W najnowszym Newsweeku dobry artykuł Cezarego Michalskiego Kampania w cieniu małej apokalipsy. Michalski nazywa Jarosława Kaczyńskiego kandydatem wszystkich poranionych, nazwiązując do znanej wypowiedzi Anny Fotygi.
Szczególny ton nadały tej kampanii autentyczny tragizm, frustracja i resentyment Jarosława Kaczyńskiego współgrające z tragizmem, frustracją i resentymentem jego elektoratu. […] Zraniony Kaczyński przyciągnął do siebie wszystkich innych zranionych przez ustrojową transformację, przez własne przegrane wojny z „inteligenckim salonem”, przez zablokowane awanse na uniwersytetach, w inteligenckich korporacjach zawodowych czy mediach.
Zdaje się, że wspominałem już, że zdumiewa mnie ewolucja ideowa Cezarego Michalskiego, który od „pampersów” Walendziaka doszedł do Krytyki Politycznej, gdzie chyba najczęściej teraz publikuje. Michalski zresztą nie stracił podziwu dla Jarosława Kaczyńskiego, tyle tylko, że teraz jest to podziw połączony z lękiem. Nawiasem mówiąc, w tym miejscu
Marek Migalski mało subtelnie mścił się za – istotnie, niezbyt sprawiedliwe – zablokowanie mu uniwersyteckiej kariery przez starą peerelowską gwardię z Uniwersytetu Śląskiego
Michalski się myli. Owszem, Marek Migalski wojował ze starą peerelowską gwardią z UŚ, ale jego habilitacja padła nie tam, ale najpierw we Wrocławiu, a potem w Krakowie. Żeby się nie powtarzać, o Migalskim pisałem na przykład tutaj.
W każdym razie artykuł Cezarego Michalskiego polecam. Czytając go zrozumiałem mesjanistyczną interpretację katastrofy pod Smoleńskiem. Michalski:
Katastrofa lotnicza nie jest niczym podniecającym dla ludzi, którym się w życiu powiodło. Oni zajęci są uprawianiem swojego ogródka i raczej chcieliby z katastrofy wyciągnąć praktyczne wnioski, ustalić odpowiedzialnych, poprawić procedury, po czym o tragedii jak najszybciej zapomnieć. Jednak dla ludzi sfrustrowanych każda katastrofa ma posmak apokalipsy, sądu ostatecznego nad tymi bliźnimi, którzy cieszą się niezasłużonym życiowym sukcesem.
„Sfrustrowani”, aby zanegować bolesną absurdalność katastrofy, chcieli nadać jej jakiś głębszy sens. Szybko okazało się, że media, także te bardzo krytyczne wobec prezydentury Lecha Kaczyńskiego, zgodnie z polską, sentymentalną tradycją, zaczęły o nim pisać dobrze jako o człowieku, przemilczając aspekty polityczne. Śmierć uwzniośla, śmierć urzędującego prezydenta skupia wszystkie oczy na majestacie państwa. „Sfrustrowani” uznali jednak, że śmierć Kaczyńskiego zdarła łuski z oczu jego krytykom, którzy dotąd go „opluwali” i „poniżali”, a teraz nagle w zgrozie pojęli jego prawdziwą wielkość, co zostało przypieczętowane przez wawelski pogrzeb. Mesjanistyczny sens „ofiary” Kaczyńskiego byłby więc taki, że przywróciła ona należną cześć „prawym Polakom” i zanegowała język agresji. No pięknie, tyle tylko, że Chrystus i wszelkie jego literackie figury, od Rolanda aż po Aslana z Opowieści z Narnii i Harry’ego Pottera, wybrali śmierć świadomie, mając możliwość dokonania innego wyboru. Kaczyński zginął przypadkowo i skoro decyzja o lądowaniu została podjęta, nie mógł swojego losu odwrócić. Nie ma więc mowy ani o ofierze, ani o mesjanizmie.
W tym samym numerze Newsweeka prof. Grzegorz Gorzelak broni swojej koncepcji rozwoju metropolitalnego, o której wspominała anuszka (w tej chwili w sieci dostępny jest tylko malutki skrót artykułu). Na szczęście Gorzelak nie idzie tak daleko, jak Janusz Majcherek, który w swoim kuriozalnym tekscie zalecał wieś wygłodzić i powiadał, że rozwijanie szkół na wsi nie ma sensu. Gorzelak twierdzi co prawda, że to metropolie (i lokalne ośrodki typu metropolitalnego) mogą być jedynymi lokomotywami rozwoju, tak, jak kiedyś okręgi przemysłowe, zwraca jednak uwagę na konieczność rozwijania oświaty w regionach zacofanych, „bo jedynie nauka może wyrównać braki w kapitale kulturowym”. Jeszcze do tego wrócę.
Gorzelak pisze przy tym rzecz arcyciekawą:
Owe różnice strukturalne mają wielowiekową tradycję. W późnym średniowieczu Wisła stała się granicą modernizacji postępującej z zachodu. Nie przekroczyły jej klasztory cysterskie, zatrzymał się na niej styl romański, na wschód od Wisły na prawie magdeburskim i lubeckim lokowano pojedyncze miasta, a plony zbóż w zachodniej części ówczesnej Polski były 2-3 razy wyższe niż we wschodniej […]. Zabory z XIX wieku różnice te pogłębiły.
Cokolwiek by o koncepcjach Gorzelaka sądzić, jego artykuł także polecam.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.