Meritum

Jeżeli obecna faza walki z uzurpacjami PiSu, pragnącego całkowicie podporządkować sobie sądy, ma jakiekolwiek merytoryczne jądro, to jest nią odpowiedź na pytanie: Czy prezydent może mianować sędziów samodzielnie, według własnego widzimisię?

Odpowiedź brzmi: nie. Według Art. 179 Konstytucji,

Sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony.

Prezydent może powołać sędziów wyłącznie na wniosek KRS (choć, jak już analizowałem, nie musi powoływać wszystkich osób wskazanych przez KRS – i Lech Kaczyński, i Andrzej Duda korzystali z tego uprawnienia). Nie ma wniosku, nie ma powołania.

A co, jeśli wniosek jest wadliwy? Czy wadliwy wniosek jest wnioskiem, o którym mówi Art. 179 Konstytucji?

Wniosek mógłby być wadliwy co najmniej z dwu powodów:

  • Organ występujący jako KRS nie jest tym organem, o którym mowa w Konstytucji, lub też
  • KRS sporządziła wniosek w złej wierze, nie kierując się kompetencjami i przymiotami charakteru kandydata, ale jego poglądami politycznymi lub spodziewaną lojalnością partyjną, w ten sposób świadomie wskazując osobę niegodną lub niekompetentną do sprawowania urzędu sędziego.

Można przyjąć, że prezydent nie musi badać prawidłowości wniosku – choć, moim zdaniem, powinien to robić, patrz cytowana wyżej analiza – wobec czego Sąd Najwyższy w niedawnej uchwale trzech izb sformułował kryteria jego oceny. Sąd Najwyższy najwyraźniej stoi na stanowisku, że wniosek wadliwy jest wnioskiem niebyłym. Nie ma tu sporu kompetencyjnego. SN nie kwestionuje prerogatywy prezydenta, a jedynie nakazuje sprawdzić, czy prezydent miał prawo do skorzystania z niej, gdyż jako się rzekło, jeśli nie ma wniosku, to nie ma powołania.

Nawiasem mówiąc, SN starał się zmiękczyć swoje stanowisko twierdząc, że sędziowie powołani na podstawie potencjalnie wadliwych wniosków są sędziami, ale nie powinni orzekać, co jest lekko absurdalne. Daje to jednak podstawy do uznania, w imię niepogłębiana chaosu prawnego, co z kolei jest godne pochwały, wyroków wydanych przez potencjalnie „nieprawidłowych” sędziów za ważne. Wyjątek ten nie odnosi się jedynie do orzeczeń Izby Dyscyplinarnej SN, o której SN orzekł, że nie jest sądem w myśl polskiej Konstytucji i prawa europejskiego.

PiS i osobiście dr Duda stoją na stanowisku przeciwnym: Dokonany przez prezydenta akt powołania na prezydenta jest ostateczny i nie podlega żadnej kontroli, niezależnie od innych okoliczności. W wywiadzie, który ukazał się we Wprost z 3 lutego, znajduje się taki fragment:

Wprost: Część sędziów domaga się ujawnienia list poparcia dla członków KRS. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, że coś z tymi listami jest jednak nie tak. Dla statusu sędziów nie będzie to miało znaczenia?

Prezydent Duda: Nie będzie miało, ponieważ otrzymali oni nominację sędziowską od prezydenta Rzeczypospolitej. Kropka.

Kropka. Andrzej Duda twierdzi, że prezydencka nominacja jest ostateczna, niekwestionowalna, tak jak ostateczne i niekwestionowalne były decyzje monarchy absolutnego, nawet gdyby później miało się okazać, że wniosek, bez którego do nominacji nie mogłoby dojść, był wadliwy, co dr Duda – hipotetycznie? – dopuszcza. Według Dudy prezydencki akt nominacji usuwa wszystkie możliwe nieprawidłowości.

Nawet jeśli prezydent sam zdawał sobie sprawę z istnienia wątpliwości odnośnie do wniosku? Nawet jeśli nie było żadnego wniosku?!

Pogląd, że prezydenckie powołania na urząd sędziego nie mogą podlegać żadnej kontroli, jest nie do utrzymania. W ten sposób prezydent mógłby powołać kogokolwiek, nawet bez wniosku KRS, i nie dałoby się tego zakwestionować. Prezydent nie sprawuje władzy absolutnej i nie stoi ponad prawem.

Rozumiem psychologiczne powody, dla których Duda utrzymuje, że jego postanowienia nie mogą podlegać kontroli. Otóż Kaczyński całkowicie odsunął go od podejmowania jakichkolwiek merytorycznych decyzji. Duda nie ma wpływu ani na politykę krajową, ani na zagraniczną, ani na siły zbrojne, ani nawet na nominacje na różne stanowiska. Nic. Może jedynie decydować do którego ośrodka pojedzie na narty i może sprawować swoje „monarsze” prerogatywy osobiste, opisane w Art. 144 ust. 3 Konstytucji, w tym powoływanie sędziów. Broni więc swoich uprawnień jak niepodległości, choć w zakresie powoływania sędziów jest ograniczony przez Art. 179, czego już nie chce zauważyć.

Duda jest podobno także wściekły na sędziów: Myślał, że skoro zawetował dwie ustawy pana Zbyszka, sędziowie uznają go za swojego obrońcę, a tymczasem go krytykują. Duda nie chce pamiętać, że zawetował tylko dwie z trzech ustaw sądowych, po czym „wynegocjował” z Kaczyńskim ustawy, które z punktu widzenia sędziów niczym nie różniły się od tych zawetowanych. Sejm dodatkowo znacznie je zaostrzył w porównaniu z prezydenckimi projektami. Jedyna różnica polegała na tym, że pewne uprawnienia, które chciał przypisać sobie pan Zbyszek, przypadły Dudzie. Płynie stąd wniosek, że dr Duda wcale nie walczył o sędziów i sądy, a tylko o swoją osobistą pozycję wobec pana Zbyszka.

duda-monroe

Nawiasem mówiąc, reakcja Dudy na pytanie o „hipotetyczne nieprawidłowości” na listach poparcia do KRS świadczy o tym, że z tymi listami jest coś cholernie nie w porządku. Czego zresztą wszyscy już się domyślają. Sądzę, że na listach tych brakuje podpisów sędziów, co czyni neoKRS nieważną nawet w świetle uchwalonego przez PiS prawa. A w takim wypadku wszystkie akty wydawane przez neoKRS, w tym nominacje sędziowskie, są nieważne.

(Edytowałem po przeczytaniu wywiadu z Andrzejem Dudą.)

Krajoznawca

Prezydencka kampania wyborcza rozkręca się w cieniu kolejnego etapu sporu o kontrolę nad sądami. I mniejsza nawet o to, kto i dlaczego ten spór postanowił eskalować. Jedni twierdzą, że jest to element przemyślanej strategii Jarosława Kaczyńskiego, mającej doprowadzić do Polexitu, zwanego także wypierpolem; co mogłoby się stać z Polską po (funkcjonalnym) opuszczeniu Unii Europejskiej, nie ma dla Kaczyńskiego żadnego znaczenia. Ja sądzę, że o żadnej przemyślanej strategii nie ma mowy, a ustawa kagańcowa jest wprowadzana żeby zaspokoić chore ambicje pana Zbyszka, patologicznego narcyza i megalomana, który nie może znieść, że choć jest Ministrem Sprawiedliwości, są sędziowie, którzy mają czelność mu się przeciwstawić. Pan Zbyszek wykorzystał to, że leczący kolano (kolano?) Jarosław Kaczyński znacznie ograniczył swój udział w życiu publicznym i nie jest już w stanie wszystkiego bezpośrednio kontrolować – a gdy mleko się rozlało, cały PiS i okolice, wraz z Kaczyńskim i Gowinem, stanęli za panem Zbyszkiem murem dobrze wiedząc, że wszelkie oznaki dezintegracji obozu władzy znacznie zmniejszają szanse wyborcze dr. Dudy. Zmiana w Pałacu Prezydenckim oznaczałaby nie tylko trudności w rządzeniu, ale także zagrożenie procesami dla przywódców PiS. I dlatego nie ma znaczenia, kto do obecnego zaostrzenia doprowadził, bo cały PiS mówi dzisiaj jednym głosem. Nawet, jeśli niektórzy czują się do tego przymuszeni.

Sam Andrzej Duda nie dość, że popiera działania represyjne wobec sędziów, to robi to z niezwykłą ochotą i zaangażowaniem, uderzając we frazy o czyszczeniu polskiego domu i wzywając na pomoc górników, co brzmi jeśli nie proto-faszystowsko, to co najmniej przypomina najgorsze czasy PRLu. Widać, jaki Duda i jego sztabowcy mają pomysł na kampanię wyborczą. Twardzi, ideowi zwolennicy PiS na pewno zagłosują na Dudę. Na Dudę zagłosują też wyborcy z mniejszych miejscowości, bo choć ani PiS, ani Duda poza rozdawnictwem socjalnym nie zrobili nic, literalnie nic, aby poprawić położenie mieszkańców Polski poza dużymi miastami, a obiektywnie je nawet pogorszyli (finansowe głodzenie samorządów, likwidacja gimnazjów, zamykanie małych szpitali, obsadzanie wszystkich urzędów, do których mają dostęp, krewnymi i znajomymi PiSowskich królików, a więc utrwalanie władzy lokalnych koterii), zrobili bardzo dużo, aby dowartościować ich w warstwie symbolicznej. Nikt inny nie jeździł po małych miejscowościach i nie mówił ludziom „wy jesteście solą ziemi, jesteście wspaniali tacy, jacy jesteście, nie musicie się zmieniać, byleście na nas zagłosowali”. Ostatnie wybory do sejmików wojewódzkich, europejskie i parlamentarne pokazały, że PiS wygrywa dzięki prowincji. Na te głosy liczy także Andrzej Duda i zapewne je zdobędzie. Problem w tym, że na wybory prezydenckie może tych głosów być zbyt mało – w wyborach parlamentarnych 43,6% mogły dać bezwzględną większość (choć mniejszą, niż w 2015, gdy PiS zdobył 37,6% – to są idiosynkrazje obowiązującej w Polsce ordynacji), a w wyborach prezydenckich trzeba mieć ponad 50%.

Trzeba poszerzyć bazę wyborczą. Dawniej mówiło się, że trzeba walczyć o centrum. Z tego powodu Kaczyński na czas kampanii wyborczych łagodniał, chował do szafy Macierewicza i ciepło wyrażał się a to o Edwardzie Gierku, a to o niektórych współczesnych przywódcach lewicy. Duda z kolei w 2015 prezentował się jako kandydat młody, dynamiczny, cywilizowany, znający języki, pokazywał się w towarzystwie eleganckiej żony i ładnej córki. A żona była nauczycielką w świetnym liceum i córką znanego poety, córka studiowała prawo na UJ.

Dzisiaj – nic z tych rzeczy. Duda jest na tyle przytomny, że wie, iż on sam i cały PiS zrazili do siebie centrum, więc nie ma sensu walczyć o jego głosy. Nie ma mowy o wypowiedziach koncyliacyjnych, łagodzących, wyciszających konflikty, wzywających do jedności rozumianej w duchu konsensusu, nie zaś jako kapitulacja anty-PiSu przed PiSem. Głosów trzeba szukać gdzie indziej. Wybory raczej nie rozstrzygną się w pierwszej turze, trzeba myśleć o drugiej. A tam, po pierwsze, można liczyć na demobilizację anty-PiSu: dla wyborców lewicowych kandydaci lokujący się bliżej centrum mogą okazać się zbyt prawicowi, z kolei dla wyborców centrowych możliwi kandydaci lewicowi mogą wydać się zbyt lewicowi. W jednym i drugim wypadku część wyborców anty-PiS może w drugiej turze strzelić focha i zostać w domu, co zwiększy względne znaczenie zmobilizowanych wyborców Dudy. PiS w sposób najzupełniej oczywisty liczy na taki scenariusz, więc wyborcy anty-PiSu – i ci z lewej, i ci z prawej – muszą zacisnąć zęby i zagłosować w drugiej turze na nie-Dudę, bo to naprawdę będzie walka ze Złem.

Po drugie, Duda liczy na głosy ultra-prawicowców, religijnych fundamentalistów, nacjonalistów i faszystów. I właśnie dlatego Duda tak ostro wypowiada się przeciwko sędziom, przeciwko elitom i przeciwko Unii Europejskiej. Duda liczy, że przy demobilizacji anty-PiSu, zwycięży w drugiej turze dzięki głosom ideowych zwolenników, dzięki symbolicznie dowartościowanej prowincji i dzięki antyeuropejskim nacjonalistom. Anty-PiS, zbrzydzony zbyt prawicowym lub zbyt lewicowym kandydatem w drugiej turze, powinien się dobrze zastanowić, czy warto zachować swoją ideową czystość za cenę oddania jeszcze większego wpływu na rządy ksenofobom, społecznym reakcjonistom i faszystom.

W tym roku Andrzej Duda nie będzie już mógł się przedstawiać jako kandydat antystablishmentowy, występujący przeciwko wypranemu z pomysłów, zmęczonemu samym sobą obozowi władzy. Przeciwnie, za Dudą, a zwłaszcza przeciwko Dudzie, stać będą wszystkie dokonania PiSu i osobiste dokonania Dudy jako prezydenta. To z nich powinien być w wyborach rozliczany. Gdybym miał wymienić najważniejsze osiągnięcia prezydentury Andrzeja Dudy, to poza bezwolnym podpisywaniem wszystkiego, co mu posłańcy Kaczyńskiego podsuwają, nocnymi czatami z Leśnym Ruchadłem i mniejszymi lub większymi wizerunkowymi wpadkami za granicą (zobacz także tutaj), wymieniłbym trzy rzeczy:

  1. Ułaskawienie przestępców z CBA,
  2. Zaprzysiężenie w środku nocy dublerów do Trybunału Konstytucyjnego,
  3. Promowanie piękna naszego kraju poprzez regularne wizyty w ośrodkach narciarskich i odwiedzenie wszystkich 380 powiatów.

Za to ostatnie Andrzejowi Dudzie należy się złota Odznaka Krajoznawcza PTTK. I nic więcej.

odznaka2

Opera Rara, 23 stycznia

Gioacchino Rossini, Sigismondo, Franco Fagioli, Francesca Chiejina, Capella Cracoviensis, dyr. Jan Tomasz Adamus, reż. Krystian Lada, Teatr Słowackiego

Przez pierwsze kilkanaście minut zastanawiałem się co ja tutaj robię?! Na scenie niezrozumiały chaos, Franco Fagioli śpiewa dziwnie słabo, orkiestra lekko fałszuje, chyba trzeba będzie wyjść po pierwszym akcie.

Wtem! Na scenie, a tak naprawdę pomiędzy krzesłami publiczności, pojawiła się Francesca Chiejina, młoda nigeryjsko-amerykańska sopranistka. Zaśpiewała, i to jak!  Chiejina ma piękny, czysty, bardzo donośny głos, niczego też nie można zarzucić jej technice. A potem jeszcze pojawił się bas, Kenneth Kellogg, Fagioli się rozśpiewał, a i tenor Pablo Bemsch śpiewał bardzo dobrze. Przedstawienie, które się kiepsko zapowiadało, okazało się bardzo ciekawe.

Sigismondo to nie jest porywająca muzyka, ale Rossini pozwolił wyśpiewać się czwórce głównych protagonistów. Bardzo dobrze wypadły zwłaszcza liczne duety i tria oraz partie z udziałem chóru. O ile pierwszy akt należał zdecydowanie do Franceski Chiejiny, to w drugim Franco Fagioli dał popis swoich nieprawdopodobnych możliwości wokalnych. A ja od czasu do czasu słyszałem coś a to z Wilhema Tella, a to zwłaszcza z Cyrulika sewilskiego. Co wcale nie musi być złudzeniem: Rossini napisał Sigismonda w 1814, Cyrulika zaś ledwie dwa lata później, w 1816. Całkiem możliwe, że wykorzystał tam – i wspaniale rozwinął – niedawne pomysły i rozwiązania z Sigismonda.

Osobna uwaga należy się warstwie teatralnej tego wykonania – bo nie było to wykonanie koncertowe, jak to zazwyczaj na Opera Rara bywa, ale pełne przedstawienie. Otóż akcja Sigismonda dzieje się w jakiejś mitycznej Polsce. Przedstawienie zaczyna się wśród postaci, które zeszły z Hołdu Pruskiego Matejki, przy czym wszyscy mężczyźni – król (Fagioli), biskup, dworzanie, a także husarz, którego na obrazie nie ma, ale w sztuce o wyobrażonej historii polski nie mogło go zabraknąć – chodzą w krótkich spodenkach. Chiejina, gdy już przeistacza się w królową – a raczej w królową, która udaje prostą pasterkę udającą królową; te libretta są naprawdę skomplikowane – występuje w kostiumie takim, jak suknia Bony na obrazie Matejki. Od czasu do czasu postacie robią głupie miny i śmieszne rzeczy, ale pierwszy akt kończy się nieźle: gdy król Sigismondo mobilizuje swoje wojska do walki z najeźdźcą Ulderykiem, przypomina to chocholi taniec z Wesela: żołnierze klękają i żegnają się zamaszystym znakiem krzyża, są kosynierzy, wszyscy kręcą się w jakimś upiornym tańcu, skryty w cieniu król siedzi na wysokiej drabinie – widać, że nic dobrego z tego wyniknąć nie może, choć rzecz jest muzycznie całkiem dobra. Jeden Stańczyk usiłuje ich powstrzymać, ale zostaje odsunięty.

W drugim akcie jest gorzej, bo reżyser stara się nam wbić swoje przesłanie, moim zdaniem, zbyt nachalnie. Pojawiają się kolędnicy, którzy zrzucają koszule i stają się grupką osiłków-kiboli, usiłujących zastraszyć kogo się da. To właśnie jest armia Sigismonda. Z sufitu spada wielki napis „Polska dla Polaków”: artyści grający przeciwników Sigismonda – występujący w tej scenie w kostiumie inspirowanym strojem Lajkonika Kellogg i Chiejina – są nie-biali. Wojsko Sigismonda przegrywa decydującą bitwę, pojawia się grupa statystów o nie-słowiańskim wyglądzie, reprezentujących zwycięską armię Ulderyka. Następuje jednakowoż konieczna w tych operach finałowa scena pojednania i wzajemnego wybaczenia, napis „Polska dla Polaków” zmienia się w zwykłe „Polska”, członkowie wrogich armii mają się ku sobie, najpierw nieśmiało i ze wstydem, ale w końcu zaczynają ze sobą tańczyć, co jest dobrze zagrane. Jeden z osiłków Sigismonda tańczy z ciemnoskórym chłopakiem z armii Ulderyka.

Po spektaklu wykonawcy, dyrygent i reżyser zebrali zasłużone oklaski. Jak to jest w zwyczaju, główni wykonawcy dostali kwiaty. Dostał więc Franco Fagioli, dostała też Marzena Lubaszka, która śpiewała małą i słabo słyszalną (ona ma cichy głos) partię, a poza tym jest żoną Adamusa. A Francesca Chiejina, która zaśpiewała fantastyczną rolę i była drugą, po Franku Fagiolim, wielką gwiazdą tego przedstawienia, nie dostała. Fagioli dał jej jedną różę ze swojego bukietu. To nie było reżyserowane. Tak wyszło. Polska dla Polaków.

chiejina

Francesca Chiejina

Chaos

Niewiele osób jest chyba w stanie śledzić od strony prawnej zawiłości związane z najnowszą PiSowską próbą zniewolenia Sądu Najwyższego. Jutro – w czwartek, 23 stycznia – SN w składzie trzech izb miał orzec, czy osoby wskazane prezydentowi przez neo-KRS do powołania na stanowiska sędziowskie mogą orzekać. SN miał tu odpowiedzieć na pytania prawne zadane przez jeden z Sądów Apelacyjnych, a jest przy tym – jak twierdzi sam SN – związany wyrokiem TSUE, który zobowiązał go do takiego rozstrzygnięcia. Chcąc zablokować to posiedzenie, marszałek Witek wystąpiła do obsadzonego obecnie w całości przez PiS Trybunału Konstytucyjnego o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego, choć wedle ekspertów żadnego sporu kompetencyjnego tu nie ma. Mgr Julia „Wolfgangowa” Przyłębska, uważana przez PiS za prezeskę TK, ogłosiła, że posiedzenie SN zostaje zawieszone. W odpowiedzi rzecznik SN stwierdził, że posiedzenie nie jest zawieszone, a SN na jutrzejszym posiedzeniu sam rozstrzygnie, jak ma się zachować wobec wniosku do TK.

Sądzę, że SN postanowi jutro zignorować wniosek do TK i oświadczenie Przyłębskiej i że bardzo dobrze to uzasadni. PiS oczywiście tego nie uzna, a sprzyjający PiS prawnicy uzasadnią to stanowisko równie elokwentnie. W konsekwencji SN i większość polskich sędziów uzna, że Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w myśl prawa europejskiego, ale pan Zbyszek, sama Izba Dyscyplinarna i cały PiS będą twierdzili inaczej i będą próbowali karać niepokornych sędziów. Ci wyroków Izby Dyscyplinarnej nie będą uznawać i chaos, jaki już panuje w polskim sądownictwie, jedynie się pogłębi.

A chaos i tak już jest wielki: Strony już kwestionują niekorzystne dla siebie wyroki twierdząc, że skoro w składzie orzekającym byli sędziowie powołani na wniosek neo-KRS, sąd był nieprawidłowo obsadzony i wyrok jest wobec tego nieważny. Za chwilę to samo zaczną robić sądy europejskie, jeśli niekorzystne wyroki będą dotyczyć ich obywateli. Za chwilę już zupełnie nie będzie wiadomo, kto w Polsce jest sędzią, a kto tylko uważa, że sędzią jest i które wyroki obowiązują, a które nie. I nie mówimy o jakichś sprawach politycznych, ale o banalnych (choć niezwykle istotnych dla zaangażowanych osób) sprawach karnych, cywilnych, gospodarczych.

Całkowitą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi PiS, który, żeby przełamać „imposybilizm prawny” uniemożliwiający mu autorytarne, całkowicie woluntarystyczne i wolne od wszelkiej odpowiedzialności sprawowanie władzy, postanowił złamać zasady rządów prawa i trójpodziału władz i podporządkować sobie sądy. PiS twierdzi coś wręcz przeciwnego, mianowicie, że za chaos odpowiada „kasta”, która nie chce podporządkować się woli sejmowej większości. To nieprawda: rządy większości nieliczącej się z prawem, w tym z prawem europejskim i nierespektujące praw mniejszości to dyktatura, niedemokratyczna w dokładnie ten sam sposób i w tym samym sensie, jak niedemokratyczna była „dyktatura proletariatu”, system ustrojowy PRLu, na którym PiS się coraz wyraźniej wzoruje.

Dodatkową konsekwencją jest narastające przekonanie, że prawo nie jest emanacją jakichś wyższych, uniwersalnych zasad, a jedynie emanacją woli rządzącej większości. To również jest PRLowsko-bolszewicka zasada. Z woli PiSu gotowego zrobić (prawie?) wszystko, żeby utrzymać władzę, cywilizacyjnie wracamy do czasów, jak się wydawało, minionych.

Na zakończenie przypomnę, że podobna sprawa już miała miejsce.  Gdy pod koniec 2015 Sejm miał wybierać sędziów-dublerów do TK, Trybunał Konstytucyjny – nie jednoosobowo, ale w składzie jedenastoosobowym – wydał postanowienie o zabezpieczeniu postępowania, zakazujące Sejmowi dokonania wyboru sędziów TK do czasu rozstrzygnięcia przez sam TK, czy nowelizacja ustawy o TK uchwalona pod koniec kadencji PO była zgodna z konstytucją. Marszałek Kuchciński to postanowienie zignorował, a oczywiście znaleźli się prawnicy, którzy argumentowali, że TK w ogóle takiego postanowienia nie miał prawa wydać. Dziś mgr Przyłębska ogłosiła, że postępowanie przed SN jest zawieszone, ale SN zapewne to postanowienie zignoruje. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

P5170316

Marek i św. Hubert

Abp Marek Jędraszewski udzielił wywiadu Telewizji Republika. Pozwolę sobie zacytować ostatni paragraf, poprawiając literówki:

Czy „ekologizm”, trend, który jest tak mocno promowany, stoi w sprzeczności z nauką Kościoła Katolickiego?

Skwituję to krótko: powrót do Engelsa i do jego twierdzeń, że małżeństwo to kolejny przejaw ucisku, a w imię równości trzeba zerwać z całą tradycją chrześcijańską, bez której my – Europejczycy nie zrozumiemy się, bo jesteśmy w niej wychowywani od tysiącleci. To się kwestionuje przez różne nowe ruchy, a także próbuje się narzucać jako obowiązującą doktrynę. To zjawisko bardzo niebezpieczne, bo to nie jest tylko postacią nastolatki (red. Greta Thunberg), to coś co się na narzuca, a ta aktywistka staje się wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych. To jest sprzeczne z tym wszystkim co jest zapisane w Biblii począwszy od Księgi Rodzaju, gdzie jest wyraźnie mowa o cudzie stworzenia świata przez Boga. Bóg się tym światem zachwyca, człowiek jest postawiony jako ukoronowanie całego dzieła stworzenia. W Piśmie Świętym jest wyraźnie napisane „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Adam jest kimś kto nazywa zwierzęta, a więc nad nimi panuje i nie znajduje wśród nich kogoś kto byłby partnerem dla jego życia, dlatego otrzymuje małżonkę. To jest wizja człowieka i świata, którą głosi chrześcijaństwo i która jest także wizją głęboko zakorzenioną w judaizmie. Naraz wszystko się kwestionuje czyli faktycznie kwestionuje się naszą kulturę, odwraca się cały porządek świata zaczynając od tego, że kwestionuje się istnienie Pana Boga – stwórcy, kwestionuje się także rolę i godność każdego człowieka.

Pomińmy obłąkane odniesienie do Engelsa i atak na Gretę Thunberg. Abp Jędraszewski mówi, że „ekologizm” jest sprzeczny z tym wszystkim, co jest zapisane w Biblii. Ciekawe, czy według Jędraszewskiego św. Franciszek z Asyżu, głoszący braterstwo wszystkich stworzeń patron ekologii, też postępował w sposób sprzeczny z Biblią? A co ze zdaniem o trzcinie nadłamanej (Iz 42:3), w którym widać miłość i szacunek, jakimi Bóg darzy przyrodę nawet w jej najlichszych przejawach? Co wreszcie z piątym przykazaniem, nie zabijaj? Czy jeśli ekolodzy protestują przeciwko zatruwaniu środowiska, gdyż może to przyczynić się do śmierci wielu osób (a w mnóstwie znanych przypadków związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy zatruciem środowiska a śmiercią ludzi jest udowodniony ponad wszelką wątpliwość), też postępują wbrew Biblii, gdyż prawo truciciela do „czynienia sobie ziemi poddaną” bierze bezwzględny prymat? Dziwny jest ten nasz arcybiskup.

A co z legendami o św. Eustachym, św. Hubercie i św. Emeryku, gdzie w trakcie polowania wielkiemu panu ukazuje się jeleń z krzyżem pomiędzy rogami? Kanoniczna interpretacja jest taka, że pod wpływem tego cudu nasz bohater, dotąd raczej grzeszny, nawraca się. Można też jednak powiedzieć, że Bóg pokazał temu myśliwemu, że zabijanie zwierząt dla przyjemności, „dla sportu”, jak się dziś mówi, może być uznane za czyn grzeszny, a odstąpienie od łowów jest początkiem nawrócenia. Ba, świątobliwy i arcy-katolicki tygodnik Niedziela pisze:

[Hubert] zaczął hulaszcze życie, a nade wszystko pokochał polowania, które zmieniły się w rzezie zwierzyny prowadzone bez umiaru. W trakcie jednego z takich polowań Hubert ujrzał wynurzającego się z kniei wspaniałego jelenia z krzyżem, jaśniejącym niezwykłym blaskiem pomiędzy pięknymi rozłożystymi rogami. Jednocześnie usłyszał nieziemski głos: „Hubercie! Dlaczego niepokoisz biedne zwierzęta i zapominasz o zbawieniu duszy?”.

Nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób myśliwi mogli uczynić św. Huberta patronem zabijania.

319px-Meister_des_Marienlebens_von_Werden_001

Meister des Marienlebens, Nawrócenie św. Huberta, National Gallery, Londyn

EDIT, 2 stycznia: Abp Marek Jędraszewski chyba zrozumiał, że przeholował i teraz mocno łagodzi swoje stanowisko:

Prawdziwe nawrócenie ekologiczne zaczyna się od naszego synostwa wobec Boga, który stworzył nas na swój obraz i swoje podobieństwo, i kazał nam czynić sobie ziemię poddaną, tzn. żebyśmy na całe bogactwo stworzonego świat potrafili patrzeć z taką odpowiedzialnością i taką miłością, z jaką On powoływał ten świat do istnienia […]

Chodzi o to […] by szanować bogactwo i piękno stworzeń, które stanowią wielki Boży dar […]

człowiek w relacji do świata musi być przedłużeniem stwórczych rąk samego Boga, a tym samym troszczyć się o niego, chronić go i robić wszystko, aby przez nieodpowiedzialność człowieka ten świat nie został zniszczony

Jeśli ktoś prostuje swoje błędy, godzi się to zauważyć, choć oczywiście byłoby jeszcze lepiej, gdyby wpierw przyznał się, że gadał głupoty.

Republika banasiowa

Marian Banaś, dziś z nominacji PiS nieusuwalny prezes NIK, a poprzednio minister i wiceminister finansów w rządzie PiS, szef Krajowej Administracji Skarbowej, a jeszcze wcześniej działacz podziemnej Solidarności, ponoć zasłużony, oskarżany jest o bliskie kontakty z gangsterami, którzy w wynajmowanej od Banasia kamienicy urządzili dom publiczny, dalej, o zaniżanie swoich zobowiązań podatkowych z tytułu dochodów z wynajmu tejże kamienicy, o poświadczenie nieprawdy w oświadczeniach majątkowych, o dziwne przepływy finansowe pomiędzy nim a rzeczonymi gangsterami, o to, że wszedł w posiadanie cennych nieruchomości w sposób co najmniej niejasny, a wreszcie o tolerowanie działania mafii VATowskiej złożonej z podległych sobie urzędników Ministerstwa Finansów, którzy mieli zajmować się tropieniem oszustw przy płaceniu tego podatku. Część z tych zarzutów pojawiła się jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, kolejne stawiane są dopiero teraz. Ciekawe, co jeszcze usłyszymy? We wrześniu, gdy pojawiły się pierwsze zarzuty, prominentni działacze PiS zaświadczali o kryształowej uczciwości Mariana Banasia, a przed głosowaniem zatwierdzającym Banasia na stanowisku prezesa NIK, gdy jeden z posłów Platformy dopytywał się o jego oświadczenia majątkowe, marszałek Witek odebrała temu posłowi głos. PiS usilnie starał się wyciszyć sprawę Banasia w końcówce kampanii wyborczej, ale teraz nabrzmiała ona tak bardzo, pośrednio zagrażając reelekcji dr. Dudy, że PiS postanowił się Banasia pozbyć. Oto wczoraj Jarosław Kaczyński i szef spec-służb, Mariusz Kamiński, ułaskawiony przez dr. Dudę przestępca, wezwali Mariana Banasia na Nowogrodzką i wprost zażądali od niego dymisji, jako że usunięcie go z urzędu byłoby bardzo trudne, praktycznie niemożliwe przed wyborami prezydenckimi.

Dziś Marian Banaś odmówił Jarosławowi Kaczyńskiemu! Zaprzecza wszystkim zarzutom i ze stanowiska nie chce zrezygnować.

To dobrze, że prokuratura i ewentualnie niezawisły sąd zajmą się sprawą moich oświadczeń majątkowych i skrupulatnie wyjaśnią wszystkie wątpliwości

oświadcza Marian Banaś.

Marian Banaś nie jest głupi. Wie, że aby go usunąć, trzeba go wpierw prawomocnie skazać, a do tego droga jest bardzo długa. W tym czasie jako prezes NIK może się bronić, na przykład wszczynając kontrole majątkowe poszczególnych ministrów, a zwłaszcza samego premiera Morawieckiego. W sytuacji gardłowej Banaś mógłby dostarczyć mediom kilka filmów z prywatnej wideoteki gangsterów; nie wątpię, że gangsterzy taką wideotekę mają, a kto z polityków i innych prominentów biznesowych lub kościelnych odwiedzał kamienicę Banasia, musi mieć teraz niezłego pietra. Przywódcy PiS też wiedzą, że Banaś mógłby to zrobić, więc, jak sądzę, będą z nim postępować raczej delikatnie, ale przyparci do muru, zakują Banasia w kajdany na długie lata. Co innego, gdyby Banaś dał się namówić – a PiS najwyraźniej nadal chce go namawiać – i sam zrezygnował z funkcji. Jednak wtedy, po pierwsze, Banaś nie mógłby już szantażować PiSu legalnymi kontrolami przeprowadzanymi przez NIK. Po drugie, teraz PiS z pewnością obiecuje Banasiowi łagodne traktowanie, ale ta partia nigdy nie dotrzymuje słowa: gdyby Banaś zrezygnował, a tym samym stracił immunitet, PiS zapewne kazałby go aresztować, aby uniemożliwić mu uruchomienie prywatnej wideoteki, a potem by się zobaczyło, czy skazać Banasia na rok w zawieszeniu, czy na dziesięć lat bezwzględnej odsiadki w celi z recydywistami mającymi porachunki z Banasiowymi gangsterami.

Marian Banaś wszystko to wie i dlatego nie sądzę, aby dobrowolnie zrzekł się urzędu.

PiS buńczucznie zapowiada, że w sprawie Banasia ma „plan B”. Zdaje się, że chodzi o zmianę konstytucji, pozwalającą na usunięcie prezesa NIK kwalifikowaną większością głosów.

Opozycja, której głosy byłyby niezbędne do zmiany konstytucji, już zapowiedziała, że nie przyłoży do tego ręki. I bardzo dobrze! Po pierwsze, upublicznianie sprawy Banasia uświadamia, jak chorą, skorumpowaną i szkodliwą partią jest PiS, który Banasia do władzy wyniósł. Niech PiS teraz sam pije piwo, które nawarzył. Po drugie, konstytucja to jest poważny dokument i nie powinno jej się zmieniać w celu rozwiązania doraźnego problemu. Zmiana „dla Banasia” byłaby niedobrym precedensem, który później można by wykorzystywać do usuwania innych, tym razem uczciwych, ale niewygodnych dla władzy urzędników. Wreszcie gdyby nawet zmieniono konstytucję, to czy Banaś nie mógłby się aby bronić zasadą niedziałania prawa wstecz? Owszem, następnych prezesów NIK można by odwoływać kwalifikowaną większością, ale czy Banasia nie obowiązywałyby zasady istniejące w momencie wyboru go na obecne stanowisko?

Ale znacznie ciekawsza od losów samego Mariana Banasia i jego walki z PiS (nie o pryncypia, ale o ratowanie własnego tyłka) jest rola służb specjalnych w tym nieszczęsnym zdarzeniu. Dlaczego CBA potrzebowała wielu długich miesięcy do sprawdzenia oświadczeń majątkowych Banasia? Dlaczego ABW nie ostrzegła premiera, marszałek Sejmu, a nawet prezesa PiS, że Banaś ma kontakty z gangsterami, co z miejsca powinno uniemożliwić dopuszczenie go do tajemnic państwowych? Widzę trzy możliwości:

  1. Nasze służby specjalne są całkowicie nieudolne, co mogłoby wynikać z czystek kadrowych, z zastąpienia profesjonalistów przez ideologicznych hunwejbinów i chłopców chcących się pobawić w policjantów i złodziei.
  2. Nasze służby specjalne wszystko o Banasiu wiedziały, a nawet poinformowały kogo trzeba, w szczególności Kaczyńskiego, ten jednak ostrzeżenia służb zignorował, bo chciał mieć na stanowisku szefa NIK kogoś, na kogo miałby haki.
  3. Nasze służby specjalne wszystko o Banasiu wiedziały – a więc, co ważne, wiedział to Mariusz Kamiński! –  ale to zataiły, bo prowadzą jakąś swoją grę, a może nawet chcą przejąc kontrolę nad najważniejszymi agendami państwa, czyli zrobić to, o co PiS oskarżał dawniej WSI.

Sam nie wiem, która z tych możliwości jest gorsza.

W dodatku pod tym dywanem mogą się czaić jeszcze jakieś inne buldogi. Niejasna jest na przykład rola pana Zbyszka. Po pierwsze, nominowani przez pana Zbyszka wiceprezesi krakowskiego Sądu Okręgowego utajnili część akt sądowych Banasia na 70 lat. Po drugie, syn Mariana Banasia pracuje na stanowisku pełnomocnika zarządu drugiego do do wielkości na polskim rynku banku, Pekao SA, którym – do dzisiaj! – kierował kolega i zaufany człowiek pana Zbyszka. Po trzecie, CBA – ale to jest już raczej domena Mariusza Kamińskiego, nie pana Zbyszka – utajnia swój raport z analizy oświadczeń majątkowych Banasia i nie chce go udostępnić opinii publicznej.

Będzie się działo. Tak czy siak, PiS, który szedł do władzy pod hasłami dobrej zmiany, w tym ukrócenia kolesiostwa i wprowadzenia przejrzystości w podejmowaniu decyzji, z niezrozumiałych dla mnie powodów – zapewne jest to splot nieudolności, nieposkromionej żądzy władzy i organicznej wręcz niezdolności do poddania się jakiejkolwiek krytyce, do wysłuchania zastrzeżeń opozycji, nawet tych uzasadnionych i nienapastliwych – wpędził się w aferę, w której roi się od nieuczciwych polityków, brutalnych gangsterów i służb specjalnych. Brawo, wy. W dodatku nie widać, aby było z tej afery jakieś dobre wyjście.

No, chyba że prezes Banaś ulegnie jakiemuś wypadkowi. Boże, uchowaj.

Mam nadzieję, że to zdjęcie nie raz będzie przypominane dr. Dudzie w czasie kampanii na rzecz jego reelekcji.

Potwarz

PiS ogłosił, że jego kandydatami na zwalniające się w grudniu trzy stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego będą Stanisław Piotrowicz, Krystyna Pawłowicz i Elżbieta Chojna-Duch.

Jest to potwarz, zniewaga nie tylko dla Trybunału Konstytucyjnego, ale dla samej konstytucji i dla wszystkich, którzy protestowali przeciwko jej łamaniu.

Stanisław Piotrowicz to oportunista pozbawiony jakichkolwiek poglądów. Działacz PZPR, prokurator stanu wojennego, po 1990 obrońca księdza-pedofila, a w ubiegającej kadencji Sejmu twarz PiSowskich zmian w prawie: niezgodnych z konstytucją, przeprowadzanych z wielokrotnym naruszeniem Regulaminu Sejmu, w dodatku niechlujnych, wymagających błyskawicznych nowelizacji. Kandydował do Sejmu, ale był nie do przyjęcia nawet dla wyborców PiS z jego okręgu, którzy oddali więcej głosów na kandydatów umieszczonych niżej na liście.

Krystyna Pawłowicz to prawniczka i wykładowca prawa, jakich wiele. Wyróżnia się jedynie grubiaństwem, arogancją, brakiem taktu i wulgarnymi manierami. Do Sejmu po dwóch kadencjach nie kandydowała – mówiło się, że była zbyt dużym obciążeniem wizerunkowym dla PiS.

Oboje należą do najwierniejszych z wiernych żołnierzy PiSu, przy czym o ile w wypadku Pawłowicz może to wynikać z jej chorych poglądów i zadawnionych kompleksów, o tyle w przypadku Piotrowicza chodzi wyłącznie o wielki słój z konfiturami.

Wreszcie najdziwniejsza w tym towarzystwie Elżbieta Chojna-Duch. Najdziwniejsza, bo to osoba o znacznym dorobku zawodowym: wiceminister finansów w rządach Pawlaka i Tuska, przez pewien czas prorektor jednej z prywatnych uczelni, związana z PSL, z rekomendacji PSL wybrana do Rady Polityki Pieniężnej na kadencję 2010-16. Ale przed komisją Horały zeznawała to, co PiS chciał usłyszeć, nawet jeśli jej zeznaniom przeczyły przez nią samą podpisane dokumenty. Najwyraźniej odbiera teraz swoją nagrodę, a przy okazji być może ma to służyć umocnieniu tej frakcji w PSL, która chce współpracy z PiS.

Jednak przypadek Chojny-Duch mieści się w dotychczasowych standardach PiSu, jakkolwiek niewysokich. Przypadek Pawłowicz i Piotrowicza oznacza stoczenie się w jakąś niewyobrażalną otchłań pogardy dla państwa, prawa i przeciwników politycznych.

Gdy takie osoby zasiądą w Trybunale Konstytucyjnym, zostanie on skompromitowany i jeszcze bardziej zmarginalizowany. Opozycja, gdy kiedyś dojdzie do władzy, będzie go lekceważyła, czy to wynajdując kruczki prawne (dała nam przykład Beata Szydło), czy wprost ignorując orzeczenia tej grupy kolesi.

Ale Jarosławowi Kaczyńskiemu dokładnie o to chodzi: Nie udało mu się ani zdobyć większości potrzebnej do zmiany konstytucji, ani zniechęcić dużej grupy obywateli do jej obrony, postanowił więc ją ośmieszyć i wyszydzić, a wraz z konstytucją, wszystkich jej dotychczasowych obrońców: Tak żeście bronili konstytucji, no to teraz musicie wykonywać orzeczenia Trybunału z Piotrowiczem, Pawłowicz, odkryciem kulinarnym Julią „Wolfgangową” Przyłębską i dublerem sędziego Muszyńskim w składzie. Nie chcecie ich wykonywać? Ha, to wy łamiecie konstytucję, nie my!

Trybunału Konstytucyjnego w obecnym kształcie ustrojowym nic już nie uratuje. Trzeba będzie tę instytucję zlikwidować.

A na razie Jarosław Kaczyński – zły, złośliwy, zakompleksiony człowiek – cieszy się z upokorzenia obrońców konstytucji i z ich bezsilności. Cieszy się z tego, że w imię pogłaskania własnej próżności znów dał radę zaszkodzić Polsce, niszcząc i kompromitując Trybunał, który miał stać na straży naszych praw.

Nominacja Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz do Trybunału Konstytucyjnego jest jak naplucie w twarz. Tak? To ja pluję na wszystkich posłów, którzy za nimi zagłosują.

Biada nam, biada

Chciałbym być optymistyczny i napisać, że skoro Polska wytrzymała cztery lata rządów PiS, wytrzyma i następne cztery. Nie jestem tego jednak pewien. Szkody, jakie PiS wyrządzi, będą o wiele trudniejsze do odrobienia, niż dziś, zwłaszcza jeśli sytuacja międzynarodowa – gospodarcza, polityczna, klimatyczna – znacznie się pogorszy. Tego nie można wykluczyć, a rządzona przez PiS Polska nie jest na takie zdarzenia zupełnie przygotowana. Cztery lata dobrej koniunktury zostały dosłownie przejedzone, a z punktu widzenia Polski jako kraju, choć zapewne nie z punktu widzenia doraźnego interesu znacznych grup wyborców, zostały one zmarnowane. Biada nam, biada.

Pewne nadzieje daje Senat, gdzie wyniki nie są jeszcze znane i gdzie być może PiS nie uzyska bezwzględnej większości. Ale to słaba pociecha: Jeśli PIS nie uzyska w Senacie większości, spowolni to tylko jego walec, ale go nie zatrzyma. Poza tym PiS z pewnością będzie próbował podkupywać (korumpować) poszczególnych senatorów.

Cieszy wysoka, jak na Polskę, frekwencja oraz lepszy od oczekiwań wynik PSL. Martwi za to wynik Konfederacji.

Po raz kolejny potwierdza się, że można wygrywać w wielkich miastach, ale bez poparcia prowincji nie da się wygrać w skali całego kraju. Z drugiej strony widać jednak, że nawet gdy państwowe media są ordynarną tubą propagandową partii rządzącej a budżet państwa jest budżetem wyborczym partii, nie da się kupić większości wyborców.

Jeśli chodzi o bieżącą politykę, spodziewam się, że do wyborów prezydenckich PiS będzie pławił się w tryumfie, kontynuował propagandę sukcesu i jeszcze bardziej zwiększał rozdawnictwo, a po nich, niezależnie od wyników, przestanie nawet udawać, że się losem Polski przejmuje: après nous, le déluge.

Jedno wszakże chciałbym wyraźnie powiedzieć: O ile cztery lata temu ktoś mógł żywić złudzenia, że PiSowi istotnie chodzi o „dobrą zmianę”, o zmienianie losu Polski na lepsze, to teraz, po czterech latach rządów tej formacji, jeśli ktoś na nich głosował, to głosował świadomie, wiedząc, co ta partia robi i do czego dąży. Jeśli więc, czego się szczerze obawiam, świat nam się zacznie walić na głowę, wy, wyborcy PiSu, nie będziecie mieli prawa do narzekania.

Mamy, nie mamy, mamy

Mamy dom publiczny w kamienicy prezesa NIK, hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości, Air Kuchciński, podwójny rocznik w szkołach, ludzi umierających w kolejkach na SOR, aferę podkarpacką, działki premiera, ginące dowody w sprawie wypadku Szydło, dwie wieże, kopertę dla księdza, bank za złotówkę, dwórki Glapińskiego, odkrycie towarzyskie, nielegalnie stawiane pomniki, pieniądze, które im się po prostu należały, córkę leśniczego, zabarykadowany Sejm, aferę SKOKów, setki niekompetentnych nominatów na lukratywnych posadach, dwieście milionów dla Rydzyka, kampanię za pieniądze z PCK, nocne zaprzysięganie sędziów, ułaskawienia przed wyrokiem i zapłakane kuzynki.

Nie mamy, choć nam obiecywano, biliona złotych na inwestycje, 25% stopy inwestycji, miliona samochodów elektrycznych, stu tysięcy mieszkań, helikopterów dla wojska, pół miliarda drzew i wraku samolotu.

Poza tym mamy zrujnowaną pozycję międzynarodową, opinię hamulcowego w sprawach ochrony klimatu, rządowe samoloty kupione bez przetargu, gnijące dary dla uchodźców w Syrii. Po raz pierwszy, po wielu latach, mamy wzrost poziomu skrajnego ubóstwa, spadek średniej długości życia, okresowe braki lekarstw, najmniej lekarzy na 1000 mieszkańców w Unii Europejskiej, dwadzieścia oddziałów szpitalnych zamykanych co miesiąc, wydłużające się kolejki, pensje ratowników medycznych, rehabilitantów i początkujących nauczycieli na poziomie minimalnej pensji ustawowej. Faktycznie nie mamy psychiatrii dziecięcej. Mamy miliardowe dotacje do publicznej telewizji. Mamy przeładowane, niespójne programy szkolne i samorządy, którym władza centralna odbiera kolejne środki, zmuszając je jednocześnie do coraz większego dotowania oświaty. Mamy partyjnych nominatów w KRS i coraz dłuższy czas oczekiwania na rozstrzygnięcie sprawy sądowej. Podobno mamy węgla na 200 lat, ale mamy rosnący import węgla z Rosji, a do tego smog. Zniszczyliśmy OZE. Mamy susze, powodzie i mocarstwowe plany przekształcania rzek w kanały transportowe, nie mamy za to realistycznych planów gospodarki wodnej. Mamy sztucznie zamrożone ceny energii, rozpadającą się infrastrukturę energetyczną, plany budowy największej elektrowni węglowej i, pomimo stepowienia środkowej Polski, plany budowy gigantycznej odkrywki węgla brunatnego. Nie mamy śledztwa w sprawie Falenty ani udziału służb specjalnych w warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej, mamy zepsute światło przy celi ważnego świadka, prokuraturę, która pomimo błagań rodzin, zarządzała ekshumacje ofiar wypadku pod Smoleńskiem, ale odmówiła powtórnej sekcji zwłok Kosteckiego i przez siedem miesięcy po upłynięciu ustawowego terminu nie podejmuje decyzji w sprawie Srebrnej. Nie mamy doświadczonych dowódców wojskowych. Mamy plany zakupu arcydrogiego uzbrojenia w USA, a tymczasem przemalowujemy stare czołgi, Marynarka Wojenna dogorywa, ale mamy za to obietnice, że przyjedzie do nas więcej żołnierzy amerykańskich, za co będziemy musieli słono zapłacić. Nie mamy transportu publicznego docierającego do mniejszych miejscowości, ale mamy korki na nowooddanym odcinku drogi ekspresowej. Mamy masowe wycinki w Puszczy Białowieskiej i Karpackiej, nie mamy za to światowej sławy stadnin koni.

Ale proszę nie zapominać, że Platforma jadła ośmiorniczki, a Sławomir Neumann brzydko wyrażał się o działaczach z Tczewa.

Krótki przewodnik wyborczy

Wybory 13 października nie będą zwykłymi wyborami. Nie będziemy po prostu decydować kto ma rządzić i realizować swój program, będziemy decydować o cywilizacyjnej przyszłości Polski. Czy Polska będzie się starać zostać zwykłym europejskim krajem, czy też stanie się żałosną, anachroniczną autokracją, wydobywającą z polskich mitów i kompleksów to, co najgorsze i utrwalającą peryferyjną pozycję wobec reszty świata? Tę pierwszą opcję reprezentują trzy koalicje demokratyczne: KO, Lewica i PSL, tę drugą PiS.

Na którą z koalicji demokratycznych powinieneś lub powinnaś zagłosować?

5. Jeśli przede wszystkim chcesz odsunąć PiS od władzy, gdyż wiesz, że jest to warunek konieczny jakichkolwiek zmian na lepsze, a znasz przy tym konsekwencje przeliczania głosów na mandaty metodą d’Hondta, głosuj na KO jako na najsilniejszą z sił demokratycznych

1. Jeśli religia i tradycja są dla ciebie bardzo ważne, ale jesteś demokratą i zwolennikiem integracji z UE, głosuj na PSL. Głosuj na PSL także wtedy, gdy jesteś rolnikiem produkującym na rynek, a nie tylko mieszkańcem wsi.

3. Jeśli za rzecz najważniejszą uważasz emancypację grup uciśnionych lub też sądzisz, że w Polsce panuje horrendalne rozwarstwienie ekonomiczne i społeczne, głosuj na Lewicę.

5. Jeśli uważasz, że oprócz przywrócenia praworządności, należy też zadbać o interesy osób faktycznie wytwarzających dochód narodowy – pracodawców i pracowników – a prawa mniejszościowych grup uciśnionych są ważne, ale nie aż tak ważne, głosuj na KO.

Jeśli jesteś skrajnym prawicowcem, religijnym fundamentalistą, jeśli uważasz, że Żydzi, Niemcy, sędziowie, lekarze, nauczyciele i brukselscy urzędnicy spiskują przeciwko Polsce, nie idź na wybory. Zostań w domu.