Fronda i co dalej?

Trwają polityczne wakacje. Internety interesują się głównie historiami okołopolitycznymi: zamieszaniem wokół nominacji Macieja Berka do TK, nieszczęsnym raportem na temat marki Polska spartolonym przez AI, domniemaną ucieczką Romanowskiego do Naddniestrza i współpracą (nominalnego?) szefa Zondacrypto z prokuraturą.

Jednak za niewiele ponad rok będą wybory i w polityce cały czas trwają jakieś ruchy, nawet teraz, w wakacje. Głównym motorem jest fronda Morawieckiego, który wyprowadził około 40 parlamentarzystów z PiSu do swojego nowego ugrupowania. Teraz przechodzą osoby mniej znane, ale niezbędne dla funkcjonowania partii: działacze samorządowi, mianowani przez PiS urzędnicy, pracownicy partyjnych biur, w tym sejmowego biura prasowego PiSu i administratorzy ich mediów społecznościowych. PiS krwawi, Morawiecki po cichu rośnie.

Wśród polityków, którzy poszli za Morawieckim, dominuje ten sam typ ludzi, co w całym dotychczasowym PiSie: raczej konserwatywni cynicy i oportuniści, którzy co prawda do żadnej lewicy nie pójdą – chociaż kto wie? – ale za jakieś tam idee umierać nie będą. Głównie interesuje ich, kto zapewni im i ich klientom lepszą pozycję, lepszą pracę, lepsze pieniądze. Sam Morawiecki i jego najbliższe otoczenie, które będzie nadawać ton całemu ugrupowaniu, to są twardzi konserwatyści i bezczelni złodzieje, nie różniący się w tym od reszty PiSu. Różni ich tylko jedno, stosunek do Unii Europejskiej. PiS, nieskutecznie licytując się z Braunem na prawicowy radykalizm, może opowiedzieć się za opuszczeniem przez Polskę Unii Europejskiej, tym bardziej, że osoby o intelektualnym potencjale Czarnka, Sasina czy Suskiego po prostu nie ogarniają konsekwencji takiego kroku, a sam Kaczyński, organicznie nieznoszący jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej, zawsze był przeciwny członkostwu w UE. Natomiast Morawiecki, choć z pewnością będzie się przeciwstawiał powiększaniu kompetencji Komisji Europejskiej, nie chce Polexitu, gdyż dobrze (z doświadczenia 🙂 ) wie, że na pieniądzach europejskich można robić wielkie interesy. Poza tym on rozumie skutki Polexitu – odcięcie od europejskich rynków, ucieczka kapitału i miejsc pracy, masowy powrót emigrantów – i wie, że raptownie zbiedniałym i sfrustrowanym krajem bez perspektyw ciężko będzie rządzić.

Ale wcale nie wykluczam, że PiS i Morawiecki staną do wyborów na jednej liście. Nie będzie to jednak lista PiS, tylko lista koalicyjna. Da to ludziom Morawieckiego o wiele silniejszą pozycję, niż konieczność żebrania o jakieś w miarę przyzwoite miejsca na listach PiS, gdyby w tym ugrupowaniu zostali. Nie jest to jednak przesądzone, bo choć Morawiecki stara się utrzymywać retorykę dobry prezes, źli bojarzy, z czasem jedni i drudzy mogą się wzajemnie tak bardzo pokłócić i poobrażać, że nie będą w stanie nawiązać nawet elementarnej współpracy.

Jest wszakże jeszcze inna możliwość, która wydała mi się szczególnie interesująca. Aż do odejścia Morawieckiego PiS był zdecydowanie najsilniejszym ugrupowaniem na prawicy, a to mogło trzymać przy nim sporą grupę wyborców, którzy nie chcieli osłabiać najpoważniejszej siły zdolnej przeciwstawić się znienawidzonemu lewactwu i Tuskowi. Po frondzie Morawieckiego sondażowa przewaga PiS nad Konfederacją mocno stopniała. To może, choć oczywiście nie musi, skłonić jakąś część dotychczasowych zwolenników PiS do porzucenia najsilniejszego, skoro nie jest on już taki silny i pójścia tam, gdzie serce dyktuje, czyli głównie do Brauna, a po części do Konfederacji lub Morawieckiego. Gdyby w rezultacie doszło do mijanki PiS-Konfederacja, zupełnie zmieniłoby to dynamikę po prawej, a lepiej byłoby powiedzieć, po nacjonalistycznej stronie politycznej. Odpływ wyborców od PiSu mógłby nabrać charakteru dodatniego sprzężenia zwrotnego: im więcej już odpłynęło, tym więcej odpłynie w przyszłości. Przy Kaczyńskim zostałyby głównie osoby wielbiące go niemal religijnie, jakieś niewielkie kilkanaście procent aktywnych wyborców. Może nawet 10%.

Większość sondaży wskazuje, że ugrupowanie Morawieckiego lokuje się powyżej progu wyborczego. Gdyby to się utrzymało – pozyskanie tych wszystkich lokalnych działaczy, organizatorów kampanii, speców od mediów społecznościowych i Internetu może temu sprzyjać – a odpływ poparcia dla PiSu przyspieszył, mogłoby się okazać, że to obecni posłowie PiSu, ci mniej eurosceptyczni, a zagrożeni utratą mandatu, będą żebrać o miejsca na listach Morawieckiego, nie na odwrót. Przy okazji rozwiązałby się też problem, jaki ma Grzegorz Braun: choć on sam, przy wszystkich swoich okropnościach, jest inteligentny i charyzmatyczny, mówi ładną polszczyzną i ma miłe brzmienie głosu, nie ma za bardzo kogo umieścić na swoich listach wyborczych, bo z osób jako-tako rozpoznawalnych przyciąga głównie odrażających Kamratów, jakichś zupełnie odklejonych oszołomów i zwolenników teorii spiskowych, wreszcie osoby z jakąś nieciekawą przeszłością chcące uzyskać immunitet. Wszyscy oni mogliby wręcz odstraszać wyborców w swoich okręgach. Gdyby rozpad PiS przyspieszył, Braun mógłby wystawić wielu obecnych posłów PiSu, którzy z tonącego okrętu uciekną na prawo, czyli do Brauna. To byłby trzeci, czwarty garnitur obecnych PiSowców, ale i tak byliby lepsi, niż to, czym Braun zdaje się obecnie dysponować.

No, zobaczymy.

***

Odnośnie do samego wyniku wyborów, to na razie wszystko jest możliwe: od niewielkiej, lecz stabilnej większości KO+SLD (+PSL?) z jednej strony, po zdolną do utworzenia rządu wielką koalicję prawicy (PiS, Konfederacja, Braun i Morawiecki) z drugiej. To byłaby przede wszystkim koalicja immunitetowa, żeby nikt z nich nie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności, koalicja zemsty na bandzie Tuska-Żurka, a także koalicja konserwatywnych wartości obyczajowych i nacjonalistycznych. Jednak w kwestiach polityki gospodarczej, fiskalnej, społecznej i do pewnego stopnia zagranicznej byliby głęboko podzieleni, więc w tych obszarach rząd albo będzie bezwładny, albo strukturalne różnice ich rozsadzą, tym bardziej, że jest więcej, niż prawdopodobne, że ci koalicjanci będą próbowali wykorzystywać służby przeciwko swoim nominalnym partnerom, a to zdecydowanie nie sprzyja trwałości koalicji.

Jednak bardziej prawdopodobne wydają mi się dwa inne scenariusze: mniejszościowy rząd KO+SLD z cichym poparciem Morawieckiego lub mniejszościowy rząd PiS+Konfederacja+Braun z cichym poparciem Morawieckiego. W każdym wariancie mniejszościowy rząd byłby słaby i nietrwały.

Sądzę, że w 2028 czekają nas przyspieszone wybory.

Jason Arday nie żyje

Gdy w 2023 Jason Arday został mianowany profesorem w Cambridge, on sam i osoby, które go na stanowisko powołały, z dumą podkreślali, że był najmłodszym czarnoskórym profesorem w historii tej uczelni. Przedstawiano go jako czołowego uczonego w swojej dziedzinie, socjologii edukacji, błyszczącą gwiazdę na naukowym i społecznym firmamencie Cambridge. Nie będę tu przedstawiał faktów z życiorysu Ardaya – kto wie, ten wie, kto się tym zainteresuje, ten z łatwością sprawdzi, a komu jest to obojętne, tego nie będę zanudzał. Z czasem jednak pojawiły się uzasadnione oskarżenia o plagiat i inne formy nierzetelności naukowej popełnione przez Ardaya; dla porządku należy zaznaczyć, że oskarżenia te rozpoczął rozpowszechniać

Nathan Cofnas—a former Cambridge researcher who may politely be described as a philosopher with a special interest in race and IQ, and who may impolitely be described as a professional racist

z którym Cambridge zerwał współpracę w 2024. Zaczęto też kwestionować inne elementy życiorysu naukowego Ardaya, podobnie jak bardzo mało wiarygodne fakty z jego pozanaukowego życiorysu, a wreszcie jego zachowanie jako nauczyciela akademickiego (miał lekceważyć obowiązek tutoringu powierzonych sobie studentów). Uniwersytet Cambridge początkowo stał murem za Ardayem, a on sam z góry odrzucał wszelką krytykę jako rasistowską. Jednak wobec narastających oskarżeń, 5 sierpnia Uniwersytet Cambridge postanowił wszcząć wewnętrzne dochodzenie w sprawie Ardaya. Tego samego dnia Jason Arday zrezygnował ze stanowiska profesora i z członkostwa w Jesus College. Medialne ataki na Ardaya po jego rezygnacji nie ustały. 14 sierpnia Jason Arday, czując się zaszczuty, popełnił samobójstwo w swoim londyńskim mieszkaniu.

Najlepszy artykuł, jaki na temat Jasona Ardaya przeczytałem, opublikował The Atlantic; jest także artykuł w Newsweeku (zapewne oba za paywallem) i dosłownie steki innych.

W smutnej historii Jasona Ardaya są trzy aspekty:

1. Sam Jason Arday. Naukowy oszust i mitoman, nie ma dwóch zdań. Wielu jest takich, ale często żadna duża krzywda im się nie dzieje, bo się nie wychylają. Osiągają jakąś średnio-wysoką, lecz satysfakcjonującą ich pozycję i sobie na niej prosperują. Jeśli nikomu nie podpadną, mogą tak trwać długie lata, a nawet jeśli zostaną zdezawuowani, dostają drugą szansę. Arday natomiast przesadził. Szczęściem i jednocześnie przekleństwem Jasona Ardaya było, że dzięki swoim oszustwom, konfabulacjom i arogancji wszedł bardzo wysoko. A upadek z bardzo wysoka jest bardzo bolesny.

2. Dlaczego Jason Arday zaszedł tak wysoko – czołowy profesor jednego z najlepszych uniwersytetów świata, gwiazda nauki, przykład dla innych, pisarz, rozchwytywany mówca? Bo postępowi biali wypchnęli go na miejsce ewidentnie powyżej jego zasług i możliwości, żeby pokazać, jak bardzo są postępowi, szlachetni i wolni od uprzedzeń. Rzeczywiste zasługi Ardaya miały mniejsze znaczenie, niż chęć okazania swojej prawości przez postępowców.

3. Dlaczego Jason Arday tak boleśnie upadł? Bo gdy prawda o jego rzeczywistych dokonaniach zaczęła wychodzić na jaw, konserwatywni, rasistowscy biali z rozkoszą zepchnęli go w otchłań. Rzeczywiste przewiny Ardaya miały mniejsze znaczenie, niż chęć pognębienia rasowo gorszego uzurpatora i chęć wyszydzenia postępowców, którzy nieszczęśnika tak bardzo wywindowali.

Jason Arday stał się ofiarą tyleż swojej arogancji i konfabulacji, ile hipokryzji białych: i tych, którzy z politycznej poprawności wywyższyli go ponad jego zasługi, i tych, którzy rasistowsko postanowili go pogrążyć.

Mnie jest Jasona Arday jako człowieka żal. Samobójstwo zawsze jest tragedią. Samobójstwo wynika z niewyobrażalnego cierpienia, w tym wypadku z niewyobrażalnego cierpienia psychicznego. Jason Arday dostał się na absolutny szczyt, spadł z niego z wielkim hukiem i, jak sądzę, nie wyobrażał sobie dalszego życia w upokorzeniu. RIP.

Wyciek danych

Sprowokowany przez jednego ze stałych komentatorów, postanowiłem napisać parę słów w związku z niedawnym masywnym wyciekiem danych medycznych.

Po pierwsze, nie mogę skomentować tego konkretnego zdarzenia, bo wiem o nim tylko tyle, co wszyscy inni z mediów. Ale bazy danych należy zabezpieczać. Trzeba jednak uświadomić sobie, że w obszarze bezpieczeństwa danych trwa nieustanna, bezwzględna rywalizacja pomiędzy specjalistami od bezpieczeństwa ze specjalistami od łamania zabezpieczeń. Dlatego zabezpieczenia, które jeszcze kilka lat temu mogłyby uchodzić za żelazne, dziś mogą być zaledwie takie sobie, więc jeśli administrujesz jakimiś naprawdę ważnymi danymi, musisz te zabezpieczenia regularnie poprawiać, unowocześniać, likwidować ujawnione dziury. Duże organizacje nie ograniczają się do rozwiązań komercyjnych, lecz wymyślają wręcz własne, oryginalne zabezpieczenia, których nie ujawniają. Dbanie o bezpieczeństwo danych na tym poziomie to bardzo pracochłonne i kosztowne przedsięwzięcie.

Oczywiście są różne bazy danych. Jeśli prowadzisz, czy ja wiem, hurtownię ogrodniczą lub niewielkie biuro projektowe, bazę danych twoich klientów powinieneś zabezpieczać, bo raz, że jest to cenny zasób, dwa, że jest to wymóg etyczny, a trzy, jest to wprost wymóg prawny, jeśli dane obejmują osobiste dane klientów, choćby ich numery PESEL. Ale powiedzmy sobie szczerze, w wypadku takich danych raczej nie staniesz się obiektem ataku ze strony obcych agencji wywiadowczych czy grup terrorystycznych, więc wydawanie grubych pieniędzy na nieustanne aktualizowanie zabezpieczeń zapewne nie jest konieczne, choć powinieneś instalować opublikowane patche, jeśli są one darmowe lub nie kosztują zbyt dużo, co bardzo często ma miejsce, a także opracować procedury dostępu do danych i ich przestrzegać.

I tu pojawia się naprawdę interesujące pytanie: Dlaczego akurat ta zhakowana baza danych medycznych była źle zabezpieczona? Czy operator nie zdawał sobie sprawy ze znaczenia tych danych, czy w sektorze bezpieczeństwa panował u operatora bałagan, czy też po prostu operator postanowił przyoszczędzić i na softwarze, i na zespole, który miał dbać o zabezpieczenia?

Otóż na to pytanie naprawdę powinniśmy poznać odpowiedź, żeby inni operatorzy nie popełnili podobnych błędów.

Jest także drugi aspekt tego wycieku danych. Wyciek był masywny, podobno obejmował dane 19 mln pacjentów. Dlaczego więc cała Polska nie wpada w panikę?

Ludzie wiedzą, że wyciek danych bankowych jest bardzo groźny, bo można stracić pieniądze. Gdyby wyciekły dane bankowe, panika byłaby gigantyczna; z drugiej strony dane bankowe są na ogół dobrze zabezpieczone, a przynajmniej takie jest domniemanie. Ale wyciek danych medycznych? Wykradzione dane zawierały dane osobowe: imię nazwisko, numer PESEL itd. Ktoś, kto posiada takie informacje, może podszyć się pod daną osobę, dokonać oszustwa lub choćby wziąć kredyt, który potem ofiara będzie musiała spłacać. Dlatego rząd usilnie zachęca, aby zastrzec swój numer PESEL, co można zrobić całkiem łatwo i co zabezpieczy przed tego typu wyłudzeniami.

Jednak co z medycznym aspektem wykradzionych danych? Oczywiście jesteśmy straszeni dystopijnymi wizjami, w których jeśli ubezpieczyciel dowie się o twoich chorobach, będziesz zmuszony do płacenia horrendalnie wysokich składek albo w ogóle stracisz ubezpieczenie zdrowotne. Akurat w Europie, z jej państwowymi, powszechnymi systemami ubezpieczeń zdrowotnych, to nam nie grozi, choć jeśli będziesz chciał wykupić jakąś dodatkową polisę prywatną, coś może być na rzeczy.

Są zawody, w których określone choroby wykluczają z ich uprawiania, więc osoby nimi dotknięte starają się je ukryć przed (potencjalnym) pracodawcą – tu przypomina mi się ponura historia Andreasa Lubitza, niemieckiego pilota cierpiącego na depresję, który popełnił samobójstwo celowo doprowadzając do katastrofy samolotu rejsowego ze 150 osobami na pokładzie. Podobnie osoby startujące w wyborach mogą starać się ukryć swój zły stan zdrowia, żeby nie zniechęcić wyborców (tu na myśl przychodzą i JFK, i Joe Biden, i Donald Trump, a u nas Jacek Kuroń). We wszystkich takich przypadkach ujawnienie wykradzionych danych medycznych mogłoby zmienić bieg historii. Więc jeśli kiedyś, potencjalnie, będziesz się starał o objęcie urzędu z wyboru lub zatrudnienie na stanowisku wymagającym szczególnych kwalifikacji zdrowotnych, wyciek twoich danych medycznych powinien cię zaniepokoić.

Ale zwykłych ludzi ujawnienie danych medycznych też może nieprzyjemnie dotknąć. Powiedzmy, starasz się o kredyt hipoteczny, masz stałe zatrudnienie i odpowiednie dochody, ale bank dowiedział się, że masz raka. I odmawia ci kredytu spodziewając się, że umrzesz na długo przed terminem spłaty, a wtedy może pojawić się problem z dalszą spłatą. Więc lepiej ci tego kredytu nie dać.

Rekapitulując, ludzie nie panikują po ujawnieniu danych medycznych, bo nie dostrzegają wagi problemu. Tymczasem choć moim zdaniem powodów do paniki nie ma, powinniśmy się czuć zaniepokojeni.

Typowy haker z przedstawień medialnych: w kapturze, kodujący binaria, na ekranie z odwróconą kolorystyką, żeby przestraszyć P.T.Publiczność 🙂

Pałac Wschodni

Pałac Wschodni, serial produkcji koreańskiej, Netflix, 2026

Nie przepadam za koreańskimi serialami. Na ten trafiłem przypadkiem i przez chwilę wydawało mi się, że jest to sfilmowany komiks. A ja komiksów nie lubię, a ich filmowych wersji wręcz nie znoszę. Szybko jednak stało się jasne, że jest to dzieło oryginalne i dlatego dałem radę je obejrzeć.

Rzecz się dzieje w jakieś pół-mitycznej Korei czasów przeszłych. Na dworze królewskim dochodzi do serii zgonów młodych książąt, w pałacu dzieją się jeszcze inne niepokojące rzeczy, a w dodatku w królestwie wybucha epidemia. Wszystko to przypisuje się klątwie rzuconej przez złego ducha, zwanego Duchem Stawu. Król sprowadza dwoje młodych ludzi obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami, żeby unieszkodliwili złego ducha, a jeśli im się nie uda, to król każe ich stracić. Zwykłe, dworskie obyczaje. Ponieważ żeby pokonać upiora, trzeba dowiedzieć się, kim ten człowiek był za życia i za co teraz się mści, praca bohaterów, poza rutynowymi walkami z ciemnymi mocami, ma charakter śledztwa. Okazuje się, że większość zgonów była wynikiem brutalnej walki o władzę, a duch, owszem, jest, ale nie ten, o którym wszyscy myśleli.

Walki z duchami odbywają się w świecie alternatywnym, do którego nasi bohaterowie mają dostęp i który, jak w Stranger Things, jest odbiciem naszego świata. Tu jest pałac, tam jest taki sam pałac, tylko pokrzywiony, opustoszały, oświetlony jakimś paskudnym pomarańczowym światłem. Tu jest komnata, tam jest komnata, tu jest korytarz, tam jest korytarz i tak dalej, a do tego w świecie duchów pełno jest jakichś ciągle ruchomych kłączy czy korzeni, jak w świecie Vecny. Stranger Things są nieustanną inspiracją dla Pałacu Wschodniego, ale jest tego więcej. Mamy walki na miecze w stylu Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka z szermierzami biegnącymi w powietrzu, a nawet scenę z Harry’ego Pottera (dementor pochłaniający duszę Syriusza Blake’a). Ponieważ duchy to raczej są upiory, nieumarli, w pewnej scenie duchy ofiar epidemii wyglądają i poruszają się jak typowe zombie. Charakteryzacja głównego złego ducha przypomina charakteryzację Vecny. Jest też przyjazny duch opiekuńczy głównego bohatera wyglądający na śmieszno-brzydkiego pokémona, w krytycznych chwilach zmieniający się w groźne monstrum.

Trochę dziwi mnie synkretyzm religijny: są ołtarze Buddy, pada uwaga o reinkarnacji, ale różnego rodzaju duchy (upiory i inne istoty nadprzyrodzone, nie będące duszami ludzkimi) i ich wpływ na nasz świat są jak najbardziej realne. Ale może to jest normalne, ja o koreańskiej kulturze duchowej nie wiem literalnie nic.

Od strony filmowej nie jest najlepiej. Aktorzy grający parę głównych bohaterów są bardzo ładni (oboje zaczynali kariery jako modele), jest parę, ale dosłownie parę przepięknych ujęć jak z dalekowschodnich drzeworytów, natomiast nachalnie narzucana stylistyka ze Stranger Things jest męcząca. No i są dłużyzny! W późniejszych odcinkach są bardzo długie sekwencje, gdy nie dzieje się nic, ktoś z bohaterów gdzieś idzie i idzie albo myśli i myśli i nic z tego nie wynika. Nawet finałowa scena konfrontacji z głównym złym duchem jest przydługa: dekoracje się przewracają, złe moce upadają, zamieniają się w jakichś proch, który ulatuje z wiatrem, więc widzimy to z tej, tamtej i jeszcze innej strony – jakby scenarzystom zabrakło pomysłów i chcieli na siłę wypełnić czas odcinka. Są też wyraźne niekonsekwencje scenariuszowe: główny bohater ostrzega główną bohaterkę, żeby za nic w świecie nie łamała jakiegoś zaklęcia, bo staną się rzeczy straszne na skalę apokaliptyczną, ona je łamie, niby jest to jakiś kłopot, ale nic bardzo złego się nie dzieje; ten chwyt scenariuszowy powtarza się bodaj ze trzy razy. Siepacze króla ranią głównego bohatera, tak że wydaje się, iż on już, już umrze, ale po chwili jest zdrowy, jak rydz, nawet blizny nie ma. Podobnie główna bohaterka, raz otruta, innym razem zadźgana, a zaraz potem wyglądająca i zachowująca się tak, jakby nic się nie stało. W pewnym momencie liczni dworzanie króla padają martwi rażeni klątwą, żeby po krótkiej chwili pełnić swoje obowiązki, jak gdyby nigdy nic. Wygląda to jak porzucone wątki scenariuszowe, no, ale skoro już te sceny nakręcono, to ich w montażu nie usunięto, bo czymś trzeba wypełnić odcinek.

Na koniec muszę powiedzieć, że szczerze wzrusza mnie, iż koreańscy bohaterowie za każdym razem, nawet po nocy, gdy byli na granicy śmierci, wstają ze swoich posłań w idealnie wyprasowanych szatach i w nienagannych fryzurach. Od razu też są gotowi do działania, żadnego tam ziewania, przeciągania się, odganiania resztek snu.

Ale jeśli jest jeden powód, dla którego mógłbym ten serial polecić, to są to nakrycia głowy noszone przez serialowe postacie. Zupełny odlot!

Spoiler w komentarzu.

Oszukał, nie oszukał?

W polskiej polityce gorącym tematem jest secesja grupy Morawieckiego: Co to oznacza, dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, jaki to może mieć wpływ na wyniki wyborów w 2027. Ale dosłownie dzień przed rozłamem w PiS, pewne zainteresowanie wzbudziło uzasadnienie do umorzenia śledztwa przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu w sprawie „dwóch wież”.

Z intelektualnej uczciwości chciałbym się odnieść do tego faktu.

Dla przypomnienia, Jarosław Kaczyński postanowił wybudować na działce należącej do spółki „Srebrna” wieżowiec w kształcie dwóch wież. Wieżowiec miał przynosić dochód, który pozwoliłby Srebrnej, a więc de facto partii Jarosława Kaczyńskiego, osiągać duży dochód, który pozwoliłby jej zdobyć dominującą pozycję w polskiej polityce. Bo kto ma duże pieniądze, ten może spokojnie sięgać po władzę, finansować swoje kampanie, nie obawiając się upadku nawet w przypadku chwilowej przegranej.

Do realizacji tego szczytnego przedsięwzięcia Jarosław Kaczyński zatrudnił austriackiego dewelopera, Gerarda Birgfellnera, powiązanego zresztą ze sobą rodzinnie. Kaczyński kontrolował wtedy prawie całą Polskę, ale nie kontrolował samorządu warszawskiego i obawiał się, że Warszawa będzie rzucać Srebrnej kłody pod nogi. Żeby zakamuflować co i na czyją rzecz tak naprawdę robi Birgfellner, nie miał on formalnej umowy ze Srebrną, zgadzał się na nieformalny typ współpracy, a nawet

spółka, którą na polecenie Srebrnej założył do realizacji projektu, miała inną nazwę i inny adres, by nie kojarzyła się z PiS.

Zwracam uwagę na quasi-mafijny charakter tej współpracy. W normalnych warunkach byłaby umowa, formalności, zabezpieczenia. Birgfellner niczego takiego nie miał, opierał się za to na jak najbardziej uzasadnionym przekonaniu, że Jarosław Kaczyński rządzi i Srebrną, choć formalnie w jej władzach nie zasiadał, i w ogóle całą Polską, do tego stopnia, że mógł nakazać państwowemu bankowi udzielenia miliardowego kredytu na budowę. Wszystko było na gębę, no bo jakże by tu nie zaufać „naczelnikowi”?

I to się na Brigfellnerze zemściło. Gdy Jarosław Kaczyński uznał, że nie pokona obstrukcji ze strony samorządu warszawskiego, wycofał się z inwestycji, a Gerard Bilgfellner, który zdążył ponieść koszty szacowane na 1,5 mln złotych, został z niczym. Nie miał formalnej umowy ze Srebrną, ale oczekiwał, że Srebrna przynajmniej zwróci mu poniesione koszty. W tym celu udał się do Kaczyńskiego, który jednak stwierdził, że nie ma formalnych podstaw, aby Srebrna za coś płaciła.

Wobec tego Gerard Birgfellner, reprezentowany przez mecenasa Romana Giertycha i wściekły na Jarosława Kaczyńskiego, oskarżył go o oszustwo. Według pozwu, Kaczyński mianowicie, działając w złej wierze, miał zlecić Birgfellnerowi prace, za które nigdy nie miał zamiaru zapłacić.

To była strategia całkiem rozsądna ze strony Giertycha, ale zupełnie nieopłacalna dla Birgfellnera. Gdyby nawet sąd prawomocnie skazał Kaczyńskiego za oszustwo, nie oznaczałoby to zobowiązania do wypłaty ze strony Srebrnej. Z kolei z punktu widzenia Giertycha, skazanie Kaczyńskiego za oszustwo automatycznie spowodowałoby utratę mandatu poselskiego, a nawet gdyby do skazania i utraty mandatu nie doszło, sama konieczność stawiennictwa w sądzie byłaby dla Kaczyńskiego upokarzająca i katastrofalna wizerunkowo.

Dopóki rządził PiS, prokuratura na wszelkie sposoby starała się ukręcić sprawie łeb. Po upadku PiSu sprawa w końcu ruszyła, choć z pewnymi perypetiami. Ostatecznie jednak prokuratura uznała, że Jarosław Kaczyński nie miał zamiaru oszukać i nie oszukał Gererda Birgfellnera.

Uzasadnienie, które ujawniła Gazeta Wyborcza (zapewne za paywallem), jest kuriozalne, ale merytorycznie zgadzam się z decyzją o umorzeniu śledztwa: Choć Gerard Birgfellner może się czuć oszukany (wykonał pracę, za którą nikt mu nie zapłacił), Jarosław Kaczyński nie miał zamiaru oszukać Birgfellnera. Co więcej, Kaczyński jawnie podpowiadał Birgfellnerowi, w jaki sposób może odzyskać swoje pieniądze: Mianowicie, Birgfellner powinien wystąpić z pozwem cywilnym przeciwko Srebrnej, a wyrok dawałby Srebrnej podstawę prawną do wypłaty. Stąd nagrane oświadczenia Kaczyńskiego, że

Jestem gotów w tym sądzie zeznać, że ta robota była robiona dla nas, znaczy dla Srebrnej. Ja to zeznam, bo tak jest. […] Według mnie dla was jest to wygrana sprawa. Wiem, że ta robota była robiona dla nas, i wiem, że trzeba zapłacić, a ja [nie widzę] innej możliwości w tym niż właśnie tego rodzaju droga.

Ba, pada nawet sugestia, że po złożeniu pozwu, Srebrna mogłaby zawrzeć ugodę z Birgfellnerem, co zmniejszyłoby czas oczekiwania na wypłatę oraz znacząco zmniejszyłoby koszty sądowe. Birgfellner jednak nie poszedł tą drogą i zdecydował o oskarżenie Kaczyńskiego o przestępstwo, oszustwo.

Prokuratura właśnie ostatecznie odrzuciła to oskarżenie.

Birgfellner wtopił, bo zamiast podpisać normalną umowę, zgodził się na współpracę na zasadach quasi-mafijnych. Ale zamiast dochodzić swoich roszczeń na drodze cywilnej – co, nawiasem mówiąc, wymagałoby wniesienia opłaty sądowej w wysokości 10% roszczeń – zdecydował się na wytoczenie przeciwko Kaczyńskiemu zarzutów karnych. Była to strategia jak najbardziej zrozumiała ze strony mecenasa i posła w jednej osobie Romana Giertycha, ale niekorzystna dla samego Birgfellnera. Z przykrością stwierdzam, że Roman Giertych może nie tyle oszukał Birgfellnera, ile wykorzystał jego rozżalenie i nieznajomość polskiego prawa dla celów politycznych.

Ale droga cywilna nadal pozostaje dla niego otwarta.

P.s. A jeśli chodzi o Morawieckiego, to nie zdziwiłbym się, gdyby on ostatecznie wystartował na wspólnej liście z PiSem. Ale nie będzie to lista PiSu, tylko lista koalicyjna, co da ludziom Morawieckiego znacznie silniejszą pozycję, niż konieczność żebrania o dobre miejsca na listach PiSu.

Tak się jednak nie musi stać – z dwu powodów. Po pierwsze, mogą się tak bardzo pokłócić i wzajemnie poobrażać, że nie będą się mogli na siebie patrzeć, a co dopiero współpracować, nawet na jakimś minimalnym poziomie. Po drugie, proces dezintegracji PiSu, a zwłaszcza odpływ elektoratu do Brauna, może tak przyspieszyć, że to raczej PiSowcy będą żebrać o miejsca na listach Morawieckiego.