Chory z nienawiści

Jarosław Kaczyński, w związku z aferą z niemieckimi rakietami Patriot, powiedział, że

Jeśli to będą rakiety rosyjskie, to dotychczasowa postawa Niemiec nie daje żadnych podstaw do tego, żeby sądzić, że oni zdecydują się na ingerencję, żeby strzelać do rosyjskich rakiet

Ten chory z nienawiści starzec, zły człowiek, wprost oskarża naszego sojusznika z NATO, Niemcy, że nie broniliby nas przed rosyjską agresją. Ma do tego jakieś podstawy? A skąd! A czy serio tak uważa? Tego nie wiem. Do niedawna sądziłem, że nie, że on sam w te wszystkie antyniemieckie brednie nie wierzy, a mówi to wszystko z czystego cynizmu, żeby wygrać wybory pod hasłem obrony przed „odwiecznym wrogiem”. Ale może senilizm, starcza degeneracja mózgu tak już się u niego posunęła, że sam zaczął w to wierzyć. A jego partia i jego wyborcy to powtarzają. Straszne.

Trzeba tego osobnika jak najszybciej odsunąć od władzy, bo to jest jeden z największych szkodników i jedna z największych zakał polskiej polityki w całej (sic!) naszej historii. Precz, precz!

Ten blog nie ma wielu czytelników, ale od czasu do czasu trafiają tu zwolennicy PiSu i symetryści. I co wy na to, Przyjaciele?

O czym to jest?

Wielka woda, reż. Jan Holoubek i Bartłomiej Ignaciuk, Netflix, 2022.

Wszyscy chwalą ten serial, bo i jest za co. Pod wszystkimi względami technicznymi – zdjęcia, efekty specjalne, montaż, dźwięk – ze względu na reżyserię, a przede wszystkim ze względu na aktorstwo, to jest pozycja zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych polskich produkcji. Tym bardziej, że akcja dotyczy wielkiej powodzi z 1997, wydarzenia o kapitalnym znaczeniu dla Polski późnych lat ’90, którego skutki w jakimś sensie odczuwamy do dziś: gdyby nie tamta powódź, być może inaczej myślelibyśmy o regulacji rzek, a gdyby ówczesnemu premierowi Cimoszewiczowi na zawsze nie zapamiętano słów, że trzeba się było ubezpieczyć, wynik wyborów prezydenckich 2005 mógł był być inny. Komentatorzy zgodnie rozpływają się w zachwytach, skądinąd dosyć sztampowych. Myślę, że nie wszyscy komentujący serial obejrzeli.

A ja mam z „Wielką wodą” problem. O czym ona właściwie jest?

Rzecz zaczyna się standardowo, jak sto współczesnych amerykańskich filmów katastroficznych. Oto grozi wielka katastrofa naturalna, władze lekceważą zagrożenie, utytułowani naukowcy nie ogarniają, jedyną nadzieją ludzkości jest zbuntowana naukowczyni, outsiderka. Nie dziwi nas, gdy wkrótce okazuje się, że bohaterka ma przy okazji jakąś prywatną sprawę do załatwienia, bo we wszystkich amerykańskich filmach tak jest: trzeba uratować planetę, związek, dziecko i ukochanego pieska.

W tym punkcie zaczyna się opowieść o Polsce sprzed wstąpienia do Unii, a nawet do NATO. Mapy są nieaktualne, podział kompetencji niejasny, łączność nie działa, nikt nie wie, gdzie jest wojewoda, zastępujący go wicewojewoda próbuje jakoś wszystkim sterować, ale nikt go nie słucha. Wojsko zdobywa worki na piasek tylko dlatego, że szwagier jednego podpułkownika ma hurtownię, w której takich worków się używa. Zbliżają się wybory, więc lokalni politycy dbają czy dobrze wypadną w mediach, nieważne, że podejmowane przez nich działania będą nieskuteczne lub wręcz szkodliwe. Wszyscy przedstawiciele władz są cyniczni i aroganccy. Dowódca policji z rozczuleniem wspomina, jak w stanie wojennym opracowywał nowe metody rozpraszania tłumu, po czym nie radzi sobie z tłumem A.D. 1997, bo to już, panie, są wolni ludzie, nie zastraszeni mieszkańcy PRLu.

Komentatorzy piszą, że w serialu mamy bohatera zbiorowego, mieszkańców Wrocławia jednoczących się w obliczu klęski żywiołowej. Bohater zbiorowy, owszem, jest, ale nie są to mieszkańcy Wrocławia, ale podwrocławskiej wsi, którzy bronią swojej miejscowości przed wysadzeniem wałów, co być może mogłoby uratować miasto. Mieszkańcy Wrocławia są zatomizowani, coś tam niby robią, jakieś worki z piaskiem układają, ale są tylko statystami, żadnego zjednoczenia, poczucia odpowiedzialności za wspólnotę nie widać. Jakoś tak w połowie serial przestaje być serialem o powodzi, stając się historią o problemach i przemianach głównych bohaterów, zwłaszcza bohaterki, jedynie ilustrowaną scenami z powodzi, w tym scenami, które musiały być oparte o wydarzenia rzeczywiste; żaden scenarzysta by tego nie wymyślił. Bohaterka jednak nie ratuje świata, Wrocław zostaje zalany. Pojawia się kilka niedokończonych wątków pobocznych i postaci, które nie wiedzieć skąd i nie wiedzieć po co się przyplątały. A w ostatnim odcinku następuje taka kumulacja zdarzeń wprost cudownych i nieoczekiwanych zbiegów okoliczności, a wszystkie mają charakter umoralniający, że jest to więcej, niż niewiarygodne. Zupełnie nie wiem dlaczego reżyserzy postanowili odtworzyć scenę z Titanica na zalanych ulicach Wrocławia: Jaśmina, jak Rose, gwizdkiem przyzywa łódź ratunkową, w serialowej wersji NATOwską, obsługiwaną przez francuskich żołnierzy: ha, tylko NATO może nas uratować. Wyjaśnia się przynajmniej, dlaczego ważne było, iż dziewczyna widoczna na zdjęciu zdobyła gwizdek, to jest jedna z tych nieoczekiwanych koincydencji. Gdy żywioł ustępuje, zbuntowana naukowczyni doznaje wewnętrznej przemiany i znoszoną kurtkę military surplus zamienia na pastelowy żakiecik. Słowem, dramat.

Jednak jeszcze raz podkreślam, że pod wszelkimi względami technicznymi serial jest zrobiony bardzo porządnie. No i przyjemnie się go ogląda, bo właściwie wszyscy aktorzy grają lepiej, niż dobrze, a rola Anny Dymnej jest wręcz wybitna. Gdyby nie ten nieszczęsny ostatni odcinek, mógłbym Wielką wodę z czystym sumieniem zarekomendować.

Co wiedział papież?

Ciągle wraca pytanie, czy i co JPII wiedział o seksualnych przestępstwach księży, a jeśli wiedział, czemu to tolerował?Po niedawnym filmie Macieja Gutowskiego, zwłaszcza po wypowiedziach osób, które znały JPII osobiście, kwartalnik Więź baja coś o

na wskroś autentycznym klerykalizmie Karola Wojtyły.

Bo to dobry klerykalizm był. O ile dobrze zrozumiałem, redakcja Więzi sądzi, że JPII uważał kapłaństwo za stan wyróżniony, święty. Kapłaństwo to

niezasłużone i niespodziewane wybranie (dar) do szczególnej roli, służby, do ekskluzywnego świata pomocników Boga

a zatem

każdy przejaw niechęci do duchownego, obarczanie go odpowiedzialnością za czyny niemoralne, a nawet tylko nieadekwatne do pełnionej roli, każda informacja o naruszeniach kościelnej dyscypliny i etycznego porządku w pierwszej kolejności mogły wywoływać [u JPII] dystans do sformułowanego zarzutu i osoby, która ten zarzut formułowała

Słowem, wedle Więzi JPII nie wierzył w oskarżenia księży o przestępstwa seksualne, bo ksiądz jest święty i wybrany, a więc do takich podłych czynów niezdolny. Przecież to jest teologiczna bzdura. Kościół uczy, że wszyscy ludzie są grzeszni, a z historii znamy mnóstwo przykładów księży, biskupów i papieży, którzy dopuszczali się rzeczy strasznych. Wmawianie JPII takiej naiwnej teologii – ksiądz jest święty i do grzechu niezdolny – wręcz uwłacza jego pamięci.

Z pewnością JPII wiedział, że pewna liczba duchownych popełnia przestępstwa seksualne, ale być może nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska. Z tym, że aż do początku lat 2000 nikt nie zdawał sobie z tego sprawy, ujawniane tu i ówdzie przypadki opinia publiczna traktowała jako zjawiska odosobnione. Możliwe, że sam JPII tak myślał, no, zdarzają się czarne owce, ale to są sporadyczne przypadki, nie rzutujące na obraz Kościoła jako takiego.

Nie chodzi zresztą o to, jak JPII odnosił się do szeregowych księży, a nawet pomniejszych prałatów, ale do kościelnych „grubych ryb”, którzy potem okazali się seksualnymi drapieżcami. Mam na myśli w szczególności kard. Hansa Hermanna Groëra, abp. Juliusza Paetza, kard. Theodore McCarricka, kard. Henryka Gulbinowicza i o. Marciala Maciela Degollado.

Jeśli mowa o czterech pierwszych, to, moim zdaniem, JPII dobrze wiedział, że molestują oni kleryków. Wiedział, bo miał liczne doniesienia od duchownych i, horribile dictu, świeckich z odpowiednich diecezji, a Gulbinowicza i Paetza sam miał okazję wiele lat obserwować. Wiedział, ale tolerował ich zachowanie, dopóki nie stało się ono źródłem publicznego zgorszenia. Być może myślał, że no owszem, nieładnie postępują grzesząc cieleśnie, ale klerycy byli ludźmi pełnoletnimi (za życia JPII nikt wymienionych biskupów nie oskarżał o pedofilię, a było to też na długo przed powstaniem ruchu #metoo, zwracającego uwagę na problem seksualnego wykorzystywania podwładnych przez przełożonych), no więc trudno. Jednocześnie Groër, Paetz, McCarrick i Gulbinowicz byli niezwykle skuteczni jako fundraiserzy i organizatorzy życia kościelnego, głosili poglądy konserwatywne, mieli też bardzo duży wpływ na władze świeckie, korzystny z punktu widzenia Kościoła. Dopóki nie było skandalu, JPII traktował tych biskupów jakby dobrze służyli Kościołowi. Jednak gdy wybuchły skandale – wielkie, publiczne skandale – najpierw z Groërem, potem z Paetzem, JPII usunął ich z urzędów (Groëra poniekąd na raty), ale nie nałożył na nich innych kar kościelnych. McCarricka nawet awansował, bo skandalu jeszcze nie było. O występkach Gulbinowicza dowiedzieliśmy się dopiero wiele lat po śmierci JPII i tuż przed śmiercią samego Gulbinowicza. McCarricka i Gulbinowicza kościelnie ukarał dopiero Franciszek.

[Edit: inna kościelna gruba ryba, kard. Bernard Law – patrz komentarze.]

Nieco inaczej wygląda sprawa Marciala Maciela, chyba najbardziej wyuzdanego przestępcy z nich wszystkich. Był seksualnym potworem-pedofilem, ale był wyjątkowo skuteczny jako fundraiser, a założony przez niego Legion Chrystusa cieszył się z całej masy powołań. W przeciwieństwie do Groëra, Paetza, McCarricka, nie ma udokumentowanych doniesień o tym, że inni duchowni słali alarmistyczne informacje na jego temat do papieża. Maciel, wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi, płacił łapówki watykańskim urzędnikom – na przykład to Legion Chrystusa miał sfinansować wystawne przyjęcie wydane przez Stanisława Dziwisza po podniesieniu go do godności biskupa – którzy, zapewne, w podzięce blokowali przynajmniej część niekorzystnych dla Maciela informacji, o ile takie dochodziły, a teraz niczego już nie pamiętają. Podobnie zresztą postępował McCarrick. No i pytanie: ile JPII wiedział o Macielu? Czy wiedział o jego notorycznej pedofilii i ją tolerował? Niestety, tego nie wiemy. Kościół rozpoczął dochodzenie w prawie Marciala Maciela, ale przerwał je po śmierci tego zakonnika, a akta utajnił. Ówcześni współpracownicy JPII, którzy mieli z Macielem regularne kontakty, niczego nie pamiętają – nawet tego, że się z Macielem w ogóle znali.

No i tak 😕 Możemy jedynie spekulować czy JPII wiedział o pedofilii Maciela. Dowodów – ani takich, które mogłyby pogrążyć papieża, ani takich, które mogłyby go oczyścić – brak.

Czy PiS jest głupi?

Gen. Piotr Pytel, były szef SKW, w wywiadzie udzielonym Gazecie Wyborczej sugeruje, że PiS jest przeżarty rosyjską agenturą:

PiS działa tak, jakby byli szkoleni przez Rosjan albo mieli rosyjskich doradców od wojny psychologicznej

mówi generał. Sam wywiad jest za długi, generał wyraźnie zgorzkniały, niepotrzebnie pozuje też na Rambo biegającego z własnoręcznie wykonanym łukiem po puszczy, ale nad tezą stawianą przez gen. Pytla trzeba się poważnie zastanowić. Cała polityka PiSu, choć werbalnie antyrosyjska, realizuje cele Putina: rozbicie Zachodu i osłabienie naszych związków z Unią Europejską i NATO, a nawet ze Stanami Zjednoczonymi, wobec których ustawiamy się zaledwie w pozycji klienta, i to nie o pierwszorzędnym znaczeniu. Czy PiS rzeczywiście jest sterowany przez rosyjskich agentów, czy po prostu jest głupi?

Moim zdaniem PiS nie robi tego, co robi, z czystej głupoty. Głupotą jest podejmowanie działań sprzecznych z zakładanymi celami, nie żeby je sabotować, ale nie umiejąc przewidzieć konsekwencji tego, co się robi.

My patrzymy się na skutki działań PiSu i mówimy „przecież to szkodzi Polsce, oni muszą być głupi”.

Otóż nic podobnego. To my popełniamy błąd zakładając, że PiS chce dobra Polski. W rzeczywistości PiS ma dobro Polski w d… Celem PiSu, jako formacji, jest utrzymanie władzy nad Polską. Co jednak nie oznacza, że partia ta w całości jest sterowana przez Moskwę.

Motywacje poszczególnych działaczy PiSu są różne. Kaczyński chce władzy dla władzy, władza jest dla niego jak narkotyk, gdyż uwierzył, że Pan Bóg jemu i tylko jemu objawił, jak Polska powinna być urządzona. Kaczyński chce, żeby jego słowo stawało się ciałem, a ponadto czerpie satysfakcję z pomiatania przeciwnikami. Jarosław Kaczyński to jest zły człowiek.

Pan Zbyszek chce władzy, żeby zaspokoić swoje niezwykle wybujałe ego. Niektórym innym PiSowcom też najbardziej zależy na zaspokajaniu swoich kompleksów poprzez sprawowanie władzy w jakimś kąciku państwa.

Pewna grupa nieco bardziej ogarniętych PiSowców chce utrzymania władzy, bo boją się – zresztą całkiem słusznie – że po utracie władzy pójdą do więzienia.

Natomiast większość posłów, działaczy, nominatów PiSu chce władzy, gdyż chce się, mówiąc brzydko, nachapać lub też realizować amoralny familizm: skoro ja jestem posłem, to firma mojego brata otrzyma intratny kontrakt, a miła, ale niezbyt rozgarnięta kuzynka pracę w urzędzie wojewódzkim. Ci działacze w większości rzeczywiście są głupi i nie ogarniają konsekwencji, co jednak nie znaczy, że głupia jest cała formacja. Struktura to więcej, niż suma części.

Wszystkie chwyty służące utrzymaniu władzy, i to władzy niekontrolowanej, są dozwolone. Trzeba udawać, że jesteśmy sojusznikami lewaka Bidena, to udajemy najbardziej lojalnego sojusznika. Trzeba realizować cele Putina, zarazem głośno krzycząc, że Putin to wróg, no to realizujemy. Nie ma problemu. Agenci wpływu dość łatwo mogą podsuwać bezideowej, cynicznej PiSowskiej większości, jaka jest aktualna mądrość etapu. Za to z Unią i z NATO współpracujemy niechętnie, bo oznacza to kontrolę w imię jakichś „wartości”. Jakie znów „wartości”? Wartości można wykorzystywać czysto instrumentalnie, w imię zaś naszej władzy współpracę unijną należy wręcz sabotować.

Inna duża grupa PiSowców to fundamentaliści religijni, ksenofobi, zwolennicy bardzo tradycyjnej moralności (przynajmniej w słowie), ludzie bojący się nowoczesności i wyznawcy patriotyzmu archaiczno-martyrologicznego, upiększającego historyczny wizerunek Polski, zawsze niewinnej i zawsze szlachetnej ofiary, zwłaszcza tacy, którzy niewiele robili, gdy demonstrowanie takich poglądów było ryzykowne. Te postawy zresztą się swobodnie mieszają i są bodaj dominujące w elektoracie PiSu. Otóż dla tych osób Zachód, ze swoją tolerancją, demokracją, rządami prawa, feminizmem, laicyzacją, prawami mniejszości, wolnościami osobistymi, prawami człowieka, inkluzywnością, niechęcią do nacjonalizmów, szacunkiem dla środowiska (przynajmniej deklarowanym 😕) i liberalizmem jest największym wrogiem, utrzymanie zaś władzy przez PiS jedyną gwarancją, że Polska nie zostanie skażona zachodnią zgnilizną. Osłabienie i zdezawuowanie Zachodu, odgrodzenie się od niego murem nie do przebycia, jest wspólnym celem i głoszących to samo putinowców, i powyżej opisanych PiSowców. Putinowska Rosja jest ich naturalnym sojusznikiem. Żadnych ruskich agentów działających od wewnątrz tu nie trzeba.

Wreszcie jest w PiSie grupa ruskich agentów. Agentów operacyjnych i agentów wpływu. Liczbowo nie dominują, ale są i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Jakie jest ich rzeczywiste znaczenie, nie wiem, choć w niektórych obszarach wydaje się być kolosalne. Jakie są ich motywacje – a, pewnie wielorakie, za dużo by pisać. Może kiedy indziej.

Odwieczny wróg

Jarosław Kaczyński doskonale wie, że Polska nie zobaczy ani centa z reparacji za Drugą Wojnę Światową. Po cóż więc stawia tę sprawę?

Mówi się, że żądanie reparacji ma „przykryć” koszmarne wpadki PiSu, od inflacji, poprzez grożący brak opału, aż do zatrucia Odry. Wyborcy mają zobaczyć, że PiS się stara, a Platforma i inni się nie starali, pewnie dlatego, że Tusk reprezentuje interesy niemieckie i miał dziadka w Wehrmachcie.

Moim zdaniem jest gorzej. Otóż Kaczyński i jego spin-doktorzy wymyślili, że jedyną szansą na skonsolidowanie elektoratu jest figura wroga. A któż, jak nie Niemcy, się na tego symbolicznego wroga nadaje? Odwieczny wróg, co pluje nam w twarz i dzieci germani, dziś odmawia Polsce pieniędzy unijnych, nie chce dzielić się gazem i zatruł Odrę. No i przede wszystkim wywołał wojnę, która zrujnowała nam kraj, tym razem naprawdę, a teraz nie chce za to zapłacić!!!

Ogłaszanie, że nasi sąsiedzi i najważniejsi partnerzy gospodarczy tak naprawdę są naszymi wrogami to bardzo kiepski pomysł z naszego narodowego i państwowego punktu widzenia. Zamiast starać się zdobywać przyjaciół, a przynajmniej przyjaznych i lojalnych partnerów, polski rząd ustawia Niemcy w pozycji wroga. O, to z pewnością sprawi, że Niemcy będą popierać polski punkt widzenia w różnych europejskich debatach, chętnie u nas inwestować i wspierać militarnie, gdyby – oby nie! – zaszła taka konieczność.

Polacy są jednym z najmniej lubianych narodów europejskich, a jedną z naszych wad jest nieufność. Nie ufamy sobie wzajemnie, nie ufamy sąsiadom, nie ufamy państwu, nie ufamy instytucjom, nie ufamy innym narodom. Podkreślanie, że wszyscy wokół na nas czyhają, chcą nam zaszkodzić, wzmacnia naszą narodową paranoję i czyni nas jeszcze mniej sympatycznymi dla innych.

Głoszony nachalnie pogląd, iż jesteśmy otoczeni przez wrogów, nie poprawia naszego położenia międzynarodowego, Kaczyńskiemu wydaje się jednak, że może to poprawić jego pozycję wewnętrzną. Przedstawianie Niemiec jako wroga nie ma służyć zdobyciu przez PiS nowych zwolenników, z tego ta formacja już dawno zrezygnowała, a jedynie skonsolidować żelazny, przerażony światem elektorat. Kaczyński myśli, że to może wystarczyć. W najgorszym wypadku zapewni duży klub parlamentarny, a więc dużą dotację wyborczą, wiele diet poselskich i jeszcze więcej etatów dla działaczy PiSu w biurach parlamentarnych. A przy odrobinie szczęścia, to znaczy jeśli opozycja się skłóci, a jej elektorat uda się zdemobilizować, kto wie, może to wystarczyć do utrzymania władzy; najwyżej podkupi się kilku brakujących posłów z innych klubów. Przecież PiS ćwiczył już ten manewr w obecnej kadencji.

Otóż nie, panie Kaczyński! Nie damy się zdemobilizować, zagłosujemy i utraci pan władzę. To będzie jeden z najszczęśliwszych dni w historii Polski. Ciekawe, jak się pan będzie czuł, gdy nie będzie pana bez przerwy pilnować kilkunastu policjantów?

A może jednak będzie? 😉

Co ten Franciszek…

Wczoraj papież Franciszek po raz kolejny wypowiedział się o wojnie w Ukrainie.

Myślę o olbrzymim okrucieństwie wobec tak wielu niewinnych, którzy płacą za szaleństwo, szaleństwo po wszystkich stronach, bo wojna to szaleństwo.

No, przypuśćmy, że zgoda.

Tak wiele ukraińskich dzieci i rosyjskich dzieci zostało sierotami. Sieroty nie mają narodowości, straciły ojca lub matkę. Nieważne, czy to Rosjanie, czy Ukraińcy.

Śmierć rodziców to dla małego dziecka straszna trauma i z punktu widzenia dziecka zapewne nie ma znaczenia, jak do niej doszło. Ale zewnętrzny obserwator, a już szczególnie światowy przywódca religijny, przez wielu uważany za autorytet moralny, powinien zauważyć, że jest różnica pomiędzy śmiercią ofiary mordu a śmiercią niedoszłego mordercy, zabitego przez napadniętego w obronie własnej. Że to nie wszystko jedno, czy rodzice jednego dziecka zginęli, gdy ich dom trafiła rakieta, czy ojciec drugiego zginął, gdy jego czołg, uczestniczący w zbrojnej napaści na inny kraj, został zniszczony przez obrońców. Czułostkowość „och, biedne sierotki, nieważne, jak zginęli ich tatusiowie, bo sierotki tak czy siak są biedne” zakłamuje obraz wojny, zamazuje różnicę pomiędzy agresorem a niewinną ofiarą. Tak się nie godzi, Franciszku.

Lecz najgorsze miało dopiero nadejść:

Myślę o biednej dziewczynie, która wyleciała w powietrze przez bombę umieszczoną pod jej siedzeniem w samochodzie w Moskwie. Niewinni za wojnę płacą, niewinni.

Daria Dugina była niewinna?! Ta sama Daria Dugina, która gorliwie wspierała ojca, gdy ten nawoływał, by Ukraińców zabijać, zabijać, zabijać i która publicznie mówiła, że Ukraińcy to są podludzie?! W dodatku śmierć Duginy wygląda raczej na jakieś porachunki KGBowskie, KGBowską prowokację. Ale tu jest coś znacznie gorszego. Czemu papież Franciszek znalazł słowa współczucia dla Duginy, a nie znalazł ich dla dzieci zabitych w zbombardowanym szpitalu położniczym w Mariupolu, dla dzieci zabitych w teatrze w Mariupolu, gdzie usiłowały się schronić, dla kobiet i dzieci gwałconych i zabijanych w Buczy i innych miejscowościach okupowanych przez Rosjan, dla dzieci i dorosłych ginących w ruinach swoich domów ostrzeliwanych rakietami? Nie rozumiem cię, papieżu Franciszku. Jest mi wstyd za ciebie. Jest mi bardzo, bardzo przykro.

Byłem wychowany jako katolik i długie lata czułem się katolikiem – kiepskim, ale jednak katolikiem. Wciąż czuję się chrześcijaninem, wierzącym chrześcijaninem, ale z instytucjonalnym Kościołem Katolickim chcę mieć jak najmniej wspólnego.

P.s. Wiem, że już nie ma KGB, tylko jest FSB. Fi donc!

Kaczyński dicit

Druga największa rzeka Polski od trzech tygodni umiera, ale PiSowskie pajace oraz ich krewni i znajomi, zatrudnieni na państwowych etatach w ministerstwach – sama minister Moskwa ma siedmiu (!) zastępców – w Wodach Polskich, GIOSiu, WIOSiach, RDOSiach, nadzorze weterynaryjnym, urzędach wojewódzkich i Bóg wie, gdzie jeszcze, od trzech tygodni nie robią nic. No cóż, nie potrafią. Oni umieją tylko kraść, kłamać i podlizywać się przełożonym. Ludzie o innych cechach nie mają w PiSowskiej nomenklaturze żadnych szans.

Ale wtem! TVP Info i rzecznicy PiS zapowiedzieli wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, transmitowane na żywo. Co powie Kaczyński, jak odniesie się do największej katastrofy ekologicznej od wielu lat?!

No i Kaczyński przemówił. Wypowiedział się. W kilkudziesięciusekundowym oświadczeniu udzielił poparcia kandydatowi w wyborach uzupełniających w Rudzie Śląskiej. Po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. O Odrze ani słowa.

Komentatorzy dziwują się, czemu Kaczyński tak ostentacyjnie pominął najważniejszy problem, jakim żyje dziś Polska. Po prostu olał to, czym przejmują się lewica i libki – bo ta druga strona, karmiona kłamstwami TVP, może nie widzi żadnego problemu. No ale przecież człowiek wykształcony, jeden z najważniejszych przywódców politycznych kraju, musi myśleć o tym, co się dzieje naprawdę, jakie skutki wywrze katastrofa na Odrze na tę część Polski i na cały kraj nie tylko dziś i jutro, ale także za rok i za dziesięć! Jak można to tak strasznie lekceważyć?!

Nie znajduję w tym niczego zdumiewającego. Już dawno pisałem, że Jarosław Kaczyński nie jest patriotą. Jarosław Kaczyński ma Polskę w d*pie. Jarosława Kaczyńskiego interesuje wyłącznie władza nad Polską.

Nawiasem mówiąc, nawet trochę mi żal tego PiSowskiego kandydata z Rudy Śląskiej. Otrzymać tak upubliczniony pocałunek śmierci – to musi być straszne.

Odra

Zabili nam rzekę, pieprzone sukinsysny, zabili nam rzekę.

Po blisko trzech tygodniach od pierwszych sygnałów wciąż nie wiadomo, kto zabił Odrę. Może wielki, państwowy zakład przemysłowy, z dyrektorem, który nic nie wie o technologicznej naturze prowadzonego przedsięwzięcia, ale ma odpowiednią rekomendację partyjną, a musi minimalizować koszty. A może prywatna firma krewnego lokalnego działacza PiS, korzystająca dotąd z przychylności lokalnego urzędnika Wód Polskich i cichcem, nocami zrzucająca ścieki do Odry. A może rozszczelniło się nielegalne „składowisko” toksycznych odpadów, sprowadzanych do Polski w latach ’90 i później. A może wręcz nierozpoznane składowisko broni chemicznej z czasów WWII. A może to tylko raptowny, być może spowodowany jakimś impulsem zewnętrznym, wykwit sinic, a sinice produkują silne fitotoksyny. Policja obiecuje milion złotych nagrody za wskazanie sprawcy skażenia, tymczasem nie to jest zadaniem pierwszoplanowym!

Najważniejsze jest jak najszybsze, jak najbardziej wydajne ograniczenie skutków zatrucia, aby nie niszczyć więcej wód, zwierząt wodnych, ptaków, zwierząt lądowych domowych i dzikich, ludzi i upraw. Rząd wciąż nie informuje, co robić, nie pomaga samorządom i lokalnym społecznościom, które na własną rękę próbują ratować, co się da. Dalej – i to jest najważniejsze z punktu widzenia państwa! – trzeba wyjaśnić, dlaczego zwiodły służby państwowe, Inspektoraty Ochrony Środowiska, przedsiębiorstwo Wody Polskie i policja, nie robiąc nic w celu powstrzymania skażenia, nawet nie ustalając, jaka jest chemiczna natura skażenia, nie ostrzegając ludzi w dół rzeki, nie informując Niemców, przeciwnie, do ostatniej chwili zakłamując rzeczywistość, lekceważąc problem, a gdy już się nie dało udawać, że problemu nie ma, próbując zrzucić odpowiedzialność, przynajmniej moralną, na opozycyjne wobec PiS samorządy. Albo na Niemców, tak jakby zanieczyszczenia mogły płynąć dziesiątki kilometrów w górę rzeki (no, może w PiSowskiej geografii jest to możliwe). I co zrobić, aby taka indolencja służb, wręcz abdykacja państwa, nigdy już się nie powtórzyła.

Łatwo jest powiedzieć, że przyczyną jest obsadzenie Inspektoratów Ochrony Środowiska i państwowego przedsiębiorstwa Wody Polskie przez PiSowskich działaczy i ich niewydarzonych krewnych. Oczywiście jest prawdą, że tacy – i bodaj tylko tacy – ludzie pracują w strukturach i firmach obsadzanych z klucza partyjnego, ale problem jest głębszy. PiS odebrał samorządom kompetencje w zakresie ochrony środowiska i nadzoru nad wodami powierzchniowymi, centralizując je i podporządkowując formalnie rządowi, a faktycznie partyjnej centrali PiS.

Przywódcy PiS, mentalnie ukształtowani w czasach gomułkowskich i skostniali w tamtych formach myślenia, uważają tamten system za dobry; ich jedynym zastrzeżeniem jest, że to nie oni wtedy rządzili, nie zaś sama forma rządów. Przywracają więc tamten centralistyczny system, w którym czuli się dobrze, ze wszystkimi jego fatalnymi konsekwencjami. A w centralistycznym, autorytarnym systemie, w którym rządowa propaganda głosi, iż Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej, to nie informacje płyną z dołu do góry, ale polecenia z góry w dół. Informacja, że gdzieś w Oławie dzieje się coś strasznego z Odrą, mogłaby zakłócić błogie samozadowolenie władzy. Ba, opozycja mogłaby taką informację wykorzystać by pokazać, że władza PiS sobie nie radzi. Niedoczekanie!

Ustalenie sprawcy, choć z pewnością ważne, jest mniej istotne, niż zapobieganie dalszym skutkom zatrucia i wyjaśnienie przyczyn fakapu po stronie polskich służb.

Z danych, które płyną z Niemiec, wynika, że polskie służby próbowały coś zrobić: Niemcy zarejestrowali szybkie poniesienie się poziomu Odry o 30 cm. To sugeruje, że w Polsce spuszczono wodę ze zbiorników retencyjnych, aby rozcieńczyć, wypłukać truciznę. To znaczy, że po polskiej stronie, w Wodach Polskich, ktoś już coś wiedział kilka dniu temu i próbował jakoś (być może nieudolnie, ale jakoś) przeciwdziałać zagrożeniu. Ale myśmy nie usłyszeli w tej sprawie żadnego komunikatu ze strony polskiej!

Ten, kto otruł Odrę, jest przestępcą. Wyjątkowo głupim przestępcą, bo zabijając drugą co do wielkości rzekę w Polsce, szkodzi środowisku i milionom ludzi, w tym najprawdopodobniej sobie samemu i własnej rodzinie. Ale ci, którzy przez co najmniej dwa tygodnie ukrywali problem, lekceważyli go, w żywe oczy łgali, że problemu nie ma lub jest niewielki, nie próbowali nic zrobić, by mu zaradzić lub choćby zrozumieć jego chemiczną naturę, byle tylko nie przyznać się do własnej niekompetencji i własnych zaniedbań, są równie wielkimi przestępcami. A może nawet większymi.

Hej, PiS i wasi wyborcy, słyszycie? Zabiliście nam rzekę, pieprzone sukinsyny. Niech was piekło pochłonie!

1 sierpnia

Pan Zbyszek i jego zdegenerowani sługusi złożyli rewizję nadzwyczajną, aby Bąkiewicz i jego zgraja mogli traktować rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego jako „imprezę cykliczną”. Na szczęście nieskutecznie.

Robert Bąkiewicz i kolesie sądzą, że gdyby wszyscy Polacy odkryli swoją aryjską tożsamość, jak oni, to nie byłoby żadnego powstania, tylko wspólna krucjata przeciwko żydowsko-bolszewickiej Rosji. Tylko ta ciota Beck wszystko popsuł. Bąkiewicz pewnie marzy, żeby zdobyć maszynę czasu, bo wtedy mógłby być jak Léon Degrelle, a przynajmniej jak Wacław Krzeptowski.

Robertowi Bąkiewiczowi, panu Zbyszkowi, sługusom i kolesiom dedykuję wiersz znaleziony w internetach. Nie znam autora.

44 to nie 88

Gdyby tym chłopcom głowy przyrosły
Gdyby dziewczętom znów serca zabiły
To by te dzieci w ryj wam strzeliły
I brzuchy z jelit wypatroszyły
Gdyby te dzieci w Wasz tłum się wmieszały
Listopadowy rytm marszu wyczuły
To sidolówki by wam włożyły
W dupy, głęboko i tam wysadziły
Gdyby tym dzieciom ktoś szepnął po latach
Że ich postaci będą na łapach,
Gaciach, butelkach, prezerwatywach
Z grobów by wstały, by się wyrzygać

Gray Man

Gray Man, reżyseria Joe & Anthony Russo, Netflix 2022

Próbowałem, naprawdę próbowałem obejrzeć ten film. Ryan Gosling i Ana de Armas to fajni aktorzy, tworzyli świetną parę w Blade Runner 2049, lecz oglądanie ich w tym niewydarzonym obrazie było torturą. Film, który mógłby być pastiszem filmów o Jasonie Bourne’em, został, niestety, nakręcony na serio. Czytam, że w zamierzeniu miałby to być pierwszy film z całego cyklu, franczyzy, jak to się nie wiedzieć czemu teraz mówi. Boże, uchowaj!

Z całego serca odradzam.