Platforma Obywatelska skłoniła Małgorzatę Kidawę-Błońską do wycofania się z wyborów prezydenckich. Na jej miejsce Platforma wystawiła swoje „złote dziecko”, obecnego prezydenta Warszawy, Rafała Trzaskowskiego.
Bez najmniejszych wątpliwości Trzaskowski posiada lepsze kwalifikacje do pełnienia urzędu prezydenta niż ktokolwiek z szóstki: Biedroń, Bosak, Duda, Hołownia, Kidawa-Błońska, Kosiniak-Kamysz. W Polsce nie mamy jednak merytokracji, ba, Poland has had enough of experts i epatowanie własnymi kompetencjami może być wręcz przeciwskuteczne, gdy po drugiej stronie, pod ostrym cieniem mgły, stanie ktoś, kto mówi: Może i nie studiowałem na Oxfordzie, ale jestem taki, jak wy. Wybory trzeba jeszcze wygrać. To zaś nie będzie proste. Samo przekonanie kandydata i grupki jego wielkomiejskich zwolenników o jego kwalifikacjach do tego nie wystarczy.
Wysunięcie kandydatury Trzaskowskiego stawia trzy pytania: o Warszawę, o przyszłość Platformy i o wpływ tej kandydatury na ostateczny wynik wyborów.
Po pierwsze więc, Warszawa. Jeśli Rafał Trzaskowski wygra, ustąpi z funkcji prezydenta Warszawy, a wtedy PiS wprowadzi tam swojego komisarza, którego rządy będzie utrzymywać tak długo, jak się tylko da. Potem będą musiały się odbyć wybory na prezydenta stolicy, a Platforma nie ma chyba żadnego wygrywającego kandydata. To, że PiS też nie ma, to słaba pociecha.
Mówi się, że Trzaskowski osobiście niewiele ryzykuje: Jeśli wygra wybory prezydenckie, to super, jeśli przegra, pozostanie prezydentem Warszawy. To literalnie jest prawda, ale przegrany Trzaskowski wyjdzie z kampanii prezydenckiej poobijany, osłabiony. Ani w czasie kampanii, ani jakiś czas po niej nie będzie mógł się zajmować Warszawą tak aktywnie, jak powinien. Z tego z całą pewnością będzie mu czyniony zarzut. Będzie mu się wyrzucać, że chciał porzucić Warszawę na rzecz większej kariery. Warszawa zwyczajnie zasługuje na to, żeby jej prezydent zajmował się nią priorytetowo, nie zaś, żeby była poduszką bezpieczeństwa dla polityka, który postanowił sobie z niej uczynić odskocznię do najważniejszego urzędu w państwie. Wszystko to osłabi szanse na warszawską reelekcję Trzaskowskiego, ba, wyraźna przegrana w 2020 będzie się za nim ciągnąć przez długie lata i zmniejszać jego szanse na obejmowanie urzędów, do których bez wątpienia ma kwalifikacje.
Także z punktu widzenia partii sprawującej aktualnie władzę w Warszawie i cieszącej się poparciem największej części Warszawiaków, ryzyko utraty tego na rzecz niepewnego zwycięstwa w wyścigu prezydenckim jest bardzo duże. To prowadzi nas do następnego pytania:
Po drugie, co Platforma może zyskać, co zaś, poza Warszawą, stracić wystawiając Rafała Trzaskowskiego?
Jeżeli Rafał Trzaskowski wygra, będzie to olbrzymi, gigantyczny sukces Platformy, gwarantujący jej na najbliższe kilka lat dominującą pozycję w proeuropejskim obozie anty-PiS.
Jeśli Trzaskowski wejdzie do drugiej tury i tam z honorem przegra, nie musi to oznaczać kompromitacji ani Trzaskowskiego, ani Platformy: Warszawa nie zostanie stracona, a przy tym elektorat zobaczy, że wciąż jest znaczącą siłą. Przegraną Trzaskowskiego będzie można, nie bez racji, tłumaczyć stronniczością mediów państwowych i w ogóle całego aparatu państwa pracującego na rzecz Dudy.
Jeśli jednak – czego nie można wykluczyć! – Trzaskowski nawet nie wejdzie do drugiej tury, będzie to sromotna porażka Platformy, która tak wiele – wszystko – w tę kandydaturę zainwestowała. Byłaby to katastrofa większa niż spodziewany kilkuprocentowy wynik Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zapowiadająca ostateczny upadek partii pozbawionej wyrazistego programu, charyzmatycznych przywódców i raison d’etre. Pozbawieni poczucia RIGCzu oraz politycznej skuteczności, działacze i zwolennicy odpłyną a to do chadecji (neo-PSL z Kosiniakiem-Kamyszem?), a to do lewicy. Być może pozostanie jakaś niewielka grupka liberałów. Platforma Obywatelska, jaką znamy, przestanie istnieć.
Niektórzy mówią, że to dobrze. Ja nie jestem tego pewien.
Jeśli Platforma świadomie dąży jedynie do wprowadzenia Trzaskowskiego do drugiej tury, to gorze im, bo to może osłabić szanse na ostateczne pokonanie Andrzeja Dudy.
Gdyż po trzecie i najważniejsze, trzeba spytać, jak kandydatura Trzaskowskiego wpłynie na wynik wyborów prezydenckich, a więc na przyszłość Polski?
Trzaskowski musi najpierw wejść do drugiej tury. A o udział w drugiej turze będzie się bił nie z Dudą, ale z Hołownią, Kosiniakiem-Kamyszem i szczątkami Biedronia, co w sposób naturalny będzie do niego zniechęcać elektoraty tych kandydatów. Jeżeli w drugiej turze nie będzie kandydata PO, platformersi w znakomitej większości poprą tego kandydata obozu demokratycznego, który tam się znajdzie, nieważne, czy będzie to Szymon Hołownia, czy Władysław Kosiniak-Kamysz (Robert Biedroń ma, jak to mówią komentatorzy sportowi, „szanse matematyczne”), który w ten sposób zgromadziłby zdecydowaną większość elektoratu nie-Dudowego z pierwszej tury. Nie jestem pewien, czy elektorat tych dwu kandydatów okazałby równie dużą solidarność. Wątpliwości mam głównie odnośnie do wiejskiego elektoratu Kosiniaka-Kamysza.
Gdyby w pierwszej turze nie było Trzaskowskiego, tylko Małgorzata Kidawa-Błońska, miękcy zwolennicy Platformy, którzy nie widząc szans na zwycięstwo swojej kandydatki, nie poszli by do pierwszej tury, do drugiej by się zmobilizowali i zagłosowali na nie-Dudę; ditto gdyby Platforma w pierwszej turze w ogóle nie wystawiła kandydata.
Jeżeli Trzaskowski wejdzie do drugiej tury, wtedy rozpocznie się prawdziwa walka z Dudą: o zmobilizowanie własnego elektoratu, o zdemobilizowanie elektoratu przeciwnika („nie jestem taki zły, nawet jeśli wygram, nie stanie wam się krzywda, więc nie musicie głosować przeciwko mnie”), wreszcie o przeciągnięcie na swoją stronę jak największej części labilnego elektoratu centrowego, w tym o zdobycie jak największej części głosów na wsi i w małych miastach. I tu, niestety, nie jestem pewien, czy wielkomiejski i jednoznacznie identyfikowany z Platformą Trzaskowski będzie miał duże szanse. Kosiniak-Kamysz, a może też Hołownia, kto wie, mogliby mieć większe.
Rekapitulując, Platforma podejmuje wielkie ryzyko. Słaby występ Trzaskowskiego będzie oznaczał dla Platformy olbrzymie kłopoty. Być może nawet schyłek tej partii. Wejście Trzaskowskiego do drugiej tury wzmocni Platformę, ale, paradoksalnie, może zwiększyć szanse Dudy – a podobno chodzi o to, żeby uratować Polskę przed niekontrolowaną władzą PiSu. Z drugiej strony, gdyby Trzaskowski wygrał, prezydentem Polski zostałby najlepszy kandydat spośród tych, którzy się zgłosili. Z trzeciej, wygrana Trzaskowskiego będzie oznaczała wielką niepewność w Warszawie.
***
Gdy wszystko wskazywało, że PiS doprowadzi do głosowania 10 maja, byłem zdecydowany je zbojkotować, fakultatywnie dopuszczając możliwość oddania głosu w pierwszej turze na Władysława Kosiniaka-Kamysza jako na tego, który ma największe szanse na pokonanie Dudy w turze drugiej: Szymon Hołownia jest, moim zdaniem, zbyt miejski, aby mógł liczyć na odpowiednio duże poparcie na prowincji, konieczne do ostatecznego zwycięstwa, natomiast PSLowski Kosiniak-Kamysz mógłby je zdobyć; miasta zagłosowałby na Kosiniaka-Kamysza jako na nie-Dudę.
Fiasko plebiscytu pocztowego 10 maja, konieczność rozpisania nowych wyborów i wejście do gry Trzaskowskiego zmieniają sytuację. Zastanawiam się, jak powinienem się zachować.
Na pewno podpiszę listę poparcia Trzaskowskiemu, bo PiS gra nie fair i chce wyeliminować tę kandydaturę dając bardzo krótki czas na zbieranie podpisów. Ale czy na niego zagłosuję? Lojalność wyborcza i przekonanie o kompetencjach tego kandydata wskazują, że powinienem. Z drugiej strony zasada głosowania taktycznego sugerowałaby głos na rzecz tego nie-Dudy, który ma największe szanse w drugiej turze.
Jeszcze nie wiem, co zrobię.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.