Miałem napisać notkę o tym, że kampania trwa, Jarosław Kaczyński kandyduje, ale milczy nadal. O tym jednak pisali już liczni komentatorzy, w tym Waldemar Kuczyński. Rekapitulując Kuczyńskiego, nieobecność i milczenie Jarosława Kaczyńskiego są oszukańcze i nieuczciwe. Mają bowiem udawać ból po śmierci brata, gdy tymczasem, nie negując samego bólu, są wynikiem strategii. Trzeba podtrzymać atmosferę żałoby, bo to zyskuje Jarosławowi Kaczyńskiemu sympathy vote, a także nie dawać Kaczyńskiemu okazji do kolejnych antagonizujących wypowiedzi, to bowiem demobilizuje umiarkowanie anty-pisowski elektorat.
Jarosław Kaczyński – to są moje już moje obserwacje – już od dłuższego czasu, co najmniej od ostatniej kampanii do europarlamentu, nie zabiegał o nowe głosy, a tylko konsolidował swój stały elektorat. Chyba zdawał sobie sprawę, że wyczerpał swój potencjał pozytywny, że ci, którzy potencjalnie mogli na PiS głosować, już się na to zdecydowali i tylko trzeba ich było utwierdzić w tym zamiarze. Kreowanie ostrych podziałów dobrze temu służy. Teraz żałoba „sama” daje mu nowe głosy, demobilizacja zaś elektoratu anty-kaczyńskiego zwiększa relatywną wagę głosów oddanych na Jarosława Kaczyńskiego.
Mówią natomiast pomniejsi zwolennicy Kaczyńskiego. Ale jak mówią! W zeszłym tygodniu lejtmotywem było to, że wszystkiemu winien jest Klich, gdyż dopuścił, iż wszyscy dowódcy lecieli jednym samolotem. Teraz PiS powiada, że rząd nie radzi sobie ze śledztwem i że trzeba zażądać od Rosjan, aby nam je przekazali. PiS doskonale wie, że to, merytorycznie, są bzdury: śledztwo powadzi niezależna od rządu prokuratura, z mianowanym przez Lecha Kaczyńskiego prokuratorem Seremetem na czele, śledztwa w sprawach katastrof lotniczych trwają wiele miesięcy, Rosjanie zaś, na nasze formalne żądanie oddania śledztwa, co najwyżej by się obrazili. PiSowi nie chodzi jednak o rzeczywistość, a o sprawienie wrażenia, że rząd postępuje co najmniej nieudolnie, a może nawet uwłacza pamięci ofiar. To jest czysta gra wyborcza. Przykro patrzeć, jak ludzie uchodzący dotąd za umiarkowaną frakcję PiSu – Joanna Kluzik-Rostkowska, Paweł Poncyliusz, Paweł Kowal – powtarzają to wszystko bez zmrużenia oka.
Do annałów polskiej publicystyki zapisze się także głos Jadwigi Staniszkis, która przebiła nawet Marcina Wolskiego, Jana Pospieszalskiego i Jarosława Rymkiewicza (poetę, którego za młodu bardzo lubiłem), insynuując, że jacyś przodkowie, lub choćby tylko znajomi redaktorów Gazety Wyborczej, uczestniczyli po stronie NKWD, jako tłumacze i „selekcjonerzy”, w mordzie katyńskim. Tym z 1940.
Wszystko to pasuje do scenariusza „demonicznego Jarosława”, o jakim pisałem poprzednio. Ja jednak cały czas myślę, że istnieje też inna możliwość. Oto Kaczyński naprawdę jest zdruzgotany, naprawdę oderwany od bieżącej działalności politycznej, stał się za to marionetką w rękach swoich poruczników, którzy walcząc o Kaczyńskiego, walczą o swoje własne polityczne przetrwanie. Bez Jarosława Kaczyńskiego są bowiem niczym. Udają, że PiS się cywilizuje, a sam pan prezes jest po prostu balsamem na polskie rany, ale od czasu do czasu pojawia się ich paskudna gęba. Sam Kaczyński się temu dość biernie poddaje, gdyż on też wie, że bez jego obecności PiSowi grozi błyskawiczna dezintegracja.
Czas pokaże jak jest naprawdę. Ale niezależnie od tego, z jakiej strategii wypływa bieżąca taktyka PiSu, może się ona okazać skuteczna i Jarosław Kaczyński zostanie prezydentem Polski. A jeśli nawet przegra, to przegra o włos. A wówczas drżyj, Platformo, w najbliższych wyborach parlamentarnych. A wówczas drżyj, Polsko…
***
Czerwcowo-lipcowe wybory prezydenckie będą mieć charakter plebiscytu: czy jesteś za Jarosławem Kaczyńskim, a więc za wizją Polski nieufnej, zapatrzonej w przeszłość, podejrzliwie patrzącej na wszystkich, za największą – i jedyną – świętość mającą nasze narodowe przegrane i naszych tragicznych bohaterów, czy też chciałbyś Polski niezapominającej o swojej przeszłości i swoich tragicznych bohaterach, ale zarazem patrzącej w przyszłość, starającej się ufać innym i zdobyć ufność innych, stającej się krajem cywilizowanym, nie zaś środkowoeuropejskim.
***
Tomasz Lis natomiast zwraca uwagę na rolę Kościoła w tej kampanii. Kościół, rzeczywiście, i to poczynając od decyzji kardynała Dziwisza, dość jednoznacznie opowiedział się po stronie PiSu i Jarosława Kaczyńskiego. Dziwi mnie to z dwóch powodów.
Po pierwsze, Kościół strzela sobie w stopę. Sojusz ołtarza z tronem, zaangażowanie w bieżącą politykę, szkodzi Kościołowi. Co z tego, że lokalnie coś zyska, jeśli w ten sposób jeszcze bardziej zniechęci do siebie kolejnych ludzi, zwłaszcza młodych. Zaangażowanie polityczne musi przyspieszyć proces laicyzacji Polski, nad czym resztą, jak wiadomo, ubolewam.
Po drugie, aż dziw bierze, że Kościół opowiada się po stronie Kaczyńskiego. On nigdy nie był ani politykiem, ani człowiekiem religijnym, opieranie się na Rydzyku i tamtej mutacji katolicyzmu w Polsce było ze strony Jarosława zabiegiem czysto koniunkturalnym. Ba, Jarosław Kaczyński dość twardo – i bodaj najbardziej skutecznie ze wszystkich polityków po 1989! – opowiadał się przeciwko Kościołowi w sprawach dla Kościoła instytucjonalnego ważnych. Po pierwsze, popierał tropienie agentów i jak to się całkiem głośno mówiło, bracia Kaczyńscy osobiście doprowadzili do tego, że abp. Wielgus nie objął diecezji warszawskiej. Po drugie, gdy należący do PiS ultrakatolicy chcieli zmienić konstytucję tak, aby aborcje były w Polsce bezwzględnie zakazane, Kaczyński się temu sprzeciwił, ryzykując wściekłość hierarchii i Rydzyka. Biskupom wydaje się, że jeśli poprą Kaczyńskiego, będą mogli nim sterować i go wykorzystywać. Wręcz przeciwnie, to Jarosław Kaczyński zawsze wykorzystywał Kościół.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.