Nieufny Palikot

Tak się złożyło, że z całej debaty po expose Tuska wsłuchałem tylko przemówienia Janusza Palikota. Media już nazywają je „płomiennym”, ale wybijają głównie anegdotyczne fragmenty („skasował pan Schetynę, musiał dowartościować Gowina”, „nieważne, czy Mucha będzie ministrem sportu, czy transportu”). Tymczasem najlepsza, naprawdę znakomita i najdłuższa część dotyczyła konieczności budowania kapitału zaufania społecznego, bez którego, jak słusznie zauważa Palikot, Polska nie będzie mogła się rozwijać.

Janusz Palikot skonstatował, że Polska jest krajem o wyjątkowo wysokim stopniu nieufności międzyludzkiej, po czym wymienił cztery obszary, decydujące dla budowania zaufania społecznego:

  • szkołę, która uczy wyłącznie indywidualizmu, nie współpracy
  • urzędy i inne instytucje państwowe, które mnożą kontrole, taktując ludzi jak potencjalnych oszustów; wspominałem wiele razy, choć być może nie w tym blogu, że to jest jedna z podstawowych różnic pomiędzy Polską a Zachodem. Tam zakłada się dobrą wolę uczestników postępowania, więc administracja nastawiona jest na pomaganie ludziom, ze świadomością, że pewna grupa oszustów się prześlizgnie. Ci, których się złapie, zostaną ukarani. W Polsce na odwrót, system nastawiony jest na wykrywanie potencjalnych oszustów, ze świadomością, że utrudni to życie wszystkim (większości!) działającym w dobrej wierze. Sytuacja, w której ktoś wzbogaci się na naszej krzywdzie, niechby tylko hipotetycznej, jest w Polsce uważana za zbrodnię wołającą o pomstę do nieba.
  • politykę, w której głównym narzędziem zapobiegania problemom społecznym było dotąd – tak za rządów PiS, jak i, niestety, Platformy – zakazywanie zachowań mogących prowadzić do problemów, bez podejmowania żadnych rzeczywistych działań, które problemom mogłyby zaradzić. To jest taki gest Piłata (to już określenie moje, nie Palikota): politycy mogą powiedzieć „wprowadziliśmy prawo, a że niczego ono nie rozwiązało, to trudno, my ręce mamy czyste”.
  • kulturę, o której w programie Platformy tradycyjnie nie było ani słowa.

Obszerne fragmenty przemówienia Janusza Palikota zamieszcza Polskie Radio.

To wszystko mi się podobało, a powiedziane było z pasją, żywiołowo. Brawo, Janusz Palikot!  

Gdy jednak przyszło do gospodarki, do transferów społecznych, do obrony bezrobotnych absolwentów (bez wskazania, że wielu z nich kończyło bardzo słabe uczelnie, do których nie szli po wiedzę, ale po dyplom), było gorzej. A już całkiem źle było, gdy Janusz Palikot zaatakował Jarosława Gowina:

Nie możemy poprzeć rządu także z powodu osoby Jarosława Gowina. Powołał pan na stanowisko ministra sprawiedliwości funkcjonariusza Kościoła Katolickiego! Człowieka, który nawet nie może być podejrzany o to, że może być sprawiedliwy. Jak ktoś tak stronniczy może być sprawiedliwy?

Palikot ma prawo nie lubić Gowina i uważać, że nie nadaje się on na ministra, a skoro Tusk go na ministra wyznaczył, podważa to wiarygodność Tuska. Jednak Palikot twierdzi tak nie dlatego, że Gowin jest Gowinem, ale że jest „funkcjonariuszem Kościoła Katolickiego” i z tego powodu „nie może być podejrzany o to, że może być sprawiedliwy”. Bycie katolikiem jest w oczach Palikota skazą. Myślę, że Janusz Palikot uczynił tu ukłon w stronę swojego populistyczno-antyklerykalnego elektoratu. Cóż, ze smutkiem przyznaję, że Kościół sobie i na taki antyklerykalizm zasłużył, ale od polityka aspirującego do rządu dusz w lewicowej opozycji można oczekiwać czegoś więcej. W jaki sposób Palikot chce budować owo zaufanie społeczne w kraju, którego olbrzymia większość mieszkańców jest katolikami, skoro nie ufa człowiekowi tylko dlatego, że ten akcentuje swój katolicyzm?

Co zaś się tyczy samej nominacji Jarosława Gowina na ministra sprawiedliwości, to nie mam pojęcia, czy Gowin sobie poradzi, ale zarzut, iż ministrem sprawiedliwości nie powinien być ktoś, kto sam nie jest prawnikiem, jest śmieszny. Odkąd minister sprawiedliwości nie jest już prokuratorem generalnym, minister sam nie pełni już żadnej roli w systemie prawnym. Jego zadaniem jest zapewnienie, że ów system będzie działał, i to działał sprawniej, niż dotąd. Z tego punktu widzenia fakt, że minister sam nie należy do żadnej korporacji prawniczej, można nawet uznać za plus, nie będzie się bowiem bał narazić swojej grupie zawodowej.

Siła strachu

Media, politycy, a nawet zwykli ludzie w rozmowach zaczęli straszyć drugą falą kryzysu. Będzie gorzej, powiadają. Złoty osłabnie. Strefa euro się rozleci. Nie będzie pracy, kredytów, eksportu, popyt wewnętrzny się załamie. Zabraknie na pensje dla sfery budżetowej i transfery socjalne, a już na pewno zabraknie na emerytury. Demografia nas dobije. Chińczycy wykupią resztki. Zgroza.

Cóż, może tak będzie, ale co wynika z tej fali narzekania?! Na razie nic. Ostrzeganie przed nadchodzącym niebezpieczeństwem ma sens, jeżeli pobudza do działania. Do tego, aby być przygotowanym na najgorsze, nie tylko psychicznie, ale także by móc minimalizować straty, a może nawet choćby częściowo złagodzić cios. To prawda, że bardzo trudno jest – zwłaszcza na skalę indywidualną – zgadnąć? wymyślić? przewidzieć? co należy robić, zdaje mi się jednak, że nikt tego nawet nie próbuje. Wiele osób, w tym wielu ekspertów, zachowuje się tak, jakby tylko czekało, aby z ponurą satysfakcją powiedzieć „a nie mówiłem”. To jest rodzaj fatalizmu, bezwolnego poddania się losowi, jakiejś niepohamowanej sile naturalnej, której powstrzymać nie sposób. 

A może nawet gorzej: Powszechne narzekanie, wzajemne nakręcanie się strachem przed tym, co będzie, może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. Zdemobilizować. Odebrać wolę działania. Bardzo mi się to nie podoba.

Przywódcy powinni coś zaproponować, a przynajmniej starać się wymyślić jakieś rozwiązanie. O ile przywódcy europejscy coś próbują zrobić, lepiej lub gorzej, o tyle przywódcy polscy i polskie media zajmują się sprawami naprawdę drugorzędnymi: kto dostanie jakie gabinety, kto kogo w której partii wykończy, inni ze złośliwą satysfakcją obserwują jak wali się autorytet Kościoła, zresztą w znacznej mierze na własne Kościoła życzenie. Nie tego oczekuję. W końcu nie wszystko jest stracone. Możliwe, że kontrolowane bankructwo Grecji plus najnowsza wersja planu ratunkowego plus – kto wie? – instytucjonalne powstrzymanie krótkoterminowej chciwości międzynarodowych finansów, kompletnie wyalienowanych, uratuje europejski system bankowy, gospodarkę i strefę euro. To nie jest pewne, ale jest możliwe. Nie należy żyć złudzeniami, iż wrócą stare, dobre czasy, bo nie wrócą. Prawie nic nie będzie takie, jak było, ale nawet upadek strefy euro nie musi przecież oznaczać Dzikich Pól, kamienia na kamieniu, głodujących emerytów i hord plądrujących nasze miasta – a taka, w gruncie rzeczy, wizja jest przed nami roztaczana. Nie przesadzajmy. Skoro nie da się wrócić do starego modelu, jakiś nowy porządek się wyłoni. Trzeba myśleć jaki on będzie i jak zrobić, aby był on możliwie najbardziej znośny dla wszystkich, a ponieważ z konieczności jesteśmy europocentrystami, możliwie najbardziej znośny dla ludzi w naszej części świata.

A co robić w wymiarze indywidualnym? Jak najlepiej robić to, co się umie. Nauczyć się czegoś nowego. Pomagać bliźnim. Być dobrym dla ludzi. Spokojnie, bez paniki, ale też bez butnego optymizmu, myśleć, co będzie dalej.

Zwyczaje grzebalne

Z najwyższą przykrością czytam, że Kościół w Polsce zniechęca do kremacji zmarłych. Kuriozalne są przy tym argumenty, których używają hierarchowie. Abp. Gądecki:

Normalną, ordynaryjną formą pogrzebu jest pochówek ciała ludzkiego, bo tak był pochowany Chrystus

Chrystus był pochowany tak a nie inaczej, bo takie były dwa tysiące lat temu żydowskie zwyczaje grzebalne. Gdyby Kościół był konsekwentny, zalecałby pochówek bez trumny, z ciałem zawiniętym wraz w wonnościami w płótna. A całkiem konsekwentne przestrzeganie zasady „tak, jak Chrystus” w kwestiach doczesno-obyczajowych, zmuszałoby chrześcijan do zachowywania się jak mieszkańcy Palestyny sprzed dwóch tysięcy lat. Coś na kształt Amiszy, choć ci się obyczajowo zakonserwowali w XVI wieku.

Drugi argument abp. Gądeckiego jest na pierwszy rzut oka bardziej sensowny:

Po tym poznajemy początek chrześcijaństwa w Polsce, że kończą się urny, a zaczynają groby. Urny były pozostałością kultur pogańskich.

To prawda, że zwyczaje grzebalne wyjątkowo mocno odróżniały jedną kulturę (i religię) od innej. Zresztą dalej to robią. Ale z czysto religijnego punktu widzenia forma pochówku nie ma znaczenia i chrześcijanie w XXI powinni to wiedzieć! Liczba pochówków urnowych będzie w Polsce rosnąć jak w całej Europie, bo tak się zmienia kultura, bo pochówki urnowe są tańsze, bo władze miast będą coraz mocniej propagować ten zwyczaj ze względu na brak miejsca na cmentarzach.

Gądeckiemu być może chodzi o co innego: we wzroście popularności pochówków urnowych widzi jakiś napływ neopogaństwa. A przecież tak nie jest! Ludzie decydują się na kremację ciał swoich bliskich nie z uwagi na sprzeciw wobec chrześcijaństwa, ale przede wszystkim z innych, wymienionych wyżej względów. Powtarzam, dla wierzącego chrześcijanina powinno być jasne, że forma pochówku z religijnego punktu widzenia nie ma znaczenia. 

Bardzo mi przykro, że Kościół, po raz kolejny obnosząc się ze swoim tradycjonalizmem w zupełnie niezrozumiałej sprawie, i tak nic nie ugra, ale może odepchnąć od siebie kolejne osoby. Nie tylko od siebie, ale także od religii.

W dodatku biskupi zostawiają furtkę: Proboszcz „w szczególnych wypadkach” – gdy na przykład część żałobników przyjechała z oddali – może zezwolić na mszę nad urną, a potem pogrzeb („ordynaryjnie” Kościół dopuszcza mszę nad trumną, potem kremację, potem pogrzeb). Myślę, że mnóstwo ludzi będzie chciało z tego skorzystać (na większość pogrzebów przyjeżdża ktoś z oddali), co ich poniekąd uzależni od lokalnego proboszcza, ale też będą tym bardziej utyskiwać na Kościół, że w tak trudnych chwilach czyni biurokratyczne trudności. Wszystko to jest takie smutne, przykre, niepotrzebne.

Opera rara, 7 października

Alcina Georga Friedricha Händla, dyrygował Marc Minkowski.

Minkowski lubi dzieła monumentalne. Tym razem zaprezentował Alcinę, największą (dosłownie) operę Händla. O libretcie nie ma nawet co wspominać: jak już pisałem przy innej okazji, zamiast na Orlando furioso Ariosta, z równym powodzeniem można by oprzeć je o fabułę seriali wenezuelskich.

Wykonanie bardzo dobre, więcej niż bardzo dobre. Les Musiciens du Luvre-Grenoble partie orkiestrowe grali tak, jakby grali Bacha, choć gdy w „myśliwskiej” arii Sta nell’ircana zabrzmiały rogi, wydawało mi się, że słyszę Mesjasza. Nie wiem tylko po co Minkowski zaangażował chór, zamiast ustawić solistów do odśpiewania jego partii. Przypuszczam, że Minkowski dał chór Händlowi z tego samego, to znaczy przeciwnego, powodu, dla którego zabrał go Bachowi w jego wielkich dziełach oratoryjnych (patrz tutaj, wpis z innej epoki): Bach był biedny, więc nie mógł zatrudnić dużego chóru, choć go potrzebował, Händel natomiast był bogaty i mógł zatrudnić chór, nawet jeśli nie był mu on zbytnio potrzebny, więc pewnie to zrobił.

Alcina pełna jest przepięknych arii. Dwie dosłownie wbiły mnie w fotel. Najpierw Ah, mio cor!, gdzie Alcina (Inga Kalna, Łotwa) w sposób wstrząsający najpierw wyśpiewuje smutek oszukanej kobiety, by zaraz przejść do gniewu znieważonej królowej i wrócić do smutku zdradzonej kochanki. Później Credete al mio dolore, gdzie Morgana (Veronica Cangemi, Argentyna) w duecie z wiolonczelą poruszająco błaga o litość i współczucie. Bardzo dobra była też Romina Basso jako Bradamante. Choć nie miała „tej jednej” arii, z zainteresowaniem zauważyłem wyraźny wpływ Viviki Genaux na jej technikę śpiewu. Podobali mi się też Jolanta Kowalska jako Oberto i Luca Tittoto jako Melisso, choć to są małe role.

Zdecydowanie największą gwiazdą wieczoru był jednak sam Minkowski. Ubrany w workowate spodnie i koszulę, która wyglądała jak z lumpeksu, choć pewnie była szyta na miarę u najdroższego krawca, stojąc, siedząc, kucając, momentami podskakując, dyrygował jedną ręką, dwiema, ramionami, głową, łokciami, dłońmi, tułowiem, małym palcem, całym sobą. I widać było, że sprawuje absolutną, totalną kontrolę nad wszystkimi dźwiękami, jakie unosiły się ze sceny.

I choć nie wszystko mi się podobało – na przykład niezbyt odpowiadali mi Ann Hallenberg w partii Ruggiera i Emiliano Gonzalez Toro jako Oronte  – uważam, że był to znakomity koncert, jeden z lepszych, na jakich byliśmy. A mały włos bylibyśmy się na niego spóźnili. 

Ach, ten Händel. Niemiec, nadworny kompozytor niemieckiego króla Anglii, pisał znakomite włoskie opery.

Strategiczny błąd Tuska

Wieje grozą. Pewien sondaż przewiduje zwycięstwo PiSu, a i w innych trend jest jasny: dystans dzielący PiS i Platformę zmniejsza się. Jarosław Flis na swoim blogu przedstawia analizę, z której wynika, iż niewielkie przesunięcia głosów mogą oznaczać praktycznie wszystko: od samodzielnych rządów Platformy, poprzez mniej lub bardziej stabilne koalicje, aż do samodzielnych rządów PiSu.

A jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że Platforma „nie ma z kim przegrać”. Jednak sztab PiSu bardzo dobrze rozegrał tę kampanię: schował Smoleńsk, Rydzyka i ideologiczne ekscesy i postawił na demobilizację „miękkich” przeciwników PiSu, pokazując, że rząd Platformy niewiele zrobił. Platforma nie umie znaleźć na to skutecznej odpowiedzi, nie umie przekonać, że rząd i tak zrobił sporo, choć daleko mniej, niż obiecywał – kryzys zresztą jest tylko częściowym wytłumaczeniem – ale przede wszystkim, że tylko rząd Platformy daje jakiekolwiek nadzieje na cywilizacyjny awans Polski. Główną wadą PiSu jest przecież to, że jest on w swoim myśleniu anachroniczny, chciałby Polskę zamknąć w kształcie przedwojennym z silną domieszką bolszewizmu. 

Kiedy Tusk popełnił błąd? Wtedy, gdy wydało mu się, że radykalne reformy zniechęcą do niego wyborców. Tymczasem od Platformy odwracają się ci, którzy są rozczarowani brakiem reform. Właśnie ci zostaną w domu lub zagłosują na Palikota. Oczywiście lepiej, żeby głosowali na Palikota niż zostali w domu. Ale twardy elektorat PiS, z dala od mediów mobilizowany Smoleńskiem i tradycyjną, martyrologiczną odmianą patriotyzmu, pójdzie do wyborów i przy niskiej frekwencji gotów jest dać Jarosławowi zwycięstwo.

Polska to spory kraj i wytrzyma kolejne rządy Kaczyńskiego, choć lekko nie będzie. Socjalistyczny (przy całej antykomunistycznej retoryce) i etatystyczny Kaczyński nie poradzi sobie z nową falą kryzysu. Cóż, będziemy cierpieć, ale w końcu się podźwigniemy. Szkoda głównie młodych ludzi, bo to oni poniosą największe koszta zapaści gospodarczej. Trudno mi jednak będzie znieść tryumfalizm PiSowców, o pomniku smoleńskim na każdym rogu nie wspominając.

Prezes Kaczyński tymczasem poczuł wiatr w żagle i zapowiada budowę „nowego państwa”. Anna Fotyga też opowiada o państwie, „które się szanuje”. Może to da do myślenia ludziom, którym wydaje się, że PiS nie jest już groźny.

Co po wyborach

Kończy się kampania wyborcza. Na pierwszy rzut oka niemrawa, niemalże anty-kampania, w rzeczywistości świetnie rozegrana przez PiS i zawalona przez Platformę.

Platforma nie potrafi przebić się ze swoim głównym przesłaniem: Owszem, wielu rzeczy nie udało im się zrobić, ale pozostają jedyną partią, która daje jakiekolwiek nadzieje na cywilizacyjny awans Polski, podczas gdy przesłanie PiS jest anachroniczne, wiążące Polskę w kategoriach XIX-wiecznych. Do tego Platforma sama strzela sobie w stopę: a to w sprawie GMO (na szczęście tę ustawę zawetował prezydent Komorowski), a to zupełnie skandaliczna poprawka do ustawy o dostępie do informacji, a to mniej nagłośniona sprawa nowych zasad refundacji leków, mających obowiązywać od stycznia, doprowadzająca lekarzy do białej gorączki. Wszystko są to sprawy, na które akurat wykształcony, wielkomiejski elektorat – wydawać by się mogło, naturalny elektorat Platformy – jest szczególnie wyczulony.

PiS ze swej strony na prowincji, zdala od mediów, mobilizuje swój twardy elektorat Smoleńskiem, zdradą i groźbą kolejnego rozbioru. W przekazie ogólnopolskim PiS jedynie próbuje udowodnić, że Platforma jest do bani. Nawet nie stara się wykazać, że PiS będzie lepszy, wystarcza przekaz, że Platforma źle rządzi. Tak, jakby PiS chciał powiedzieć „wiemy, że na PiS i tak nie zagłosujecie, ale ponieważ Platforma się nie nadaje, lepiej zostańcie w domu”. W tej sytuacji głos zmobilizowanego twardego elektoratu PiS będzie miał relatywnie większą wagę.

Jest to możliwe dzięki niesłychanie krótkiej pamięci i naiwności polskich wyborców. Nie pamiętają nie tylko rządów PiS, ale nawet przemiany Jarosława Kaczyńskiego po wyborach prezydenckich. Wieczorem 9 października pan prezes znów zrzuci owczą skórę, stając się krwawym mścicielem „zdradzonych o świcie” i ignorantem w sprawach gospodarczych w jednym. Nie szkodzi. Do następnych wyborów elektorat znów zapomni. To taka polska tradycja. Mego dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli.

Scenariusz landslide victory Platformy jest już zupełnie nierealny. Wynik dwóch głównych partii będzie bardzo zbliżony. Wszystko będzie zależeć od tego, czy Platforma będzie miała choć jeden mandat więcej, niż PiS.

Jeżeli Platforma będzie miała więcej mandatów, niż PiS, stworzy koalicję z PSL i, jeśli zajdzie taka konieczność, z SLD. Premierem pozostanie Donald Tusk. Koalicja trójpartyjna będzie słaba, ale lokalnie w Polsce niewiele się zmieni. Nie będzie ekscesów PiSu, ale nie będzie też prawdziwych reform. PiS pozostanie silną opozycją, destruktywną, nieskuteczną, ale głośną.

Jeżeli – co bardzo prawdopodobne – to PiS będzie miał więcej głosów niż Platforma, sytuacja będzie zupełnie inna. PiS nie ma szans na zawarcie żadnej koalicji, całkiem świadomie odpycha od siebie i PSL, i SLD, ale nie ma też szans na samodzielne rządy. Koalicja PiS-SLD lub PiS-SLD-PSL nie powstanie także dlatego, że mniejsze partie słusznie będą się obawiać losu przystawek. Powstanie zatem koalicja „siedmiu przeciw Tebom”, czyli wszystkich (trzech? czterech?!) pozostałych partii przeciwko PiSowi, z premierem Grzegorzem Schetyną. Sytuacja, w której PiS jest największym klubem parlamentarnym, może pławić się w tryumfie, obsadza funkcję marszałka Sejmu, może blokować, co chce, czynić obstrukcję, ale za nic nie odpowiada, jest dla Kaczyńskiego wymarzona. Jako bonus Kaczyński dostaje miesięczny okres premierowania pomiędzy dymisją rządu Tuska a nieudanym votum zaufania (premier Schetyna zostanie powołany w „drugim kroku” konstytucyjnym), w którym to czasie nie zrobi nic konstruktywnego, ale postara się wymienić wszystkich szefów służb specjalnych – nowy rząd, zachowując się rycersko, będzie się wahał z ich odwołaniem – i przejąć jak najwięcej instytucji. Powołany pod koniec listopada, a może dopiero w grudniu, rząd Schetyny będzie bardzo słaby, targany wewnętrznymi konfliktami o wpływy. Gdy uderzy kolejna fala kryzysu – a jest bardzo prawdopodobne, ze uderzy – Polska się posypie. Słaby rząd nie będzie potrafił odpowiednio zareagować. Rząd PiS też nie, gdyż nie ma tam absolutnie nikogo, kto zna się na gospodarce, ale to nieważne, gdyż rządu PiS w tej kadencji nie będzie. Winę – niezależnie od tego, w jakim stopniu zasłużoną – za katastrofę gospodarczą poniosą partie rządzące, przede wszystkim Platforma.

Tylko silny rząd, z charyzmatycznym Donaldem Tuskiem jako premierem, daje jakiekolwiek nadzieje – choć nie pewność! – że Polska upora się z drugą falą kryzysu.

W 2015 znów nas czekają podwójne wybory. Jeśli Platforma nie wygra 9 października, zgorzkniały Donald Tusk i prezydent Bronisław Komorowski staną do bratobójczej walki o prezydencką nominację Platformy. Niezależnie od tego, kto wygra w wewnątrzplatformianym starciu, w tej sytuacji w roku 2015 rządy obejmą prezydent Jarosław Kaczyński i premier Zbigniew Ziobro. I wtedy nastanie prawdziwa katastrofa.

Zapobiec temu możemy 9 października. I tylko 9 października.

Intencje

PiS znalazł sposób na obejście ciszy wyborczej w dniu głosowania. Otóż kandydaci tej partii mają zamawiać msze dziękczynne za beatyfikację JPII. Msze te mają być odprawione w niedzielę, 9 października, księża zaś mają odczytywać nazwiska ofiarodawców. Pierwszą taką mszę już zamówił pan prezes, a w jego ślady mają pójść inni kandydaci.

Państwowa Komisja Wyborcza nie dopatruje się w tym złamania ciszy wyborczej: nie można wszak z góry zakładać, że księża będą nie tylko wymieniać nazwisko ofiarodawcy, ale także wspominać, iż osoba ta kandyduje do Sejmu. Rzecznik krakowskiej kurii zaleca księżom

zachowanie daleko idącej roztropności i powstrzymanie się od informowania, kto za intencją stoi.

Muszę powiedzieć, że ten pomysł PiS wydaje mi się szczególnie obrzydliwy. Nie chodzi mi o obronę anachronicznej instytucji ciszy wyborczej, ale o angażowanie religii i ważnej dla wielu pamięci o zmarłym papieżu do doraźnej polityki. Jest to zarazem kolejne potwierdzenie tezy, iż Kaczyński wykorzystuje religię w sposób czysto instrumentalny.

Niestosowność tej sytuacji dostrzeżono też, jak się wydaje, w sztabie PiSu. Posłowie Błaszczak i Brudziński oświadczają, że prezes co prawda mszę zamówił, ale

nie ma to nic wspólnego z żadną koniunkturą polityczną i wyborczą,

natomiast inni kandydaci wcale niczego podobnego nie planują. Typowe działania damage control.

Jak za dawnych lat

Prezes Jarosław Kaczyński na powrót w formie. Oto dziś sąd, w trybie wyborczym, wydał wyrok w sprawie – moim zdaniem idiotycznego – pozwu Platformy. Wyrok niekorzystny dla PiS. Pan prezes oświadczył więc, że Polska nie jest państwem prawa, sądy należy zlikwidować i powołać zupełnie nowe, gdyż nie ma „zrównoważenia układu sił” i „nie zlikwidowano pozostałości komunizmu”.

Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie, chciałoby się rzec, parafrazując znany cytat tak, aby lepiej pasował do nazwy partii pana prezesa.

To w ustach pana prezesa nic nowego. Gdy Trybunał Konstytucyjny wydawał wyroki niekorzystne dla PiS, na przykład w sprawie ustawy lustracyjnej, okazywał się siedliskiem wszelkiego zła, układu, i w ogóle dowodem na „impossybilizm prawny”. Gdy wydawał wyroki korzystne, na przykład ostatnio w sprawie kodeksu wyborczego (za którym, nawiasem mówiąc, PiS też głosował, ale potem, zorientowawszy się, że kodeks może być dla PiSu niekorzystny, złożył wniosek do Trybunału niejako przeciwko samemu sobie), Trybunał jawił się jako ostoja demokracji.

Sąd, władza sądownicza, to w każdym cywilizowanym kraju jedna z podstaw demokracji. PiSowi nie mieści się w głowie, ba, w ogóle nie przychodzi na myśl, że sądy mogą być niezawisłe. Według PiSu każde orzeczenie jest manifestacją woli Przywódcy. Kwestionowanie roli i niezawisłości sądów to stwierdzenie, iż obecna Polska nie jest państwem demokratycznym. Czy myśmy już tego nie słyszeli z ust europosła i wiceprezesa PiS, a także pana dyrektora stacji radiowej? Oczywiście uwagi o wrodzonym, pierworodnym grzechu sądownictwa w ustach prezesa Kaczyńskiego nie są i nie mogą być uwłaczaniem pamięci Lecha Kaczyńskiego, który najpierw jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny w rządzie Jerzego Buzka, później zaś jako prezydent, stał na czele owego sądownictwa. Jak pisałem już dwa lata temu, prezes Jarosław Kaczyński, i tylko on, ma władzę orzekania kto jest prawdziwym patriotą i sprawiedliwym sędzią, kto zaś komunistycznym złogiem. „Komu grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, komu zatrzymacie, są im zatrzymane” jest prerogatywą boską. Z żywych ludzi przysługuje ona tylko Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Trawienie raportu

Po publikacji raportu Millera przyczyny wpadku pod Smoleńskiem są jasne. Oczywiście przeprowadzony wczoraj, ledwie kilka godzin po publikacji raportu, sondaż opinii publicznej wskazuje, że 49% respondentów („pań z Gdańska”) uważa, że raport nie wszystko wyjaśnia. To, że zdecydowana wiekszość badanych raportu nie czytała, to drobiazg, na który nikt nie zwraca uwagi. Część ludzi oglądała transmisję z prezentacji raportu, część wybrane fragmenty w serwisach informacyjnych, część tylko czytała omówienia. Teraz raport trzeba przetrawić, przełożyć z języka techniczno-prawnego na język zrozumiały dla szerokiej publiczności. W sposób nieunikniony będzie to oznaczać uproszczenia, ale nie ma na to rady.

1. Katastrofa pod Smoleńskiem była wypadkiem typu CFIT, Controlled Flight Into Terrain. Samolot nie zawiódł, był w pełni sprawny, załoga kontrolowała go do pierwszego zderzenia z przeszkodą terenową. Piloci nie byli idiotami ani samobójcami, nie popisywali się brawurą, starali się lecieć najlepiej, jak umieli. Tylko, że nie umieli. Raport nie zostawia suchej nitki na systemie szkoleń w 36 splt i szerzej, w całych Siłach Powietrznych. Załoga była bardzo źle wyszkolona, źle dobrana – i chyba nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Być może – podkreślam: być może – zgoła przeceniali swoje umiejętnosci, uwierzywszy w nieszczęsną maksymę Bronisława Komorowskiego, iż polski pilot poleci nawet na drzwiach od stodoły.

W rezultacie lądowali kierując się wskazaniami radiowysokościomierza, nie zaś wysokościomierza barometrycznego, ignorowali ostrzeżenia TAWS, na końcu zaś próbowali wykonać odejście „w automacie”. Na tamtym lotnisku nie było to możliwe, a oni ten właśnie manewr ćwiczyli dzień wcześniej! Ba, już w powietrzu umawiali się, że jeśli będą musieli odejść na drugi krąg, zrobią to „w automacie”. 

2. Osobną, szczegółową sprawą, na którą warto zwrócić uwagę, jest system TAWS i ustawienia wysokościomierza. Raport (str. 15-16) stwierdza, że „chwilę” po pierwszym ostrzeżeniu TERRAIN AHEAD,

dowódca statku powietrznego przestawił swój wysokościomierz WBE-SWS na ciśnienie standardowe 1013 hPa. Spowodowało to wprowadzenie do systemu TAWS nieprawidłowej informacji, w wyniku której system przerwał generowanie ostrzeżeń, przyjmując,  że samolot znajduje się wyżej niż w rzeczywistości. 

Raport nie rozstrzyga, czy kpt. Protasiuk przestawił wysokościomierz celowo, czy też, jak to się przyjmuje w środowisku lotniczym, przypadkowo. Dalej jednak, analizując system szkoleń, raport stwierdza (str. 150), iż

załogi nie znały zasad prawidłowej eksploatacji urządzenia TAWS. Doprowadziło to do wyrobienia nieprawidłowego nawyku ignorowania generowanych przez system TAWS ostrzeżeń.

Skoro załogi ostrzeżenia TAWS i tak ignorowały, załodze sygnały TAWS mogły tylko przeszkadzać w wykonaniu trudnego manewru. Podtrzymuję więc to, co pisałem po publikacji raportu MAK:  Moim zdaniem załoga świadomie zdecydowała o oszukaniu systemu TAWS przez ustawienie nieprawidlowego ciśnienia na wysokościomierzu barycznym dowódcy. Znajduje to potwierdzenie w transkrypcie rozmów z kokpitu:

10:31:11, 2P: Wychodzi, że aaa… TAWS, wystarczy, żeby Ziętas wprowadził.

Za taką interpretacją przemawia także fakt, iż kpt. Protasiuk leciał tym samym samolotem na to samo lotnisko trzy dni wcześniej, z premierem, jako drugi pilot. Z doświadczenia „wiedział” (wydawało mu się, że wie), iż ostrzeżenia systemu TAWS na tym lotnisku są nic nie warte. O ile jednak w dobrych warunkach atmosferycznych można je było zignorować, o tyle w warunkach fatalnych tylko przeszkadzały, więc trzeba je było „wyciszyć”. Z drugiej strony gdyby dowódca przestawił swój wysokościomierz przypadkowo, powinien go zaniepokoić brak ostrzeżeń TAWS, które w podobnej sytuacji słyszał trzy dni wcześniej. Nic go nie jednak nie zaniepokoiło, tak, jakby wiedział, iż ostrzeżeń nie powinno być.

3. Część winy spoczywa na stronie rosyjskiej. Na lotnisku niesprawna była część świateł, drzewa i krzaki, których nikomu nie chciało się wyciąć, mogły zasłaniać pozostałe światła i zakłócać pracę radiolatarnii, przede wszystkim jednak kontroler nieprawidłowo informował załogę, iż są „na kursie i ścieżce”, podczas gdy nie byli. Kontroler, dysponując przestarzałym sprzętem, najprawdopodobniej nie był w stanie samodzielnie określić wysokości samolotu, ale też nie domagał się, aby załoga „kwitowała” informacje o odległości od progu pasa przez podanie swojej wysokości, czego wymagała procedura.

Raport, o ile mogłem się zorientować, nie wskazuje na to, iż samolot JAK-40, który wylądował jakiś czas przed planowanym przylotem Tupolewa, mógł odegrać rolę konia trojańskiego. Pilot JAKa wylądował w bardzo trudnych warunkach, wbrew komendzie kontrolera, co ten zresztą skwitował określeniem „zuch”. Kontrolerzy mogli pomyśleć, że polscy piloci są fantastycznie wyszkoleni i dysponują jakimś super sprzętem. Mogło to uśpić czujność kontrolerów. Dowódca JAKa zresztą drugi raz zachował się jak koń trojański, zachęcając dowódcę Tupolewa do podjęcia próby lądowania, mimo iż w Smoleńsku „pizda jest”.

4. Na załogę nie wywierano bezpośrednich nacisków, nie zmuszano ich do lądowania. Nie mam wątpliwości, iż załoga odczuwała presję spowodowaną obecnością prezydenta na pokładzie i Dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie. Wykonanie trudnego lądowania oznaczałoby uznanie w oczach generała. Zerwanie programu wyprawy do Katynia na pewno wywołałoby niezadowolenie prezydenta („wścieknie się, gdy…”) i jego protegowanego, generała Błasika, ale nikt załodze nie kazał lądować za wszelką cenę. To kapitan decydował. Owszem, można przypuszczać, że gdyby ktoś (dyrektor Kazana?) wcześniej przekazał załodze informację, że jeśli nie uda się wylądować w Smoleńsku, lecimy tu a tu, zdjęłoby to z niej część presji. Są to jednak tylko przypuszczenia. 

Trzeba pamiętać, że dla pilota wojskowego priorytetem jest wykonanie zadania, inaczej niż dla pilota cywilnego, dla którego najważniesze są bezpieczeństwo ludzi i samolotu.

5. Ciekawa jest rola generała Błasika. Pomijam kwestię czy generał zaliczał sobie lot do Smoleńska jako „wylatany” w charakterze członka załogi. Jest to sprawa drugorzędna. Na pewno generała nie powinno było być w kokpicie. Po co tam jednak poszedł? Myślę, że chciał sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Chciał także pomóc załodze: on jeden, najbardziej doświadczony lotnik na pokładzie, odczytywał prawidłowe wskazania wysokościomierza barometrycznego. Niestety, pracująca w słuchawkach załoga, ogłuszona ostrzeżeniami TAWS, które w międzeczasie znów się pojawiły, mogła go nie słyszeć. Zastanawiałem się też dlaczego generał w tak dramatycznej sytuacji tłumaczył komuś co to jest mechanizacja skrzydeł. Wydaje się, że generał po prostu nie dostrzegał żadnego zagrożenia, też myślał, że wszystko jest pod kontrolą.

W każdym razie wyzierająca z raportu MAK wizja pijanego generała zmuszającego załogę do lądowania zupełnie nie znajduje potwierdzenia.

6. Polityczną odpowiedzialność za wszelkie błędy w szkoleniu, nieprzestrzeganie procedur i bałagan w wojsku wziął na siebie minister Klich. Trudno się temu dziwić. Klich tłumaczy, że nie wiedział o nieprawidłowościach w 36 splt. Zapewne tak było, ale powinien był wiedzieć. 

Inna rzecz, że raport implicite obciąża i Dowódcę Sił Powietrznych, i poprzedniego ministra obrony, bardziej niż ministra Klicha. To Dowództwo Sił Powietrznych prowadzi bezpośredni nadzór nad szkoleniami lotniczymi i przestrzeganiem procedur w wojsku, minister Szczygło zaś zlikwidował szkolenia na symulatorach.

7. Osobną sprawą są zarzuty PiSu wobec raportu. Pomniejsi działacze PiSu raport Millera dezawuują. Dla nich do przyjęcia byłaby albo wresja zamachu, albo wniosek o postawienie Tuska przed Trybunałem Stanu. Nic innego ich nie zadowoli. Jest to całkiem oczywiste i nie ma co się nad tym rozwodzić. Można się nawet z tego cieszyć: Jeśli PiS uczyni Smoleńsk jednym z głównych tematów kampanii wyborczej, sam przyczyni się do swojej – miejmy nadzieję – przegranej.

Nieszczęsne wdowy smoleńskie, głównie pani Gosiewska i pani Merta, wciąż nie mogą uwierzyć, wciąż snują jakieś dywagacje na temat bomby próżniowej. Jest to dla mnie zrozumiałe. Gdyby ich mężowie zginęli w wyniku zamachu, ich śmierć nabrałaby sensu. Śmierć w przypadkowym, niezawinionym świadomie wypadku, jest całkowicie bezsensowna.

Natomiast sam Jarosław Kaczyński postawił dwa zarzuty: Pierwszy:

Zabrakło [Tuskowi] honoru, by bronić gen. Błasika i polskich oficerów, nie reagował na pomówienia ze strony MAK.

Ależ nic podobnego, panie prezesie! Tym razem nie mówimy co zrobił lub czego zaniechał premier, ale co ogłosiła Komisja Badania Wypadków Lotnictwa Państwowego. Tylko w wizjach autokratów, w tym pana prezesa, organa państwa czynią to, co im nakaże przywódca. W demokratycznym państwie prawa organa państwa, które są od premiera ustawowo niezależne, są od niego niezależne. Jarosław Kaczyński nie może tego jednak zrozumieć.

Odnośnie zaś do obrony generała Błasika i polskich oficerów, raport ani nie zwala całej winy na pilotów, ani tym bardziej nie obciąża generała Błasika, choć jedno i drugie byłoby takie proste i politycznie wygodne. Owszem, piloci popełnili liczne błędy, ale zawinił system szkolenia. Owszem, Błasik był w kokpicie, ale to nieprawda, że po pijaku chciał wymusić lądowanie; przeciwnie, starał się załodze pomóc.

Drugi zarzut Kaczyńskiego brzmi:

Premier Donald Tusk […] odpowiada przecież za podjęcie gry z Rosjanami, która doprowadziła do rozdzielenia wizyt [premiera i prezydenta] i tego następstw.

No tak, to jest prawda. Ale:

Po pierwsze, gdy przygotowywano obchody katyńskie, prezydent dobrowolnie podjął tę grę. Nie spodziewał się żadnej katastrofy, nikt się przecież nie spodziewał, przeciwnie, żeby przyćmić wizytę Tuska, zorganizował sobie bizantyński orszak, przez co lista ofiar była tak długa.

Po drugie, premier Donald Tusk i prezydent Lech Kaczyński byli przeciwnikami politycznymi, a reprezentowanie Polski na arenie międzynarodowej było jednym z obszarów sporu. To Lech Kaczyński od początku rządów Platformy pchał się tam, gdzie go nie proszono, a wiosną 2010 do kampanii prezydenckiej pozostawało zaledwie kilka miesięcy. Dlaczego Tusk miałby Kaczyńskiemu ustępować? Ja, wyborca, uważam, że Polskę za granicą lepiej i godniej reprezentował premier Tusk niż prezydent Kaczyński. Z całą pewnością wiele osob uważa inaczej. Szanuję ich zdanie, ale nie widzę, dlaczego premier Tusk miałby go usłuchać.

Po trzecie, premier Putin zaprosił premiera Tuska, nie prezydenta Kaczyńskiego, którego nie zaprosił nikt. PiSowcy oczekiwali zapewne, że Tusk, uznając prymat Kaczyńskiego, powinien był  zaproszenie Putina odrzucić, obrażając go i pogarszając stosunki z Rosją. To jest takie typowe dla PiSu i dla tego rozumienia godności narodowej: nieważne, co się osiągnie, ważne, czy się odpowiednio godnie nadmiemy.

Po czwarte, czy Rosjanie chcieli rozegrać wewnętrzne polskie spory polityczne na swoją korzyść? Putin, zapraszając Tuska, chciał może nawet nie tyle wzmocnić polskiego premiera, ile osłabić polskiego prezydenta, uważanego za skrajnie nieprzychylnego Rosji. Skoro zmniejszenie szans na reelekcję tego konkretnego prezydenta było, w moim odczuciu, korzystne dla Polski, nie widzę w tym niczego złego. Nawiasem mówiąc, hipotetyczna gra na osłabienie Lecha Kaczyńskiego czyni wszelkie koncepcje spisku na życie Kaczyńskiego całkowicie absurdalnymi: Po cóż Rosja miałaby kreować antyrosyjskiego męczennika z osoby, która za kilka miesięcy miała odejść na polityczną emeryturę?

Poprzednio na ten temat:
Gdzie był generał?
Ciąg przyczyn
Wysokościomierz