Pan biskup

Biskup Adam Dydycz na pogrzebie śp. Jadwigi Kaczyńskiej, matki Jarosława i Lecha, nazwał ją „matką męczennika”. Jest to zniewaga dla prawdziwych chrześcijańskich męczenników. I nie myślę nawet o „historycznych” męczennikach, uwiecznionych w ikonografii i publicznie czczonych jako święci, ale o całkiem współczesnych ludziach gdzieś w Indiach, Chinach czy Afryce, którzy są mordowani tylko dlatego, że są chrześcijanami. Jeśli ktoś nawet jest na tyle szalony, głupi czy zaślepiony, żeby myśleć, iż Lech Kaczyński został zamordowany, przecież sam przyznaje, że został on zamordowany nie za wiarę, ale ze względów politycznych. Dla Dydycza lokalna polityka jest widać ważniejsza od ostatecznego świadectwa wiary w Chrystusa, jakie dają bezimienni dla nas ludzie na obcych kontynentach. Takie słowa biskupa oburzające. Odrażające. Wstrętne.

Panie, nie poczytaj mu tego grzechu.

O nauce na koniec roku

Pod koniec 2012 w Gazecie Wyborczej ukazało się kilka ważnych tekstów już to poświęconych nauce, już to mimochodem dotykających kwestii nauki.

Zacznijmy od dwu felietonów z Gazety Świątecznej z 29-30 grudnia. Witold Gadomski w Najtrudniejszym polskim roku pisze:

Przez ostatnie pięć lat nie rozwiązaliśmy żadnego problemu strukturalnego obniżającego potencjalny wzrost gospodarczy. Mamy powszechną edukację wyższą na niskim poziomie i niedostosowaną do potrzeb rynku, niski poziom innowacyjności, źle funkcjonującą i wrogą przedsiębiorcom administrację, gasnący wzrost demograficzny, ogromne fundusze publiczne wpadające do „czarnych dziur” […], fatalną infrastrukturę […], system podatkowy zniechęcający do podejmowania pracy i działania na własny rachunek.

Nie bardzo rozumiem czego Gadomski chce od systemu podatkowego – chyba tego, że jest przesadnie skomplikowany, zwłaszcza jeśli chodzi o VAT. Natomiast przedsiębiorcy mogą korzystać z dobrodziejstw podatku liniowego (i dobrze!). Ja w katalogu Gadomskiego wyróżniam źle funkcjonującą i wrogą administrację, bo to jest – moim zdaniem – kolosalna bariera; pisałem zresztą o tym osobno. O innowacyjności napiszę kiedy indziej. Istotne jest, że dla Gadomskiego edukacja wyższa powszechna, ale na niskim poziomie zalicza się do obciążeń, nie do zalet. Też tak uważam. Powtarzam wszakże, że taki stan rzeczy jest tolerowany, ba, konserwowany przez państwo, gdyż służy do ukrywania bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich.

Inaczej widzi to piszący obok Adam Leszczyński. W artykule Polacy, sklejmy się pisze:

Kiedy zaczynałem studia w pierwszej połowie lat 90., studiowało tylko 10 procent moich rówieśników. Teraz studiuje co drugi młody Polak, często za własne pieniądze. To gigantyczna prywatna i publiczna inwestycja, z której mamy święte prawo być dumni, nawet jeśli ta edukacja nie zawsze była najwyższych lotów.

Otóż nie. Byle jaka edukacja, pozór edukacji, nie jest inwestycją, a może rodzić – i rodzi – frustrację wśród absolwentów. Jak to, tyle się uczyłem, tyle za to zapłaciłem, a teraz Tesco lub zmywak u Turka w Birmingham?! No tak, bo to nie były – i nigdy nie miały być – studia dobre. Miały być łatwe, a ich celem nie była wiedza, ale dyplom. I taka właśnie okazuje się rynkowa wartość tego dyplomu.

Ważniejsza jest jednak inna myśl Leszczyńskiego:

Nasi politycy, kiedy dziś mówią o inwestycjach, mają na myśli przede wszystkim drogi, mosty i budynki […]. Obserwuję ten ponury mechanizm na przykładzie nauki polskiej, o której reformowaniu piszę. Wiele uczelni postawiło nowe, imponujące budynki i wybudowało wielkie nowoczesne laboratoria badawcze. Idea, że ludziom, którzy w nich pracują, należą się godziwe warunki pracy, została jednak wyparta przez przekonanie, że wydajność lepiej wymusić przystawionym do głowy ekonomicznym pistoletem. Zamiast podwyżek pensji naukowcy dostali kontrakty terminowe, które odebrały im pewność zatrudnienia (dziś to już norma w polskiej nauce).

Wiele osób – choć dalece nie wszystkie – dyskutujące o kondycji polskiej nauki zgadza się, że bez zwiększenia finansowania nie tylko infrastruktury naukowej, ale także samych badaczy polska nauka będzie się raczej zwijać niż rozwijać. Też jestem tego zdania. Zarazem jestem przeciw blankietowym podwyżkom dla wszystkich: Dodatkowe środki na badania oraz dodatkowe wynagrodzenie za prowadzenie badań powinni otrzymywać ci, którzy faktycznie robią coś wartościowego. Najlepszym sposobem takiego finansowania są granty. Ale i tu trzeba uważać.

Tej właśnie kwestii poświęcony jest list otwarty prof. Adama Płaźnika do minister Barbary Kudryckiej. Autorowi nie podoba się, że Polska dość gwałtownie przestawia się na granty jako podstawowy sposób finansowania nauki. Prof. Płaźnik uważa, że w system grantowy powinniśmy wchodzić miękko, z początkowym success ratio rzędu 90% (sic!) i docelowym rzędu 50-60%. Efektywnie oznaczałoby to, że każde badania, które ktoś zaproponuje, powinny być finansowane. To jest oczywisty absurd. Żaden kraj na świecie – może za wyjątkiem małych, ale bajecznie bogatych sułtanatów naftowych – nie może, nie mógł i nie będzie mógł sobie pozwolić na finansowanie wszystkiego. Nauka stała się dziedziną w zasadzie masową, w Polsce formalnie zajmują się nią dziesiątki tysięcy ludzi. Niektóre z tych badań są na dobrym poziomie, inne na przyzwoitym, jeszcze inne są, co tu dużo mówić, wtórne, kiepskie i niepotrzebne. Państwa nie stać na sfinansowanie wszystkiego, a finansować tych kiepskich po prostu nie warto. System grantowy nie jest doskonały (nobody’s perfect), można i trzeba poprawiać rozwiązania szczegółowe, ale co do zasady, od grantów nie uciekniemy.

Jednak Płaźnik podnosi kilka bardzo zasadnych punktów szczegółowych.

  • System grantowy został przeniesiony z krajów zachodnich, głównie anglosaskich, ale tam jest tylko częścią całego systemu finansowania nauki. Cała reszta pozostała bez zmian i dlatego system grantowy u nas wydaje się być dalece niewydolny.
    • Oprócz systemu rządowego, tam – głównie w Ameryce – jest cała masa prywatnych źródeł finansowania, programów badawczych, milionerów-dobroczyńców i różnych fundacji; to ostatnie jest szczególnie istotne w dziedzinie badań biomedycznych. Są naukowe fundusze finansujące badania nowatorskie, obarczone sporym ryzykiem, których wynik nie jest z góry znany, podczas gdy polski grantodawca w zasadzie oczekuje gwarancji sukcesu.
    • Jest przemysł, który część (to prawda: coraz mniejszą) badań finansuje, dostarcza inspiracji, kupuje pewne odkrycia, których nawet nie zamawiał, ale uważa je za korzystne, niekiedy zleca naukowcom wykonanie jakichś badań, pomiarów, a przede wszystkim zatrudnia absolwentów. Duże firmy wciąż mają własne działy R&D i prowadzą badania, co prawda nie o charakterze podstawowym, jak dawniej, ale aplikacyjnym.
    • Całkowity poziom finansowania badań naukowych jest na Zachodzie znacznie wyższy, niż w Polsce. Ba, samo finansowanie ze źródeł publicznych jest wyższe!
    • Zachodnie systemy grantowe są znacznie mniej zbiurokratyzowane, niż w Polsce, procedura przyznawania i rozliczania grantów jest znacznie bardziej przyjazna. Administracja uczelniana jest pomocna, nie zaś wroga.
    • W Polsce nie ma w zasadzie grantów „na kontynuację”, co jest szczególnie bolesne, gdy w ramach grantu kupowana lub wytwarzana jest kosztowna aparatura lub jest zatrudniany wykwalifikowany personel techniczny.
  • W Polsce spore wydatki na płace są bardzo źle widziane we wnioskach grantowych. Tymczasem granty powinny pozwalać na zatrudnianie – co najmniej – postdoków i personelu technicznego na kilka lat, za odpowiednie pensje.
  • Z kręgów NCN wciąż płyną sygnały, że najlepiej byłoby, gdyby granty nie przewidywały żadnych wynagrodzeń, a już w szczególności wynagrodzeń kierowników i głównych wykonawców. Tymczasem podstawowe pensje w nauce są w Polsce niskie i ludzie szukają dodatkowych dochodów. Lepiej, żeby badacze zarabiali na prowadzonych badaniach, niż na płatnej dydaktyce lub na chałturach. Na Zachodzie P.I. nie otrzymuje z grantu wynagrodzenia jeżeli jego podstawowe miejsce pracy zapewnia mu odpowiednio wysoką pensję.

Adam Płaźnik nie ma jednak racji protestując przeciwko osobnej puli na granty dla „młodych”. Od dawna narzekało się, że niskie pensje podstawowe, kiepskie warunki pracy i ogólnie kiepskie możliwości zniechęcały młodych do podejmowania pracy naukowej. Jeśli ktoś tylko miał możliwości znalezienia „normalnej” pracy, szedł tam, a nie zostawał na uczelni. W niektórych dyscyplinach, takich co bardziej rynkowych, już teraz brakuje kandydatów na młodych adiunktów lub też o stanowiska takie ubiega się drugi, trzeci garnitur kandydatów, których rynek nie chciał. Żeby więc zachęcić młodych ludzi do podejmowania pracy naukowej, a zarazem żeby finansowo premiować nie wszystkich-młodych, ale tylko młodych-naukowo aktywnych, stworzono im specjalną ścieżkę finansowania – w konkursie ogólnym mieliby mniejsze szanse w starciu z badaczami bardziej doświadczonymi – dzięki której i mogą dostać więcej na rękę, i mogą prowadzić ciekawsze i bardziej niezależne badania. Ja uważam, że byłoby o wiele lepiej, gdyby same pensje podstawowe i warunki pracy zachęcały najzdolniejszych do zostawania w nauce – ze świadomością, że pewne firmy rynkowe i tak będą płacić więcej, ale za cenę mniejszego komfortu psychicznego, bardziej stresującej pracy etc etc – no, ale najwyraźniej tak się nie da. Warunki brzegowe, czyli w tym wypadku sytuacja finansowa, na to nie pozwalają. Wydzielona pula grantów dla młodych jest więc jakąś protezą, ale i tak lepsze to, niż nic, gdyż w przeciwnym razie za kilkanaście-dwadzieścia lat uczelniom groziłaby całkowita katastrofa.  

Płaźnik niesłusznie też atakuje habilitację, popadając przy tym w wewnętrzną sprzeczność:

Utrzymywanie habilitacji jest żenującym przeżytkiem, XIX-wiecznym anachronizmem (podobnie belwederskie profesury). Upierając się przy tym, ośmieszamy się w oczach światowej opinii. Chociaż, ostatnio, wysyp tzw. profesur uczelnianych (np. dr hab. prof. UW) skutecznie dewaluuje tytuł naukowy.

Profesury uczelniane są czymś wyraźnie niższej rangi, niż tytuł naukowy (profesura belwederska), więc go nie dewaluują. A gdyby nie habilitacja, która wciąż stanowi jakąś barierę, małe i słabe uczelnie swobodnie czyniłyby profesorami także słabych i naukowo nieaktywnych doktorów.

Pomyłką ze strony Płaźnika jest też zestawianie sytuacji nauki z sytuacją służby zdrowia. Owszem, NFZ można wiele zarzucać, ale to są jednak zupełnie inne grupy zagadnień. Dziwna jest wreszcie obrona JBR, których poziom naukowy uchodzi na ogół za słaby.

Tuż po nowym roku pojawiła się odpowiedź minister Barbary Kudryckiej. Pani minister serwuje co prawda sporo urzędniczego żargonu i oficjalnego optymizmu, ale muszę przyznać, że jej odpowiedź jest i tak na dość wysokim poziomie, jak na ministerialne standardy. Po części zapewne dlatego, że prof. Płaźnik, domagając się 90% success ratio teraz i 60% docelowo, wystawił się na wyjątkowo łatwy strzał.

Niech konkluzją tego długiego wpisu będzie inny cytat z artykułu Adama Leszczyńskiego:

Na pytanie: w co inwestować w czasie kryzysu, odpowiadam: w ludzi. […] Potrzebujemy innej inwestycji w ludzi: w zaufanie – do siebie wzajemnie, do instytucji i do przyszłości. Bez tego Polska nigdy nie stanie się krajem bogatym i przyjaznym […]

Przy innej okazji odniosę się też do artykułu Andrzeja Lubowskiego.

Higgs i co dalej?

Kilka blogów naukowych (Of Particular Significance, Screw Cable, Résonaances, wreszcie należący do Economista Babbage) doniosło ostatnio, że odkryta w CERN cząstka Higgsa być może ma inne własności, niż przewiduje Model Standardowy. Sami autorzy studzą nastroje i podkreślają, że nie można jeszcze mówić o przełomowym odkryciu, jednak gdyby doniesienia te się potwierdziły, byłaby to bardzo dobra wiadomość dla fizyki.

Czym jest cząstka Higgsa? Na ogół powiada się, że „bez bozonu Higgsa materia nie miałaby w ogóle masy”. Nie jest to w pełni poprawne. Zgodnie z Modelem Standardowym teorii cząstek, cała przestrzeń wypełniona jest polem Higgsa. Stan o najniższej energii odpowiada niezerowej gęstości tego pola. Cząstki elementarne nieustannie z nim oddziałują, przedzierają się przez nie, i na skutek tego oddziaływania nabierają bezwładności, czyli masy. Taki mechanizm zaproponował 48 lat temu brytyjski fizyk Peter Higgs. Fundamentalnym fermionom (kwarkom i leptonom) w zasadzie można by przypisać masę arbitralnie, choć byłoby to nieeleganckie; lepiej jest to zrobić poprzez mechanizm Higgsa. Gorzej jest z bozonami Z i W, przenoszącymi oddziaływania słabe: dobrze wiemy, że są one masywne (sto razy bardziej, niż proton), ale poza mechanizmem Higgsa nie znamy innego sposobu, w jaki mogłyby one uzyskać masę. Dlatego właśnie istnienie pola Higgsa jest tak ważne dla Modelu Standardowego.

Pola Higgsa nie możemy bezpośrednio zaobserwować – właśnie dlatego, że, w pewnym sensie, obserwujemy je bez przerwy. Jest ono naturalnym tłem dla całej znanej nam fizyki. Możemy obserwować odstępstwa od stanu naturalnego. Takimi odstępstwami są wzbudzenia pola Higgsa, pojawiające się na skutek wysokoenergetycznych zderzeń, manifestujące się jako osobne cząstki elementarne. Bozon Higgsa jest takim właśnie wzbudzeniem. Używając oklepanej (i naciąganej) analogii, pole Higgsa jest oceanem, a cząstki Higgsa niewielkimi falami na powierzchni bardzo, bardzo, bardzo spokojnego oceanu. Można powiedzieć, że fizycy tak bardzo chcieli odkryć cząstkę Higgsa nie z uwagi na nią samą, ale po to, aby uzyskać pośredni dowód na istnienie pola Higgsa.

Model Standardowy dość dokładnie przewiduje własności cząstki Higgsa. Co by się stało, gdyby odkryta cząstka dokładnie spełniała przewidywania modelu? Byłby to wielki tryumf przenikliwości fizyków pracujących nad Modelem Standardowym. Cały gmach fizyki cząstek byłby wreszcie kompletny, skończony, wszystko by do siebie pasowało. Ludzkość dysponowałaby perfekcyjnym modelem, zdolnym przewidywać wszystkie zjawiska ze świata cząstek elementarnych. I to właśnie byłby problem. Nie byłoby już nic do odkrycia. Owszem, zostałoby jeszcze dużo faktów szczegółowych do ustalenia i wyjaśnienia, ale nic fundamentalnie nowego, nieznanego, a przez to wartego zbadania. Sytuacja byłaby podobna do tej z końca XIX wieku, gdy gmach ówczesnej fizyki wydawał się skończony, a fizyka zdawała się nie nieść żadnych poważnych wyzwań intelektualnych. Na szczęście dla fizyki kilka drobnych, jak się wydawało, problemów doprowadziło do przełomowych odkryć i teorii: mechaniki kwantowej, fizyki relatywistycznej i teorii procesów stochastycznych.

Wielu fizyków uważa, że fizyka cząstek elementarnych jest w takiej sytuacji, jak cała fizyka sto kilkadziesiąt lat temu. Potrzeba nowych, zaskakujących, nie dających się przewidzieć na gruncie istniejącej teorii faktów doświadczalnych, aby pchnąć całą dyscyplinę do przodu. W przeciwnym razie popadnie ona w stagnację. Wciąż mamy skąpe ilości danych, ale wydaje się, że odkryta latem cząstka Higgsa jest prawie dokładnie taka, jak to wynika z Modelu Standardowego. Właściwie zaobserwowano tylko dwa odchylenia. Po pierwsze – i o tym właśnie donoszą przywołane wyżej blogi – dane z detektora ATLAS zdają się świadczyć, że istnieją dwie różne cząstki Higgsa. No, to byłoby coś! Cząstki Higgsa nie można obserwować bezpośrednio, jest ona bardzo niestabilna i rozpada się na cząstki potomne, też zresztą niestabilne – dopiero produkty ich rozpadu daje się zarejestrować. Na tej podstawie można w szczególności wyznaczyć masę cząstki pierwotnej, domniemanej cząstki Higgsa. Otóż grupa ATLAS twierdzi, że w zależności od tego, czy obserwuje się cząstkę rozpadającą się na dwa fotony, czy na dwa bozony W  lub Z, można wyznaczyć inne masy. Różnica mas dwu hipotetycznych cząstek Higgsa (126.6 GeV/c2 vs 123.5 GeV/c2) wyraźnie przekracza zdolność rozdzielczą detektora, choć nie można z całą pewnością wykluczyć jakiegoś źle skalibrowanego urządzenia (pamiętajmy o źle podłączonym kablu, który rok temu doprowadził do spekulacji na temat nadświetlnych neutrin). Z drugiej strony danych jest wciąż tak niewiele, że prawdopodobieństwo, iż zaobserwowany efekt tak naprawdę jest fluktuacją statystyczną – dziwną, ale możliwą – jest duże. I tak zapewne jest, tym bardziej, że siostrzany detektor, CMS, prowadzący analogiczne pomiary, jak ATLAS, ale nieco innymi technikami, żadnych „dwu Higgsów” nie widzi. Oba detektory, ATLAS i CMS, badają tę samą wiązkę wytworzoną w LHC.

Po  drugie, obserwuje się nieco więcej rozpadów cząstek Higgsa na dwa fotony, niż przewiduje Model Standardowy (jest za to niedomiar rozpadów na dwa bozony W  lub Z). W tym wypadku dane z ATLASa i CMS są zgodne, a im więcej danych doświadczalnych gromadzimy, tym efekt staje się wyraźniejszy, choć wciąż nie można z całą pewnością orzec, że nie jest to fluktuacja statystyczna. Zakładając jednak, że efekt jest prawdziwy, nie umiemy go wytłumaczyć – i to właśnie ekscytuje fizyków zajmujących się cząstkami elementarnymi. Skoro czegoś nie rozumiemy, wciąż jest co badać! Kto wie, może ten efekt – choć niewielki i wciąż nie w pełni potwierdzony – otworzy drogę do obserwacji zupełnie nieznanych zjawisk?

Rekapitulując, odkrycie cząstki Higgsa dokładnie takiej, jak to przewiduje Model Standardowy, byłoby jednocześnie i wielkim sukcesem, i zdarzeniem nieciekawym. Oznaczałoby kres teorii cząstek elementarnych. Z tego względu fizycy z wielkimi nadziejami spoglądają na – niewielkie, nieliczne i w dodatku wciąż niepotwierdzone – odstępstwa zebranych wyników od przewidywań modelu. Ja, nie będąc cząstkowcem, jestem raczej sceptyczny, ale…

Opera Rara, 19 grudnia

Attilio Ariosti, La fede ne’ tradimenti, grała Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi.

Koncert dobry, zagrany i zaśpiewany bez zarzutu, ale nic ponadto. Cóż, chyba dlatego, że materiał muzyczny nie jest wybitny. Typowa, niskobudżetowa produkcja z przełomu XVII i XVIII wieku, chciałoby się rzec. Niskobudżetowa, gdyż występuje tylko czworo solistów, a i orkiestra niezbyt liczna, rzecz więc była tania do wystawienia tak 300 lat temu, jak i teraz. Niestety, w Krakowie mamy wyłącznie wykonania koncertowe. Obejrzawszy (w telewizorze i na DVD) kilka wykonań teatralnych znanych oper barokowych, zaczynam widzieć, jak wiele wystawienia teatralne zyskują w porównaniu z koncertowymi.

Libretto przewiduje dwie pary rodzeństwa, które, w konfiguracji krzyżowej, stają się dwiema parami zakochanych. (W ogóle libretto, jak na operę barokową, jest bardzo proste. Najbardziej śmiałym pomysłem jest to, że pewna księżniczka wyrusza na pomoc swemu zaginionego bratu w nierzucającym się w oczy przebraniu czarnoksiężnika poszukującego ukrytych skarbów.) Z takiej konstrukcji wynika, że długie sceny rozgrywają się pomiędzy tymi samymi osobami, a zatem mamy pod rząd po kilka arii tej samej postaci, plus recytatywy. Jest to pewna osobliwość tej opery, zresztą dość wymagająca dla śpiewaków, którzy dłuższy czas nie mogą odpocząć. Muzycznie najciekawszy był akt III, gdyż tam ariom na ogół towarzyszą tylko skromne grupy instrumentów – jest to więc dialog głosu z koncertującymi instrumentami – albo nawet samo continuo. Od strony wykonawczej wszystko, jak powiadam, bez zarzutu – soliści równi, dobrzy, może tylko Roberta Invernizzi momentami wypadała nieco blado. Fabio Biondi zmienił wygląd, nosi muszkę zamiast golfu, co mi się nie podoba. Nieco też zmienił sposób dyrygowania, na bardziej miękki, łagodny – co broń Boże nie znaczy, że gorszy! –  no, ale może to tekst muzyczny tak mu dyktował? Właściwie tylko w arii Care pupille arciere (Fernando – Marianne Beate Kielland, mezzosopran) zobaczyłem takiego Biondiego, jak dawniej.

P.s. Końca świata nie było 🙂

Interes organów ścigania

artykułu w Gazecie Wyborczej dowiedziałem się rzeczy, która mnie niesłychanie oburzyła. Mianowicie, kierowcy, którzy popełnili (albo i nie popełnili) wykroczenie drogowe i zostali (albo i nie zostali) na tym przyłapani przez automatyczny fotoradar, dostają wezwanie do zapłacenia mandatu, ale nie dostają zdjęcia, czyli obciążającego ich dowodu. Jeśli ktoś chce zobaczyć to zdjęcie, musi odmówić przyjęcia mandatu, a wówczas sprawa trafia do sądu.

Dlaczego? 

Możliwość wysyłania ukaranym zdjęć z wizerunkiem [kierowców] uchyliła zmiana rozporządzenia prezesa Rady Ministrów w sprawie nakładania grzywien w drodze mandatu karnego. Dodatkowo przepisy Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia nie przewidują możliwości udostępniania akt sprawy stronom na etapie postępowania mandatowego. Strony mogą uzyskać wgląd do zdjęć dopiero na etapie postępowania przed sądem. […]

Jak się okazuje, zmiana przepisów była celowa. Minister transportu, budownictwa i gospodarki wodnej w oświadczeniu dotyczącym tego tematu ujawnił inną przyczynę ukrywania zdjęć przed kierowcami. „Przesyłanie fotografii ‚z automatu’ byłoby sprzeczne z interesami organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. W przeszłości fotografie były przez straże gminne (miejskie) wysyłane i praktyka dowiodła, że gdy właściciel pojazdu otrzymywał zdjęcie z urządzenia rejestrującego i zarazem informację, na ile twarz kierującego jest wyraźna, częstokroć wykorzystywał to do uniknięcia odpowiedzialności”.

Jest to, moim zdaniem, niesłychany skandal. Państwo ma prawo karać osoby dopuszczające się wykroczeń (pomijam to, że wiele ograniczeń prędkości raczej nie służy poprawie bezpieczeństwa, a jedynie zarabianiu na łamiących to ograniczenie – no trudno, prawa trzeba przestrzegać, nawet jeśli jest głupie), ale musi obywatelowi udowodnić, że faktycznie dopuścił się wykroczenia. Nie wolno karać obywateli o, tak, bo władza wie lepiej, kto jest na niewyraźnym zdjęciu. Nie wolno i już. To godzi i w zaufanie obywateli do państwa, i w domniemanie niewinności, i wreszcie rujnuje i tak wątły kapitał społeczny. Stawianie „interesu organów ścigania” ponad interesem obywatela jest fundamentalnie niewłaściwe, sprawia, że państwo postrzegane jest jako struktura opresyjna, niegodna zaufania, niewarta współpracy, złośliwie nastawiona do obywateli.

Można teraz łatwo skojarzyć, że Polska uprawia inwigilację obywateli na skalę niespotykaną w innych krajach cywilizowanych, w dodatku inwigilacja ta jest poddana tylko iluzorycznej kontroli sądowej, niesławna „poprawka Rockiego” pozwala państwu zatajać przed obywatelami informację, a teraz można karać obywateli bez przedstawienia im dowodów winy. Państwo staje się wobec obywateli nastawione wręcz wrogo. Chciałoby się zapytać czy neminem captivabimus już nie obowiązuje?!

Powód takiego rozwiązania kwestii mandatów jest jednak – zapewne – zacznie bardziej prozaiczny: Chodzi o pieniądze. Ale to właściwie jeszcze gorzej. Należy się spodziewać, że większość osób ukaranych takimi mandatami machnie ręką, zapłaci, przyjmie punkty karne i nie pójdzie do sądu, tym bardziej, że w wypadku przegranej przed sądem, ostateczny koszt będzie większy. Ale to wręcz rodzi pokusę, aby wysyłać mandaty Bogu ducha winnym ludziom, a gdy ktoś z nich uda się do sądu, powiedzieć oops, pomyliliśmy się, kasujemy ten mandacik. Jednak większość zapłaci, a więc wpływy do budżetu państwa (lub do budżetów gmin) będą pięknie rosły.

Państwo rządzone przez Platformę coraz mniej różni się od państwa rządzonego przez PiS, przed którym to Platforma miała być obroną. No, może jeszcze religia smoleńska nie jest obowiązkowa, a Platforma ma lepszy stosunek do obcych państw, przynajmniej w deklaracjach. Z poczuciem Schadenfreude obserwuję, że po lekarzach, internautach, zwolennikach lekkiej liberalizacji obyczajów, obrońcach świeckości państwa (ja, katolik, też jestem zwolennikiem świeckości państwa!) i pracownikach wyższych uczelni, Platforma właśnie wykreowała sobie nową, potężną grupę przeciwników: kierowców.

Donaldzie Tusku, Platformo, nie idźcie tą drogą! Nie szkodzicie tylko sobie, ale i Polsce.

To nie anachronizm, to cynizm

Ostatnie wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego – o odbieraniu praw mniejszości niemieckiej i o repolonizacji banków i mediów – znów każą się zastanawiać czy prezes jest szalony, czy też jest cynicznym politykiem. Bardzo łatwo jest argumentować, że Kaczyński, mentalnie ukształtowany w czasach gomułkowskich, gdy władze straszyły „zachodnioniemieckim rewanżyzmem”, Hupką i Czają, odwołuje się do wciąż żywych lęków odchodzącego pokolenia. Słusznie też trzeba zauważyć – co zrobiła choćby Jadwiga Staniszkis – że domaganie się symetrii praw Niemców w Polsce i Polaków w Niemczech jest tyleż chwytliwe, ileż ahistoryczne, co zresztą było już po wielekroć wyjaśniane: Niemcy w Polsce to autochtoni, podobnie jak Polacy na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. Niemcy w Polsce mają mniej więcej takie prawa, jakich rząd polski domaga się dla Polaków na Litwie. Polacy w Niemczech to emigranci, którzy dobrowolnie tam wyjechali, co nie oznacza kwestionowania faktu, iż okoliczności tego wyjazdu nierzadko były dramatyczne. (Od razu odpowiadam na podnoszony kontrargument: Tak, Związek Polaków w Niemczech działa od 1922, ale o ile przed wojną reprezentował polskich emigrantów oraz autochtonów, o tyle teraz zostali tylko emigranci.)

Łatwo więc powiedzieć, że Jarosław Kaczyński jest anachronicznym szaleńcem.

Ja jednak myślę, że Jarosław Kaczyński jest cynicznym politykiem. Cynicznym i szalonym.

Jarosław Kaczyński zrobi wszystko, żeby odzyskać władzę. Zauważył, że w Polsce narasta fala nacjonalizmu wśród młodych – Marsz Niepodległości, ONR, Młodzież Wszechpolska i inne organizacje to już, niestety, nie są efemerydy. Mają niezaniedbywalne poparcie, jak sądzę, wśród podobnych grup, które popierają ruchy nacjonalistyczne na Zachodzie, mianowicie rozczarowanych młodych ludzi, którzy nie widzą dla siebie przyszłości (bo brak jest pracy!), a za swoje nieszczęście obwiniają jakichś identyfikowanych grupowo obcych (Niemców, Żydów, Ruskich, neoliberałów, ekologów czy kto tam akurat pasuje), którzy knują na nasze nieszczęście, ale wystarczy tym knowaniom przeszkodzić, a wszystko będzie dobrze. Prezes Kaczyński nie chce , broń Boże, zostać ich liderem. Chce natomiast zostać ich akceptowalnym reprezentantem. Chce ich przekonać do głosowania na siebie, na PiS. Nawet jeśli ONR et consortes nie uznają Kaczyńskiego za swojego, niech zobaczą, że w oficjalnej polityce to właśnie Kaczyński, i tylko on, wyraża ich pewne interesy.

Zapewne gdyby nie paranoiczna wizja, jakiej hołduje Kaczyński, wizja Polski otoczonej przez odwiecznych wrogów, te umizgi do młodych nacjonalistów nie byłyby możliwe, a przynajmniej wiarygodne. Ale Jarosław Kaczyński całkiem świadomie odwołuje się do tej grupy. A gdy już młody ONR i starsi ludzie, dla których patriotyzm może oznaczać tylko mutację martyrologiczną, a także ciasnogłowy elektorat radiomaryjny dadzą Kaczyńskiemu władzę, to on nam wszystkim pokaże…

Koniec historii Richarda O’Dwyera

Pamiętacie Richarda O’Dwyera, Brytyjczyka oskarżonego o piractwo komputerowe, któremu groziła ekstradycja do USA? Niecały rok temu media okrzyknęły go „pierwszą ofiarą ACTA”. Tymczasem O’Dwyer w żadnym wypadku nie był postacią kryształową, o czym pisałem w Prawdziwej historii Richarda O’Dwyera:

Richard O’Dwyer ani nie był naiwnym amatorem, ani szlachetnym bojownikiem w walce z Systemem. Był biznesmenem, który uczynił sobie źródło dochodu z ułatwiania innym użytkownikom sieci dostępu do pirackich plików.

W styczniu burzę medialną wywołała zgoda brytyjskiego sądu pierwszej instancji na wydanie O’Dwyera do Stanów. Kilka miesięcy później podobną decyzję wydała brytyjska minister spraw wewnętrznych. O’Dwyer szykował się do batalii prawnej przed sądem wyższej instancji, a znaczna część brytyjskiej opinii publicznej sprzeciwiała się jego ekstradycji. Istotną rolę odgrywało tu odczucie, iż brytyjsko-amerykańska umowa ekstradycyjna jest niesymetryczna i stawia obywateli brytyjskich w niekorzystnej sytuacji, a także wątpliwości, czy pan O’Dwyer naruszył jakieś brytyjskie prawo. Brytyjski sąd pierwszej instancji uznał, że tak.

W Polsce już o tym wszystkim nie pisano. Nie napisano też, jak cała historia się zakończyła. Otóż tydzień temu Richard O’Dwyer podpisał umowę z amerykańskimi oskarżycielami, zwalniającą go z odpowiedzialności, przynajmniej na jakiś czas, a być może na zawsze. O’Dwyer musi pojechać do Stanów, podpisać tam końcową wersję umowy i zapłacić jakąś karę, ponoć niewielką.

Umowa, jaką podpisał O’Dwyer, należy do kategorii Deferred Prosecution Agreement. Oznacza to, że amerykański oskarżyciel przedstawi O’Dwyerowi zarzuty, ten się z nimi zgodzi, a więc przyzna do winy, ale oskarżyciel nie wniesie sprawy do sądu – do czasu, aż O’Dwyer nie popełni jakiegoś innego przestępstwa, a w szczególności po raz kolejny nie naruszy prawa autorskiego. Jest to zatem umowa typu plea bargain. Konsekwencją umowy powinien być zwrot nielegalnie uzyskanych korzyści. Richard O’Dwyer zarobił na swoim serwisie ponad dwieście tysięcy dolarów. Będzie musiał je zwrócić? Mam nadzieję, że tak. 

Ciekawe, czemu amerykańscy oskarżyciele zdecydowali się na takie rozwiązanie? Niezależna autorka Charlie Osborne twierdzi, że Stany bardzo przejęły się zakończeniem sprawy Garry’ego McKinnona. Ten brytyjski haker, cierpiący na zespół Aspergera, włamał się do serwerów Pentagonu i NASA. Twierdził, że nie chciał zrobić niczego złego, a tylko obnażyć luki w zabezpieczeniach. W Stanach groziło mu wieloletnie więzienie, którego zapewne by nie przeżył. Brytyjska opinia publiczna była zdecydowanie przeciwna ekstradycji McKinnona i właśnie pod wpływem opinii publicznej brytyjska minister spraw wewnętrznych wycofała swoją wcześniejszą zgodę na ekstradycję. Amerykanie przestraszyli się, że z O’Dwyerem może stać się tak samo.

To wszystko nie oznacza, że Richard O’Dwyer jest niewinny. A problem z brytyjskim Extradiction Act wciąż istnieje.

Praca

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej czytam esej Marka Beylina W poszukiwaniu szacunku

Większość z nas zmaga się z niedostatkiem szacunku. Nas nie szanują, my nie szanujemy […] Szacunek to rzadkie dobro.

Dalej Beylin słusznie zauważa, iż fundamentalna dla demokracji teza, że

mamy być silni, odważni i przede wszystkim samowystarczalni […] staje się dojmującym głupstwem, gdy zamienia się w dogmat, jakże dziś powszechny, iż mamy polegać tylko na sobie.

Podkreśla więc Beylin rolę relacji z innymi ludźmi, rolę wspólnoty, aby w końcu dojść do wniosku, że za ów powszechny brak szacunku odpowiada panująca ideologia liberalna:

W świecie kurczącej się pracy i stałego zatrudnienia wciąż się nas przekonuje, że źródłem naszej godności jest właśnie praca. Zgodnie z tym przekonaniem ten, kto nie pracuje, jest człowiekiem ułomnym moralnie, może zasługiwać na litość, ale nie na szacunek.

Podobnie twierdził marksizm: to praca określała wartość człowieka, więcej, człowiek dzięki pracy był człowiekiem. Obie te doktryny – i neoliberalizm, i marksizm – jak widać, wyrastają z protestanckiej etyki pracy.

Ale ja nie o tym. Z pracą rzeczywiście jest kłopot. Jeszcze całkiem niedawno praca robotnika wykwalifikowanego w dużej fabryce lub średniego szczebla menedżera czy urzędnika zapewniała przyzwoite zarobki i stabilną pozycję społeczną. Dziś takiej pracy ubywa, a przyczynami są postęp techniczny i globalizacja. Pisałem kiedyś, że nie ma już wielkich budów socjalizmu, zdolnych wchłonąć nadwyżkę pracy z przeludnionych wsi. W ogóle na Zachodzie (do którego w globalnej perspektywie należymy) jest coraz mniej fabryk, produkcja ucieka na Daleki Wschód, a te, które są, zatrudniają mniej ludzi, choć niekoniecznie mniej produkują, gdyż produkcją w coraz większym stopniu zajmują się maszyny. Pracę średniego szczebla menedżerów, urzędników, ale także bankowców, eliminują komputery, Internet i wszelkie „systemy inteligentne”. Presja ekonomiczna powoduje, że ci, którzy pracują, muszą się godzić na niższe pensje i gorsze warunki, typu „umowy śmieciowe”. Ekonomia się rozwija, ale nie jest już prawdą, że a rising tide lifts all boats. Następuje polaryzacja rynku pracy: Pracę znajdują ludzie o wyjątkowo wysokich kwalifikacjach, a także ci, którzy nie mają bardzo wysokich kwalifikacji, ale ich pracy nie da się łatwo zautomatyzować i nie sposób jej wyeksportować gdzie indziej: opiekunowie chorych, strażacy, specjaliści od remontów i drobnych napraw. Znika środek, który przez co najmniej kilkadziesiąt lat był kotwicą stabilizacji i dobrobytu. Wielu ludzi z tego środka wypada a ci, którzy do niego aspirowali, nie mają szans się tam dostać.

Tak się po prostu zachodni świat rozwinął. Sytuacja nie jest dobra, ale bunt przeciwko niej i żądanie powrotu do starych, dobrych czasów, byłyby formą neoluddyzmu, z góry skazaną na niepowodzenie. Nie wiem, co zrobić, nie wiem, co się stanie, ale widzę, że jest źle. Spodziewam się, że w końcu wyłoni się jakiś nowy model, mniej-więcej akceptowalny społecznie – tak, jak nowoczesna epoka przemysłowa nastała po ruchu burzycieli maszyn – ale kiedy to się stanie? I jakim kosztem?

Marek Beylin zastanawia się jak przywrócić wzajemny szacunek. Beylin tego nie pisze – no gdzieżby – muszę jednak zauważyć, że katolicyzm, podkreślający przyrodzoną godność każdego człowieka i równość wszystkich przed Bogiem, daje w tym zakresie lepsze perspektywy, niż protestantyzm, neoliberalizm czy marksizm, koncentrujące się na pracy, której strukturalnie nie ma. Nie ulega wątpliwości, iż katolicyzm dotąd całkiem fatalnie wcielał swoje ideały w życie, ale przynajmniej doktrynalnie daje on jakąś nadzieję. Gdybyż, ach, gdybyż Kościół był w stanie to przemyśleć i przestał sprowadzać pojęcie „przyrodzonej godności ludzkiej” do ideologicznego sprzeciwu wobec aborcji, może coś dobrego by z tego wynikło? Tak sobie marzę…

Beylin tymczasem wzywa do łagodzenia nierówności społecznych, upatrując w nich jedno z ważnych źródeł wzajemnego braku szacunku.

Miejsce szacunku zajmują zazdrość i pogarda.

I tu pełna zgoda. Nierówności społeczne są niszczące – i narastają. Jest to skutkiem uznania krótkoterminowego zysku jako jedynego wyznacznika sukcesu, więc ci, którzy mogą – mocni, bogaci – rosną w siłę i bogacą się jeszcze bardziej kosztem słabszych. To jest, jak sądzę, największe wynaturzenie neoliberalizmu wobec swojego duchowego poprzednika, protestanckiej etyki pracy. Skądinąd tradycyjna lewicowa recepta na brak szacunku, czyli rozbudowany system świadczeń społecznych, też zawodzi: z jednej strony konserwuje bierność, z drugiej system staje się ekonomicznie niewydolny, z kilku powiązanych ze sobą powodów: na skutek zmian demograficznych, na skutego zmian na rynku pracy i nadużywania tego systemu, co gdzieniegdzie stało się zjawiskiem nagminnym.

Ale samo zmniejszenie nierówności społecznych, choć bez wątpienia pożądane, nie zlikwiduje problemu braku pracy. Z drugiej strony może zrodzić się pokusa, aby zniesienie nierówności zadekretować i przymusowo wprowadzić w życie. Tego właśnie próbowali wszelcy rewolucjoniści – ze skutkiem wiadomym.

Przyszedł mi do głowy bon mot. Kiedyś powiadało się, że kto za młodu nie był lewicowcem, na starość będzie świnią. Czasy się zmieniają. Ja dziś zaryzykowałbym stwierdzenie, że kto za młodu nie był liberałem, ten na starość będzie fanatykiem.

Miskoncepcja

W najnowszym dodatku do Gazety Wyborczej Ale Historia znajduje się dość ciekawy artykuł Małżonkowie wieków średnich, poświęcony ewolucji koncepcji chrześcijańskiego małżeństwa w średniowiecznej Europie. Otóż koncepcja ta ewoluowała, były różne rodzaje małżeństw, a władcy często zrywali (unieważniali) swoje istniejące małżeństwa ze względów politycznych. Autorką jest Halina Manikowska, profesor w Instytucie Historii PAN. Jak wynika z informacji zawartych w bazie Ludzie Nauki, pani profesor zajmuje się historią Włoch, historią kultury średniowiecznej i historią średniowiecznej Polski. Trochę się dziwię, iż przy takich zainteresowaniach autorka nie wspomniała ani o księciu Zbigniewie, uznanym za bękarta, gdy jego ojciec, książę Władysław Herman, postanowił oddalić swoją żonę, by móc ożenić się z Judytą Czeską, ani o Dekameronie Boccaccia, dekonstruującym mit średniowiecznej (prawda – późnośredniowiecznej) pruderii i wstrzemięźliwości seksualnej. Oba te przykłady świetnie pasowałyby do tez głoszonych przez panią profesor.

Ale to są drobiazgi. Znacznie groźniej się robi, gdy autorka pisze:

Akt małżeński, któremu [kobiety] oddawać się mogły […] obciążony był grzechem, choć tylko lekkim. Nie mogły więc kroczyć za przykładem kobiecego ideału – Matki Bożej, bo jest on nie do powtórzenia: niepokalanie poczęta, sama poczęła niepokalanie, zachowując, jak twierdzili niektórzy, dziewictwo w czasie porodu.

Nie jest dobrze. W popularnym rozumieniu „niepokalane poczęcie” odnosi się do poczęcia Jezusa bez udziału ziemskiego ojca i tak też zdaje się to rozumieć pani profesor. Przez opozycję do poczęcia „niepokalanego”, każde normalne poczęcie dziecka, tym bardziej zaś każdy akt seksualny nieprowadzący do zapłodnienia, miałyby być skalane, grzeszne. Jest to interpretacja całkowicie błędna. Ja się nawet nie dziwię, że tak to się ludziom kojarzy, wziąwszy pod uwagę obsesję Kościoła Katolickiego na punkcie spraw seksualnych. Jednak w rzeczywistości dogmat o niepokalanym poczęciu powiada, że Maria nie była obciążona grzechem pierworodnym. I tyle. Nie ma tu w ogóle mowy ani o seksie, ani o „partenogenezie” Jezusa.

Kościół, z niezrozumiałych dla mnie powodów, niezbyt gorliwie stara się wyjaśniać prawidłowe znaczenie dogmatu o niepokalanym poczęciu – tak jakby wspomniane obsesje seksualne były ważniejsze od prawdy objawionej przez Boga, w którą wszyscy wierni powinni wytrwale i bez wahania wierzyć. Jednak profesor historii, mediewistka pisząca o średniowiecznej etyce seksualnej, która nie rozumie – lub udaje, że nie rozumie – tego dogmatu, to doprawdy jest osobliwość. Jak tak można, pani profesor?!