Gowin czyta Horacego

Pomińmy na chwilę cały etyczny, prawny i polityczny skandal związany z umową pomiędzy Jarosławem Gowinem a Jarosławem Kaczyńskim w kwestii poparcia wyborów korespondencyjnych w zamian za ich przełożenie. Pochylmy się nad ciężkim losem Gowina.

Dostrzegł on bowiem, że rozdrażniony Jarosław Kaczyński nie żartuje i jeśli gowinowcy zagłosują przeciwko odrzuceniu senackiego weta, oni wszyscy, a także ich żony, mężowie, dzieci i liczni niezbyt udani kuzyni stracą posady w urzędach państwowych, spółkach skarbu państwa i w samorządzie. Wszyscy co do jednego i natychmiast, a wtedy własna partia rozszarpie Gowina na sztuki. To niezbyt miła perspektywa, trzeba więc się było ugiąć przed Kaczyńskim i robić dobrą minę do złej gry, że mianowicie wybory nie odbędą się w maju.

Tym samym jednak Jarosław Gowin utracił wszelką wiarygodność polityczną (etyczną stracił już dawno). Niektórzy spekulowali, że Gowin a to zostanie nowym marszałkiem Sejmu, a to premierem technicznym, a to że będzie tworzył nową chadecję wraz z PSL i częścią masy spadkowej po Platformie, że wreszcie sam będzie w przyszłości kandydował na prezydenta. Nic z tego. Po całym jego hamletyzowaniu, fałszywych negocjacjach z opozycją i nocnym dealu z Kaczyńskim, obecna opozycja będzie się brzydzić dotknąć Gowina nawet kijem od szczotki. Układając się nocą z Kaczyńskim, Gowin porzucił nadzieję długą – na przyszłą wielką karierę – na rzecz nadziei krótkiej – na dalsze trwanie w polityce na warunkach nieco tylko gorszych, niż dotychczasowe. Co będzie dalej? Przyszłość jest taka niepewna, fuge quaerere!

Gowinowi zostaje tylko wiara w Tysiącletni PiS, ale i tu może się srodze zawieść. Mściwy  Kaczyński nie wybaczy Gowinowi upokorzenia i ukarze go przy konstrukcji następnych list wyborczych. A może być nawet gorzej. Nie trzeba babilońskich wróżbitów by wiedzieć, że wiarołomny Kaczyński nie słynie z dotrzymywania słowa i może zmienić zdanie na takie, jakie mu akurat będzie pasowało. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że chodziło tylko o głosy gowinowców potrzebne do odrzucenia weta Senatu, a teraz Julia „Wolfgangowa” Przyłębska, odkrycie towarzyskie, szybko stwierdzi, że marszałek Sejmu może dowolnie przesuwać termin raz ogłoszonych wyborów i głosowanie przy użyciu krążących po internecie kart Sasina jednak odbędzie się 23 maja. Bo tak. A wyznaczona przez pana Zbyszka jedna z nowych izb odzyskanego Sądu Najwyższego uzna, że tak dokonany wybór jest prawidłowy. Nie puellae risus usłyszy wtedy Gowin, ale chichot historii.

Właściwie tego bym nawet Gowinowi życzył. A wybory? Jak pisałem, wybierzcie sobie – czy właściwie mianujcie – tego pajaca Dudę na drugą kadencję i dajcie nam wszystkim święty spokój.

382px-Horacy_-_domniemany_portret

Głosować, nie głosować?

W czasach pierwszej Solidarności wszyscy zastanawiali się „Wejdą, nie wejdą? – mowa była oczywiście o Sowietach. Z czasem przerodziło to się w rodzaj wisielczego humoru. Dzisiaj anty-PiS zastanawia się „Głosować, nie głosować?” w nadchodzących wyborach prezydenckich.

Nikt nie twierdzi, że wybory będą normalne, poprzedzone normalną kampanią wyborczą, w której kandydaci mieliby choć w przybliżeniu równe szanse.  Andrzej Duda brylował w publicznych mediach – jak wyliczono, w TVP Info od połowy marca do połowy kwietnia Duda prezentował się łącznie przez dwadzieścia godzin, natomiast Małgorzata Kidawa-Błońska przez dwadzieścia minut, Władysław Kosiniak-Kamysz przez 10 minut – a rząd doklejał Dudę do kolejnych „tarcz antykryzysowych” i etapów walki z pandemią, mimo iż Duda nie ma w tym zakresie żadnych kompetencji, ani formalnych, wynikających ze sprawowanego urzędu, ani wynikających z wykształcenia, ani intelektualnych. Pozostali kandydaci de facto zawiesili swoje kampanie, pojawiając się od czasu do czasu jedynie w mediach społecznościowych lub w niezależnych telewizjach, a jedynymi tematami ich wypowiedzi była epidemia i… same wybory. Naturalna w kampanii ocena dotychczasowej prezydentury Dudy, pełnej żenujących wpadek i fatalnej dla Polski, oraz co zrobić, aby wygrzebać Polskę z upokarzającej pozycji międzynarodowej, przygotować kraj na kryzys gospodarczy – który zresztą zapewne nadszedł by i bez epidemii, choć oczywiście nie byłby tak koszmarny – i jak zaradzić złu, które w czasie swoich rządów szerzył PiS, zupełnie znikły. Sam Duda, który nie miał i nie ma nic ciekawego do zaoferowania, przykleił się do socjalnych transferów PiS i postanowił ich bronić: to był jedyny temat jego kampanii przed epidemią, a zresztą wrócił do tego jakiś tydzień temu.

Wszyscy w anty-PiSie zgadzają się, że przygotowywane obecnie wybory będą urągać standardom konstytucyjnym, że będą organizacyjną katastrofą, że w czasie ich przygotowania na wielką skalę łamane jest prawo, od zasad zmieniania kodeksu wyborczego zaczynając, na ochronie danych osobowych kończąc. A mimo to znaczna część anty-PiSu zamierza wziąć udział w głosowaniu i wręcz do tego zachęca.

Głównym argumentem jest, że „nie wolno się poddawać walkowerem”, a przede wszystkim, że jest szansa na drugą turę, a wtedy Duda może przegrać.

Podzielając opinię, że jeśli Andrzej Duda nie wygra w pierwszej turze, to ostatecznie przegra, zupełnie nie widzę podstaw do optymistycznego zakładania, że do drugiej tury dojdzie. Sądzę, że Andrzej Duda nie tyle wygra, ile zostanie ogłoszony zwycięzcą już po pierwszej turze.

Po pierwsze, ja wierzę w kampanie wyborcze, a tym bardziej w skutki ich braku przy jednostronnej, zmasowanej promocji jednego kandydata. Pomijając twardy elektorat PiSu, który bez względu na wszystko inne i tak zagłosowałby na Dudę, wiele osób zapewne szczerze uważa, że Duda walczy z pandemią, podczas gdy inni kandydaci zajmują się tylko gadaniem o wyborach. Państwowa telewizja nieustannie kandydatów opozycyjnych ośmiesza i dezawuuje. Do tego dochodzi efekt rally round the flag, jednoczenia się ludzi wokół władzy w chwili zagrożenia, zwłaszcza gdy wszystkie inne możliwości są utożsamiane z chaosem i anarchią.

Po drugie i ważniejsze, ja zupełnie nie mam zaufania do PiSu jako organizatorów tego głosowania. Jak pisałem,

głosowanie korespondencyjne to byłaby dobra zmiana, gdyby była dobrze przygotowana od strony organizacyjnej i gdyby można był zaufać organom państwa, które mają je przeprowadzać. A organom państwa PiSowskiego zaufać nie sposób, zwłaszcza gdy wymieniono całą PKW, gdy Trybunał Konstytucyjny stał się atrapą, gdy trwa zamach na SN, który ma orzec o ważności wyborów, gdy władza kompromituje się na zwykłym poziomie technicznym, organizując system zdalnego głosowania w Sejmie.

Teraz nawet PKW została pozbawiona części istotnych uprawnień (ten przepis już wszedł w życie), które ma przejąć (ten przepis jeszcze nie wszedł w życie!) „minister właściwy do spraw aktywów państwowych”. Jeśli natomiast chodzi o liczenie głosów, sam chaos i ogrom wyzwań organizacyjnych sprawią, że pomyłek przy liczeniu będzie co niemiara, tak wiele, że łatwo będzie zwątpić w wiarygodność wyników. I nawet jeśli nie zakładam ostentacyjnych oszustw wyborczych na rzecz kandydata Dudy, tym bardziej nie spodziewam się przechyłu na rzecz kandydatów opozycyjnych. Pod nadzorem „ministra właściwego do spraw aktywów państwowych” i ministra spraw wewnętrznych, wszelkie wątpliwości i zawirowania proceduralne będą działać na rzecz kandydata obozu rządzącego.

Do tego dochodzi jeszcze ryzyko, że głosowanie korespondencyjne przyczyni się do rozprzestrzeniania się epidemii – oczywiście mniej, niż tradycyjne głosowanie w lokalach wyborczych, ale bardziej, niż gdyby głosowanie w maju się nie odbyło.

Elektorat anty-PiSu – bardziej miejski, otwarty i wykształcony, niż elektorat PiSu w kilku ostatnich wyborach – bardziej boi się ryzyka rozkręcenia epidemii i choćby tylko z tego względu raczej zostanie w domu.

Z tych powodów spodziewam się, że kandydat Duda zostanie ogłoszony zwycięzcą już po pierwszej turze, niezależnie od stopnia mobilizacji elektoratu opozycyjnego. Upada zatem główny argument anty-PiSowskich zwolenników udziału w głosowaniu: bo w drugiej turze… Nie. Nie będzie drugiej tury.

Nie zamierzam wobec tego brać udziału w tym głosowaniu. Nie życzę sobie, aby mój udział w głosowaniu ktoś mógł uznać za dowód, iż uważam to głosowanie za wybory, o jakich mówi polska konstytucja, a zatem że kandydat Duda zostanie prawidłowo wybrany na drugą kadencję.

Wybierzcie sobie tego pajaca, skoro musicie. Ale bez mojego udziału. My, gdy przyjdzie na to pora, będziemy odbudowywać Polskę – przepis po przepisie, śrubka po śrubce, kamyk po kamyku. Będzie ciężko, tym ciężej, im dłużej ta szkodliwa formacja, PiS, i jej figurant Duda będą pozostawać u władzy, ale damy radę.

dudadoda

Ale może wyborów jednak nie będzie? Istnieje bowiem hipoteza alternatywna…

***

Takie jest moje stanowisko na dziś. Nie wykluczam wszakże, że ktoś mnie w ostatniej chwili skłoni do wzięcia udziału w głosowaniu. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale pozostaję otwarty na argumenty. Gdybym zdecydował się na udział w głosowaniu, zagłosowałbym na Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Chad Gadya

Nie znam żydowskich piosenek i obyczajów. Przypadkiem dowiedziałem się dzisiaj o istnieniu Chad Gadya, piosenki śpiewanej na zakończenie sederu. Ma ona formę dziecięcej wyliczanki, internety często przedstawiają ją jako wesołą piosenkę dla dzieci, choć w rzeczywistości tekst jest okrutny i zawiera elementy nauczania religijnego, zgodnie z zaleceniem będziesz opowiadał synowi swojemu (Wj 13:8). Podobno oryginalny tekst jest w języku aramejskim, ale jest to ułomny aramejski, pełen błędów i hebraizmów. W internetach dominuje wersja hebrajska.

Chad gadya znaczy koźlątko.

Koźlątko, koźlątko.
Ojciec kupił koźlątko za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł kot i zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł pies i zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł kij i zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł ogień i spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszła woda i zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł wół i wypił wodę, która zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł rzeźnik i zarżnął wołu, który wypił wodę, która zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł Anioł Zagłady i zabił rzeźnika, który zarżnął wołu, który wypił wodę, która zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Doprawdy, wesoła wyliczanka o zniszczeniu i śmierci. Ale to jest Pascha, z opowieścią o ofierze Baranka i zagładzie pierworodnych.

Są oczywiście dostępne wersje śpiewane w sposób tradycyjny, na przykład tutaj, ale dla mnie forma przekształcona jest łatwiejsza do słuchania.

Końcowa część piosenki, mniej więcej od 3:05 w wideo powyżej, o tym, że byłem jagnięciem, a stałem się lwem, a także nawiązująca do współczesnej sytuacji w Izraelu/Palestynie, to współczesny dodatek. Tekst kanoniczny kończy się bowiem tak:

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł Święty i Błogosławiony i poraził Anioła Zagłady, który zabił rzeźnika, który zarżnął wołu, który wypił wodę, która zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Chad-Gadya-from-the-Szyk-Haggadah

 

Kardynał George Pell

Na świecie dzieją się różne rzeczy, nie tylko epidemia i polska polityka. Żeby o tym sobie przypomnieć, wspomnę, że australijski Sąd Najwyższy ostatecznie uniewinnił i zwolnił z więzienia kard. George’a Pella, skazanego w niższej instancji na sześć lat więzienia za przestępstwa pedofilskie. Odsiedział nieco ponad rok. Można o tym przeczytać w mediach polskichbrytyjskich i rzecz jasna australijskich.

Reakcje na to orzeczenie są różne, ale w polskich internetach dominuje złość, że oto biskup-pedofil pozostanie bezkarny. Reakcje w Australii są podobne.

Wydaje mi się, że to są nieuzasadnione reakcje. Sprawę kard. Pella śledziłem i sądzę, że australijski Sąd Najwyższy wydał wyrok sprawiedliwy.

To była druga sprawa o molestowanie wytoczona Pellowi. W pierwszej oskarżano go o to, że jako młody ksiądz molestował chłopców na jakimś obozie wakacyjnym. Opowieść była dość wiarygodna, okoliczności ją uprawdopodobniały, ale do procesu nie doszło, bo człowiek, który oskarżał Pella, w międzyczasie zmarł, a inni nie chcieli zeznawać (dość typowe w sprawach o molestowanie). Gdy tamta sprawa jeszcze się toczyła, Pell, który pełnił wówczas wysokie funkcje w Watykanie i tam rezydował, na wszelkie sposoby starał się uniknąć przyjazdu do Australii. W końcu pojechał tam, zdaje się na wyraźne żądanie papieża Franciszka. I gdy się w Australii znalazł, wysunięto przeciwko niemu nowe oskarżenia, że mianowicie już jako arcybiskup, tuż po mszy, w szatach pontyfikalnych (!), zgwałcił dwóch chłopców (ostało się tylko jedno oskarżenie o gwałt, znów dlatego, że jedna z domniemanych ofiar zmarła). O ile to pierwsze oskarżenie było całkiem prawdopodobne, o tyle drugie nie trzymało się kupy, ale to właśnie w tej sprawie Pell stanął przed sądem i został skazany. Sąd pierwszej instancji odrzucił liczne wnioski dowodowe obrony, a Sąd Apelacyjny stanu Wiktoria podtrzymał wyrok.

Jest całkiem prawdopodobne, że Pell był winien w tej pierwszej, niezakończonej procesem sprawie, nie skazuje się jednak „za całokształt”, tylko za konkretne przestępstwo – a możliwe, że tego, za co został skazany, Pell akurat nie popełnił.

Pell odwołał się do Sądu Najwyższego, który stwierdził

The High Court found that the jury, acting rationally on the whole of the evidence, ought to have entertained a doubt as to the applicant’s guilt with respect to each of the offences for which he was convicted

a skoro są nieusuwalne wątpliwości, oskarżonego nie można skazać. Zastosowano rzymską zasadę in dubio pro reo, wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego.

Wydaje mi się, że kard. Pell był poniekąd oskarżonym symbolicznym. Australijski Kościół Katolicki dopuścił się wielu przewin, w tym przemocy seksualnej wobec dzieci i przemocy w ogóle, zwłaszcza wobec Aborygenów. Przez lata australijskie władze pod byle pretekstem odbierały Aborygenom dzieci i umieszczały je w zamkniętych ośrodkach, z których wiele prowadził Kościół. Tam te dzieci bywały molestowane seksualnie, a nieseksualna przemoc fizyczna i psychiczna była wręcz normą. (Podobnie działo się w Kanadzie z dziećmi rdzennych Amerykanów, w Irlandii zaś do masowej przemocy dochodziło w prowadzonych przez Kościół ośrodkach dla „upadłych dziewcząt”. Proszę to sobie zresztą porównać z Drewnianym różańcem, powieścią Natalii Rolleczek, opisującą realia polskiego przedwojennego sierocińca: przemoc jest tam wszechobecna, ale nie jest to przemoc o charakterze seksualnym.) Australijska Royal Commission oceniła, że aż 6% australijskich duchownych katolickich dopuściło się w badanym kilkudziesięcioletnim okresie przestępstw seksualnych wobec dzieci. To bardzo dużo. Do tego dochodziło ukrywanie i tuszowanie przez Kościół przestępstw seksualnych duchownych, przenoszenie sprawców z parafii do parafii, uciszanie, zastraszanie i przekupywanie oskarżycieli. Australijski Kościół mocno zapracował na publiczną niechęć, jaka go w rezultacie spotkała. I oto przed sądem stanął najwyższy rangą hierarcha tego Kościoła (Pell jest jedynym kardynałem z Australii)! Pojawiła się niewypowiedziana nigdy wprost presja społeczna, żeby go skazać za winy całej instytucji. Tylko znowu – tak nie wolno. Człowiek ma odpowiadać za swoje winy, nie za winy zbiorowości, której jest członkiem. Gdyby Pellowi postawiono zarzuty, że on sam przestępstwa innych księży tuszował czy ukrywał – proszę bardzo, sytuacja byłaby inna. Ale takiego zarzutu nie było. George Pell został pierwotnie skazany, a obecnie uniewinniony, w sprawie o gwałt, którego on sam miał się dopuścić.

W oczekiwaniu na zakończenie postępowania przed sądem świeckim, papież Franciszek nie nałożył na kard. George’a Pella żadnych kar kościelnych, nie pozbawił go kościelnych godności i nie usunął do stanu świeckiego, jak zrobił to z byłym już amerykańskim kardynałem Theodore McCarrickiem, którego przestępstwa seksualne nie budzą wątpliwości. Ponieważ sąd świecki ostatecznie Pella uniewinnił,  kary kościelne go nie spotkają, ale jego kariera jest skończona.

Nie piszę tego bo jestem jakimś fanem kard. Pella. Przeciwnie, nie jestem, bo to jest bardzo konserwatywny duchowny. W ogóle nie jestem fanem instytucjonalnego Kościoła i większości jego hierarchów. Całkowicie przy tym nie zgadzam się z abp. Jędraszewskim, który miał czelność przedstawić sprawę Pella jako przykład na prześladowanie Kościoła. Sądzę wszakże, że każdy ma prawo do sprawiedliwego procesu. Każdy, a więc także najpaskudniejszy przestępca. Każdy, a więc także kardynał. George Pell z dobrodziejstw tego prawa skorzystał.

george_pell

Telewizja transmituje

Jak smarować margaryną
Telewizja transmituje

Choć minister Dariusz Piontkowski, reptilianin, twierdzi, że szkoły świetnie sobie radzą ze zdalnym nauczaniem, wszyscy wiedzą, że to nieprawda. Telewizja Polska rozpoczęła więc nadawanie lekcji dla szkół, co byłoby pomysłem znakomitym, gdyby było to przyzwoicie przygotowane. Tymczasem przynajmniej niektóre lekcje to jest horror, który z pewnością przyniesie dzieciom więcej szkody, niż pożytku.

Ktoś widział lekcję fizyki i mówił, że niezła. Ktoś lekcję biologii i uznał, że dobra. Ktoś, kto oglądał lekcję historii, stwierdził, że cofnął się w czasie o 50 lat. Lekcje polskiego i historii sztuki (w ramach plastyki) były zwyczajnie śmiertelnie nudne. Na lekcji chemii słyszymy, że

ołów występuje na stacjach benzynowych, jest benzyna bezołowiowa

co gotów jestem uznać za skrót myślowy, nieudolne podanie dzieciom kontekstu, w którym mogły się z ołowiem zetknąć. Ale prawdziwym hitem są lekcje matematyki, czy też lekcje, które o matematykę zahaczają.

Najpierw jest lekcja o bocianie, gdzie nauczycielka nauczania początkowego myli obwód ze średnicą. Niektórzy sądzą, że to ze stresu. Otóż nie, ona się do tej lekcji przygotowała: wycięła sobie taśmę z kartonu, odmierzyła dwa metry, zaznaczyła na taśmie. Ona biedna naprawdę nie wie co to obwód, a co średnica.

Wisienką na torcie jest lekcja o liczbach parzystych. Dwie nauczycielki nauczania początkowego nieudolnie usiłują wytłumaczyć, co to są liczby parzyste:

10 jest liczbą parzystą, bo ma parę.

Myślę, że powyższe zdanie wejdzie do kanonu naszych narodowych cytatów.

Znajomi złoszczą się, że na te biedne nauczycielki wylała się fala hejtu. Mnie jest tych pań autentycznie żal, bo one się starały, bo uczyły, jak umieją, bo uczyły, jak zawsze uczą i nie rozumieją, dlaczego je to spotkało. No właśnie: uczyły, jak zawsze uczą. To są zwykłe nauczycielki, ani jakieś wybitne, ani szczególnie złe. Zwyczajne. Taka jest rzeczywistość polskiej szkoły. Epidemia COVID-19 obnaża nie tylko katastrofalny stan przygotowania naszego państwa do sytuacji nadzwyczajnych, ale także katastrofalny stan edukacji. Nieco ponad rok temu NIK biadała nad edukacją matematyczną w polskich szkołach. NIK zwróciła uwagę, że z edukacją matematyczną dzieje się coś złego na etapie wczesnoszkolnym:

Więcej niż połowa dzieci polskich – przed rozpoczęciem szkolnej edukacji – wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki, a co czwarte wysokim stopniem zadatków takich uzdolnień. Po kilku miesiącach nauki w szkole większość tych dzieci przestaje manifestować swoje znakomite możliwości umysłowe. Powodem jest spychanie tych dzieci do poziomu przeciętnych uczniów. W następnych latach szkolnej edukacji tendencja ta nasila się do tego stopnia, że tylko dwoje, troje starszych uczniów w klasie wykazuje się uzdolnieniami matematycznymi.

Z pewnością jest prawdą, że pierwsze miesiące, lata szkoły zniechęcają dzieci do nauki matematyki. Nie sądzę jednak, żeby powodem było spychanie do poziomu słabszych uczniów, tym bardziej, że w innym miejscu NIK pisze, że młodzież jako jedną z przyczyn trudności w opanowaniu matematyki podaje, że materiał jest podawany zbyt szybko.

Ktoś związany z Instytutem Badań Edukacyjnych podał inne wytłumaczenie, ale nie mogę teraz odnaleźć źródła cytatu: Olbrzymia większość czynnych nauczycieli nauczania początkowego – a właściwie nauczycielek, bo jest to segment całkowicie sfeminizowany – jest z roczników, które nie zdawały matematyki na maturze. Nie musiały się jej uczyć, no to się nie uczyły, poszły na kierunek, gdzie matematyka nie jest wymagana, a teraz muszą uczyć dzieci matematyki, choć same jej nie umieją i zapewne nie lubią. Dopust Boży! Pani ucząca o bocianie naprawdę uważa, że rozróżnianie średnicy i obwodu nie jest do niczego potrzebne, mimo iż uczeń starszej klasy, który popełniłby taki błąd, dostałby jedynkę. Panie od liczb parzystych nie kojarzą podzielności przez dwa i nie przychodzi im do głowy, że grupkę dziesięciu piłeczek da się podzielić na dwie równe części, a grupki dziewięciu samochodzików nie. Takie osoby nie dość, że nikogo matematyki nie nauczą, to zniechęcą te dzieci, które mają naturalną skłonność do liczenia, rysowania figur i wykonywania prostych działań arytmetycznych.

Inaczej jest z panią, która uczy potęgowania. To nie jest nauczycielka nauczania początkowego, tylko nauczycielka matematyki. Wbrew temu, co ludzie piszą, pani nie myli się w potęgowaniu, tylko znaki jej się mieszają. I akurat to, że (-) razy (+) daje jej (+), gotów jestem uznać za pomyłkę wynikającą ze stresu spowodowanego obecnością kamery. Dość wstydliwą pomyłkę, ale tylko pomyłkę. Bardziej przeszkadza mi to, że pani mnoży liczbę ujemnom przez dodatniom. Tak, jak od pani uczącej o bocianie oczekujemy, żeby nie myliła obwodu ze średnicą, bo jest nauczycielką i odpowiada za to, co mówi dzieciom na lekcji, od pani uczącej o potęgowaniu oczekujemy, że będzie mówiła poprawną polszczyzną, bo jest nauczycielką i odpowiada za to, jak mówi dzieciom na lekcji.

Pani pomyliła się w znakach dwa razy. Drugi raz to był ten (-) razy (+), ale wcześniej po prostu zgubiła minus. A ja się, głupi, dziwuję, czemu studenci pierwszego roku nie dbają o znaki i nawiasy! Nie dbają, bo skoro nie jest to ważne dla nauczycieli, czemu miałoby być ważne dla nich? Skądinąd logika tej lekcji wskazuje, że pani miała obliczać nie -35, ale (-3)5, gdyż następne polecenie brzmi „nie wykonując działań sprawdź, czy wynik jest liczbą dodatnią, czy ujemną”. Pani zabiera się za ustalanie znaku potęg liczb ujemnych, co byłoby logicznym następstwem obliczenia (-3)5, ale pani tego toku myślowego nie dostrzega.

A zupełnie osobną, skandaliczną sprawą jest postawa TVP. Wzięli jakieś nauczycielki – jak sądzę, losowe, przeciętne, a nie specjalnie źle dobrane, żeby skompromitować nauczycieli, jak twierdzą niektórzy – kazali im nagrać lekcje, a potem puścili to na żywca. Już pomijam „paździerzową” scenografię, ale nie postarali się o jakiegoś redaktora, konsultanta merytorycznego, który by to przed emisją obejrzał i wyłapał ewidentne błędy?! Nie do pomyślenia. Mieli co najmniej dwa tygodnie, żeby się do tego przygotować! Nie mogą twierdzić, że ich nie stać, przecież właśnie dostali 2 miliardy. Po prostu w dupie mają merytoryczny poziom tych programów edukacyjnych. No przecież to nie są propagandowe filmiki z Kaczyńskim, Morawieckim czy Dudą. Anything goes.

Hieny

Nie chce mi się nawet pisać, że wprowadzanie zmian do kodeksu wyborczego w pośpiechu, z zaskoczenia, w środku nocy, na mniej niż dwa miesiące przed wyborami, w sytuacji, gdy wprowadzane rozwiązania są kompletnie nieprzygotowane, jest złamaniem Konstytucji, Regulaminu Sejmu i dobrych obyczajów. Nie spełnia żadnych standardów rzetelnej legislacji. Doklejanie ich do – dziurawych, kiepskich, ale jednak lepszych, niż żadnych – zabezpieczeń mających uchronić ogół pracujących i całą gospodarkę przed potworną katastrofą i szantażowanie w ten sposób opozycji, jest niemoralne. Przede wszystkim pokazuje to, że prawdziwym, najważniejszym celem Kaczyńskiego i PiS nie jest żadne przeciwdziałanie epidemii i jej strasznym skutkom gospodarczym i społecznym, ale utrzymanie władzy.

Skądinąd ułatwienie głosowania korespondencyjnego i głosowania przez pełnomocnika to byłyby dobre zmiany, gdyby były dobrze przygotowane od strony organizacyjnej i gdyby można był zaufać organom państwa, które mają je przeprowadzać. A organom państwa PiSowskiego zaufać nie sposób, zwłaszcza gdy wymieniono całą PKW, gdy Trybunał Konstytucyjny stał się atrapą, gdy trwa zamach na SN, który ma orzec o ważności wyborów, gdy władza kompromituje się na zwykłym poziomie technicznym, organizując system zdalnego głosowania w Sejmie.  PiS kilka lat temu wręcz histerycznie protestował przeciwko podobnym zmianom, argumentując, że tak oddane głosy można sfałszować. A dziś? Kto będzie sprawdzał prawidłowość tak przeprowadzanego procesu wyborczego? Kto będzie dostarczał pakiety wyborcze osobom na kwarantannie i w domowej izolacji, z których część z pewnością będzie chora, a potem te głosy odbierał? Liczył? Ile dodatkowych zachorowań, a może i ofiar śmiertelnych, to pochłonie? Nieważne! Byle PiS zachował władzę. Po trupach do celu.

Andrzejowi Dudzie najwyraźniej to nie przeszkadza. Może po prostu nie rozumie co się dzieje? To nie jest zbyt bystry i rozgarnięty człowiek. Gdyby jednak zachował jakieś resztki przyzwoitości, podpisałby tę ustawę ze względu na rozwiązania choć jako-tako chroniące pracowników i gospodarkę, po czym natychmiast ogłosił, że rezygnuje z udziału wyborach. Że wycofuje swoją kandydaturę. To byłoby zachowanie honorowe, no, ale jakoś na to nie liczę.

Jarosława Kaczyńskiego, złego człowieka, cała ta sytuacja najwyraźniej cieszy. On czerpie satysfakcję z krzywdzenia innych ludzi.

Wiem, że to co piszę, nie ma wielkiego znaczenia, ale muszę powiedzieć to wprost, nawet wiedząc, że wpływ moich słów na rzeczywistość będzie znikomo mały:

Jarosławie Kaczyński! Elżbieto Witek! Ryszardzie Terlecki! Mateuszu Morawiecki! Jarosławie Gowinie! Wszystkie posłanki i wszyscy posłowie PiS, którzyście uczestniczyli w uchwalaniu tej uzurpacji – hańba wam! Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla waszych działań. Jesteście podli. Jesteście zaślepieni. Jesteście egoistycznymi, pazernymi hienami, obojętnymi na los innych ludzi. Jesteście zakałą tej ziemi. Czuję do was pogardę i fizyczne obrzydzenie.

Mam nadzieję, że hieny (hyaeninae) się nie obrażą.

90963895_2917635131626472_827468266103373824_n

Sedewakantyzm

Galopujący Major zastanawia się, czy upór Kaczyńskiego, aby przeprowadzić wybory prezydenckie w maju, to nie „podpucha”. Mianowicie, opozycja argumentując – jak najbardziej zasadnie – że w maju wyborów przeprowadzić się nie da, a w każdym razie nie powinno, nie krytykuje rządu, że ani Polska nie była do kryzysu przygotowana, ani działania rządu już po wybuchu epidemii nie wyglądają na jakoś szczególnie skuteczne, więc władza może robiąc coś tam, coś tam, pławić się w sukcesie „silni-zwarci-gotowi” i pokazywać, że władza robi, a opozycja „politykuje”. Więc gdy w końcu Kaczyński łaskawie odwoła wybory, PiS będzie sobie długo i spokojnie rządził na mocy przepisów stanu wyjątkowego, a opozycja będzie skompromitowana.

Otóż nie wydaje mi się, aby taki był cunning plan Kaczyńskiego, który nie jest i nigdy nie był żadnym „genialnym strategiem”, a jedynie oportunistą, sprawnie wykorzystującym nadarzające się okazje i bezwzględnym menadżerem swojej formacji politycznej. Z tego względu znacznie bardziej skłaniam się do drugiej hipotezy Majora, że wybory jednak się odbędą, gdyż wybory w czasie epidemii to być może jedyna szansa Dudy. TVPiS pokazuje go nieustannie i chwali, a on sam udaje, że z epidemią walczy, choć formalnie i faktycznie ma do powiedzenia znacznie mniej, niż rząd, też zresztą niezbyt kompetentny. Z sondażu dla Gazety Wyborczej wynika, że w tej sytuacji Duda może wygrać w pierwszej turze. Przestraszony wirusem wielkomiejski elektorat nie pójdzie do głosowania, na popierającej Dudę prowincji frekwencja też spadnie w porównaniu z kilkoma ostatnimi wyborami, ale będzie na tyle duża, że Duda wygra. Przy frekwencji rzędu 30%, więc jego mandat będzie bardzo słaby, ale tym akurat Kaczyński się nie przejmuje.

Galopujący Major przewiduje, że PiS nie zrobi na 10 maja urlopu od kwarantanny, ale pod koniec kwietnia ogłosi, że epidemia się skończyła. Istotnie, ponoć są prognozy (ale czort wie, na ile wiarygodne) przewidujące, że pod koniec kwietnia liczba przypadków COVID-19 w Polsce się wysyci. Nie będzie to oznaczać, że epidemia ustąpiła, wirus nadal będzie obecny w populacji, nadal będą chorzy i umierający, ale rząd – więc PiS, więc Duda – ogłosi sukces.

Tymczasem o wpływie wyborów na epidemię świadczą choćby dane z Bawarii: Tam 15 marca odbyły się wybory lokalne i okazało się, że po tygodniu liczba nowych przypadków w Bawarii wyraźnie wzrosła ponad tempo narastania w innych landach (Dzień po wyborach ogłoszono, że druga tura odbędzie się jedynie korespondencyjnie.) Spodziewam się, że po 10 maja w Polsce pojawią się liczni nowi chorzy i wśród wyborców, i wśród członków komisji, ale PiS zupełnie się tym nie przejmie. Po trupach do celu, jak mówiono blisko dziesięć lat temu.

Na razie Andrzej Duda jest kiepskim prezydentem. Bardzo słabym, kompletnie niesamodzielnym, dość żenującym jako człowiek, bez żadnych, ale to dosłownie żadnych zasług dla Polski, sprzeniewierzającym się konstytucji, najsłabszym prezydentem, jakiego Polska kiedykolwiek miała – ale jest prezydentem. Jeśli wygra 10 maja w takim stylu, jak wyżej, zostanę sedewakantystą i będę Andrzeja Dudę traktował jak uzurpatora.

Andrzej Duda

Strach w czasie zarazy

Europa i Polska drżą przed pandemią koronawirusa. Wiadomo, że konsekwencje epidemii nie będą tylko zdrowotne, że jej wpływ na gospodarkę będzie o wiele, wiele bardziej poważny, niż to się w pierwszej chwili wydawało, jednak dziś najbardziej natarczywym pytaniem jest czy wirusa należy się bać ze względów zdrowotnych?

Tak. Nie. To zależy. Nie wiadomo. A skoro nie wiadomo, to lepiej się bać. Bać, zachować ostrożność, zabezpieczać siebie i innych, ale nie panikować.

W liczbach bezwzględnych na razie nie jest źle. Weźmy Włochy. Od początku wybuchu epidemii na COVID-19 zmarło tam prawie tysiąc trzysta osób. To dużo – o prawie tysiąc trzysta za dużo – ale z drugiej strony we Włoszech codziennie, ze wszystkich przyczyn łącznie (choroby układu krążenia, choroby nowotworowe, wszystkie inne choroby, wypadki i inne zdarzenia nagłe), umiera ponad 1700 osób. Mamy więc we Włoszech wzrost umieralności istotny, ale nie katastrofalny. Jakkolwiek cynicznie mogłoby to zabrzmieć, dodatkowe zgony spowodowane przez wirus, choć smutne i niepotrzebne, gdyby miały utrzymać się na obecnym poziomie, nie doprowadziłyby do załamania się państwa.

Jednak częstość zgonów będzie rosnąć, rosnąć też będzie liczba osób wymagających opieki medycznej. Na razie nowych przypadków przybywa w tempie wykładniczym. Ten wzrost kiedyś się wysyci, ale nie wiadomo, na jakim poziomie. Epidemia kiedyś ustąpi, ale nie wiadomo, kiedy. Zbyt słabo jeszcze znamy ten wirus, żeby coś wiarygodnie przewidywać.

Na świecie wciąż istnieją też inne choroby zakaźne, którymi niezbyt się przejmujemy, choć gruźlica zabija rocznie 1,6 mln osób, a malaria 1,2 mln. Koronawirusa się boimy, bo jest nowy, nieznany, nie bardzo rozumiemy jego dynamikę, nie wiemy, jak szybko mutuje, a przede wszystkim nie możemy się otrząsnąć z szoku, że coś takiego przytrafiło się nam w bogatej, sytej, bezpiecznej Europie i mimo wszelkich zdobyczy naukowych i dobrodziejstw cywilizacyjnych, którymi dysponujemy, nie umiemy sobie z tą chorobą poradzić.

Niektórzy eksperci szacują, że zakażeniu koronawirusem może ulec nawet 70% populacji. Większość przejdzie chorobę łagodnie lub z miernym natężeniem objawów, ale 15% chorych wymagać będzie pomocy medycznej, a – przyjmując oszacowania WHO odnośnie do śmiertelności – 1% chorych umrze. Weźmy teraz dane dla Polski. 38 mln x 0.7 x 0.01 ≈ 260 tysięcy. Ponieważ na najcięższą postać choroby zapadają najczęściej osoby o układzie odpornościowym osłabionym z racji wieku lub współistniejących ciężkich chorób i część z nich zapewne i tak by umarła, koronawirus może oznaczać dla Polski ∼ 200 tysięcy dodatkowych zgonów. To bardzo dużo, to 50% rocznej umieralności ze wszystkich innych przyczyn łącznie, ale to nie oznacza katastrofy populacyjnej.

Przyjrzyjmy się jednak liczbie osób, które mogą wymagać pomocy medycznej. 38 mln x 0.7 x 0.15 ≈ 4 mln! Tak wielka liczba dodatkowych chorych, gdyby miała się pojawić w okresie kilku tygodni, a nawet kilku miesięcy, oznaczałaby katastrofę i kompletne załamanie się systemu opieki zdrowotnej. Nie tylko chorzy na COVID-19 nie mogliby doczekać się pomocy. COVID-19 nie oznacza, że ludzie przestaną mieć zawały serca, udary, zatrucia czy inne stany wymagające pilnej pomocy. Jeśli służba zdrowia załamie się na skutek koronawirusa, umieralność z powodu innych chorób drastycznie wzrośnie. Ludzie zaczną umierać nie tylko na COVID-19, ale, pośrednio, z powodu COVID-19.

Najlepiej więc byłoby powstrzymać rozwój epidemii, ale ponieważ nie ma na nią szczepionki, jest to praktycznie niemożliwe. Wirus w naszej populacji pozostanie, przynajmniej na jakiś czas. To, na co można liczyć, to na spowolnienie postępu choroby, aby nowych przypadków przybywało raczej wolniej, niż szybciej, aby nie przekroczyć zdolności służby zdrowia do radzenia sobie z rosnącą liczbą chorych.

Polska przyjęła model „włoski” powstrzymywania postępu epidemii poprzez ograniczenie kontaktów społecznych. Dobra strona tego rozwiązania jest taka, że robimy to na wcześniejszym etapie epidemii, niż Włosi, więc możemy czerpać z ich doświadczeń, uczyć się na ich błędach. Tam dopuszczono, aby przez pierwsze dni koronawirus swobodnie hulał. My chyba wiemy, że kontakty społeczne naprawdę należy ograniczyć. Zła strona jest taka, że całkowicie kontaktów społecznych wyeliminować się po prostu nie da, a każde ich istotne ograniczenie niesie negatywne skutki gospodarcze i społeczne (przykład: zamknięcie szkół, korzystne z punktu widzenia powstrzymywania epidemii, spowodowało, że w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie liczba dostępnego personelu medycznego z dnia na dzień spadła o 10%, gdyż ludzie zostali w domu, aby opiekować się małymi dziećmi niemogącymi pójść do szkół czy przedszkoli). Trzeba bardzo uważać, żeby izolacja i ograniczenie kontaktów nie przekroczyły punktu, w którym ich negatywne konsekwencje przeważą nad dobrem płynącym ze spowolnienia epidemii.

System społeczny załamie się i zredukuje nas do upiornego poziomu upadłej post-cywilizacji, znanego z licznych dystopii, jeśli przestaną być zapewniane najważniejsze usługi społeczne. Musi działać zaopatrzenie w energię elektryczną, wodę i paliwo, muszą działać służby bezpieczeństwa publicznego (policja, Straż Pożarna, ratownictwo medyczne i techniczne), służba zdrowia, produkcja i dystrybucja żywności, dostawy gazu. Trzeba wywozić śmieci. Ja dodałbym jeszcze komunikację, głównie telekomy i internet. Żeby państwo mogło funkcjonować, musi przetrwać też system bankowy, przepływy pieniężne. Ale żeby to wszystko działało, działać muszą i inne służby: komunikacja miejska, żeby ludzie mogli dojechać do pracy, firmy wytwarzające komponenty i części potrzebne wszystkim pozostałym, służby utrzymania ruchu, transport.

Nie, wojsko, policja i inne służby państwowe tego wszystkiego nie zapewnią. Albo to, co jest, będzie przyzwoicie działać, albo nie będzie niczego.

A gdy epidemia się skończy, będziemy musieli uporać się ze skutkami kryzysu gospodarczego, który ona wywoła. Ważne, żeby gospodarka zupełnie się nie załamała, bo nie będzie czego zbierać.

Tak więc powinniśmy spowolnić przebieg epidemii – spowolnić jak się da, może uda się doczekać pojawienia się szczepionki lub skutecznych terapii, wtedy uchronimy wiele osób przed zakażeniem, a przede wszystkim nie przekroczymy zdolności służby zdrowia do radzenia sobie ze zwiększoną liczbą chorych – oraz nie dopuścić do załamania się struktur społecznych. Nie łudźmy się: bez skutecznej szczepionki całkowicie powstrzymać epidemii się nie da, bo nie da się całkowicie wyeliminować kontaktów społecznych. Choroba stale będzie się tliła. Znaczące spowolnienie przebiegu epidemii to i tak będzie duży sukces, a zarazem najlepsze, na co możemy liczyć.

Dlatego popularne ostatnio wezwania „Zamknijcie wszystko!” uważam za wysoce szkodliwe, wręcz niebezpieczne.

Czy Polska jest dobrze przygotowana na epidemię? Niestety, nie, a tym bardziej nie na jej skutki gospodarcze. Ale to inny temat.

Koronawirus to nie Czarna Śmierć, która zmiotła 1/3 ludności Europy. Jeśli nie jesteś w podeszłym wieku ani nie jesteś obciążony jakąś inną chorobą, raczej nie musisz się obawiać bezpośrednich skutków epidemii COVID-19 dla swojego zdrowia. Możesz się martwić o los swoich starszych, chorych, osłabionych krewnych. Dlatego powinieneś znacznie ograniczyć kontakty społeczne – przede wszystkim wyeliminować niepotrzebne wyjścia z domu. Pamiętaj, że jeśli nie jesteś w grupie ryzyka, ograniczenie to ma chronić nie tyle ciebie, ile innych przed tobą, żebyś im nieświadomie nie przekazał wirusa. Możesz się niepokoić nieuniknionymi skutkami gospodarczymi, i tymi bezpośrednimi (wiele osób już teraz raptem straciło pracę i pozostało praktycznie bez środków do życia, wielu firmom, od tych zajmujących się transportem, do kawiarni i restauracji, grozi bankructwo), i tymi odłożonych w czasie. Trzeba zrobić co w ludzkiej mocy, żeby nie załamały się podstawowe usługi i elementarna spójność społeczna.

Kościół w czasach zarazy

Kościół powinien znacznie bardziej aktywnie włączyć się w przeciwdziałanie epidemii. Na razie abp Gądecki wezwał do zwiększenia liczby niedzielnych mszy, co zostało powszechnie skrytykowane, zapewne dlatego, że nie zrozumiano intencji arcybiskupa (inna rzecz, że arcybiskup nie zadbał o szczególnie jasną formę przekazu). Przede wszystkim nie sądzę, aby zawieszenie odprawiania mszy miało być dobrym posunięciem: Polska jest krajem dość religijnym, ludzie w poczuciu zagrożenia tradycyjnie zwracają się do Boga, więc gdyby nie mogli iść na mszę, poczuliby się opuszczeni przez Kościół i pozbawieni boskiej opieki. Wiele osób odebrałoby to jako dodatkową udrękę, a ludzi nie powinno się krzywdzić. Co więcej, mogłoby obniżyć morale, a w mechanizmie sprzężenia zwrotnego osłabić odporność, zwłaszcza grup, które z racji wieku są jednocześnie bardziej religijne i bardziej narażone na ciężki przebieg COVID-19. Należy natomiast zmniejszyć ryzyko, że uczestnicy nabożeństwa przekażą sobie wirusa. Jeśli będzie więcej mszy niedzielnych – pomysł abp. Gądeckiego – to przy mniej więcej stałej liczbie dominicantes na mszach będzie mniejszy tłok, łatwiej będzie zachować bezpieczną odległość od innych i szanse na przekazanie wirusa zmaleją. Ale to za mało.

  • Należy natychmiast odwołać rekolekcje, pielgrzymki, msze na specjalną okazję i wszelkie inne masowe zgromadzenia religijne (będzie problem na Wielkanoc 😦 – minimalne zalecenie to rezygnacja z całowania krzyża w Wielki Piątek). Można rozważyć odwołanie mszy i nabożeństw w dni powszednie.
  • Msze niedzielne powinny być krótkie, bez kazań, długich śpiewów i rozbudowanych form liturgicznych. Na znak solidarności Kościół powinien zrezygnować ze zbierania „tacy” w czasie trwania zagrożenia epidemią.
  • Powinno się usilnie nakłaniać ludzi do rezygnacji z urządzania hucznych ślubów, chrzcin, Pierwszych Komunii – jak najmniej uczestników obrzędów religijnych, zalecenie, aby nie organizować po tym wesel i przyjęć. W zasadzie Kościół mógłby sam zawiesić uroczyste chrzty, a Pierwszą Komunię i  bierzmowanie dla aktualnych roczników przenieść na przyszły rok. Moratorium na śluby – do rozważenia.
  • Nie sposób zrezygnować z pogrzebów, ale też powinno się zalecać, aby mocno ograniczać liczbę żałobników i nie organizować styp. Trudno. Pamięć zmarłego można będzie uczcić, gdy sytuacja wróci do normy.
  • Komunia święta tylko do rąk. Księża powinni to bezdyskusyjnie praktykować i krótko tłumaczyć wiernym, dlaczego.
  • Przekazywanie znaku pokoju na odległość, przez skinienie głową. Księża powinni o tym przypominać przed każdą mszą.
  • Wreszcie Kościół – nie tylko władze i media, ale także Kościół – powinien wyraźnie powiedzieć, że jeśli kichasz, kaszlesz, masz gorączkę, źle się czujesz, albo jeśli w twoim domu jest ktoś taki, nie musisz, a wręcz nie powinieneś iść na niedzielną mszę! Nie powinieneś, gdyż będzie to realizacją przykazania miłości bliźniego. Jeśli narazisz kogoś na zarażenie wiedząc, że możesz zarażać, zgrzeszysz przeciwko Piątemu Przykazaniu Nie zabijaj.  Jeśli boisz się, że możesz kogoś zarazić i zrezygnujesz z udziału mszy, nie zgrzeszysz, zwłaszcza jeśli wysłuchasz transmisji radiowej lub telewizyjnej.

To powinien zrobić Kościół. Ale do tego trzeba mieć cojones, odwagę wyjścia poza utarte koleiny i elementarną wrażliwość. Nie wiem, czy polski Kościół temu sprosta.

Bez planu

W obliczu znacznego zaostrzenia walki z niezależnym sądownictwem, w perspektywie zderzenia rządu PiS z instytucjami Unii Europejskiej, ludzie zastanawiają się, co naprawdę planuje PiS? Po anty-PiSowskiej stronie sporu zdaje się przeważać opinia, że PiS chce podporządkować sobie sądy nie tylko po to, aby nikt nie przeszkadzał im w sprawowaniu rządów według własnego widzimisię i w powiększaniu całkiem prywatnych kont, ale także by móc wsadzać przeciwników politycznych do więzienia, a w ostateczności wręcz sfałszować wybory. W dodatku PiS, wyprowadzając Polskę z europejskiego systemu prawnego, albo zgadza się na możliwy Wypierpol, albo wręcz dąży do Polexitu.

Co innego twierdzi piszący dla Polityki Robert Krasowski. Według Krasowskiego Kaczyński ani nie planuje sfałszowania wyborów, ani aresztowania opozycji, ani wyprowadzenia Polski z Unii. Owszem, Kaczyński chce obalić „impossybilizm prawny”, ale poza tym nie walczy z sądami, ale z sędziowską elitą. Nie walczy z demokracją, ale z elitami lewicowo-liberalnymi, które demokrację zawłaszczyły i próbowały narzucić rozwiązania wbrew woli większości: relokację uchodźców, małżeństwa jednopłciowe, aborcję na życzenie. Kaczyński chce te stare, wyalienowane elity zastąpić elitami nowymi, czującymi ducha Narodu i przez to prawdziwie demokratycznymi. (Nawet jeśli się z tym zgodzić, trzeba przyznać, że zaciąg do nowych elit jest wyjątkowo nieudany, od dyrektorów stadnin koni zaczynając, a na Trybunale Konstytucyjnym i neoKRS kończąc.) Oczywiście nie chce Polexitu, ale nie godzi się, aby pozbawione demokratycznego mandatu brukselskie elity dyktowały Polsce co jest praworządne, a co nie. Te zaś ustąpią, gdy zobaczą determinację Polski.

Michał Kamiński, szczycący się niegdysiejszą znajomością z Kaczyńskim i znajomością Kaczyńskiego, twierdzi we Wprost jeszcze coś innego. Mianowicie Kaczyński miałby się spodziewać przegranej Dudy, więc póki prezydent podpisuje wszystko, co mu każą, Kaczyński szybko chce wziąć tyle władzy, ile zdoła, żeby potem trudniej było mu ją odebrać.

Słyszałem wreszcie opinię czyniącą głównego gracza z pana Zbyszka. Pan Zbyszek miałby wręcz dążyć do przegranej Dudy by ostatecznie wyeliminować go z walki o spadek po Kaczyńskim, a przy okazji powetować sobie upokorzenia spowodowane wetami z 2017. Pan Zbyszek tak zaostrzył spór z sędziami, a na tym tle z Unią Europejską, by zmusić Dudę do grania takimi kartami, jakie mu pan Zbyszek do ręki wkłada, co będzie oznaczać utratę znacznej części głosów w centrum.

Wszystkie te cztery postawy łączy jedno: przekonanie, iż istnieje jakiś plan, który Kaczyński lub pan Zbyszek chcą zrealizować. Ja zaś sądzę, że Kaczyński nie ma żadnego planu. Owszem, kiedyś miał: Chciał przeciwstawić się dominacji i centralistycznym zapędom „starej Europy” kontynentalnej, z jednej strony budując Międzymorze, blok państw „nowej Europy” i państw kandydujących pod przywództwem Polski, o innych interesach ekonomicznych i innej tradycji politycznej, niż „stara Europa”, z drugiej zaś w oparciu o brytyjską splendid isolation. Był to plan niezbyt rozsądny, no ale był. Gdy w 2016 okazało się, że plan ten na obu frontach wziął w łeb – UK zdecydowało o Brexicie, a kraje „nowej Europy” stanowczo wolały jednoczyć się z Europą „starą” niż uznawać przywództwo Polski – Kaczyńskiemu pozostało konsolidowanie władzy dla samej władzy, dla leczenia dawnych traum i czerpania przyjemności z upokarzania przeciwników, co czyni z dużą lubością, ale bez żadnego planu na przyszłość.

Jarosław Kaczyński zawsze dość trzeźwo potrafił analizować aktualny układ sił politycznych w Polsce. Obecnie Zjednoczona Prawica ma tylko niewielką przewagę w Sejmie i żadnych naturalnych sojuszników (nacjonaliści z Konfederacji raczej będą PiS podgryzać od prawej niż go wspierać), a w dodatku formalni koalicjanci Kaczyńskiego, partie Gowina i pana Zbyszka, wyraźnie wzmocnili się kosztem PiSu. Coś im trzeba było dać. Gowinowi, pozującego na „liberała” w obozie rządzącym, Kaczyński dał rezygnację ze wzrostu obciążeń dla przedsiębiorców. Panu Zbyszkowi, nie mogącemu znieść, że jego wola nie jest prawem i upokarzanemu jasno wyrażanym stanowiskiem elit prawniczych odnośnie do kompetencji obecnego ministra, Kaczyński pozwolił jeszcze bardziej przykręcić śrubę sędziom. Ale nie dlatego, że to przybliża Kaczyńskiego do realizacji jakiegoś wielkiego planu, a jedynie dlatego, że w przeciwnym razie władza wymknęłaby mu się z rąk.

Jeśli chodzi o Polexit, to Kaczyński Unii Europejskiej jednocześnie nie rozumie i uważa ją za papierowego tygrysa. Wie, że przynależność do Unii przynosi Polsce gigantyczne korzyści gospodarcze, więc nie planuje Polexitu, ale chciałby mocno rozluźnić gorset zobowiązań krępujących polskie władze. Sądzi przy tym, że nie będzie i Wypierpolu, to znaczy Unia Polski nie wyrzuci, bo to byłby dla „starej Unii” potężny cios wizerunkowy. Poza tym przypuszczam, że Kaczyński wierzy, iż „stara Unia” sama czerpie z polskiej przynależności wielkie korzyści, więc gdyby nas wyrzucili, nie mogli by nas eksploatować.

Jarosław Kaczyński zapewne zdaje sobie sprawę, że TSUE, Komisja Europejska, Komisja Wenecka i inne instytucje europejskie mocno Polskę za ustawę kagańcową potępią. Zagrożą karami finansowymi. Polska będzie się odwoływać. Będą jakieś negocjacje, któryś kraj chwilowo złagodzi swoje stanowisko, bo akurat będzie mu zależeć na głosie Polski w jakiejś innej sprawie, i tak minie rok. A może raczej dwa lub trzy. A kto może przewidzieć, co się będzie działo za trzy lata?

Kaczyński nie docenia jednak siły raz uruchomionych procesów. Jak każdy nieudany demiurg, jak każdy przywódca o rozbuchanych ambicjach i przeceniający własne kompetencje, jest przekonany, że może nad wszystkim panować. Tymczasem nie po raz pierwszy w dziejach może się okazać, że dynamika zdarzeń, dokonane fakty, wypowiedziane słowa, zagrożone i zazębiające się interesy, zaczynają się rządzić własnymi prawami. Bardzo trudno jest kontrolować wielki, złożony system, gdy już puści się go w ruch.

Piszę tu o Jarosławie Kaczyńskim, a przecież PiS ma także innych przywódców. Doprawdy? Andrzej Duda nie ogarnia sytuacji. To typ ministerialnego urzędnika średniego szczebla, w dodatku skoncentrowanego na udowadnianiu samemu sobie, że coś znaczy. Możliwe konsekwencje obecnej polityki PiSu dla międzynarodowej pozycji Polski za lat kilka go przerastają, tak jak przerasta go odpowiedzialność spoczywająca na nim z racji pełnionego urzędu. Pan Zbyszek nie widzi niczego poza swoim chorobliwie rozdętym ego, a dla jego zaspokojenia gotów jest poświęcić wszystko. Mariusz Kamiński to fanatyk, podstarzały hunwejbin-rewolucjonista, dla którego ruch jest wszystkim, cel niczym. Jarosław Gowin – nawet żal wspominać. Człowiek, który ma sporą ogładę, dużo czytał i może nawet coś tam przemyślał, ale wszystko to zmarnował dla, pożal się Boże, kariery i dziś nie reprezentuje już niczego. Antoni Macierewicz? Pisałem gdzie indziej, co o nim myślę. Premier Mateusz Morawiecki? Najtrudniej mi z nich wszystkich go zrozumieć, ale sądzę, że to typ nastawiony na osobistą karierę typu korporacyjnego. W bankowości nie mógł zajść wyżej, niż na szczebel prezesa krajowego banku zależnego od europejskiego giganta,  więc został premierem. Jego jedynymi umiejętnościami zawodowymi, które opanował za to do perfekcji, są wyprowadzanie pieniędzy z kraju i mówienie zawsze tego, co prezesi chcą usłyszeć. Ponieważ kompradorów nikt nie szanuje, podkręca się a to powierzchownym patriotyzmem (tak go wychowano), a to katolicyzmem (w kontrze do ojca?), a to wyolbrzymianiem swoich sukcesów (mafia VATowska) i mniemanych zasług z przeszłości: Pracował kilka miesięcy w Urzędzie ds. Integracji Europejskiej, więc „negocjował umowę akcesyjną”, grał w tenisa stołowego, więc „o mały włos nie wszedł do reprezentacji Polski”, pewnie kiedyś pomógł ojcu przenieść ulotki, więc „kolportował prasę podziemną”, MO go kiedyś postraszyła, więc „miał ciało w sinych pręgach”. Nie sądzę, aby ten człowiek wyobrażał sobie sytuację Polski w horyzoncie dłuższym, niż rok, czyli w takim, w jakim planuje swoją karierę.

Cała reszta tego towarzystwa – mam na myśli posłów i działaczy PiS – to oportuniści i karierowicze, ludzie bez właściwości, plus grupka fanatyków.

Liczy się jedyny człowiek, który potencjalnie mógłby to wszystko ogarnąć i mieć jakąś wizję przyszłości Polski: Jarosław Kaczyński. Ale Jarosław Kaczyński wizje przyszłości już stracił, a w dodatku, najprawdopodobniej ze względów zdrowotnych, znacznie ograniczył swoją aktywność publiczną. Leczy kolano. A sprawy toczą się same z siebie, bez planu i zaczynają się wymykać spod kontroli.

Tego się boję. Bo plan, nawet jeśli złowieszczy, miałby w sobie jakąś racjonalność.

Andrzej-Duda