Telewizja transmituje

Jak smarować margaryną
Telewizja transmituje

Choć minister Dariusz Piontkowski, reptilianin, twierdzi, że szkoły świetnie sobie radzą ze zdalnym nauczaniem, wszyscy wiedzą, że to nieprawda. Telewizja Polska rozpoczęła więc nadawanie lekcji dla szkół, co byłoby pomysłem znakomitym, gdyby było to przyzwoicie przygotowane. Tymczasem przynajmniej niektóre lekcje to jest horror, który z pewnością przyniesie dzieciom więcej szkody, niż pożytku.

Ktoś widział lekcję fizyki i mówił, że niezła. Ktoś lekcję biologii i uznał, że dobra. Ktoś, kto oglądał lekcję historii, stwierdził, że cofnął się w czasie o 50 lat. Lekcje polskiego i historii sztuki (w ramach plastyki) były zwyczajnie śmiertelnie nudne. Na lekcji chemii słyszymy, że

ołów występuje na stacjach benzynowych, jest benzyna bezołowiowa

co gotów jestem uznać za skrót myślowy, nieudolne podanie dzieciom kontekstu, w którym mogły się z ołowiem zetknąć. Ale prawdziwym hitem są lekcje matematyki, czy też lekcje, które o matematykę zahaczają.

Najpierw jest lekcja o bocianie, gdzie nauczycielka nauczania początkowego myli obwód ze średnicą. Niektórzy sądzą, że to ze stresu. Otóż nie, ona się do tej lekcji przygotowała: wycięła sobie taśmę z kartonu, odmierzyła dwa metry, zaznaczyła na taśmie. Ona biedna naprawdę nie wie co to obwód, a co średnica.

Wisienką na torcie jest lekcja o liczbach parzystych. Dwie nauczycielki nauczania początkowego nieudolnie usiłują wytłumaczyć, co to są liczby parzyste:

10 jest liczbą parzystą, bo ma parę.

Myślę, że powyższe zdanie wejdzie do kanonu naszych narodowych cytatów.

Znajomi złoszczą się, że na te biedne nauczycielki wylała się fala hejtu. Mnie jest tych pań autentycznie żal, bo one się starały, bo uczyły, jak umieją, bo uczyły, jak zawsze uczą i nie rozumieją, dlaczego je to spotkało. No właśnie: uczyły, jak zawsze uczą. To są zwykłe nauczycielki, ani jakieś wybitne, ani szczególnie złe. Zwyczajne. Taka jest rzeczywistość polskiej szkoły. Epidemia COVID-19 obnaża nie tylko katastrofalny stan przygotowania naszego państwa do sytuacji nadzwyczajnych, ale także katastrofalny stan edukacji. Nieco ponad rok temu NIK biadała nad edukacją matematyczną w polskich szkołach. NIK zwróciła uwagę, że z edukacją matematyczną dzieje się coś złego na etapie wczesnoszkolnym:

Więcej niż połowa dzieci polskich – przed rozpoczęciem szkolnej edukacji – wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki, a co czwarte wysokim stopniem zadatków takich uzdolnień. Po kilku miesiącach nauki w szkole większość tych dzieci przestaje manifestować swoje znakomite możliwości umysłowe. Powodem jest spychanie tych dzieci do poziomu przeciętnych uczniów. W następnych latach szkolnej edukacji tendencja ta nasila się do tego stopnia, że tylko dwoje, troje starszych uczniów w klasie wykazuje się uzdolnieniami matematycznymi.

Z pewnością jest prawdą, że pierwsze miesiące, lata szkoły zniechęcają dzieci do nauki matematyki. Nie sądzę jednak, żeby powodem było spychanie do poziomu słabszych uczniów, tym bardziej, że w innym miejscu NIK pisze, że młodzież jako jedną z przyczyn trudności w opanowaniu matematyki podaje, że materiał jest podawany zbyt szybko.

Ktoś związany z Instytutem Badań Edukacyjnych podał inne wytłumaczenie, ale nie mogę teraz odnaleźć źródła cytatu: Olbrzymia większość czynnych nauczycieli nauczania początkowego – a właściwie nauczycielek, bo jest to segment całkowicie sfeminizowany – jest z roczników, które nie zdawały matematyki na maturze. Nie musiały się jej uczyć, no to się nie uczyły, poszły na kierunek, gdzie matematyka nie jest wymagana, a teraz muszą uczyć dzieci matematyki, choć same jej nie umieją i zapewne nie lubią. Dopust Boży! Pani ucząca o bocianie naprawdę uważa, że rozróżnianie średnicy i obwodu nie jest do niczego potrzebne, mimo iż uczeń starszej klasy, który popełniłby taki błąd, dostałby jedynkę. Panie od liczb parzystych nie kojarzą podzielności przez dwa i nie przychodzi im do głowy, że grupkę dziesięciu piłeczek da się podzielić na dwie równe części, a grupki dziewięciu samochodzików nie. Takie osoby nie dość, że nikogo matematyki nie nauczą, to zniechęcą te dzieci, które mają naturalną skłonność do liczenia, rysowania figur i wykonywania prostych działań arytmetycznych.

Inaczej jest z panią, która uczy potęgowania. To nie jest nauczycielka nauczania początkowego, tylko nauczycielka matematyki. Wbrew temu, co ludzie piszą, pani nie myli się w potęgowaniu, tylko znaki jej się mieszają. I akurat to, że (-) razy (+) daje jej (+), gotów jestem uznać za pomyłkę wynikającą ze stresu spowodowanego obecnością kamery. Dość wstydliwą pomyłkę, ale tylko pomyłkę. Bardziej przeszkadza mi to, że pani mnoży liczbę ujemnom przez dodatniom. Tak, jak od pani uczącej o bocianie oczekujemy, żeby nie myliła obwodu ze średnicą, bo jest nauczycielką i odpowiada za to, co mówi dzieciom na lekcji, od pani uczącej o potęgowaniu oczekujemy, że będzie mówiła poprawną polszczyzną, bo jest nauczycielką i odpowiada za to, jak mówi dzieciom na lekcji.

Pani pomyliła się w znakach dwa razy. Drugi raz to był ten (-) razy (+), ale wcześniej po prostu zgubiła minus. A ja się, głupi, dziwuję, czemu studenci pierwszego roku nie dbają o znaki i nawiasy! Nie dbają, bo skoro nie jest to ważne dla nauczycieli, czemu miałoby być ważne dla nich? Skądinąd logika tej lekcji wskazuje, że pani miała obliczać nie -35, ale (-3)5, gdyż następne polecenie brzmi „nie wykonując działań sprawdź, czy wynik jest liczbą dodatnią, czy ujemną”. Pani zabiera się za ustalanie znaku potęg liczb ujemnych, co byłoby logicznym następstwem obliczenia (-3)5, ale pani tego toku myślowego nie dostrzega.

A zupełnie osobną, skandaliczną sprawą jest postawa TVP. Wzięli jakieś nauczycielki – jak sądzę, losowe, przeciętne, a nie specjalnie źle dobrane, żeby skompromitować nauczycieli, jak twierdzą niektórzy – kazali im nagrać lekcje, a potem puścili to na żywca. Już pomijam „paździerzową” scenografię, ale nie postarali się o jakiegoś redaktora, konsultanta merytorycznego, który by to przed emisją obejrzał i wyłapał ewidentne błędy?! Nie do pomyślenia. Mieli co najmniej dwa tygodnie, żeby się do tego przygotować! Nie mogą twierdzić, że ich nie stać, przecież właśnie dostali 2 miliardy. Po prostu w dupie mają merytoryczny poziom tych programów edukacyjnych. No przecież to nie są propagandowe filmiki z Kaczyńskim, Morawieckim czy Dudą. Anything goes.

Hieny

Nie chce mi się nawet pisać, że wprowadzanie zmian do kodeksu wyborczego w pośpiechu, z zaskoczenia, w środku nocy, na mniej niż dwa miesiące przed wyborami, w sytuacji, gdy wprowadzane rozwiązania są kompletnie nieprzygotowane, jest złamaniem Konstytucji, Regulaminu Sejmu i dobrych obyczajów. Nie spełnia żadnych standardów rzetelnej legislacji. Doklejanie ich do – dziurawych, kiepskich, ale jednak lepszych, niż żadnych – zabezpieczeń mających uchronić ogół pracujących i całą gospodarkę przed potworną katastrofą i szantażowanie w ten sposób opozycji, jest niemoralne. Przede wszystkim pokazuje to, że prawdziwym, najważniejszym celem Kaczyńskiego i PiS nie jest żadne przeciwdziałanie epidemii i jej strasznym skutkom gospodarczym i społecznym, ale utrzymanie władzy.

Skądinąd ułatwienie głosowania korespondencyjnego i głosowania przez pełnomocnika to byłyby dobre zmiany, gdyby były dobrze przygotowane od strony organizacyjnej i gdyby można był zaufać organom państwa, które mają je przeprowadzać. A organom państwa PiSowskiego zaufać nie sposób, zwłaszcza gdy wymieniono całą PKW, gdy Trybunał Konstytucyjny stał się atrapą, gdy trwa zamach na SN, który ma orzec o ważności wyborów, gdy władza kompromituje się na zwykłym poziomie technicznym, organizując system zdalnego głosowania w Sejmie.  PiS kilka lat temu wręcz histerycznie protestował przeciwko podobnym zmianom, argumentując, że tak oddane głosy można sfałszować. A dziś? Kto będzie sprawdzał prawidłowość tak przeprowadzanego procesu wyborczego? Kto będzie dostarczał pakiety wyborcze osobom na kwarantannie i w domowej izolacji, z których część z pewnością będzie chora, a potem te głosy odbierał? Liczył? Ile dodatkowych zachorowań, a może i ofiar śmiertelnych, to pochłonie? Nieważne! Byle PiS zachował władzę. Po trupach do celu.

Andrzejowi Dudzie najwyraźniej to nie przeszkadza. Może po prostu nie rozumie co się dzieje? To nie jest zbyt bystry i rozgarnięty człowiek. Gdyby jednak zachował jakieś resztki przyzwoitości, podpisałby tę ustawę ze względu na rozwiązania choć jako-tako chroniące pracowników i gospodarkę, po czym natychmiast ogłosił, że rezygnuje z udziału wyborach. Że wycofuje swoją kandydaturę. To byłoby zachowanie honorowe, no, ale jakoś na to nie liczę.

Jarosława Kaczyńskiego, złego człowieka, cała ta sytuacja najwyraźniej cieszy. On czerpie satysfakcję z krzywdzenia innych ludzi.

Wiem, że to co piszę, nie ma wielkiego znaczenia, ale muszę powiedzieć to wprost, nawet wiedząc, że wpływ moich słów na rzeczywistość będzie znikomo mały:

Jarosławie Kaczyński! Elżbieto Witek! Ryszardzie Terlecki! Mateuszu Morawiecki! Jarosławie Gowinie! Wszystkie posłanki i wszyscy posłowie PiS, którzyście uczestniczyli w uchwalaniu tej uzurpacji – hańba wam! Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla waszych działań. Jesteście podli. Jesteście zaślepieni. Jesteście egoistycznymi, pazernymi hienami, obojętnymi na los innych ludzi. Jesteście zakałą tej ziemi. Czuję do was pogardę i fizyczne obrzydzenie.

Mam nadzieję, że hieny (hyaeninae) się nie obrażą.

90963895_2917635131626472_827468266103373824_n

Sedewakantyzm

Galopujący Major zastanawia się, czy upór Kaczyńskiego, aby przeprowadzić wybory prezydenckie w maju, to nie „podpucha”. Mianowicie, opozycja argumentując – jak najbardziej zasadnie – że w maju wyborów przeprowadzić się nie da, a w każdym razie nie powinno, nie krytykuje rządu, że ani Polska nie była do kryzysu przygotowana, ani działania rządu już po wybuchu epidemii nie wyglądają na jakoś szczególnie skuteczne, więc władza może robiąc coś tam, coś tam, pławić się w sukcesie „silni-zwarci-gotowi” i pokazywać, że władza robi, a opozycja „politykuje”. Więc gdy w końcu Kaczyński łaskawie odwoła wybory, PiS będzie sobie długo i spokojnie rządził na mocy przepisów stanu wyjątkowego, a opozycja będzie skompromitowana.

Otóż nie wydaje mi się, aby taki był cunning plan Kaczyńskiego, który nie jest i nigdy nie był żadnym „genialnym strategiem”, a jedynie oportunistą, sprawnie wykorzystującym nadarzające się okazje i bezwzględnym menadżerem swojej formacji politycznej. Z tego względu znacznie bardziej skłaniam się do drugiej hipotezy Majora, że wybory jednak się odbędą, gdyż wybory w czasie epidemii to być może jedyna szansa Dudy. TVPiS pokazuje go nieustannie i chwali, a on sam udaje, że z epidemią walczy, choć formalnie i faktycznie ma do powiedzenia znacznie mniej, niż rząd, też zresztą niezbyt kompetentny. Z sondażu dla Gazety Wyborczej wynika, że w tej sytuacji Duda może wygrać w pierwszej turze. Przestraszony wirusem wielkomiejski elektorat nie pójdzie do głosowania, na popierającej Dudę prowincji frekwencja też spadnie w porównaniu z kilkoma ostatnimi wyborami, ale będzie na tyle duża, że Duda wygra. Przy frekwencji rzędu 30%, więc jego mandat będzie bardzo słaby, ale tym akurat Kaczyński się nie przejmuje.

Galopujący Major przewiduje, że PiS nie zrobi na 10 maja urlopu od kwarantanny, ale pod koniec kwietnia ogłosi, że epidemia się skończyła. Istotnie, ponoć są prognozy (ale czort wie, na ile wiarygodne) przewidujące, że pod koniec kwietnia liczba przypadków COVID-19 w Polsce się wysyci. Nie będzie to oznaczać, że epidemia ustąpiła, wirus nadal będzie obecny w populacji, nadal będą chorzy i umierający, ale rząd – więc PiS, więc Duda – ogłosi sukces.

Tymczasem o wpływie wyborów na epidemię świadczą choćby dane z Bawarii: Tam 15 marca odbyły się wybory lokalne i okazało się, że po tygodniu liczba nowych przypadków w Bawarii wyraźnie wzrosła ponad tempo narastania w innych landach (Dzień po wyborach ogłoszono, że druga tura odbędzie się jedynie korespondencyjnie.) Spodziewam się, że po 10 maja w Polsce pojawią się liczni nowi chorzy i wśród wyborców, i wśród członków komisji, ale PiS zupełnie się tym nie przejmie. Po trupach do celu, jak mówiono blisko dziesięć lat temu.

Na razie Andrzej Duda jest kiepskim prezydentem. Bardzo słabym, kompletnie niesamodzielnym, dość żenującym jako człowiek, bez żadnych, ale to dosłownie żadnych zasług dla Polski, sprzeniewierzającym się konstytucji, najsłabszym prezydentem, jakiego Polska kiedykolwiek miała – ale jest prezydentem. Jeśli wygra 10 maja w takim stylu, jak wyżej, zostanę sedewakantystą i będę Andrzeja Dudę traktował jak uzurpatora.

Andrzej Duda

Strach w czasie zarazy

Europa i Polska drżą przed pandemią koronawirusa. Wiadomo, że konsekwencje epidemii nie będą tylko zdrowotne, że jej wpływ na gospodarkę będzie o wiele, wiele bardziej poważny, niż to się w pierwszej chwili wydawało, jednak dziś najbardziej natarczywym pytaniem jest czy wirusa należy się bać ze względów zdrowotnych?

Tak. Nie. To zależy. Nie wiadomo. A skoro nie wiadomo, to lepiej się bać. Bać, zachować ostrożność, zabezpieczać siebie i innych, ale nie panikować.

W liczbach bezwzględnych na razie nie jest źle. Weźmy Włochy. Od początku wybuchu epidemii na COVID-19 zmarło tam prawie tysiąc trzysta osób. To dużo – o prawie tysiąc trzysta za dużo – ale z drugiej strony we Włoszech codziennie, ze wszystkich przyczyn łącznie (choroby układu krążenia, choroby nowotworowe, wszystkie inne choroby, wypadki i inne zdarzenia nagłe), umiera ponad 1700 osób. Mamy więc we Włoszech wzrost umieralności istotny, ale nie katastrofalny. Jakkolwiek cynicznie mogłoby to zabrzmieć, dodatkowe zgony spowodowane przez wirus, choć smutne i niepotrzebne, gdyby miały utrzymać się na obecnym poziomie, nie doprowadziłyby do załamania się państwa.

Jednak częstość zgonów będzie rosnąć, rosnąć też będzie liczba osób wymagających opieki medycznej. Na razie nowych przypadków przybywa w tempie wykładniczym. Ten wzrost kiedyś się wysyci, ale nie wiadomo, na jakim poziomie. Epidemia kiedyś ustąpi, ale nie wiadomo, kiedy. Zbyt słabo jeszcze znamy ten wirus, żeby coś wiarygodnie przewidywać.

Na świecie wciąż istnieją też inne choroby zakaźne, którymi niezbyt się przejmujemy, choć gruźlica zabija rocznie 1,6 mln osób, a malaria 1,2 mln. Koronawirusa się boimy, bo jest nowy, nieznany, nie bardzo rozumiemy jego dynamikę, nie wiemy, jak szybko mutuje, a przede wszystkim nie możemy się otrząsnąć z szoku, że coś takiego przytrafiło się nam w bogatej, sytej, bezpiecznej Europie i mimo wszelkich zdobyczy naukowych i dobrodziejstw cywilizacyjnych, którymi dysponujemy, nie umiemy sobie z tą chorobą poradzić.

Niektórzy eksperci szacują, że zakażeniu koronawirusem może ulec nawet 70% populacji. Większość przejdzie chorobę łagodnie lub z miernym natężeniem objawów, ale 15% chorych wymagać będzie pomocy medycznej, a – przyjmując oszacowania WHO odnośnie do śmiertelności – 1% chorych umrze. Weźmy teraz dane dla Polski. 38 mln x 0.7 x 0.01 ≈ 260 tysięcy. Ponieważ na najcięższą postać choroby zapadają najczęściej osoby o układzie odpornościowym osłabionym z racji wieku lub współistniejących ciężkich chorób i część z nich zapewne i tak by umarła, koronawirus może oznaczać dla Polski ∼ 200 tysięcy dodatkowych zgonów. To bardzo dużo, to 50% rocznej umieralności ze wszystkich innych przyczyn łącznie, ale to nie oznacza katastrofy populacyjnej.

Przyjrzyjmy się jednak liczbie osób, które mogą wymagać pomocy medycznej. 38 mln x 0.7 x 0.15 ≈ 4 mln! Tak wielka liczba dodatkowych chorych, gdyby miała się pojawić w okresie kilku tygodni, a nawet kilku miesięcy, oznaczałaby katastrofę i kompletne załamanie się systemu opieki zdrowotnej. Nie tylko chorzy na COVID-19 nie mogliby doczekać się pomocy. COVID-19 nie oznacza, że ludzie przestaną mieć zawały serca, udary, zatrucia czy inne stany wymagające pilnej pomocy. Jeśli służba zdrowia załamie się na skutek koronawirusa, umieralność z powodu innych chorób drastycznie wzrośnie. Ludzie zaczną umierać nie tylko na COVID-19, ale, pośrednio, z powodu COVID-19.

Najlepiej więc byłoby powstrzymać rozwój epidemii, ale ponieważ nie ma na nią szczepionki, jest to praktycznie niemożliwe. Wirus w naszej populacji pozostanie, przynajmniej na jakiś czas. To, na co można liczyć, to na spowolnienie postępu choroby, aby nowych przypadków przybywało raczej wolniej, niż szybciej, aby nie przekroczyć zdolności służby zdrowia do radzenia sobie z rosnącą liczbą chorych.

Polska przyjęła model „włoski” powstrzymywania postępu epidemii poprzez ograniczenie kontaktów społecznych. Dobra strona tego rozwiązania jest taka, że robimy to na wcześniejszym etapie epidemii, niż Włosi, więc możemy czerpać z ich doświadczeń, uczyć się na ich błędach. Tam dopuszczono, aby przez pierwsze dni koronawirus swobodnie hulał. My chyba wiemy, że kontakty społeczne naprawdę należy ograniczyć. Zła strona jest taka, że całkowicie kontaktów społecznych wyeliminować się po prostu nie da, a każde ich istotne ograniczenie niesie negatywne skutki gospodarcze i społeczne (przykład: zamknięcie szkół, korzystne z punktu widzenia powstrzymywania epidemii, spowodowało, że w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie liczba dostępnego personelu medycznego z dnia na dzień spadła o 10%, gdyż ludzie zostali w domu, aby opiekować się małymi dziećmi niemogącymi pójść do szkół czy przedszkoli). Trzeba bardzo uważać, żeby izolacja i ograniczenie kontaktów nie przekroczyły punktu, w którym ich negatywne konsekwencje przeważą nad dobrem płynącym ze spowolnienia epidemii.

System społeczny załamie się i zredukuje nas do upiornego poziomu upadłej post-cywilizacji, znanego z licznych dystopii, jeśli przestaną być zapewniane najważniejsze usługi społeczne. Musi działać zaopatrzenie w energię elektryczną, wodę i paliwo, muszą działać służby bezpieczeństwa publicznego (policja, Straż Pożarna, ratownictwo medyczne i techniczne), służba zdrowia, produkcja i dystrybucja żywności, dostawy gazu. Trzeba wywozić śmieci. Ja dodałbym jeszcze komunikację, głównie telekomy i internet. Żeby państwo mogło funkcjonować, musi przetrwać też system bankowy, przepływy pieniężne. Ale żeby to wszystko działało, działać muszą i inne służby: komunikacja miejska, żeby ludzie mogli dojechać do pracy, firmy wytwarzające komponenty i części potrzebne wszystkim pozostałym, służby utrzymania ruchu, transport.

Nie, wojsko, policja i inne służby państwowe tego wszystkiego nie zapewnią. Albo to, co jest, będzie przyzwoicie działać, albo nie będzie niczego.

A gdy epidemia się skończy, będziemy musieli uporać się ze skutkami kryzysu gospodarczego, który ona wywoła. Ważne, żeby gospodarka zupełnie się nie załamała, bo nie będzie czego zbierać.

Tak więc powinniśmy spowolnić przebieg epidemii – spowolnić jak się da, może uda się doczekać pojawienia się szczepionki lub skutecznych terapii, wtedy uchronimy wiele osób przed zakażeniem, a przede wszystkim nie przekroczymy zdolności służby zdrowia do radzenia sobie ze zwiększoną liczbą chorych – oraz nie dopuścić do załamania się struktur społecznych. Nie łudźmy się: bez skutecznej szczepionki całkowicie powstrzymać epidemii się nie da, bo nie da się całkowicie wyeliminować kontaktów społecznych. Choroba stale będzie się tliła. Znaczące spowolnienie przebiegu epidemii to i tak będzie duży sukces, a zarazem najlepsze, na co możemy liczyć.

Dlatego popularne ostatnio wezwania „Zamknijcie wszystko!” uważam za wysoce szkodliwe, wręcz niebezpieczne.

Czy Polska jest dobrze przygotowana na epidemię? Niestety, nie, a tym bardziej nie na jej skutki gospodarcze. Ale to inny temat.

Koronawirus to nie Czarna Śmierć, która zmiotła 1/3 ludności Europy. Jeśli nie jesteś w podeszłym wieku ani nie jesteś obciążony jakąś inną chorobą, raczej nie musisz się obawiać bezpośrednich skutków epidemii COVID-19 dla swojego zdrowia. Możesz się martwić o los swoich starszych, chorych, osłabionych krewnych. Dlatego powinieneś znacznie ograniczyć kontakty społeczne – przede wszystkim wyeliminować niepotrzebne wyjścia z domu. Pamiętaj, że jeśli nie jesteś w grupie ryzyka, ograniczenie to ma chronić nie tyle ciebie, ile innych przed tobą, żebyś im nieświadomie nie przekazał wirusa. Możesz się niepokoić nieuniknionymi skutkami gospodarczymi, i tymi bezpośrednimi (wiele osób już teraz raptem straciło pracę i pozostało praktycznie bez środków do życia, wielu firmom, od tych zajmujących się transportem, do kawiarni i restauracji, grozi bankructwo), i tymi odłożonych w czasie. Trzeba zrobić co w ludzkiej mocy, żeby nie załamały się podstawowe usługi i elementarna spójność społeczna.

Kościół w czasach zarazy

Kościół powinien znacznie bardziej aktywnie włączyć się w przeciwdziałanie epidemii. Na razie abp Gądecki wezwał do zwiększenia liczby niedzielnych mszy, co zostało powszechnie skrytykowane, zapewne dlatego, że nie zrozumiano intencji arcybiskupa (inna rzecz, że arcybiskup nie zadbał o szczególnie jasną formę przekazu). Przede wszystkim nie sądzę, aby zawieszenie odprawiania mszy miało być dobrym posunięciem: Polska jest krajem dość religijnym, ludzie w poczuciu zagrożenia tradycyjnie zwracają się do Boga, więc gdyby nie mogli iść na mszę, poczuliby się opuszczeni przez Kościół i pozbawieni boskiej opieki. Wiele osób odebrałoby to jako dodatkową udrękę, a ludzi nie powinno się krzywdzić. Co więcej, mogłoby obniżyć morale, a w mechanizmie sprzężenia zwrotnego osłabić odporność, zwłaszcza grup, które z racji wieku są jednocześnie bardziej religijne i bardziej narażone na ciężki przebieg COVID-19. Należy natomiast zmniejszyć ryzyko, że uczestnicy nabożeństwa przekażą sobie wirusa. Jeśli będzie więcej mszy niedzielnych – pomysł abp. Gądeckiego – to przy mniej więcej stałej liczbie dominicantes na mszach będzie mniejszy tłok, łatwiej będzie zachować bezpieczną odległość od innych i szanse na przekazanie wirusa zmaleją. Ale to za mało.

  • Należy natychmiast odwołać rekolekcje, pielgrzymki, msze na specjalną okazję i wszelkie inne masowe zgromadzenia religijne (będzie problem na Wielkanoc 😦 – minimalne zalecenie to rezygnacja z całowania krzyża w Wielki Piątek). Można rozważyć odwołanie mszy i nabożeństw w dni powszednie.
  • Msze niedzielne powinny być krótkie, bez kazań, długich śpiewów i rozbudowanych form liturgicznych. Na znak solidarności Kościół powinien zrezygnować ze zbierania „tacy” w czasie trwania zagrożenia epidemią.
  • Powinno się usilnie nakłaniać ludzi do rezygnacji z urządzania hucznych ślubów, chrzcin, Pierwszych Komunii – jak najmniej uczestników obrzędów religijnych, zalecenie, aby nie organizować po tym wesel i przyjęć. W zasadzie Kościół mógłby sam zawiesić uroczyste chrzty, a Pierwszą Komunię i  bierzmowanie dla aktualnych roczników przenieść na przyszły rok. Moratorium na śluby – do rozważenia.
  • Nie sposób zrezygnować z pogrzebów, ale też powinno się zalecać, aby mocno ograniczać liczbę żałobników i nie organizować styp. Trudno. Pamięć zmarłego można będzie uczcić, gdy sytuacja wróci do normy.
  • Komunia święta tylko do rąk. Księża powinni to bezdyskusyjnie praktykować i krótko tłumaczyć wiernym, dlaczego.
  • Przekazywanie znaku pokoju na odległość, przez skinienie głową. Księża powinni o tym przypominać przed każdą mszą.
  • Wreszcie Kościół – nie tylko władze i media, ale także Kościół – powinien wyraźnie powiedzieć, że jeśli kichasz, kaszlesz, masz gorączkę, źle się czujesz, albo jeśli w twoim domu jest ktoś taki, nie musisz, a wręcz nie powinieneś iść na niedzielną mszę! Nie powinieneś, gdyż będzie to realizacją przykazania miłości bliźniego. Jeśli narazisz kogoś na zarażenie wiedząc, że możesz zarażać, zgrzeszysz przeciwko Piątemu Przykazaniu Nie zabijaj.  Jeśli boisz się, że możesz kogoś zarazić i zrezygnujesz z udziału mszy, nie zgrzeszysz, zwłaszcza jeśli wysłuchasz transmisji radiowej lub telewizyjnej.

To powinien zrobić Kościół. Ale do tego trzeba mieć cojones, odwagę wyjścia poza utarte koleiny i elementarną wrażliwość. Nie wiem, czy polski Kościół temu sprosta.

Bez planu

W obliczu znacznego zaostrzenia walki z niezależnym sądownictwem, w perspektywie zderzenia rządu PiS z instytucjami Unii Europejskiej, ludzie zastanawiają się, co naprawdę planuje PiS? Po anty-PiSowskiej stronie sporu zdaje się przeważać opinia, że PiS chce podporządkować sobie sądy nie tylko po to, aby nikt nie przeszkadzał im w sprawowaniu rządów według własnego widzimisię i w powiększaniu całkiem prywatnych kont, ale także by móc wsadzać przeciwników politycznych do więzienia, a w ostateczności wręcz sfałszować wybory. W dodatku PiS, wyprowadzając Polskę z europejskiego systemu prawnego, albo zgadza się na możliwy Wypierpol, albo wręcz dąży do Polexitu.

Co innego twierdzi piszący dla Polityki Robert Krasowski. Według Krasowskiego Kaczyński ani nie planuje sfałszowania wyborów, ani aresztowania opozycji, ani wyprowadzenia Polski z Unii. Owszem, Kaczyński chce obalić „impossybilizm prawny”, ale poza tym nie walczy z sądami, ale z sędziowską elitą. Nie walczy z demokracją, ale z elitami lewicowo-liberalnymi, które demokrację zawłaszczyły i próbowały narzucić rozwiązania wbrew woli większości: relokację uchodźców, małżeństwa jednopłciowe, aborcję na życzenie. Kaczyński chce te stare, wyalienowane elity zastąpić elitami nowymi, czującymi ducha Narodu i przez to prawdziwie demokratycznymi. (Nawet jeśli się z tym zgodzić, trzeba przyznać, że zaciąg do nowych elit jest wyjątkowo nieudany, od dyrektorów stadnin koni zaczynając, a na Trybunale Konstytucyjnym i neoKRS kończąc.) Oczywiście nie chce Polexitu, ale nie godzi się, aby pozbawione demokratycznego mandatu brukselskie elity dyktowały Polsce co jest praworządne, a co nie. Te zaś ustąpią, gdy zobaczą determinację Polski.

Michał Kamiński, szczycący się niegdysiejszą znajomością z Kaczyńskim i znajomością Kaczyńskiego, twierdzi we Wprost jeszcze coś innego. Mianowicie Kaczyński miałby się spodziewać przegranej Dudy, więc póki prezydent podpisuje wszystko, co mu każą, Kaczyński szybko chce wziąć tyle władzy, ile zdoła, żeby potem trudniej było mu ją odebrać.

Słyszałem wreszcie opinię czyniącą głównego gracza z pana Zbyszka. Pan Zbyszek miałby wręcz dążyć do przegranej Dudy by ostatecznie wyeliminować go z walki o spadek po Kaczyńskim, a przy okazji powetować sobie upokorzenia spowodowane wetami z 2017. Pan Zbyszek tak zaostrzył spór z sędziami, a na tym tle z Unią Europejską, by zmusić Dudę do grania takimi kartami, jakie mu pan Zbyszek do ręki wkłada, co będzie oznaczać utratę znacznej części głosów w centrum.

Wszystkie te cztery postawy łączy jedno: przekonanie, iż istnieje jakiś plan, który Kaczyński lub pan Zbyszek chcą zrealizować. Ja zaś sądzę, że Kaczyński nie ma żadnego planu. Owszem, kiedyś miał: Chciał przeciwstawić się dominacji i centralistycznym zapędom „starej Europy” kontynentalnej, z jednej strony budując Międzymorze, blok państw „nowej Europy” i państw kandydujących pod przywództwem Polski, o innych interesach ekonomicznych i innej tradycji politycznej, niż „stara Europa”, z drugiej zaś w oparciu o brytyjską splendid isolation. Był to plan niezbyt rozsądny, no ale był. Gdy w 2016 okazało się, że plan ten na obu frontach wziął w łeb – UK zdecydowało o Brexicie, a kraje „nowej Europy” stanowczo wolały jednoczyć się z Europą „starą” niż uznawać przywództwo Polski – Kaczyńskiemu pozostało konsolidowanie władzy dla samej władzy, dla leczenia dawnych traum i czerpania przyjemności z upokarzania przeciwników, co czyni z dużą lubością, ale bez żadnego planu na przyszłość.

Jarosław Kaczyński zawsze dość trzeźwo potrafił analizować aktualny układ sił politycznych w Polsce. Obecnie Zjednoczona Prawica ma tylko niewielką przewagę w Sejmie i żadnych naturalnych sojuszników (nacjonaliści z Konfederacji raczej będą PiS podgryzać od prawej niż go wspierać), a w dodatku formalni koalicjanci Kaczyńskiego, partie Gowina i pana Zbyszka, wyraźnie wzmocnili się kosztem PiSu. Coś im trzeba było dać. Gowinowi, pozującego na „liberała” w obozie rządzącym, Kaczyński dał rezygnację ze wzrostu obciążeń dla przedsiębiorców. Panu Zbyszkowi, nie mogącemu znieść, że jego wola nie jest prawem i upokarzanemu jasno wyrażanym stanowiskiem elit prawniczych odnośnie do kompetencji obecnego ministra, Kaczyński pozwolił jeszcze bardziej przykręcić śrubę sędziom. Ale nie dlatego, że to przybliża Kaczyńskiego do realizacji jakiegoś wielkiego planu, a jedynie dlatego, że w przeciwnym razie władza wymknęłaby mu się z rąk.

Jeśli chodzi o Polexit, to Kaczyński Unii Europejskiej jednocześnie nie rozumie i uważa ją za papierowego tygrysa. Wie, że przynależność do Unii przynosi Polsce gigantyczne korzyści gospodarcze, więc nie planuje Polexitu, ale chciałby mocno rozluźnić gorset zobowiązań krępujących polskie władze. Sądzi przy tym, że nie będzie i Wypierpolu, to znaczy Unia Polski nie wyrzuci, bo to byłby dla „starej Unii” potężny cios wizerunkowy. Poza tym przypuszczam, że Kaczyński wierzy, iż „stara Unia” sama czerpie z polskiej przynależności wielkie korzyści, więc gdyby nas wyrzucili, nie mogli by nas eksploatować.

Jarosław Kaczyński zapewne zdaje sobie sprawę, że TSUE, Komisja Europejska, Komisja Wenecka i inne instytucje europejskie mocno Polskę za ustawę kagańcową potępią. Zagrożą karami finansowymi. Polska będzie się odwoływać. Będą jakieś negocjacje, któryś kraj chwilowo złagodzi swoje stanowisko, bo akurat będzie mu zależeć na głosie Polski w jakiejś innej sprawie, i tak minie rok. A może raczej dwa lub trzy. A kto może przewidzieć, co się będzie działo za trzy lata?

Kaczyński nie docenia jednak siły raz uruchomionych procesów. Jak każdy nieudany demiurg, jak każdy przywódca o rozbuchanych ambicjach i przeceniający własne kompetencje, jest przekonany, że może nad wszystkim panować. Tymczasem nie po raz pierwszy w dziejach może się okazać, że dynamika zdarzeń, dokonane fakty, wypowiedziane słowa, zagrożone i zazębiające się interesy, zaczynają się rządzić własnymi prawami. Bardzo trudno jest kontrolować wielki, złożony system, gdy już puści się go w ruch.

Piszę tu o Jarosławie Kaczyńskim, a przecież PiS ma także innych przywódców. Doprawdy? Andrzej Duda nie ogarnia sytuacji. To typ ministerialnego urzędnika średniego szczebla, w dodatku skoncentrowanego na udowadnianiu samemu sobie, że coś znaczy. Możliwe konsekwencje obecnej polityki PiSu dla międzynarodowej pozycji Polski za lat kilka go przerastają, tak jak przerasta go odpowiedzialność spoczywająca na nim z racji pełnionego urzędu. Pan Zbyszek nie widzi niczego poza swoim chorobliwie rozdętym ego, a dla jego zaspokojenia gotów jest poświęcić wszystko. Mariusz Kamiński to fanatyk, podstarzały hunwejbin-rewolucjonista, dla którego ruch jest wszystkim, cel niczym. Jarosław Gowin – nawet żal wspominać. Człowiek, który ma sporą ogładę, dużo czytał i może nawet coś tam przemyślał, ale wszystko to zmarnował dla, pożal się Boże, kariery i dziś nie reprezentuje już niczego. Antoni Macierewicz? Pisałem gdzie indziej, co o nim myślę. Premier Mateusz Morawiecki? Najtrudniej mi z nich wszystkich go zrozumieć, ale sądzę, że to typ nastawiony na osobistą karierę typu korporacyjnego. W bankowości nie mógł zajść wyżej, niż na szczebel prezesa krajowego banku zależnego od europejskiego giganta,  więc został premierem. Jego jedynymi umiejętnościami zawodowymi, które opanował za to do perfekcji, są wyprowadzanie pieniędzy z kraju i mówienie zawsze tego, co prezesi chcą usłyszeć. Ponieważ kompradorów nikt nie szanuje, podkręca się a to powierzchownym patriotyzmem (tak go wychowano), a to katolicyzmem (w kontrze do ojca?), a to wyolbrzymianiem swoich sukcesów (mafia VATowska) i mniemanych zasług z przeszłości: Pracował kilka miesięcy w Urzędzie ds. Integracji Europejskiej, więc „negocjował umowę akcesyjną”, grał w tenisa stołowego, więc „o mały włos nie wszedł do reprezentacji Polski”, pewnie kiedyś pomógł ojcu przenieść ulotki, więc „kolportował prasę podziemną”, MO go kiedyś postraszyła, więc „miał ciało w sinych pręgach”. Nie sądzę, aby ten człowiek wyobrażał sobie sytuację Polski w horyzoncie dłuższym, niż rok, czyli w takim, w jakim planuje swoją karierę.

Cała reszta tego towarzystwa – mam na myśli posłów i działaczy PiS – to oportuniści i karierowicze, ludzie bez właściwości, plus grupka fanatyków.

Liczy się jedyny człowiek, który potencjalnie mógłby to wszystko ogarnąć i mieć jakąś wizję przyszłości Polski: Jarosław Kaczyński. Ale Jarosław Kaczyński wizje przyszłości już stracił, a w dodatku, najprawdopodobniej ze względów zdrowotnych, znacznie ograniczył swoją aktywność publiczną. Leczy kolano. A sprawy toczą się same z siebie, bez planu i zaczynają się wymykać spod kontroli.

Tego się boję. Bo plan, nawet jeśli złowieszczy, miałby w sobie jakąś racjonalność.

Andrzej-Duda

Meritum

Jeżeli obecna faza walki z uzurpacjami PiSu, pragnącego całkowicie podporządkować sobie sądy, ma jakiekolwiek merytoryczne jądro, to jest nią odpowiedź na pytanie: Czy prezydent może mianować sędziów samodzielnie, według własnego widzimisię?

Odpowiedź brzmi: nie. Według Art. 179 Konstytucji,

Sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony.

Prezydent może powołać sędziów wyłącznie na wniosek KRS (choć, jak już analizowałem, nie musi powoływać wszystkich osób wskazanych przez KRS – i Lech Kaczyński, i Andrzej Duda korzystali z tego uprawnienia). Nie ma wniosku, nie ma powołania.

A co, jeśli wniosek jest wadliwy? Czy wadliwy wniosek jest wnioskiem, o którym mówi Art. 179 Konstytucji?

Wniosek mógłby być wadliwy co najmniej z dwu powodów:

  • Organ występujący jako KRS nie jest tym organem, o którym mowa w Konstytucji, lub też
  • KRS sporządziła wniosek w złej wierze, nie kierując się kompetencjami i przymiotami charakteru kandydata, ale jego poglądami politycznymi lub spodziewaną lojalnością partyjną, w ten sposób świadomie wskazując osobę niegodną lub niekompetentną do sprawowania urzędu sędziego.

Można przyjąć, że prezydent nie musi badać prawidłowości wniosku – choć, moim zdaniem, powinien to robić, patrz cytowana wyżej analiza – wobec czego Sąd Najwyższy w niedawnej uchwale trzech izb sformułował kryteria jego oceny. Sąd Najwyższy najwyraźniej stoi na stanowisku, że wniosek wadliwy jest wnioskiem niebyłym. Nie ma tu sporu kompetencyjnego. SN nie kwestionuje prerogatywy prezydenta, a jedynie nakazuje sprawdzić, czy prezydent miał prawo do skorzystania z niej, gdyż jako się rzekło, jeśli nie ma wniosku, to nie ma powołania.

Nawiasem mówiąc, SN starał się zmiękczyć swoje stanowisko twierdząc, że sędziowie powołani na podstawie potencjalnie wadliwych wniosków są sędziami, ale nie powinni orzekać, co jest lekko absurdalne. Daje to jednak podstawy do uznania, w imię niepogłębiana chaosu prawnego, co z kolei jest godne pochwały, wyroków wydanych przez potencjalnie „nieprawidłowych” sędziów za ważne. Wyjątek ten nie odnosi się jedynie do orzeczeń Izby Dyscyplinarnej SN, o której SN orzekł, że nie jest sądem w myśl polskiej Konstytucji i prawa europejskiego.

PiS i osobiście dr Duda stoją na stanowisku przeciwnym: Dokonany przez prezydenta akt powołania na prezydenta jest ostateczny i nie podlega żadnej kontroli, niezależnie od innych okoliczności. W wywiadzie, który ukazał się we Wprost z 3 lutego, znajduje się taki fragment:

Wprost: Część sędziów domaga się ujawnienia list poparcia dla członków KRS. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, że coś z tymi listami jest jednak nie tak. Dla statusu sędziów nie będzie to miało znaczenia?

Prezydent Duda: Nie będzie miało, ponieważ otrzymali oni nominację sędziowską od prezydenta Rzeczypospolitej. Kropka.

Kropka. Andrzej Duda twierdzi, że prezydencka nominacja jest ostateczna, niekwestionowalna, tak jak ostateczne i niekwestionowalne były decyzje monarchy absolutnego, nawet gdyby później miało się okazać, że wniosek, bez którego do nominacji nie mogłoby dojść, był wadliwy, co dr Duda – hipotetycznie? – dopuszcza. Według Dudy prezydencki akt nominacji usuwa wszystkie możliwe nieprawidłowości.

Nawet jeśli prezydent sam zdawał sobie sprawę z istnienia wątpliwości odnośnie do wniosku? Nawet jeśli nie było żadnego wniosku?!

Pogląd, że prezydenckie powołania na urząd sędziego nie mogą podlegać żadnej kontroli, jest nie do utrzymania. W ten sposób prezydent mógłby powołać kogokolwiek, nawet bez wniosku KRS, i nie dałoby się tego zakwestionować. Prezydent nie sprawuje władzy absolutnej i nie stoi ponad prawem.

Rozumiem psychologiczne powody, dla których Duda utrzymuje, że jego postanowienia nie mogą podlegać kontroli. Otóż Kaczyński całkowicie odsunął go od podejmowania jakichkolwiek merytorycznych decyzji. Duda nie ma wpływu ani na politykę krajową, ani na zagraniczną, ani na siły zbrojne, ani nawet na nominacje na różne stanowiska. Nic. Może jedynie decydować do którego ośrodka pojedzie na narty i może sprawować swoje „monarsze” prerogatywy osobiste, opisane w Art. 144 ust. 3 Konstytucji, w tym powoływanie sędziów. Broni więc swoich uprawnień jak niepodległości, choć w zakresie powoływania sędziów jest ograniczony przez Art. 179, czego już nie chce zauważyć.

Duda jest podobno także wściekły na sędziów: Myślał, że skoro zawetował dwie ustawy pana Zbyszka, sędziowie uznają go za swojego obrońcę, a tymczasem go krytykują. Duda nie chce pamiętać, że zawetował tylko dwie z trzech ustaw sądowych, po czym „wynegocjował” z Kaczyńskim ustawy, które z punktu widzenia sędziów niczym nie różniły się od tych zawetowanych. Sejm dodatkowo znacznie je zaostrzył w porównaniu z prezydenckimi projektami. Jedyna różnica polegała na tym, że pewne uprawnienia, które chciał przypisać sobie pan Zbyszek, przypadły Dudzie. Płynie stąd wniosek, że dr Duda wcale nie walczył o sędziów i sądy, a tylko o swoją osobistą pozycję wobec pana Zbyszka.

duda-monroe

Nawiasem mówiąc, reakcja Dudy na pytanie o „hipotetyczne nieprawidłowości” na listach poparcia do KRS świadczy o tym, że z tymi listami jest coś cholernie nie w porządku. Czego zresztą wszyscy już się domyślają. Sądzę, że na listach tych brakuje podpisów sędziów, co czyni neoKRS nieważną nawet w świetle uchwalonego przez PiS prawa. A w takim wypadku wszystkie akty wydawane przez neoKRS, w tym nominacje sędziowskie, są nieważne.

(Edytowałem po przeczytaniu wywiadu z Andrzejem Dudą.)

Krajoznawca

Prezydencka kampania wyborcza rozkręca się w cieniu kolejnego etapu sporu o kontrolę nad sądami. I mniejsza nawet o to, kto i dlaczego ten spór postanowił eskalować. Jedni twierdzą, że jest to element przemyślanej strategii Jarosława Kaczyńskiego, mającej doprowadzić do Polexitu, zwanego także wypierpolem; co mogłoby się stać z Polską po (funkcjonalnym) opuszczeniu Unii Europejskiej, nie ma dla Kaczyńskiego żadnego znaczenia. Ja sądzę, że o żadnej przemyślanej strategii nie ma mowy, a ustawa kagańcowa jest wprowadzana żeby zaspokoić chore ambicje pana Zbyszka, patologicznego narcyza i megalomana, który nie może znieść, że choć jest Ministrem Sprawiedliwości, są sędziowie, którzy mają czelność mu się przeciwstawić. Pan Zbyszek wykorzystał to, że leczący kolano (kolano?) Jarosław Kaczyński znacznie ograniczył swój udział w życiu publicznym i nie jest już w stanie wszystkiego bezpośrednio kontrolować – a gdy mleko się rozlało, cały PiS i okolice, wraz z Kaczyńskim i Gowinem, stanęli za panem Zbyszkiem murem dobrze wiedząc, że wszelkie oznaki dezintegracji obozu władzy znacznie zmniejszają szanse wyborcze dr. Dudy. Zmiana w Pałacu Prezydenckim oznaczałaby nie tylko trudności w rządzeniu, ale także zagrożenie procesami dla przywódców PiS. I dlatego nie ma znaczenia, kto do obecnego zaostrzenia doprowadził, bo cały PiS mówi dzisiaj jednym głosem. Nawet, jeśli niektórzy czują się do tego przymuszeni.

Sam Andrzej Duda nie dość, że popiera działania represyjne wobec sędziów, to robi to z niezwykłą ochotą i zaangażowaniem, uderzając we frazy o czyszczeniu polskiego domu i wzywając na pomoc górników, co brzmi jeśli nie proto-faszystowsko, to co najmniej przypomina najgorsze czasy PRLu. Widać, jaki Duda i jego sztabowcy mają pomysł na kampanię wyborczą. Twardzi, ideowi zwolennicy PiS na pewno zagłosują na Dudę. Na Dudę zagłosują też wyborcy z mniejszych miejscowości, bo choć ani PiS, ani Duda poza rozdawnictwem socjalnym nie zrobili nic, literalnie nic, aby poprawić położenie mieszkańców Polski poza dużymi miastami, a obiektywnie je nawet pogorszyli (finansowe głodzenie samorządów, likwidacja gimnazjów, zamykanie małych szpitali, obsadzanie wszystkich urzędów, do których mają dostęp, krewnymi i znajomymi PiSowskich królików, a więc utrwalanie władzy lokalnych koterii), zrobili bardzo dużo, aby dowartościować ich w warstwie symbolicznej. Nikt inny nie jeździł po małych miejscowościach i nie mówił ludziom „wy jesteście solą ziemi, jesteście wspaniali tacy, jacy jesteście, nie musicie się zmieniać, byleście na nas zagłosowali”. Ostatnie wybory do sejmików wojewódzkich, europejskie i parlamentarne pokazały, że PiS wygrywa dzięki prowincji. Na te głosy liczy także Andrzej Duda i zapewne je zdobędzie. Problem w tym, że na wybory prezydenckie może tych głosów być zbyt mało – w wyborach parlamentarnych 43,6% mogły dać bezwzględną większość (choć mniejszą, niż w 2015, gdy PiS zdobył 37,6% – to są idiosynkrazje obowiązującej w Polsce ordynacji), a w wyborach prezydenckich trzeba mieć ponad 50%.

Trzeba poszerzyć bazę wyborczą. Dawniej mówiło się, że trzeba walczyć o centrum. Z tego powodu Kaczyński na czas kampanii wyborczych łagodniał, chował do szafy Macierewicza i ciepło wyrażał się a to o Edwardzie Gierku, a to o niektórych współczesnych przywódcach lewicy. Duda z kolei w 2015 prezentował się jako kandydat młody, dynamiczny, cywilizowany, znający języki, pokazywał się w towarzystwie eleganckiej żony i ładnej córki. A żona była nauczycielką w świetnym liceum i córką znanego poety, córka studiowała prawo na UJ.

Dzisiaj – nic z tych rzeczy. Duda jest na tyle przytomny, że wie, iż on sam i cały PiS zrazili do siebie centrum, więc nie ma sensu walczyć o jego głosy. Nie ma mowy o wypowiedziach koncyliacyjnych, łagodzących, wyciszających konflikty, wzywających do jedności rozumianej w duchu konsensusu, nie zaś jako kapitulacja anty-PiSu przed PiSem. Głosów trzeba szukać gdzie indziej. Wybory raczej nie rozstrzygną się w pierwszej turze, trzeba myśleć o drugiej. A tam, po pierwsze, można liczyć na demobilizację anty-PiSu: dla wyborców lewicowych kandydaci lokujący się bliżej centrum mogą okazać się zbyt prawicowi, z kolei dla wyborców centrowych możliwi kandydaci lewicowi mogą wydać się zbyt lewicowi. W jednym i drugim wypadku część wyborców anty-PiS może w drugiej turze strzelić focha i zostać w domu, co zwiększy względne znaczenie zmobilizowanych wyborców Dudy. PiS w sposób najzupełniej oczywisty liczy na taki scenariusz, więc wyborcy anty-PiSu – i ci z lewej, i ci z prawej – muszą zacisnąć zęby i zagłosować w drugiej turze na nie-Dudę, bo to naprawdę będzie walka ze Złem.

Po drugie, Duda liczy na głosy ultra-prawicowców, religijnych fundamentalistów, nacjonalistów i faszystów. I właśnie dlatego Duda tak ostro wypowiada się przeciwko sędziom, przeciwko elitom i przeciwko Unii Europejskiej. Duda liczy, że przy demobilizacji anty-PiSu, zwycięży w drugiej turze dzięki głosom ideowych zwolenników, dzięki symbolicznie dowartościowanej prowincji i dzięki antyeuropejskim nacjonalistom. Anty-PiS, zbrzydzony zbyt prawicowym lub zbyt lewicowym kandydatem w drugiej turze, powinien się dobrze zastanowić, czy warto zachować swoją ideową czystość za cenę oddania jeszcze większego wpływu na rządy ksenofobom, społecznym reakcjonistom i faszystom.

W tym roku Andrzej Duda nie będzie już mógł się przedstawiać jako kandydat antystablishmentowy, występujący przeciwko wypranemu z pomysłów, zmęczonemu samym sobą obozowi władzy. Przeciwnie, za Dudą, a zwłaszcza przeciwko Dudzie, stać będą wszystkie dokonania PiSu i osobiste dokonania Dudy jako prezydenta. To z nich powinien być w wyborach rozliczany. Gdybym miał wymienić najważniejsze osiągnięcia prezydentury Andrzeja Dudy, to poza bezwolnym podpisywaniem wszystkiego, co mu posłańcy Kaczyńskiego podsuwają, nocnymi czatami z Leśnym Ruchadłem i mniejszymi lub większymi wizerunkowymi wpadkami za granicą (zobacz także tutaj), wymieniłbym trzy rzeczy:

  1. Ułaskawienie przestępców z CBA,
  2. Zaprzysiężenie w środku nocy dublerów do Trybunału Konstytucyjnego,
  3. Promowanie piękna naszego kraju poprzez regularne wizyty w ośrodkach narciarskich i odwiedzenie wszystkich 380 powiatów.

Za to ostatnie Andrzejowi Dudzie należy się złota Odznaka Krajoznawcza PTTK. I nic więcej.

odznaka2

Opera Rara, 23 stycznia

Gioacchino Rossini, Sigismondo, Franco Fagioli, Francesca Chiejina, Capella Cracoviensis, dyr. Jan Tomasz Adamus, reż. Krystian Lada, Teatr Słowackiego

Przez pierwsze kilkanaście minut zastanawiałem się co ja tutaj robię?! Na scenie niezrozumiały chaos, Franco Fagioli śpiewa dziwnie słabo, orkiestra lekko fałszuje, chyba trzeba będzie wyjść po pierwszym akcie.

Wtem! Na scenie, a tak naprawdę pomiędzy krzesłami publiczności, pojawiła się Francesca Chiejina, młoda nigeryjsko-amerykańska sopranistka. Zaśpiewała, i to jak!  Chiejina ma piękny, czysty, bardzo donośny głos, niczego też nie można zarzucić jej technice. A potem jeszcze pojawił się bas, Kenneth Kellogg, Fagioli się rozśpiewał, a i tenor Pablo Bemsch śpiewał bardzo dobrze. Przedstawienie, które się kiepsko zapowiadało, okazało się bardzo ciekawe.

Sigismondo to nie jest porywająca muzyka, ale Rossini pozwolił wyśpiewać się czwórce głównych protagonistów. Bardzo dobrze wypadły zwłaszcza liczne duety i tria oraz partie z udziałem chóru. O ile pierwszy akt należał zdecydowanie do Franceski Chiejiny, to w drugim Franco Fagioli dał popis swoich nieprawdopodobnych możliwości wokalnych. A ja od czasu do czasu słyszałem coś a to z Wilhema Tella, a to zwłaszcza z Cyrulika sewilskiego. Co wcale nie musi być złudzeniem: Rossini napisał Sigismonda w 1814, Cyrulika zaś ledwie dwa lata później, w 1816. Całkiem możliwe, że wykorzystał tam – i wspaniale rozwinął – niedawne pomysły i rozwiązania z Sigismonda.

Osobna uwaga należy się warstwie teatralnej tego wykonania – bo nie było to wykonanie koncertowe, jak to zazwyczaj na Opera Rara bywa, ale pełne przedstawienie. Otóż akcja Sigismonda dzieje się w jakiejś mitycznej Polsce. Przedstawienie zaczyna się wśród postaci, które zeszły z Hołdu Pruskiego Matejki, przy czym wszyscy mężczyźni – król (Fagioli), biskup, dworzanie, a także husarz, którego na obrazie nie ma, ale w sztuce o wyobrażonej historii polski nie mogło go zabraknąć – chodzą w krótkich spodenkach. Chiejina, gdy już przeistacza się w królową – a raczej w królową, która udaje prostą pasterkę udającą królową; te libretta są naprawdę skomplikowane – występuje w kostiumie takim, jak suknia Bony na obrazie Matejki. Od czasu do czasu postacie robią głupie miny i śmieszne rzeczy, ale pierwszy akt kończy się nieźle: gdy król Sigismondo mobilizuje swoje wojska do walki z najeźdźcą Ulderykiem, przypomina to chocholi taniec z Wesela: żołnierze klękają i żegnają się zamaszystym znakiem krzyża, są kosynierzy, wszyscy kręcą się w jakimś upiornym tańcu, skryty w cieniu król siedzi na wysokiej drabinie – widać, że nic dobrego z tego wyniknąć nie może, choć rzecz jest muzycznie całkiem dobra. Jeden Stańczyk usiłuje ich powstrzymać, ale zostaje odsunięty.

W drugim akcie jest gorzej, bo reżyser stara się nam wbić swoje przesłanie, moim zdaniem, zbyt nachalnie. Pojawiają się kolędnicy, którzy zrzucają koszule i stają się grupką osiłków-kiboli, usiłujących zastraszyć kogo się da. To właśnie jest armia Sigismonda. Z sufitu spada wielki napis „Polska dla Polaków”: artyści grający przeciwników Sigismonda – występujący w tej scenie w kostiumie inspirowanym strojem Lajkonika Kellogg i Chiejina – są nie-biali. Wojsko Sigismonda przegrywa decydującą bitwę, pojawia się grupa statystów o nie-słowiańskim wyglądzie, reprezentujących zwycięską armię Ulderyka. Następuje jednakowoż konieczna w tych operach finałowa scena pojednania i wzajemnego wybaczenia, napis „Polska dla Polaków” zmienia się w zwykłe „Polska”, członkowie wrogich armii mają się ku sobie, najpierw nieśmiało i ze wstydem, ale w końcu zaczynają ze sobą tańczyć, co jest dobrze zagrane. Jeden z osiłków Sigismonda tańczy z ciemnoskórym chłopakiem z armii Ulderyka.

Po spektaklu wykonawcy, dyrygent i reżyser zebrali zasłużone oklaski. Jak to jest w zwyczaju, główni wykonawcy dostali kwiaty. Dostał więc Franco Fagioli, dostała też Marzena Lubaszka, która śpiewała małą i słabo słyszalną (ona ma cichy głos) partię, a poza tym jest żoną Adamusa. A Francesca Chiejina, która zaśpiewała fantastyczną rolę i była drugą, po Franku Fagiolim, wielką gwiazdą tego przedstawienia, nie dostała. Fagioli dał jej jedną różę ze swojego bukietu. To nie było reżyserowane. Tak wyszło. Polska dla Polaków.

chiejina

Francesca Chiejina

Chaos

Niewiele osób jest chyba w stanie śledzić od strony prawnej zawiłości związane z najnowszą PiSowską próbą zniewolenia Sądu Najwyższego. Jutro – w czwartek, 23 stycznia – SN w składzie trzech izb miał orzec, czy osoby wskazane prezydentowi przez neo-KRS do powołania na stanowiska sędziowskie mogą orzekać. SN miał tu odpowiedzieć na pytania prawne zadane przez jeden z Sądów Apelacyjnych, a jest przy tym – jak twierdzi sam SN – związany wyrokiem TSUE, który zobowiązał go do takiego rozstrzygnięcia. Chcąc zablokować to posiedzenie, marszałek Witek wystąpiła do obsadzonego obecnie w całości przez PiS Trybunału Konstytucyjnego o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego, choć wedle ekspertów żadnego sporu kompetencyjnego tu nie ma. Mgr Julia „Wolfgangowa” Przyłębska, uważana przez PiS za prezeskę TK, ogłosiła, że posiedzenie SN zostaje zawieszone. W odpowiedzi rzecznik SN stwierdził, że posiedzenie nie jest zawieszone, a SN na jutrzejszym posiedzeniu sam rozstrzygnie, jak ma się zachować wobec wniosku do TK.

Sądzę, że SN postanowi jutro zignorować wniosek do TK i oświadczenie Przyłębskiej i że bardzo dobrze to uzasadni. PiS oczywiście tego nie uzna, a sprzyjający PiS prawnicy uzasadnią to stanowisko równie elokwentnie. W konsekwencji SN i większość polskich sędziów uzna, że Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w myśl prawa europejskiego, ale pan Zbyszek, sama Izba Dyscyplinarna i cały PiS będą twierdzili inaczej i będą próbowali karać niepokornych sędziów. Ci wyroków Izby Dyscyplinarnej nie będą uznawać i chaos, jaki już panuje w polskim sądownictwie, jedynie się pogłębi.

A chaos i tak już jest wielki: Strony już kwestionują niekorzystne dla siebie wyroki twierdząc, że skoro w składzie orzekającym byli sędziowie powołani na wniosek neo-KRS, sąd był nieprawidłowo obsadzony i wyrok jest wobec tego nieważny. Za chwilę to samo zaczną robić sądy europejskie, jeśli niekorzystne wyroki będą dotyczyć ich obywateli. Za chwilę już zupełnie nie będzie wiadomo, kto w Polsce jest sędzią, a kto tylko uważa, że sędzią jest i które wyroki obowiązują, a które nie. I nie mówimy o jakichś sprawach politycznych, ale o banalnych (choć niezwykle istotnych dla zaangażowanych osób) sprawach karnych, cywilnych, gospodarczych.

Całkowitą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi PiS, który, żeby przełamać „imposybilizm prawny” uniemożliwiający mu autorytarne, całkowicie woluntarystyczne i wolne od wszelkiej odpowiedzialności sprawowanie władzy, postanowił złamać zasady rządów prawa i trójpodziału władz i podporządkować sobie sądy. PiS twierdzi coś wręcz przeciwnego, mianowicie, że za chaos odpowiada „kasta”, która nie chce podporządkować się woli sejmowej większości. To nieprawda: rządy większości nieliczącej się z prawem, w tym z prawem europejskim i nierespektujące praw mniejszości to dyktatura, niedemokratyczna w dokładnie ten sam sposób i w tym samym sensie, jak niedemokratyczna była „dyktatura proletariatu”, system ustrojowy PRLu, na którym PiS się coraz wyraźniej wzoruje.

Dodatkową konsekwencją jest narastające przekonanie, że prawo nie jest emanacją jakichś wyższych, uniwersalnych zasad, a jedynie emanacją woli rządzącej większości. To również jest PRLowsko-bolszewicka zasada. Z woli PiSu gotowego zrobić (prawie?) wszystko, żeby utrzymać władzę, cywilizacyjnie wracamy do czasów, jak się wydawało, minionych.

Na zakończenie przypomnę, że podobna sprawa już miała miejsce.  Gdy pod koniec 2015 Sejm miał wybierać sędziów-dublerów do TK, Trybunał Konstytucyjny – nie jednoosobowo, ale w składzie jedenastoosobowym – wydał postanowienie o zabezpieczeniu postępowania, zakazujące Sejmowi dokonania wyboru sędziów TK do czasu rozstrzygnięcia przez sam TK, czy nowelizacja ustawy o TK uchwalona pod koniec kadencji PO była zgodna z konstytucją. Marszałek Kuchciński to postanowienie zignorował, a oczywiście znaleźli się prawnicy, którzy argumentowali, że TK w ogóle takiego postanowienia nie miał prawa wydać. Dziś mgr Przyłębska ogłosiła, że postępowanie przed SN jest zawieszone, ale SN zapewne to postanowienie zignoruje. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

P5170316