Kaczyński dicit

Druga największa rzeka Polski od trzech tygodni umiera, ale PiSowskie pajace oraz ich krewni i znajomi, zatrudnieni na państwowych etatach w ministerstwach – sama minister Moskwa ma siedmiu (!) zastępców – w Wodach Polskich, GIOSiu, WIOSiach, RDOSiach, nadzorze weterynaryjnym, urzędach wojewódzkich i Bóg wie, gdzie jeszcze, od trzech tygodni nie robią nic. No cóż, nie potrafią. Oni umieją tylko kraść, kłamać i podlizywać się przełożonym. Ludzie o innych cechach nie mają w PiSowskiej nomenklaturze żadnych szans.

Ale wtem! TVP Info i rzecznicy PiS zapowiedzieli wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, transmitowane na żywo. Co powie Kaczyński, jak odniesie się do największej katastrofy ekologicznej od wielu lat?!

No i Kaczyński przemówił. Wypowiedział się. W kilkudziesięciusekundowym oświadczeniu udzielił poparcia kandydatowi w wyborach uzupełniających w Rudzie Śląskiej. Po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. O Odrze ani słowa.

Komentatorzy dziwują się, czemu Kaczyński tak ostentacyjnie pominął najważniejszy problem, jakim żyje dziś Polska. Po prostu olał to, czym przejmują się lewica i libki – bo ta druga strona, karmiona kłamstwami TVP, może nie widzi żadnego problemu. No ale przecież człowiek wykształcony, jeden z najważniejszych przywódców politycznych kraju, musi myśleć o tym, co się dzieje naprawdę, jakie skutki wywrze katastrofa na Odrze na tę część Polski i na cały kraj nie tylko dziś i jutro, ale także za rok i za dziesięć! Jak można to tak strasznie lekceważyć?!

Nie znajduję w tym niczego zdumiewającego. Już dawno pisałem, że Jarosław Kaczyński nie jest patriotą. Jarosław Kaczyński ma Polskę w d*pie. Jarosława Kaczyńskiego interesuje wyłącznie władza nad Polską.

Nawiasem mówiąc, nawet trochę mi żal tego PiSowskiego kandydata z Rudy Śląskiej. Otrzymać tak upubliczniony pocałunek śmierci – to musi być straszne.

Odra

Zabili nam rzekę, pieprzone sukinsysny, zabili nam rzekę.

Po blisko trzech tygodniach od pierwszych sygnałów wciąż nie wiadomo, kto zabił Odrę. Może wielki, państwowy zakład przemysłowy, z dyrektorem, który nic nie wie o technologicznej naturze prowadzonego przedsięwzięcia, ale ma odpowiednią rekomendację partyjną, a musi minimalizować koszty. A może prywatna firma krewnego lokalnego działacza PiS, korzystająca dotąd z przychylności lokalnego urzędnika Wód Polskich i cichcem, nocami zrzucająca ścieki do Odry. A może rozszczelniło się nielegalne „składowisko” toksycznych odpadów, sprowadzanych do Polski w latach ’90 i później. A może wręcz nierozpoznane składowisko broni chemicznej z czasów WWII. A może to tylko raptowny, być może spowodowany jakimś impulsem zewnętrznym, wykwit sinic, a sinice produkują silne fitotoksyny. Policja obiecuje milion złotych nagrody za wskazanie sprawcy skażenia, tymczasem nie to jest zadaniem pierwszoplanowym!

Najważniejsze jest jak najszybsze, jak najbardziej wydajne ograniczenie skutków zatrucia, aby nie niszczyć więcej wód, zwierząt wodnych, ptaków, zwierząt lądowych domowych i dzikich, ludzi i upraw. Rząd wciąż nie informuje, co robić, nie pomaga samorządom i lokalnym społecznościom, które na własną rękę próbują ratować, co się da. Dalej – i to jest najważniejsze z punktu widzenia państwa! – trzeba wyjaśnić, dlaczego zwiodły służby państwowe, Inspektoraty Ochrony Środowiska, przedsiębiorstwo Wody Polskie i policja, nie robiąc nic w celu powstrzymania skażenia, nawet nie ustalając, jaka jest chemiczna natura skażenia, nie ostrzegając ludzi w dół rzeki, nie informując Niemców, przeciwnie, do ostatniej chwili zakłamując rzeczywistość, lekceważąc problem, a gdy już się nie dało udawać, że problemu nie ma, próbując zrzucić odpowiedzialność, przynajmniej moralną, na opozycyjne wobec PiS samorządy. Albo na Niemców, tak jakby zanieczyszczenia mogły płynąć dziesiątki kilometrów w górę rzeki (no, może w PiSowskiej geografii jest to możliwe). I co zrobić, aby taka indolencja służb, wręcz abdykacja państwa, nigdy już się nie powtórzyła.

Łatwo jest powiedzieć, że przyczyną jest obsadzenie Inspektoratów Ochrony Środowiska i państwowego przedsiębiorstwa Wody Polskie przez PiSowskich działaczy i ich niewydarzonych krewnych. Oczywiście jest prawdą, że tacy – i bodaj tylko tacy – ludzie pracują w strukturach i firmach obsadzanych z klucza partyjnego, ale problem jest głębszy. PiS odebrał samorządom kompetencje w zakresie ochrony środowiska i nadzoru nad wodami powierzchniowymi, centralizując je i podporządkowując formalnie rządowi, a faktycznie partyjnej centrali PiS.

Przywódcy PiS, mentalnie ukształtowani w czasach gomułkowskich i skostniali w tamtych formach myślenia, uważają tamten system za dobry; ich jedynym zastrzeżeniem jest, że to nie oni wtedy rządzili, nie zaś sama forma rządów. Przywracają więc tamten centralistyczny system, w którym czuli się dobrze, ze wszystkimi jego fatalnymi konsekwencjami. A w centralistycznym, autorytarnym systemie, w którym rządowa propaganda głosi, iż Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej, to nie informacje płyną z dołu do góry, ale polecenia z góry w dół. Informacja, że gdzieś w Oławie dzieje się coś strasznego z Odrą, mogłaby zakłócić błogie samozadowolenie władzy. Ba, opozycja mogłaby taką informację wykorzystać by pokazać, że władza PiS sobie nie radzi. Niedoczekanie!

Ustalenie sprawcy, choć z pewnością ważne, jest mniej istotne, niż zapobieganie dalszym skutkom zatrucia i wyjaśnienie przyczyn fakapu po stronie polskich służb.

Z danych, które płyną z Niemiec, wynika, że polskie służby próbowały coś zrobić: Niemcy zarejestrowali szybkie poniesienie się poziomu Odry o 30 cm. To sugeruje, że w Polsce spuszczono wodę ze zbiorników retencyjnych, aby rozcieńczyć, wypłukać truciznę. To znaczy, że po polskiej stronie, w Wodach Polskich, ktoś już coś wiedział kilka dniu temu i próbował jakoś (być może nieudolnie, ale jakoś) przeciwdziałać zagrożeniu. Ale myśmy nie usłyszeli w tej sprawie żadnego komunikatu ze strony polskiej!

Ten, kto otruł Odrę, jest przestępcą. Wyjątkowo głupim przestępcą, bo zabijając drugą co do wielkości rzekę w Polsce, szkodzi środowisku i milionom ludzi, w tym najprawdopodobniej sobie samemu i własnej rodzinie. Ale ci, którzy przez co najmniej dwa tygodnie ukrywali problem, lekceważyli go, w żywe oczy łgali, że problemu nie ma lub jest niewielki, nie próbowali nic zrobić, by mu zaradzić lub choćby zrozumieć jego chemiczną naturę, byle tylko nie przyznać się do własnej niekompetencji i własnych zaniedbań, są równie wielkimi przestępcami. A może nawet większymi.

Hej, PiS i wasi wyborcy, słyszycie? Zabiliście nam rzekę, pieprzone sukinsyny. Niech was piekło pochłonie!

1 sierpnia

Pan Zbyszek i jego zdegenerowani sługusi złożyli rewizję nadzwyczajną, aby Bąkiewicz i jego zgraja mogli traktować rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego jako „imprezę cykliczną”. Na szczęście nieskutecznie.

Robert Bąkiewicz i kolesie sądzą, że gdyby wszyscy Polacy odkryli swoją aryjską tożsamość, jak oni, to nie byłoby żadnego powstania, tylko wspólna krucjata przeciwko żydowsko-bolszewickiej Rosji. Tylko ta ciota Beck wszystko popsuł. Bąkiewicz pewnie marzy, żeby zdobyć maszynę czasu, bo wtedy mógłby być jak Léon Degrelle, a przynajmniej jak Wacław Krzeptowski.

Robertowi Bąkiewiczowi, panu Zbyszkowi, sługusom i kolesiom dedykuję wiersz znaleziony w internetach. Nie znam autora.

44 to nie 88

Gdyby tym chłopcom głowy przyrosły
Gdyby dziewczętom znów serca zabiły
To by te dzieci w ryj wam strzeliły
I brzuchy z jelit wypatroszyły
Gdyby te dzieci w Wasz tłum się wmieszały
Listopadowy rytm marszu wyczuły
To sidolówki by wam włożyły
W dupy, głęboko i tam wysadziły
Gdyby tym dzieciom ktoś szepnął po latach
Że ich postaci będą na łapach,
Gaciach, butelkach, prezerwatywach
Z grobów by wstały, by się wyrzygać

Gray Man

Gray Man, reżyseria Joe & Anthony Russo, Netflix 2022

Próbowałem, naprawdę próbowałem obejrzeć ten film. Ryan Gosling i Ana de Armas to fajni aktorzy, tworzyli świetną parę w Blade Runner 2049, lecz oglądanie ich w tym niewydarzonym obrazie było torturą. Film, który mógłby być pastiszem filmów o Jasonie Bourne’em, został, niestety, nakręcony na serio. Czytam, że w zamierzeniu miałby to być pierwszy film z całego cyklu, franczyzy, jak to się nie wiedzieć czemu teraz mówi. Boże, uchowaj!

Z całego serca odradzam.

Klekot naczyń w pękaniu

Inne, tłukąc o ziemię wielkie gliniane naczynia,
Czego klekot w pękaniu jeszcze smętności przyczynia

Wtem! Gruchnęła wieść, że Andrzej I., handlarz bronią i respiratorami, nieoczekiwanie zmarł w Albanii. Jego ciało znaleziono ponoć 20 czerwca, ale prokuratura, ścigająca wszak Andrzeja I. listem gończym, a także opinia publiczna, dowiedziały się o tym dopiero dziś. Dowodem śmierci Andrzeja I. jest wystawiony w Albanii akt zgonu.

Przypomniała mi się taka historia sprzed nieco ponad trzech lat: Właściciel największej wówczas w Kanadzie giełdy wymiany kryptowalut, QuadrigaCX, nieoczekiwanie zmarł w Indiach, gdzie pojechał sponsorować budowę sierocińca, bo to filantrop był. O śmierci biznesmena świadczył akt zgonu wystawiony przez jakiś prowincjonalny szpital w Indiach. Jak zeznała towarzysząca mu w podróży żona, zgodnie z wolą zmarłego, jego ciało zostało skremowane.

Smutna historia. Dodatkowego smutku przydaje jej wszakże fakt, że zmarły jako jedyny znał hasła do zaszyfrowanego laptopa służącego jako zimny portfel (cold wallet) do przechowywania zgromadzonych kryptowalut. Wraz ze śmiercią właściciela i CEO Kwadrygi przepadło jakieś 190 mln dolarów w kryptowalutach po ówczesnym kursie.

No i teraz, co się stało?

1. Inwestorzy ponieśli straty na skutek nieszczęśliwego zdarzenia losowego.
2. Facio zmienił tożsamość i uciekł ze 190 mln dolarów, minus pewne koszta transakcyjne.
3. Facio zmienił tożsamość i uciekł, ale nigdy nie było żadnych 190 mln w krypto, bo to była piramida finansowa, Ponzi scheme, jak fundusz Bernarda Madoffa czy u nas Amber Gold.

Jeśli zaś chodzi o handlarza bronią i respiratorami Andrzeja I., to sądzę, że pomogły mu polskie służby, będące prawdziwymi beneficjentami tej cuchnącej operacji. Albo pomogły mu odejść z tego świata, albo – raczej – pomogły mu się ukryć, dały parę groszy, żeby siedział cicho, sprokurowały akt zgonu i dogadały się z kolegami w Tiranie, że tamtejsza policja prowadzi śledztwo.

Podobno całkiem porządny albański akt zgonu można mieć już za 25 dolarów.

Co z tym Lisem?

Wracam do sprawy Tomasza Lisa. Oto bowiem doszliśmy do etapu, w którym zadawane są retoryczne pytania, czy przyzwoitemu człowiekowi wypada Lisa bronić i czy to, co spotyka Lisa po nagłośnieniu jego tyrańsko-seksistowskich zachowań, jest medialnym linczem?

A ja Lisa ani nie bronię, ani nie linczuję. Zwracam natomiast uwagę, że mamy do czynienia z dwoma faktami:

1. Z punktu widzenia redagowanego tygodnika, Tomasz Lis był znakomitym redaktorem naczelnym. Newsweek ze swoją ostro anty-PiSowską linią był pismem cenionym, często cytowanym, ważnym. Materiały anty-PiSowskie były wyraziste i mocne, ale nie sprowadzały się do topornej propagandy, a tygodnik publikował też wartościowe rzeczy na inne tematy. Można się jednak domyślać, że wpływy z reklam były mniejsze, niż właściciele na to liczyli, brakowało bowiem reklam spółek Skarbu Państwa i dowolnych innych podmiotów zależnych od państwa, czyli od PiSu.

2. Jest bardzo prawdopodobne, że Lis przez część (znaczną część? większość?) podwładnych był uważany za tyrana, który do tego zachowywał się seksistowsko i opowiadał homofobiczne kawały. Przy czym, co warto dodać, znamy relację tylko jednej strony, a właściwie jej części. Lis zaś broni się słabo, jakby półgębkiem, sugeruje, że oskarżenia pochodzą głównie od osób, które on zwolnił z pracy z przyczyn merytorycznych, ale nie wnika w szczegóły. Wolno przypuszczać, że stawiane Tomaszowi Lisowi oskarżenia są wyolbrzymione, ale czy tylko trochę, czy bardzo-bardzo?

Nie ma między tymi punktami sprzeczności. Jak pisałem poprzednio, znanych jest mnóstwo przykładów dyrektorów, artystów, ordynatorów, profesorów, biskupów i tak dalej, będących odnoszącymi sukcesy profesjonalistami, a przy tym traktujących podwładnych tak podle, że ci drżeli ze strachu na sam ich widok. Nie wiem, czy były prowadzone na ten temat jakieś badania, ale dane anegdotyczne sugerują, że istnieje pozytywna korelacja pomiędzy, nazwijmy to, psychopatycznymi postawami szefów a sukcesem prowadzonych przez nich operacji.

Najciekawsze jest jednak, czemu Tomasz Lis stracił pracę redaktora naczelnego. Ha, tego się pewnie tak szybko nie dowiemy, obie strony bowiem – Axel Springer i Tomasz Lis – zachowują się tak, jakby się umówili, że nie będą komentować przyczyn zwolnienia. Myślę, że się umówili. Szum medialno-internetowy sugeruje, że Lisa zwolniono ze względu na jego niedopuszczalne zachowania wobec podwładnych. Axel Springer i Tomasz Lis nie potwierdzają, nie zaprzeczają, ale mnie się to wydaje niewiarygodne. Wydawca Newsweeka znał oskarżenia wobec Lisa od lat, podobno było nawet prowadzone jakieś wewnętrzne dochodzenie i właściciele Newsweeka albo uznali, że oskarżenia są niewiarygodne, albo że są nieistotne wobec sukcesu czasopisma: No dobrze, ten cały Lis to drań, ale jest bardzo skuteczny, a na szczęście nie przekroczył jakiejś czerwonej linii (nikogo nie pobił, nie domagał się seksu za awans, ten poziom patologii), więc go trzymajmy. I co, Axel Springer raptem, bez uprzedzenia, bez żadnej dyskusji, zmienił zdanie? Nie chce mi się w to wierzyć.

Igitur ex fructibus eorum cognoscetis eos, powiada Biblia (Mt 7:20), a przy okazji jest to podstawowa zasada metodologiczna fizyki. Gdyby miało się okazać, że Newsweek złagodzi swoje ataki na PiS – nie mówię, że stanie się pro-PiSowski, złagodzenie krytyki wystarczy – za to pojawią się w nim reklamy spółek Skarbu Państwa, stałoby się jasne, że to nie agresywne zachowania Tomasza Lisa, które zapewne miały miejsce, były przyczyną jego zwolnienia.

Jeden wart drugiego?

Przypuszczam, że Tomasz Lis mógł być uważany za koszmarnego przełożonego.

Wierzę, że Lis na podwładnych krzyczał, przeklinał, okazywał swoją wyższość, bywał arogancki, wręcz chamski. Raczej nie był to mobbing, rozumiany jako świadome, celowe nękanie konkretnych pracowników, choć pewnie niektórzy mogli to tak odbierać, tylko taki, nazwijmy to, styl. Wierzę w to, bo takie oskarżenia wobec Tomasza Lisa już się wcześniej pojawiały. Ba, istnieje nawet nagranie, w którym Lis obrzuca kurwami jakiegoś nieszczęsnego Grzesia i każe pewien materiał wypierdolić, zanim ten czasownik stał się modny.

Nawiasem mówiąc, w tym nagraniu bardziej niż to, jak Lis zwraca się do Grzesia, oburza mnie wyższość, jaką okazuje wobec swoich widzów: ci biedni ludzie.

Wierzę też, że Lis opowiadał seksistowskie dowcipy i komentował wygląd swoich żeńskich podwładnych, a nawet zaglądał im w dekolt. Natomiast pamiętając, co Newsweek pisał na temat Strajku Kobiet i antyaborcyjnego orzeczenia Trybunału mgr Julii Przyłębskiej, z pewnym zdziwieniem czytam, że Lis blokował teksty o prawach kobiet. No cóż, mogło tak się zdarzyć, ale trzeba by wpierw poznać te odrzucone teksty, bo być może to teksty były kiepskie, a podnoszone obecnie oskarżenie ma służyć jedynie podkreśleniu seksizmu Tomasza Lisa. A może nie, może Lis naprawdę manifestował jakiś patriarchat?

Przy czym z tego, co czytam, wynika, że Lis zachowywał się w sposób, który trzydzieści lat temu uchodziłby za normalny, a jeszcze kilkanaście lat temu byłby tolerowany, choć bez entuzjazmu. Jednak czasy się zmieniły, bardzo wzrosła wrażliwość na sposób traktowania podwładnych, kobiet, studentów, mniejszości, a Tomasz Lis tego nie zauważył. Nie on jeden zresztą. Na pęczki można mnożyć przykłady wybitnych lekarzy, którzy robili cuda dla swoich pacjentów, będąc chamskimi tyranami dla swoich podwładnych, artystów odnoszących wielkie sukcesy i traktujących podległe im osoby jak śmiecie, biskupów, naukowców, oficerów, menedżerów poniewierających swoich podwładnych. Wszędzie, poza wojskiem i Kościołem, to, co kiedyś było normą, dziś staje się nieakceptowalne, a kto tego nie zauważy, zostaje wyrzucony, czasami z dużym hukiem.

Jednak Tomasz Lis raczej nie stracił posady redaktora naczelnego Newsweeka za seksizm, arogancję i rzekomy mobbing. Jego przełożeni znali te oskarżenia co najmniej od kilku lat, jest to udokumentowane, ale je tolerowali lub uważali za nieprawdziwe bądź nieistotne, gdyż Lis, z punktu widzenia poziomu wydawanego przez niego tygodnika, był znakomitym redaktorem naczelnym.

Lis stracił pracę, gdyż oskarżył część niepisowskich mediów, że sprzedały się władzy. Może jej wprost nie popierają, ale ograniczają krytykę (bezpośrednio chodziło o nikłą reakcję mediów na ujawnioną aferę z kamienicami Morawieckiego), za to zawzięcie krytykują opozycję za każde najmniejsze potknięcie i uprawiają symetryzm. To wywołało oburzenie środowiska i Lis musiał się z posadą pożegnać. A może Axel Springer, wydawca Newsweeka, sam kontemplował jakiś mały układ z władzą, osłabienie krytyki w zamian za reklamy spółek skarbu państwa? O coś takiego dość często oskarża się dziś TVN (w tym wypadku nie miało chodzić o reklamy, ale o koncesję), a władza ewidentnie próbowała to zrobić z Agorą, wydawcą Gazety Wyborczej, ale Michnik się ostro postawił. Z Tomaszem Lisem też by to nie przeszło.

Ze sporą niechęcią obserwuję, jak redakcje oskarżane przez Lisa o uległość wobec władzy, z mściwą satysfakcją tarzają go teraz w smole i w pierzu, pokazując jakim był tyranem i sztucznie napompowanym autorytetem.

Ciekawa rzecz, gdy Jarosław Kaczyński publicznie mówi jakieś oburzające rzeczy pod adresem osób transpłciowych, nie spotyka się to z taką krytyką, jak seksistowskie dowcipy Lisa. Ach, no bo Jarosław, wiadomo, ale przecież Lis też nie lepszy! Jedni są warci drugich, zmiana władzy niczego nie przyniesie. Przestańmy zajmować się polityką. Lepiej chodźmy na piwo, na koncert, na spacer albo przeczytajmy jakąś książkę.

Jeden wart drugiego? Otóż nie. Zdecydowanie nie.

Okrutne internety

Nie śledziłem procesu Johny Depp vs Amber Heard. Perypetie przebogatych, zmanierowanych i całkowicie zepsutych celebrytów niezbyt mnie interesują. Wiem tyle, że Depp jest – a przynajmniej był – bardzo popularnym aktorem z rzeszą wiernych fanów, a o Heard chyba w ogóle nie słyszałem aż do tego procesu. Ten zaś skończył się orzeczeniem, że to Heard pomówiła swojego byłego męża o przemoc i teraz musi mu zapłacić kupę forsy, choć mniej, niż Depp pierwotnie oczekiwał i wielokrotnie mniej, niż to Heard spodziewała się dostać od Deppa.

Zapewne najwięcej zarobią prawnicy jednej i drugiej strony. No i fajnie.

Lewicowe publicystki biją jednak na alarm, że wyrok jest niesprawiedliwy, jest wręcz policzkiem wymierzonym wszystkim kobietom doświadczającym przemocy i nawet jeśli to Amber Heard była winna przemocy wobec Johny’ego Deppa, wyrok jest dowodem na mizoginię. Dlaczego świat nienawidzi Amber Heard, bardziej niż Putina i gwałcicieli z Buczy?! Powiem wam, co się moim zdaniem stało.

Cała masa mężczyzn to przemocowe bydlaki. Biją swoje żony, partnerki, narzeczone, znieważają, upokarzają, straszą, gwałcą. To jest naprawdę częste zjawisko, nie ograniczone ani rasą, ani poziomem dochodów, ani pozycją społeczną, ani wykształceniem sprawców. Jednak tradycyjne społeczeństwa wciąż starają się ten problem ukrywać, umniejszać jego skalę, umniejszać krzywdy doznane przez kobiety, a niekiedy wręcz usprawiedliwiać sprawców. Mnóstwo kobiet – ze strachu, ze wstydu, z fałszywie pojętej troski o dzieci, z naiwności (bo on powiedział, że to się już nie powtórzy), z dziesiątek innych powodów – doświadczywszy przemocy, nie zgłasza tego nikomu, nie udaje się na obdukcję lekarską, więc gdy w końcu kielich się przepełnia, nie mają żadnych dowodów, że przemoc w ich związku istniała długi czas. Zostaje tylko słowo przeciwko słowu, a mężczyzna zaprzecza.

Oba te zjawiska – częstość zachowań przemocowych wśród mężczyzn z jednej, brak dowodów na przemoc u wielu kobiet, które naprawdę jej doświadczyły, z drugiej strony – dotarły do opinii publicznej, zwłaszcza w jej częściach lewicowo-liberalnych. I stało się to, co się musiało stać: pojawiły się fałszywe oskarżenia o przemoc, kierowane przez kobiety wobec ich byłych partnerów. Czytam, że ludzie są zdolni do wszelkich podłości w trakcie trudnego procesu rozpadu związku i to jest jedna z nich. Oskarżenie, przed którym mężczyźnie trudno się bronić, gdyż znowu jest słowo przeciwko słowu, ale tym razem opinia publiczna, a często też opinia sądu, są nastawione przeciwko mężczyźnie. Niektóre – oczywiście nie wszystkie! – działaczki lewicowe postulują wręcz, że w przypadku oskarżeń o gwałt powinno obowiązywać domniemanie winy. Prekursorką była chyba Anita Hill, ze swoim A woman should be believed even against the evidence.

Nie wiem, jak duża jest skala fałszywych oskarżeń o przemoc i gwałt. Dostępne są głównie dane anegdotyczne, a poważniejsze badania sugerują, że jest to zjawisko rzadkie. Rzadkie, ale jednak się zdarza, a ujawnione przypadki są nagłaśniane. No i okrutne internety najwyraźniej uznały Amber Heard za emblematyczne przedstawienie fałszywej, interesownej oskarżycielki, tym bardziej, że przyłapano ją w trakcie procesu na jakichś manipulacjach. No i dlatego, że jej były mąż, poprzez swoje kreacje aktorskie, jest osobą arcypopularną i budzącą sympatię. No tak, to postacie, które grał Johny Depp, budziły sympatię, ale łatwo przeniosła się ona na aktora. A czy Depp w rzeczywistości źle traktował Heard, nie ma dla opinii publicznej znaczenia: Amber Heard mu tego nie udowodniła.

P.s. Sugestia, że Amber Heard jest traktowana gorzej, niż Putin nagradzający gwałcicieli z Buczy, świadczy jedynie o całkowitym pomieszaniu umysłowym autorki.

Scenariusze

Wojna w Ukrainie trwa już trzy miesiące. Putin chyba naprawdę sądził, że uda mu się pokonać Ukrainę w ciągu tygodnia, a żołnierze atakujący Kijów nie brali ze sobą dodatkowej amunicji czy racji żywnościowych, lecz mundury galowe, by ładnie wyglądać na paradzie zwycięstwa.

Na szczęście dla Ukrainy i dla świata do tej parady nie doszło. Ukraina broni się niesłychanie dzielnie i skutecznie, dzięki determinacji swoich żołnierzy i całego społeczeństwa, dzięki zmianom, jakie przeprowadziła w armii po 2014, dzięki broni i amunicji otrzymywanej z Zachodu, dzięki zachodnim danym wywiadowczym i dzięki sympatii wolnego świata. A także dzięki słabości wojska rosyjskiego, fatalnie dowodzonego, realizującego koncepcje taktyczne co najwyżej z czasów Układu Warszawskiego, niezdolnego do przeprowadzania złożonych operacji z udziałem różnych rodzajów wojsk, zdemoralizowanego i zdumiewająco źle wyposażonego, do czego zapewne przyczyniła się panująca w Rosji korupcja.

Obecnie na froncie jest niemalże pat. Rosjanie zaciekle, ale dość stereotypowo, nie zważając na straty w ludziach i w sprzęcie oraz na ofiary cywilne, atakują w Donbasie, Ukraińcy ich powstrzymują, ale Rosjanie powolutku zajmują kolejne miejscowości, a raczej ich ruiny, bo głównym celem Rosjan jawi się niszczenie wszystkiego, co się da. Z frontu południowego płyną sprzeczne doniesienia: raz słyszymy, że Rosja koncentruje tam duże siły, żeby uderzyć na Mikołajów i Odessę, innym razem, że Rosjanie okopują się wokół Chersonia, czyli przechodzą do działań defensywnych. Ukraińcy za to odbijają kolejne miejscowości na północy, odpychając Rosjan od Charkowa.

Można odnieść wrażenie, że ani jedna, ani druga strona nie jest teraz w stanie wyprowadzić ciosu, który radykalnie zmieniłby sytuację na froncie.

Jest wciąż możliwe, że Rosja zrealizuje swoje początkowe cele, a przynajmniej ich zasadniczą część: rozbije ukraińską armię, zajmie cały Donbas i cały pas południowy wraz z Odessą – odepchnięcie Ukrainy od morza ma dla Rosji zasadnicze znaczenie – połączy się z Naddniestrzem, na północy być może zdobędzie Charków, zaś na reszcie ukraińskiego terytorium utworzy zwasalizowane państwo z marionetkowym rządem. Na terenach wcielonych do Rosji panować będzie policyjny terror i organizowane będą wywózki. Jest to możliwe, ale patrząc na dotychczasowy przebieg wojny, na rosyjskie straty w ludziach i sprzęcie i na skutki nałożonych na Rosję sankcji, czyli brak zachodnich technologii, komponentów i części, co uniemożliwia na przykład remont uszkodzonych czołgów, wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne.

Jest także możliwe, że gdy do Ukrainy dotrą kolejne partie NATOwskiego uzbrojenia, ta zbierze się w sobie i odrzuci Rosję za granice z 23 lutego, a może nawet odzyska terytoria samozwańczych „republik ludowych” w Donbasie, zadając przy tym rosyjskim siłom zbrojnym straty jeszcze większe, niż dotąd, aby Rosja przez długie lata nie była zdolna do podjęcia kolejnej próby inwazji. (Krymu Ukraina raczej nie odzyska, tego nie zakładałbym nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu.) Jest to również możliwe, ale mimo mojej całej sympatii dla Ukrainy i niechęci do rosyjskiego imperializmu, wydaje mi się to także niezbyt prawdopodobne. Może nie aż tak nieprawdopodobne, jak zwycięstwo Rosji, ale zwycięstwa Ukrainy też bym nie obstawiał. Obym się mylił.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje mi się stagnacja. Front się ustabilizuje, modulo drobne zmiany w jedną lub w drugą stronę. Rosjanie będą kontynuować ostrzał rakietowy i artyleryjski ukraińskiej infrastruktury, instalacji przemysłowych, a nawet dzielnic mieszkalnych, na co Ukraińcy nie będą mogli w pełni odpowiedzieć, no bo przecież nie będą niszczyć swojego terytorium i zabijać swoich ludzi. Będą jedynie ostrzeliwać rosyjskie zgrupowania wojskowe. Nikt nie będzie w stanie przełamać frontu, z czasem może nawet jedna i druga strona przestaną próbować. Taki stan może trwać tygodnie, miesiące, wręcz lata.

I na taki scenariusz powinniśmy się przygotować.

Rzecz w tym, że wojenna gospodarka Ukrainy, w dodatku cały czas niszczona przez rosyjskie rakiety, nie będzie w stanie udźwignąć ani wysiłku wojennego, ani nawet utrzymać państwa na jakim-takim poziomie. Ukraina nie tylko będzie cały czas zależeć od zachodnich dostaw uzbrojenia, amunicji i paliwa, ale także od stałej pomocy gospodarczej.

Zachód w końcu się zmęczy ponoszeniem kosztów tej proxy war. Rosyjska gospodarka krwawi, ale Zachód będzie cierpiał coraz bardziej na braku współpracy z Rosją i Białorusią. Nie chodzi tylko o rosyjską ropę i gaz – te surowce zapewne w końcu się uda zastąpić czymś innym – ale także o nawozy sztuczne (20% światowej produkcji nawozów sztucznych jest zlokalizowane w Białorusi!), pewne rzadko występujące kopaliny, jak nikiel, a przede wszystkim o zboże. Ukraina nie może eksportować swojego zboża i innych produktów rolnych, bo nie ma dostępu do swoich portów (porty azowskie i część czarnomorskich utraciła, reszta portów czarnomorskich jest zaminowana lub blokowana przez Rosję), a w tym roku część ziem pozostanie nieobsiana. To, że produkty zbożowe podrożeją w Europie – a podrożeją, od chleba, poprzez kasze i makarony, aż po piwo – to jeszcze pół biedy. Europa to udźwignie. Problem w tym, że w bardzo ludnych i raczej biednych krajach Bliskiego Wschodu i Afryki, które zależą od dostaw ukraińskiego zboża, może pojawić się klęska głodu. Sytuację dodatkowo pogarszają zmiany klimatyczne. Grożą wielkie niepokoje społeczne i bardzo wzrośnie presja migracyjna na Europę. Putina oczywiście nie obchodzi, że ludzie w Egipcie, Etiopii czy Somalii będą głodować, a to, że Europa może stanąć przed kryzysem migracyjnym jeszcze poważniejszym, niż w 2015, wręcz go cieszy. Jednak z tego samego powodu zachodni przywódcy będą chcieli osiągnąć jakieś porozumienie z Rosją, a im dłużej wojna będzie trwała, tym presja na jakieś, choćby kulawe, porozumienie będzie narastać. Porozumienie kosztem Ukraińców.

A Rosja w tym czasie będzie powolutku odbudowywać swój potencjał, szykując się do nowej wojny za kilka lat.

Powinniśmy być gotowi odpowiedzieć na te zagrożenia.

Kompetencje arcybiskupa

Niedawno minęła dwunasta rocznica katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Z tej okazji Jarosław Kaczyński, zły człowiek, oświadczył, że pod Smoleńskiem doszło do zamachu, a wydobyty z otchłani Antoni Macierewicz ogłosił swój żenująco niekompetentny, kłamliwy i cyniczny „raport”.

Zdaje się, że próba odnowienia religii smoleńskiej spowodowana jest tym, że wojna w Ukrainie nie stała się dla PiSu „politycznym złotem”. Zarazem budżet Polski zbliża się do katastrofy, więc trzeba czymś zająć opinię publiczną. Gdy orkowie Putina pławią się w zbrodniach wojennych, można spróbować przypisać mu każdą inną niegodziwość, nawet taką, której nie popełnił.

Do narracji o zamachu włączył się metropolita krakowski, abp Marek Jędraszewski, jedna z najbardziej złowrogich twarzy polskiego Kościoła. Z okazji rozpoczęcia Wielkiego Tygodnia mówił o „kłamstwie smoleńskim”. Jędraszewski jest pewien, że doszło do zamachu, gdyż

nikt o zdrowym rozsądku nie uwierzy, że brzoza jest w stanie oderwać skrzydło wielkiego samolotu, to raczej ona powinna być ścięta, bo nikt nie jest w stanie uwierzyć, że właśnie wtedy jakimś sposobem zostały zawieszone najbardziej podstawowe prawa fizyki.

Fizyka jest nauką doświadczalną. Ksiądz arcybiskup zechce się dowiedzieć, że w lipcu 1963 amerykańska FAA przeprowadziła eksperyment z udziałem prawdziwego samolotu, żeby zbadać jego destrukcję przy zderzeniach z przeszkodami terenowymi. Użyto DC-7, podobnego rozmiarami do Tu-154. Rozpędzono go i skierowano na przeszkody, jakby w wyniku nieudanego lądowania. Jedną z przeszkód był drewniany słup telegraficzny o średnicy 12 cali, o który samolot zawadził skrzydłem. Słup odciął kawałek skrzydła, a odcięty kawałek odfrunął w górę i w bok. Widać to na filmie. Prędkość DC-7 159 węzłów, prędkość Tupolewa przy zderzeniu z brzozą 167 węzłów, średnica brzozy 30-40 cm, czyli 12-16 cali, miejsce uderzenia skrzydła praktycznie identyczne.

Przewielebny ksiądz arcybiskup oraz moi rozmaici znajomi z wykształceniem ścisłym, nawet z doktoratami, mogą sobie swoje heheszki z „pancernej brzozy” wsadzić tam, gdzie się domyślają.

Przy tej samej okazji abp Jędraszewski pozwolił sobie na stwierdzenie, że

godzina katastrofy w Smoleńsku wpisuje się w godzinę śmierci Jezusa.

Śmierć każdego człowieka wpisuje się w śmierć Jezusa, ale nadawanie specjalnego znaczenia ofiarom tragicznej katastrofy, zrównywanie ich śmierci ze śmiercią Jezusa, jest świętokradztwem

Moim zdaniem ks. prof. dr hab. Marek Jędraszewski jako biskup to pomyłka. Za to jego profesura jest w porządku: ponoć był bardzo kompetentnym komentatorem dzieł Emmanuela Levinasa, ale po otrzymaniu sakry biskupiej przestał się zajmować filozofią, ograniczając się do okazjonalnego komentowania Kpinomira. No, ale skoro Jędraszewski jest biskupem, pewnie można go słuchać w kwestiach religijnych, choć na ten temat wypowiada się raczej rzadko. Znacznie więcej mówi o kwestiach społecznych i moralności, choć jego nauki mają niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, religią miłości, miłosierdzia i współczucia, a są raczej manifestacją poglądów głęboko konserwatywnych, patriarchalnych i etnocentrycznych. Natomiast o fizyce niech się abp Jędraszewski, z łaski swojej, nie wypowiada, gdyż nie ma o niej bladego pojęcia i sam stanowi jawny dowód, jak nisko w Polsce upadła edukacja publiczna.

***

Jednak jest dzisiaj coś, z czego można się cieszyć. Oto russkij wojennyj korabl – tak, ten sam – trafiony ukraińskimi rakietami, poszedł tam, gdzie jego miejsce.