To nie anachronizm, to cynizm

Ostatnie wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego – o odbieraniu praw mniejszości niemieckiej i o repolonizacji banków i mediów – znów każą się zastanawiać czy prezes jest szalony, czy też jest cynicznym politykiem. Bardzo łatwo jest argumentować, że Kaczyński, mentalnie ukształtowany w czasach gomułkowskich, gdy władze straszyły „zachodnioniemieckim rewanżyzmem”, Hupką i Czają, odwołuje się do wciąż żywych lęków odchodzącego pokolenia. Słusznie też trzeba zauważyć – co zrobiła choćby Jadwiga Staniszkis – że domaganie się symetrii praw Niemców w Polsce i Polaków w Niemczech jest tyleż chwytliwe, ileż ahistoryczne, co zresztą było już po wielekroć wyjaśniane: Niemcy w Polsce to autochtoni, podobnie jak Polacy na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. Niemcy w Polsce mają mniej więcej takie prawa, jakich rząd polski domaga się dla Polaków na Litwie. Polacy w Niemczech to emigranci, którzy dobrowolnie tam wyjechali, co nie oznacza kwestionowania faktu, iż okoliczności tego wyjazdu nierzadko były dramatyczne. (Od razu odpowiadam na podnoszony kontrargument: Tak, Związek Polaków w Niemczech działa od 1922, ale o ile przed wojną reprezentował polskich emigrantów oraz autochtonów, o tyle teraz zostali tylko emigranci.)

Łatwo więc powiedzieć, że Jarosław Kaczyński jest anachronicznym szaleńcem.

Ja jednak myślę, że Jarosław Kaczyński jest cynicznym politykiem. Cynicznym i szalonym.

Jarosław Kaczyński zrobi wszystko, żeby odzyskać władzę. Zauważył, że w Polsce narasta fala nacjonalizmu wśród młodych – Marsz Niepodległości, ONR, Młodzież Wszechpolska i inne organizacje to już, niestety, nie są efemerydy. Mają niezaniedbywalne poparcie, jak sądzę, wśród podobnych grup, które popierają ruchy nacjonalistyczne na Zachodzie, mianowicie rozczarowanych młodych ludzi, którzy nie widzą dla siebie przyszłości (bo brak jest pracy!), a za swoje nieszczęście obwiniają jakichś identyfikowanych grupowo obcych (Niemców, Żydów, Ruskich, neoliberałów, ekologów czy kto tam akurat pasuje), którzy knują na nasze nieszczęście, ale wystarczy tym knowaniom przeszkodzić, a wszystko będzie dobrze. Prezes Kaczyński nie chce , broń Boże, zostać ich liderem. Chce natomiast zostać ich akceptowalnym reprezentantem. Chce ich przekonać do głosowania na siebie, na PiS. Nawet jeśli ONR et consortes nie uznają Kaczyńskiego za swojego, niech zobaczą, że w oficjalnej polityce to właśnie Kaczyński, i tylko on, wyraża ich pewne interesy.

Zapewne gdyby nie paranoiczna wizja, jakiej hołduje Kaczyński, wizja Polski otoczonej przez odwiecznych wrogów, te umizgi do młodych nacjonalistów nie byłyby możliwe, a przynajmniej wiarygodne. Ale Jarosław Kaczyński całkiem świadomie odwołuje się do tej grupy. A gdy już młody ONR i starsi ludzie, dla których patriotyzm może oznaczać tylko mutację martyrologiczną, a także ciasnogłowy elektorat radiomaryjny dadzą Kaczyńskiemu władzę, to on nam wszystkim pokaże…

Koniec historii Richarda O’Dwyera

Pamiętacie Richarda O’Dwyera, Brytyjczyka oskarżonego o piractwo komputerowe, któremu groziła ekstradycja do USA? Niecały rok temu media okrzyknęły go „pierwszą ofiarą ACTA”. Tymczasem O’Dwyer w żadnym wypadku nie był postacią kryształową, o czym pisałem w Prawdziwej historii Richarda O’Dwyera:

Richard O’Dwyer ani nie był naiwnym amatorem, ani szlachetnym bojownikiem w walce z Systemem. Był biznesmenem, który uczynił sobie źródło dochodu z ułatwiania innym użytkownikom sieci dostępu do pirackich plików.

W styczniu burzę medialną wywołała zgoda brytyjskiego sądu pierwszej instancji na wydanie O’Dwyera do Stanów. Kilka miesięcy później podobną decyzję wydała brytyjska minister spraw wewnętrznych. O’Dwyer szykował się do batalii prawnej przed sądem wyższej instancji, a znaczna część brytyjskiej opinii publicznej sprzeciwiała się jego ekstradycji. Istotną rolę odgrywało tu odczucie, iż brytyjsko-amerykańska umowa ekstradycyjna jest niesymetryczna i stawia obywateli brytyjskich w niekorzystnej sytuacji, a także wątpliwości, czy pan O’Dwyer naruszył jakieś brytyjskie prawo. Brytyjski sąd pierwszej instancji uznał, że tak.

W Polsce już o tym wszystkim nie pisano. Nie napisano też, jak cała historia się zakończyła. Otóż tydzień temu Richard O’Dwyer podpisał umowę z amerykańskimi oskarżycielami, zwalniającą go z odpowiedzialności, przynajmniej na jakiś czas, a być może na zawsze. O’Dwyer musi pojechać do Stanów, podpisać tam końcową wersję umowy i zapłacić jakąś karę, ponoć niewielką.

Umowa, jaką podpisał O’Dwyer, należy do kategorii Deferred Prosecution Agreement. Oznacza to, że amerykański oskarżyciel przedstawi O’Dwyerowi zarzuty, ten się z nimi zgodzi, a więc przyzna do winy, ale oskarżyciel nie wniesie sprawy do sądu – do czasu, aż O’Dwyer nie popełni jakiegoś innego przestępstwa, a w szczególności po raz kolejny nie naruszy prawa autorskiego. Jest to zatem umowa typu plea bargain. Konsekwencją umowy powinien być zwrot nielegalnie uzyskanych korzyści. Richard O’Dwyer zarobił na swoim serwisie ponad dwieście tysięcy dolarów. Będzie musiał je zwrócić? Mam nadzieję, że tak. 

Ciekawe, czemu amerykańscy oskarżyciele zdecydowali się na takie rozwiązanie? Niezależna autorka Charlie Osborne twierdzi, że Stany bardzo przejęły się zakończeniem sprawy Garry’ego McKinnona. Ten brytyjski haker, cierpiący na zespół Aspergera, włamał się do serwerów Pentagonu i NASA. Twierdził, że nie chciał zrobić niczego złego, a tylko obnażyć luki w zabezpieczeniach. W Stanach groziło mu wieloletnie więzienie, którego zapewne by nie przeżył. Brytyjska opinia publiczna była zdecydowanie przeciwna ekstradycji McKinnona i właśnie pod wpływem opinii publicznej brytyjska minister spraw wewnętrznych wycofała swoją wcześniejszą zgodę na ekstradycję. Amerykanie przestraszyli się, że z O’Dwyerem może stać się tak samo.

To wszystko nie oznacza, że Richard O’Dwyer jest niewinny. A problem z brytyjskim Extradiction Act wciąż istnieje.

Praca

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej czytam esej Marka Beylina W poszukiwaniu szacunku

Większość z nas zmaga się z niedostatkiem szacunku. Nas nie szanują, my nie szanujemy […] Szacunek to rzadkie dobro.

Dalej Beylin słusznie zauważa, iż fundamentalna dla demokracji teza, że

mamy być silni, odważni i przede wszystkim samowystarczalni […] staje się dojmującym głupstwem, gdy zamienia się w dogmat, jakże dziś powszechny, iż mamy polegać tylko na sobie.

Podkreśla więc Beylin rolę relacji z innymi ludźmi, rolę wspólnoty, aby w końcu dojść do wniosku, że za ów powszechny brak szacunku odpowiada panująca ideologia liberalna:

W świecie kurczącej się pracy i stałego zatrudnienia wciąż się nas przekonuje, że źródłem naszej godności jest właśnie praca. Zgodnie z tym przekonaniem ten, kto nie pracuje, jest człowiekiem ułomnym moralnie, może zasługiwać na litość, ale nie na szacunek.

Podobnie twierdził marksizm: to praca określała wartość człowieka, więcej, człowiek dzięki pracy był człowiekiem. Obie te doktryny – i neoliberalizm, i marksizm – jak widać, wyrastają z protestanckiej etyki pracy.

Ale ja nie o tym. Z pracą rzeczywiście jest kłopot. Jeszcze całkiem niedawno praca robotnika wykwalifikowanego w dużej fabryce lub średniego szczebla menedżera czy urzędnika zapewniała przyzwoite zarobki i stabilną pozycję społeczną. Dziś takiej pracy ubywa, a przyczynami są postęp techniczny i globalizacja. Pisałem kiedyś, że nie ma już wielkich budów socjalizmu, zdolnych wchłonąć nadwyżkę pracy z przeludnionych wsi. W ogóle na Zachodzie (do którego w globalnej perspektywie należymy) jest coraz mniej fabryk, produkcja ucieka na Daleki Wschód, a te, które są, zatrudniają mniej ludzi, choć niekoniecznie mniej produkują, gdyż produkcją w coraz większym stopniu zajmują się maszyny. Pracę średniego szczebla menedżerów, urzędników, ale także bankowców, eliminują komputery, Internet i wszelkie „systemy inteligentne”. Presja ekonomiczna powoduje, że ci, którzy pracują, muszą się godzić na niższe pensje i gorsze warunki, typu „umowy śmieciowe”. Ekonomia się rozwija, ale nie jest już prawdą, że a rising tide lifts all boats. Następuje polaryzacja rynku pracy: Pracę znajdują ludzie o wyjątkowo wysokich kwalifikacjach, a także ci, którzy nie mają bardzo wysokich kwalifikacji, ale ich pracy nie da się łatwo zautomatyzować i nie sposób jej wyeksportować gdzie indziej: opiekunowie chorych, strażacy, specjaliści od remontów i drobnych napraw. Znika środek, który przez co najmniej kilkadziesiąt lat był kotwicą stabilizacji i dobrobytu. Wielu ludzi z tego środka wypada a ci, którzy do niego aspirowali, nie mają szans się tam dostać.

Tak się po prostu zachodni świat rozwinął. Sytuacja nie jest dobra, ale bunt przeciwko niej i żądanie powrotu do starych, dobrych czasów, byłyby formą neoluddyzmu, z góry skazaną na niepowodzenie. Nie wiem, co zrobić, nie wiem, co się stanie, ale widzę, że jest źle. Spodziewam się, że w końcu wyłoni się jakiś nowy model, mniej-więcej akceptowalny społecznie – tak, jak nowoczesna epoka przemysłowa nastała po ruchu burzycieli maszyn – ale kiedy to się stanie? I jakim kosztem?

Marek Beylin zastanawia się jak przywrócić wzajemny szacunek. Beylin tego nie pisze – no gdzieżby – muszę jednak zauważyć, że katolicyzm, podkreślający przyrodzoną godność każdego człowieka i równość wszystkich przed Bogiem, daje w tym zakresie lepsze perspektywy, niż protestantyzm, neoliberalizm czy marksizm, koncentrujące się na pracy, której strukturalnie nie ma. Nie ulega wątpliwości, iż katolicyzm dotąd całkiem fatalnie wcielał swoje ideały w życie, ale przynajmniej doktrynalnie daje on jakąś nadzieję. Gdybyż, ach, gdybyż Kościół był w stanie to przemyśleć i przestał sprowadzać pojęcie „przyrodzonej godności ludzkiej” do ideologicznego sprzeciwu wobec aborcji, może coś dobrego by z tego wynikło? Tak sobie marzę…

Beylin tymczasem wzywa do łagodzenia nierówności społecznych, upatrując w nich jedno z ważnych źródeł wzajemnego braku szacunku.

Miejsce szacunku zajmują zazdrość i pogarda.

I tu pełna zgoda. Nierówności społeczne są niszczące – i narastają. Jest to skutkiem uznania krótkoterminowego zysku jako jedynego wyznacznika sukcesu, więc ci, którzy mogą – mocni, bogaci – rosną w siłę i bogacą się jeszcze bardziej kosztem słabszych. To jest, jak sądzę, największe wynaturzenie neoliberalizmu wobec swojego duchowego poprzednika, protestanckiej etyki pracy. Skądinąd tradycyjna lewicowa recepta na brak szacunku, czyli rozbudowany system świadczeń społecznych, też zawodzi: z jednej strony konserwuje bierność, z drugiej system staje się ekonomicznie niewydolny, z kilku powiązanych ze sobą powodów: na skutek zmian demograficznych, na skutego zmian na rynku pracy i nadużywania tego systemu, co gdzieniegdzie stało się zjawiskiem nagminnym.

Ale samo zmniejszenie nierówności społecznych, choć bez wątpienia pożądane, nie zlikwiduje problemu braku pracy. Z drugiej strony może zrodzić się pokusa, aby zniesienie nierówności zadekretować i przymusowo wprowadzić w życie. Tego właśnie próbowali wszelcy rewolucjoniści – ze skutkiem wiadomym.

Przyszedł mi do głowy bon mot. Kiedyś powiadało się, że kto za młodu nie był lewicowcem, na starość będzie świnią. Czasy się zmieniają. Ja dziś zaryzykowałbym stwierdzenie, że kto za młodu nie był liberałem, ten na starość będzie fanatykiem.

Miskoncepcja

W najnowszym dodatku do Gazety Wyborczej Ale Historia znajduje się dość ciekawy artykuł Małżonkowie wieków średnich, poświęcony ewolucji koncepcji chrześcijańskiego małżeństwa w średniowiecznej Europie. Otóż koncepcja ta ewoluowała, były różne rodzaje małżeństw, a władcy często zrywali (unieważniali) swoje istniejące małżeństwa ze względów politycznych. Autorką jest Halina Manikowska, profesor w Instytucie Historii PAN. Jak wynika z informacji zawartych w bazie Ludzie Nauki, pani profesor zajmuje się historią Włoch, historią kultury średniowiecznej i historią średniowiecznej Polski. Trochę się dziwię, iż przy takich zainteresowaniach autorka nie wspomniała ani o księciu Zbigniewie, uznanym za bękarta, gdy jego ojciec, książę Władysław Herman, postanowił oddalić swoją żonę, by móc ożenić się z Judytą Czeską, ani o Dekameronie Boccaccia, dekonstruującym mit średniowiecznej (prawda – późnośredniowiecznej) pruderii i wstrzemięźliwości seksualnej. Oba te przykłady świetnie pasowałyby do tez głoszonych przez panią profesor.

Ale to są drobiazgi. Znacznie groźniej się robi, gdy autorka pisze:

Akt małżeński, któremu [kobiety] oddawać się mogły […] obciążony był grzechem, choć tylko lekkim. Nie mogły więc kroczyć za przykładem kobiecego ideału – Matki Bożej, bo jest on nie do powtórzenia: niepokalanie poczęta, sama poczęła niepokalanie, zachowując, jak twierdzili niektórzy, dziewictwo w czasie porodu.

Nie jest dobrze. W popularnym rozumieniu „niepokalane poczęcie” odnosi się do poczęcia Jezusa bez udziału ziemskiego ojca i tak też zdaje się to rozumieć pani profesor. Przez opozycję do poczęcia „niepokalanego”, każde normalne poczęcie dziecka, tym bardziej zaś każdy akt seksualny nieprowadzący do zapłodnienia, miałyby być skalane, grzeszne. Jest to interpretacja całkowicie błędna. Ja się nawet nie dziwię, że tak to się ludziom kojarzy, wziąwszy pod uwagę obsesję Kościoła Katolickiego na punkcie spraw seksualnych. Jednak w rzeczywistości dogmat o niepokalanym poczęciu powiada, że Maria nie była obciążona grzechem pierworodnym. I tyle. Nie ma tu w ogóle mowy ani o seksie, ani o „partenogenezie” Jezusa.

Kościół, z niezrozumiałych dla mnie powodów, niezbyt gorliwie stara się wyjaśniać prawidłowe znaczenie dogmatu o niepokalanym poczęciu – tak jakby wspomniane obsesje seksualne były ważniejsze od prawdy objawionej przez Boga, w którą wszyscy wierni powinni wytrwale i bez wahania wierzyć. Jednak profesor historii, mediewistka pisząca o średniowiecznej etyce seksualnej, która nie rozumie – lub udaje, że nie rozumie – tego dogmatu, to doprawdy jest osobliwość. Jak tak można, pani profesor?!

Upadek

Jestem ciężko przerażony. Platforma Obywatelska z niezwykłą determinacją toruje PiSowi drogę do władzy.

Nie chodzi mi o to, że PiS wyprzedził Platformę w sondażach. Myślałem, żeby napisać na ten temat komentarz, ale tyle ich się pojawiło, lepszych i gorszych, że nie było sensu dokładać następnego.

Chodzi mi o dzisiejsze głosowanie w Sejmie – projekt ziobrystów, zaostrzający przepisy antyaborcyjne, przeszedł do dalszych prac sejmowych; 40 posłów Platformy było za tym projektem, 28 wstrzymało się od głosu; do odrzucenia zabrakło 19 głosów (tu są szczegółowe wyniki głosowania) – a raczej co ono oznacza. Otóż oznacza ono, że, po pierwsze, w Platformie jest bardzo silna silna grupa o poglądach skrajnie konserwatywnych, po drugie, grupa ta demonstruje całkowitą ślepotę polityczną.

Nie mam pretensji do Platformy, że nie zarządziła dyscypliny w tym głosowaniu – dyscypliny w sprawach światopoglądowych nie powinno być. Nie mam pretensji do posłów, że mają poglądy, jakie mają. Ich prawo. To w gruncie rzeczy dobrze, że te poglądy tak demonstracyjnie ujawnili. Zdumiewa mnie jednak, że przedkładają kwestie ideologiczne nad sprawę ważniejszą: dobro Polski. I że są tak ślepi na poglądy ludzi, którzy wynieśli ich do władzy.

Platforma ma niebywały dar zrażania do siebie swoich dotychczasowych stronników: Internautów sprawą ACTA. Lekarzy zamieszaniem wokół refundacji leków. Pracowników wyższych uczelni popsutą – i przede wszystkim chybiającą celu – reformą szkół wyższych. Ludzi o poglądach liberalnych ujawnioną skalą inwigilacji i utrudnianiem dostępu do informacji publicznej („poprawka Rockiego„). Tychże ludzi i większość młodych kunktatorstwem w sprawie in vitro i odrzuceniem ustawy o związkach partnerskich (zgoda, projekt posła Biedronia był kiepski, ale odrzucić go już w pierwszym czytaniu i nie zaproponować nic w zamian?), a dzisiejsze głosowanie, zmierzające do zmuszania kobiet do rodzenia dzieci z ciężkimi wadami wrodzonymi, przepełnia czarę goryczy. Wszyscy ci, jak się wydawało, naturalni zwolennicy Platformy, potem przez nią odrzuceni, mogą już na Platformę nie zagłosować. Na pewno nie zagłosują na PiS, może zagłosują na SLD, Palikota lub kto tam się pojawi, a najpewniej po prostu zostaną w domu. „Młodzi, wykształceni, z wielkich miast”, którzy w 2007 i ponownie w 2011, choć wtedy z zaciśniętymi zębami, dali władzę Platformie, w 2015 zabiją Platformę śmiechem, a na nią nie zagłosują. Czy Platforma naprawdę tego nie dostrzega?!

Zniechęcenie do Platformy może utorować drogę PiSowi, na który zagłosuje jego zdyscyplinowany i zmobilizowany przez dyrektora Rydzyka elektorat. A PiS w sprawach światopoglądowych jest jeszcze bardziej na prawo, niż skrajnie prawe skrzydło Platformy, jego pomysły gospodarcze są groźne, a w dodatku PiS dyszy żądzą zemsty za Smoleńsk i mocną niechęcią do inaczej myślących. Z perspektywy dzisiejszego głosowania wybór pomiędzy Platformą a PiSem wciąż nie jest wyborem pomiędzy dżumą a cholerą, ale zaczyna wyglądać jak wybór pomiędzy zapaleniem płuc a cholerą.

Ciszej, głośniej…

Dwa i pół roku po katastrofie smoleńskiej wróciliśmy niemalże do punktu wyjścia. Oto pod pretekstem wyjaśniania bardzo nieprzyjemnego i smutnego faktu zamiany kilku ciał ofiar, odbywa się sejmowo-medialne pastwienie się nad rządem. Wina Tuska, Kancelarii Premiera, a już zwłaszcza Ewy Kopacz.

Minister – obecnie marszałek – Ewa Kopacz mówiła tuż po katastrofie i powtarzała to później, że jeśli nawet nie była osobiście przy identyfikacji, sekcjach i wkładaniu do trumien wszystkich ciał, to na pewno byli tam polscy lekarze i prokuratorzy. Dzisiaj okazuje się, że to nieprawda, a pani Kopacz swoje jednoznaczne w tej materii wypowiedzi z 2010 nazywa „nieszczęśliwą zbitką słowną”. Zbitka słowna, dobre sobie. To zupełnie tak samo, jak nazwanie swego czasu przez Antoniego Macierewicza wszystkich ministrów spraw zagranicznych sowieckimi agentami okazało się „skrótem myślowym”.

Sekcji i identyfikacji zwłok dokonywali Rosjanie, identyfikacji przy udziale rodzin zabitych. (Od razu dodam, że mieli do tego prawo – przecież katastrofa wydarzyła się w Rosji, więc obowiązywało rosyjskie prawo i procedury.) Wydaje mi się, że rozumiem, czemu Ewa Kopacz mówiła, co mówiła: Chodziło, jak sądzę, o uspokojenie opinii publicznej, żywiącej irracjonalną nieufność do Rosjan – to nie Rosjanie, ale nasi specjaliści to wszystko robili. No i po raz kolejny okazało się, że kłamstwo – nawet czynione w dobrych intencjach – ma krótkie nogi. Pani Kopacz jest w naprawdę niewesołej sytuacji.

Trzeba też pamiętać, że Polska nie mogła demonstrować nieufności do rosyjskich służb, bo to strasznie utrudniłoby współpracę i wspólne śledztwo.

Jak dowodził prokurator generalny Andrzej Seremet, ponury fakt pomylenia kilku zwłok wynikał z błędnej identyfikacji dokonanej przez rodziny zmarłych. Cóż, rodziny były w wielkim stresie, ciała były bardzo uszkodzone, pomyłki mogły się zdarzyć. Jednak nie rozumiem, dlaczego na wyniki badań DNA trzeba było tak długo czekać. Takiej przyczyny pomyłki nie sposób wykorzystać do atakowania Platformy, zaczęto więc zaraz mówić o czymś zupełnie innym. O Kopacz – no, nie bez racji. Ale pan Andrzej Duda z PiS zaczął wywijać „ruską trumną”, do której Rosjanie chcieli włożyć ciało Marii Kaczyńskiej i nie wiedzieć czemu atakował tą trumną ministra Arabskiego z Kancelarii Premiera. Żenujące.

Nie sposób też nie zauważyć, że choć wielu Polaków – a już w szczególności Polacy z obozu PiS – uwielbia podkreślać swój katolicyzm, szczery ból, z jakim niektórzy krewni zmarłych zadają pytania w rodzaju

Czy w grobie, na który chodzę z kwiatami i zniczami, leży naprawdę moja żona?

a także współczucie, jakie ja sam czuję do tych osób, zdradzają pozostałości jakiegoś głęboko przedchrześcijańskiego kultu zmarłych. Z chrześcijańskiego punktu widzenia jest przecież wszystko jedno, gdzie ktoś jest pochowany. Wydawać by się mogło, że także w świeckiej obrzędowości palenie zniczy, noszenie kwiatów ma głównie wymiar symboliczny. Jednak gdy okazuje się, że nie jest pewne, że w tym grobie leży to konkretne ciało, nie jakieś inne, ale to konkretne, ból jest straszny. Tysiąc lat to za mało? 

Ojej

W magazynie świątecznym dzisiejszej Gazety Wyborczej (tekst na pewno jest płatny, więc nawet nie będę próbował go linkować) Klaus Bachman narzeka, iż polska inteligencja „hołduje dziewiętnastoweicznej szlacheckiej misji oświecania narodu”, „wie lepiej”, wobec wsi żywi, w gruncie rzeczy, pogardę i stosuje wobec niej przemoc symboliczną. Bachmana fascynuje

skąd się bierze ta arogancja miejskiej, postszlacheckiej inteligencji.

Jednak o wsi Bachman ma wyobrażenia raczej idealistyczne:

W 2004 roku polski chłop wziął pieniądze z Brukseli, kupił klimatyzowany ciągnik najwyższej jakości [to była ta część idealistyczna – pfg] i nadal nie czyta ani „Łaskawych”, ani „Cząstek elementarnych”. Jego dzieci będą to czytać [znów ten profesorski idealizm – pfg], ale na tablecie albo na czytniku […]

Ja zaś mam problem: Co prawda nie należę do inteligencji postszlacheckiej, lecz postchłopskiej, ale Łaskawe (znakomite) i Cząstki elementarne (takie sobie) czytałem. No i teraz nie wiem, czy to uchodzi, czy też mam się tego wstydzić?

W kolorze bursztynu

Afery Amber Gold nie byłoby, gdyby nie naiwność ludzi. Nie pamiętali afery BKO, nie nauczyli się, że ekonomiczne cuda są niemożliwe – tu zresztą winę ponosi i szkoła, i media, które wcale tego nie uczą – być może zaufali magii złota, a wreszcie zademonstrowali brak zaufania do banków, które z premedytacją chcą szkodzić ludziom. Ten ostatni pogląd podziela też, jak się okazuje, całkiem sporo posłów, którzy stwierdzali z trybuny sejmowej, że banki „z niepolskim kapitałem” – cóż za zgroza! – oferują oprocentowanie nieprzekraczające inflacji. Państwo posłowie sądzą zapewne, że Sejm powinien wydać ustawę narzucającą bankom oprocentowanie co najmniej dwa razy wyższe od inflacji. To dopiero byłoby zabawne.

Niektórzy, nieświadomi ryzyka, powierzyli Amber Gold „oszczędności całego życia”. Cóż, w polskiej, chłopskiej kulturze, nieznane są mądrości mieszczańsko-kupieckie, don’t put all eggs in one basket (jest to raczej rada dla handlarza niż hodowcy). To ciekawa obserwacja.

Ale afery Amber Gold nie byłoby także wtedy, gdyby nie dało się jej jakoś mniej lub bardziej karkołomnie połączyć z Platformą. Tu syn Tuska, tam politycy ciągnący samolot na linie, ówdzie legendarny „układ trójmiejski”. To znaczy wszyscy rytualnie załamywaliby ręce nad nieszczęściem oszukanych inwestorów, ale nie byłoby kilkunastogodzinnej debaty sejmowej i publicznego biadania nad upadkiem państwa.

A, w istocie, jest nad czym biadać. Mnie najbardziej uderza to, iż sprawa Amber Gold pokazuje, że w Polsce ludzie nie są równi wobec prawa. Nasz cały system – biurokratyczny, nieufny, domagający się od zwykłego obywatela nieustannych dowodów, że nie jest przestępcą – w przypadku Amber Gold całkowicie zawiódł. Zwykły podatnik zalegający z wpłatą do Urzędu Skarbowego zaraz będzie miał na karku kontrolę. Facet stający do przetargu na naprawę chodnika lub pomalowanie szkoły musi przedstawić zaświadczenie o niekaralności. Tymczasem spółki pana Plichty z podatkami zalegały, sprawozdań finansowych nie składały, samego pana Plichtę, karanego za przestępstwa gospodarcze, sąd rejestrowy wpisywał do władz kolejnych spółek prawa handlowego – i nic. Zdumiewające. Owszem, mogę sobie wyobrazić, że szeregowy prokurator na przestępstwach finansowych się nie zna (bo się nie zna, bo to trudne jest), więc dla świętego spokoju sprawę umarza. Mogę sobie wyobrazić, że zwykły urzędnik jest władczy i bezwzględny wobec bezbronnego obywatela, ale gdy pełen tupetu facet, w towarzystwie wygadanego prawnika, na urzędnika nastaje, ten, sam słabo przygotowany, nie mogący liczyć na merytoryczne wsparcie swojej instytucji i także pożądający przede wszystkim świętego spokoju, ustępuje. Mogę sobie także wyobrazić, że różne agendy państwa polskiego, tak zaciekle zbierające informacje o obywatelach, nie chcą się nimi między sobą wymieniać. Że polskie służby specjalne, podsłuchujące nas na niespotykaną gdzie indziej skalę, akurat nie obserwowały pana Plichty i jego interesów, bo im on umknął w natłoku innych spraw. Ale…

Ale tych wszystkich dziwnych zbiegów okoliczności jest za dużo. Jak to się stało, że przy tak rozległych interesach i tak licznych uchybieniach, żaden urzędnik skarbówki, prokurator, pracownik Urzędu Lotnictwa Cywilnego lub UOKiK choćby przypadkiem nie wykrył jakiegoś szwindlu? To jest możliwe, ale mało prawdopodobne. Może jednak ktoś pilnował, aby panu Plichcie krzywda się nie stała? Gdyby to było prawdą, nie musiałoby to od razu oznaczać spisków mafijno-rządowych, mogłaby to być zaledwie „zwykła” korupcja. Jednak warto by to było wyjaśnić.

Pozostaje wreszcie osoba samego pana Plichty. Nie wątpię, że jest to facet, który mógł wpaść na pomysł, by uciec z pieniędzmi klientów Multikasy lub wyłudzać kredyty. Ale wymyślić i zrealizować ogólnopolską piramidę finansową, z masywną kampanią medialną i wątkiem pobocznym w postaci dużych linii lotniczych? Czy on to był w stanie sam – z żoną i ulubionym prawnikiem – zrealizować, czy też był tylko figurantem kogoś innego, znacznie sprytniejszego i bogatszego? Też warto by się tego dowiedzieć.

Uważam, że w sprawie Amber Gold sejmowa komisja śledcza byłaby nie od rzeczy, choć jej skuteczność podważałyby uwarunkowania formalne – nie mogłaby na przykład badać śledztw prokuratorskich, gdyż prokuratura nie podlega kontroli sejmowej, a sami prokuratorzy mogliby się chronić immunitetami.

Jednak musiałaby to być komisja działająca w dobrej wierze. Tymczasem z samego uzasadnienia PiSowskiego wniosku o powołanie komisji śledczej, z wypowiedzi Macierewicza, Dudy, Kaczyńskiego i pomniejszych posłów PiS wynika, że o żadnej bezstronności i dobrej wierze nie byłoby mowy. PiS i okolice, w tym SLD (patrz skandaliczna wypowiedź Grzegorza Napieralskiego o tym, że skoro Tusk spłaca kredyt mieszkaniowy syna, który pracował w OLT, sam Tusk jest powiązany z Amber Gold), używałyby komisji wyłącznie do atakowania Platformy, do wmawiania ludziom z góry przyjętej tezy, że to wszystko wina Tuska, Platforma dawałaby odpór, więc o żadnym wyjaśnianiu czy dążeniu do ustalenia prawdy nie byłoby w ogóle mowy.

Dobrze, że taka komisja nie powstała.

Idee starego barona

Olimpiada zbliża się do końca. Polska wypadła na niej kiepsko – w chwili, gdy to piszę, 9 medali i 28. miejsce w klasyfikacji medalowej – i zaraz się zaczną, a właściwie już się zaczęły, straszne narzekania na poziom polskiego sportu olimpijskiego. Złość nie byłaby tak głęboka, gdyby nie dwa fakty: Po pierwsze, polska reprezentacja olimpijska jest najliczniejsza w historii, a zdobyła mniej medali, niż na poprzednich igrzyskach. Po drugie, wielu sportowców buńczucznie zapowiadało, że jadą po medale, najpewniej złote, po czym odpadali na bardzo wczesnych etapach rywalizacji. To doprawdy było żałosne. Nasze media też pompowały ten balon, z góry ciesząc się sukcesami, więc gdy się okazało, że sukcesów brak, media rzuciły się do bicia w cudze piersi.

Ja nie mam pretensji do zawodników, którzy zajęli czwarte miejsca czy w ogóle się starali. Mam pretensje do tych, którzy zapowiadali nie wiedzieć co, a sromotnie przegrali.

Tymczasem Wielka Brytania cieszy się z niezagrożonego trzeciego miejsca w klasyfikacji medalowej. Dziennikarz BBC przytomnie zauważa, że kraj ten dużo zapłacił za zdobyte medale. W Atlancie Brytyjczycy zdobyli 15 medali, w tym jeden złoty. W następnym roku przygotowania olimpijskie zaczęły być finansowane z wpływów z National Lottery. Na przygotowania do Sydney brytyjscy olimpijczycy mieli już 60 milionów funtów i zdobyli 28 medali. Na przygotowania do Aten – 70 milionów i 30 medali. Rok później MKOl przyznał Londynowi prawo organizacji igrzysk. Finansowanie przygotowań do olimpiady w Pekinie wzrosło do 235 milionów, a Brytyjczycy zdobyli tam 47 medali. BBC cytuje specjalizującego się w ekonomii sportu prof. Davida Forresta z Uniwersytetu w Salford, który powiada

We spent an extra £165m and got 17 more medals, so that’s about £10m a medal.

Przygotowanie brytyjskiej ekipy do igrzysk w Londynie kosztowało 264 miliony funtów (60% pokryto z wpływów z National Lottery), a Wielka Brytania zdobyła dotąd 55 medali, w tym 25 złotych, co daje około pięciu milionów funtów za medal. Jest to jednak szacunek zaniżony: zauważmy, że Wielka Brytania, chcąc się pokazać na igrzyskach u siebie, trzykrotnie zwiększyła finansowanie już siedem lat przed londyńskimi igrzyskami. Podane kwoty nie uwzględniają też kosztów organizacji samych igrzysk (około 12 miliardów funtów), a przecież brytyjscy sportowcy mogli używać nowo wybudowanych obiektów olimpijskich jako obiektów treningowych.

Wróćmy do naszych poolimpijskich rozliczeń. Na pewno będzie się mówić, że na sport przeznacza się w Polsce zbyt mało pieniędzy. Podobno zła jest też organizacja przygotowań, a w wielu związkach sportowych wciąż rządzą „leśne dziadki”. To pewnie prawda, ale to nie jest jedyna przyczyna. Któryś z naszych dawnych mistrzów olimpijskich, obecnie trener, narzekał, że 

rodzice nie przyprowadzają dzieci, żeby zostały mistrzami, ale żeby się poruszały i były zdrowsze.

Cóż, z punktu widzenia zdrowia publicznego o to w sporcie chodzi, czyż nie? Ale zgadzam się, że polskim sportowcom chyba brakuje motywacji. Osiągnięcie poziomu mistrzowskiego to wiele lat potwornie ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Tymczasem w Polsce sport wyczynowy przestał być jedynym wehikułem pozwalającym wyrwać się z nizin społecznych, jak to było „za komuny” i jak dalej jest wśród mniejszości etnicznych na Zachodzie. Wydaje się także, że wśród polskich sportowców częste jest, że zadowalają się wysoką pozycją w Polsce i sam wyjazd na Olimpiadę traktują jak spełnienie marzeń. Jeśli ktoś tylko spełni minima, wyjazd na igrzyska należy mu się jak psu zupa, choćby z góry było wiadomo, że tam będą gdzieś na dole klasyfikacji. I to jest bardzo niepokojące.

Coubertinowska idea, że liczy się udział, stosuje się już tylko do krajów małych, biednych, takich, które niedawno uzyskały niepodległość i w ogóle chcą zaistnieć na międzynarodowych arenach sportowych. Kraje, które – jak Polska – sukcesami sportowymi chciałyby podnieść nastroje własnych obywateli i pokazać się z dobrej strony na świecie, nie powinny wysyłać licznych reprezentacji tylko po to, żeby tam sobie chwilę pobyły, bez realnych szans na sukcesy. Takie działania przynoszą, moim zdaniem, więcej szkody niż pożytku.