlaczego więc cała Polska nie wpada w panikę?

Ludzie wiedzą, że wyciek danych bankowych jest bardzo groźny, bo można stracić pieniądze. Gdyby wyciekły dane bankowe, panika byłaby gigantyczna; z drugiej strony dane bankowe są na ogół dobrze zabezpieczone, a przynajmniej takie jest domniemanie. Ale wyciek danych medycznych? Wykradzione dane zawierały dane osobowe: imię nazwisko, numer PESEL itd. Ktoś, kto posiada takie informacje, może podszyć się pod daną osobę, dokonać oszustwa lub choćby wziąć kredyt, który potem ofiara będzie musiała spłacać. Dlatego rząd usilnie zachęca, aby zastrzec swój numer PESEL, co można zrobić całkiem łatwo i co zabezpieczy przed tego typu wyłudzeniami.

Jednak co z medycznym aspektem wykradzionych danych? Oczywiście jesteśmy straszeni dystopijnymi wizjami, w których jeśli ubezpieczyciel dowie się o twoich chorobach, będziesz zmuszony do płacenia horrendalnie wysokich składek albo w ogóle stracisz ubezpieczenie zdrowotne. Akurat w Europie, z jej państwowymi, powszechnymi systemami ubezpieczeń zdrowotnych, to nam nie grozi, choć jeśli będziesz chciał wykupić jakąś dodatkową polisę prywatną, coś może być na rzeczy.

Są zawody, w których określone choroby wykluczają z ich uprawiania, więc osoby nimi dotknięte starają się je ukryć przed (potencjalnym) pracodawcą – tu przypomina mi się ponura historia Andreasa Lubitza, niemieckiego pilota cierpiącego na depresję, który popełnił samobójstwo celowo doprowadzając do katastrofy samolotu rejsowego ze 150 osobami na pokładzie. Podobnie osoby startujące w wyborach mogą starać się ukryć swój zły stan zdrowia, żeby nie zniechęcić wyborców (tu na myśl przychodzą i JFK, i Joe Biden, i Donald Trump, a u nas Jacek Kuroń). We wszystkich takich przypadkach ujawnienie wykradzionych danych medycznych mogłoby zmienić bieg historii. Więc jeśli kiedyś, potencjalnie, będziesz się starał o objęcie urzędu z wyboru lub zatrudnienie na stanowisku wymagającym szczególnych kwalifikacji zdrowotnych, wyciek twoich danych medycznych powinien cię zaniepokoić.

Ale zwykłych ludzi ujawnienie danych medycznych też może nieprzyjemnie dotknąć. Powiedzmy, starasz się o kredyt hipoteczny, masz stałe zatrudnienie i odpowiednie dochody, ale bank dowiedział się, że masz raka. I odmawia ci kredytu spodziewając się, że umrzesz na długo przed terminem spłaty, a wtedy może pojawić się problem z dalszą spłatą. Więc lepiej ci tego kredytu nie dać.

Rekapitulując, ludzie nie panikują po ujawnieniu danych medycznych, bo nie dostrzegają wagi problemu. Tymczasem choć moim zdaniem powodów do paniki nie ma, powinniśmy się czuć zaniepokojeni.

Typowy haker z przedstawień medialnych: w kapturze, kodujący binaria, na ekranie z odwróconą kolorystyką, żeby przestraszyć P.T.Publiczność 🙂

Pałac Wschodni

Pałac Wschodni, serial produkcji koreańskiej, Netflix, 2026

Nie przepadam za koreańskimi serialami. Na ten trafiłem przypadkiem i przez chwilę wydawało mi się, że jest to sfilmowany komiks. A ja komiksów nie lubię, a ich filmowych wersji wręcz nie znoszę. Szybko jednak stało się jasne, że jest to dzieło oryginalne i dlatego dałem radę je obejrzeć.

Rzecz się dzieje w jakieś pół-mitycznej Korei czasów przeszłych. Na dworze królewskim dochodzi do serii zgonów młodych książąt, w pałacu dzieją się jeszcze inne niepokojące rzeczy, a w dodatku w królestwie wybucha epidemia. Wszystko to przypisuje się klątwie rzuconej przez złego ducha, zwanego Duchem Stawu. Król sprowadza dwoje młodych ludzi obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami, żeby unieszkodliwili złego ducha, a jeśli im się nie uda, to król każe ich stracić. Zwykłe, dworskie obyczaje. Ponieważ żeby pokonać upiora, trzeba dowiedzieć się, kim ten człowiek był za życia i za co teraz się mści, praca bohaterów, poza rutynowymi walkami z ciemnymi mocami, ma charakter śledztwa. Okazuje się, że większość zgonów była wynikiem brutalnej walki o władzę, a duch, owszem, jest, ale nie ten, o którym wszyscy myśleli.

Walki z duchami odbywają się w świecie alternatywnym, do którego nasi bohaterowie mają dostęp i który, jak w Stranger Things, jest odbiciem naszego świata. Tu jest pałac, tam jest taki sam pałac, tylko pokrzywiony, opustoszały, oświetlony jakimś paskudnym pomarańczowym światłem. Tu jest komnata, tam jest komnata, tu jest korytarz, tam jest korytarz i tak dalej, a do tego w świecie duchów pełno jest jakichś ciągle ruchomych kłączy czy korzeni, jak w świecie Vecny. Stranger Things są nieustanną inspiracją dla Pałacu Wschodniego, ale jest tego więcej. Mamy walki na miecze w stylu Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka z szermierzami biegnącymi w powietrzu, a nawet scenę z Harry’ego Pottera (dementor pochłaniający duszę Syriusza Blake’a). Ponieważ duchy to raczej są upiory, nieumarli, w pewnej scenie duchy ofiar epidemii wyglądają i poruszają się jak typowe zombie. Charakteryzacja głównego złego ducha przypomina charakteryzację Vecny. Jest też przyjazny duch opiekuńczy głównego bohatera wyglądający na śmieszno-brzydkiego pokémona, w krytycznych chwilach zmieniający się w groźne monstrum.

Trochę dziwi mnie synkretyzm religijny: są ołtarze Buddy, pada uwaga o reinkarnacji, ale różnego rodzaju duchy (upiory i inne istoty nadprzyrodzone, nie będące duszami ludzkimi) i ich wpływ na nasz świat są jak najbardziej realne. Ale może to jest normalne, ja o koreańskiej kulturze duchowej nie wiem literalnie nic.

Od strony filmowej nie jest najlepiej. Aktorzy grający parę głównych bohaterów są bardzo ładni (oboje zaczynali kariery jako modele), jest parę, ale dosłownie parę przepięknych ujęć jak z dalekowschodnich drzeworytów, natomiast nachalnie narzucana stylistyka ze Stranger Things jest męcząca. No i są dłużyzny! W późniejszych odcinkach są bardzo długie sekwencje, gdy nie dzieje się nic, ktoś z bohaterów gdzieś idzie i idzie albo myśli i myśli i nic z tego nie wynika. Nawet finałowa scena konfrontacji z głównym złym duchem jest przydługa: dekoracje się przewracają, złe moce upadają, zamieniają się w jakichś proch, który ulatuje z wiatrem, więc widzimy to z tej, tamtej i jeszcze innej strony – jakby scenarzystom zabrakło pomysłów i chcieli na siłę wypełnić czas odcinka. Są też wyraźne niekonsekwencje scenariuszowe: główny bohater ostrzega główną bohaterkę, żeby za nic w świecie nie łamała jakiegoś zaklęcia, bo staną się rzeczy straszne na skalę apokaliptyczną, ona je łamie, niby jest to jakiś kłopot, ale nic bardzo złego się nie dzieje; ten chwyt scenariuszowy powtarza się bodaj ze trzy razy. Siepacze króla ranią głównego bohatera, tak że wydaje się, iż on już, już umrze, ale po chwili jest zdrowy, jak rydz, nawet blizny nie ma. Podobnie główna bohaterka, raz otruta, innym razem zadźgana, a zaraz potem wyglądająca i zachowująca się tak, jakby nic się nie stało. W pewnym momencie liczni dworzanie króla padają martwi rażeni klątwą, żeby po krótkiej chwili pełnić swoje obowiązki, jak gdyby nigdy nic. Wygląda to jak porzucone wątki scenariuszowe, no, ale skoro już te sceny nakręcono, to ich w montażu nie usunięto, bo czymś trzeba wypełnić odcinek.

Na koniec muszę powiedzieć, że szczerze wzrusza mnie, iż koreańscy bohaterowie za każdym razem, nawet po nocy, gdy byli na granicy śmierci, wstają ze swoich posłań w idealnie wyprasowanych szatach i w nienagannych fryzurach. Od razu też są gotowi do działania, żadnego tam ziewania, przeciągania się, odganiania resztek snu.

Ale jeśli jest jeden powód, dla którego mógłbym ten serial polecić, to są to nakrycia głowy noszone przez serialowe postacie. Zupełny odlot!

Spoiler w komentarzu.

Oszukał, nie oszukał?

W polskiej polityce gorącym tematem jest secesja grupy Morawieckiego: Co to oznacza, dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, jaki to może mieć wpływ na wyniki wyborów w 2027. Ale dosłownie dzień przed rozłamem w PiS, pewne zainteresowanie wzbudziło uzasadnienie do umorzenia śledztwa przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu w sprawie „dwóch wież”.

Z intelektualnej uczciwości chciałbym się odnieść do tego faktu.

Dla przypomnienia, Jarosław Kaczyński postanowił wybudować na działce należącej do spółki „Srebrna” wieżowiec w kształcie dwóch wież. Wieżowiec miał przynosić dochód, który pozwoliłby Srebrnej, a więc de facto partii Jarosława Kaczyńskiego, osiągać duży dochód, który pozwoliłby jej zdobyć dominującą pozycję w polskiej polityce. Bo kto ma duże pieniądze, ten może spokojnie sięgać po władzę, finansować swoje kampanie, nie obawiając się upadku nawet w przypadku chwilowej przegranej.

Do realizacji tego szczytnego przedsięwzięcia Jarosław Kaczyński zatrudnił austriackiego dewelopera, Gerarda Birgfellnera, powiązanego zresztą ze sobą rodzinnie. Kaczyński kontrolował wtedy prawie całą Polskę, ale nie kontrolował samorządu warszawskiego i obawiał się, że Warszawa będzie rzucać Srebrnej kłody pod nogi. Żeby zakamuflować co i na czyją rzecz tak naprawdę robi Birgfellner, nie miał on formalnej umowy ze Srebrną, zgadzał się na nieformalny typ współpracy, a nawet

spółka, którą na polecenie Srebrnej założył do realizacji projektu, miała inną nazwę i inny adres, by nie kojarzyła się z PiS.

Zwracam uwagę na quasi-mafijny charakter tej współpracy. W normalnych warunkach byłaby umowa, formalności, zabezpieczenia. Birgfellner niczego takiego nie miał, opierał się za to na jak najbardziej uzasadnionym przekonaniu, że Jarosław Kaczyński rządzi i Srebrną, choć formalnie w jej władzach nie zasiadał, i w ogóle całą Polską, do tego stopnia, że mógł nakazać państwowemu bankowi udzielenia miliardowego kredytu na budowę. Wszystko było na gębę, no bo jakże by tu nie zaufać „naczelnikowi”?

I to się na Brigfellnerze zemściło. Gdy Jarosław Kaczyński uznał, że nie pokona obstrukcji ze strony samorządu warszawskiego, wycofał się z inwestycji, a Gerard Bilgfellner, który zdążył ponieść koszty szacowane na 1,5 mln złotych, został z niczym. Nie miał formalnej umowy ze Srebrną, ale oczekiwał, że Srebrna przynajmniej zwróci mu poniesione koszty. W tym celu udał się do Kaczyńskiego, który jednak stwierdził, że nie ma formalnych podstaw, aby Srebrna za coś płaciła.

Wobec tego Gerard Birgfellner, reprezentowany przez mecenasa Romana Giertycha i wściekły na Jarosława Kaczyńskiego, oskarżył go o oszustwo. Według pozwu, Kaczyński mianowicie, działając w złej wierze, miał zlecić Birgfellnerowi prace, za które nigdy nie miał zamiaru zapłacić.

To była strategia całkiem rozsądna ze strony Giertycha, ale zupełnie nieopłacalna dla Birgfellnera. Gdyby nawet sąd prawomocnie skazał Kaczyńskiego za oszustwo, nie oznaczałoby to zobowiązania do wypłaty ze strony Srebrnej. Z kolei z punktu widzenia Giertycha, skazanie Kaczyńskiego za oszustwo automatycznie spowodowałoby utratę mandatu poselskiego, a nawet gdyby do skazania i utraty mandatu nie doszło, sama konieczność stawiennictwa w sądzie byłaby dla Kaczyńskiego upokarzająca i katastrofalna wizerunkowo.

Dopóki rządził PiS, prokuratura na wszelkie sposoby starała się ukręcić sprawie łeb. Po upadku PiSu sprawa w końcu ruszyła, choć z pewnymi perypetiami. Ostatecznie jednak prokuratura uznała, że Jarosław Kaczyński nie miał zamiaru oszukać i nie oszukał Gererda Birgfellnera.

Uzasadnienie, które ujawniła Gazeta Wyborcza (zapewne za paywallem), jest kuriozalne, ale merytorycznie zgadzam się z decyzją o umorzeniu śledztwa: Choć Gerard Birgfellner może się czuć oszukany (wykonał pracę, za którą nikt mu nie zapłacił), Jarosław Kaczyński nie miał zamiaru oszukać Birgfellnera. Co więcej, Kaczyński jawnie podpowiadał Birgfellnerowi, w jaki sposób może odzyskać swoje pieniądze: Mianowicie, Birgfellner powinien wystąpić z pozwem cywilnym przeciwko Srebrnej, a wyrok dawałby Srebrnej podstawę prawną do wypłaty. Stąd nagrane oświadczenia Kaczyńskiego, że

Jestem gotów w tym sądzie zeznać, że ta robota była robiona dla nas, znaczy dla Srebrnej. Ja to zeznam, bo tak jest. […] Według mnie dla was jest to wygrana sprawa. Wiem, że ta robota była robiona dla nas, i wiem, że trzeba zapłacić, a ja [nie widzę] innej możliwości w tym niż właśnie tego rodzaju droga.

Ba, pada nawet sugestia, że po złożeniu pozwu, Srebrna mogłaby zawrzeć ugodę z Birgfellnerem, co zmniejszyłoby czas oczekiwania na wypłatę oraz znacząco zmniejszyłoby koszty sądowe. Birgfellner jednak nie poszedł tą drogą i zdecydował o oskarżenie Kaczyńskiego o przestępstwo, oszustwo.

Prokuratura właśnie ostatecznie odrzuciła to oskarżenie.

Birgfellner wtopił, bo zamiast podpisać normalną umowę, zgodził się na współpracę na zasadach quasi-mafijnych. Ale zamiast dochodzić swoich roszczeń na drodze cywilnej – co, nawiasem mówiąc, wymagałoby wniesienia opłaty sądowej w wysokości 10% roszczeń – zdecydował się na wytoczenie przeciwko Kaczyńskiemu zarzutów karnych. Była to strategia jak najbardziej zrozumiała ze strony mecenasa i posła w jednej osobie Romana Giertycha, ale niekorzystna dla samego Birgfellnera. Z przykrością stwierdzam, że Roman Giertych może nie tyle oszukał Birgfellnera, ile wykorzystał jego rozżalenie i nieznajomość polskiego prawa dla celów politycznych.

Ale droga cywilna nadal pozostaje dla niego otwarta.

P.s. A jeśli chodzi o Morawieckiego, to nie zdziwiłbym się, gdyby on ostatecznie wystartował na wspólnej liście z PiSem. Ale nie będzie to lista PiSu, tylko lista koalicyjna, co da ludziom Morawieckiego znacznie silniejszą pozycję, niż konieczność żebrania o dobre miejsca na listach PiSu.

Tak się jednak nie musi stać – z dwu powodów. Po pierwsze, mogą się tak bardzo pokłócić i wzajemnie poobrażać, że nie będą się mogli na siebie patrzeć, a co dopiero współpracować, nawet na jakimś minimalnym poziomie. Po drugie, proces dezintegracji PiSu, a zwłaszcza odpływ elektoratu do Brauna, może tak przyspieszyć, że to raczej PiSowcy będą żebrać o miejsca na listach Morawieckiego.

Fargo, sezon 5

Fargo, sezon 5, FX Productions, 2023, w Polsce emitowany przez HBO.

Nie wiedziałem, że serial Fargo miał swój piąty sezon. Gdy się przypadkiem dowiedziałem, oczywiście obejrzałem. Jestem rozczarowany.

Ten sezon, poza lokalizacją akcji w zachodniej części amerykańskiego Midwest oraz mottem1, ma niewiele wspólnego ani z wybitnym filmem z 1996, ani ze świetnym pierwszym sezonem. Nawet główny motyw muzyczny pojawia się na krótko. Sezon jest na siłę feministyczny, z zasadniczym przesłaniem, że mężczyźni są przemocowi, zwłaszcza wobec kobiet i że wszyscy na tym źle wychodzą. Do tego dołożony jest jakiś zupełnie niepotrzebny mistycyzm.

Popatrzmy na galerię postaci męskich (uwaga, spojlery):

  • „Konstytucyjny szeryf”, arcyprzemocowiec
  • jego niezbyt udany syn, przemocowiec aspirujący, w którym skrywa się skrzywdzone dziecko
  • cała zgraja pomniejszych przemocowców i/lub durniów, pojawiających się epizodycznie
  • tajemniczy morderca, postać wzorowana na jednym z pobocznych wątków Gry o tron
  • mąż dobrej policjantki, karykaturalny Piotruś Pan
  • mąż bezwzględnej miliarderki – pojawia się epizodycznie i wygląda na to, że mógłby być miłym facetem, ale ma na wszystko wywalone i interesuje się wyłącznie swoim drinkiem
  • syn bezwzględnej miliarderki, postać niewątpliwie sympatyczna, ale naiwna i nieogarnięta na granicy upośledzenia
  • cyniczny prawnik bezwzględnej miliarderki, którego jednakowoż stać na ludzki odruch
  • dobry policjant – jedyna jednoznacznie pozytywna postać męska w całym serialu, pewnie dlatego, że wychowała go matka i sześć sióstr, dzięki czemu wyszedł na ludzi (i nie założył rodziny).

Serial zaczyna się w sposób typowy dla Fargo: niezbyt wielkie zdarzenie prowadzi do eskalacji kończącej się górą trupów. Przez pierwsze dwa, trzy odcinki sezon trzyma jaki-taki poziom, ale potem wszystko siada. A na końcu kobieca solidarność i matczyne odruchy triumfują. No dajcie spokój. Nie polecam.

  1. This is a true story. The events depicted took place in [location] in [year]. At the request of the survivors, the names have been changed. Out of respect for the dead, the rest has been told exactly as it occurred. ↩︎

Krym

Kampania dronowa Ukrainy, niezwykle skuteczna, postawiła Krym w sytuacji przypominającej stan oblężenia.

Ukraina atakuje drogowe połączenie z Rosją po zachodniej stronie Morza Azowskiego, poprzez tereny okupowane. Ataki są tak częste i skuteczne, że rosyjscy kierowcy wręcz odmawiają poruszania się po tej trasie. Ukraina zniszczyła główne mosty łączące Krym z terytoriami okupowanymi, systematycznie niszczy stawiane ad hoc mosty pontonowe, atakuje krymskie elektrownie, zniszczyła drogowe i kolejowe mosty na terenie samego Krymu, uniemożliwia transport promowy przez Morze Azowskie i inne formy transportu morskiego. Czynny pozostaje jedynie zbudowany przez Putina Most Kerczeński, ale Rosja ze strachu zakazuje przejazdu ciężarówkom, bo na ciężarówce mógłby być ładunek wybuchowy; nie jestem pewien, czy przez ten most możliwy jest wciąż transport kolejowy – ale nawet jeśli tak, to kolej nie dojedzie do głównych miast półwyspu, no bo te mosty kolejowe na samym Krymie…

Militarny cel Ukrainy jest oczywisty: Krym był bliskim zapleczem frontu, tu Rosja dostarczała amunicję, paliwo, żywność i inne zaopatrzenie dla jednostek frontowych. Tu wysyłane były rosyjskie oddziały zanim trafiły na front. Na Krymie znajdowały się ważne rosyjskie instalacje radarowe, wreszcie z Krymu można było przeprowadzać ataki dronowe i rakietowe na ukraińskie miasta. Teraz to wszystko jest niemożliwe.

Ale równie bolesny jest cios w warstwie symbolicznej. Krym jest dla Rosji ważny ze względów historycznych, emocjonalnych i w perspektywie opanowania Morza Czarnego jako wewnętrznego morza Rosji. Gdy Rosja zaanektowała Krym w 2014, spotkało się to z entuzjastycznymi reakcjami Rosjan, a popularność Putina wzrosła do najwyższych poziomów. Teraz Rosja musi się wstydliwie z Krymu wycofywać.

Rosyjska Flota Czarnomorska, poniósłszy ciężkie straty, już dawno musiała się wycofać z Sewastopola do Noworosyjska na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego. Czytamy też o tym, że z Krymu uciekają wciąż tam jeszcze obecni wyżsi oficerowie sił zbrojnych, funkcjonariusze KGB i urzędnicy państwowi. Na Krymie panuje ostry kryzys paliwowy, paliwo jest tylko dla wojska i najważniejszych służb państwowych, są częste wyłączenia prądu, zaczyna brakować wody i żywności, na skutek braku paliwa zbiory (zboże, winorośl, warzywa) zapewne się nie odbędą. Turystyka, będąca jedną z ważniejszych części gospodarki Krymu, całkowicie się załamała. Rosyjski gubernator Krymu ogłosił stan wyjątkowy. Prywatne samochody, które wciąż mają paliwo, ustawiają się w wielokilometrowej, wielogodzinnej kolejce do Mostu Kerczeńskiego, by uciec do Rosji.

Ukraina nie ma zasobów, aby fizycznie odbić Krym, ale zarazem nie może zaprzestać ataków na konwoje, bo to groziłoby rosyjską remilitaryzacją Krymu. Krym pozostanie więc izolowany, jak w stanie oblężenia. Rosja już w 2014 oficjalnie inkorporowała Krym, ale z punktu widzenia prawa międzynarodowego, Krym pozostaje terytorium ukraińskim okupowanym przez Rosję. W tej sytuacji to okupant odpowiada za sytuację bytową ludności zajętego terytorium.

Pytanie brzmi, co w tej sytuacji zrobi Putin. Chodzi mi o ludność cywilną, której przed wybuchem wojny było blisko 2 miliony. Otóż moim zdaniem, Putin nie zrobi nic. Nie będzie negocjował z Ukrainą dostaw humanitarnych bądź też ewakuacji ludności, gdyż byłoby to dla niego upokarzające. Na półwyspie możliwy jest więc wybuch kryzysu humanitarnego, któremu Rosja będzie się cynicznie przyglądać, używając go w walce propagandowej przeciwko Ukrainie. Nie zdziwiłbym się, gdyby po stronie rosyjskiej pojawiły się porównania z oblężeniem Leningradu.

Jednak kto wie, w przypadku ostrego kryzysu humanitarnego, możliwy byłby separatystyczny bunt ludności Krymu – nie po to, aby powrócić do Ukrainy, ale by odłączyć się od Rosji, która ich zawiodła i ogłosić niezależność. Taki bunt społeczność międzynarodowa mogłaby zaakceptować i sfinansować, organizując dostawy humanitarne, a nawet wysyłając tam jakieś siły rozjemcze za zgodą Ukrainy. Powstałoby – choć w pewnym sensie odrodziłoby się – nowe państwo czarnomorskie. Byłby to koszmarny cios wizerunkowy dla Rosji.

Odebrał

Prezydent Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego prezydentowi Ukrainy, Wołodymyrowi Zełenskiemu.

W odpowiedzi polskie odznaczenia zwróciło kilka znaczących osób z Ukrainy, w tym ukraiński minister spraw zagranicznych i obecny ambasador Ukrainy w Polsce, a trzej byli prezydenci, Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko, zrzekli się przyznanych im Orderów Orła Białego.

To znak, że Ukraińcy odebranie Orderu Zełenskiemu potraktowali jak gest nieprzyjazny. Skoro Polska odbiera Order naszemu walecznemu prezydentowi, ba, Order, który był traktowany jako odznaczenie dla całego narodu ukraińskiego, my nie chcemy nosić polskich odznaczeń, nawet jeśli mamy do obecnego prezydenta różne zastrzeżenia.

Nawrocki jako prezes IPN kilka lat temu mówił, że Ukraińcy sami mogą wybierać swoich bohaterów, ale teraz odebrał Zełenskiemu Order, żeby zapunktować w swoim kibolsko-nacjonalistycznym elektoracie. O to mu przecież głównie chodziło. Małostkowość, mściwość, działanie wet za wet to cecha osób niepewnych swego znaczenia. Bo jeśli odpuścisz, okażesz wielkoduszność, nie oddasz, gdy cię uderzą, inni uznają, żeś słaby! Taką Polskę Nawrocki pokazuje światu. Taką gębę nam przyprawia.

A czy Nawrocki realnie coś zyskał dla Polski? Otóż nie.

Teraz Zełenski na pewno nie cofnie decyzji o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA” – przeciwnie, można się spodziewać więcej zdarzeń tego typu. Możemy też zapomnieć o rozmowach na temat upamiętnienia Polaków pomordowanych na Wołyniu. Nastawienie do Polski i Polaków w Ukrainie pogorszyło się; rykoszetem pogorszy się też stosunek Polaków do przebywających u nas Ukraińców. Polska – polski rząd – stara się o włączenie naszego kraju do rozmów o zakończeniu wojny i o przyszłości Ukrainy. To się prawie na pewno nie uda, bo Ukraina nie będzie tym zainteresowana. Dlaczegóż mieliby włączać do rozmów kraj tak nieprzychylnie do nich nastawiony? (Nawiasem mówiąc, to mógł być trzeciorzędny cel Nawrockiego – włączenie Polski do rozmów byłoby sukcesem rządu, a tego Nawrocki nie może ścierpieć.) Wreszcie polskie firmy straciły właśnie nadzieje na wiele kontraktów na powojenną odbudowę Ukrainy. Może jakąś boczną drogę pozwolą nam wyremontować. Tak, ja wiem, że w biznesie powinny decydować wyłącznie kwestie merytoryczne – ale nie decydują. Liczy się także sympatia i zaufanie do kontrahenta. A te w wypadku Polski szorują po dnie.

Brawo, Karol Nawrocki!

Nawiasem mówiąc, prezydent Zełenski, nie czekając na publikację postanowienia Nawrockiego w Monitorze Polskim, odesłał do Polski insygnia Orderu. Tym samym problem kontrasygnaty Tuska stał się niebyły – dodatkowy plan Nawrockiego, by wpędzić Tuska w pułapkę bez wyjścia, spalił na panewce.

Nie zdziwiłbym się, gdyby to Tusk poprosił o to Zełenskiego, z którym spotkał się dzień przed decyzją Nawrockiego. Oczywiście poza protokołem. Gdyby tak było, byłby to jednocześnie przyjazny wobec polskiego rządu gest ze strony Zełenskiego oraz pokazanie, że jemu na polskich odznaczeniach nie zależy, skoro nie czekał, aż Tusk go „uratuje” odmawiając kontrasygnaty.

Brunatny chuligan

Brunatny chuligan Robert Bąkiewicz dopuścił się kolejnego ekscesu: z grupą zwolenników pojechał do Berlina, by tam „uczcić” pamięć polskich ofiar nazistowskich Niemiec. Niemiecka policja starała mu się grzecznie wytłumaczyć, że manifestację akurat w tym miejscu trzeba było zgłosić co najmniej z wyprzedzeniem 7 dni, a krzyża bez pozwolenia też stawiać nie wolno, ale Bąkiewicz nie posłuchał, więc policja zglebowała go i skuła. Brawo, niemiecka policja. Zupełnie przypadkiem była tam ekipa Telewizji Republika, która wszystko sfilmowała i teraz krzyczy, że niemiecka policja bije polskich patriotów!

Ta awantura, wycelowana, rzecz jasna, do polskich odbiorców, nie ma większego znaczenia. Ośmiesza głównie samego Roberta Bąkiewicza, choć poniekąd trochę nas wszystkich, bo spora część Niemców zrozumie jedynie, że jacyś Polacy znów zrobili histeryczną scenę.

Znacznie poważniejszą sprawą są samozwańcze bojówki, ubrane w stroje przypominające polskie mundury, zaczepiające i legitymujące na Dworcu Centralnym osoby o cudzoziemskim wyglądzie. Członkowie tych bojówek są z „Ruchu Obrony Granic” Bąkiewicza, ale ich organizatorem jest ktoś z kręgu Grzegorza Brauna. Policja początkowo stwierdziła, że się temu przygląda – i to był absolutny skandal, bo tego typu „patrole” należy rozpędzić natychmiast, bez wnikania w jakiekolwiek szczegóły. Samo tolerowanie ich obecności jest bardzo niebezpieczne. Umundurowane bojówki nazistowskiej SA, słynne brunatne koszule, też początkowo były grupami niepowiązanymi z instytucjami Republiki Weimarskiej, a policja tylko im się przyglądała. W końcu, po czterech dniach i po osobistej interwencji Tuska, polska policja i prokuratura wszczęły dochodzenie przeciwko tym bojówkarzom Brauna i Bąkiewicza. Oby ta sprawa nie rozpłynęła się po kościach. Powtórzę: tolerowanie takich zachowań, takich grup, to wstęp do jawnej faszyzacji Polski.

Przy okazji jednak ludzie znów zadają pytanie, czy Robert Bąkiewicz jest ruskim agentem. Jak już kilkakrotnie pisałem, oskarżenie kogoś o agenturalność to bardzo poważna sprawa. Myślę, że Bąkiewicz ruskim agentem nie jest. Po prostu jego cele są zbieżne z celami Rosji, więc ta go, być może, cichaczem wspiera.

Nie wiem tego, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby Bąkiewicz faktycznie był opłacany przez rosyjskie służby. Rzecz jasna nie bezpośrednio, ambasada nie wypłaca mu jurgieltu ani agent nie przekazuje koperty w nocy na stacji benzynowej, ale może jakaś dziwna firma czy fundacja a to zleci mu „analizę”, którą przepłaci, a to sowicie opłaci jego koszty podróży i uczestnictwa w jakimś bardzo patriotycznym zgromadzeniu, gdzie Bąkiewicz wygłosi przemówienie zagrzewające serca, albo przekaże środki na druk materiałów i nie będzie się domagać szczegółowego rozliczenia, no, takie tam. Ta dziwna firma czy fundacja wcale nie musi mieć pułkownika KGB jako swojego szefa – Tomasz Piątek w swoich książkach opisywał całe sieci, wielowarstwowe struktury spółek, stowarzyszeń i fundacji, które mają jakichś szefów (często są to słupy, ale niekiedy jacyś działacze średniego szczebla) i w zasadzie nic nie robią, tylko wykonują skomplikowane operacje finansowe pomiędzy sobą, a powiązanie z KGB jest tylko takie, że spółkę-korzeń tej struktury obsługuje jeden cypryjski prawnik, którego da się powiązać z kimś, kto prawie na pewno pracuje dla KGB.

Pecunia non olet, ale być może Robert Bąkiewicz wcale nie potrzebuje finansowego wsparcia ze strony Rosji, gdyż, jak donosi Gazeta Wyborcza, za rządów PiS organizacje powiązane z Bąkiewiczem otrzymały od państwa polskiego 14 mln złotych, głównie za pośrednictwem Funduszu Patriotycznego.

Natomiast głęboko wątpię, aby Bąkiewicz był przez stronę rosyjską zadaniowany, to znaczy aby ruscy wyznaczali mu cele, a tym bardziej sposoby ich realizacji. On to robi ze szczerego serca. Pewnie gdyby go zapytać, Bąkiewicz określiłby się jako typ antyrosyjski, bo Katyń i komunizm, choć zarazem rosyjska kultura jest szlachetna i nie przeżarta moralną zgnilizną, jak kultura Zachodu. Bo to ta gnijąca Europa, właściwie fuzja Gejropy, Eurabii, światowego syjonizmu i antyreligijnego lewactwa, jest prawdziwym zagrożeniem dla Polski. A do tego Europa ciągle się z Polski wyśmiewa i naigrawa, umniejsza jej rolę, szkodzi na każdy dostępny sposób, pewnie dlatego, że Polska ma szczególną misję dziejową do spełnienia, która, gdyby się udała – daj Bóg, żeby się udała! – wysadzi to plugastwo z siodła. W Polsce wszelkie ślady tej europejskiej zgnilizny należy plenić z całą mocą. No więc Bąkiewicz, polski patriota, stara się, jak umie i jak rozumie swój patriotyzm, a że poza straszeniem słabszych od siebie, niewiele umie i niewiele rozumie, robi, co robi.

Owszem, ludzie bywają tak głupi, przypominam o brzytwie Hanlona, ale dodatkowo Bąkiewicz nie bez racji sądzi, że jego działalność zyskuje mu popularność i poparcie w naszym „prawym sektorze”, co po zmianie władzy może zaowocować kolejnymi dotacjami rządowymi, a może nawet jakąś samodzielną pozycją polityczną.

Natomiast ruskie służby oczywiście obserwują, co się u nas dzieje. Widząc takiego szkodnika, jak Bąkiewicz, hołubią go i, być może, skrycie finansują, bo on robi dla nich lepszą robotę, niż specjalnie przeszkolony agent. Rozsadzanie Europy od środka i starania na rzecz wyprowadzeniu Polski ze struktur europejskich, są zbieżne z celami polityki rosyjskiej, Bąkiewiczowi zaś nie przeszkadza to, co Putin robi w Ukrainie i u siebie w Rosji też. Bąkiewicz jest autentyczny i potrafi dotrzeć do ludzi, którzy mają zbliżone do niego zapatrywania, ale nie mają na tyle charyzmy i rzutkości, aby samodzielnie wcielać je w życie.

Niestety, są tacy. Dużo takich 🙁

Robert Bąkiewicz skuty przez niemiecką policję w Berlinie

Demony przeszłe i współczesne

Prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy imię „bohaterów UPA”. W Polsce zawrzało. Polacy mają UPA za wyjątkowo okrutnych morderców, dla Ukraińców była to formacja walcząca o niepodległość Ukrainy z Sowietami, Polakami i Niemcami. Te dwie świadomości historyczne nigdy się nie spotkają. Z drugiej strony, jak pisze ten ukraiński komentator, Ukraińcy

nie interesują się zbytnio Polską i nie traktują tych spraw jako ważnych. To jest po prostu fakt… sedno problemu nie jest takie, jak to w Polsce wielu sobie wyobraża – że tam ktoś coś na złość robi Polsce. Sedno problemu polega na tym, że czynnik polski po stronie ukraińskiej po prostu nie waży. Ukraińskie tematy są cały czas widoczne w polskiej dyskusji publicznej, podczas gdy polskie po stronie ukraińskiej są gdzieś daleko na trzecim, czwartym czy jakimś szóstym miejscu.

Zełenski, choć dobrze punkt widzenia Polaków zna, niespecjalnie się nim przejął i wybrał wzmocnienie swojej pozycji w polityce wewnętrznej kosztem relacji z Polską. To bardzo przykre.

Ale co z tego dalej miałoby wynikać? Niewątpliwie Zełenski nie będzie już w Polsce ciepło przyjmowany. Nie powinno to jednak wpływać na nasz stosunek do Ukrainy i na nasze ekonomiczne, polityczne i wojskowe wsparcie dla Ukrainy w jej wojnie z Rosją, ani na nasz stosunek do przebywających w Polsce Ukraińców. Dla nas wspominanie „bohaterów UPA” jest bolesne, ale wspieranie Ukrainy jest ważniejsze, bo leży w naszym strategicznym interesie. Tamtych pomordowanych już nie wskrzesimy, ale możemy zmniejszyć liczbę współczesnych ofiar, czy to po stronie ukraińskiej, czy, nie daj Boże, polskiej. Tego się trzymajmy, mimo iż jesteśmy mocno wkurzeni.

I tu wchodzi Karol Nawrocki, cały na biało, i oświadcza, że zamierza odebrać Zełenskiemu Order Orła Białego, nadany mu w 2023 przez prezydenta – jak on się nazywał? a, tak – Andrzeja Dudę.

Choć zasadniczym celem Nawrockiego jest przypodobanie się swojemu nacjonalistycznemu elektoratowi, odebranie Orderu prezydentowi zostałoby odebrane w Ukrainie jako wielki despekt, tym bardziej, że Zełenski mówił, że traktuje nadany mu Order jak order dla całego narodu ukraińskiego. Ukraińcy potraktowaliby to jako jaśniepański, postkolonialny dyktat, jakich bohaterów wolno im czcić. Pisze o tym też cytowany wyżej komentator:

Po stronie ukraińskiej włączył się mechanizm defensywny w społeczeństwie i sytuację odebrano jako próbę tworzenia nacisku z zewnątrz i wskazywanie Ukraińcom, jak im układać życie wewnątrz ich państwa. […] Osoby, które w ogóle nie interesowały się nigdy tematem i nie wiedzą, o co chodzi z tym Wołyniem i UPA, odruchowo wspierają teraz Zełenskiego, bo „nikt nam nie będzie kazał, co mamy robić”.

Nie wiedzieć czemu polska strona demokratyczna – komentatorzy, media, a nawet członkowie rządu (Adam Szłapka dzisiaj w TVN24) – uważa, że ponieważ postanowienie prezydenta będzie wymagać kontrasygnaty premiera, Tusk, odmawiając kontrasygnaty, uratuje nas przed międzynarodową katastrofą. Znowu.

Przede wszystkim zupełnie nie jest oczywiste, że kontrasygnata premiera w ogóle byłaby wymagana. Art. 144, ust. 3 pkt. 16 Konstytucji zalicza nadawanie orderów i odznaczeń do „prerogatyw osobistych prezydenta”, niewymagających kontrasygnaty. Skoro nadawanie orderów jest prerogatywą osobistą, to Nawrocki może uznać, że ich odbieranie też, wobec czego o kontrasygnatę nie wystąpi. No i bardzo dobrze. Byłoby to zresztą zgodne z duchem dotychczasowych poczynań prezydenta, który przy każdej nadarzającej się okazji chce swoją osobistą władzę powiększać, a nie ograniczać.

Można wszakże argumentować, że skoro wyliczenie z ust. 3 jest enumeratywne i odbierania odznaczeń nie zawiera, kontrasygnata jest wymagana. Taka interpretacja wcale nie jest oczywista, ale opierając się na niej Nawrocki, żeby zrzucić z siebie część odpowiedzialności oraz zapędzić Tuska w sytuację bez wyjścia, może o kontrasygnatę wystąpić. Bo każda decyzja, jaką podejmie w tej sytuacji Tusk, będzie zła.

Jeśli premier odmówi kontrasygnaty, co prawda unikniemy bezpośredniego zgrzytu w stosunkach polsko-ukraińskich, ale prawica będzie wyła, że Tusk wspiera UPA, że wszyscy popierający Tuska wspierają UPA i właściwie są osobiście winni mordowaniu Polaków na Wołyniu. TV Republika będzie mówić o Tusku nie tylko jako o agencie Brukseli i Niemiec, ale jako o banderowcu, mile rezonując z rosyjską propagandą. I ta trucizna będzie się ludziom sączyła do ucha, aż w końcu sporo ludzi w to uwierzy. Szanse na powrót prawicy do władzy wzrosną. Polaryzacja nastrojów w Polsce jeszcze bardziej się zaostrzy, krzyki o ukrainizacji Polski staną się głośniejsze, ze wszystkimi złymi skutkami dla stosunku (niektórych, ale coraz liczniejszych) Polaków do mieszkających u nas Ukraińców, a w konsekwencji dla ogółu stosunków polsko-ukraińskich.

Jeśli zaś premier kontrasygnaty udzieli, wtedy liberałowie i lewica równie głośno będą wyli, że Tusk, w imię demonów przeszłości, stawia na szali bezpieczeństwo Polski i relacje polsko-ukraińskie. Dodatkowo przynajmniej część lewicy uzna to za argument, że Tusk jest takim samym nacjonalistą, jak Braun, co również będzie oznaczać, że szanse na powrót prawicy do władzy wzrosną.

Dlatego w najlepszym interesie Tuska będzie argumentować, że jego kontrasygnata nie jest wymagana. Skoro konstytucja pozostawia kwestię orderów i odznaczeń w wyłącznej gestii prezydenta, to on, Tusk, szanując konstytucję, nie uzurpuje sobie prawa do kontrasygnaty. Jeśli Nawrocki się uprze, że kontrasygnata jest wymagana, premier powinien się zwrócić do Trybunału Konstytucyjnego o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego. I w ten sposób sprawa umrze 😉

Choć zabrzmi to cynicznie, umycie rąk przez Tuska byłoby najlepszym możliwym wyjściem.

Oczywiście wciąż istnieje jakaś nadzieja, że prezydent Nawrocki się opamięta.