Potwarz

PiS ogłosił, że jego kandydatami na zwalniające się w grudniu trzy stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego będą Stanisław Piotrowicz, Krystyna Pawłowicz i Elżbieta Chojna-Duch.

Jest to potwarz, zniewaga nie tylko dla Trybunału Konstytucyjnego, ale dla samej konstytucji i dla wszystkich, którzy protestowali przeciwko jej łamaniu.

Stanisław Piotrowicz to oportunista pozbawiony jakichkolwiek poglądów. Działacz PZPR, prokurator stanu wojennego, po 1990 obrońca księdza-pedofila, a w ubiegającej kadencji Sejmu twarz PiSowskich zmian w prawie: niezgodnych z konstytucją, przeprowadzanych z wielokrotnym naruszeniem Regulaminu Sejmu, w dodatku niechlujnych, wymagających błyskawicznych nowelizacji. Kandydował do Sejmu, ale był nie do przyjęcia nawet dla wyborców PiS z jego okręgu, którzy oddali więcej głosów na kandydatów umieszczonych niżej na liście.

Krystyna Pawłowicz to prawniczka i wykładowca prawa, jakich wiele. Wyróżnia się jedynie grubiaństwem, arogancją, brakiem taktu i wulgarnymi manierami. Do Sejmu po dwóch kadencjach nie kandydowała – mówiło się, że była zbyt dużym obciążeniem wizerunkowym dla PiS.

Oboje należą do najwierniejszych z wiernych żołnierzy PiSu, przy czym o ile w wypadku Pawłowicz może to wynikać z jej chorych poglądów i zadawnionych kompleksów, o tyle w przypadku Piotrowicza chodzi wyłącznie o wielki słój z konfiturami.

Wreszcie najdziwniejsza w tym towarzystwie Elżbieta Chojna-Duch. Najdziwniejsza, bo to osoba o znacznym dorobku zawodowym: wiceminister finansów w rządach Pawlaka i Tuska, przez pewien czas prorektor jednej z prywatnych uczelni, związana z PSL, z rekomendacji PSL wybrana do Rady Polityki Pieniężnej na kadencję 2010-16. Ale przed komisją Horały zeznawała to, co PiS chciał usłyszeć, nawet jeśli jej zeznaniom przeczyły przez nią samą podpisane dokumenty. Najwyraźniej odbiera teraz swoją nagrodę, a przy okazji być może ma to służyć umocnieniu tej frakcji w PSL, która chce współpracy z PiS.

Jednak przypadek Chojny-Duch mieści się w dotychczasowych standardach PiSu, jakkolwiek niewysokich. Przypadek Pawłowicz i Piotrowicza oznacza stoczenie się w jakąś niewyobrażalną otchłań pogardy dla państwa, prawa i przeciwników politycznych.

Gdy takie osoby zasiądą w Trybunale Konstytucyjnym, zostanie on skompromitowany i jeszcze bardziej zmarginalizowany. Opozycja, gdy kiedyś dojdzie do władzy, będzie go lekceważyła, czy to wynajdując kruczki prawne (dała nam przykład Beata Szydło), czy wprost ignorując orzeczenia tej grupy kolesi.

Ale Jarosławowi Kaczyńskiemu dokładnie o to chodzi: Nie udało mu się ani zdobyć większości potrzebnej do zmiany konstytucji, ani zniechęcić dużej grupy obywateli do jej obrony, postanowił więc ją ośmieszyć i wyszydzić, a wraz z konstytucją, wszystkich jej dotychczasowych obrońców: Tak żeście bronili konstytucji, no to teraz musicie wykonywać orzeczenia Trybunału z Piotrowiczem, Pawłowicz, odkryciem kulinarnym Julią „Wolfgangową” Przyłębską i dublerem sędziego Muszyńskim w składzie. Nie chcecie ich wykonywać? Ha, to wy łamiecie konstytucję, nie my!

Trybunału Konstytucyjnego w obecnym kształcie ustrojowym nic już nie uratuje. Trzeba będzie tę instytucję zlikwidować.

A na razie Jarosław Kaczyński – zły, złośliwy, zakompleksiony człowiek – cieszy się z upokorzenia obrońców konstytucji i z ich bezsilności. Cieszy się z tego, że w imię pogłaskania własnej próżności znów dał radę zaszkodzić Polsce, niszcząc i kompromitując Trybunał, który miał stać na straży naszych praw.

Nominacja Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz do Trybunału Konstytucyjnego jest jak naplucie w twarz. Tak? To ja pluję na wszystkich posłów, którzy za nimi zagłosują.

Biada nam, biada

Chciałbym być optymistyczny i napisać, że skoro Polska wytrzymała cztery lata rządów PiS, wytrzyma i następne cztery. Nie jestem tego jednak pewien. Szkody, jakie PiS wyrządzi, będą o wiele trudniejsze do odrobienia, niż dziś, zwłaszcza jeśli sytuacja międzynarodowa – gospodarcza, polityczna, klimatyczna – znacznie się pogorszy. Tego nie można wykluczyć, a rządzona przez PiS Polska nie jest na takie zdarzenia zupełnie przygotowana. Cztery lata dobrej koniunktury zostały dosłownie przejedzone, a z punktu widzenia Polski jako kraju, choć zapewne nie z punktu widzenia doraźnego interesu znacznych grup wyborców, zostały one zmarnowane. Biada nam, biada.

Pewne nadzieje daje Senat, gdzie wyniki nie są jeszcze znane i gdzie być może PiS nie uzyska bezwzględnej większości. Ale to słaba pociecha: Jeśli PIS nie uzyska w Senacie większości, spowolni to tylko jego walec, ale go nie zatrzyma. Poza tym PiS z pewnością będzie próbował podkupywać (korumpować) poszczególnych senatorów.

Cieszy wysoka, jak na Polskę, frekwencja oraz lepszy od oczekiwań wynik PSL. Martwi za to wynik Konfederacji.

Po raz kolejny potwierdza się, że można wygrywać w wielkich miastach, ale bez poparcia prowincji nie da się wygrać w skali całego kraju. Z drugiej strony widać jednak, że nawet gdy państwowe media są ordynarną tubą propagandową partii rządzącej a budżet państwa jest budżetem wyborczym partii, nie da się kupić większości wyborców.

Jeśli chodzi o bieżącą politykę, spodziewam się, że do wyborów prezydenckich PiS będzie pławił się w tryumfie, kontynuował propagandę sukcesu i jeszcze bardziej zwiększał rozdawnictwo, a po nich, niezależnie od wyników, przestanie nawet udawać, że się losem Polski przejmuje: après nous, le déluge.

Jedno wszakże chciałbym wyraźnie powiedzieć: O ile cztery lata temu ktoś mógł żywić złudzenia, że PiSowi istotnie chodzi o „dobrą zmianę”, o zmienianie losu Polski na lepsze, to teraz, po czterech latach rządów tej formacji, jeśli ktoś na nich głosował, to głosował świadomie, wiedząc, co ta partia robi i do czego dąży. Jeśli więc, czego się szczerze obawiam, świat nam się zacznie walić na głowę, wy, wyborcy PiSu, nie będziecie mieli prawa do narzekania.

Mamy, nie mamy, mamy

Mamy dom publiczny w kamienicy prezesa NIK, hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości, Air Kuchciński, podwójny rocznik w szkołach, ludzi umierających w kolejkach na SOR, aferę podkarpacką, działki premiera, ginące dowody w sprawie wypadku Szydło, dwie wieże, kopertę dla księdza, bank za złotówkę, dwórki Glapińskiego, odkrycie towarzyskie, nielegalnie stawiane pomniki, pieniądze, które im się po prostu należały, córkę leśniczego, zabarykadowany Sejm, aferę SKOKów, setki niekompetentnych nominatów na lukratywnych posadach, dwieście milionów dla Rydzyka, kampanię za pieniądze z PCK, nocne zaprzysięganie sędziów, ułaskawienia przed wyrokiem i zapłakane kuzynki.

Nie mamy, choć nam obiecywano, biliona złotych na inwestycje, 25% stopy inwestycji, miliona samochodów elektrycznych, stu tysięcy mieszkań, helikopterów dla wojska, pół miliarda drzew i wraku samolotu.

Poza tym mamy zrujnowaną pozycję międzynarodową, opinię hamulcowego w sprawach ochrony klimatu, rządowe samoloty kupione bez przetargu, gnijące dary dla uchodźców w Syrii. Po raz pierwszy, po wielu latach, mamy wzrost poziomu skrajnego ubóstwa, spadek średniej długości życia, okresowe braki lekarstw, najmniej lekarzy na 1000 mieszkańców w Unii Europejskiej, dwadzieścia oddziałów szpitalnych zamykanych co miesiąc, wydłużające się kolejki, pensje ratowników medycznych, rehabilitantów i początkujących nauczycieli na poziomie minimalnej pensji ustawowej. Faktycznie nie mamy psychiatrii dziecięcej. Mamy miliardowe dotacje do publicznej telewizji. Mamy przeładowane, niespójne programy szkolne i samorządy, którym władza centralna odbiera kolejne środki, zmuszając je jednocześnie do coraz większego dotowania oświaty. Mamy partyjnych nominatów w KRS i coraz dłuższy czas oczekiwania na rozstrzygnięcie sprawy sądowej. Podobno mamy węgla na 200 lat, ale mamy rosnący import węgla z Rosji, a do tego smog. Zniszczyliśmy OZE. Mamy susze, powodzie i mocarstwowe plany przekształcania rzek w kanały transportowe, nie mamy za to realistycznych planów gospodarki wodnej. Mamy sztucznie zamrożone ceny energii, rozpadającą się infrastrukturę energetyczną, plany budowy największej elektrowni węglowej i, pomimo stepowienia środkowej Polski, plany budowy gigantycznej odkrywki węgla brunatnego. Nie mamy śledztwa w sprawie Falenty ani udziału służb specjalnych w warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej, mamy zepsute światło przy celi ważnego świadka, prokuraturę, która pomimo błagań rodzin, zarządzała ekshumacje ofiar wypadku pod Smoleńskiem, ale odmówiła powtórnej sekcji zwłok Kosteckiego i przez siedem miesięcy po upłynięciu ustawowego terminu nie podejmuje decyzji w sprawie Srebrnej. Nie mamy doświadczonych dowódców wojskowych. Mamy plany zakupu arcydrogiego uzbrojenia w USA, a tymczasem przemalowujemy stare czołgi, Marynarka Wojenna dogorywa, ale mamy za to obietnice, że przyjedzie do nas więcej żołnierzy amerykańskich, za co będziemy musieli słono zapłacić. Nie mamy transportu publicznego docierającego do mniejszych miejscowości, ale mamy korki na nowooddanym odcinku drogi ekspresowej. Mamy masowe wycinki w Puszczy Białowieskiej i Karpackiej, nie mamy za to światowej sławy stadnin koni.

Ale proszę nie zapominać, że Platforma jadła ośmiorniczki, a Sławomir Neumann brzydko wyrażał się o działaczach z Tczewa.

Krótki przewodnik wyborczy

Wybory 13 października nie będą zwykłymi wyborami. Nie będziemy po prostu decydować kto ma rządzić i realizować swój program, będziemy decydować o cywilizacyjnej przyszłości Polski. Czy Polska będzie się starać zostać zwykłym europejskim krajem, czy też stanie się żałosną, anachroniczną autokracją, wydobywającą z polskich mitów i kompleksów to, co najgorsze i utrwalającą peryferyjną pozycję wobec reszty świata? Tę pierwszą opcję reprezentują trzy koalicje demokratyczne: KO, Lewica i PSL, tę drugą PiS.

Na którą z koalicji demokratycznych powinieneś lub powinnaś zagłosować?

5. Jeśli przede wszystkim chcesz odsunąć PiS od władzy, gdyż wiesz, że jest to warunek konieczny jakichkolwiek zmian na lepsze, a znasz przy tym konsekwencje przeliczania głosów na mandaty metodą d’Hondta, głosuj na KO jako na najsilniejszą z sił demokratycznych

1. Jeśli religia i tradycja są dla ciebie bardzo ważne, ale jesteś demokratą i zwolennikiem integracji z UE, głosuj na PSL. Głosuj na PSL także wtedy, gdy jesteś rolnikiem produkującym na rynek, a nie tylko mieszkańcem wsi.

3. Jeśli za rzecz najważniejszą uważasz emancypację grup uciśnionych lub też sądzisz, że w Polsce panuje horrendalne rozwarstwienie ekonomiczne i społeczne, głosuj na Lewicę.

5. Jeśli uważasz, że oprócz przywrócenia praworządności, należy też zadbać o interesy osób faktycznie wytwarzających dochód narodowy – pracodawców i pracowników – a prawa mniejszościowych grup uciśnionych są ważne, ale nie aż tak ważne, głosuj na KO.

Jeśli jesteś skrajnym prawicowcem, religijnym fundamentalistą, jeśli uważasz, że Żydzi, Niemcy, sędziowie, lekarze, nauczyciele i brukselscy urzędnicy spiskują przeciwko Polsce, nie idź na wybory. Zostań w domu.

Nietykalny

Panu Zbyszkowi wydaje się, że jest nietykalny. Parafrazując Cezarego Michalskiego, dopóki pan Zbyszek pilnuje, żeby Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki i reszta PiS stali ponad prawem, oni pilnują, żeby ponad prawem stał pan Zbyszek.

Lub też inaczej: Pan Zbyszek wygląda na osobę, która skrzętnie gromadzi papiery, dokumenty, niejawne materiały mogące kiedyś posłużyć jako „haki”. Pan Zbyszek z pewnością ma papiery na Jarosława Kaczyńskiego (dwie wieże), Mateusza Morawieckiego (działki) i Mariusza Kamińskiego (reprywatyzacja), a na Andrzeja Dudę i resztę towarzystwa przypuszczam, że też. Kaczyński, Morawiecki, Kamiński, Duda i reszta towarzystwa wiedzą, że pan Zbyszek, spadając, mógłby ich samych pociągnąć w dół, a przynajmniej poturbować. Dopóki więc będzie można udawać, że pan Zbyszek w aferę Piebiaka nie był zamieszany lub też nie okaże się, że pan Zbyszek jest jednak zbyt wielkim obciążeniem wizerunkowym, dadzą mu spokój, bo wtedy on da spokój im.

Jest to układ mafijny.

Sam pan Zbyszek udaje teraz ministra entuzjastycznego, choć niekompetentnego, który nie wiedział, co w jego Ministerstwie wyprawiał jeden z jego najbliższych współpracowników. Lepsze to niż przyznanie, że o wszystkim wiedział, ale nie reagował, bo to oznaczałoby zarzuty karne dla samego pana Zbyszka. Nie wiadomo zresztą, czy prokuratura robi cokolwiek w sprawie hejterów, wykradających w dodatku i upubliczniających dane wrażliwe dotyczące innych sędziów. Domyślam się, że prokuratura nie robi nic.

Gdy wybuchła afera Piebiaka, PiS i Ministerstwo Sprawiedliwości przez kilka dni milczeli, aż w końcu wymyślili, żeby przedstawiać aferę jako kolejny dowód głębokiego zepsucia, demoralizacji środowiska sędziowskiego – a właśnie zepsucie środowiska sędziowskiego, „kasty”, było głównym uzasadnieniem dla PiSowskiej reformy. A w ogóle jest super, bo gdy afera wybuchła, to dwóch hejterów straciło pracę w Ministerstwie. W ten sposób PiS bez mała używa afery Piebiaka dla racjonalizowania ex post tego, co PiS robi z sądownictwem. Ale to tak nie działa. Po pierwsze, skoro środowisko jest zdemoralizowane, czemu PiS tak selektywnie wybiera jednostki szczególnie zdemoralizowane i awansuje je na wyższe stanowiska? Należałoby się przecież spodziewać, że w imię walki z demoralizacją, ta prawa i szlachetna partia będzie awansować prawych i szlachetnych, a najwyraźniej dzieje się wprost przeciwnie. Po drugie, w zestawieniu z obiektywnymi, mierzalnymi wskaźnikami, takimi jak średnia długość trwania postępowania, widać, że cała reforma sądownictwa niczego obywatelom nie dała. Po trzecie, przez zestawienie kilku afer, takich jak zniszczenie dowodów w sprawie wypadku Szydło, afera KNS i „bank za złotówkę”, działki Morawieckiego czy dwie wieże, widać, że beneficjentami zmian w sądownictwie są przede wszystkim wyżsi funkcjonariusze PiS.

Na pytanie, dlaczego PiS w ramach swojej reformy awansuje zdemoralizowane kreatury, można zresztą udzielić racjonalnej odpowiedzi: W każdej większej grupie ludzi znajdzie się trochę osób o kiepskiej kondycji moralnej. Jeśli środowisko się na nich pozna, nie będą mieli szansy na zrobienie karier normalną drogą, więc są gotowi zaprzedać duszę diabłu. A PiSowski diabeł ich przygarnia, awansuje i buduje z nich swoje „nowe elity”, bo przyzwoici i rozsądni ludzie z nimi współpracować nie chcą. I dzieje się tak nie tylko w sądownictwie, ale dosłownie w każdej dziedzinie, za którą PiS się bierze, od polityki zagranicznej, poprzez zarządzanie wielkimi spółkami państwowymi, aż po stadniny koni.

Symboliczny dla afery Piebiaka i dla całej kondycji państwa rządzonego przez PiS jest udział sędziego Arkadiusza Cichockiego. Został przez pana Zbyszka awansowany na stanowisko prezesa Sądu Okręgowego w Gliwicach, po czym nie tylko zajmował się udziałem w grupie hejterskiej, ale rozsyłał też zdjęcia swojego wzwiedzionego penisa kochance, żonie przyjaciela, głównej wykonawczyni hejtu przeciwko sędziom sprzeciwiającym się reformom pana Zbyszka, a także „mocno angażował się” w życie Kościoła. Proszę sobie to uzmysłowić: prezes sądu okręgowego rozsyła zdjęcia swojego penisa. O jakim poziomie kompromitacji my tu mówimy?! W Polsce PiS rządy prawa zostały zastąpione przez penis sędziego. Chciałbym, aby wyborcy wzięli to pod uwagę 13 października, także ci, którzy w 2015 głosowali na PiS.

List do arcybiskupa

O. Paweł Gużyński, dominikanin, zaapelował o pisanie listów do abp. Jędraszewskiego. Napisałem.

J.E.
Ks. prof. dr hab. Marek Jędraszewski
Arcybiskup Metropolita Krakowski

Ekscelencjo,

Piszę do Księdza w duchu ewangelicznego wezwania: Jeśliby twój brat zgrzeszył, to idź upomnij go w cztery oczy (Mt 18:15). Upominanie brata, który błądzi, jest moim chrześcijańskim obowiązkiem, nawet jeśli brat ten jest biskupem. Chciałbym, aby Ekscelencja rozważył swoje postępowanie i dostrzegł, że nie będąc zgodne z nauką Chrystusa, jest ono źródłem smutku i zgorszenia, zwłaszcza w związku z pełnioną przez Księdza funkcją. Chciałbym, aby zrezygnował Ksiądz z funkcji arcybiskupa metropolity krakowskiego. Niedawno skończył Ksiądz 70 lat. To dobra okazja, aby poprosić papieża o zdjęcie brzemienia prowadzenia diecezji z ramion. Mógłby Ksiądz odejść zachowując godność i szacunek wiernych, a może nawet zyskując szacunek części tych, którzy obecnie go Księdzu odmawiają. Mógłby Ksiądz wrócić do studiów nad Levinasem, którego był kiedyś Ksiądz wnikliwym komentatorem.

Bezpośrednim impulsem do napisania tego listu jest kazanie, w którym nazwał ksiądz osoby LGBT „tęczową zarazą”. Jakże to tak? Nazywanie kogoś zarazą to odczłowieczanie go, pozbawianie go godności Dziecka Bożego, chyba jeden z najcięższych grzechów, jakie może popełnić chrześcijanin. Całkowita moralna kompromitacja dla biskupa, kapłana, chrześcijanina i człowieka. Odczłowieczanie jakichś grup prowadziło do przemocy i okrutnych zbrodni – w hitlerowskich Niemczech, w Turcji, w Rwandzie, w Birmie i w tylu innych miejscach. W Polsce, ledwie kilka dni przed kazaniem Księdza, mieliśmy zdarzenia w Białymstoku, gdzie faszyzujący motłoch, bluźniąc Bogu (bo czym innym, niż bluźnierstwem, jest łączenie modlitw z najgorszymi przekleństwami?), lżył i fizycznie atakował uczestników tamtejszej Parady Równości, którzy nikomu nie zagrażali, zachowywali się pokojowo, po prostu byli. Nie godzi się, aby katolicki biskup uderzał w te tony. Gdzie ewangeliczny nakaz miłości bliźniego? Gdzie Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili (Mt 25:40)? Jeśli Ksiądz sądzi – błędnie, dopuszczam jednak, że ktoś w pomieszaniu, w niedostatecznym rozeznaniu świata, może tak uważać – że osoby LGBT samym swoim istnieniem zagrażają czy to Księdzu, czy to Polsce, czy to Kościołowi, winien Ksiądz wspomnieć na słowa Jezusa: Jeśli ktoś cię uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. A temu, kto się chce procesować z tobą i zabrać ci suknię, oddaj także płaszcz (Mt 5:39-40). Jak przeczytałem na pewnym portalu jezuickim, zdanie to oznacza, że „jeśli ktoś depcze największe i najświętsze twoje dobro, twój honor osobisty, nie reaguj tak, jak reagują wszyscy – rozlewem krwi, kalumnią, wytoczeniem procesu itd. – ale odpowiedz miłością, która pozwoli twemu przeciwnikowi zrozumieć, iż tak pragniesz jego dobra, że gotów jesteś poświęcić dla niego drugi twój policzek, to znaczy narazić na szwank dalszą twoją reputację.” Ksiądz tych ludzi nazywa zarazą, Jezus zaś nauczał: Dobrze mówcie o tych, którzy was przeklinają (Łk 6:28). I dalej: Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6:36).

Jeśli zaś Ksiądz twierdzi, że osoby LGBT knują, spiskują, planują podstępne działania, aby demoralizować ludzi, zwłaszcza dzieci, to przecież jest to wszystko nieprawda. Mówiąc takie rzeczy, grzeszy Ksiądz przeciwko Ósmemu Przykazaniu.

Wybrał sobie zresztą Ksiądz szczególny moment na wygłoszenie takiego kazania – rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Tymczasem, jak Ksiądz dobrze wie, to Trzecia Rzesza, z którą powstańcy walczyli, prześladowała homoseksualistów i wysyłała ich do obozów koncentracyjnych, natomiast w przedwojennej Polsce homoseksualizm nie był zakazany. Można więc powiedzieć, że powstańcy walczyli z tymi, którzy dopatrywali się w homoseksualizmie jakiegoś szczególnego zagrożenia i moralnej ohydy, w imię praw kraju, który homoseksualizm tolerował.

Ksiądz chyba wysoko ceni sobie rocznicę wybuchu Powstania. Oto cztery lata temu, jeszcze w katedrze łódzkiej, powiedział Ksiądz, że konwencja antyprzemocowa, ustawa o in vitro i ustawa o uzgadnianiu płci „mogą być uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło”. To ciekawe. Myśli Ksiądz, że powstańcy walczyli o prawo do bicia kobiet, o zakaz leczenia niepłodności i prawo do prześladowania homoseksualistów i osób transpłciowych? Albo że bez prawa do bicia i prześladowania innych Polska nie byłaby wolna? Ja tak nie uważam. Z chrześcijańskiego punktu widzenia przypominam, że Bóg zawarł przymierze ze wszystkimi ludźmi, a więc z homoseksualistami i osobami transpłciowymi też: przymierze wieczne, łączące mnie z każdą żywą istotą, z wszelkim ciałem na ziemi (Rdz 9:16). Skoro sam Bóg zawarł z nimi przymierze, jak śmie Ksiądz kwestionować prawo zakazujące ich prześladowania?

Mnie jednak w poglądach Księdza najbardziej przeszkadza co innego: rasizm. W roku 2013 w Pabianicach mówił Ksiądz tak: „Mogę sobie wyobrazić, że w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim – tu na terenie Europy – tak, jak dzisiaj Indianie w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać tego, kim są od strony biologicznej.” Przecież to jest rasizm. Czysty, stuprocentowy rasizm. Pamięta Ksiądz jeszcze, dlaczego nasz Kościół jest katholikos, Powszechny? Bo jest Kościołem wszystkich ludzi, bez względu na narodowość czy kolor skóry. Nie istnieje odtąd Żyd ani Grek (…) wszyscy bowiem stanowicie jedność w Jezusie Chrystusie (Gal 3:28), jak pisał Apostoł Narodów. Jakiż jest wobec tego sens rozważać „kim są narody od strony biologicznej”? W czym, dla katolika, biały miałby być lepszy, lub gorszy, lub w ogóle inny od nie-białego? Wszyscy jesteśmy Dziećmi Bożymi, dziełem Boga, z nadzieją na osiągnięcie zbawienia. Nawiasem mówiąc, historyczny Jezus, żyjący dwa tysiące lat temu Żyd z Galilei, był nie-biały. Osoba, która za swoje zawołanie biskupie wzięła Scire Christum, powinna to wiedzieć.

Całkiem niedawno, wiosną tego roku, przywołał Ksiądz przykład „sytuacji kardynała Pella” jako dowód na krytykę Kościoła i „łamanie praw człowieka”. Jak zapewne Ksiądz wie, chrześcijanie są prześladowani w wielu krajach: w Nigerii, Egipcie, Somalii, na Bliskim Wschodzie, w Pakistanie, na Sri Lance, w Chinach i gdzie indziej. Ubolewam, że polski Kościół prawie w ogóle nie wspomina o tych współcześnie prześladowanych świadkach Chrystusa. Większość z nich to ludzie biedni i nie-biali. Ekscelencja zaś za przykład prześladowania podaje oskarżanego o przestępstwa pedofilskie i sądzonego z wszelkimi rygorami prawa wykształconego, wpływowego i białego kard. George’a Pella. Nie nieszczęśników palonych żywcem w Nigerii, mordowanych i wypędzanych z domów w Syrii, wtrącanych do obozów pracy w Chinach, ale białego kard. Pella, szydząc w ten sposób z ofiary współczesnych męczenników. Wstyd, proszę Księdza, wielki wstyd.

I na koniec rzecz symboliczna. Kazał Ksiądz zamurować papieskie okno w Pałacu Arcybiskupim. Okno, przez które przemawiali do wiernych trzej kolejni papieże, Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek. Teraz już nie mieliby skąd przemawiać. To tak, jakby Ksiądz nie spodziewał się, nie oczekiwał, wręcz nie chciał kolejnej papieskiej podróży do Krakowa. Istotnie, nie sądzę, aby jakiś papież chciał odwiedzić diecezję rządzoną przez takiego biskupa.

Raz jeszcze apeluję do Księdza, aby zechciał rozważyć swoją dymisję. Modlę się do Boga o łaskę żalu za grzechy dla Ekscelencji i o dar rozumu.

Z należnymi wyrazami,

Wszystkie loty ogrodnika

W aferze wokół lotów marszałka Kuchcińskiego jest kilka rzeczy, które budzą oburzenie: Sama niesłychana rozrzutność, trwonienie publicznych pieniędzy na bardzo liczne niepotrzebne loty i, dodajmy, jednoczesny przejazd limuzyny z Warszawy, żeby mogła odebrać marszałka z lotniska. Zabieranie rodziny na pokład. Początkowe kłamstwa Kancelarii Sejmu, że nic takiego nie miało miejsca i stopniowe – niechętne, niepełne – przyznawanie się do kolejnych wybryków w miarę tego, jak dziennikarze i posłowie opozycji ujawniali prawdę. Domniemanie, że niektóre loty miały charakter czysto prywatny (lot śmigłowcem na wesele chrześnicy, lot luksusowym samolotem na narty). Bałagan przy organizacji lotów, nagminne zgłaszanie ich „w trybie nagłym”, co potencjalnie mogło zagrozić bezpieczeństwu lotów. To, że dokumentacja większości lotów zaginęła (została zniszczona). Wreszcie buta technika-ogrodnika, bo takie jest wykształcenie pana marszałka, który uważa, że jemu się te loty po prostu należały. Kuchciński mówi bowiem

przyjąłem model pracy marszałka, który działa nie tylko na forum izby poselskiej w budynku Sejmu w Warszawie, ale także pracuje aktywnie w kraju i za granicą […] Takich spotkań od początku kadencji odbyło się ponad 900. Niejednokrotnie kilka dziennie, w tym w soboty i w niedziele. Uczestnictwo w wielu z nich wymagało korzystania ze specjalnego transportu lotniczego

Innymi słowy, marszałek jest aktywny, chce się spotykać z ludźmi, a skoro może latać rządowymi samolotami, no to lata i sam ten fakt nie powinien budzić kontrowersji. Kuchciński nie widzi niczego niestosownego w rozbijaniu się po Polsce, w tym w niezwykle licznych lotach w swoje rodzinne strony na koszt państwa. A to, że zabierał na pokład żonę i dzieci, to, według Kuchcińskiego, drobne uchybienie, bo przecież samolot i tak leciał, gdyż Kuchciński latać miał prawo.

Otóż nie. Nie miał prawa. Być może nie jest to jasno zapisane w przepisach, ale marszałek Sejmu może korzystać z marszałkowskich przywilejów wtedy, gdy sprawuje swoją oficjalną funkcję, czyli reprezentuje Sejm. Jeśli wykonuje normalne obowiązki poselsko-partyjne – spotyka się z wyborcami w swoim okręgu, podejmuje interwencje poselskie, uświetnia swoją osobą lokalne wydarzenia, promując w ten sposób siebie i swoją partię, wreszcie uczestniczy w partyjnych imprezach i w kampanii wyborczej – może korzystać z uprawnień posła (kilometrówka, darmowe przejazdy komunikacją publiczną, w tym chyba darmowe loty samolotami rejsowymi), ale nie marszałka. No dobrze, ponieważ marszałkiem jest stale, przysługuje mu ochrona i prawo do korzystania z limuzyny, ale nie transportu lotniczego. Wykorzystywanie szczególnych przywilejów związanych z pełnioną funkcją do celów polityki partyjnej w tym sensie, że to budżet państwa ponosi koszta, jest nadużyciem i sprzeniewierzeniem środków publicznych. Ba, uważam, że jeśli marszałek bierze udział w kampanii wyborczej lub w imprezach organizowanych przez jego partię polityczną, koszta uczestnictwa, w tym koszta podróży i ochrony, powinny spadać na komitet wyborczy lub centralę partyjną, nie na Kancelarię Sejmu. Jeśli organizatorów stać na komercyjne wynajęcie rządowego samolotu, proszę bardzo, ale płacą oni, a nie Polska. To samo dotyczy zresztą premiera, ministrów i innych wysokich urzędników państwowych.

Gdy wiele lat temu byłem w Kanadzie, wiadomo było, że nadchodzą wybory powszechne. Kanada to duży kraj, ówczesna pani premier odwlekała ogłoszenie wyborów, a tymczasem latała z miejsca na miejsce wzdłuż i wszerz, korzystając z rządowego samolotu. Prasa pisała, że gdyby ogłosiła wybory, za jej podróże musiałby płacić komitet wyborczy jej partii, a przed ogłoszeniem wyborów mogła udawać, że lata sprawując funkcję premiera, choć wszyscy doskonale wiedzieli, że promuje siebie i swoją partię.

Partia owej kanadyjskiej premier wybory sromotnie przegrała. Oby była to wróżba dla Polski.

Walka precla z obwarzankiem

W pewnym zakątku internetu, który odwiedzam, toczy się spór o to, czy na znany krakowski wypiek powinno się mówić „precel”, czy „obwarzanek”. Nawet jeśli zgodzimy się, że ten wypiek, z racji technologii produkcji, jest obwarzankiem – ciasto, po uformowaniu, a przed wypieczeniem, jest obgotowywane we wrzącej wodzie – pytanie o to, jak się powinno ten wypiek nazywać, jaki jest stary „krakoski” usus, pozostaje zasadne.

Ja opowiedziałem się za obwarzankiem, ale muszę przyznać, że mam pewien kłopot. Ja krakowskie i galicyjskie regionalizmy znam, ale nie mam ich zinternalizowanych. Ja nawet nie mówię, że wychodzę „na pole”! Oczywiście nie mówię, że wychodzę „na dwór”, to byłaby abominacja: mówię, że wychodzę „na zewnątrz” 🙂 Umiem powiedzieć „szklanka” czy „wisienka” tak, żeby Warszawiacy nie zrozumieli, ale na co dzień mówię tak, jak oni. Ale małe, granatowe owoce leśne, na które właśnie jest sezon, nazywam wyłącznie „borówkami”, a ich rzadziej spotykanych czerwonych kuzynów „brusznicami”.

Urodziłem się w Krakowie, ale nie pochodzę „ze starej krakowskiej rodziny”. Moi rodzice pochodzili z Galicji, ale z jej różnych części, w dodatku z bardzo różnych przed wojną środowisk. Mamę do Krakowa rzuciła zawierucha wojenna, tato przyjechał na studia i oboje już tu zostali, choć mama do końca życia nie uważała Krakowa za swoje miasto, czuła się uchodźcą spod Drohobycza. Moi rodzice byli polonistami i przykładali niesłychaną wagę do poprawności językowej, w tym leksykalnej, także w mowie potocznej. I pewnie dlatego mam taki problem z krakowskimi regionalizmami.

Jeśli zaś chodzi o tenże wypiek, to moja mama mówiła „precel”, a tato poprawiał, że to jest „obwarzanek”. Ojciec mojej mamy skończył Politechnikę Lwowską, a we Lwowie były precle, więc dla mamy to słowo było naturalne. Mój tato, biedne chłopskie dziecko spod Nowego Sącza, znał obwarzanki.

Wydaje mi się, że z preclem/obwarzankiem mogło być tak: Gdy Kraków znalazł się w zaborze austriackim, przybyli tu Austriacy zaczęli nazywać regionalny wypiek tak, jak podobny wypiek, który znali. Podobnie zapewne z czasem zaczęli mówić Polacy, którzy jeździli do Wiednia lub w ten czy w inny sposób zadawali się z władzą, a więc także całe mieszczaństwo. Dlatego krakauerską tradycją może być „precel”, choć podkrakowskie wsie używały tradycyjnej – i poprawnej – nazwy „obwarzanek”.

O plakatach wyborczych

Wczoraj wycieczkowo-turystycznie pojeździłem trochę po niewielkich miejscowościach pogranicza województw małopolskiego i świętokrzyskiego. Wszędzie wiszą plakaty kandydatów startujących w majowych wyborach do PE. Patryk Jaki na dosłownie co drugim słupie i płocie, gdzieniegdzie Szydło, w jednym miejscu widziałem baner innego kandydata PiSu i też w jednym miejscu ładną i dużą tablicę Jarubasa. Zgodnie z prawem, wszystkie te materiały już dawno temu powinny były być uprzątnięte, bo teraz już tylko zaśmiecają przestrzeń publiczną, ale ja nie o tym.

Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomą, która była społecznym obserwatorem wyborów samorządowych w niewielkiej małopolskiej miejscowości w 2018. Ludzie tam bardzo przejmowali się wyborem wójta, bo wójt może wiele: decyduje o sprawach co prawda lokalnych, ale mających duże znaczenie dla tamtejszych mieszkańców. Z takich samych powodów ważne też były wybory do rady gminy. Wyborami do rady powiatu i sejmiku wojewódzkiego ludzie przejmowali się mniej, właściwie było im wszystko jedno, na kogo zagłosują. I jak się okazało, prawie wszystkie głosy do sejmiku wojewódzkiego zebrała kandydatka, która nigdy się w tej miejscowości nie pokazała, o której nikt właściwie nie umiał niczego powiedzieć, ale jej plakat wyborczy, jako jedyny, tam wisiał. Była to kandydatka z PiSu, ale zdaniem mojej rozmówczyni, wśród tamtejszych wyborców zdecydowało głównie to, że jej nazwisko, jako jedynej znali, a mogli przy tym powiedzieć, że ta kandydatka się stara, bo przynajmniej swoje plakaty powiesiła.

Ani plakatów Koalicji Obywatelskiej, ani PSL w tej miejscowości nie było.

Myślę, że partie opozycyjne, niezależnie, w ilu blokach pójdą, nie powinny popełnić tego błędu. Plakaty opozycyjnych kandydatów powinny wisieć i w tych miejscowościach, które dotąd głosowały na PiS. Wybory do sejmików wojewódzkich są, w pewnym sensie, w oczach wyborców najmniej ważne, wybory do Sejmu (i Senatu!) mają inną dynamikę, ale tu i ówdzie efekt zapamiętania nazwiska może zadziałać. Przede wszystkim zaś uniknie się fatalnego wrażenia, że opozycja lekceważy prowincję i nawet nie chce się jej przedstawić. To bowiem tylko ułatwiłoby PiSowi opowieść, że opozycja to oderwane od ludu elity, które nieledwie gardzą „zwykłymi Polkami i Polakami”. Przykład Elżbiety Łukacijewskiej pokazuje, że kandydaci Koalicji Obywatelskiej, którzy nie boją się kontaktów z mieszkańcami mniejszych miejscowości, mogą zdobyć mandat nawet w „mateczniku PiSu”. Oczywiście mogą, ale nie muszą, ale jeśli nie będą próbować, to na pewno nie zdobędą.

Park Zdrojowy w Busku Zdroju

Kulminacja

Przeżywamy wizualną kulminację katastrofalnej anty-reformy („deformy”) oświaty dokonanej przez PiS: Wiele dzieci z „podwójnego rocznika” nie dostało się do szkół ponadpodstawowych. Nie tylko do wybranych, wymarzonych szkół ponadpodstawowych, ale do żadnej szkoły. Na prowincji nie jest źle, w mniejszych i średnich miastach jako-tako, ale w dużych miastach jest tragedia: w Warszawie i Poznaniu do żadnej szkoły nie dostało się ponad trzy tysiące uczniów, w Krakowie dwa i pół tysiąca, we Wrocławiu półtora tysiąca, w Gdańsku i w Rzeszowie ponad tysiąc.

Dla zdecydowanej większości z tych uczniów jakieś miejsca w końcu się znajdą: Dyrektorzy liceów i techników, na polecenie władz swoich miast, kreują nowe klasy i powiększają, niechby o dosłownie kilka osób, te zaplanowane. Są też wolne miejsca w mniej popularnych technikach i w szkołach zawodowych, zwanych obecnie branżowymi. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro od lat narzekam, że w Polsce zbyt dużo młodych ludzi idzie na studia, zwłaszcza na masowe kierunki społeczno-humanistyczne w bardzo słabych uczelniach, powinienem się cieszyć, że w tym roku dużo młodzieży pójdzie do szkół zawodowych. Nic podobnego. Owszem, byłoby dobrze, gdyby dużo uczniów chciało – podkreślam: chciało – iść do szkół zawodowych. Gdy taki wybór zostaje im narzucony lub gdy jest wynikiem splotu przypadkowych okoliczności, raczej nic dobrego z tego nie wyniknie. Spowoduje to głównie frustrację, jeśli nie życiowe dramaty u setek młodych ludzi.

Dla pomysłodawców i wykonawców deformy, a więc przede wszystkim dla Jarosława Kaczyńskiego (przypominam, że to jest zły człowiek, któremu sprawia radość wyrządzanie krzywdy innym), dla arcygłupiej byłej minister Anny Zalewskiej, dla obecnego ministra Dariusza Piontkowskiego, dla wszystkich przygłupów i karierowiczów w kuratoriach, dla premierów Szydło i Morawieckiego i dla dr. Dudy, którzy swoim urzędowym autorytetem te zmiany firmowali, mam wyłącznie słowa oburzenia i pogardy [—]. Apologetom PiSowskiej reformy, którzy popierali ją bezrozumnie, tylko dlatego, że wprowadza ją dobra zmiana, mówię: Opamiętajcie się!

Niesłychanie obłudne są zabiegi PiSu, aby odpowiedzialność za katastrofę podwójnego rocznika przerzucić na samorządy. Tak, to samorządy organizują system szkolny, ale państwo powinno dawać na to środki. Tymczasem sama Warszawa twierdzi, że na przystosowanie sieci szkół do deformy wydała 80 milionów złotych, z czego państwo dało 3,5 miliona. Podobnie jest w innych miejscowościach.

Przy czym to, co właśnie widzimy, jest tylko wizualną kulminacją skutków deformy. Szkoły będą przepełnione przez trzy lata, gdy współistnieć będą w nich skumulowane roczniki. Samo to przyniesie duże utrudnienia i przyczyni się do obniżenia poziomu nauczania. Spodziewam się, że w przyszłym roku licea przygotują mniej miejsc, niż w latach ubiegłych, żeby nieco rozładować ciasnotę w szkołach. W ten sposób skutki podwójnego rocznika odbiją się także na roczniku kolejnym. A może i na jeszcze następnym. Poza tym będzie brakować nauczycieli, a młodzież będzie się uczyć wedle anachronicznych, niespójnych, przeładowanych, napisanych przez nie wiedzieć kogo programów. W dodatku skutki deformy – nie brak miejsc w szkołach, ale długofalowe, strukturalne skutki deformy – w największym stopniu dotkną wieś i środowiska o mniejszym kapitale materialnym i kulturowym. W ten sposób PiS faktycznie działa wbrew interesowi środowisk, na których opiera swoją władzę, pogłębiając różnice miasto-wieś i nierówności społeczne.

Absurdalność całej sytuacji ktoś bystry wskazał już jakiś czas temu: Oto zamiast zastanawiać się jak, czego i w jaki sposób uczyć naszą młodzież w drugiej i trzeciej dekadzie XXI wieku, dyskutujemy głównie o tym, jak kolanem, na siłę upchnąć jak najwięcej dzieci w przepełnionych szkołach.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się wspomina: Co czują same dzieci z podwójnego rocznika? Ci, którzy nie dostali się do żadnej szkoły lub którzy dostali się do szkoły siódmego, dziesiątego, dwudziestego wyboru, czują się zdradzeni, oszukani przez państwo i dorosłych. Dla niezrozumiałego, szaleńczego, na wskroś zideologizowanego kaprysu rządzących, zostali sponiewierani, pokazano im, jak mało są warci i jak mało znaczą, a ich nadzieje i plany zostały zaprzepaszczone. Ale nawet ci uczniowie, którzy na rekrutacji wyszli całkiem nieźle, będą się uczyć w znacznie gorszych warunkach, niż ich o rok, dwa lata starsi koledzy. To wszystko zrodzi frustrację, wściekłość, brak zaufania do państwa i jego instytucji. Podłożyliśmy pod elementarną spójność społeczną bombę, której rozmiarów i destrukcyjnych skutków chyba nawet nie ogarniamy.