Dlaczego teraz?

Odpowiedzialność PiSu za haniebny wyrok Trybunału pani Wolfgangowej jest oczywista: PiS od lat ostentacyjnie związał się z polskim Kościołem, spełnia jego zachcianki, głównie finansowe, swoją władzę opiera na tradycjonalistycznych, katolickich wyborcach, idzie z Kościołem ręka w rękę w atakach na LGBT, przywódcy PiS, z Kaczyńskim, Dudą, Szydło i Morawieckim na czele, biorą udział w różnych para-religijnych uroczystościach, na listy wyborcze wstawia katolickich integrystów i cyników, którzy sądzą, że spełnianie żądań Kościoła jest warunkiem koniecznym kariery, wreszcie takież osoby deleguje do TK, bo lepszych nie ma. Do tego pani Przyłębska jest popychadłem Kaczyńskiego, osobą pozbawioną jakiegokolwiek osobistego autorytetu. Bez rządów PiSu tego wyroku by nie było. Jest więc zrozumiałe, że opinia publiczna sądzi, iż to Kaczyński kazał mgr Przyłębskiej wydać taki wyrok. A ja myślę, że takiego polecenia nie było, była co najwyżej zgoda Kaczyńskiego i to motywowana inaczej, niż się powszechnie sądzi. PiS odpowiada za wyrok i jego skutki, ale był to raczej wypadek przy pracy, niż celowe działanie.

Dlaczego Kaczyński miałby kazać Trybunałowi pani Przyłębskiej wydać taki wyrok? Podawane są trzy możliwe przyczyny:

  1. Chodziło o „przykrycie” epidemii i tego, jak straszliwie rząd sobie z nią nie radzi.
  2. Kaczyński postanowił skorzystać z okazji, jaką daje epidemia, aby wreszcie zrealizować główne żądanie Kościoła. W czasie epidemii ludzie nie będą protestować, co najwyżej będą jakieś ograniczone protesty, więc łatwo to przejdzie.
  3. W ramach walki z panem Zbyszkiem o rząd dusz na prawicy, Kaczyński postanowił pokazać, że to on jest prawdziwym twardzielem i to on, a nie pan Zbyszek, jest największym przyjacielem sfanatyzowanych katolickich integrystów.

Jeśli chodzi o punkt pierwszy, ten argument jest dosyć słaby. Epidemia spowodowała poważne zmiany w naszym życiu. Szkoły są w większości zamknięte, wszyscy muszą chodzić w maseczkach, są ograniczenia w sklepach, wiele osób pracuje zdalnie, nie można się spotykać ze znajomymi, zamknięto knajpy, są ograniczenia w komunikacji miejskiej, grozi jeszcze dalej idący lockdown, ludzie boją się o pracę, o to, z czego opłacą czynsz i kredyty i nawet jeśli nie boją się COVIDa, to zaczynają się bać, że jeśli dostaną zapalenia wyrostka robaczkowego, umrą w męczarniach, bo wszystkie SORy są zatkane. To trwa już od dłuższego czasu i prawie na pewno potrwa jeszcze bardzo długo. Dotyka wszystkich, nawet tych, dla których kryteria dopuszczalności aborcji nie są szczególnie ważne. Tego nie da się „przykryć” niczym, bo nawet jeśli ludzie – część ludzi – przez kilka dni będą mówić raczej o czymś innym, epidemia i jej skutki nieuchronnie wrócą na pierwszy plan.

Odnośnie do punktu drugiego, Kaczyńskiemu wcale nie zależy na realizacji żądań Kościoła jako takich. On te żądania spełnia tylko wtedy i tylko w takim zakresie, w jakim służą one umocnieniu jego władzy. A zaostrzenie reguł dopuszczalności aborcji ma skutek wręcz przeciwny. Kaczyński doskonale wie, że pomimo zmasowanej propagandy Kościoła, większość społeczeństwa, w tym około połowa wyborców PiS, sprzeciwia się temu żądaniu. Taki krok radykalizuje kobiety, daje lewicowej/lewicującej opozycji jasne hasło na przyszłe wybory, mobilizuje przeciwników, antagonizuje nawet część ludzi, którzy nie należąc do żelaznego elektoratu PiS, z rozmaitych powodów dotąd tę partię popierali. Kaczyński jest szalony, ale nie jest głupi i dobrze rozumie, że to mogłoby zaszkodzić jego władzy. Dlatego w 2007 nie zgodził się na wpisanie „ochrony życia od poczęcia” do konstytucji, w 2016, pod wpływem Czarnego Protestu, wycofał się z zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej w Sejmie, kierując ją do sejmowej zamrażarki, a gdy integrystyczni posłowie z jego partii, próbując obejść Kaczyńskiego, złożyli wniosek w tej sprawie do TK, Kaczyński, przy pomocy swojego odkrycia towarzyskiego, pani mgr Przyłębskiej, pilnował, aby nie został on rozpoznany, aż w końcu wniosek i projekt ustawy upadły wraz zakończeniem poprzedniej kadencji Sejmu. Po wyborach grupa posłów PiS i Konfederacji powtórnie złożyła analogiczny wniosek i znów mgr Przyłębska przez wiele miesięcy dbała o to, aby nie został on rozpatrzony. Zaostrzenie kryteriów dopuszczalności aborcji nie umacnia władzy Kaczyńskiego, przeciwnie, grozi jej utratą – albo w wyborach za trzy lata, albo nawet i wcześniej, bo sytuacja staje się wyraźnie niestabilna.

Wreszcie punkt trzeci, potencjalnie najbardziej interesujący. Owszem, taki ruch umocniłby Kaczyńskiego wobec pana Zbyszka, a zatem zapobiegł potencjalnej utracie jakiejś części głosów na skrajnej prawicy, ale kosztem centrum, a nawet głosów nieco na prawo od centrum, oraz posłużyłby do mobilizacji przeciwników. Dalej jak w punkcie drugim.

Nie widzę zatem racjonalnych powodów, dla których Kaczyński miałby kazać Trybunałowi pani Przyłębskiej wydać taki wyrok.

Dlaczego więc wyrok został wydany teraz, w środku szalejącej epidemii? Otóż myślę, że z uwagi na wewnętrzną sytuację w Trybunale.

Pani mgr Julia „Wolfgangowa” Przyłębska, mieniąca się prezesem TK „odkrycie towarzyskie” dr. Jarosława Kaczyńskiego, nie panuje już nad Trybunałem. Sędziowie buntują się przeciwko jej arogancji i metodom zarządzania, przeciwko manipulowaniu składami, żądaniom deklaracji lojalności, nieoficjalnym spotkaniom z przedstawicielami partii rządzącej. Poza tym, choć nigdzie nie powiedziano tego wprost, odnieść można wrażenie, że sędziowie odczuwają pewną wyższość wobec obdarzonej nienachalnym intelektem mgr Przyłębskiej. Nawet najwierniejsza z wiernych Krystyna Pawłowicz ma jej już serdecznie dość.

Nie należy się przy tym cieszyć, że ten bunt oznacza coś dobrego dla polskiej demokracji. Jednym z powodów buntu zasiadających w Trybunale katolickich integrystów było na przykład opóźnianie przez mgr Przyłębską wyroku w sprawie dopuszczalności aborcji. Sędzia-dubler Jarosław Wyrębak napisał nawet w tej sprawie list, który dziwnym trafem wyciekł do publicznej wiadomości.

Tak czy siak, doszło do sytuacji, w której PiS, mimo iż teoretycznie ma w TK prawie wyłącznie „swoich” sędziów, nie jest pewien orzeczeń. Pani Przyłębska musiała w zeszłym tygodniu odwołać dwie sprawy, w których groziło, że zapadną wyroki nie po myśli PiSu: w sprawie ustawy dezubekizacyjnej i w sprawie Rzecznika Praw Obywatelskich (czy wobec niewybrania następcy, może pełnić swoją funkcję po zakończeniu kadencji). Wyrok w sprawie aborcji był trzecią sprawą zapowiedzianą na zeszły tydzień. Gdyby i to posiedzenie pani Przyłębska odwołała, bunt zapewne by się zaognił, a opinia publiczna doszłaby do wniosku, że PiS Trybunału już nie kontroluje. Przyłębska, zapewne za zgodą Kaczyńskiego, uznała, że to byłaby katastrofa wizerunkowa i że sprawę aborcji, ostatecznie, można przeprowadzić. Wydała im się ona najbardziej bezpieczna. Niewątpliwie nie docenili skali protestów, myśleli, że z uwagi na epidemię nie będą zbyt głośne, nie przewidzieli, że ten wyrok to dla wielu kropla przepełniająca czarę goryczy. Ostatecznie więc wyrok zapadł nie jako element jakiegoś przemyślanego planu, ale pod presją sytuacji doraźnej, w wyniku krótkowzroczności i organicznej nieumiejętności przewidywania konsekwencji własnych działań, typowej dla funkcjonariuszy i nominatów PiS. Nie ogarniają rzeczywistości i mają za swoje.

Zdaje się, że PiS, a może i w części Episkopatu, zaczyna panikować, bo zrozumieli, że mocno przeholowali. Teraz w ramach damage control przebąkują coś o ustawie, która – literalnie wbrew wyrokowi Trybunału! – miałaby zezwalać na aborcję po stwierdzenia wad letalnych płodu lub prowadzących do potwornych zniekształceń w wypadku urodzeń żywych, a blokowałaby jedynie aborcje w wypadku stwierdzenia trisomii 21 (zespołu Downa). Za późno. Gdyby cisnęli taki projekt w twarz Chazanowi i innym fanatykom w 2016, miałoby to jakieś znaczenie. Dziś już nie ma niczego pośrodku. Jest albo pełna liberalizacja, albo Salwador.

A na razie polskich katedr musi pilnować policja. Patrz, Kościele, do czego w swojej głupocie i zaślepieniu doprowadziłeś.

Katedra w Poznaniu, 25 października 2020

Wyłączony środek

Przedwczorajszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, zakazujący aborcji z powodu ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, jest jednym z bardziej haniebnych wydarzeń w historii Polski po 1989. Niektórzy podnoszą, że to nie jest tak naprawdę wyrok, gdyż został wydany przez skład, w którym zasiadały osoby nieuprawnione, dublerzy, a rozprawie przewodniczyła mgr Julia „Wolfgangowa” Przyłębska, która bezprawnie uważa się za prezesa TK. Ponadto o sprawie fundamentalnie ważnej zdecydowała grupka niemłodych osób („grupka kolesi”), w większości reprezentujących jedną stronę spektrum politycznego, bez żadnej publicznej dyskusji czy debaty, wbrew, jak należy sądzić, większości opinii publicznej, udając, że rozstrzygają problem prawny, gdy w rzeczywistości narzucili krajowi swoje interpretacje moralne. Te argumenty zapewne w jakiejś przyszłości posłużą do obalenia tego wyroku, ale na razie, choć dezawuowany, przez kilka najbliższych lat będzie on obowiązywał.

Nie będę tłumaczył, dlaczego wyrok ten uważam za okrutny i haniebny. Kto to rozumie, ten rozumie, a fanatycznych reprezentantów drugiej strony i tak nie przekonam.

Chcę natomiast zwrócić uwagę na trzy ważne, moim zdaniem, zagadnienia łączące się z tym wyrokiem.

A. Prawica unieważniła „kompromis aborcyjny” z 1993. Dotąd pomiędzy stanowiskami skrajnymi, żądaniami całkowitego zakazu aborcji vs liberalizacji aborcji na wzór zachodni, istniało stanowisko pośrednie: nie dopuszczamy aborcji zdrowych, prawidłowo rozwijających się ciąż, ale dopuszczamy aborcję z przesłanek humanitarnych. Otóż tego środka już nie ma. Dotąd umiarkowani konserwatyści, chadecy, liberałowie, a także znaczna część katolików, tego kompromisu bronili, co z tego, że z coraz bardziej kwaśnymi minami. Dziś już nie ma czego bronić. Zostają tradycjonaliści i katoliccy integryści w sojuszu z tymi mężczyznami, dla których zakaz aborcji jest narzędziem do kontrolowania kobiet z jednej strony, a środowiska lewicowe, sprzeciwiająca się opresji starego porządku młodzież i większość kobiet z drugiej. Więc gdy zmieni się – bo przecież kiedyś się zmieni – układ sił politycznych i debata na temat ustawy aborcyjnej powróci, dzisiejsi umiarkowani, nie mając już własnego stanowiska, którego mogliby bronić, dołączą raczej do lewicy niż do integrystów, choćby dlatego, że jakichkolwiek związków z integrystami będą się po prostu brzydzić. Także wszyscy ci, którym kryteria dopuszczalności aborcji są moralnie obojętne, opowiedzą się raczej za stanowiskiem, które w dzisiejszej Polsce uważane jest za skrajne lewactwo, a w zachodniej Europie jest już normą, niekwestionowaną nawet przez tamtejszych konserwatystów: aborcja na życzenie, być może poprzedzona obowiązkową konsultacją lekarską i rozmową z psychologiem, jest dopuszczalna do któregoś tygodnia ciąży.

Prawica, wykreślając kompromis aborcyjny, zmusza wszystkich umiarkowanych i obojętnych do opowiedzenia się po którejś stronie. I jestem przekonany, że nie będzie to strona integrystyczna. Wczorajszy wyrok TK, paradoksalnie, doprowadzi do liberalizacji aborcji, choć ceną za to będzie kilka lat cierpienia kobiet, ich nieszczęsnych, skazanych na bolesną śmierć dzieci i ich rodzin.

B. Kościół nie obroni swojego integrystycznego stanowiska, gdyby – na przykład – miało dojść do referendum w kwestii liberalizacji dopuszczalności aborcji. Kościół stracił już swój autorytet moralny. Pogrzebał się pod obroną pedofilów i systemową niepamięcią o tych przestępstwach, pazernością, demonstracyjnym zawłaszczaniem przestrzeni symbolicznej, ścisłym, przekraczającym wręcz granice śmieszności (biskup porównujący nieudolnych ministrów do ewangelistów) sojuszem z władzą i absurdalnymi atakami na osoby nieheteronormatywne. Pod seksualnymi fiksacjami większości kleru. Pod absurdalną walką o utrzymanie podległości kobiet. Nawet teraz, w czasie epidemii, polski Kościół, miast opiekować się samotnymi, chorymi, tracącymi poczucie materialnego bezpieczeństwa, przerażonymi ludźmi, toleruje jakieś bzdury, że ksiądz, rozdając komunię, nie może przekazać koronawirusa, bo ma konsekrowane dłonie. Zamiast wzywać ludzi do solidarności i wzajemnej pomocy, szczuje wiernych na lewaków i gejów, dzieląc ludzi na lepszych i gorszych. Zamiast namawiać ludzi do zachowania zasad higieny i dystansu, wzywa do stawiania krzyży morowych jako najbardziej skutecznego remedium przeciwko chorobie, biskupi zaś ostentacyjnie lekceważą państwowe zalecenia higieniczne. Nie żyjemy w XVIII wieku. Wiemy, że istnieją drobnoustroje, które za nic sobie mają obrzędy religijne, a jednak Kościół z całą powagą zwraca się do nas językiem teologii sprzed stuleci, jakbyśmy nie chodzili na lekcje biologii w szkole.

Kościół wzywa kobiety do heroizmu, do rodzenia ciężko chorych dzieci, ale sam, zamiast wspierać te kobiety, buduje kolejne monstrualne świątynie, kupuje samochody i inne dobra materialne, domagając się pieniędzy, pieniędzy i jeszcze więcej pieniędzy. Popiera hipokrytów i przemocowych nacjonalistów, a bojowy różaniec, mogący służyć jako kastet, jest dla niego znakiem wiary, a nie obrazą Boga.

Ludzie to wszystko widzą. Oczywiście Kościół zachowuje autorytet w konserwatywnych środowiskach tradycjonalistycznych, wśród ludzi starszych, na autorytet Kościoła powołują się grupy przemocowych nacjonalistów, istnieją też dość prężne integrystyczne wspólnoty młodzieżowe. Prężne, ale niezbyt liczne. Jak wynika z badań PEW Reserach Center, Polska jest jednym z najszybciej laicyzujących się krajów: jako całość jesteśmy wciąż jednym z najbardziej religijnych krajów w Europie, ale rozziew pomiędzy dużym zaangażowanie religijnym osób 40+ a znacznie bardziej umiarkowaną religijnością osób młodszych jest największy pośród wszystkich badanych krajów.

I dlatego, gdyby miało dojść do referendum w sprawie liberalizacji dopuszczalności aborcji lub innej formy publicznej debaty na ten temat, Kościół przegra. Zaangażuje całe swoje zasoby, lecz przegra.

C. Sam fakt wydania wyroku przez Trybunał pani Wolfgangowej świadczy, że władza Kaczyńskiego słabnie. Opinia publiczna czyni Kaczyńskiego odpowiedzialnym za wczorajszy wyrok Trybunału. Moim zdaniem niesłusznie, mimo iż „z urzędu” musi on robić dobrą minę do złej gry. Kaczyński nie jest katolickim integrystą. Wątpię nawet, czy on wierzy w Boga. Kaczyński jest politycznym cynikiem, bez wahania wykorzystującym wszystko, co może umocnić jego władzę. Ponieważ większość Polaków to nominalni katolicy, Kościół zaś wciąż cieszy się dużym autorytetem w środowiskach wiejskich, ostoi władzy PiS, Kaczyński postawił na sojusz z Kościołem. Jarosław Kaczyński nie jest żadnym „genialnym strategiem”, ale jedną rzecz naprawdę umie: czytać sondaże. Otóż sondaże, a także rozmiar Czarnego Protestu po próbie ustawowego zaostrzenia zakazu aborcji w 2016, jasno pokazują, że większość obywateli naszego kraju takiego zaostrzenia nie chce. Forsowanie tego projektu obróciłoby opinię publiczną przeciw PiSowi. Dlatego Kaczyński kazał zamrozić stosowną ustawę w komisjach sejmowych, gdzie dotrwała ona do końca kadencji i umarła na skutek dyskontytuacji.

Jednak grupa posłów PiS – licznie tam obecni katoliccy integryści – i Konfederacji – przemocowcy chcący mieć władzę nad kobietami – zaskarżyła kompromis aborcyjny do TK. Ten długo zwlekał z wydaniem wyroku, pani Przyłębska opóźniała to, jak mogła, ale w końcu ona i zasiadający z woli PiS w Trybunale katoliccy integryści i hipokryci, wydali wyrok. Nie po myśli Kaczyńskiego. Jemu wcale nie zależy na spełnianiu zachcianek naszego anachronicznego Episkopatu, tylko na utrzymaniu władzy – a wie, że zaostrzenie przepisów o dopuszczalności aborcji, zwróci przeciwko Pisowi znaczną część opinii publicznej. Tak znaczną, że aż może rozstrzygnąć o wyborach. A mimo to mgr Przyłębska wydała wyrok antagonizujący wobec PiS znaczną grupę wyborców, w tym wyborców dotąd obojętnych, nieuczestniczących w wyborach lub bezrefleksyjnie głosujących na PiS dla świętego spokoju.

Przyłębska uległa presji swoich – he, he – kolegów z TK i dopuściła do odbycia się rozprawy, o której z góry było wiadomo, jaki będzie wyrok. Moim zdaniem stało się to wbrew woli Kaczyńskigo, który wie, że na skutek tego wyroku znaczna część opinii publicznej zwróci się przeciwko niemu. Kaczyński nie kontroluje już Trybunału. Mianując katolickich fundamentalistów do TK, Kaczyński wypuścił dżina z butelki. He had it coming.

Jest to drugie tego typu zdarzenie. Pierwszym było starcie z panem Zbyszkiem przy okazji „rekonstrukcji rządu”, z którego, wbrew powszechnym oczekiwaniom, to pan Zbyszek wyszedł zwycięsko. Nie stracił nic ze swoich prerogatyw ani wpływu na obsadzone przez jego ludzi spółki Skarbu Państwa, za to wylansował się jako najtwardszy element w całym PiSie, a pozycja jego głównego oponenta, a zarazem faworyta Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, została osłabiona.

Kaczyński wciąż symbolicznie stoi na czele szeroko pojętego PiSu, wciąż jego głos najbardziej się liczy w szeregu spraw, ale nie jest już jedynowładcą. Musi się liczyć z opiniami innych grup. A wewnątrzpisowska skrajna prawica właśnie uzyskała samodzielność.

Na parafii w Błędowie

Rachunek sumienia dla dzieci z parafii św. Prokopa Opata w Błędowie

Taki rachunek sumienia, rzekomo dla dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii, zamieściła na swoich stronach pewna parafia; pisze też o tym Gazeta Wyborcza. Internet zapłonął oburzeniem: Kościół każe wybaczać pedofilom! Parafia zdążyła już usunąć ten rachunek sumienia, ale Internet wciąż płonie:

Sformułowanie faktycznie okropne, bo sugeruje ze jeśli nie wybaczysz – nie dostaniesz rozgrzeszenia.

To absolutnie przerażające. Poza tym brzmi tak absurdalnie, że aż trudno uwierzyć, iż ktoś mógł to wymyślić

No tak. Jezus to wymyślił.

Ale zanim do tego dojdę, muszę zauważyć, że to najprawdopodobniej nie jest rachunek sumienia przeznaczony dla dzieci, tylko rachunek „ogólny”, dla dorosłych. Proszę zwrócić uwagę na zachowane fragmenty dotyczące przykazania „Nie zabijaj”: Czy dopuściłem się grzechu zabójstwa lub byłem za nie współodpowiedzialny? Czy przyczyniłem się do śmierci dziecka poczętego? To zupełnie nie pasuje do dzieci, ale do dorosłych – może. Także te budzące gniew Internetu fragmenty dotyczące wykorzystania seksualnego nie są, moim zdaniem, skierowane do dzieci. „Wykorzystanie seksualne” to pojęcie ze świata dorosłych. Dziecko przygotowujące się do Pierwszej Komunii, a więc mniej więcej dziewięcioletnie, jeśli jest wykorzystywane seksualnie, wie, że dzieje się coś straszliwie złego i niewłaściwego, ale raczej nie umie tego nazwać, zinterpretować, zrozumieć (typowy element powtarzający się w opowieściach ofiar pedofilii: nie rozumiałem, nie rozumiałam, co się dzieje) – a więc i wybaczyć. Podobnie nie wydaje mi się, aby dzieci w tym wieku wykorzystywały seksualnie młodsze rodzeństwo, a jeśli coś takiego się zdarza, żeby rozumiały potworność takiego czynu. Podsuwanie takiego rachunku sumienia dzieciom pierwszokomunijnym jest zupełnie chybione. Myślę, że ktoś, kto kompletnie nie zna się na psychologii dziecięcej i pedagogice lub nie bardzo wiedział, co tam właściwie jest napisane, lub jedno i drugie, wskazał to dzieciom, żeby im „pomóc” przygotować się do spowiedzi. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane 😦

Jeśli zaś chodzi o to, że Kościół każe wybaczać, to owszem, Kościół tak właśnie robi. Kościół każe wybaczać wszystkim grzesznikom. Jezus powiedział

Kochajcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą. Dobrze mówcie o tych, którzy was przeklinają (Łk 6:27-28)

i dalej

Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6:36)

Tu nie ma żadnych zastrzeżeń ani warunków. Jezus był bezwzględnym idealistą i uczył, że trzeba kochać każdego, okazywać miłosierdzie, a więc także wybaczać, każdemu, nawet najbardziej zatwardziałemu zbrodniarzowi. Taki rodzaj wybaczania jest dla nas na granicy moralnego heroizmu, więc, my, ludzie z tego świata, na ogół oczekujemy, żeby ten, któremu wybaczamy, poprawił się: poczuł żal i wstyd, okazał skruchę, zaprzestał swego procederu, spróbował jakoś zadośćuczynić wyrządzonemu złu. Jeśli ktoś nadal czyni zło nam lub komuś innemu, my, nie będąc moralnymi herosami, uznajemy, że ktoś taki nie zasługuje na wybaczenie i jest to całkowicie zrozumiałe. Z drugiej strony jeśli ktoś faktycznie okazał skruchę i się poprawił, a my uparcie, przez długi czas odmawiamy mu wybaczenia, sami grzeszymy zatwardziałym gniewem. Kościół wzywa dorosłych, by wybaczyli tym, którzy wykorzystywali ich jako dzieci, podobnie jak wzywa, by wybaczyli innym grzesznikom – pod warunkiem, że krzywdziciele się poprawili. Wybaczenie prześladowcy, nawet takiemu, który się nawrócił, może być bardzo trudne, ale należy próbować. Nie chodzi o to, czy ktoś dostanie rozgrzeszenie, ale czy stara się sprostać wymaganiom, jakie wierzącym stawia Jezus.

Jest tu jednak pewna rzecz, która wydała mi się na tyle interesująca, że o tym drobnym, jednostkowym zdarzeniu piszę. Otóż zgadzając się, że ten rachunek sumienia nie powinien być kierowany do dzieci, dostrzegam w nim coś interesującego: pytanie, czy wybaczyłem rodzicom lub innym krewnym, że wykorzystywali mnie seksualnie? Polski Kościół na ogół twierdzi, że polska, katolicka rodzina jest z natury święta, a zatem dobra, a zatem nic złego nie może spotkać dziecka w rodzinie. Wszelkie zło przychodzi do rodziny z zewnątrz, z zepsutego świata. Mówienie o potwornościach, jakie spotkają część dzieci w rodzinie, jest absolutnym tabu, wszelkim zaś władzom wara od tego, co się w rodzinie dzieje. Skoro więc w tym wzorcu rachunku sumienia Kościół – pewna parafia – przyznaje, że dziecko może być potwornie skrzywdzone przez rodziców lub innych krewnych, ba, że jest to rzecz na tyle częsta, że warto zwrócić na nią uwagę ogółowi wiernych, to idzie za tym konstatacja, że nie każda rodzina koniecznie musi być święta. I dalej, skoro dzieci bywają krzywdzone, to może uczenie dzieci, że mają prawo do sprzeciwu, protestu, do udania się po pomoc do innych dorosłych, a więc pewne elementy edukacji seksualnej, nie są podstępem Szatana, ale jest w tym coś dobrego?

Wydaje mi się, że te elementy dyskutowanego rachunku sumienia – jeśli pamiętać, że są adresowane do dorosłych, nie do dzieci – są jakimś krokiem w dobrą stronę: ułomnym, pokracznym, niewielkim, ale jednak w dobrą stronę. Jakąś malutką rysą na gmachu polskokościelnej hipokryzji.

Może dlatego proboszcz kazał ten rachunek sumienia usunąć?

Czerwony Kapturek 2020

Od czasów znakomitej książki Brunona Bettelheima Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni wiadomo, że baśnie to nie tylko opowieści mające zainteresować dzieci, dostarczyć im rozrywki, ewentualnie ukołysać do snu. Baśnie, pod pozorem atrakcyjnej narracji, subwersywnie, wręcz podstępnie wprowadzają dzieci w świat dorosłych, a właściwie ostrzegają przed niebezpieczeństwami, które w tym świecie czyhają.

Ta obserwacja zachowuje wartość, nawet jeśli podsuwane przez Bettelheima interpretacje okazują się błędne.

Weźmy baśń o Czerwonym Kapturku. Według Bettelheima, baśń ta ostrzega dziewczynki u progu kobiecości przed mężczyznami, którzy chcą je omamić, by ostatecznie je symbolicznie pożreć i pochłonąć. Jednak bogatsi o wskazówki, dostarczane nam przez Ordo Iuris i aktualnego Rzecznika Praw Dziecka, przyjrzyjmy się tej baśni jeszcze raz. Oto przebrany w babcine szaty Wilk pożera Kapturka. Jeszcze raz: Wilk – postać niewątpliwie męska, co akurat Bettelheim prawidłowo zinterpretował – przebrał się w babcine szaty, w damskie ciuszki, w kobiecą bieliznę, i pożarł, zniewolił, zamordował Kapturka. Widzimy tu w sposób jaskrawy, że transgender, przekraczanie tradycyjnych ról płciowych, prowadzi do zbrodni i to nie do jednej! Powodowany przemożną chęcią zdobycia kobiecych ubrań, Wilk najpierw morduje Babcię, a potem, już przebrany, daje się całkowicie ponieść swoim chorym upodobaniom i morduje Kapturka. Niezdrowa fascynacja kobiecą bielizną przejawiana przez mężczyznę prowadzi do podwójnej zbrodni. Transgender to zło! A że transgender jest jednym z elementów LGBT, widzimy, że samo LGBT jest inherentnie złe.

Poprawnie zinterpretowana baśń o Czerwonym Kapturku okazuje się więc być ostrzeżeniem przed ideologią LGBT.

Czytelników porażonych tym nowym, choć w gruncie rzeczy oczywistym odczytaniem baśni, pozostawiam sam na sam ze swoim osłupieniem.

Ma być głośno

Zawsze, niezależnie od tego, kim jest ten bity, trzeba z nim być. Trzeba dać mieszkanie bitemu. Trzeba go schować w piwnicy. Trzeba się tego nie bać. I w ogóle trzeba być przeciwko tym, którzy biją.
Marek Edelman

W piątek w Warszawie doszło do brutalnych starć policji z aktywistami LGBT. Bezpośrednim powodem był nakaz aresztowania niebinarnej aktywistki Margot. Zastosowanie aresztu tymczasowego wydaje się środkiem nieadekwatnie surowym wobec powagi zarzucanego jej czynu (uszkodzenie homofobobusa). Gdy okazało się, że nakaz aresztowania został wydany, grupa osób LGBT zebrała się, by bronić Margot. Uformował się spontaniczny pochód zdążający na Krakowskie Przedmieście, gdzie policja zaatakowała, jakby czekając, aż „przeciwników” zbierze się dostatecznie dużo i znajdą się w centralnym punkcie miasta. Aresztowano Margot, aktywiści próbowali blokować radiowóz, w którym ją zamknięto, policji pojawiło się dużo, utworzyła kordon i blokowała sąsiednie ulice, napięcie rosło. W końcu policja zaczęła zatrzymywać, wręcz wyłapywać z tłumu przypadkowe osoby – w tym takie, które spokojnie stały z boku, nie wznosiły okrzyków, nie wykonywały żadnych agresywnych gestów – traktując je brutalnie, ciskając o glebę, przyduszając i wykręcając ręce. Lekko poturbowano próbujące interweniować posłanki i otwarcie z nich szydzono. Zatrzymanych wywożono nie wiadomo dokąd, utrudniano im kontakt z prawnikami i rodziną, przewożono z miejsca na miejsce, żeby utrudnić pracę adwokatom, próbowano wymusić przyznanie się do winy (?), traktowano w sposób upokarzający.

Ze sposobu, w jaki policja doprowadziła do sytuacji konfliktowej, jasno widać, że policji zależało na eskalacji, zaognieniu protestu. Swoje mógł też odegrać rzucający się w oczy brak profesjonalizmu ze strony policji, czemu trudno się dziwić, skoro PiS zwalniał ze służby doświadczonych oficerów, skażonych współpracą z poprzednią władzą, awansował zaś szybką ścieżką wierne sobie osoby żądne kariery, które umiały, no, tyle, ile umiały (nie twierdzę, że wszyscy policjanci tacy są, ale jest ich dostatecznie dużo, aby rzutowali na całą formację). Trzeba przyznać, że aktywiści LGBT też nie unikali konfrontacji. Jednak to policja ma za zadanie utrzymanie porządku i zapobieganie eskalacji napięcia, tak więc 99% winy spada na nich.

Mieliśmy pokaz brutalności policji, jakiego dawno tu nie było.

Pytanie, dlaczego do tego doszło. Dość popularna jest opinia, że PiS postanowił w ten sposób odwrócić uwagę od poważnych problemów stojących przed Polską (wymykająca się spod kontroli epidemia, bardzo niepewna sytuacja gospodarcza, katastrofa górnictwa, rysująca się coraz wyraźniej zapaść energetyki, inflacja) i własnych afer (300 mln Szumowskiego, 70 mln Sasina i tak dalej). Nie sądzę, aby tak było. Oni – PiS – nie są tak przebiegli. Naprawdę nie wierzę, aby kilku PiSowskich pundytów, w jakimś obskurnym gabinecie na Nowogrodzkiej lub nieco mniej obskurnym w Alejach Ujazdowskich, uradziło, że trzeba szybko zrobić pokazówkę z gejami, żeby „przykryć” tematy dowodzące kompletnej nieudolności PiSu. Moim zdaniem dynamika tego wydarzenia była inna.

Jest to przede wszystkim element walki o władzę w obrębie samej Zjednoczonej Prawicy. Brutalnie atakując gejów, „lewactwo” i stające w ich obronie instytucje europejskie, pan Zbyszek chce podkreślić wizerunek szeryfa, jaki wydaje mu się, że posiada, a przy tym umocnić się w oczach narodowców, najbardziej reakcyjnych części Kościoła, z panem Rydzykiem i Ordo Iuris na czele, przeciwników Unii Europejskiej i agresywnie zachowawczej (cóż za oksymoron!) części społeczeństwa. Zyskawszy w oczach suwerena i w prawicowych mediach, pan Zbyszek liczy na lepszą pozycję w rządzie i lepszą pozycję startową w walce o przywództwo po Jarosławie Kaczyńskim. Bardziej umiarkowanej, jak na tamtejsze standardy, części PiS nie wypada się głośno przeciwstawić panu Zbyszkowi, bo sami wyjdą na „lewaków” i popleczników „pedalstwa”. Dodatkowo władza testuje, jak daleko może się posunąć w brutalności i represjach; niezbyt lubiana i dość słaba społeczność LGBT świetnie nadaje się jako cel takiego rozpoznawczego ataku.

Patrząc nieco szerzej, ta władza potrafi rządzić jedynie poprzez wskazanie suwerenowi Innego, który mu zagraża i przed którym tylko PiS potrafi Ojczyznę obronić. Kogóż by więc tu wskazać? Uchodźców, wbrew obawom rozniecanym w 2015, nie ma, mniejszości etnicznych, zwłaszcza takich łatwo rozpoznawalnych wizualnie, też nie, Żydów jak na lekarstwo, „lewactwo” i „skorumpowane elity” są zbyt abstrakcyjne, a „ideologia LGBT” pasuje jak ulał, choć nikt nie wie, co ta „ideologia” oznacza.

Tylko tyle i aż tyle. Same postulaty osób LGBT są z punktu widzenia władzy najmniej ważne.

Jak liberałowie powinni na to zareagować? Protestować przeciwko nieuzasadnionej przemocy – to oczywiste. Przypominać o błędach PiSowskiej polityki, o ich aferach i domagać się ich wyjaśnienia – jasne, że tak. Ale czy coś się powinno zmienić w stosunku liberałów do osób LGBT?

Liberałowie dotąd negocjowali z konserwatywną większością: No tak, ci geje niepotrzebnie się afiszują, niepotrzebnie prowokują, niedelikatni ci geje są, tęczowa flaga na Syrence lub Smoku Wawelskim – no, może, ale na figurze Chrystusa to gruba przesada. Rozumiemy wasze oburzenie. Jednak nie powinno się ich flekować, znieważać, rzucać na glebę i przyduszać, bo to przecież też są ludzie. My postulatów LGBT raczej nie podzielamy, sądzimy, że obrażając konserwatywną większość, LGBT sami sobie szkodzą, ale w imię praw człowieka nie godzimy się na poniewieranie nimi.

Sam do niedawna tak uważałem. Dziś widzę nieskuteczność takiego podejścia.

Policja czerpie wyraźną sadystyczną satysfakcję z brutalnego traktowania demonstrantów. Prawicowi politycy i publicyści czerpią wyraźną sadystyczną satysfakcję z komentowania tych zdarzeń. Czynny w internetach suweren po swojemu krzyczy „pedały do gazu”, a któryś tam – były policjant, obecnie biegły sądowy! – publicznie fantazjuje o tym, że współosadzeni zgwałcą transseksualną Margot (w papierach jest mężczyzną). Osoby publiczne wspierające szykanowanych LGBT dostają nienawistne anonimy, na przykład sąsiedzkie porady „wypierdalaj z naszej kamienicy”, a pod oknami ludzi, którzy wywiesili na swoich balkonach tęczowe flagi, ziomki z dzielni i sąsiedzi ze wsi wrzeszczą, że się z nimi policzą. Kościół w najlepszym wypadku milczy, a pobożni ludzie cieszą się, że policja pogoniła pedałów, którzy chcieli deprawować dzieci. Przewielebny i bardzo intelektualny kard. Kazimierz Nycz, niegdyś nadzieja polskiego Kościoła, tęczową flagę na figurze Chrystusa nazywa profanacją, ale wulgarny plakat „Zakaz pedałowania” u stóp tej samej figury i zawieszona na niej flaga NOP jakoś mu nie przeszkadzały. Żadne apele o wyrozumiałość dla gejów z jednej strony i o nieprowokowanie większości z drugiej do niczego nie doprowadziły.

Trzeba więc jasno powiedzieć: Osoby LGBT mają prawo do manifestowania postulatów w sposób, jaki uznają za stosowny. Mogą być hałaśliwi i manifestacyjnie widoczni, jak inne grupy manifestujące swoje postulaty. Jak pisze Ziemowit Szczerek,

w kulturze LGBT jest dużo prowokacji i przegięcia, campu i bizaru, zresztą w każdej marginalizowanej subkulturze tworzą się ekstrawagancje, i wspaniale. Bardzo to lubię, muszę przyznać, nie ma sensownego i kuszącego świata bez ekstrawagancji.

Jeśli przekroczą prawo, powinni za to odpowiadać, ale tak, jak sprawcy podobnych czynów z innych grup. Jeśli państwo pobłaża hałaśliwym i groźnym narodowcom, tym bardziej powinno pobłażać hałaśliwym i niegroźnym gejom.

Nie musimy manifestować poparcia dla postulatów LGBT, tym bardziej nie we wszystkich spotykanych formach (mnie na przykład feretron Świętej Cipki nieco brzydzi, ale tęczowa flaga na figurze Chrystusa zupełnie mi nie przeszkadza, co jednak nie znaczy, że zaraz sam będę jakąś figurę tak przyozdabiał), ale nie odmawiajmy im prawa do manifestowania. Nie radźmy, żeby siedzieli cicho, żeby nie byli zbyt głośni, bo jeszcze ktoś się zdenerwuje. Tamta strona wszelkie ustępstwa, próby porozumienia uznaje za oznaki słabości. Ludzie LGBT chcą, żeby ktoś się zdenerwował – no i dobrze.

117337388_3256499517740030_344159394958437410_n

Krakowiacy i górale

Pojawiają się doniesienia o licznych nieprawidłowościach wyborczych. Nawet gdyby Sąd Najwyższy uznał jakąś część spodziewanych protestów wyborczych i nawet gdyby – co nie wydaje mi się prawdopodobne – miało to wpłynąć na ostateczny wynik wyborów, jedno jest jasne: polscy wyborcy są podzieleni prawie dokładnie pół na pół*. Nie jest to podział wyłącznie polityczny, ale efekt głębokiego podziału strukturalnego, a raczej kilku nakładających się na siebie, skorelowanych podziałów: według wieku (młodzi w większości za Trzaskowskim, starzy za Dudą), wykształcenia (ci z wyższym w większości za Trzaskowskim, z co najwyżej średnim za Dudą), zatrudnienia (zarabiający na swoje utrzymanie w większości za Trzaskowskim, korzystający ze środków publicznych – emeryci, ale także beneficjenci programów socjalnych – za Dudą), miejsca zamieszkania (duże i średnie miasta w większości za Trzaskowskim, miasteczka i wieś za Dudą). Ujawnione w exit poll preferencje poszczególnych grup wyborców można znaleźć tutaj, mnie jednak ten ostatni podział – większe miasta vs reszta Polski – wydaje się szczególnie istotny.

*Gdyby uwzględnić niegłosujących, polscy wyborcy dzieliliby się na trzy mniej więcej równe części: wyborców Dudy/PiS, wyborców Trzaskowskiego/anty-PiS i niegłosujących.

Na pierwszy rzut oka sytuacja Polski nie wydaje się nadzwyczajna: o Brexicie zdecydowała brytyjska prowincja, o wyborze Trumpa okręgi wiejskie. W jednym i drugim przypadku duże miasta głosowały inaczej. My jednak powinniśmy myśleć głównie o sytuacji Polski, słabo, jak na Europę, zurbanizowanej: w miejscowościach do 50 tysięcy mieszkańców, gdzie Duda wygrał, mieszka ponad 20 mln wyborców. Duda wygrał w większości gmin. Po raz kolejny potwierdza się, że w Polsce można wygrać wybory mając zaledwie jako-takie poparcie w dużych miastach i zdecydowanie wygrywając na prowincji. Taka jest sytuacja PiS i, jak się okazuje, nie da się jej obecnie odwrócić, bo pozycja anty-PiSu na prowincji jest bardzo słaba. Edwin Bendyk dodaje, że da się tak w Polsce wygrać, ale nie da się tak Polską rządzić, czyli

korzystać z władzy, by skutecznie rozwiązywać realne problemy stojące przed społeczeństwem

Kto jednak powiedział, że PiS chce rozwiązywać jakieś problemy? Ich prawie pięcioletnie już rządy o niczym takim nie świadczą. PiS chce korzystać z władzy dla samej władzy oraz po to, by czerpać z niej korzyści osobiste.

108679205_10163900586775611_3939235186617477649_n

Czemu PiS jest tak popularny w mniejszych miejscowościach? Jak sądzę, z dwu powodów:

  • PiS dowartościował ich mieszkańców symbolicznie. Do miasteczek, w których nigdy dotąd nie widziano ważnego polityka, przyjeżdżali czołowi przedstawiciele PiSu, a zwłaszcza sam Andrzej Duda – krajoznawca, który odwiedził wszystkie 380 powiatów – i mówili mieszkańcom „wy jesteście solą ziemi, jesteście wspaniali tacy, jacy jesteście, nie musicie się zmieniać, byleście na nas zagłosowali”. Sami pozowali na „zwykłych Polaków”, takich, jak inni, nie jakieś wielkomiejskie elity; Beata Szydło ma tu naturalne talenty, ale Duda też wypadał nieźle, choć gdzie indziej chwalił się swoim inteligenckim pochodzeniem. W dodatku te wizyty były sprawnie zorganizowane i dobrze przygotowane merytorycznie: Jeśli problemem jakiejś miejscowości był brakujący most czy zamykany zakład pracy, Duda o tym wiedział i mówił o tym moście i pracodawcy. Ludzie to doceniali, widzieli, że Duda zna ich problemy i one go obchodzą. Takich kompetencji anty-PiSowi dramatycznie brakuje.
  • Na prowincji trudniej o pracę, zarobki są niższe, w licznych wiejskich rodzinach emerytura rolnicza babci czy dziadka jest jedynym stałym źródłem dochodu, za to dzieci rodzi się więcej. Dlatego świadczenia socjalne, w tym 500+ i trzynasta emerytura, mają tam relatywnie większe znaczenie, niż w dużych miastach. Tamtejsi wyborcy bardziej doceniają PiSowskie transfery socjalne i boją się ich utraty, czym – kłamliwie – straszył PiS na wypadek wygranej Trzaskowskiego.

Z tego dla opozycji powinien płynąć oczywisty wniosek: Musi jak najszybciej, najlepiej natychmiast, zacząć swoją „pracę organiczną” na prowincji: jeździć do mniejszych miejscowości, spotykać się z ludźmi, rozmawiać, wyjaśniać, uspokajać, wspierać lokalnych sympatyków, którzy, choć nieliczni, tam przecież są, mieć jakiś program rozwoju tych miejscowości, próbować organizować swoje struktury. Jeździć nie powinni jedynie działacze niższego i średniego szczebla – oni też – ale osoby publicznie rozpoznawalne. Nie będzie łatwo, ale anty-PiS musi w tych działaniach wytrwać.  Nie trzeba przy tym oczekiwać jakiegoś odwojowania prowincji – wystarczy, ale też koniecznie trzeba, poprawić tam swoją pozycję na tyle, żeby zyskane głosy przeważyły szalę. Żeby PiS nie wygrywał 63:37 na wsi i 54:46 w miasteczkach, ale 55:45 na wsi i 51:49 w miasteczkach.

Jest wszakże jeszcze jeden aspekt, na który usilnie zwraca uwagę jeden z komentatorów: Mianowicie, PiS (i Duda) wyraźnie wygrywają w regionach historycznie biedniejszych.

syndrom-ciany-wschodniej-l

Powyższa mapa przedstawia rozkład gmin biednych (czerwone) i bogatych (zielone) według stanu z 1997. Tłumaczy ona nie tylko enklawy anty-PiSu na ścianie wschodniej, ale i to, dlaczego w niedzielnych wyborach województwo łódzkie głosowało na Dudę. Ale przecież to są dane sprzed dwudziestu lat! Czemu ówczesny poziom życia miałby mieć aż taki wpływ na obecne wybory polityczne? Wspomniany komentator odpowiada:

Bo korelacja nie jest z obecnym poziomem zamożności, tylko z funkcjonującym przez 20 lat mechanizmem zasysania funduszy z zewnątrz (od pewnego momentu oczywiście głównie europejskich) jako podstawowym sposobem na życie. Różnice w poziomie życia w dużej mierze się dzięki temu wyrównały, różnice w mentalności i na rynku pracy – pogłębiły i utrwaliły.

Jeśli połączyć to z danymi, że większość osób, które same zarabiają na swoje utrzymanie, głosowała na Trzaskowskiego, ci zaś, którzy głównie korzystają z różnorakich form wsparcia, na Dudę, wyjdzie na to, że marksiści mieli rację: najważniejsza jest baza, a nadbudowa jest sprawą wtórną. Beneficjenci transferów głosują na tych, którzy obiecują transfery, nie zaś na tych, którzy powiadają, że gdyby się mocno postarać, transfery byłyby niepotrzebne. Staje się też w pełni zrozumiałe, dlaczego PiS, choć nieustannie mówi o tym, jak ciężkie jest położenie prowincji i jak koniecznie trzeba jej pomóc, nie robi nic, aby to położenie realnie poprawić – no przecież nie będą podcinać gałęzi, na której siedzą. Z czego z kolei można wyciągnąć – strach powiedzieć – neoliberalny wniosek, że ani transfery socjalne, które prowadzi PiS, ani wysokiej klasy usługi publiczne, o których – skądinąd słusznie, ale słusznie z innych powodów – marzy lewica, nie mogą zlikwidować tego podziału. Trzeba by zwiększyć przychody generowane lokalnie, nie zaś transfery, ale jak to zrobić? Ba! Tego chyba nikt nie wie 😦

A może się poddać i zalesić? Tylko że mieszkańcy jakoś tego nie chcą…

 

***** ***

Andrzej Duda został ponownie wybrany na prezydenta. Andrzej Duda został wybrany w wyniku paskudnej, nieuczciwej kampanii, najwstrętniejszej, jaką mieliśmy po ’89. W kampanii, w której jedynym programem były obietnice rozdawnictwa z budżetu państwa, w której premier i członkowie rządu agitowali, jeżdżąc po Polsce w ramach „podróży służbowych” za publiczne pieniądze, spółki Skarbu Państwa finansowały elementy kampanii, w tym czarnej kampanii skierowanej przeciwko Trzaskowskiemu, w której TVP – publiczna z nazwy; są zresztą i inne rzeczy publiczne – wspierała go w stylu północnokoreańskim i ohydnie, nieuczciwie atakowała Rafała Trzaskowskiego, w której podsycano nastroje homofobiczne, antyniemieckie i antysemickie, w której Trzaskowskiemu i jego zwolennikom odmawiano patriotyzmu, a wręcz polskości. A i tak okazało się, że prawie połowa wyborców poparła Rafała Trzaskowskiego. PiS tą kampanią podzielił obywateli jeszcze bardziej, niż to się wydawało możliwe. Skutki tego podziału będziemy zasypywać latami, a cała, cała, odpowiedzialność za to spada na PiS.

Na zakończenie, już po ogłoszeniu wstępnych wyników, Duda faryzejsko zaprosił Rafała Trzaskowskiego, żeby uścisnęli sobie dłonie, rzekomo w imię zasypywania tych podziałów. Cóż za wstrętna, fałszywa obłuda! Ja bym tam Dudzie ręki nie podał. Niech Duda najpierw przeprosi za paski TVP, za straszenie, że Trzaskowski wprowadzi przymusową eutanazję starców i naukę masturbacji w szkołach, za Kaczyńskiego, który mówił, że Trzaskowski nie ma polskiej duszy i traktuje Polskę jako dodatek do Niemiec, za Żaryna, który twierdził, że Trzaskowski chce oddać Gdańsk Niemcom, za posłów i ministrów PiSu mówiących, że wyborcy Trzaskowskiego nie są Polakami.

Jak to powinno wyglądać, pokazał senator John McCain w trakcie kampanii w 2008.

Niektórzy łudzą się, że Andrzej Duda, w czasie swojej drugiej kadencji, zmieni się i usamodzielni, bo nie mogąc liczyć na trzecią kadencję, nie będzie musiał zabiegać o łaskę Kaczyńskiego. Ba, sam Andrzej Duda może tak myśleć, ale nic takiego się nie zdarzy. Gość po prostu nie ma kwalifikacji, aby na coś takiego się zdobyć. Owszem, wykona kilka gestów, ale nieskutecznych, gdyż PiS szybko pokaże mu, gdzie jego miejsce i Duda szybko powróci do zajęć, które chyba nawet jakoś lubi: nocnych czatów z Ruchadłem Leśnym, jazdy na nartach, podróży krajoznawczych po Polsce, wizyt zagranicznych, a także celebrowania monarszych prerogatyw prezydenta. I będzie nadal podpisywał wszystko, co mu Kaczyński każe.

Może przestanę komentować bieżącą politykę? Po rządach PiS, wzmocnionych reelekcją Dudy, spodziewam się wszystkiego najgorszego. Najgorszego, najgłupszego, bezprawnego i najbardziej żenującego. Jak się wydaje, tylko dwie rzeczy będą w stanie powstrzymać PiS:

Po pierwsze, głębokie załamanie gospodarcze, będące w znacznej mierze skutkiem światowego lockdownu. Ponieważ na czas kampanii PiS ukrywał informacje o stanie gospodarki, nie wiemy, czy jest on zły, bardzo zły, czy wręcz katastrofalny. Tym jednak PiS się nie przejmie, gdyż tam jest zbyt mało osób na tyle przenikliwych, żeby dostrzec problem, a gdy już go dostrzegą, będą bez zmrużenia oka przerzucać skutki na społeczeństwo, wmawiając, że to wynik antypolskich knowań zagranicy zazdrosnej o to, że „Polska wstaje z kolan”. I tym bardziej będą chcieli dokręcić nam śrubę.

Po drugie, konflikty wewnątrz samego PiSu. Ponieważ w najbliższych latach nie będzie żadnych wyborów, ta szkodliwa formacja może przestać udawać jedność i jedni drugim rzucą się do gardeł, żeby wydrzeć jak największe fragmenty łupu przypadającego – w ich mniemaniu, w sposób naturalny – władzy. Może się wzajemnie pozagryzają?

Czego im z całego serca życzę.

Drodzy wyborcy!

Drodzy wyborcy Szymona Hołowni, Roberta Biedronia, Władysława Kosiniaka-Kamysza, a także wyborcy Krzysztofa Bosaka! No cóż, Wasz kandydat nie wszedł do drugiej tury i jest Wam z tego powodu przykro. Czujecie żal i rozgoryczenie, gdyż uważacie, że program Waszego kandydata jest dobry dla Polski, a on sam jest wartościowym człowiekiem, a mimo to Wasz kandydat przegrał. Wiem, że tak uważacie, przecież gdybyście uważali inaczej, to byście inaczej zagłosowali. Może następnym razem Wasz kandydat wygra? Ale czy będzie jakiś następny raz? Czy w przewidywalnej przyszłości w Polsce możliwe będzie, by kandydaci spierali się na programy, osobowości, wizje Polski, a wygra ten, kto przekona do siebie większość? Jest wiele krajów, w których wybory formalnie się odbywają, ale mimo to nie ma możliwości, by wygrał ktokolwiek poza oficjalnym kandydatem władzy. Sprawa jest tak prosta, a zarazem tak fundamentalna: czy nadal będziemy krajem Zachodu, czy czymś nieokreślonym pomiędzy Zachodem a Wschodem, ze skłonnością do tego drugiego. Do drugiej tury, poza urzędującym prezydentem, wszedł kandydat, którego nie poparliście. Wiem, że odnosicie się do niego krytycznie, ale jest to kandydat demokratyczny, szanujący wszystkich wyborców i ich prawo do wyrażania swojej opinii. Głosując 12 lipca na Rafała Trzaskowskiego, możecie zdecydować, że prawo to nadal będzie w Polsce respektowane.

Drodzy wyborcy Andrzeja Dudy! Różnimy się w wielu sprawach w sposób głęboki i zasadniczy, ale nie macie się czego bać! Ani Rafał Trzaskowski, ani jego zwolennicy, nie są Waszymi wrogami, a jedynie politycznymi przeciwnikami. Nie chcemy Was zniszczyć, upokorzyć, wyeliminować, wypędzić z kraju czy uniemożliwić Wam kultywowanie Waszych wartości. Chcemy Was tylko pokonać w demokratycznej procedurze wyborczej. Jako prezydent, Trzaskowski nie wprowadzi do szkół nauki masturbacji, nie będzie odbierał dzieci rodzicom, nie zabierze Wam 500+, nie zabierze Wam emerytur i nie zmusi Was do powrotu do pracy, nie odda Niemcom Gdańska, nie zabroni Wam być dumnymi patriotami, nie zabroni Wam chodzić do kościoła i posyłać dzieci do komunii. A przede wszystkim nie zabroni Wam pielęgnować i propagować Waszą wizję Polski – czego, niestety, nie da się powiedzieć o obecnym prezydencie.

Drodzy wyborcy wahający się, niepewni, obojętni! Władza powinna być kontrolowana. Każda władza, nawet działając w dobrej wierze – a ja o obecnej władzy tego powiedzieć nie mogę – jeśli nie jest kontrolowana, z czasem popada w samozadowolenie, przekonanie o własnej nieomylności i zaczyna popełniać błędy. Obecnie władzy PiS, a tak naprawdę jednoosobowej władzy Jarosława Kaczyńskiego, nikt nie kontroluje. W Sejmie PiS ma bezwzględną większość, sejmowa opozycja jest pozbawiona realnych funkcji kontrolnych, poprawki Senatu są odrzucane, najwyższe instancje sądownicze, w tym Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny, są obsadzone ludźmi nominowanymi tam przez PiS, zresztą o bardzo wątpliwych kwalifikacjach, jak prokurator Piotrowicz, od którego przysięgę odbierał Andrzej Duda. W efekcie spółkami Skarbu Państwa, za ciężkie pieniądze, zarządzają osoby niekompetentne, doprowadzające swoje firmy do strat, władza lansuje gigantyczne, nieprzemyślane inwestycje, które – jak przekop Mierzei Wiślanej – zwrócą się za 450 lat, rośnie import węgla z Rosji, minister Szumowski za miliony kupuje bezwartościowe maseczki od swojego instruktora narciarskiego, a przede wszystkim PiS uchwala bardzo kiepskie prawo. Ustawy pisane na kolanie, bez dyskusji, bez konsultacji, bez zwracania uwagi na opinie ekspertów, przepychane przez parlament w ciągu kilkunastu godzin, a potem mechanicznie podpisywane przez Andrzeja Dudę, albo psują wizerunek naszego kraju, jak ustawa o IPN, albo muszą być natychmiast nowelizowane, bo są tak pełne dziur i niespójności. Niektóry ustawy były już nowelizowane osiem razy! Dlaczego PiS pozwala sobie na uchwalanie tak źle przygotowanych ustaw? Bo wie, że Andrzej Duda im je bez zastanowienia podpisze. On im wszystko podpisuje. (Mówicie, że zawetował ustawy sądowe? Tak, ale po chwili, po „negocjacjach” z Kaczyńskim, podpisał nowe, zawierające te same przepisy, które wcześniej na pokaz zawetował.)

Teraz Andrzej Duda podpisał „Tarczę Antykryzysową 4.0”. 4.0? To nie dało się od razu napisać dobrej ustawy? Jak widać nie, nie w procesie legislacyjnym, który prowadzi PiS i którego nikt nie kontroluje. Ustawa ta, oprócz dopłat do kredytów i podobnych rozwiązań, przewiduje także karę bezwzględnego więzienia za nieumyślne błędy medyczne, które doprowadziły do śmierci pacjenta. Pomijając, że przepis ten nie ma nic wspólnego ze zwalczaniem skutków epidemii, proszę pomyśleć: więzienie za nieumyślne błędy medyczne?! Który lekarz podejmie się teraz ryzykownej operacji wiedząc, że w wypadku powikłań, które się przecież zdarzają, prokurator będzie ich chciał posłać za kraty? W wyniku operacji część pacjentów udałoby się wyleczyć, a przynajmniej poprawić ich jakość życia, ale część, no cóż, umrze. Bez operacji wszyscy ci pacjenci umrą, ale prokurator nie będzie miał podstaw do czepiania się lekarzy. Andrzej Duda to podpisał.

Drodzy wyborcy! Zastanówcie się, czy chcecie, by PiS przez kolejne lata mógł uchwalać byle jakie prawo, wymyślone w ciągu kilku godzin przez jakiegoś partyjnego aparatczyka, który nie jest w stanie ogarnąć skutków wprowadzanej legislacji, ale nie musi się bać, że prezydent kiepskie, wadliwe prawo zawetuje. Jeśli nie chcecie, by prezydent bezmyślnie podpisywał wszystko, co mu PiS podsunie, zagłosujcie 12 lipca na Rafała Trzaskowskiego. Choćby po to, by PiS musiał się lepiej przyłożyć do rządzenia Polską.

Drodzy wyborcy Rafała Trzaskowskiego! Tak trzymać! Wygramy to!

 

EaqTXOjWoAYZrrX

Gdzie jest redaktor?!

Bogdan Góralczyk, Węgierski syndrom: Trianon, Wydawnictwo Akademickie DIALOG, 2020

Zapewne nie powinno pisać się recenzji książek bardzo daleko wykraczających poza obszar kompetencji recenzenta. Jest jednak w tej książce coś, co mnie tak niesłychanie złości, że nie wytrzymałem: kompletny brak redakcji!

Prof. Bogdan Góralczyk jest, jak sam o sobie mówi, sinologiem i politologiem z wykształcenia, hungarystą z zamiłowania. Kilka tygodni temu minęła setna rocznica traktatu z Trianon, który Węgry zmuszone były podpisać po zakończeniu Pierwszej Wojny Światowej. Jest to dla Węgrów straszliwa trauma, dla nas porównywalna z traumą rozbiorów, rzutująca na politykę węgierską w okresie międzywojennym i w czasie Drugiej Wojny Światowej oraz, jak się okazuje, współcześnie, pod rządami Viktora Orbána. Perspektywa Trianon rzuca nowe światło na politykę obecnego premiera Węgier.

W wyniku traktatu z Trianon Węgry straciły 2/3 powierzchni i 1/3 ludności etnicznie węgierskiej. Granice ukształtowane w Trianon obowiązują do dnia dzisiejszego.

Te sprawy nie są w Polsce szerzej znane. Mnie co prawda, za komuny, w klasie mat-fiz, uczono o traktacie z Trianon i musiałem umieć wymienić wszystkie ziemie, które Węgry utraciły, ale nikt mi nie tłumaczył, co to znaczy. Prof. Góralczyk postanowił na stulecie traktatu przybliżyć te fakty publiczności polskiej, obficie korzystając z niedawnych węgierskich publikacji. To bardzo cenne, gdyż poza garstką hungarystów i historyków zajmujących się tym okresem i tą częścią Europy, Polacy o tym fragmencie historii Węgier niewiele wiedzą. Góralczyk otwarcie przyznaje, że nie pisze „obiektywnej” historii ziem Korony Św. Stefana, ale prezentuje węgierski punkt widzenia.

Węgry w okresie cesarsko-królewskim, a więc w latach 1867-1914, przeżywały bodaj najlepszy okres swojej historii. Kwitła duma narodowa, kraj się bogacił, Budapeszt stawał się nowoczesnym, europejskim miastem, pełnym imponujących budowli. Odbywały się wybory, ale prawa wyborcze miało niewiele ponad 7% mieszkańców: rządziła arystokracja i posiadacze ziemscy. Etniczni Węgrzy stanowili mniej niż połowę mieszkańców Królestwa, byli bowiem też Sasi (potomkowie osadników niemieckich), Niemcy (Austriacy) na zachodzie, Żydzi, choć w większości zmadziaryzowani, Rumuni w Siedmiogrodzie i Słowianie na północy (Słowacy i Rusini) i na południu (Chorwaci i Serbowie), trochę Włochów. Jednak to głównie Węgrzy byli posiadaczami ziemskimi, a wszelkie postulaty emancypacyjne mniejszości narodowych były tłumione. Przeciwnie, Węgry prowadziły politykę forsownej madziaryzacji, na przykład wprowadzając język węgierski jako jedyny język nauczania już w szkołach najniższego szczebla (nie dotyczyło to Chorwacji, która, z historycznych powodów, zachowała pewną odrębność).

Pierwsza Wojna Światowa była dla Węgier katastrofą. Węgry, rzecz jasna, uczestniczyły w niej jako część c-k monarchii, żołnierze węgierscy walczyli i ginęli na frontach wschodnim, bałkańskim i włoskim. Węgry do ostatniego dnia pozostawały wierne Austrii (i Niemcom), a węgierscy politycy nie dopuszczali nawet myśli o jakichkolwiek, choćby najmniejszych ustępstwach terytorialnych. Węgry wyszły z wojny zrujnowane, objęte strajkami i zdemoralizowane, panował głód, drożyzna, a terytoria zamieszkałe przez mniejszości narodowe były zajęte przez kraje będące sojusznikami Ententy.

Ententa traktowała Węgry jak pokonanego wroga. Ustalała granice ze swoimi sojusznikami, Chorwacją, Serbią, Rumunią i Czechosłowacją, a z Węgrami nawet nie rozmawiała. Faktem jest – czego Góralczyk nie pisze wprost, ale jasno wynika to z jego wywodów – że nie bardzo było wiadomo, z kim rozmawiać. Na Węgrzech panował polityczny chaos, rządy upadały, proklamowano Republikę Węgierską, potem bolszewicką (!) Węgierską Republikę Rad, wreszcie formalnie przywrócono monarchię, ale bez króla. Władzę próbował odzyskać ostatni habsburski cesarz. W końcu władzę, jako regent, przejął admirał Miklos Horthy – admirał w kraju pozbawionym dostępu do morza.

Gdy w końcu Węgry zostały dopuszczone do rozmów pokojowych, po roku ich trwania, okazało się, że granice Węgier są już ustalone. Na nic zdały się rzetelne argumenty polityków węgierskich, wskazujących na obszary przyznane innym krajom, choć w rzeczywistości zamieszkałe przez zwarte populacje węgierskojęzyczne. Przywódcy Ententy demonstrowali kolosalną nieznajomość geografii tej części Europy i panujących tu stosunków etnicznych. Los Węgier zresztą niewiele ich obchodził: Francji zależało na osłabieniu Niemiec, Wielkiej Brytanii na tym, żeby Francja się przy okazji przesadnie nie wzmocniła, a wszystkim na zbudowaniu bufora antybolszewickiego z krajów, które skorzystały na rozpadzie Austro-Węgier. Ententa pozorowała negocjacje z Węgrami, na przykład namawiając je do rezygnacji ze skutecznej ofensywy, w której Węgry odzyskały południową Słowację, etnicznie węgierską; w zamian Ententa obiecywała powstrzymanie ofensywy rumuńskiej. Węgrzy się wycofali, ich armia się rozpierzchła, Rumuni nie, i w efekcie przez pewien czas okupowali znaczną część Węgier, łącznie z Budapesztem. Wszystko to wytworzyło wśród Węgrów przekonanie, że Ententa ich oszukała. Pod koniec lat ’30 pchnęło to Węgry w stronę faszystowskich Niemiec, dających nadzieję na rewizję z ustaleń z Trianon. Z dzisiejszej perspektywy jasno widać, że Węgry po Pierwszej Wojnie musiały zrezygnować z części swoich terytoriów, ale nie musiała to być amputacja aż tak wielkich obszarów. Nieufność do Ententy współcześnie przeniosła się na nieufność do Unii Europejskiej, podejrzewanie jej o niecne intencje wobec Węgier.

To wszystko jest ciekawe i, jak się okazuje, ważne dla zrozumienia współczesnej polityki węgierskiej. To dobrze, że prof. Góralczyk zechciał opisać to dla polskiego czytelnika. Nie mam żadnych podstaw, aby kwestionować rzetelność przedstawionych faktów. Niestety, książka od strony edytorskiej przygotowana jest fatalnie, co bardzo psuje korzystne wrażenie, jakie sprawia jej zawartość merytoryczna.

Mówiąc brutalnie, widać, że autor się spieszył, chcąc zdążyć ze swoją książką na rocznicę. Wydawnictwo też pewnie chciało zarobić na rocznicy, w związku z tym jakość opublikowanego tekstu niewiele ich obchodziła.

Tekst sprawia wrażenie, jakby była to wersja robocza, surowy tekst, nad którym dopiero należałoby zacząć pracę redakcyjną. Pełno jest w nim denerwujących powtórzeń, tak jakby autor postanowił coś dopisać nie pamiętając, że napisał to samo dosłownie kilka linijek wyżej (na przykład informacja o cenach słoniny na str. 139 jest powtórzona po siedmiu linijkach). Góralczyk nie pisze kroniki wydarzeń dzień po dniu, jest zupełnie naturalne, że omawiając jakieś zagadnienie, wybiega momentami w przyszłość, by potem cofnąć się do wydarzeń wcześniejszych. Ponieważ jednak autor nie panuje nad tekstem, czasami prowadzi to do konfuzji. Na przykład, omawiając ustawy antyżydowskie z 1938, wspomina o „ustaleniach pierwszego arbitrażu wiedeńskiego” (str. 205), podczas gdy co to był ów arbitraż, jest wyjaśnione dopiero kilka stron dalej (str. 209). Jak sądzę, większość polskich czytelników nie wie, co to był „pierwszy arbitraż wiedeński” – gdyby wiedzieli, książka Góralczyka być może nie byłaby potrzebna – więc nie wypada odwoływać się do faktu historycznego zanim się go nie przedstawiło. Takich miejsc jest więcej, a występują też ich kombinacje: Na str. 189 Góralczyk pisze, że po referendum w mieście Balassagyarmat, gdzie mieszkańcy opowiedzieli się na pozostaniem przy Węgrzech, miasto to zaczęto nazywać Najodważniejszym (Civitas Fortissima). Po czym w następnym akapicie, dotyczącym kolejnego referendum (plebiscytu) przynależnościowego, czytamy:

[…] Sopron, miasto Najwierniejsze, był stolicą Burgerlandu. Ostatecznie 65 proc. głosujących opowiedziało się za Węgrami […] Sopron otrzymał inny tytuł – miasta najwierniejszego (Civitas Fidelissima).

Są fragmenty niejasne. Na str. 133 Góralczyk wspomina o nacjonalistycznej organizacji MOVE, a potem omawia Węgierską Partię Komunistyczną, jej organ prasowy „Czerwoną Gazetę” i głoszone tam postulaty. Po czym (str. 134):

Z obawy przed tymi postulatami, władze Republiki zarządziły rewizje i przeszukania mieszkań osób związanych z „Czerwoną gazetą” [małe „g”, tak w tekście], a niejako dla przeciwwagi zrobiono to także z sympatykami MOVE.
Szacuje się liczebność tej partii w początkach marca 2019 na 10-15 tys. w Budapeszcie i 20-25 tys. na prowincji. Niesieni na fali wydarzeń przywódcy komunistyczni poczuli się jednak na tyle silni, że […]

O liczebności której partii pisze tu Góralczyk? Logika tekstu zdaje się sugerować, że chodzi o komunistów, ale składnia, że o MOVE.

Albo dalej, str. 146:

Gabinet Friedricha, który 7 sierpnia zgodził się na to, by arcyksiążę Józef, znowu włączony w węgierskie sprawy i pomocny w porozumieniu z wojskami rumuńskimi, został regentem Węgier i objął formalnie władzę w Budapeszcie od 8 sierpnia, korzystając z cichego poparcia ententy oraz neutralności wojsk rumuńskich.

Gdyby nie zaimek „który”, cytowane zdanie, choć niezgrabne, głosiłoby, że arcyksiążę Józef został regentem za zgodą rządu. Z tym zaimkiem wychodzi na to, że regentem został „gabinet Friedricha”, a wzmianka o arcyksięciu Józefie jest jedynie wtrąceniem.

Ostatni habsburski władca Austro-Węgier miał na imię Karol. Jako cesarz był Karolem I, ale jako król Węgier Karolem IV. Góralczyk stosuje obie te numeracje: jeśli odwołuje się do Karola jako cesarza, jest on I, jeśli do Karola jako króla, IV. Trochę niezręcznie jest czytać w tym samym akapicie o jednym i tym samym władcy raz jako o Karolu I, raz jako o IV, ale jest to przynajmniej konsekwentne. Z tym, że na str. 116 czytamy „król Karol I”.

Jeden z premierów Węgier nazywał się Mihaly Károlyi. Góralczyk pisze o nim jako o hrabim lub „czerwonym hrabim” (miał bardzo postępowe, jak na owe czasy, poglądy), ale raptem Károlyi staje się księciem.

Gdy autor omawia wydarzenia z końca Drugiej Wojny Światowej, przez kilka stron wspomina o węgierskich faszystach, strzałokrzyżowcach i nilaszowcach. Na przykład na str. 256:

Przeprowadzony z woli Niemców i głównie ich rękami pucz, doprowadził do władzy strzałokrzyżowców, czyli otwartych wyznawców faszyzmu. Nowy gabinet powołany 16 października 1944 roku formalnie – i jakże ironicznie – nazwano Rządem Jedności Narodowej. Sami nilaszowcy objęli w nim bowiem tylko tekę premiera i dwa resorty, a pozostałe trafiły do dwóch innych ugrupowań skrajnie nacjonalistycznych.

Czytelnicy, którzy dopiero z książki Góralczyka uczą się tego okresu historii Węgier, odniosą zapewne wrażenie, że strzałokrzyżowcy i nilaszowcy to różne, choć zapewne pokrewne ugrupowania. Otóż nie: Dopiero później, po kilku stronach posługiwania się tymi terminami, autor wyjaśnia, że to jest jedno i to samo: Strzałokrzyżowcy to polskie tłumaczenie, nilaszowcy zaś to spolszczenie węgierskiego terminu nyilaskeresztes. Naprawdę, nie powinno się tak pisać książki adresowanej do nie-specjalistów.

I tak dalej, i tak dalej.

No i na koniec, Góralczyk kilkakrotnie wspomina o „kościele św. Macieja”, w którym odbyły się koronacje ostatnich habsburskich władców Węgier. Niewątpliwie chodzi o budzińską Mátyás templom, kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, popularnie – tak przez Węgrów, jak i turystów – nazywany kościołem Macieja, na cześć średniowiecznego króla Macieja Korwina; w kościele znajdują się witraże upamiętniające tego władcę. Macieja, nie św. Macieja. Wiem, że to drobiazg i czepialstwo z mojej strony, ale z drugiej strony niechlujstwo ze strony wydawcy, świadczące o braku szacunku dla czytelnika.

Zupełnie osobnym skandalem są zamieszczone w książce mapy. Trzecia (str. 230), przedstawiająca chwilowe nabytki terytorialne Węgier z czasów Drugiej Wojny, jest czytelna, ale nie wiedzieć czemu, napisy na niej są po węgiersku. Zamiast Bratysławy mamy więc Pozsony, zamiast Słowacji jest Szlovakia, zamiast Niemiec (bez ważnego dla nas podziału na Rzeszę i Generalną Gubernię) Németország. Jest to denerwujące, ale przynajmniej coś widać. Niestety, nie można tego powiedzieć o dwu poprzednich mapach: Wielkich Węgier sprzed Pierwszej Wojny (str. 43) i węgierskich strat terytorialnych po Trianon (str. 184). Zgaduję, że autor dostarczył kolorowe pliki graficzne, które ładnie wyświetlały się na ekranie komputera, ale po skonwertowaniu do formatu czarno-białego i przeskalowaniu do rozmiaru strony, stały się nieostre i kompletnie nieczytelne. Wydawca, który zdecydował się na wydrukowanie czegoś takiego w swojej książce, powinien się spalić ze wstydu. Góralczyk, co w pełni zrozumiałe, wielokrotnie odwołuje się do historycznych nazw krain geograficznych, jednak czytelnik nie może ich zlokalizować na zamieszczonych w książce mapach. Wiem (mniej więcej), gdzie jest Siedmiogród, ale Banat czy Bacska?

Ja wiem, z czego to wynika: Wydawnictwa zrezygnowały z funkcji redaktora. Po prostu drukują tekst, który dostarczył autor. Och, książka ma redaktora naukowego (prof. Jacek Wojnicki – zdaje się, że to kolega prof. Góralczyka z pracy) i osobę odpowiedzialną za redakcję i korektę (Leszek Kamiński). Zastanawiam się, co oni robili, zwłaszcza ten drugi? Tak więc autor się spieszy, żeby zdążyć z terminem, wydawnictwo drukuje, co dostało. Wychodzi książka merytorycznie wartościowa, ale nikt nie stara się sprostować pomyłek i niejasności drobnych, ale licznych, nikomu nie zależy na stylu i na tym, żeby książkę po prostu dobrze się czytało. Nikogo nie obchodzi, że opublikowane mapy są zupełnie nieczytelne. Ważne, że jest tekst, że ukazał się drukiem.

Jest to jednak obraz pewnego upadku 😦

1590406844.8915

P.s. Polskie przepisy o ciszy wyborczej są głupie 🙂

Pięciu

W wyborach prezydenckich, których pierwsza tura odbędzie się w niedzielę, staruje jedenastu kandydatów. Pięciu z nich to kandydaci demokratyczni:

  • Robert Biedroń
  • Szymon Hołownia
  • Władysław Kosiniak-Kamysz
  • Rafał Trzaskowski
  • Waldemar Witkowski

Kandydaci ci są różni, mają różne programy, temperamenty, poglądy, osobowości, wreszcie bardzo różne szanse na wejście do drugiej tury i ostateczne pokonanie urzędującego prezydenta z PiS. W wielu szczegółowych sprawach, jakie się pojawią, nie będą zajmować takich samych stanowisk. Ale głos na każdego z tej piątki będzie głosem za Polską demokratyczną, proeuropejską, starającą się realizować zasadę rządów prawa.

Głos na któregokolwiek z pozostałych kandydatów nie spełni tych wymagań.

Nie ma kandydatów idealnych, ale każdy demokrata może wśród piątki kandydatów demokratycznych znaleźć tego, który najbardziej odpowiada jego lub jej zapatrywaniom. W pierwszej turze można dać wyraz swoim przekonaniom, ale można też głosować taktycznie, kalkulując, co będzie lepsze z punktu widzenia drugiej tury, byle obracać się wśród demokratycznej piątki.

Ważne, aby wszyscy demokraci w drugiej turze poparli tego, kto do drugiej tury wejdzie. Nawet jeśli okaże się, że jest to mniej idealny kandydat niż ten, na którego zagłosujemy w turze pierwszej. W przeciwnym razie grożą nam niedemokratyczne, autorytarne, niekompetentne rządy, faworyzujące swojaków, forsujące ideologię, która większości obywateli Polski nie odpowiada, odwracające się od Europy, poniewierające „gorszym sortem”.