Niszcząca masa

Wczoraj gdzieś w Polsce zdarzył się wypadek kolejowy: Siedem wagonów towarowych, w tym trzy załadowane kruszywem, stoczyło się z górki, wykoleiło, uderzyło w dom, zburzyło go i zabiło trzy osoby. Okazuje się, że trzech młodzieńców pracujących przy rozładunku wagonów zwolniło hamulce, żeby sobie ułatwić pracę. Najprawdopodobniej przesuwali wagony łyżką koparki, a że było z górki, wozy odbiegły, jak to przepięknie pisał Stefan Grabiński, i stało się nieszczęście. Cóż, młodzieńcy chyba nie uważali na lekcjach fizyki. Gdyby zabili samych siebie, zasłużyliby na Nagrodę Darwina, lecz, niestety, zabili troje Bogu ducha winnych ludzi.

Komentator tanczacy.z.myslami pisze pod artykułem tak:

taki całkiem załadowany wagon może ważyć ze 70 ton, to kilka połączonych, nawet pustych, razy szybkość, stanowi straszliwą niszczącą masę.

Ten komentator ma słuszną intuicję, że masywne, rozpędzone wagony mogą wykonać znaczną pracę, obawiam się wszkaże, że on też niezbyt uważał na lekcjach fizyki. Ek=½ mv2.

Segmentowanie przekazu

Prawo i Sprawiedliwość zaczęło swoją „kampanię informacyjną”. W radio usłyszałem ekspertów od mediów, którzy ekscytowali się, że PiS swojemu twardemu elektroratowi pokazuje prezesa Kaczyńskiego z panem Rydzykiem na Jasnej Górze, a wyborcom centrowym daje „słowa prawdy”. Eksperci nazwali to segmentowaniem przekazu względem targetu, a mnie natychmiast przypomnieli się kanoniczni czterej znawcy od nawozów i od świata. Uwielbiam medialnych ekspertów od mediów 🙂 Ale ja nie o tym.

Telewizyjny spot „słowa prawdy” był już krytykowany za to, że sztuczny, że aktorzy, że skopiowane ze spotów Republikanów (do tego stopnia, że niektóre fragmenty są zupełnie niezrozumiałe), że spot obarcza Platformę winą za wszystko, także i za to, czemu Platforma nie zawiniła lub co robi lepiej od PiSu. Mnie uderza, iż przekazem jest to, że Platforma robi źle: spot nie stara się nawet uzasadnić, że PiS zrobi lepiej.

W drugim spocie Jarosław Kaczyński otwiera młodzieży drzwi do kariery. Główne przesłanie także jest negatywne: teraz, pod rządami Platformy, drzwi są zamknięte. Nikt nie mówi, ani zresztą nikt nie pyta, jak mianowicie Jarosław miałby te drzwi otworzyć, może za pomocą magii? Co ciekawe, PiS podjął już dwie takie próby. Pierwszą była ustawa nazywana lex Gosiewski, skutecznie poszerzająca dostęp do aplikacji prawniczych. Jej rezultatem jest bezrobocie wśród młodych adwokatów. Drugą miała być powszechna lustracja, która – choć nie powiedziano tego wprost – miała zwolnić dla młodych stanowiska zajmowane przez skażonych komuną starych profesorów, prawników i redaktorów. Strach pomyśleć co teraz zrobi Jarosław, aby otworzyć młodym drzwi?

Ciekawe są radiowe spoty PiSu. Powtarza w nich się skierowana do Tuska inwokacja „proszę mi nie mówić, że nie mam prawa pana krytykować”. Najwyraźniej sztabowcy PiSu założyli, że Platforma będzie się zasłaniać sprawowaną przez Polskę prezydencją i wzywać do zaniechania krytyki rządu, która mogłaby prezydencji zaszkodzić – stąd PiSowskie „mam prawo [krytykować]”. Taki też był tenor przemówienia europosła Legutki. Rzecz w tym, że Platforma tego argumentu nie użyła, a więc PiSowski protest przeciwko kneblowaniu ust prezydencją jest zupełnie chybiony.

Spoty radiowe też koncentrują się na tym, że jest źle, ale w żaden sposób nie uzasadniają tezy, iż po ewentualnej wygranej PiSu będzie lepiej. Można się zresztą nad tymi spotami łatwo i przyjemnie pastwić: w pierwszym absolwentka prawa skarży się, że nie stać jej „na opłacenie aplikacji”. Co to ma znaczyć? Przecież za aplikację się nie płaci, kandydat dostaje się na nią po zdaniu egzaminu, w trakcie aplikacji otrzymuje jakąś marną pensję, aplikantów zaś (patrz czytowany wyżej materiał Rzeczpospolitej) jest obecnie o wiele więcej, niż kilka lat temu. Największą zasługę miał w tym Przemysław Edgar Gosiewski. W drugim spocie kobieta skarży się, że jest szykanowana w pracy, gdyż zaszła w ciążę, a poza tym nie wiadomo, czy jej córeczka zostanie przyjęta do przedszkola. No jasne, pod rządami PiSu, którego radiomaryjne skrzydło chce zamknąć kobiety w domach – zgodnie z zasadą 3xK, czyżby znów jakieś nieuświadomione inspiracje? – kobiety takich problemów nie będą miały, a ustawę żłobkową uchwalono pod rządami Platformy, nie PiSu. I tak dalej.

W najnowszej Polityce Mariusz Janicki i Wiesław Władyka w ten sposób podsumowują ostatnie działania PiSu:

Z jednej strony partia ta wyraźnie umacnia najtwardszy, rydzykowy elektorat, z drugiej strony, niejako podprogowo, zniechęca potencjalnych wyborców do głosowania na PO

gdyż

PiS rozpoczął intensywną kampanie antyfrekwencyją w przekonaniu, że obniżenie frekwencji to klucz do wyborczego sukcesu.

Sam coś podobnego niedawno pisałem. Obraz ten byłby spójny, gdyby nie wielkie billboardy z „premierem Jarosławem Kaczyńskim”, straszące na co drugiej ulicy. Bloger Azrael stwierdził nawet, że

Prawo i Sprawiedliwość zrobiło swoją twarzą w kampanii Jarosława Kaczyńskiego. Swoją najsilniejszą markę, która jednocześnie [jest] jego największym obciążeniem.

Ba, gdy zajrzałem dziś na stronę PiSu, miałem uczucie deja vú, jakbym czytał znany wiersz Majakowskiego. Kłucie w oczy wizerunkiem Jarosława, grożenie, że znów może zostać premierem, mobilizuje przeciwników PiSu, nawet tych umiarkowanych, którzy w tej sytuacji pójdą do wyborów i z zaciśniętymi zębami zagłosują nie-PiS – zapewne większość na Platformę, część na SLD – i wszystkie wysiłki antyfrekwencyjne diabli wezmą.

Przekaz PiSu jest więc niespójny, chybiony, negatywny. Koncentruje się na złej Platformie, nie mówi nic ani o Polsce, ani o planach PiSu na sprawowanie władzy. I, jak wieszcz, znowu sobie zadaję pytanie, czy Jarosław jest tak cyniczny, czy tak oderwany od rzeczywistości? Myślę, że cyniczny Jarosław oddał kampanię młodym – Porębie, Hofmanowi, młodemu Kamińskiemu – z myślą, że jeśli wygrają lub przynajmniej doprowadzą do koalicji z SLD, to dobrze, a jeśli przegrają, to prezes ich wyrzuci. Wtedy jednak prezesa wyrzuci Zbigniew Ziobro.

Zbigniew Ziobro nie musi sabotować kampanii PiSu. Pod wodzą Jarosława, jak przypuszczam, PiS przegra kampanię całkiem samodzielnie. Dla pewności wystarczy przypilnować, żeby do kampanii nie włączył się Jacek Kurski, gdyż ten mógłby rzucić jakiś chwytliwy pomysł, a na co to Ziobrze?

Sztuka interpretacji

TNS OBOP przedstawił swój najnowszy sondaż wyborczy: PO 45% (-1 w stosunku do czerwca), PiS 28% (+3), SLD 13% (-3), PSL 6% (+1). Pozostali poniżej progu.

Takie są wyniki sondażu. Teraz trzeba je jeszcze zinterpretować, a wiele osób czyta lub zapamiętuje tylko nagłówki. Zobaczmy więc jak te wyniki prezentują różne media elektroniczne.

Gazeta Wyborcza (tytuł na stronie głównej): PO może rządzić samodzielnie
Telewizja Polska: Prawie połowa Polaków popiera PO
Polskie Radio: Platforma coraz bliżej 50-proc. poparcia
Interia.pl: PO – 45 proc. poparcia, PiS – 28 proc.
Onet: „Bezpieczna” przewaga PO nad PiS
Wirtualna Polska: PiS rośnie w siłę
Rzeczpospolita: PO spada, PiS rośnie


Przypominam, że chodzi ten sam sondaż. Sympatie polityczne różnych mediów biją po oczach.

Jan Komeniusz i Ken Wilson

W Gazecie Świątecznej ukazał się wywiad, którego Ken Wilson udzielił Alicji i Piotrowi Pacewiczom. Wilson otrzymał Nagrodę Nobla za odkrycie grupy renormalizacji, obecnie jednego z najważniejszych narzędzi fizyki teoretycznej, po czym zajął się czymś, co sam uważa za rzecz trudniejszą: reformowaniem edukacji. W listopadzie byłem na spotkaniu z Wilsonem w PAU i nawet planowałem coś na temat jego poglądów napisać, ale nie znalazłem czasu. Teraz jest dobra okazja, żeby do tego powrócić.

Wilson powiada, że kształt współczesnej szkoły zawdzięczamy Janowi Komeniuszowi, który (cytaty za wywiadem z Gazety)

stworzył model szkoły, jaki obowiązuje do dziś. Podstawowa edukacja dla wszystkich, szkoły utrzymywane przez państwo, podręczniki dla każdego dziecka, programy nauczania takie same dla każdego. Przedmioty. Lekcje. Przerwy.

Było to możliwe dzięki temu, iż na początku XVII wieku wynalazek druku tak bardzo się upowszechnił, iż książki stały się łatwo dostępne. Każda klasa, później każde dziecko mogło mieć własny podręcznik, taki sam, jak wszystkie inne dzieci, mogło więc przystępować do takich samych sprawdzianów, egzaminów, testów. Ten system, który, co do zasady, nie zmienił się od czasów Komeniusza, 

przypomina taśmę produkcyjną: uczniowie jadą po niej jeden za drugim, w tym samym tempie, a szkoła wkłada im do głowy kolejne porcje wiedzy, każdemu to samo.

Wilson powiada, że

To trzeba zmienić. […] Szkoła jeszcze nie wie, że nie wystarczą drobne naprawy.

Powołując się na idee Petera Druckera, Wilson mówi dalej, iż

nie można zakładać, że będzie się szło w tym samym kierunku przez długi czas. Dobra organizacja skupia się nie tylko na tym, jak lepiej robić to, co robi, ale także na tym, co trzeba przestać robić.

Ma się to odnosić także do szkoły. I znów w duchu Druckera, Wilson mówi, że szkoła ma wykorzystywać silne strony każdego ucznia, wydobywać to, co w nim najlepsze. Tak, jak narzędziem dla reformy Komeniusza był druk, narzędziem dla reform Wilsona ma być Internet i inne media elektroniczne, dzięki którym każdemu uczniowi będzie można dać inne materiały, postawić inne zadania. W długiej perspektywie, powiada Wilson, w ten sposób ludzkość być może „porzuci szkołę”.

Nie umiem ocenić poglądów Kena Wilsona. Boję się wszakże, że Wilson myśli o tych, którzy chcą się uczyć lub których łatwo przekonać, że nauka (zdobywanie wiedzy) jest wartościowa. Myślę tak dlatego, że innymi ideami, na które Wilson się powołuje, nieobecnymi w wywiadzie dla Gazety, są deliberate practice, opisana przez Ericssona, Krampego i Tesch-Romera w kanonicznej publikacji z 1993, oraz pojęcie flow, wprowadzone przez Mihaly Csikszentmihalyi’ego w 1990. No dobrze, a co z tymi, którzy nie mają tak silnej wewnętrznej motywacji do nauki?

Poglądy Wilsona na edukację są warte zapamiętania i rozważenia. Boję się wszakże, iż Piotr Pacewicz (patrz mój niedawny wpis, a także kolejny komentarz Pacewicza i wątpliwej autentyczności list maturzystki, który znalazł się nawet na stronie głównej portalu Gazety) będzie chciał je wykorzystać instrumentalnie, do zakwestionowania obowiązkowej matury z matematyki, czy też szerzej, do zakwestionowania tego, iż od ludzi aspirujących do studiów wyższych można wymagać pewnej wspólnej wiedzy ogólnej. Teraz modnie i politycznie poprawnie jest twierdzić, że nie ma żadnego wspólnego kodu kulturowego, a obowiązkowa matura z matematyki to opresja i arbitralne narzucanie uczniom jakichś wydumanych standardów przez szkołę – ale akurat u erudyty Wilsona tego nie można wyczytać. Tym, którzy Kena Wilsona chcieliby użyć do wyeliminowania obowiązkowej matematyki, przypominam, iż dla niego punktem wyjścia była

walka z analfabetyzmem naukowym.

Ziobrzy skok

Wczoraj w europarlamencie Zbigniew Ziobro bardzo ostro zaatakował Donalda Tuska. Czy wolno mu było to zrobić? Jasne, że tak. Czy atak był w dobrym guście? Nie. Czy był uzasadniony? Jasne, że nie. Gdy demokratycznie wybrany poseł, któremu nikt nie przeszkadza w sprawowaniu mandatu, w wystąpieniu, o którym wie, że będą je powtarzać wszystkie media, oskarża rząd zamach na demokrację, czyniąc to w dodatku w czasie kampanii wyborczej, w której jego partia zapowiada odzyskanie władzy, sytuacja jest schizofreniczna. Teraz z mediów publicznych zwalnia się „opozycyjnych” dziennikarzy, ale gdy to samo robił PiS, Ziobro nie protestował. Akcja ABW przeciwko nieszczęśnikowi, który prowadził stronę antykomor.pl, była wyjątkowo głupia, ale odbyła się na podstawie tego samego idiotycznego przepisu, który nakazywał wystawienie listu gończego przeciwko bezdomnemu, który obraził Lecha Kaczyńskiego. A policja szczególnie gorliwie wkraczała do mieszkań o 6 rano w czasach, gdy ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro.

Czy wystąpienie Ziobry pomoże PiSowi w kampanii? Raczej nie. Przeciwnie, Tusk powinien Bogu dziękować i za Ziobrę, i za pana Rydzyka i jego enuncjacje na temat totalitaryzmu, i za „ukrytą opcję niemiecką”, i za Macierewicza i jego „białą księgę” w sprawie Smoleńska. PiS sam przypomina jaki naprawdę jest i mobilizuje swoich przeciwników. Oby skutecznie.

Media zastanawiają się więc po co Ziobrze to było. Ma chodzić o władzę w PiSie. Gazeta Wyborcza pisze nawet, że

Celem Zbyszka jest klęska PiS w najbliższych wyborach. Tylko ona może podważyć pozycję Kaczyńskiego i wywindować Ziobrę. Dlatego Zbyszek robi wszystko, żeby uniemożliwić PiS-owi walkę o centrowych wyborców – Mówi anonimowo „Gazecie Wyborczej” były polityk PiS. Równolegle Ziobro umacnia własną pozycję w elektoracie radiomaryjnym – pokazuje pryncypialność w ataku na rząd PO.

Jest to interpretacja dość popularna. Otóż o ile zgadzam się z jej drugą częścią – Ziobro kreuje się na tego, który najmocniej „dowalił Tuskowi” – z pierwszą nie. Przyjęcie, że Ziobro świadomie gra na przegraną PiSu, musi zakładać, że PiS ma szanse wybory wygrać, a przynajmniej, że wierzy w to Jarosław Kaczyński. Otóż uważam, że nawet Kaczyński w to nie wierzy. Robi to, co robił w kampanii do europarlamentu w 2009: stara się skonsolidować i zmobilizowac swój twardy elektorat. Wszystkie te Kongresy Kobiet, spotkania z młodzieżą i tak dalej są nieszczere i tylko na pokaz, choć oczywiście PiS nie pogardzi głosami, które może – jeśli może – w ten sposób zyskać. Osób, które moglyby przeprowadzić otwarcie PiS w stronę centrum – Kluzik-Rostkowskiej, Poncyliusza, Migalskiego – Kaczyński pozbył się po wyborach prezydenckich. Teraz liczy co najwyżej na to, że jego przeciwnicy, zniechęceni do Platformy, nie pójdą zbyt licznie głosować, co przy mobilizacji twardego elektoratu PiSu da tej partii relatywnie lepszy wynik. Do samodzielnego rządzenia to nie wystarczy, ale może dać przynajmniej teoretyczne szanse na koalicję z SLD, co pozwoliłoby Kaczyńskiemu zemścić się za Smoleńsk. Jeśli koalicja PiS-SLD będzie możliwa, to albo do niej dojdzie, albo Platforma będzie musiała pójść na tak duże ustępstwa wobec SLD, że rząd będzie słaby i wiele nie dokona. A to powiększa szanse PiSu w kolejnych wyborach, w 2015.

Zgadzam się, że w ostatecznym rozrachunku chodzi więc o wybory w 2015. Z przegraną w 2011 kierownictwo PiS już się pogodziło i Ziobro nie musi się do tej przegranej przykładać. Obecne działania Ziobry z jednej strony konsolidują elektorat PiSu, co się prezesowi podoba, ale też mobilizują elektorat Platformy, co się nie podoba. Głównie jednak prezesowi nie podoba się to, że Ziobro podjął akcję nie uzgodniwszy jej z prezesem, a także to, że w chórze Ziobry nie śpiewa już jeden Jacek Kurski, ale też Ryszard Czarnecki i kilku innych europosłów, a nawet Mariusz Błaszczak. Zbigniew Ziobro liczy zaś, że tak czy inaczej przejmie partię przed następnymi wyborami.

Już chyba kiedyś pisałem, że Zbigniew Ziobro jest dla mnie postacią po stokroć bardziej antypatyczną i groźniejszą niż Jarosław Kaczyński. Kaczyńskiemu przynajmniej o coś chodzi: dawniej o realizację swojej wizji Polski – była to wizja szkodliwa, ale przynajmniej jakaś – teraz o zemstę. Ziobrze chodzi tylko o władzę, która ma zaspokoic jego rozdęte do nieprzytomności ego.

Matura Pacewicza

W tym roku co czwarty uczeń oblał maturę. „Zdać maturę” oznaczało przy tym otrzymanie przynajmniej 30% z każdego z trzech przedmiotów obowiązkowych: języka polskiego, matematyki i języka obcego. Do zdania matury z polskiego wystarczała umiejetność przeczytania ze zrozumieniem tekstu z popularnego tygodnika, na matematyce wystarczyło rozwiązać 18 prościutkich zadań za jeden punkt, do czego naprawdę wystarcza wiedza na poziomie gimnazjum. Jeżeli ktoś nie osiągnął tego poziomu, to wstyd. Taka osoba nie ma dostatecznych kwalifikacji, aby podjąć studia.

Czołowy komentator Gazety Wyborczej, Piotr Pacewicz, jest innego zdania. Pacewicz, ni mniej, ni więcej, postuluje, aby 

wyeliminować próg, wykluczyć szekspirowskie „zdać albo nie zdać”.

Pacewicz nie twierdzi, że skoro aż 25% arbiturientów oblało (zresztą nierówno – w liceach zdało 86%, rzeź była w liceach zawodowych i w szkołach dla dorosłych), coś trzeba zrobić z nauczaniem na poziomie średnim. Pacewicz po prostu nie uważa za słuszne, aby każdy maturzysta legitymował się minimalną wiedzą z języka polskiego, języka obcego i matematyki. Pacewicz sądzi, że wystarcza odpowiednio dobry wynik z przedmiotów wymaganych na studiach. Cała reszta nie powinna się liczyć.

Jest to propozycja straszna. Wyeliminowanie matematyki jako przedmiotu obowiązkowego na maturze spowodowało w ciągu jednego pokolenia spustoszenia w edukacji matematycznej i przyrodniczej. Matematyki uczyli się tylko ci nieliczni, którzy wybierali się na studia ścisłe lub techniczne. Gdybyśmy posłuchali Pacewicza, usankcjonowalibyśmy także i to, że młodzież nie czyta. Po co czytać, skoro wynik matury z polskiego się nie liczy? Wykreowalibyśmy wielką grupę uczniów, ktorzy ani nie czytają, ani nie uczą się matematyki, gdyż na różnych pedagogikach i zarządzaniach w turystyce wystarcza WOS i geografia (najczęściej wybierane przedmioty maturalne). Wobec znanych trendów demograficznych, różne prywatne szkoły wyższe, przysłowiowe WSPCz, aby utrzymać się na rynku będą brały każdego, kto się rusza. Tych z zerem z polskiego i z zerem z matematyki też.

Jest ponurą ironią losu, iż Gazeta, piórem swojego znanego publicysty, wzywa do tego samego, co kiedyś chciał wprowadzić minister Giertych i co tak bardzo zostało oprotestowane, także przez Gazetę. Ach, nie, przepraszam pana Romana Giertycha, on był bardziej wymagający: Giertych żądał, aby średni wynik z przedmiotów obowiązkowych wynosił co najmniej 30%. Piotr Pacewicz nie oczekuje nawet tego. 10% z polskiego, 8% z matematyki, 7% z angielskiego i 25% z WOS, a na pewno znajdzie się szkoła wyższa, która z otwartymi ramionami przyjmie takiego kandydata, a później, za stosowną opłatą, wystawi mu dyplom licencjata, a może nawet magistra.

Piotrowi Pacewiczowi nie chodzi o to, żeby polskie szkoły lepiej uczyły. Piotrowi Pacewiczowi zależy na tym, aby więcej polskich uczniów miało dyplom. Tylko po co komu taki dyplom? Powiedzmy uczciwie: Nie każdy musi zdać maturę. Nie każdy powinien zdawać maturę. Nie każdy powinien iść na studia. Ale tym, którzy maturę chcą zdawać i chcą iść na studia, polska szkoła powinna to ułatwiać – ucząc ich dobrze i na wysokim poziomie. To jest bez wątpienia trudne. Łatwiej zadekretować, iż dyplom należy się każdemu.

Przekleństwo Watsona

Kilka dni temu Gazeta Wyborcza zamieściła wywiad z prof. Czesławem Jędrzejkiem, zatytułowany Komputer wygrał w teleturnieju. Co to znaczy dla świata? Chodzi o Watsona, który kilka miesięcy temu wygrał Jeopardy, deklasując swoich ludzkich przeciwników. CJ porównuje Watsona z Deep Blue, który co prawda ograł Garri Kasparowa, ale tylko dzięki temu, że bardzo szybko liczył, to znaczy bardzo szybko stosował przygotowane przez ludzi algorytmy szachowe. Według CJ, Watson rozwiązał problem

z punktu widzenia komputerów, znacznie trudniejszy. Maszyna musi odpowiadać na bardzo złożone zapytania wyrażone w języku naturalnym. […] W Watsonie 20-osobowy zespół IBM, wspierany przez grupę uniwersytetów, głównie amerykańskich, połączył około stu technologii analizy języka naturalnego, wnioskowania, generowania i weryfikowania hipotez itd. Pierwsze przymiarki dały 15-proc. trafność odpowiedzi. Ostatecznie Watson, trenowany na zbiorze 200 tys. pytań w formacie Jeopardy, był w stanie udzielić poprawnej odpowiedzi w 70 proc. przypadków.

I choć ani Watson, ani żaden inny komputer nie przechodzi jeszcze testu Turinga, pojawienie się wydajnych komputerów umiejących analizować język naturalny, wnioskować, generować i weryfikować hipotezy, oznacza, że komputery są gotowe przejąć kolejne zadania zarezerwowane dotąd dla ludzi. A to oznacza utratę miejsc pracy. To jest ważne. Postęp technologiczny oznacza nie tylko utratę pracy fizycznej, którą wykonują maszyny, lub prostej pracy umysłowej, typu dodawanie długich kolumn liczb w księgowości, co robią kalkulatory i zwykłe komputery osobiste, ale także utratę pracy uważanej dotąd za „inteligencką”.

Jest to zbieżne z tym, co sam swego czasu pisałem w Amerykańskim bezrobociu i całkiem niedawno w Przekleństwie iPoda, a także z tym, co swego czasu pisał Economist.

CJ podaje przykład prawników i sugeruje, że w niedługim czasie komputery będą mogły prowadzić część diagnostyki medycznej. Opowieść o prawnikach wymaga pewnego komentarza. CJ:

Czwartego marca 2011 r. w dzienniku „The New York Times” ukazał się artykuł „Armies of Expensive Lawyers, Replaced by Cheaper Software”. Podano tam dwa przykłady czegoś, co nazywa się e-discovery. Pod tym pojęciem kryje się wyszukanie i przygotowanie stosownych materiałów niezbędnych do wykonanie określonych zadań potrzebnych w przygotowania dokumentów procesowych. Kiedy w 1978 r. sześć stacji telewizyjnych przygotowywało się do wytoczonego im procesu, sprawdzono 6 milionów dokumentów. Ta analiza kosztowała stacje 2,2 mln dol., głównie na opłacenie pracy ludzi. Dziś firma Blackstone Discovery z Palo Alto analizuje 1,5 mln dokumentów w cenie 100 tys. dol.

Natomiast w Polsce

przepisy są interpretowane tak, że w zależności od prawnika możemy z jednego przepisu dojść do tez często ze sobą sprzecznych.

Myślę, że nie o to chodzi. W Ameryce obowiązuje prawo precedensowe, trzeba więc sprawdzić, czy jakiś sędzia kilkadziesiat lat temu, w miasteczku na drugim końcu stanu, nie wydał orzeczenia, które mogłoby byc wiążące w bieżącej sprawie. Trzeba więc przejrzeć sterty dokumentów, przeanalizowac je i dostrzec ewentualne związki z aktualną sprawą. Dotąd robili to ludzie, prawnicy (choć nie ci najlepiej opłaci, raczej, nazwijmy ich umownie, aplikanci), teraz, jak czytamy, robią to komputery. W Polsce i w ogóle w Europie kontynentalnej obowiązuje wyłacznie prawo stanowione, nie ma więc potrzeby przeglądania takiego morza dokumentów.

Cóż, prawników nikt nie lubi…

Platforma spogląda w lewo?

Niedawny transfer Bartosza Arłukowicza do Platformy Obywatelskiej, zapowiadane poparcie, jakiego Platforma ma udzielić Markowi Borowskiemu, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi i Józefowi Piniorowi w wyborach do Senatu (Platforma nie wystawi swoich kandydatów w okręgach, w których tamci kandydują), a wreszcie ogłoszone na dzisiejszej konwencji Platformy przejście Dariusza Rosatiego, zdają się sugerować, iż Platforma przesuwa się w lewo. To dobrze, jeśli przesunięcie to miałoby dotyczyć spraw społecznych, nie gospodarczych. (Złośliwi mówią, że z Rosatiego jest taki sam lewicowiec, jak z Dominique Strauss-Khana – nie chodzi tu o ekscesy seksualne, ale o stosunek do pieniędzy.) O takim przesunięciu świadczy też dzisiejsze przemówienie Donalda Tuska. Premier mówił, że

ten rząd dziś – i jeśli wygramy – nasz przyszły rząd – nie będzie się nisko kłaniał ani bankierom, ani związkowcom. Nie będziemy klęczeli przed księdzem.

No i bardzo dobrze.

Także ogłoszone dzisiaj przejście do Platformy Joanny Kluzik-Rostkowskiej świadczy o wzmacnianiu skrzydła lewicowego. Może sie to wydać dziwne, gdyż Kluzik-Rostkowska przychodzi do Platformy „z prawej”, z PiSu via PJN. Jednak Kluzik-Rostkowska jest specjalistką od spraw społecznych i zawsze miała w tej sprawie poglądy znacznie bardziej na lewo od PiSowskiego mainstreamu.

O ile jednak nie mam nic przeciwko transferowi Arłukowicza czy Rosatiego, o tyle przejście do Platformy Kluzik-Rostkowskiej raczej mi się nie podoba. Doceniam jej kompetencje, ale ważniejsze jest dla mnie to, że rok temu była szefową i twarzą kampanii prezydenckiej Kaczyńskiego, później zakładała PJN i długo unikała otwartej krytyki PiSu, atakowała za to Tuska, potem przepraszała za swój udział w kampanii prezesa, wreszcie ogłosiła, że w tej chwili

musimy zbudowac obywatelski kordon sanitarny wokół PiSu.

Z tym ostatnim ma rację, ale co z tego? Przecież ta osoba jest kompletnie niewiarygodna! Raczej nie przysporzy głosów Platformie, przeciwnie, Platforma dając Kluzik-Rostkowskiej eksponowane miejsce na swoich listach, może głosy stracić. Za przyjęciem Kluzik-Rostkowskiej przemawia głównie  zasada „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Coś może być na rzeczy. Może Tusk przyjął Kluzik-Rostkowską na złość Jarosławowi Kaczyńskiemu? No, ale to może kosztować Platformę sporo cennych głosów. Myślę, że wystawienie Kluzik-Rostkowskiej do Senatu, bez platformianego kontrkandydata, byłoby rozsądnym rozwiązaniem.

Szkoda, że w Platformie nie ma już Janusza Palikota. Niestety, ten uczynił się osobistym wrogiem Lecha Kaczyńskiego, więc gdy jego zabrakło, Palikot i jego modus operandi stracili rację bytu. Palikot próbowal potem promować się radykalnym antyklerykalizmem, ale to było za mało. Jak powiadam, szkoda.

Wyrok w sprawie Nangar Khel

Dzisiaj sąd wojskowy uniewinnił wszystkich siedmiu żołnierzy i oficerów oskarżonych w sprawie Nangar Khel. To bardzo dobra wiadomość. To bardzo zła wiadomość.

Wiadomość jest dobra, bo zgodnie z zasadą in dubio pro reo wszelkie wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonych. Sąd nie był w stanie odtworzyć wszystkich okoliczności zdarzenia – nie był w stanie, bo proces toczył się w Warszawie, a Nangar Khel jest w Afganistanie, wielu dowodów nie dało się zdobyć, a niektóre, utajnione, być może są w posiadaniu Amerykanów. Amerykanie nie chcą ich udostępnić. Nie wiadomo nawet, czy je mają.

Wydaje mi się jednak, że w orzeczeniu sądu brakuje istotnych elementów. Czy był słynny rozkaz „przepierdolić trzy wioski”, czy go nie było? Zapewne sąd uważa, że nie było, gdyż uniewinnił majora, który miał go wydać. W takim jednak razie dlaczego oskarżony chorąży powoływał się na taki rozkaz? Kto faktycznie wydał rozkaz strzelania? A skoro miały być „trzy wioski”, to która miała być druga i trzecia?  To wszystko przyczynia się do tego, że wiadomość o wyroku jest zła. Być może trzeba poczekać na uzasadnienie.

Jednak wiadomość jest zła głównie dlatego, że sprawa Nangar Khel jest paskudna. Skojarzenia z My Lai narzucają się same i może powstać wrażenie, że Polska, jak tyle innych państw i armii przed nią, tuszuje swoje zbrodnie wojenne i chroni ich sprawców.

Nasi ministrowie już publicznie i radośnie komentują wyrok sądu. Dziś został obroniony honor żołnierza polskiego, mówi minister Bogdan Klich. Ach, no przecież, to nie do pomyślenia, aby polski żołnierz, w przeciwieństwie do żołnierzy amerykańskich, francuskich, chińskich, kongijskich i tylu innych, świadomie strzelał do bezbronnych cywilów. Włożenie polskiego munduru tak uszlachetnia. Sądzę, że ministrowie nie powinni komentować wyroków, nawet tych, z których są zadowoleni. A już zwłaszcza komentować głupio.

Nie mam za to nic przeciwko innym rzeczom, o których mówi Klich: objęcie żołnierzy pomocą prawną, zmiany zasad użycia broni.

Z porównaniami Nangar Khel do My Lai nie należy przy tym przesadzać. O ile można przyjąć, że Amerykanie w My Lai w pierwszej chwili myśleli, iż atakują kryjówkę Vietkongu, o tyle później widzieli wyraźnie, że w wiosce są tylko starcy, kobiety i dzieci, a jednak strzelali do tych ludzi z bliskiej odległości, przez wiele godzin, zabijając kilkaset osób. Polacy ostrzelali wioskę z dużej odległości i tylko kilkoma pociskami – twierdzą, że omyłkowo, gdyż rzekomo celowali w okoliczne wzgórza, gdzie wybuchła większość pocisków – ostrzał dość szybko przerwali. Zabili sześcioro cywilów. Także z sądowego punktu widzenia sprawy są inne – w My Lai byli świadkowie, inni Amerykanie, którzy chronili resztki mieszkańców. Jednak bez względu na liczbę ofiar, jeżeli Polacy celowali w wioskę wiedząc, że nie ma w niej talibów, którzy mogliby ich zaatakować, byłaby to zbrodnia wojenna.

Dla porządku przypomnę, że Polska wypłaciła odszkodowanie rodzinom ofiar, a ranni Afgańczycy byli leczeni w Polsce.

Wiadomość jest zła także i z tego względu, że niewyjaśniona pozostaje rola Służby Kontrywiadu Wojskowego, kierowanej wówczas przez Antoniego Macierewicza. Możliwe, że chłopcy z SKW chcieli się wykazać rewolucyjną czujnością i pokazać, o ile są lepsi od rozwiązanych niedługo przedtem WSI, robiąc wielką sprawę z tragicznego, lecz przypadkowego incydentu; możliwe dodatkowo, że zrobili to w ramach konfliktu z innymi służbami wojskowymi. Możliwe jednak, iż to właśnie SKW, być może przekraczając swoje uprawnienia, zapobiegło próbom tuszowania zbrodni wojennej przez polską Żandarmerię Wojskową. A teraz przyszła mi do głowy jeszcze jedna możliwość: Ktoś w kierownictwie SKW także miał skojarzenia z My Lai, postanowił więc kosztem żołnierzy uchronić Polskę przed skandalem wynikającym z pomówień o tuszowanie zbrodni wojennej, nawet jeżeli zbrodni wojennej w ostatecznym rozrachunku nie było.

Przypuszczam, że prokuratura złoży apelację, sprawa trafi do wyższej instancji i będzie się ciągnąć przez kolejnych kilka lat. Niezależnie od tego, jakim wyrokiem się zakończy, nie sądzę, abyśmy dowiedzieli się wiele więcej o tym, co naprawdę zaszło w Nangar Khel. Może po latach, gdy odtajnione zostaną akta i archiwa.

Przekleństwo iPoda

Właśnie dowiedziałem się, że kongresmen Jesse Jackson Jr, syn znanego pastora, twierdzi, iż iPod odpowiada za utratę tysięcy miejsc pracy, zwłaszcza wśród wydawców, księgarzy, bibliotekarzy i sprzedawców muzyki. Po co kupować lub wypożyczać książkę czy płytę, powiada Jackson, skoro zawartość można sobie nagrać na iPoda? A w dodatku – cóż za zgroza! – iPody produkowane są w Chinach. Z przemówienia Jacksona i jego neoluddyzmu można się śmiać, ale szerszy problem, którego iPod jest zaledwie egzemplifikacją, jest całkiem poważny.

Dwa tygodnie temu The Guardian straszył (dziś historię tę powtarza Onet), że na skutek postępu technicznego, zwłaszcza informatycznego, e-handel stanowi poważną konkurencję dla tradycyjnych sklepów, z których wiele bankrutuje. Mało tego, wiele miejsc pracy dla ludzi wykształconych może zniknąć:

an increasing number of technology analysts believe recent developments in computing may mean that some white-collar jobs are more vulnerable to technological change than those of manual workers. Even highly skilled professions, such as law, may not be immune.

Można rzec, że to nic nowego. Sam pisałem o tym już kilka miesięcy temu. Na skutek polaryzacji rynku pracy najmniej zagrożone są zawody albo wymagające bardzo wysokich kwalifikacji, albo nierutynowe i trudno algorytmizowalne. Wszystko, co jest pośrodku, może zniknąć.

A co z programistami? Posłużę się analogią. Dawno temu każdy musiał umieć sam sobie zrobić łapcie. Później buty robili szewce a but dziurawy, uszkodzony, zanosiło się do naprawy. Dziś obuwie produkowane jest masowo w wielkich, zautomatyzowanych fabrykach. Naprawiać się butów nie opłaca, łatwiej i taniej jest kupić nowe. Oczywiście, bardzo bogaci i bardzo wymagający ludzie wciąż zamawiają buty na miarę.

To tylko analogia, z której nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Wydaje się jednak, że w przewidywalnej przyszłości większość aplikacji biznesowych i biurowych będzie składana z wytworzonych „maszynowo” klocków. Popyt na usługi programistów spadnie.

Inna rzecz, że pierwszy raz takie przepowiednie słyszałem już ponad dziesięć lat temu. Można w tym upatrywać pewnej pociechy.