Odebrał

Prezydent Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego prezydentowi Ukrainy, Wołodymyrowi Zełenskiemu.

W odpowiedzi polskie odznaczenia zwróciło kilka znaczących osób z Ukrainy, w tym ukraiński minister spraw zagranicznych i obecny ambasador Ukrainy w Polsce, a trzej byli prezydenci, Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko, zrzekli się przyznanych im Orderów Orła Białego.

To znak, że Ukraińcy odebranie Orderu Zełenskiemu potraktowali jak gest nieprzyjazny. Skoro Polska odbiera Order naszemu walecznemu prezydentowi, ba, Order, który był traktowany jako odznaczenie dla całego narodu ukraińskiego, my nie chcemy nosić polskich odznaczeń, nawet jeśli mamy do obecnego prezydenta różne zastrzeżenia.

Nawrocki jako prezes IPN kilka lat temu mówił, że Ukraińcy sami mogą wybierać swoich bohaterów, ale teraz odebrał Zełenskiemu Order, żeby zapunktować w swoim kibolsko-nacjonalistycznym elektoracie. O to mu przecież głównie chodziło. Małostkowość, mściwość, działanie wet za wet to cecha osób niepewnych swego znaczenia. Bo jeśli odpuścisz, okażesz wielkoduszność, nie oddasz, gdy cię uderzą, inni uznają, żeś słaby! Taką Polskę Nawrocki pokazuje światu. Taką gębę nam przyprawia.

A czy Nawrocki realnie coś zyskał dla Polski? Otóż nie.

Teraz Zełenski na pewno nie cofnie decyzji o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA” – przeciwnie, można się spodziewać więcej zdarzeń tego typu. Możemy też zapomnieć o rozmowach na temat upamiętnienia Polaków pomordowanych na Wołyniu. Nastawienie do Polski i Polaków w Ukrainie pogorszyło się; rykoszetem pogorszy się też stosunek Polaków do przebywających u nas Ukraińców. Polska – polski rząd – stara się o włączenie naszego kraju do rozmów o zakończeniu wojny i o przyszłości Ukrainy. To się prawie na pewno nie uda, bo Ukraina nie będzie tym zainteresowana. Dlaczegóż mieliby włączać do rozmów kraj tak nieprzychylnie do nich nastawiony? (Nawiasem mówiąc, to mógł być trzeciorzędny cel Nawrockiego – włączenie Polski do rozmów byłoby sukcesem rządu, a tego Nawrocki nie może ścierpieć.) Wreszcie polskie firmy straciły właśnie nadzieje na wiele kontraktów na powojenną odbudowę Ukrainy. Może jakąś boczną drogę pozwolą nam wyremontować. Tak, ja wiem, że w biznesie powinny decydować wyłącznie kwestie merytoryczne – ale nie decydują. Liczy się także sympatia i zaufanie do kontrahenta. A te w wypadku Polski szorują po dnie.

Brawo, Karol Nawrocki!

Nawiasem mówiąc, prezydent Zełenski, nie czekając na publikację postanowienia Nawrockiego w Monitorze Polskim, odesłał do Polski insygnia Orderu. Tym samym problem kontrasygnaty Tuska stał się niebyły – dodatkowy plan Nawrockiego, by wpędzić Tuska w pułapkę bez wyjścia, spalił na panewce.

Nie zdziwiłbym się, gdyby to Tusk poprosił o to Zełenskiego, z którym spotkał się dzień przed decyzją Nawrockiego. Oczywiście poza protokołem. Gdyby tak było, byłby to jednocześnie przyjazny wobec polskiego rządu gest ze strony Zełenskiego oraz pokazanie, że jemu na polskich odznaczeniach nie zależy, skoro nie czekał, aż Tusk go „uratuje” odmawiając kontrasygnaty.

Demony przeszłe i współczesne

Prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy imię „bohaterów UPA”. W Polsce zawrzało. Polacy mają UPA za wyjątkowo okrutnych morderców, dla Ukraińców była to formacja walcząca o niepodległość Ukrainy z Sowietami, Polakami i Niemcami. Te dwie świadomości historyczne nigdy się nie spotkają. Z drugiej strony, jak pisze ten ukraiński komentator, Ukraińcy

nie interesują się zbytnio Polską i nie traktują tych spraw jako ważnych. To jest po prostu fakt… sedno problemu nie jest takie, jak to w Polsce wielu sobie wyobraża – że tam ktoś coś na złość robi Polsce. Sedno problemu polega na tym, że czynnik polski po stronie ukraińskiej po prostu nie waży. Ukraińskie tematy są cały czas widoczne w polskiej dyskusji publicznej, podczas gdy polskie po stronie ukraińskiej są gdzieś daleko na trzecim, czwartym czy jakimś szóstym miejscu.

Zełenski, choć dobrze punkt widzenia Polaków zna, niespecjalnie się nim przejął i wybrał wzmocnienie swojej pozycji w polityce wewnętrznej kosztem relacji z Polską. To bardzo przykre.

Ale co z tego dalej miałoby wynikać? Niewątpliwie Zełenski nie będzie już w Polsce ciepło przyjmowany. Nie powinno to jednak wpływać na nasz stosunek do Ukrainy i na nasze ekonomiczne, polityczne i wojskowe wsparcie dla Ukrainy w jej wojnie z Rosją, ani na nasz stosunek do przebywających w Polsce Ukraińców. Dla nas wspominanie „bohaterów UPA” jest bolesne, ale wspieranie Ukrainy jest ważniejsze, bo leży w naszym strategicznym interesie. Tamtych pomordowanych już nie wskrzesimy, ale możemy zmniejszyć liczbę współczesnych ofiar, czy to po stronie ukraińskiej, czy, nie daj Boże, polskiej. Tego się trzymajmy, mimo iż jesteśmy mocno wkurzeni.

I tu wchodzi Karol Nawrocki, cały na biało, i oświadcza, że zamierza odebrać Zełenskiemu Order Orła Białego, nadany mu w 2023 przez prezydenta – jak on się nazywał? a, tak – Andrzeja Dudę.

Choć zasadniczym celem Nawrockiego jest przypodobanie się swojemu nacjonalistycznemu elektoratowi, odebranie Orderu prezydentowi zostałoby odebrane w Ukrainie jako wielki despekt, tym bardziej, że Zełenski mówił, że traktuje nadany mu Order jak order dla całego narodu ukraińskiego. Ukraińcy potraktowaliby to jako jaśniepański, postkolonialny dyktat, jakich bohaterów wolno im czcić. Pisze o tym też cytowany wyżej komentator:

Po stronie ukraińskiej włączył się mechanizm defensywny w społeczeństwie i sytuację odebrano jako próbę tworzenia nacisku z zewnątrz i wskazywanie Ukraińcom, jak im układać życie wewnątrz ich państwa. […] Osoby, które w ogóle nie interesowały się nigdy tematem i nie wiedzą, o co chodzi z tym Wołyniem i UPA, odruchowo wspierają teraz Zełenskiego, bo „nikt nam nie będzie kazał, co mamy robić”.

Nie wiedzieć czemu polska strona demokratyczna – komentatorzy, media, a nawet członkowie rządu (Adam Szłapka dzisiaj w TVN24) – uważa, że ponieważ postanowienie prezydenta będzie wymagać kontrasygnaty premiera, Tusk, odmawiając kontrasygnaty, uratuje nas przed międzynarodową katastrofą. Znowu.

Przede wszystkim zupełnie nie jest oczywiste, że kontrasygnata premiera w ogóle byłaby wymagana. Art. 144, ust. 3 pkt. 16 Konstytucji zalicza nadawanie orderów i odznaczeń do „prerogatyw osobistych prezydenta”, niewymagających kontrasygnaty. Skoro nadawanie orderów jest prerogatywą osobistą, to Nawrocki może uznać, że ich odbieranie też, wobec czego o kontrasygnatę nie wystąpi. No i bardzo dobrze. Byłoby to zresztą zgodne z duchem dotychczasowych poczynań prezydenta, który przy każdej nadarzającej się okazji chce swoją osobistą władzę powiększać, a nie ograniczać.

Można wszakże argumentować, że skoro wyliczenie z ust. 3 jest enumeratywne i odbierania odznaczeń nie zawiera, kontrasygnata jest wymagana. Taka interpretacja wcale nie jest oczywista, ale opierając się na niej Nawrocki, żeby zrzucić z siebie część odpowiedzialności oraz zapędzić Tuska w sytuację bez wyjścia, może o kontrasygnatę wystąpić. Bo każda decyzja, jaką podejmie w tej sytuacji Tusk, będzie zła.

Jeśli premier odmówi kontrasygnaty, co prawda unikniemy bezpośredniego zgrzytu w stosunkach polsko-ukraińskich, ale prawica będzie wyła, że Tusk wspiera UPA, że wszyscy popierający Tuska wspierają UPA i właściwie są osobiście winni mordowaniu Polaków na Wołyniu. TV Republika będzie mówić o Tusku nie tylko jako o agencie Brukseli i Niemiec, ale jako o banderowcu, mile rezonując z rosyjską propagandą. I ta trucizna będzie się ludziom sączyła do ucha, aż w końcu sporo ludzi w to uwierzy. Szanse na powrót prawicy do władzy wzrosną. Polaryzacja nastrojów w Polsce jeszcze bardziej się zaostrzy, krzyki o ukrainizacji Polski staną się głośniejsze, ze wszystkimi złymi skutkami dla stosunku (niektórych, ale coraz liczniejszych) Polaków do mieszkających u nas Ukraińców, a w konsekwencji dla ogółu stosunków polsko-ukraińskich.

Jeśli zaś premier kontrasygnaty udzieli, wtedy liberałowie i lewica równie głośno będą wyli, że Tusk, w imię demonów przeszłości, stawia na szali bezpieczeństwo Polski i relacje polsko-ukraińskie. Dodatkowo przynajmniej część lewicy uzna to za argument, że Tusk jest takim samym nacjonalistą, jak Braun, co również będzie oznaczać, że szanse na powrót prawicy do władzy wzrosną.

Dlatego w najlepszym interesie Tuska będzie argumentować, że jego kontrasygnata nie jest wymagana. Skoro konstytucja pozostawia kwestię orderów i odznaczeń w wyłącznej gestii prezydenta, to on, Tusk, szanując konstytucję, nie uzurpuje sobie prawa do kontrasygnaty. Jeśli Nawrocki się uprze, że kontrasygnata jest wymagana, premier powinien się zwrócić do Trybunału Konstytucyjnego o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego. I w ten sposób sprawa umrze 😉

Choć zabrzmi to cynicznie, umycie rąk przez Tuska byłoby najlepszym możliwym wyjściem.

Oczywiście wciąż istnieje jakaś nadzieja, że prezydent Nawrocki się opamięta.

Ja się nie wybieram

24 maja w Krakowie odbędzie się referendum w celu odwołania aktualnego prezydenta miasta, Aleksandra Miszalskiego.

Nie zamierzam brać w nim udziału.

1. Jedną z zasad demokracji jest kadencyjność władz. Oznacza to nie tylko, że co z góry określony czas muszą odbywać się wybory, ale że wybrana osoba pełni swoją funkcję przez całą kadencję. Jeśli wyborcy uznają, że osoba ta sprawowała swoją funkcję źle, przegrywa ona starania o reelekcję. To jest zasada.

Możliwość przerwania kadencji jest odstępstwem od tej zasady i powinna być zarezerwowana wyłącznie do sytuacji nadzwyczajnych, typu oczywista niezdolność do pełnienia funkcji, poważne oskarżenia lub podejmowanie decyzji (a nawet zapowiedź ich podejmowania), których skutki będą długotrwałe, katastrofalne i trudne do odwrócenia. Z tego punktu widzenia sama instytucja samorządowego referendum odwoławczego jest potrzebna, bo od 2002 prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie są wybierani w wyborach bezpośrednich i bez referendum odwołać by się ich nie dało (poza przypadkiem skazania prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne, ale procedura sądowa może trwać przez całe lata).

Otóż w moim najgłębszym przekonaniu w Krakowie nie zaszło nic nadzwyczajnego, co uzasadniałoby przerwanie kadencji urzędującego prezydenta. Zgadzam się, że Aleksander Miszalski nie jest prezydentem wybitnym, może nawet jest kiepskim prezydentem, ale to, że jakaś grupa wyborców, niechby i liczna, nie jest zadowolona z jego rządów, nie uzasadnia odstępstwa od nadrzędnej zasady kadencyjności. To, że jakaś część wyborców jest z władzy niezadowolona, jest wręcz w demokracji czymś normalnym.

Tylko pomyślmy: gdyby referenda odwoławcze mogły się odbywać za każdym razem i wyłącznie dlatego, że pewna grupa wyborców jest niezadowolona, odbywałyby się praktycznie bez przerwy, a władza musiałaby dbać o dobry nastrój swoich wyborców tu i teraz, bez możliwości podejmowania decyzji, które lokalnie, chwilowo komuś się nie spodobają, bo jak nie, to odwołają.

2. Zarzuty, jakie publicznie stawia się Miszalskiemu – podwyższenie opłat za bilety komunikacji miejskiej i opłat za parkowanie, Strefa Czystego Transportu (SCT), powiększanie zadłużenia miasta, kolesiostwo i niepoważne zachowania – są w większości dęte. Rzeczywiście, zadłużenie miasta rośnie i to jest bardzo bolesne, choć w jakiejś części jest spadkiem po rządach PiS, ale w tej sytuacji jednoczesne protesty i przeciwko zadłużeniu, i przeciwko zwiększaniu wpływów poprzez podnoszenie opłat, jest cokolwiek schizofreniczne. SCT jest zupełnie bezkosztowa i korzystna dla mieszkańców Krakowa, choć pewnych korekt należałoby dokonać (na przykład, żeby parkingi P+R leżały poza SCT). Zarzuty o niepoważne zachowanie (Miszalski tańczył na dachu) same są niepoważne. Poważny jest zarzut o kolesiostwo, ale to mieści się w marginesie zachowań utrudniających/uniemożliwiających przyszłą reelekcję.

3. Jakie są zatem prawdziwe powody zwołania referendum?

Tu nastąpił splot dwu okoliczności. Z jednej strony jest to polityczna akcja PiS i Konfederacji przeciwko Koalicji Obywatelskiej, żeby wykorzystując słabość Miszalskiego pokazać, że prezydent wielkiego miasta z KO może upaść. A jeśli KO straci „platformerski” Kraków, to znak, że może stracić całą Polskę. Jak widać, nie ma to nic wspólnego z zarządzaniem Krakowem i działaniami Miszalskiego. Politycy PiS wcale się z tym nie kryją. Na przykład Beata Szydło mówiła

Mieszkańcy drugiego co do wielkości miasta w Polsce po niecałych dwóch latach mają dosyć prezydenta z partii Tuska. Referendum w Krakowie będzie największym politycznym wydarzeniem tego roku. Należy w pełni wykorzystać szansę na pokazanie partii Tuska czerwonej kartki.

W podobnym duchu wypowiadał się cytowany tamże Ryszard Terlecki.

Drugą okolicznością są niepohamowane ambicje Łukasza Gibały. Gibała już trzykrotnie ubiegał się o prezydenturę Krakowa. W 2024 przegrał z Miszalskim dosłownie o 5434 głosy na 262 tysiące głosujących w II turze. Miszalski wygrał dzięki osobistemu poparciu, jakiego udzielili mu wtedy Trzaskowski i Tusk – obaj w tym celu pofatygowali się do Krakowa. Co ciekawe, Gibała wcale nie ma gorszych kwalifikacji od Miszalskiego, biograficznie są to niemalże klony – on to wie i dlatego ambicja go zżera. Gdyby wytrzymał i poczekał do normalnego terminu wyborów w 2029, miałby olbrzymie szanse wygrać z Miszalskim. Ale nie poczekał i gotów jest oddać Kraków w ręce PiS lub Konfy, byle tylko zostać prezydentem natychmiast. Postawa Gibały stanowi dla mnie duże rozczarowanie.

Łukasz Gibała faktycznie finansuje obecną kampanię referendalną.

Do tego dołączył szereg mniejszych działaczy o takich sobie kompetencjach, ale wielkich ambicjach, którzy nie dostali posad od Miszalskiego i teraz chcą to odwrócić. No i jakaś grupa mieszkańców bona fide niezadowolonych z obecnych władz miasta.

4. Aby referendum odwoławcze było skuteczne, musi osiągnąć pewien próg frekwencji. W tegorocznym referendum krakowskim jest to nieco ponad 158 tysięcy głosów. Paradoks polega na tym, że frekwencję liczy się łącznie od wszystkich: i tych, którzy głosowali za odwołaniem, i tych, którzy głosowali przeciwko. Referenda odwoławcze w naturalny sposób mobilizują przede wszystkim tych, którzy chcą odwołania władz, ale może ich być za mało, by osiągnąć próg ważności. Zwolennicy odwołania władz starają się więc zmobilizować przeciwników odwołania, aby ich głosami osiągnąć próg ważności. Prof. Jarosław Flis mówi, że głosy uczestników referendum przeciwko odwołaniu władz mają siłę negatywną, co nazywa paradoksem bytomskim, a cały system określa jako absurdalny:

W Bytomiu doszło do sytuacji, że ci wyborcy, którzy poszli i zagłosowali za tym, żeby Rada Miejska została, przesądzili o tym, że ona musiała odejść. To jest absurdalny system. Wyborca idzie do wyborów, głosuje za opcją „A”, w rezultacie dostaje opcję „B”, której by nie dostał, gdyby został w domu.

W Polsce dotąd odbyło się ponad 400 referendów odwoławczych, z których tylko około 10% było ważnych dzięki osiągnięciu progu frekwencji. W tych nieco ponad 40 ważnych referendach tylko jeden raz udało się obronić urzędującego prezydenta miasta, gdyż głosów za odwołaniem było mniej, niż głosów przeciwko odwołaniu.

Sama ta statystyka sugeruje, że najskuteczniejszą strategią obrony odwoływanych władz jest pozostanie w domu.

Bojkot referendum o absurdalnych regułach, wedle których mój głos oddany przeciwko odwołaniu może zadecydować o tym, że odwołanie będzie skuteczne, jest racjonalną i demokratyczną decyzją.

Nie wiem, jaki będzie wynik referendum, to znaczy czy uda się osiągnąć frekwencję zapewniającą jego skuteczność. W każdym razie ja się na referendum nie wybieram.

Skostnienie

Urodzony w 1949 Jarosław Kaczyński mentalnie ukształtował się na przełomie lat ’60 i ’70. Podobała mu się tamta epoka, więc w tym stanie umysłowym skostniał. Żadna tam demokracja, trójpodział władzy, chcecks and balances, tylko centralny ośrodek władzy politycznej i partia mająca prawo narzucać obywatelom poglądy, jako że jest emanacją woli Narodu. A kto partii nie słucha, jest albo zdrajcą, albo idiotą, albo kierują nim jakieś inne złe intencje.

Jeśli Jarosław Kaczyński miał jakieś pretensje do ustroju PRL, to nie chodziło o to, że partia rościła sobie prawo do narzucania ludziom poglądów, tylko że poglądy te były niezgodne z poglądami Kaczyńskiego. A może wręcz, że to nie on mógł te poglądy narzucać, bo poza wszystkim innym, Jarosław Kaczyński jest głęboko przekonany o swoim geniuszu i nadzwyczajnej misji dziejowej, którą Bóg lub Weltgeist, lub Historia, w to nie wnikam, mu powierzyli.

To wszystko dawno już o Jarosławie Kaczyńskim wiedziałem. Uświadomiłem sobie ostatnio, że także jego fobie antyniemieckie muszą być przejawem owego skostnienia.

Straszenie niemieckimi rewizjonistami i odwetowcami, ziomkostwami, Hupką i Czają, było najważniejszym elementem PRLowskiej propagandy. Niemcy, gdyby ich nie powstrzymywać, rzuciliby się odwracać skutki Drugiej Wojny Światowej i tylko władza PZPR, przy wsparciu ZSRR rzecz jasna, mogła uchronić Polskę przed wojną, hekatombą i utratą Ziem Zachodnich i Północnych. O tym słyszało się ciągle i wszędzie. Oficjalna kultura starała się utrwalić obraz Niemców jako „odwiecznego wroga”, stąd filmy „Krzyżacy” i „Barwy walki”, seriale „Czterej pancerni i pies” oraz „Stawka większa niż życie”, liczne filmy i opowieści o obronie Westerplatte i Poczty Polskiej, ORP Orzeł, partyzantach, szlaku bojowym od Lenino do Berlina (w późniejszych latach ’70 zaczęto też wspominać o Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie), a nawet o wojnach polsko-niemieckich z czasów pierwszych Piastów. W szkole dzieci obowiązkowo uczyły się o rugach pruskich, dzieciach z Wrześni i czytały „Placówkę” Prusa. Figura Niemca jako rewanżysty nienawidzącego Polski była wszechobecna.

Padało to na podatny grunt, bo wciąż żyło dużo ludzi, którzy wojnę i okupację dobrze pamiętali i jeśli nawet sami nie walczyli, to doznali od Niemców różnych krzywd, o których chętnie opowiadali.

W takich warunkach wychował się i ukształtował Jarosław Kaczyński i, jako się rzekło, obraz Niemca jako odwiecznego wroga czyhającego na Polskę przetrwał u niego w formie niezmiennej, skostniałej. Kaczyński zapewne rozumie, że Niemcy już nie chcą najeżdżać Polski zbrojnie (choć kto wie, przypominam, jak protestował przeciwko rozlokowaniu niemieckiej baterii rakiet Patriot w Polsce), ale na pewno chcą sobie Polskę podporządkować politycznie i gospodarczo. To, że Niemcy się zmieniły, że Polska się zmieniła, że Niemcy są naszym najważniejszym partnerem handlowym, a Polska 4-5 partnerem handlowym Niemiec, że Niemcy są naszym partnerem w UE i sojusznikiem w NATO, do niego nie dociera. To znaczy on zna te fakty i liczby, ale nie zmieniają one jego głębokiego przekonania, że Niemcy chcą Polsce zaszkodzić. Ha! Wciągnęli nas do Unii, żeby nas sobie podporządkować! Dla Kaczyńskiego gospodarka to gra o sumie zerowej, korzyść jednej strony koniecznie oznacza stratę drugiej – sytuacja, w której obie strony zyskują, jest nie do pomyślenia (to też wydaje się być pomieszaniem starej marksistowskiej doktryny ekonomicznej, którą Kaczyński wciąż wyznaje, z polską nieufnością).

Nasilenie fobii antyniemieckich u Kaczyńskiego, czy też bardziej gwałtowne ich ujawnianie, może być albo przejawem senilizmu, albo próbą odwołania się do antyniemieckich nastrojów swojego żelaznego elektoratu: ludzi poddanych za młodu tej samej propagandzie, co Kaczyński, a więc starszych, religijnych (co jest czysto instrumentalne, bo sam Kaczyński religijny nie jest), uważających się za patriotów i nieco gorzej wykształconych.

Ciekawe, co z tego wynika dla naszej bliskiej przyszłości politycznej. Kaczyński ma swój zestaw poglądów, uprzedzeń i fobii oraz przekonanie o własnym geniuszu, ale ma bardzo małe zdolności adaptacyjne. Próbuje ciągle tego samego, choć świat się zmienia. Kaczyński ma ten swój żelazny elektorat, ale on się kurczy z powodów czysto demograficznych, młodsi odpływają mu do Konfy, a ci bardziej radykalni do Korony. Desygnowanie Czarnka na kandydata na premiera ma być remedium na ten proces, ale ponieważ PiS i Kaczyński nie są w stanie zaproponować niczego nowego, a tylko więcej starego, Czarnkowi co najwyżej uda się powstrzymać dalszy odpływ na prawo, ale raczej nie odwojuje niczego, co już do Konfy uciekło, bo nie ma dla nich żadnej oferty. No i nie zyska nic w centrum – tam raczej straci to, co miał.

Nominaliści

Z dwu boskich aktów, stwarzania i nazywania, polska prawica zdecydowanie wyżej ceni ten drugi. Są skrajnymi nominalistami, twierdząc, że o tym, co jest, decyduje co oni mówią, nie to, co robią.

No bo spójrzmy: Liczni księża i biskupi potępiają „tęczową zarazę” i mają za abominację związki partnerskie, choć sami są seksualnie aktywnymi – wręcz nadaktywnymi – gejami. Ale w swoim przekonaniu są przeciwko LGBT, gdyż tak mówią.

Ordo Iuris i inni fundamentalistyczni działacze promują wartości chrześcijańskie w życiu rodzinnym, chociaż dość swobodnie zamieniają się żonami, mają kochanki i kochanków, ale promują wartości chrześcijańskie, gdyż tak mówią.

PiS broni Polski przed imigrantami, którzy chcą nas zniszczyć, kulturowo przekabacić, gwałcić i mordować, zabierać nam pracę i wyłudzać świadczenia socjalne, choć to PiS rozdał, niekiedy sprzedał, ponad 400,000 wiz pracowniczych dla osób z krajów „kulturowo obcych”, które nam tak strasznie zagrażają. Ale broni Polski przed imigrantami, gdyż tak mówi.

Podobnie Nawrocki: Twierdzi, iż uważa Putina za wroga Polski, ale jedzie wspierać największego sojusznika Putina w Europie, szkodzącego Ukrainie, którą Polska przeciwko Putinowi wspiera. Niemniej jednak Nawrocki jest przeciwnikiem Putina, gdyż tak o sobie mówi.

Karol Nawrocki nie jest raczej wielkim i przenikliwym myślicielem, ale głupi nie jest i dostrzega tę sprzeczność – być może dlatego, że nie przeszedł lekcji katolicko-PiSowskiej dialektyki, dwójmyślenia. Więc gdy ktoś mu publicznie wytknie sprzeczność, strasznie się złości, przybiera naturalną dla siebie pozę osiedlowego chuligana i chce przy*dolić biedakowi, który mu podskoczył. Bo przecież jest tak, jak Nawrocki mówi. Słuchaj Prezydenta Polski, kurła!

A czemu właściwie Karol Nawrocki pojechał wesprzeć Orbana? Bo mu ambasador Rose kazał. Czemu zaś Nawrocki posłuchał ambasadora Rose? Z powodów, o których niedawno pisałem, jak sądzę.

Jaki szantaż?!

Andrzej Stankiewicz w Newsweeku pisze, że Kaczyński szantażuje Nawrockiego, by ten zawetował ustawę o SAFE. Stankiewicz sugeruje nawet, że Kaczyńskiemu wcale nie chodzi o zablokowanie SAFE, tylko o zmuszenie Nawrockiego, który nie jest do weta przekonany, do podporządkowania się woli prezesa. Przywołuje przykłady Kazimierza Marcinkiewicza, Beaty Szydło i Andrzeja Dudy, których Kaczyński złamał.

Teraz przyszła kolej na Nawrockiego,

wieszczy Stankiewicz.

To jest jakiś nonsens. Przede wszystkim Kaczyński naprawdę jest przeciwnikiem SAFE (patrz mój poprzedni wpis). Nie wątpię przy tym, że Kaczyński chciałby Nawrockiego złamać, głównie dlatego, że Jarosław nie może ścierpieć, że wyrasta mu, właściwie już wyrósł, jakiś konkurent do przywództwa na prawicy. Ale Karol Nawrocki różni się od swojego poprzednika tym, że ma cojones i charakter, których Andrzejowi Dudzie dramatycznie brakowało. Duda wyrastał w cieniu dominującej figury ojca, o czym Jan Duda sam z dumą opowiadał, więc gdy został prezydentem, symbolicznym ojcem, groźnym i umiłowanym, stał się dla niego Kaczyński. Nic takiego nie zachodzi w przypadku Nawrockiego.

A najważniejsze, Kaczyński nie może prezydenta odwołać, ale może go postraszyć brakiem wsparcia przy reelekcji. Andrzej Duda w pierwszej kadencji panicznie się tego bał, a w drugiej żałośnie żebrał o to, aby PiS wsparł go w staraniach o jakąś funkcję międzynarodową. Karol Nawrocki dopiero rozpoczyna swoją prezydenturę, minęło zaledwie pół roku od objęcia urzędu, cieszy się (niestety) dużą popularnością osobistą, może się zwrócić do Konfederacji, by stała się jego partyjnym zapleczem w miejsce PiSu, a do reelekcji stanie z własnego komitetu, tym bardziej, że już w 2025 startował jako „kandydat obywatelski”. PiS nie będzie miał wyboru i w 2030 będzie go musiał poprzeć, gdyż w przeciwnym razie jakiś alternatywny kandydat PiSu sromotnie odpadnie w pierwszej turze, a może i sam Nawrocki przegra. Kaczyński po prostu nie ma czym szantażować Nawrockiego.

Kaczyński może Nawrockiego namówić do zawetowania SAFE, może go omamić, ale zaszantażować – niemożliwe.

I kto tu rządzi?

Wielu komentatorów zastanawia się, kto dzisiaj rządzi na prawicy, Jarosław Kaczyński czy Karol Nawrocki. Początkowo „wszyscy” uważali, że Nawrocki realizuje agendę, wręcz polecenia PiSu. Szybko jednak zauważono, że Nawrocki wybija się na niepodległość od Kaczyńskiego. Dzisiaj maski opadły: Na prawicy rządzi Nawrocki, a Kaczyński jest mu całkowicie podporządkowany.

Chodzi mi o głosowanie nad odrzuceniem weta Nawrockiego w sprawie kryptowalut. Krypto z jednej strony stały się instrumentem spekulacyjnym, jak cebulki tulipanów w XVII wiecznej Holandii i tyle innych walorów później, co naraża nieświadomych, ale skuszonych łatwym zyskiem „inwestorów” na kolosalne straty. Do tego sama natura krypto bardzo ułatwia oszustwa. Ale po drugie, krypto, dzięki swojej wysokiej wartości (wywindowanej spekulacją?) i niezwykłej łatwości ukrywania tożsamości uczestników transakcji, wręcz zachęca do używania ich jako środka płatności w transakcjach nielegalnych: narkotyki, handel ludźmi, handel bronią, pranie pieniędzy, wymuszenia.

W naszym wypadku obawy budzi przede wszystkim to, że wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi Rosja używa krypto do finansowania działalności dywersyjnej. Byliby głupi, gdyby tego nie robili.

I oto Karol Nawrocki zawetował ustawę nakładającą kontrolę na rynek kryptowalut w Polsce. Donald Tusk wezwał do odrzucenia weta, wskazując przede wszystkim na zagrożenia rosyjskie, a także na inne zagrożenia kryminalne. Jarosław Kaczyński powiedział, że jego zdaniem kryptowaluty powinny być zakazane. A PiS ostatecznie zagłosował za podtrzymaniem weta.

PiS, żeby zrobić na złość Tuskowi, opowiedział się za ułatwieniem Rosji finansowania działań dywersyjnych i za ułatwieniem gangsterom przeprowadzania operacji finansowych na dużą skalę. A przy okazji widać, że stanowisko Nawrockiego bierze prymat nad poglądami Kaczyńskiego.

To Karol Nawrocki ma dziś rząd dusz na polskiej prawicy. Jarosław Kaczyński już się nie liczy.

***

Czemu Karol Nawrocki zawetował ustawę o kontroli krypto to inna historia. Nawrocki na krypto się nie zna – on się w ogóle na niczym nie zna, a na krypto w szczególności – a Konfa pewnie go przekonała, że krypto oznacza wolność (żeby było śmiesznie, w oryginalnych założeniach tak było). Krypto pół-legalnie sfinansowało mu część kampanii wyborczej i finansuje prawicowe media. Do tego w swoim otoczeniu zapewne ma lobbystów zabiegających o brak ograniczeń dla krypto dlatego, że Rosja używa krypto do działań przeciwko Polsce i całemu Zachodowi. A w dodatku wszystko wskazuje na to, że pomorscy gangsterzy – środowisko, które Nawrockiemu imponowało i które miało i zapewne nadal ma na niego duży wpływ – masywnie inwestują w krypto, czy to żeby oszukiwać naiwnych, czy też aby wyprać pieniądze, nieważne. Zapewne jedno i drugie.

Jakie by jednak nie były motywacje Nawrockiego, ja dzisiaj podkreślam, że na prawicy to jego zdanie się liczy. Opinia Kaczyńskiego nie ma już żadnego znaczenia.

Ośmiorniczki 2.0

Okazało się, że w jednym z sektorów KPO, HoReCa*, wnioskowano o rzeczy przedstawiane jako luksusowe. PiS robi z tego „największą aferę rządów Tuska”, tworząc przekaz, jakoby jeśli nie całość, to większość środków z KPO została sprzeniewierzona.

PiS bardzo chciałby powtórzyć sukces afery ośmiorniczek, opierając się zresztą na tym samym zespole skojarzeń, co wówczas: PO trwoni pieniądze na obrzydliwy luksus. Bo wnioskodawcy kupili kije golfowe! Sauny! Jachty! Zwykli ludzie z tego nie korzystają, podobnie jak nie jedzą ośmiorniczek, to tylko elity, zdeprawowane i złodziejskie, tak robią. Do tego ośmiorniczki, golf i jachty budzą niejasne skojarzenia z mafią. Trzeba powołać komisję śledczą! Na pohybel!

Tymczasem

  • Sektor HoReCa wpisał do KPO PiS, za PiS także ustalono zasady przyznawania środków
  • Wśród oceniających wnioski na poziomie lokalnym było wiele osób wskazanych przez PiSowskie samorządy, w tym mąż Beaty Szydło. Radny PiS z Ostrowi Mazowieckiej, prowadzący firmę zajmującą się pozyskiwaniem dofinansowania z UE, pisał sporo wniosków o zakup „jachtów”
  • Kije golfowe kupiła wypożyczalnia sprzętu sportowego, saunę chce zainstalować ośrodek wypoczynkowy – a co mieli kupić, tomograf? – a rzekome „jachty” to łodzie, motorowe lub żaglowe, na wynajem dla turystów na Mazurach; podobnie rzecz się ma z innymi „skandalicznymi” zakupami z tego programu
  • Ale najważniejsza jest skala. Wsparcie dla sektora HoReCa to 0,5% procenta całości KPO. Nie ma możliwości, aby na HoReCa wydano środki spoza tej puli. PiS robi larum o to, że wydając 100 zł, być może nieprawidłowo wydano 50 gr.
  • Całość środków KPO to ok. 240 mld zł. 0,5% z tego to 1 mld 200 mln zł. To dużo. Ale fatycznie dotąd wydano z tej puli 10%, czyli 120 mln. Mówimy więc o potencjalnie źle wydanych 5 gr ze 100 zł. Zgroza, zgroza!

Nawiasem mówiąc, 120 mln to akurat tyle, ile ksiądz od salcesonu bezprawnie dostał od Ziobry.

Obecną sytuację od afer z czasów PiS odróżnia także sposób jej rozwiązywania. Rząd nie udaje, że nic się nie stało, ba, domniemane nieprawidłowości zostały wykryte jedynie dzięki temu, że to rząd opublikował wszystkie dane. PiS tymczasem zawsze szedł w zaparte, udawał, że wszystko było w porządku, a krytyka była wyłącznie polityczna, nie merytoryczna. Teraz ruszają kontrole, na których najbardziej zresztą ucierpią przedsiębiorcy, których wnioski są uczciwe. Ucierpią, bo wypłaty dla nich zostaną wstrzymane na długie tygodnie. Ale oczywiście, jakieś błędy, wnioski naciągane, może wręcz przekręty się znajdą. Byłoby wręcz statystycznie nieprawdopodobne, gdyby się nie znalazły.

No i jest prawdą, że bliscy krewni posłów i działaczy Koalicji 15 Października nie powinni byli składać wniosków, nawet jeśli były one w pełni uzasadnione. Nie powinni byli i już. Ze względu na wizerunek całej koalicji. Oczywiście za PiSu krewni PiSowskich posłów hurmem składali wnioski w uruchamianych wówczas projektach i było to jak najbardziej w porządku :-/

Żadnej „afery KPO” więc nie ma, jednak rząd przegrywa, i to boleśnie, na jednym polu: komunikacji, tak zewnętrznej, jak i wewnętrznej. PiS w zasadzie nie potrafi nic, tylko kraść, ale PR i odpowiedzialny za nie aparat analityczny mają znakomity. Obecna koalicja może i umie coś tam, coś tam, ale PR u nich leży. Na dnie, pod metrem mułu. Rząd pozwolił sobie narzucić narrację i dość niezbornie, a przede wszystkim z dużym opóźnieniem na nią odpowiada. Rzecznik rządu jest, a przez pierwsze dni jakoby go nie było. Ministra na urlopie. Poszczególni ministrowie i wiceministrowie mówią rzeczy, jakie im przyjdą do głowy, ale nie bardzo widać w tym jakąś przemyślaną strategię, jakąś kontr-narrację. A PiS swoją kłamliwą narracją wali w koalicję, jak w bęben.

No i jest jeszcze komunikacja wewnętrzna. Donald Tusk zapewne zostawił ministrze Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz dużo swobody w zarządzaniu tym programem, czego ona zazdrośnie strzeże. No i fajnie. Ale Pełczyńska-Nałęcz musiała już dwa tygodnie temu wiedzieć, że jest jakiś problem, a przynajmniej potencjalny problem, skoro zwolniła prezeskę PARP, która obsługiwała wnioski HoReCa. I co, nie poinformowała o tym ani Tuska, ani Szłapki, żeby zawczasu przygotować się na zarzuty stawiane przez PiS?! Lub też poinformowała, ale centrala tego nie ogarnęła? Koalicja demokratyczna chyba wciąż naiwnie wyobraża sobie, że prawda sama się obroni. Wolne żarty. Na dodatek teraz Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i zwolniona prezeska PARP w mediach społecznościowych zwalają winę jedna na drugą. To jest zupełnie nieprofesjonalne.

*HoReCa – Hotel, Restaurant, Catering, branże, które szczególnie mocno ucierpiały na skutek pandemicznego lockdownu.

Żyję w kraju

Znajomy zawodowo zajmujący się badaniem migracji skomentował na fb mój poprzedni post. I dzięki temu komentarzowi coś nowego zrozumiałem – mianowicie, dlaczego ten wspominany przeze mnie nudny wiceminister z naciskiem podkreślał, że Niemcy powinni wpierw objąć procedurą readmisji wszystkich nielegalnych imigrantów odsyłanych do Polski.

Znajomy napisał tak:

Niemcy ostatnio nieco zmienili strategię i robią nasze „puszbaki” – nielegalni imigranci nie są przekazywani w ramach readmisji, ale zawracani przy przekraczaniu granicy. Przy czym granica to 30-km pas od granicy. I nie ma żadnych dowodów że tak było… W zeszłym roku zawrócono tak 9 tysięcy, teraz po pół roku jest już 10 tysięcy.

9 tysięcy w zeszłym roku to szacunkowa liczba, którą podawałem poprzednio. Skąd znajomy wziął te 10 tysięcy w pół roku, nie wiem, ale nie przypuszczam, żeby to zmyślił by mnie wprowadzić w błąd.

A, ja, naiwny, myślałem, że te 9 tysięcy to osoby, którym faktycznie niemieccy pogranicznicy odmówili prawa przekroczenia granicy – jest oczywiste, że ludzie tacy po prostu zostają po polskiej stronie. Ale jeśli kogoś zatrzymują już po stronie niemieckiej, w pasie do 30 km od granicy, to Polska oczekuje, że ten ktoś przejdzie procedurę readmisji, co jest zrozumiałe. Równie zrozumiałe jest jednak, że Niemcy tego nie chcą, bo wtedy zapewne okazałoby się, że jakiejś części nie da odesłać do Polski. Tym bardziej, że odkąd Tusk odebrał prawo do składania wniosków azylowych osobom przekraczającym granicę białoruską, Polska będzie twierdzić, że nie musi przyjąć tych osób zgodnie z konwencją dublińską. A poza tym procedura readmisji jest stosunkowo długa i kosztowna. Prościej jest wsadzić tych ludzi do autobusu i wywieźć na polską stronę twierdząc, że oni przecież przybyli z Polski, no bo skąd?

Jeśli niemiecki rząd nie będzie sprawnie odsyłał do Polski migrantów, którzy nielegalnie z Polski przybyli, to antyimigrancka, neofaszystowska AfD, już silna we wschodnich landach, będzie jeszcze bardziej rosnąć w siłę, co zaszkodzi i Niemcom, i Polsce, i Unii Europejskiej.

To rzuca nowe światło na decyzję o przywróceniu polskich kontroli na granicy z Niemcami. Jeśli bowiem niemiecka policja przywiezie autobus randomowych migrantów, polska Straż Graniczna zapyta: a czy ci ludzie są objęci procedurą readmisji? Nie? A czy wobec tego mają wizy uprawniające do wjazdu na teren Polski? Też nie? No to ci państwo do Polski teraz nie mogą wjechać, muszą na razie zostać na terenie Niemiec. Jeśli chcecie się ich pozbyć, to tylko w formalnej procedurze readmisji. Wtedy, rzecz jasna, ich przyjmiemy.

Ormowcy Bąkiewicza by sobie z taką sytuacją nie poradzili, mogli by co najwyżej spróbować pobić tych migrantów, co by pewnie prawackim bojówkarzom dostarczyło trochę zdrowej rozrywki, ale pół-legalnych readmisji by nie powstrzymało. No i pobicie kogoś jest przestępstwem. A zatrzymywanie i przeszukiwanie prywatnych samochodów jest nielegalne i zupełnie niecelowe, dlatego – powtarzam – polska policja powinna te bojówki stanowczo rozpędzić.

Zdaje się, że stosunki polsko-niemieckie w kwestii uchodźców upodobniają się do stosunków francusko-włoskich. Te kraje od lat, choć ze zmiennym natężeniem, toczą głębokie spory o nielegalnych imigrantów, którzy dotarli morzem do Włoch, ale chcą pojechać dalej, do Francji, Holandii, UK, a Francja ich nie chce wpuścić na swoje terytorium. Czasami sytuacja mocno się zaognia i oba rządy wymieniają ostre oświadczenia.

Mój znajomy kończy:

[Mówiąc] po chłopsku: chodzi o przerzucanie gorącego kartofla. Albo w tym wypadku: gorącego manioku/cassavy. Smutne, jak ludzi traktuje się przedmiotowo.

Wiele razy pisałem, że aby zamknąć, a przynajmniej znacznie ograniczyć szlak białoruski, należy dołożyć wszelkich starań, aby osoby, które nielegalnie przekroczyły polsko-białoruską granicę, nie mogły dostać się na Zachód. Póki taka możliwość będzie dość łatwa, póty będą zainteresowani. Jeśli zachodnia granica Polski stanie się (prawie) nieprzepuszczalna, chętnych do skorzystania ze szlaku białoruskiego mocno ubędzie. Z tego punktu widzenia tak niemieckie pół-legalne readmisje, jak i przywrócenie polskich kontroli granicznych, mogą być korzystne. Najważniejsze jest jednak, że wbrew kłamliwej prawackiej propagandzie, Niemcy nie chcą pozbyć się części „swoich” nielegalnych imigrantów, którzy jakoś się do Niemiec dostali innymi drogami, tylko odsyłają do Polski tych, którzy wjechali do Polski i dopiero z Polski do Niemiec.

Decyzja o przywróceniu polskich kontroli granicznych uwiarygadnia kłamliwą, prawacką histerię antyimigrancką i to jest bardzo głupie i szkodliwe. Z drugiej strony, przez zmuszenie – mam nadzieję – Niemiec do przeprowadzania prawidłowej procedury readmisji właśnie zadaje kłam prawackim oskarżeniom, że Niemcy odsyłają do Polski imigrantów, którzy wcale przez Polskę nie przeszli. Jest mi jednak dosyć przykro, że mój (mój?) rząd nie miał odwagi, aby to wytłumaczyć: że Bąkiewicz robi to wszystko dla politycznej hucpy, że Niemcy, odsyłając do Polski migrantów, też nie są do końca fair, że muszą uważać na notowania AfD, że polski rząd twierdzi, że problem migrantów odsyłanych do Polski poza oficjalnymi procedurami jest marginalny, choć najwyraźniej nie jest. Żyję w kraju, w którym…

Granica

PiS, Konfederacja i okolice zorientowali się, że straszenie migrantami bardzo się politycznie opłaca. Teraz straszą nie migrantami z Białorusi, ale migrantami rzekomo masowo wysyłanymi do Polski z Niemiec.

Prawackie media już dawniej pokazywały obcokrajowców legalnie przebywających w Polsce – za Obajtka jeden Orlen sprowadzał ich tysiącami, a wiz rozdanych przez Wawrzyka były setki tysięcy – mówiąc, że to nielegalni imigranci. Ostatnio w Gorzowie Wielkopolskim lokalny PiS straszył „Migranci już w Gorzowie!”, pokazując na filmie członków zespołu muzycznego z Senegalu, którzy całkiem legalnie, na zaproszenie, przyjechali do Gorzowa, by wziąć udział w festiwalu muzycznym. Ale największą podłością popisał się ostatnio europoseł PiS, Dominik „Jenot” Tarczyński, publikując zdjęcia dwu nagich Etiopczyków znalezionych w Lubinie i zapowiadając „wielką deportację”. W rzeczywistości były to ofiary handlu ludźmi.

PiS, Konfa i prawackie media, kłamliwie i cynicznie, tworzą atmosferę zagrożenia. Na tej fali Robert Bąkiewicz, za pieniądze, które otrzymał podczas rządów PiSu, przy medialnym wsparciu wszystkich prawackich mediów i politycznym wsparciu posłów Konfederacji i PiS, zorganizował bojówki, grupy „patriotów”, które „pilnują” granicy, to znaczy usiłują zatrzymywać i przeszukiwać samochody wjeżdżające do Polski z Niemiec, czy tam się jakiś migrant nie ukrywa.

Gdzie jest policja?! Gdy samozwańczy „szeryfowie” (ang. vigilantes) biorą sprawy w swoje ręce, na ogół nie zapowiada to niczego dobrego. Bezkarne bojówki rozzuchwalają się i państwu i jego legalnym służbom z każdą chwilą jest trudniej opanować sytuację. Zatrzymywanie i przeszukiwanie samochodów przez nieuprawnione osoby, zastraszanie osób postronnych, jest niedopuszczalne. Na każde przejście, na którym są „patrioci”, powinna zostać wysłana policja lub Straż Graniczna, a każda próba utrudnienia przejazdu powinna być natychmiast udaremniana. „Patriotów” trzeba spisywać, co bardziej agresywnych zatrzymywać, a gdyby się stawiali, użyć środków przymusu bezpośredniego, jak to się ładnie nazywa.

A co robi rząd? Po pierwsze, zapowiada przywrócenie kontroli na granicy polsko-niemieckiej, co brzmi tak, jakby tam naprawdę płynął duży strumień migrantów i było kogo powstrzymywać. Czyli, cóż, wygląda, jakby to PiS, Konfederacja i Bąkiewicz mieli rację – a przecież to bzdura, którą Tusk swoją decyzją o przywróceniu kontroli jedynie uprawdopodabnia.

Trudno mi sobie wyobrazić nielegalnych migrantów-idiotów, którzy łamiąc prawo, chcieliby się przedostać z bogatych i względnie tolerancyjnych Niemiec, gdzie już żyje duża społeczność imigrancka, do biedniejszej i nietolerancyjnej Polski, gdzie, poza największymi miastami, nie-biali mocno kłują w oczy.

No, chyba że chodzi o readmisję, czyli przekazywanie Polsce osób, które nielegalnie dostały się do Niemiec, a można udowodnić, że przedtem przebywały w Polsce.

Po drugie więc rząd, ustami nawet nie rzecznika – a przecież ponoć już mamy rzecznika rządu! – ale jakiegoś wiceministra, nudno tłumaczy, że liczba readmisji w stosunku do lat poprzednich spadła, jest to kilkaset osób rocznie, a w dodatku blisko połowa z nich to Ukraińcy, którzy mając prawo do pobytu (i pracy, i pomocy społecznej) w Polsce, ale nie w Niemczech, próbowali się tam dostać. Tyle, że nikt tego nie usłyszał. Rząd, rzecznik rządu, powinien to powtarzać bez przerwy. Prawda się sama nie obroni.

Do tego, niestety, dochodzi mniej więcej stała, ale ciemna liczba osób, których Niemcy do siebie z Polski nie wpuścili. Zostali po polskiej stronie granicy i nie są objęci procedurą readmisji, gdyż nigdy nie znaleźli się w Niemczech. Szacuje się, że może chodzić o ~9000 osób rocznie. Liczba jest ciemna, bo nie wiadomo, czy te same osoby nie są liczone kilkakrotnie: nie uda się raz, to próbują drugi i trzeci na innych przejściach granicznych. Jakiejś części z nich zapewne w końcu udaje się dostać do Niemiec, ale reszta zostaje w Polsce, bez środków do życia, bez żadnej pomocy ze strony państwa polskiego, a nawet NGOsów; ba, państwo polskie wręcz nie wie o ich istnieniu, bo przecież oni dostali się do Polski nielegalnie (co stanowi przyczynek do dyskusji o szczelności płotu granicznego). Ponoć zaczyna to być problemem społecznym, tyle że nie w okolicach granicy białoruskiej, ale w miastach zachodniej Polski. Jakby się na to nie patrzeć, to nie są nielegalni migranci, których Niemcy chcą wypchnąć od siebie do Polski. To są ludzie, którzy nielegalnie znaleźli się w Polsce zanim spróbowali się dostać do Niemiec.

Przywrócenie kontroli na granicy polsko-niemieckiej może spowodować, że Polska ich oficjalnie zauważy.

Rekapitulując, Niemcy masowo nie wysyłają swoich nielegalnych imigrantów do Polski. Jest to kłamliwa narracja prawicy. Polski rząd, wprowadzając kontrole na granicy polsko-niemieckiej, niestety, uwiarygadnia tę narrację. Policja powinna z całą surowością rozpędzać „patriotów”, którzy twierdzą, że „pilnują” zachodniej granicy.