Jaki szantaż?!

Andrzej Stankiewicz w Newsweeku pisze, że Kaczyński szantażuje Nawrockiego, by ten zawetował ustawę o SAFE. Stankiewicz sugeruje nawet, że Kaczyńskiemu wcale nie chodzi o zablokowanie SAFE, tylko o zmuszenie Nawrockiego, który nie jest do weta przekonany, do podporządkowania się woli prezesa. Przywołuje przykłady Kazimierza Marcinkiewicza, Beaty Szydło i Andrzeja Dudy, których Kaczyński złamał.

Teraz przyszła kolej na Nawrockiego,

wieszczy Stankiewicz.

To jest jakiś nonsens. Przede wszystkim Kaczyński naprawdę jest przeciwnikiem SAFE (patrz mój poprzedni wpis). Nie wątpię przy tym, że Kaczyński chciałby Nawrockiego złamać, głównie dlatego, że Jarosław nie może ścierpieć, że wyrasta mu, właściwie już wyrósł, jakiś konkurent do przywództwa na prawicy. Ale Karol Nawrocki różni się od swojego poprzednika tym, że ma cojones i charakter, których Andrzejowi Dudzie dramatycznie brakowało. Duda wyrastał w cieniu dominującej figury ojca, o czym Jan Duda sam z dumą opowiadał, więc gdy został prezydentem, symbolicznym ojcem, groźnym i umiłowanym, stał się dla niego Kaczyński. Nic takiego nie zachodzi w przypadku Nawrockiego.

A najważniejsze, Kaczyński nie może prezydenta odwołać, ale może go postraszyć brakiem wsparcia przy reelekcji. Andrzej Duda w pierwszej kadencji panicznie się tego bał, a w drugiej żałośnie żebrał o to, aby PiS wsparł go w staraniach o jakąś funkcję międzynarodową. Karol Nawrocki dopiero rozpoczyna swoją prezydenturę, minęło zaledwie pół roku od objęcia urzędu, cieszy się (niestety) dużą popularnością osobistą, może się zwrócić do Konfederacji, by stała się jego partyjnym zapleczem w miejsce PiSu, a do reelekcji stanie z własnego komitetu, tym bardziej, że już w 2025 startował jako „kandydat obywatelski”. PiS nie będzie miał wyboru i w 2030 będzie go musiał poprzeć, gdyż w przeciwnym razie jakiś alternatywny kandydat PiSu sromotnie odpadnie w pierwszej turze, a może i sam Nawrocki przegra. Kaczyński po prostu nie ma czym szantażować Nawrockiego.

Kaczyński może Nawrockiego namówić do zawetowania SAFE, może go omamić, ale zaszantażować – niemożliwe.

Are we SAFE?

PiS z całą mocą, jaka mu jeszcze została, zaangażował się w krytykowanie europejskiego mechanizmu pożyczek na uzbrojenie, SAFE. Pieniądze z tego projektu mają być wydawane przede wszystkim u europejskich producentów uzbrojenia i pokrewnych systemów. Europejskich, czyli nie amerykańskich. USA chciałyby, żeby kraje europejskie wydawały na uzbrojenie dużo, jak najwięcej, ale aby lwia część z tych wydatków przeznaczana była na zakup amerykańskiego uzbrojenia. Rozwój europejskiego przemysłu obronnego oznacza nie tylko utratę zysków przez amerykański przemysł, ale też zmniejszenie uzależnienia Europy od Stanów, które te mogłyby wykorzystać także w innych, nie-wojennych okolicznościach. Stanom Zjednoczonym się to oczywiście nie podoba.

Nic więc dziwnego, że PiS, którego jedyną polityczną kwalifikacją jest obecnie bycie eksponentem ruchu MAGA w Polsce, sprzeciwia się udziałowi Polski w programie SAFE. Można to tłumaczyć tym, że PiS tak bardzo wielbi MAGA, że ślepo i bez zastanowienia zrobi wszystko, czego MAGA od niego oczekuje. Można dodać, że PiS tak bardzo nienawidzi Unii Europejskiej i rządu Donalda Tuska, że zrobi wszystko, aby ani UE, ani Tusk nie odnieśli sukcesu na polu obronności, nawet gdyby miało się to stać kosztem bezpieczeństwa Polski. Opowieści Kaczyńskiego i jego akolitów, że udział w SAFE wpycha nas pod niemiecki but, to tylko wyraz jego głębokich fobii i uprzedzeń, więc tym akurat bym się nie przejmował. Ktoś może wreszcie dodać, że PiS celowo chce zaszkodzić Polsce, gdyż służy interesom rosyjskim – ja akurat tak nie uważam, pisałem o tym zresztą: PiS to głupki, ale ich celem nie jest służenie Rosji (co nie wyklucza, że wśród PiSu są pojedyncze osoby, które to robią).

Ale może w PiSowskiej rezerwie wobec SAFE jest jakieś malutkie, racjonalne jądro, a przynajmniej coś, co może za takowe uchodzić?

Zacznijmy od podstawowego pytania: Gdyby wybuchła wojna w Europie, a mówiąc wprost, gdyby Rosja zaatakowała europejskie kraje NATO, czy USA wystąpiłyby w ich obronie?

Sądzę, że gdyby Rosja użyła broni jądrowej, nawet taktycznej, Stany odpowiedziałyby użyciem swojej. Nie można nikomu pozwolić na bezkarne użycie broni jądrowej, bo to drastycznie naruszyłoby równowagę sił, zachęcając tego, kto użył jej raz i uszło mu to na sucho, do ponownego użycia. Zarazem nawet lokalny konflikt jądrowy miałby wielki potencjał do przerodzenia się w konflikt globalny, którego nie wygrałby nikt, można by się co najwyżej zastanawiać, kto poniesie minimalnie mniejsze straty. W Rosji to wiedzą, w Stanach to wiedzą, więc do wojny jądrowej raczej nie dojdzie, ale ostatecznie opiera się to na amerykańskim „parasolu atomowym” nad Europą.

Co innego, gdyby Rosja przypuściła atak konwencjonalny. Nie wierzę, że w takiej sytuacji Stany pod obecnym przywództwem wyślą korpus ekspedycyjny dla obrony Polski, Rumunii czy krajów bałtyckich. Stany raczej zapewniłyby pomoc wywiadowczą i logistyczną, w tym dostawy broni i amunicji, za co musielibyśmy płacić, ale łaskawie dano by nam odroczony termin płatności, lecz bezpośredniego udziału w walce unikałyby jak ognia.

Jest jeden przypadek, w którym Stany bezpośrednio zaangażowałyby się w walkę: Gdyby w toku działań wojennych Rosja czy to celowo, czy nawet przypadkowo zaatakowała stacjonujących tutaj amerykańskich żołnierzy, co w przypadku agresji byłoby bardzo prawdopodobne. Wówczas Amerykanie odpowiedzieliby na atak, a zapewne przysłali również posiłki do obrony swoich. W ten sposób siły zbrojne Stanów Zjednoczonych zostałyby wciągnięte do konwencjonalnej wojny z Rosją.

Dlatego właśnie uważa się, że fizyczna obecność wojsk amerykańskich w Polsce czy w potencjalnie innych zagrożonych krajach jest tak ważna.

PiS i ludzie z kancelarii Nawrockiego utrzymują, że Polska jest dla Ameryki tak ważnym sojusznikiem (to nieprawda), a Nawrocki i jego ludzie mają tak dobre kontakty z Trumpem i jego administracją (co może być prawdą), iż Donald Trump, choć rozważa(ł) wycofanie amerykańskich wojsk z Europy, obiecał Nawrockiemu, że z Polski ich nie wycofa. Tego się trzymajmy, publicznie mówi PiS, jesteśmy bezpieczni!

Ale nawet w PiSie rozumieją, że Trump nie słynie ze stałości poglądów, może w każdej chwili zmienić zdanie i wojska amerykańskie z Polski wycofać. O tym, że nie jest to zagrożenie czysto hipotetyczne, świadczy wpis ambasadora Toma Rose’a, który po awanturze wywołanej odmową Czarzastego wsparcia starań Trumpa o Pokojową Nagrodę Nobla napisał, że USA mogą wycofać z Polski ludzi i sprzęt. Nie wiem, czy ambasadorowi Rose niechcący się to wypsnęło, czy też świadomie nas tym postraszył, ale powiedział wyraźnie, że jeśli Trump się na Polskę obrazi, to może amerykańskie wojsko z Polski wycofać, a wtedy bezpieczeństwo Polski drastycznie osłabnie.

A zagrożenie dla interesów amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego wraz z jednoczesną próbą zmniejszenia uzależnienia Europy od Stanów Trump mógłby uznać za zniewagę.

Za wszelką cenę nie można do tego dopuścić! Dlatego właśnie PiS sprzeciwia się udziałowi Polski w mechanizmie SAFE. To byłoby wspomniane hipotetyczne racjonalne jądro.

To przerażające, że stosunki ze wciąż najpotężniejszym krajem świata zależą od tego, czy jego przywódca obrazi się, czy też się nie obrazi, jak rozkapryszony nastolatek, ale nawet w PiS rozumieją, że taka jest rzeczywistość.

Nawiasem mówiąc, choć reżim ajatollahów jest obrzydliwy i wyjątkowo groźny tak dla Iranu, jak i dla świata, nie wydaje mi się, aby bombardowanie Iranu znacznie wspomogło Trumpa w jego zabiegach o Nagrodę Nobla.

Tajemnica siedmiu zegarów

Siedem zegarów Agathy Christie, miniserial Netflix, 2026

Zawodowi recenzenci bardzo ten serial chwalili, więc, zachęcony, obejrzałem. Jestem umiarkowanie rozczarowany.

Zubożała arystokratka wynajmuje swoją rezydencję nowobogackiemu przedsiębiorcy, by ten mógł urządzić w niej przyjęcie aby pokazać się w towarzystwie, a przy okazji omówić tajne interesy z ministerstwem. Pewien practical joke nie wychodzi, ktoś umiera i zaczyna się intryga kryminalna.

W serialu mamy galerię postaci dość typowych dla Agathy Christie: młodą kobietę o śmiesznym przezwisku, ambitnych młodzieńców, członków „towarzystwa”, służących, aroganckiego przedsiębiorcę i jego równie arogancką żonę, genialnego wynalazcę, nudnych urzędników z ministerstwa i nadinspektora policji w sfatygowanym kapeluszu. Wszyscy w wyśmienitych kostiumach i charakteryzacji, dobrze sfilmowani w znakomitej scenografii, dobrze zagrani – polecam zwłaszcza Helenę Bonham Carter jako arystokratkę i Guya Sinnera (Porucznik Gruber z Allo! Allo!) jako starego kamerdynera – a nad wszystkim wisi traumatyczne wspomnienie Wielkiej Wojny (akcja toczy się w roku 1925). Brakuje tylko jednego: jakiegokolwiek napięcia związanego z zagadką kryminalną.

Bo choć są trupy i jest śledztwo, które, wobec niekompetencji koronera i policji, prowadzi młoda kobieta o śmiesznym przezwisku, napięcia nie ma żadnego. Nie ma suspensu, niepewności, poczucia istotności samej zagadki. Owszem, ktoś coś knuje, podrzuca fałszywe tropy, postaci ukrywają swoje prawdziwe motywacje, ale to wszystko jest jakieś takie miałkie, nieciekawe, pełne dłużyzn. Finałowe zwroty akcji są łatwe do przewidzenia i niczym nie zaskakują. Do tego jest kilka niekonsekwencji w scenariuszu. Nuda.

Jeśli ktoś chce zobaczyć piękne wnętrza, kostiumy, dobre zdjęcia i świetnych aktorów i w sumie dość miło spędzić te trzy godziny, to proszę bardzo. Ale jeśli ktoś szuka wciągającej zagadki kryminalnej, napięcia czy atmosfery tajemnicy, to może sobie ten serial darować.

Fideofizyka

Disclaimer: Ten post ma charakter żartobliwy

Zawsze drażniło mnie używanie języka fizyki do „wyjaśniania” zjawisk i pojęć, które nie podlegają opisowi w języku fizyki. Ludzie, czy to aby cynicznie wywrzeć wrażenie na osobach podziwiających nauki ścisłe, czy to w radosnym zapale laików, niekiedy nawet w dobrej wierze, biorą pewne pojęcia z fizyki teoretycznej, które rozumieją co najwyżej powierzchownie, arbitralnie przydają im jakieś dodatkowe znaczenia i łączą je z równie pobieżnie znanymi sobie pojęciami z psychologii i biologii. Stąd biorą się potworki w rodzaju „psychologii kwantowej” i „ezofizyki” (z tym ostatnim terminem dopiero niedawno się zetknąłem) i inne podobne patchworkowe nonsensy. Zgroza.

Wtem! pomyślałem, a czy ja jestem gorszy? Też mógłbym coś takiego zmajstrować. I wymyśliłem, że Bóg jest osobliwością.

Chrześcijański Bóg jest pełen sprzeczności. Nie wiążą go prawa fizyki, czas, klasyczna przyczynowość, nawet zasady logiki, co zresztą jest głównym zarzutem racjonalnych ateistów przeciwko chrześcijańskiej koncepcji Boga. Z drugiej strony fizyka może nie tyle zna, ile umie nazwać stany, w których prawa fizyki załamują się: są to osobliwości. Jest kilka rodzajów osobliwości, ale tutaj interesuje mnie osobliwość początkowa, która zapoczątkowała Wielki Wybuch. (Słowo „zapoczątkowała” też należałoby ująć w cudzysłów.) Linie świata wszystkich cząstek we Wszechświecie rozpoczynają się w tej osobliwości, w której nie było ani czasu, ani przestrzeni, znane prawa fizyki, zależne przecież od czasu i przestrzeni, w niej nie obowiązywały, ale jej własności determinują wszystkie własności Wszechświata. Nie umiemy tej osobliwości opisać, jest to stan matematyczny, który osiągnęlibyśmy cofając się w stronę Wielkiego Wybuchu tak daleko, jak to tylko możliwe, gdybyśmy tylko taką redukcję przeprowadzić umieli (nie umiemy, ale nie ma – chyba? – fundamentalnych powodów, dla których kiedyś nie moglibyśmy tego zrobić).

W tym więc sensie Bóg i osobliwość początkowa są podobni: nie podlegają prawom fizyki, ale determinują wszystko, co się w fizycznym Wszechświecie dzieje. Można więc te obiekty utożsamić: Bóg jest osobliwością początkową Wielkiego Wybuchu.

To jest koncepcja deistyczna, zupełnie taka sama, jak koncepcja Boga-Wielkiego Zegarmistrza z XVIII wieku. Jedyna różnica polega na tym, że zamiast w języku mechaniki precyzyjnej, wyrażamy ją w języku teorii pola.

Jednak Bóg chrześcijański może aktywnie wpływać na bieżące funkcjonowanie Wszechświata, dokonywać w nim zmian, które nazywamy cudami. Czy można to pogodzić z koncepcją Boga-osobliwości? Myślę, że tak. Jacyś zdolni fizycy, w ramach którejś (jeszcze nieistniejącej) kwantowej teorii grawitacji, zapewne sformułują model, w którym stan Wszechświata po Wielkim Wybuchu jest kwantowo splątany z osobliwością początkową; to dałoby się zrobić – jeśli by się dało – zupełnie bez związku z koncepcją Boga-osobliwości. Zmiana stanu osobliwości początkowej natychmiast, momentalnie wpływałaby na stan fragmentu Wszechświata w pewnym elemencie czasoprzestrzeni; byłby to cud kwantowo-grawitacyjny 😉 Tu zapewne można by było podnieść obiekcje wyrażone przez Einsteina, Podolsky’ego i Rosena w słynnym artykule z 1935, że momentalny przekaz informacji kwantowej oznaczałby naruszenie zasady przyczynowości, a więc byłby niezgodny z Teorią Względności. Wykazano, że „normalne” korelacje kwantowe zasady przyczynowości nie naruszają, bo nie da się za ich pomocą przesłać informacji klasycznej. Korelacje kwantowe ze stanem osobliwości początkowej nie naruszałyby przyczynowości albo dlatego, że osobliwość początkowa istnieje poza czasem, albo dlatego, że można byłoby zmienić cały łańcuch przyczynowo-skutkowy stanów prowadzących do tego, który ostatecznie chcemy zmienić.

Ha, no to pójdźmy dalej! Jeśli – jak to przez stulecia robiono – potraktować Biblię jako źródło wiedzy przyrodniczej, natrafimy na zdanie

Jam jest alfa i omega, początek i koniec, mówi Pan, który był, który jest i który przychodzi (Rev 1:8).

Bóg jest zatem nie tylko osobliwością początkową, z której wypływają wszystkie linie świata, ale też osobliwością końcową, do której wszystkie linie świata się zbiegają. Oznacza to, że według Biblii ewolucja Wszechświata zakończy się odwrotnością Wielkiego Wybuchu, czyli Wielkim Zgnieceniem, Big Crunch. Nie będzie żadnej przyspieszającej ekspansji, a więc ani Wielkiego Rozdarcia, Big Rip, ani rozcieńczenia w nieskończonej objętości, co mi odpowiada, bo mnie koncepcja ciemnej energii rozpychającej Wszechświat nie podoba się ze względów estetycznych.

Fraza „który jest” w tym języku oczywiście odnosi się do tego, że Bóg-osobliwość może wpływać na aktualny stan Wszechświata poprzez splątanie kwantowe z osobliwością.

Tak oto mogłaby powstać fideofizyka, fizyka obiektów będących przedmiotem wiary.

No i co? Może by tak opublikować tę koncepcję w Pedagogice Katolickiej lub innym, równie szacownym periodyku naukowym? Ach, jaka szkoda, że nie mam ani na tyle zacięcia filozoficznego, by potraktować to serio, ani tak wielkich cojones, by opublikować to dla żartu, ale z kamienną twarzą. Gdyby ktoś się czepiał, mógłbym, jak prof. Konrad Szaciłowski, którego spotkałem osobiście tylko raz, ale z którym mam wspólnych znajomych, twierdzić, że zrobiłem to, by obnażyć słabości systemu. Jednak nawet jeśli przyjąć wyjaśnienia Szaciłowskiego za dobrą monetę, byłoby to wstydliwie wtórne. Więc chyba jednak nie 😦

Copyright ©2025, P.F.Góra

Migiem do…?

Pamiętacie aferę z rosyjską rakietą, która spadła pod Bydgoszczą? 16 grudnia 2022 Polska otrzymała ostrzeżenie od Ukrainy, że w naszą przestrzeń powietrzną zapewne wleci ruska rakieta typu, który potencjalnie może przenosić głowice jądrowe. Wleciała. Wojsko Polskie ją śledziło, ale zgubiło, gdy zeszła zbyt nisko. Ówczesny Dowódca Operacyjny, gen. Tomasz Piotrowski, poinformował o zdarzeniu Sztab Generalny oraz MON. Choć wojsko zalecało usilne poszukiwania rakiety, minister Błaszczak zarządził poszukiwania w ograniczonym zakresie, żeby nie denerwować lokalnej ludności, a potem w ogóle kazał je przerwać. I tak rakieta przeleżała w lesie do wiosny 2023, gdy przypadkiem natknęła się na nią randomowa turystka.

Wybuchł skandal. Domagano się wyjaśnień, dlaczego wojsko nie szukało rakiety i dlaczego opinia publiczna nie została poinformowana o tym zdarzeniu. Błaszczak kręcił i próbował zwalić winę na gen. Piotrowskiego.

Dowódca Operacyjny zaniechał swoich instrukcyjnych obowiązków, nie informując mnie o obiekcie, który pojawił się w polskiej przestrzeni powietrznej,

powiedział Błaszczak. Nie jest jasne, o co mu chodziło, być może głównie o to, że on uprzednio chwalił się, iż pod rządami PiS zbudowano superszczelny system obrony powietrznej kraju, a tu okazało się, że to nieprawda i Błaszczakowi zrobiło się głupio. Oświadczenie Błaszczaka zabrzmiało jednak tak, jakby oczekiwał, iż generał powinien przyjść do niego i osobiście poinformować go o incydencie, nie zaś po prostu przekazać pilny meldunek do MON.

Otóż całkiem podobnie dzieje się obecnie w sprawie przekazania Ukrainie samolotów MiG-29, tyle że w roli Błaszczaka występuje prezydent Karol Nawrocki.

Prasa podała, że Polska chce przekazać Ukrainie kilka samolotów MiG-29, którym pod koniec grudnia kończy się tzw. resurs, więc zgodnie z prawem Wojsko Polskie i tak nie mogłoby ich używać – należało by je przekazać do muzeum lub na żyletki. A w Ukrainie wciąż mogą się przydać.

Oburzony Nawrocki oświadczył, że on sam dowiedział się o tym z mediów i że to jest skandal.

Tymczasem sprawa była dwukrotnie omawiana na posiedzeniach Komitetu Bezpieczeństwa z udziałem generała z prezydenckiego BBN. Zatem Kancelaria Prezydenta, prezydent jako urząd państwowy, była poinformowana (prezydent zresztą nie podejmuje tu żadnych decyzji, ale oczywiście powinien o sprawie wiedzieć), ale do samego Karola Nawrockiego informacja nie dotarła. Prezydent najwyraźniej ma pretensje o to, że minister Kosiniak-Kamysz nie udał się do niego w tej sprawie osobiście.

Można by na to machnąć ręką, że w Kancelarii Nawrockiego panuje taki sam bałagan komunikacyjny, jak w MON Błaszczaka. (Podobno było tak, że ten generał z BBN nie przekazał informacji Cenckiewiczowi, bo ten nie ma dopuszczenia do tajemnic państwowych, a Nawrocki z całego BBNu rozmawia wyłącznie z Cenckiewiczem.) Jednak, jak sądzę, sprawa przekazania MiG-ów Ukrainie i to, w jaki sposób prezydent powinien być o niej poinformowany, wpisuje się w szersze zagadnienie: Karol Nawrocki, uzurpując sobie prawa, których formalnie nie ma, chce, metodą faktów dokonanych, przechylić ustrój kraju w stronę ustroju prezydenckiego.

Dlatego domaga się, aby minister osobiście informował go MiG-ach. Dlatego oczekuje, że rząd będzie z nim konsultował projekty ustaw zanim skieruje je do Sejmu. Dlatego chce, aby konsultowano z nim kandydatów na ambasadorów zanim MSZ podejmie jakiekolwiek dalsze kroki w tej sprawie. Dlatego wetuje kolejne ustawy przyjęte przez parlament, choć właściwie nie wiadomo, jakie są konkretne powody kolejnych wet. Dlatego wreszcie wzywa szefów służb specjalnych na odprawę, chociaż nie jest ich przełożonym (służby specjalne podlegają premierowi, więc prezydent mógłby co najwyżej poprosić premiera, aby ten szefów służb do niego wysłał), a gdy oni nie przychodzą, w odwecie odmawia powołania na pierwszy stopień oficerski kandydatów na funkcjonariuszy ABW i SKW; to ostatnie było szczególnie szkodliwe, głupie i małostkowe.

Nie można na to pozwolić i to dla zasady, z szacunku dla obowiązującego w Polsce prawa, a nie jedynie dlatego, że Karol Nawrocki na prowadzeniu spraw państwa się zupełnie nie zna. Ustrojowa pozycja prezydenta, z silnym mandatem pochodzącym z powszechnych wyborów, ale ze słabymi kompetencjami pozytywnymi, za to z silnymi kompetencjami negatywnymi (destrukcyjnymi, hamującymi), jest dziwaczna, wręcz aberracyjna. Przynosi o wiele więcej szkód, niż pożytku. Nawet w czasie rządów wywodzących się z tej samej formacji Millera i Kwaśniewskiego mówiło się o panującej pomiędzy nimi „szorstkiej przyjaźni”, a co dopiero teraz, w czasie otwarcie wrogiej kohabitacji. Zapewne warto by to zmienić, w jedną albo w drugą stronę, ale po dogłębnej analizie i dyskusji, w dodatku pod warunkiem, że wszystkie zaangażowane strony kierować się będą dobrem państwa, a nie swoim wybujałym ego, swoimi fobiami i swoimi doraźnymi – bardzo doraźnymi – interesami, jak robi to Karol Nawrocki, a zwłaszcza ministrowie w jego Kancelarii i tylko dlatego, że Nawrocki tak chce. Tak być nie może.

MiG-29

I kto tu rządzi?

Wielu komentatorów zastanawia się, kto dzisiaj rządzi na prawicy, Jarosław Kaczyński czy Karol Nawrocki. Początkowo „wszyscy” uważali, że Nawrocki realizuje agendę, wręcz polecenia PiSu. Szybko jednak zauważono, że Nawrocki wybija się na niepodległość od Kaczyńskiego. Dzisiaj maski opadły: Na prawicy rządzi Nawrocki, a Kaczyński jest mu całkowicie podporządkowany.

Chodzi mi o głosowanie nad odrzuceniem weta Nawrockiego w sprawie kryptowalut. Krypto z jednej strony stały się instrumentem spekulacyjnym, jak cebulki tulipanów w XVII wiecznej Holandii i tyle innych walorów później, co naraża nieświadomych, ale skuszonych łatwym zyskiem „inwestorów” na kolosalne straty. Do tego sama natura krypto bardzo ułatwia oszustwa. Ale po drugie, krypto, dzięki swojej wysokiej wartości (wywindowanej spekulacją?) i niezwykłej łatwości ukrywania tożsamości uczestników transakcji, wręcz zachęca do używania ich jako środka płatności w transakcjach nielegalnych: narkotyki, handel ludźmi, handel bronią, pranie pieniędzy, wymuszenia.

W naszym wypadku obawy budzi przede wszystkim to, że wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi Rosja używa krypto do finansowania działalności dywersyjnej. Byliby głupi, gdyby tego nie robili.

I oto Karol Nawrocki zawetował ustawę nakładającą kontrolę na rynek kryptowalut w Polsce. Donald Tusk wezwał do odrzucenia weta, wskazując przede wszystkim na zagrożenia rosyjskie, a także na inne zagrożenia kryminalne. Jarosław Kaczyński powiedział, że jego zdaniem kryptowaluty powinny być zakazane. A PiS ostatecznie zagłosował za podtrzymaniem weta.

PiS, żeby zrobić na złość Tuskowi, opowiedział się za ułatwieniem Rosji finansowania działań dywersyjnych i za ułatwieniem gangsterom przeprowadzania operacji finansowych na dużą skalę. A przy okazji widać, że stanowisko Nawrockiego bierze prymat nad poglądami Kaczyńskiego.

To Karol Nawrocki ma dziś rząd dusz na polskiej prawicy. Jarosław Kaczyński już się nie liczy.

***

Czemu Karol Nawrocki zawetował ustawę o kontroli krypto to inna historia. Nawrocki na krypto się nie zna – on się w ogóle na niczym nie zna, a na krypto w szczególności – a Konfa pewnie go przekonała, że krypto oznacza wolność (żeby było śmiesznie, w oryginalnych założeniach tak było). Krypto pół-legalnie sfinansowało mu część kampanii wyborczej i finansuje prawicowe media. Do tego w swoim otoczeniu zapewne ma lobbystów zabiegających o brak ograniczeń dla krypto dlatego, że Rosja używa krypto do działań przeciwko Polsce i całemu Zachodowi. A w dodatku wszystko wskazuje na to, że pomorscy gangsterzy – środowisko, które Nawrockiemu imponowało i które miało i zapewne nadal ma na niego duży wpływ – masywnie inwestują w krypto, czy to żeby oszukiwać naiwnych, czy też aby wyprać pieniądze, nieważne. Zapewne jedno i drugie.

Jakie by jednak nie były motywacje Nawrockiego, ja dzisiaj podkreślam, że na prawicy to jego zdanie się liczy. Opinia Kaczyńskiego nie ma już żadnego znaczenia.

Łaskawcy

Stany Zjednoczone wraz z Rosją zaproponowały Ukrainie „plan pokojowy”, oznaczający de facto kapitulację Ukrainy. Jest on dla Ukrainy nie do przyjęcia.

Nie wiedzieć czemu ten plan dla Ukrainy, poza różnymi obraźliwymi i z nikim nie uzgadnianymi punktami dotyczącymi „Europy”, zawiera punkt odnoszący się nie do Ukrainy, ale do Polski. Mianowicie, Rosja i Stany Zjednoczone zgadzają się, że w Polsce mogą stacjonować europejskie myśliwce.

Dobrze się nad tym zastanówmy: To nie Polska samodzielnie decyduje, jakie samoloty chce u siebie mieć. To Stany Zjednoczone i Rosja muszą łaskawie wyrazić na to zgodę.

Przecież to oznacza utratę suwerenności, ważnej części suwerenności. Pisałem niedawno, że Rosja chciałaby Polskę „sfinlandyzować”, no i proszę…

Ale kto nam to chce narzucić? Czyżby, jak twierdzą Kaczyński, Karol Nawrocki i ich żałośni zwolennicy, Niemcy i Unia Europejska, dybiące na naszą suwerenność? Nie! Oto kawałek suwerenności odbiera Polsce prezydent Donald Trump, według PiS jedyny i niewzruszony gwarant naszej wolności.

Nie, bo nie

Karol Nawrocki odmówił powołania na pierwszy stopień oficerski 136 funkcjonariuszy służb specjalnych oraz awansowania 46 sędziów. To pierwsze Nawrocki uzasadniał tym, że szefowie służb nie przyszli do niego na wezwanie, a w drugim wypadku odmówił awansu sędziom słuchającym złych podszeptów ministra Żurka i przez to kwestionującym status neosędziów, zgodnie z wyrokami europejskich Trybunałów. Jedna i druga odmowa jest czystym szkodnictwem, a odmowa powołania na pierwszy stopień oficerski młodych funkcjonariuszy na dodatek parszywym draństwem: Bogu ducha winni ludzie, chcący pracować w służbach specjalnych, mają zablokowane kariery, bo Nawrocki chce się zemścić na ich szefach powołanych przez Tuska.

Tymczasem to sprawa sędziów bardziej poruszyła opinię po naszej stronie. Różni ludzie, w tym nawet minister Żurek czy prof. Marcin Matczak, mówią, że Karol Nawrocki łamie w ten sposób konstytucję. Obawiam się, że to jest bardziej skomplikowane.

Formalnie, na gruncie konstytucji, prezydent nie jest związany wnioskiem KRS i może odmówić nominowania (niektórych) wskazanych kandydatów. Oczywiście powinien przy tym pamiętać o obowiązku współdziałania władz i wspieraniu ogółu wartości konstytucyjnych, ale to są wymogi „miękkie”, z których trudno wyprowadzić wskazówki do konkretnych działań. Jeden rabin powie tak, drugi inaczej, jeden sąd orzeknie tak, inny inaczej. Twardy przepis jest tylko taki, że prezydent może odmówić, a zgodnie z wyrokiem NSA wydanym po tym, gdy Lech Kaczyński jako pierwszy odmówił podpisania niektórych nominacji sędziowskich, prezydent nie musi nawet swoich odmów uzasadniać, bo realizując swoją „osobistą prerogatywę”, nie działa jako organ administracji.

Pisałem już o tym dawno temu, gdy Andrzej Duda odmówił awansowania niektórych sędziów wskazanych przez starą KRS, gdyż wcześniej wydawali wyroki, które PiS krytykował. Zacytuję samego siebie:

Decyzję prezydenta można – i, moim zdaniem, wręcz należy – krytykować jako partyjniacki i pełen hipokryzji atak władzy wykonawczej na władzę sądowniczą. Ale prezydent miał formalną możliwość tak postąpić, co jest przyczynkiem do obserwacji, że konstytucja pisana była z myślą o ludziach stosujących ją w dobrej wierze. Wypowiedź [ówczesnego] prezydenckiego rzecznika, że prezydent „może, ale nie musi” powoływać sędziów, jest arogancka, ale zgodna z prawdą.

Zasadnicze pytanie jednak brzmi, po co Nawrocki to robi? Żeby uprzykrzyć życie Tuskowi? Zapewne. Żeby pozbawiając rząd Tuska sprawczości, utrudnić, uniemożliwić Koalicji Obywatelskiej wygranie wyborów w 2027? To też. Ale przede wszystkim po to, aby metodą faktów dokonanych zwiększyć swoją osobistą władzę, nagiąć ustrój państwa w stronę ustroju prezydenckiego. Dlatego żąda, aby przedstawiać mu kandydatów na ambasadorów zanim zostaną oficjalnie zgłoszeni, konsultować z nim projekty ustaw zanim wpłyną do Sejmu, aby szefowie służb specjalnych, którzy mu nie podlegają (!), mieli obowiązek osobistego raportowania prezydentowi. A w kwestii sędziów podtrzymuje niekonstytucyjne, bezprawne urojenie Dudy, że prezydencka nominacja ma moc uzdrawiającą: jeśli prezydent mianuje sędziego, to ten ktoś jest sędzią, nawet jeśli wniosek o ich powołanie był wadliwy.

Niedoczekanie! Tym uzurpacjom Nawrockiego należy się przeciwstawiać z całą mocą. On straszy, że jeśli rząd nie ulegnie jego żądaniom, to on nie mianuje, nie podpisze, zawetuje. No to niech to robi, bury miś jeden. Zaszkodzi w ten sposób Polsce, ale pójdzie to na jego konto. Niech Polska cierpi, byle jego było na wierzchu. Jak już pisałem, po tamtej stronie sceny politycznej nie ma patriotów. Dotyczy to także Karola Nawrockiego.

Gdyby rząd się, w trosce o Polskę, ugiął, Nawrocki i reszta towarzystwa uznaliby to jedynie za objaw słabości i tylko zwiększyli swoje żądania. Niedoczekanie!

13 listopada, p.s. Sytuacja z tymi sędziami jest o tyle paranoiczna, że Nawrocki zablokował ich, bo protestowali przeciwko neosędziom, a teraz sami chcieli zostać neosędziami, biorąc nominacje od neo-KRS. Hę? Ach, bo oni chcieli być tymi dobrymi! Z drugiej strony skoro neo-KRS ich zaakceptowała, to ich protesty nie mogły być dla dotychczasowych neosędziów szczególnie dotkliwe.

Heweliusz

Heweliusz, serial Netflix, 2025, reż. Jan Holoubek

To nie jest serial paradokumentalny, opowiadający historię katastrofy promu Jan Heweliusz z 14 stycznia 1993. To jest serial fabularny, osnuty wokół faktycznej katastrofy.

Wszyscy bardzo ten serial chwalą. Przyznaję, że pod względem technicznym jest on zrobiony (prawie) bez zarzutu: dobra reżyseria, dobre tempo, dobra gra aktorska, dobre zdjęcia, dobra scenografia. Bardzo dobry pomysł, aby historię opowiadać dwutorowo: po kolei od katastrofy w świecie rzeczywistym i od momentu katastrofy wstecz na Heweliuszu. A gdy już w świecie rzeczywistym zgromadziliśmy dostatecznie dużo informacji, historia katastrofy zostaje opowiedziana „do przodu”, od poranka tego dnia aż do wysłania sygnału Mayday. Nieuchronne fatum ciążące nad załogą i pasażerami robi upiorne wrażenie.

Jedyne zastrzeżenie techniczne mam do dialogów. Lepiej jest włączyć napisy, by wszystko zrozumieć. To jest jakaś klątwa ciążąca nad polskimi serialami.

Wszyscy więc chwalą, a ja nie jestem w pełni zadowolony. Drażni mnie wątek spiskowy: tajny ładunek wojskowy, zaangażowanie służb specjalnych w śledztwo, zamach na kapitana Bintera. Do tego niemiecki statek-widmo, o którym nikt nic nie wie (podobno naprawdę taki statek tam był). Twórcy zapewne inspirowali się katastrofą promu Estonia półtora roku później, gdzie było o wiele więcej ofiar, niż na Janie Heweliuszu, i gdzie są bardzo mocne podejrzenia, że prom przewoził do Szwecji tajny ładunek wojskowy, co podobno miało doprowadzić do katastrofy i podobno spowodowało utrudnianie późniejszego śledztwa. W polskim serialu wątek spiskowy wprowadzono by uatrakcyjnić opowieść, ale moim zdaniem rodzi on tylko niepotrzebne komplikacje.

A może nawet gorzej: Wątek spiskowy w ogóle może usprawiedliwiać katastrofę i późniejsze tuszowanie jej przyczyn: Ha, państwo miało jakieś swoje tajne interesy, no cóż, zdarzyło się nieszczęście, ale lepiej o tym nie mówić dla dobra państwa, dla dobra nas wszystkich. Tymczasem nic podobnego. Do katastrofy doprowadził niezwykle silny sztorm, a do tego dezynwoltura, nieprzestrzeganie procedur, nieznajomość języka obcego (w tym wypadku niemieckiego), nasza narodowa zasada jakoś to będzie, pewne błędy załogi, a wszystko to w połączeniu ze złym stanem technicznym statku, cierpiącego na wady konstrukcyjne.

Uderza mnie przy tym, jak bardzo Jan Holoubek fascynuje się latami ’90 (i katastrofami spowodowanymi przez wodę 🙂 ). Mentalnością czasów przełomu, bo o tym była też Wielka woda. Niby już jest jakiś kapitalizm, liczą się kontrakty i zamówienia, nie odgórny plan, nie potrzeba ani wizy, ani zgody Milicji Obywatelskiej, by pojechać do Niemiec, z drugiej strony jest wysokie bezrobocie, więc prawa pracowników się nie liczą, a mentalność wszystkich jest taka, jak dawniej. Miejskie krajobrazy też. Brak procedur, które dziś uważalibyśmy za oczywiste, a jeśli nawet formalnie jakieś są, to nikt ich nie przestrzega. Władze za wszelką cenę chcą zwalić winę na kapitana, żeby chronić swoje interesy: postkomunistycznego wiceministra, który bez cienia zażenowania wpływa na przebieg postępowania przez Izbą Morską, armatora, który gdyby miał ponieść odpowiedzialność, to byłby upadł i kilka tysięcy osób straciłoby pracę, zblatowanego z władzą profesora przewodniczącego składowi Izby, niekompetentnych służb ratunkowych polskich i niemieckich, funkcjonariuszy portowych, innych kapitanów, którzy wszyscy mają coś tam za uszami, a wiceminister ma na nich szafę pełną haków. A na koniec rodziny osób, które zginęły w katastrofie, załogi i pasażerów, są zostawione same sobie, bez odszkodowań, bez wsparcia instytucjonalnego i psychologicznego. Wolałbym, żeby o tym był ten serial.

Ale jako że serial jest naprawdę świetnie zrobiony pod względem techniczno-filmowym, mogę go z umiarkowanym entuzjazmem polecić.

P.s. O rzeczywistym przebiegu katastrofy promu Jan Heweliusz i dochodzeniu przez Izbą Morską opowiada ten podcast. Jeszcze nie słuchałem, ale znajomi polecają.

Konrad Eleryk jako Witold Skirmuntt, III oficer Heweliusza – bardzo dobrze zagrana postać

Pomost

Pomost (The Jetty), serial BBC, 2024, twórczyni Cat Jones

Serial mocno chwalony, zbierający pochlebne recenzje, pomyślałem więc cóż szkodzi to zobaczyć, tym bardziej, że to tylko cztery odcinki. Okazało się to denerwującą stratą czasu.

Zaczyna się dość standardowo: Prowincjonalne miasteczko, ktoś podpala starą przystań, niepokorna policjantka przydzielona do sprawy orientuje się, że w miasteczku dochodzi do częstych aktów wykorzystywania seksualnego młodych dziewcząt i że dziwnie łączy się to z badanym przez nią przestępstwem. Ba, jeszcze dziwniej łączy się to ze sprawą zaginięcia pewnej dziewczyny kilkanaście lat temu, a także z życiem osobistym policjantki. Nic specjalnego. Niestety, rozwiązanie zagadki jest tak absurdalne i niewiarygodne, że gorsze było chyba tylko zakończenie Mare of Easttown, serialu, który byłby znakomity, gdyby nie ostatni odcinek.

Absurdów scenariuszowych jest zresztą więcej, ale tym razem nawet nie tyle nie chcę spojlerować, ile poświęcać się drobiazgom, bo za dużo ich było.

Do tego, ponieważ serial był wyświetlany przez grzeczne BBC, niedopuszczalna jest wszelka nagość. Dowiadujemy się, że dziewczyny wysyłają chłopakom swoje nagie zdjęcia, jak w Dojrzewaniu, a ci oczywiście pokazują je swoim kolegom, ale widzom pokazuje się zdjęcia dziewczyn w bieliźnie. A scena seksu jest sfilmowana w sposób wręcz groteskowy.

Dla mnie jednak najbardziej denerwujący jest mizoandryczny feminizm, wciskany z subtelnością tasaka. Nie ma ani jednego pozytywnego, a choćby neutralnego męskiego bohatera. Wszyscy mężczyźni, łącznie z młodym policjantem, z pewnością marzą o molestowaniu nieletnich dziewcząt i nie zawahaliby się tego zrobić, gdyby tylko mieli okazję. A jeśli akurat nikogo nie molestują, to bezczynnie przesiadują w pubie. Chłopaki pokazujący kolegom nagie zdjęcia swoich dziewczyn to, wiadomo, chuje – nikt przy tym ani tu, ani w Dojrzewaniu, nie zastanawia się, dlaczego właściwie dziewczyny te zdjęcia wysyłają. Główny organizator procederu wykorzystywania seksualnego zostaje nie tylko zdemaskowany i ukarany, ale do tego upokorzony. Świadek przesłuchiwany przez policjantkę siedzi w więzieniu nie za kradzież, pobicie czy narkotyki, lecz za liczne gwałty. Jeden facio systematycznie podtruwa swoją żonę, a inny cynicznie odbudował swój upadający biznes dzięki ubezpieczeniu, jakie otrzymał po zaginięciu córki. Prawdziwe uczucie może zdarzyć się tylko w związku lesbijskim.

Toporna mizoandria to główne przesłanie tego serialu, a twórczynie są przy tym z siebie niesłychanie zadowolone. Tylko pomyślcie: gdyby zabójca młodej dziewczyny, mężczyzna, uniknął kary wyłącznie dlatego, że udało mu się zrzucić winę na nieszczęśnika, który z wielkiej przyjaźni do sprawcy jedynie pomagał zacierać ślady, żył z tą tajemnicą kilkanaście lat i to go w końcu zniszczyło, wszyscy byliby oburzeni, że przestępstwo uszło zabójcy na sucho. Ponieważ jednak zabójczynią jest kobieta, a poza tym wszystko tak samo, mamy być zadowoleni, bo kobieca solidarność ogólna, a zwłaszcza międzypokoleniowa, może rozkwitać. Dla mnie to właśnie jest oburzające.

Nie polecam. Wręcz serdecznie odradzam.