Klekot naczyń w pękaniu

Inne, tłukąc o ziemię wielkie gliniane naczynia,
Czego klekot w pękaniu jeszcze smętności przyczynia

Wtem! Gruchnęła wieść, że Andrzej I., handlarz bronią i respiratorami, nieoczekiwanie zmarł w Albanii. Jego ciało znaleziono ponoć 20 czerwca, ale prokuratura, ścigająca wszak Andrzeja I. listem gończym, a także opinia publiczna, dowiedziały się o tym dopiero dziś. Dowodem śmierci Andrzeja I. jest wystawiony w Albanii akt zgonu.

Przypomniała mi się taka historia sprzed nieco ponad trzech lat: Właściciel największej wówczas w Kanadzie giełdy wymiany kryptowalut, QuadrigaCX, nieoczekiwanie zmarł w Indiach, gdzie pojechał sponsorować budowę sierocińca, bo to filantrop był. O śmierci biznesmena świadczył akt zgonu wystawiony przez jakiś prowincjonalny szpital w Indiach. Jak zeznała towarzysząca mu w podróży żona, zgodnie z wolą zmarłego, jego ciało zostało skremowane.

Smutna historia. Dodatkowego smutku przydaje jej wszakże fakt, że zmarły jako jedyny znał hasła do zaszyfrowanego laptopa służącego jako zimny portfel (cold wallet) do przechowywania zgromadzonych kryptowalut. Wraz ze śmiercią właściciela i CEO Kwadrygi przepadło jakieś 190 mln dolarów w kryptowalutach po ówczesnym kursie.

No i teraz, co się stało?

1. Inwestorzy ponieśli straty na skutek nieszczęśliwego zdarzenia losowego.
2. Facio zmienił tożsamość i uciekł ze 190 mln dolarów, minus pewne koszta transakcyjne.
3. Facio zmienił tożsamość i uciekł, ale nigdy nie było żadnych 190 mln w krypto, bo to była piramida finansowa, Ponzi scheme, jak fundusz Bernarda Madoffa czy u nas Amber Gold.

Jeśli zaś chodzi o handlarza bronią i respiratorami Andrzeja I., to sądzę, że pomogły mu polskie służby, będące prawdziwymi beneficjentami tej cuchnącej operacji. Albo pomogły mu odejść z tego świata, albo – raczej – pomogły mu się ukryć, dały parę groszy, żeby siedział cicho, sprokurowały akt zgonu i dogadały się z kolegami w Tiranie, że tamtejsza policja prowadzi śledztwo.

Podobno całkiem porządny albański akt zgonu można mieć już za 25 dolarów.

Co z tym Lisem?

Wracam do sprawy Tomasza Lisa. Oto bowiem doszliśmy do etapu, w którym zadawane są retoryczne pytania, czy przyzwoitemu człowiekowi wypada Lisa bronić i czy to, co spotyka Lisa po nagłośnieniu jego tyrańsko-seksistowskich zachowań, jest medialnym linczem?

A ja Lisa ani nie bronię, ani nie linczuję. Zwracam natomiast uwagę, że mamy do czynienia z dwoma faktami:

1. Z punktu widzenia redagowanego tygodnika, Tomasz Lis był znakomitym redaktorem naczelnym. Newsweek ze swoją ostro anty-PiSowską linią był pismem cenionym, często cytowanym, ważnym. Materiały anty-PiSowskie były wyraziste i mocne, ale nie sprowadzały się do topornej propagandy, a tygodnik publikował też wartościowe rzeczy na inne tematy. Można się jednak domyślać, że wpływy z reklam były mniejsze, niż właściciele na to liczyli, brakowało bowiem reklam spółek Skarbu Państwa i dowolnych innych podmiotów zależnych od państwa, czyli od PiSu.

2. Jest bardzo prawdopodobne, że Lis przez część (znaczną część? większość?) podwładnych był uważany za tyrana, który do tego zachowywał się seksistowsko i opowiadał homofobiczne kawały. Przy czym, co warto dodać, znamy relację tylko jednej strony, a właściwie jej części. Lis zaś broni się słabo, jakby półgębkiem, sugeruje, że oskarżenia pochodzą głównie od osób, które on zwolnił z pracy z przyczyn merytorycznych, ale nie wnika w szczegóły. Wolno przypuszczać, że stawiane Tomaszowi Lisowi oskarżenia są wyolbrzymione, ale czy tylko trochę, czy bardzo-bardzo?

Nie ma między tymi punktami sprzeczności. Jak pisałem poprzednio, znanych jest mnóstwo przykładów dyrektorów, artystów, ordynatorów, profesorów, biskupów i tak dalej, będących odnoszącymi sukcesy profesjonalistami, a przy tym traktujących podwładnych tak podle, że ci drżeli ze strachu na sam ich widok. Nie wiem, czy były prowadzone na ten temat jakieś badania, ale dane anegdotyczne sugerują, że istnieje pozytywna korelacja pomiędzy, nazwijmy to, psychopatycznymi postawami szefów a sukcesem prowadzonych przez nich operacji.

Najciekawsze jest jednak, czemu Tomasz Lis stracił pracę redaktora naczelnego. Ha, tego się pewnie tak szybko nie dowiemy, obie strony bowiem – Axel Springer i Tomasz Lis – zachowują się tak, jakby się umówili, że nie będą komentować przyczyn zwolnienia. Myślę, że się umówili. Szum medialno-internetowy sugeruje, że Lisa zwolniono ze względu na jego niedopuszczalne zachowania wobec podwładnych. Axel Springer i Tomasz Lis nie potwierdzają, nie zaprzeczają, ale mnie się to wydaje niewiarygodne. Wydawca Newsweeka znał oskarżenia wobec Lisa od lat, podobno było nawet prowadzone jakieś wewnętrzne dochodzenie i właściciele Newsweeka albo uznali, że oskarżenia są niewiarygodne, albo że są nieistotne wobec sukcesu czasopisma: No dobrze, ten cały Lis to drań, ale jest bardzo skuteczny, a na szczęście nie przekroczył jakiejś czerwonej linii (nikogo nie pobił, nie domagał się seksu za awans, ten poziom patologii), więc go trzymajmy. I co, Axel Springer raptem, bez uprzedzenia, bez żadnej dyskusji, zmienił zdanie? Nie chce mi się w to wierzyć.

Igitur ex fructibus eorum cognoscetis eos, powiada Biblia (Mt 7:20), a przy okazji jest to podstawowa zasada metodologiczna fizyki. Gdyby miało się okazać, że Newsweek złagodzi swoje ataki na PiS – nie mówię, że stanie się pro-PiSowski, złagodzenie krytyki wystarczy – za to pojawią się w nim reklamy spółek Skarbu Państwa, stałoby się jasne, że to nie agresywne zachowania Tomasza Lisa, które zapewne miały miejsce, były przyczyną jego zwolnienia.

Jeden wart drugiego?

Przypuszczam, że Tomasz Lis mógł być uważany za koszmarnego przełożonego.

Wierzę, że Lis na podwładnych krzyczał, przeklinał, okazywał swoją wyższość, bywał arogancki, wręcz chamski. Raczej nie był to mobbing, rozumiany jako świadome, celowe nękanie konkretnych pracowników, choć pewnie niektórzy mogli to tak odbierać, tylko taki, nazwijmy to, styl. Wierzę w to, bo takie oskarżenia wobec Tomasza Lisa już się wcześniej pojawiały. Ba, istnieje nawet nagranie, w którym Lis obrzuca kurwami jakiegoś nieszczęsnego Grzesia i każe pewien materiał wypierdolić, zanim ten czasownik stał się modny.

Nawiasem mówiąc, w tym nagraniu bardziej niż to, jak Lis zwraca się do Grzesia, oburza mnie wyższość, jaką okazuje wobec swoich widzów: ci biedni ludzie.

Wierzę też, że Lis opowiadał seksistowskie dowcipy i komentował wygląd swoich żeńskich podwładnych, a nawet zaglądał im w dekolt. Natomiast pamiętając, co Newsweek pisał na temat Strajku Kobiet i antyaborcyjnego orzeczenia Trybunału mgr Julii Przyłębskiej, z pewnym zdziwieniem czytam, że Lis blokował teksty o prawach kobiet. No cóż, mogło tak się zdarzyć, ale trzeba by wpierw poznać te odrzucone teksty, bo być może to teksty były kiepskie, a podnoszone obecnie oskarżenie ma służyć jedynie podkreśleniu seksizmu Tomasza Lisa. A może nie, może Lis naprawdę manifestował jakiś patriarchat?

Przy czym z tego, co czytam, wynika, że Lis zachowywał się w sposób, który trzydzieści lat temu uchodziłby za normalny, a jeszcze kilkanaście lat temu byłby tolerowany, choć bez entuzjazmu. Jednak czasy się zmieniły, bardzo wzrosła wrażliwość na sposób traktowania podwładnych, kobiet, studentów, mniejszości, a Tomasz Lis tego nie zauważył. Nie on jeden zresztą. Na pęczki można mnożyć przykłady wybitnych lekarzy, którzy robili cuda dla swoich pacjentów, będąc chamskimi tyranami dla swoich podwładnych, artystów odnoszących wielkie sukcesy i traktujących podległe im osoby jak śmiecie, biskupów, naukowców, oficerów, menedżerów poniewierających swoich podwładnych. Wszędzie, poza wojskiem i Kościołem, to, co kiedyś było normą, dziś staje się nieakceptowalne, a kto tego nie zauważy, zostaje wyrzucony, czasami z dużym hukiem.

Jednak Tomasz Lis raczej nie stracił posady redaktora naczelnego Newsweeka za seksizm, arogancję i rzekomy mobbing. Jego przełożeni znali te oskarżenia co najmniej od kilku lat, jest to udokumentowane, ale je tolerowali lub uważali za nieprawdziwe bądź nieistotne, gdyż Lis, z punktu widzenia poziomu wydawanego przez niego tygodnika, był znakomitym redaktorem naczelnym.

Lis stracił pracę, gdyż oskarżył część niepisowskich mediów, że sprzedały się władzy. Może jej wprost nie popierają, ale ograniczają krytykę (bezpośrednio chodziło o nikłą reakcję mediów na ujawnioną aferę z kamienicami Morawieckiego), za to zawzięcie krytykują opozycję za każde najmniejsze potknięcie i uprawiają symetryzm. To wywołało oburzenie środowiska i Lis musiał się z posadą pożegnać. A może Axel Springer, wydawca Newsweeka, sam kontemplował jakiś mały układ z władzą, osłabienie krytyki w zamian za reklamy spółek skarbu państwa? O coś takiego dość często oskarża się dziś TVN (w tym wypadku nie miało chodzić o reklamy, ale o koncesję), a władza ewidentnie próbowała to zrobić z Agorą, wydawcą Gazety Wyborczej, ale Michnik się ostro postawił. Z Tomaszem Lisem też by to nie przeszło.

Ze sporą niechęcią obserwuję, jak redakcje oskarżane przez Lisa o uległość wobec władzy, z mściwą satysfakcją tarzają go teraz w smole i w pierzu, pokazując jakim był tyranem i sztucznie napompowanym autorytetem.

Ciekawa rzecz, gdy Jarosław Kaczyński publicznie mówi jakieś oburzające rzeczy pod adresem osób transpłciowych, nie spotyka się to z taką krytyką, jak seksistowskie dowcipy Lisa. Ach, no bo Jarosław, wiadomo, ale przecież Lis też nie lepszy! Jedni są warci drugich, zmiana władzy niczego nie przyniesie. Przestańmy zajmować się polityką. Lepiej chodźmy na piwo, na koncert, na spacer albo przeczytajmy jakąś książkę.

Jeden wart drugiego? Otóż nie. Zdecydowanie nie.

Okrutne internety

Nie śledziłem procesu Johny Depp vs Amber Heard. Perypetie przebogatych, zmanierowanych i całkowicie zepsutych celebrytów niezbyt mnie interesują. Wiem tyle, że Depp jest – a przynajmniej był – bardzo popularnym aktorem z rzeszą wiernych fanów, a o Heard chyba w ogóle nie słyszałem aż do tego procesu. Ten zaś skończył się orzeczeniem, że to Heard pomówiła swojego byłego męża o przemoc i teraz musi mu zapłacić kupę forsy, choć mniej, niż Depp pierwotnie oczekiwał i wielokrotnie mniej, niż to Heard spodziewała się dostać od Deppa.

Zapewne najwięcej zarobią prawnicy jednej i drugiej strony. No i fajnie.

Lewicowe publicystki biją jednak na alarm, że wyrok jest niesprawiedliwy, jest wręcz policzkiem wymierzonym wszystkim kobietom doświadczającym przemocy i nawet jeśli to Amber Heard była winna przemocy wobec Johny’ego Deppa, wyrok jest dowodem na mizoginię. Dlaczego świat nienawidzi Amber Heard, bardziej niż Putina i gwałcicieli z Buczy?! Powiem wam, co się moim zdaniem stało.

Cała masa mężczyzn to przemocowe bydlaki. Biją swoje żony, partnerki, narzeczone, znieważają, upokarzają, straszą, gwałcą. To jest naprawdę częste zjawisko, nie ograniczone ani rasą, ani poziomem dochodów, ani pozycją społeczną, ani wykształceniem sprawców. Jednak tradycyjne społeczeństwa wciąż starają się ten problem ukrywać, umniejszać jego skalę, umniejszać krzywdy doznane przez kobiety, a niekiedy wręcz usprawiedliwiać sprawców. Mnóstwo kobiet – ze strachu, ze wstydu, z fałszywie pojętej troski o dzieci, z naiwności (bo on powiedział, że to się już nie powtórzy), z dziesiątek innych powodów – doświadczywszy przemocy, nie zgłasza tego nikomu, nie udaje się na obdukcję lekarską, więc gdy w końcu kielich się przepełnia, nie mają żadnych dowodów, że przemoc w ich związku istniała długi czas. Zostaje tylko słowo przeciwko słowu, a mężczyzna zaprzecza.

Oba te zjawiska – częstość zachowań przemocowych wśród mężczyzn z jednej, brak dowodów na przemoc u wielu kobiet, które naprawdę jej doświadczyły, z drugiej strony – dotarły do opinii publicznej, zwłaszcza w jej częściach lewicowo-liberalnych. I stało się to, co się musiało stać: pojawiły się fałszywe oskarżenia o przemoc, kierowane przez kobiety wobec ich byłych partnerów. Czytam, że ludzie są zdolni do wszelkich podłości w trakcie trudnego procesu rozpadu związku i to jest jedna z nich. Oskarżenie, przed którym mężczyźnie trudno się bronić, gdyż znowu jest słowo przeciwko słowu, ale tym razem opinia publiczna, a często też opinia sądu, są nastawione przeciwko mężczyźnie. Niektóre – oczywiście nie wszystkie! – działaczki lewicowe postulują wręcz, że w przypadku oskarżeń o gwałt powinno obowiązywać domniemanie winy. Prekursorką była chyba Anita Hill, ze swoim A woman should be believed even against the evidence.

Nie wiem, jak duża jest skala fałszywych oskarżeń o przemoc i gwałt. Dostępne są głównie dane anegdotyczne, a poważniejsze badania sugerują, że jest to zjawisko rzadkie. Rzadkie, ale jednak się zdarza, a ujawnione przypadki są nagłaśniane. No i okrutne internety najwyraźniej uznały Amber Heard za emblematyczne przedstawienie fałszywej, interesownej oskarżycielki, tym bardziej, że przyłapano ją w trakcie procesu na jakichś manipulacjach. No i dlatego, że jej były mąż, poprzez swoje kreacje aktorskie, jest osobą arcypopularną i budzącą sympatię. No tak, to postacie, które grał Johny Depp, budziły sympatię, ale łatwo przeniosła się ona na aktora. A czy Depp w rzeczywistości źle traktował Heard, nie ma dla opinii publicznej znaczenia: Amber Heard mu tego nie udowodniła.

P.s. Sugestia, że Amber Heard jest traktowana gorzej, niż Putin nagradzający gwałcicieli z Buczy, świadczy jedynie o całkowitym pomieszaniu umysłowym autorki.

Scenariusze

Wojna w Ukrainie trwa już trzy miesiące. Putin chyba naprawdę sądził, że uda mu się pokonać Ukrainę w ciągu tygodnia, a żołnierze atakujący Kijów nie brali ze sobą dodatkowej amunicji czy racji żywnościowych, lecz mundury galowe, by ładnie wyglądać na paradzie zwycięstwa.

Na szczęście dla Ukrainy i dla świata do tej parady nie doszło. Ukraina broni się niesłychanie dzielnie i skutecznie, dzięki determinacji swoich żołnierzy i całego społeczeństwa, dzięki zmianom, jakie przeprowadziła w armii po 2014, dzięki broni i amunicji otrzymywanej z Zachodu, dzięki zachodnim danym wywiadowczym i dzięki sympatii wolnego świata. A także dzięki słabości wojska rosyjskiego, fatalnie dowodzonego, realizującego koncepcje taktyczne co najwyżej z czasów Układu Warszawskiego, niezdolnego do przeprowadzania złożonych operacji z udziałem różnych rodzajów wojsk, zdemoralizowanego i zdumiewająco źle wyposażonego, do czego zapewne przyczyniła się panująca w Rosji korupcja.

Obecnie na froncie jest niemalże pat. Rosjanie zaciekle, ale dość stereotypowo, nie zważając na straty w ludziach i w sprzęcie oraz na ofiary cywilne, atakują w Donbasie, Ukraińcy ich powstrzymują, ale Rosjanie powolutku zajmują kolejne miejscowości, a raczej ich ruiny, bo głównym celem Rosjan jawi się niszczenie wszystkiego, co się da. Z frontu południowego płyną sprzeczne doniesienia: raz słyszymy, że Rosja koncentruje tam duże siły, żeby uderzyć na Mikołajów i Odessę, innym razem, że Rosjanie okopują się wokół Chersonia, czyli przechodzą do działań defensywnych. Ukraińcy za to odbijają kolejne miejscowości na północy, odpychając Rosjan od Charkowa.

Można odnieść wrażenie, że ani jedna, ani druga strona nie jest teraz w stanie wyprowadzić ciosu, który radykalnie zmieniłby sytuację na froncie.

Jest wciąż możliwe, że Rosja zrealizuje swoje początkowe cele, a przynajmniej ich zasadniczą część: rozbije ukraińską armię, zajmie cały Donbas i cały pas południowy wraz z Odessą – odepchnięcie Ukrainy od morza ma dla Rosji zasadnicze znaczenie – połączy się z Naddniestrzem, na północy być może zdobędzie Charków, zaś na reszcie ukraińskiego terytorium utworzy zwasalizowane państwo z marionetkowym rządem. Na terenach wcielonych do Rosji panować będzie policyjny terror i organizowane będą wywózki. Jest to możliwe, ale patrząc na dotychczasowy przebieg wojny, na rosyjskie straty w ludziach i sprzęcie i na skutki nałożonych na Rosję sankcji, czyli brak zachodnich technologii, komponentów i części, co uniemożliwia na przykład remont uszkodzonych czołgów, wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne.

Jest także możliwe, że gdy do Ukrainy dotrą kolejne partie NATOwskiego uzbrojenia, ta zbierze się w sobie i odrzuci Rosję za granice z 23 lutego, a może nawet odzyska terytoria samozwańczych „republik ludowych” w Donbasie, zadając przy tym rosyjskim siłom zbrojnym straty jeszcze większe, niż dotąd, aby Rosja przez długie lata nie była zdolna do podjęcia kolejnej próby inwazji. (Krymu Ukraina raczej nie odzyska, tego nie zakładałbym nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu.) Jest to również możliwe, ale mimo mojej całej sympatii dla Ukrainy i niechęci do rosyjskiego imperializmu, wydaje mi się to także niezbyt prawdopodobne. Może nie aż tak nieprawdopodobne, jak zwycięstwo Rosji, ale zwycięstwa Ukrainy też bym nie obstawiał. Obym się mylił.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje mi się stagnacja. Front się ustabilizuje, modulo drobne zmiany w jedną lub w drugą stronę. Rosjanie będą kontynuować ostrzał rakietowy i artyleryjski ukraińskiej infrastruktury, instalacji przemysłowych, a nawet dzielnic mieszkalnych, na co Ukraińcy nie będą mogli w pełni odpowiedzieć, no bo przecież nie będą niszczyć swojego terytorium i zabijać swoich ludzi. Będą jedynie ostrzeliwać rosyjskie zgrupowania wojskowe. Nikt nie będzie w stanie przełamać frontu, z czasem może nawet jedna i druga strona przestaną próbować. Taki stan może trwać tygodnie, miesiące, wręcz lata.

I na taki scenariusz powinniśmy się przygotować.

Rzecz w tym, że wojenna gospodarka Ukrainy, w dodatku cały czas niszczona przez rosyjskie rakiety, nie będzie w stanie udźwignąć ani wysiłku wojennego, ani nawet utrzymać państwa na jakim-takim poziomie. Ukraina nie tylko będzie cały czas zależeć od zachodnich dostaw uzbrojenia, amunicji i paliwa, ale także od stałej pomocy gospodarczej.

Zachód w końcu się zmęczy ponoszeniem kosztów tej proxy war. Rosyjska gospodarka krwawi, ale Zachód będzie cierpiał coraz bardziej na braku współpracy z Rosją i Białorusią. Nie chodzi tylko o rosyjską ropę i gaz – te surowce zapewne w końcu się uda zastąpić czymś innym – ale także o nawozy sztuczne (20% światowej produkcji nawozów sztucznych jest zlokalizowane w Białorusi!), pewne rzadko występujące kopaliny, jak nikiel, a przede wszystkim o zboże. Ukraina nie może eksportować swojego zboża i innych produktów rolnych, bo nie ma dostępu do swoich portów (porty azowskie i część czarnomorskich utraciła, reszta portów czarnomorskich jest zaminowana lub blokowana przez Rosję), a w tym roku część ziem pozostanie nieobsiana. To, że produkty zbożowe podrożeją w Europie – a podrożeją, od chleba, poprzez kasze i makarony, aż po piwo – to jeszcze pół biedy. Europa to udźwignie. Problem w tym, że w bardzo ludnych i raczej biednych krajach Bliskiego Wschodu i Afryki, które zależą od dostaw ukraińskiego zboża, może pojawić się klęska głodu. Sytuację dodatkowo pogarszają zmiany klimatyczne. Grożą wielkie niepokoje społeczne i bardzo wzrośnie presja migracyjna na Europę. Putina oczywiście nie obchodzi, że ludzie w Egipcie, Etiopii czy Somalii będą głodować, a to, że Europa może stanąć przed kryzysem migracyjnym jeszcze poważniejszym, niż w 2015, wręcz go cieszy. Jednak z tego samego powodu zachodni przywódcy będą chcieli osiągnąć jakieś porozumienie z Rosją, a im dłużej wojna będzie trwała, tym presja na jakieś, choćby kulawe, porozumienie będzie narastać. Porozumienie kosztem Ukraińców.

A Rosja w tym czasie będzie powolutku odbudowywać swój potencjał, szykując się do nowej wojny za kilka lat.

Powinniśmy być gotowi odpowiedzieć na te zagrożenia.

Kompetencje arcybiskupa

Niedawno minęła dwunasta rocznica katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Z tej okazji Jarosław Kaczyński, zły człowiek, oświadczył, że pod Smoleńskiem doszło do zamachu, a wydobyty z otchłani Antoni Macierewicz ogłosił swój żenująco niekompetentny, kłamliwy i cyniczny „raport”.

Zdaje się, że próba odnowienia religii smoleńskiej spowodowana jest tym, że wojna w Ukrainie nie stała się dla PiSu „politycznym złotem”. Zarazem budżet Polski zbliża się do katastrofy, więc trzeba czymś zająć opinię publiczną. Gdy orkowie Putina pławią się w zbrodniach wojennych, można spróbować przypisać mu każdą inną niegodziwość, nawet taką, której nie popełnił.

Do narracji o zamachu włączył się metropolita krakowski, abp Marek Jędraszewski, jedna z najbardziej złowrogich twarzy polskiego Kościoła. Z okazji rozpoczęcia Wielkiego Tygodnia mówił o „kłamstwie smoleńskim”. Jędraszewski jest pewien, że doszło do zamachu, gdyż

nikt o zdrowym rozsądku nie uwierzy, że brzoza jest w stanie oderwać skrzydło wielkiego samolotu, to raczej ona powinna być ścięta, bo nikt nie jest w stanie uwierzyć, że właśnie wtedy jakimś sposobem zostały zawieszone najbardziej podstawowe prawa fizyki.

Fizyka jest nauką doświadczalną. Ksiądz arcybiskup zechce się dowiedzieć, że w lipcu 1963 amerykańska FAA przeprowadziła eksperyment z udziałem prawdziwego samolotu, żeby zbadać jego destrukcję przy zderzeniach z przeszkodami terenowymi. Użyto DC-7, podobnego rozmiarami do Tu-154. Rozpędzono go i skierowano na przeszkody, jakby w wyniku nieudanego lądowania. Jedną z przeszkód był drewniany słup telegraficzny o średnicy 12 cali, o który samolot zawadził skrzydłem. Słup odciął kawałek skrzydła, a odcięty kawałek odfrunął w górę i w bok. Widać to na filmie. Prędkość DC-7 159 węzłów, prędkość Tupolewa przy zderzeniu z brzozą 167 węzłów, średnica brzozy 30-40 cm, czyli 12-16 cali, miejsce uderzenia skrzydła praktycznie identyczne.

Przewielebny ksiądz arcybiskup oraz moi rozmaici znajomi z wykształceniem ścisłym, nawet z doktoratami, mogą sobie swoje heheszki z „pancernej brzozy” wsadzić tam, gdzie się domyślają.

Przy tej samej okazji abp Jędraszewski pozwolił sobie na stwierdzenie, że

godzina katastrofy w Smoleńsku wpisuje się w godzinę śmierci Jezusa.

Śmierć każdego człowieka wpisuje się w śmierć Jezusa, ale nadawanie specjalnego znaczenia ofiarom tragicznej katastrofy, zrównywanie ich śmierci ze śmiercią Jezusa, jest świętokradztwem

Moim zdaniem ks. prof. dr hab. Marek Jędraszewski jako biskup to pomyłka. Za to jego profesura jest w porządku: ponoć był bardzo kompetentnym komentatorem dzieł Emmanuela Levinasa, ale po otrzymaniu sakry biskupiej przestał się zajmować filozofią, ograniczając się do okazjonalnego komentowania Kpinomira. No, ale skoro Jędraszewski jest biskupem, pewnie można go słuchać w kwestiach religijnych, choć na ten temat wypowiada się raczej rzadko. Znacznie więcej mówi o kwestiach społecznych i moralności, choć jego nauki mają niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, religią miłości, miłosierdzia i współczucia, a są raczej manifestacją poglądów głęboko konserwatywnych, patriarchalnych i etnocentrycznych. Natomiast o fizyce niech się abp Jędraszewski, z łaski swojej, nie wypowiada, gdyż nie ma o niej bladego pojęcia i sam stanowi jawny dowód, jak nisko w Polsce upadła edukacja publiczna.

***

Jednak jest dzisiaj coś, z czego można się cieszyć. Oto russkij wojennyj korabl – tak, ten sam – trafiony ukraińskimi rakietami, poszedł tam, gdzie jego miejsce.

Bo na Senackiej…

Krakowskie potwory, reżyseria Kasia Adamik i Olga Chajdas, scenariusz Magdalena Lankosz, serial Netflix, 2022.

Jeśli ktoś chce się oderwać od bardzo ponurej rzeczywistości, a przy okazji obejrzeć polski serial gorszy od „Wiedźmina” z Michałem Żebrowskim i gumowym smokiem, polecam „Krakowskie potwory”. Autorki miały nawet niezły pomysł: wobec zalewu seriali opartych na mitologii skandynawskiej i innych mitologiach, zróbmy serial oparty na mitologii słowiańskiej. To prawda, niewiele wiemy o przedchrześcijańskich wierzeniach Słowian, więc nawet jeśli trzeba mnóstwo wymyślić, dałoby się z tego zrobić coś interesującego. Niestety, kiepsko to wyszło.

Serial nie może być luźnym zbiorem niepowiązanych scen. Powinien mieć wewnętrzną wiarygodność. I nawet pomijając wpadki realizatorskie, ten element leży całkowicie.

Nawet nie wiem, od czego zacząć. Może od głównej bohaterki, studentki Alex, która kilkakrotnie podkreśla, jak bardzo zależy jej na ukończeniu studiów, ale spędza czas na łażeniu w deszczu po Krakowie, ostrym piciu, ćpaniu i przygodnym seksie. Gdy jeden koleś, zatruty lub zaczarowany przez żeńskiego potwora, odbywa z bohaterką szybki numerek w knajpianej toalecie, a potem jest mu z tego powodu nieco wstyd, Alex kwituje to mądrością Co zaszło w kiblu, zostaje w kiblu. Alex podejrzewa u siebie początki schizofrenii – picie i ćpanie z pewnością są bardzo wskazane w takim stanie – ale tak naprawdę to duchy, duchy ją nawiedzają! Alex zabija potwory posługując się żywiołami: jednego zabija wodą (okazuje się zresztą, że zabicie go było błędem, gdyż miał on powstrzymać Evil Overlorda), innego prądem elektrycznym, czyli ogniem. Obejrzałem tylko pięć z ośmiu odcinków, ale nie zdziwiłbym się, gdyby kogoś innego zdmuchnęła, kogoś zasypała ziemią, aby na końcu, na kształt Piątego Elementu, pokonać samego Evil Overlorda.

Evil Overlord zaś przybiera postać kilkuletniego chłopca ubranego w coś w rodzaju roboczego ferszalunku, z odcinka na odcinek coraz brudniejszego. Chłopiec wygląda jak Laleczka Chucky, mówi głosem Laleczki Chucky i jest tak samo wiarygodny, jak Laleczka Chucky. W chłopca wcieliło się jakieś złe bóstwo, bodaj to, które my znamy jako Smoka Wawelskiego. Nie wiem, po co Smok Wawelski przybył na ziemię, ale na razie jego głównym celem jest zgładzenie Alex, do czego zabiera się niezwykle nieudolnie, przywołując z zaświatów jakieś nieszczęsne potwory niższego rzędu. Na przykład Świtezianki, które najpierw pokracznie biegają na czworakach z gołymi dupami (naprawdę), a potem zaczynają się poruszać bardziej po ludzku i okazują się strrrasznymi kusicielkami; niestety, Alex nie zabijają ani nie doprowadzają do Evil Overlorda. Nawet nie próbują.

Jedyna naprawdę dobrze zrobiona scena to zbiorowe szaleństwo, w jakie wpadają ludzie na Placu Nowym pod wpływem demona. Evil Overlord i Alex, której takie czary nie ruszają, są wtedy dosłownie kilka kroków od siebie, ale ani ona nie próbuje go powstrzymać, ani on nie próbuje jej zgładzić. Bo nie.

Twórczynie serialu wymyśliły, że istoty nadprzyrodzone porozumiewają się językiem „magicznym”. Jest to język bez wątpienia słowiański, który dla mnie brzmi jak mieszanka rosyjskiego z serbskim; Evil Overlord do tego charczy. Ciekawe, skąd ten wybór? Pewnie dlatego, że my w językach wschodnio-, a zwłaszcza południowosłowiańskich słyszymy brzmienia archaiczne, pierwotne, a więc bliższe istoty rzeczy, niż nasza wypaczona przez kulturę Zachodu polszczyzna. Czy tylko ja dostrzegam tu orientalizm, spoglądanie z wyższością na nie-zachodnich Słowian?

A jaka w ogóle jest pora roku? Głównie pada deszcz, ale jest kilka scen ze śniegiem, widzimy potwora niszczącego bożonarodzeniową szopkę, więc są to okolice Bożego Narodzenia. To nawet pasuje, bo Gody to święty czas, zimowe święto solarne, gdy zaświaty mogą przenikać się ze światem doczesnym. Jednak gdy Alex jedzie odwiedzić babcię, autobus zatrzymuje się na tle zielonych drzew, gdy zaś ekipa spieszy zdjąć urok z kolesia zaczarowanego przez Świteziankę (nie tego kolesia z kibla, Świtezianki są dwie!), jedzie przez bujne łany dojrzałej pszenicy.

Nawiasem mówiąc, odczarowanie polega na tym, że kolesia kładzie się w kręgu runicznym i smaruje świńskim łajnem.

Na to wszystko nakładają się błędy w ciągłości (postacie komentują zdarzenia, których nie były świadkami), trywialne wpadki (ludzie są inaczej ubrani w kolejnych ujęciach), elementy kompletnie niewiarygodne (kostnica, do której może wejść każdy z ulicy; w mieście dochodzi do masowych morderstw, a policja ogranicza się do radiowych – kto dziś czerpie wiadomości z radia?! – komunikatów, żeby nie wychodzić z domu), serial ma być słowiański i krakowski, ale piosenki są po angielsku. A, nie jedna jest bodaj po białorusku (śpiewają dwie dziewczyny, nagle jedna przerywa, by zaciągnąć się papierosem, ale głos wciąż płynie). Drugoplanowe postaci są papierowe. No i podstawowy błąd wszystkich polskich seriali: nie można zrozumieć, co mówią aktorzy. Czy młodych aktorów nikt już nie uczy dykcji?! A może to polscy dźwiękowcy nie znają się na swojej robocie? Nie, to chyba nie jest problem dźwiękowców, bo postaci grane przez aktorów starszego pokolenia można zrozumieć bez problemu. Ale ponieważ większość obsady to aktorzy młodzi, radzę włączyć napisy.

Jednak najgorszy ze wszystkiego, absolutnie najgorszy, nie do zniesienia, jest sposób, w jaki pokazano Kraków. Nawet nie chodzi o to, że Kraków jest szary, brudny, pełen liszajów na murach, wstrętnego graffiti i rozpadających się bud. To wszystko w Krakowie jest, choć nie wydaje mi się, żeby decydowało o charakterze miasta, ale nie w tym rzecz. Serialowe miasto to nie jest Kraków. To są tylko krakowskie widoczki ilustrujące jakieś wymyślone miejsce. Przykład: W jednej scenie Zawadzki, stojąc na półpiętrze Collegium Novum, przygląda się Alex schodzącej po schodach. Sekundę później Zawadzki nadal przygląda się Alex, ale stoi na krużganku Collegium Maius, ona zaś przez boczną bramę wchodzi do Ogrodu Profesorskiego. Niby blisko i wszystko jedno, powiedzmy, że to są tylko dekoracje, ale ktoś, kto chociaż pobieżnie zna Kraków, widzi, że to nie jest to miasto. W innej scenie bohaterowie gonią potwora zaczynając na Grodzkiej, za chwilę są na ulicy Józefa na Kazimierzu, a pościg kończą na Kanoniczej. Z Grodzkiej do Collegium Maius jadą samochodem, przejeżdżając po drodze przez Plac Bohaterów Getta. Smocza Jama pod Wawelem okazuje się być rozległymi, nieprzeniknionymi jaskiniami. No i najważniejsze, element, który gra ważną rolę w scenariuszu: Ponieważ rzeczywistość ma być magiczna, Wawel, Kopiec Kraka i Kopiec Wandy tworzą trójkąt równoboczny, którego środek – wypadający w miejscu, w którym Senacka zakręca pod kątem prostym – stanowi Oś Świata. Lub coś takiego. Oczywiście Kopce są zupełnie gdzie indziej, niż są.

A skoro mowa o Wandzie, to bohaterowie tej legendy nie znają i muszą ją sobie przepowiedzieć. No i okazuje się, że to… nie jest legenda o Wandzie, tylko kontaminacja tej legendy z legendą o Smoku Wawelskim. Bo musi być silny element feministyczny z jednej strony no i ten Smok z drugiej? Hm.

Nie polecam.

Świtezianka

Nolite timere

Rozpoczynając przemówienie w Warszawie, prezydent Joe Biden przywołał wezwanie Nie lękajcie się!, wypowiedziane przez papieża Jana Pawła II na mszy inaugurującej jego pontyfikat w październiku 1978.

Nie ma nic dziwnego w tym, że katolik Biden, występując w trudnych czasach w kraju (nominalnie) katolickim, kurtuazyjnie nawiązuje do słów papieża pochodzącego z tego kraju. Co prawda JPII nie jest już w Polsce powszechnie uważany za autorytet i źródło narodowej dumy, może za wyjątkiem kręgów mocno kościelnych, deklaratywnie prawicowych, a także dla osób starszych, choć i ci raczej traktują go jako totem niż źródło nauk moralnych. Dla młodzieży postać JPII jest niemalże obca i choć w szkole, do której uczęszczali, papież wyzierał z każdego kąta, podobno więcej o nim wiedzą z cenzopapów, niż z jakichś rzetelnych źródeł. Osoby centrowe 40+ jakoś tam JPII doceniają, choć są świadome wagi stawianych mu zarzutów w sprawie tolerowania i tuszowania kościelnych skandali obyczajowych, a dla lewicy młodej i nieco starszej nawiązanie do papieża jest wręcz kamieniem obrazy. Wszyscy się jednak zgadzają, że prezydent Biden zacytował papieża-Polaka.

Chyba nikt nie zwrócił uwagi, że JPII sam cytował Ewangelię. Nie lękajcie się to słowa, jakimi anioł zwrócił się do pasterzy przerażonych znakami, jakie miały towarzyszyć narodzinom Jezusa (Łk 2:10). Dzieją się rzeczy wielkie, zachodzą wielkie zmiany, być może nie będzie już tak, jak dawniej, ale należy pokładać ufność w Bożej opatrzności, powie człowiek wierzący. A niewierzący może zaufać światu, który nie jest aż tak zły, jak się uważa, może liczyć na pomoc przyjaciół i stronników. W przypadku narodzin Jezusa – no, wiadomo, w przypadku pontyfikatu JPII – pierwszy nie-Włoch na tronie papieskim od 455 lat, od Klemensa VII do Jana Pawła I. Dzisiaj Putin kwestionuje powojenny porządek w Europie i straszy świat nuklearną zagładą, ale nie lękajmy się: jesteśmy w silnych sojuszach militarnych (NATO) i politycznych (UE) i wspólnie skutecznie przeciwstawimy się złu.

I ja tak chciałbym odczytywać słowa prezydenta Bidena.

Prezydent Biden na Zamku Królewskim w Warszawie

Wokół flagi

Zewsząd słyszę wezwania, aby wobec wojny w Ukrainie, zakończyć wojnę polsko-polską, bo jeśli nie będziemy zjednoczeni, to Putin łatwo nas pokona. A poza tym – choć nikt tego nie mówi wprost – jakoś nie bardzo wypada kłócić się o praworządność, gdy tam giną ludzie w bombardowanych miastach. Mamy się zebrać wokół flagi.

Odwróćmy to: Czy gdy ludzie giną w bombardowanych miastach, PiSowi wypada zwalczać praworządność? Flaga PiS to flaga Kaczyńskiego, nie Polski. Jarosław Kaczyński nie jest patriotą i nie zależy mu na dobru Polski. Zależy mu jedynie na władzy nad Polską.

Rząd PiS nadal nie radzi sobie ze wszystkim, z czym dotąd sobie nie radził; nowością jest tylko to, że rząd kiepsko radzi sobie z falą uchodźców z Ukrainy, za to wszystkie sukcesy pomagających uchodźcom wolontariuszy, organizacji pozarządowych i samorządów bez mrugnięcia okiem przypisuje sobie. TVPiS kłamie, jak kłamała, a może nawet bardziej, PiSowscy nominaci kradną, jak kradli, wojsko jest zdezorganizowane, jak było, a polski wywiad i kontrwywiad wojskowy najprawdopodobniej nie istnieją. Izba Dyscyplinarna orzeka, jak orzekała, rzekomo nawrócony na demokrację Duda mianuje kolejnych neo-sędziów, do neo-KRS ma wejść Łukasz Piebiak, jeden z najbardziej skompromitowanych współpracowników pana Zbyszka, wyroki TSUE nie są wykonywane, a już po rozpoczęciu wojny Trybunał Przyłębskiej, ustami prokuratora Piotrowicza, ogłosił, że w Polsce Europejska Konwencja Praw Człowieka obowiązuje co najwyżej częściowo. Rząd, kontynuując import rosyjskiego węgla, ropy i gazu i nie zamierzając zatrzymać potoku TIRów wiozących towary do Białorusi i Rosji, obłudnie oskarża Niemcy o sprzeciwianie się embargu na handel z Rosją. I ja miałbym o tym wszystkim zapomnieć? Dlaczego?! Bo Putin?

Owszem, choć Ukraińcy bronią się bardzo dzielnie, Putin wciąż może wygrać tę wojnę. Ba, obawiam się, że ją wygra, za cenę zburzenia ukraińskich miast i zabicia dziesiątek tysięcy ludzi. Gdyby tak się stało, po kilku latach Putin lub jakiś jego następca może stać się bezpośrednim zagrożeniem dla Polski. Jednak to nie obecny rząd obroni Polskę! Jedyną nadzieję, że Polska się obroni, pokładam we wsparciu zachodnich struktur politycznych i wojskowych, co nie nastąpi, jeżeli Zachód nie uzna nas za swoją część. A to się nie stanie, jeśli Kaczyński i jego ludzie będą nadal rządzić. UE traktują jako strukturę wrogą, nawet do NATO podchodzą nieufnie (nie należy mylić zauroczenia Trumpem z pozytywnym stosunkiem do NATO), wszelkimi wartościami europejskimi ostentacyjnie pomiatają, w polityce wewnętrznej robią dokładnie to, co robił wczesny Putin (osłabianie samorządów, podporządkowanie sądów i mediów, dławienie opinii publicznej, tworzenie własnej oligarchii, nominacje w administracji i gospodarce wyłącznie po linii politycznej). Do ostatniej chwili, do samego wybuchu wojny, PiS walczył z UE, nazywając jej flagę szmatą, mówiąc o brukselskiej okupacji i wyimaginowanej wspólnocie, a Morawiecki twierdził, że Komisja Europejska, blokując w mechanizmie pieniądze za praworządność fundusze dla Polski, chce wywołać III wojnę światową. PiS antyrosyjski był tylko w gębie, a i to głównie na użytek wewnętrzny, oskarżając przeciwników politycznych o sprzyjanie Putinowi. Złodziej najgłośniej krzyczy „łapaj złodzieja”.

To minimum, jakie dziś rząd PiS robi dla pomocy uchodźcom i powstrzymania Putina, a nawet więcej, robiłby każdy inny polski rząd, no, może za wyjątkiem rządu utworzonego – Boże, uchowaj! – przez Konfederację i partię Zmiana.

Jednym z najważniejszych celów Putina było rozbicie jedności Zachodu. To się, o dziwo, nie udało, choć Kaczyński i Morawiecki bardzo się starali Putinowi pomóc, walcząc z instytucjami europejskimi, obrażając europejskich partnerów i jeszcze w grudniu i styczniu – a o tym, że Putin napadnie na Ukrainę, wiedzieli od amerykańskiego wywiadu co najmniej od listopada! – organizując zjazdy proputinowskich partii. Takiej Polski Zachód raczej nie będzie bronić. Nawet Javelinów nie przyśle.

Uchodźcy i co dalej?

Do Polski przybyło już ponad 600 tysięcy uchodźców z Ukrainy, uciekających przed wojną. Będzie ich więcej, na pewno ponad milion. Niektórzy piszą, że może nawet cztery miliony. Skład tych uchodźców jest nietypowy, dominują nie mężczyźni, ale kobiety z dziećmi. Część z nich pojedzie dalej, do innych krajów, ale większość zapewne zostanie w Polsce. Polacy teraz ruszyli im z pomocą, dostarczają żywność, ubrania, oferują mieszkania tymczasowe, organizują transport. Państwo i samorządy też coś robią, organizując centra pomocy humanitarnej i ośrodki recepcyjne. Ale ten zryw się skończy i powstanie pytanie: co dalej?

Jeśli Putin się opamięta lub zostanie odsunięty od władzy, lub też jeśli Ukraina wygra wojnę, jakaś część z obecnych uchodźców wróci do swojego kraju. Ale nie wszyscy, część nie będzie miała do czego wrócić. Niestety, bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że Putin obróci co najmniej pół Ukrainy w morze ruin, osadzi jakąś swoją marionetkę, wprowadzi terror, na który odpowiedzią będzie lepiej lub gorzej zorganizowany ruch oporu, a wtedy zdecydowana większość uchodźców nie wróci do Ukrainy przez całe lata.

No i gdzie ci ludzie będą mieszkać, do jakich szkół poślą dzieci, gdzie będą pracować, z czego żyć? Jak ich obecność wpłynie na nas samych?

Szkoły dla dzieci wydają mi się absolutnym priorytetem: dzieci muszą chodzić do szkoły, mniejsze do przedszkola, i to najlepiej do zwykłej polskiej szkoły lub przedszkola. Nie do jakichś specjalnych szkół dla uchodźców, ale do zwykłych, polskich szkół, bo to ułatwi integrację nie tylko dzieci, ale i ich rodzin, nawet jeśli miałaby ona być tymczasowa, z perspektywą powrotu do Ukrainy za ileś tam lat. Bez integracji prędzej lub później zaczną się tarcia, bo zwarte grupy Ukraińców z osobnymi szkołami zaczną być traktowane jak ciało obce. Może nie wszędzie, ale gdzieniegdzie niestety tak. A tego naprawdę wolelibyśmy uniknąć.

Problemy z tym są dwa: Po pierwsze, polskie szkoły już są przepełnione i brakuje nauczycieli, gdzie więc umieścimy kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy dodatkowych uczniów? Trzeba też będzie zorganizować dla nich jakieś programy integracyjne, choćby po to, żeby nauczyły się podstaw polskiego, skoro mają brać udział w regularnych lekcjach. Po drugie, ludzie decydują o wyborze szkoły dla dziecka dopiero gdy wiedzą, gdzie będą mieszkać.

Część zapewne zamieszka u swoich krewnych i znajomych, którzy już wcześniej przybyli do Polski i tu pracują, ale to doprowadzi do ciasnoty i chęci poszukiwania większych lokali. Część od razu spróbuje coś wynająć. Czytam, że w Polsce dostępnych jest około 60 tysięcy mieszkań na wynajem. Nawet jeśli obniżymy standardy i założymy, że w jednym zamieszka sześć osób, oznaczać to będzie miejsce dla 360 tysięcy osób, w praktyce raczej mniej. To pokryje 1/3, 1/4, a może i mniejszy ułamek potrzeb. A co z pozostałymi? No i jeśli wszystkie dostępne mieszkania zostaną wynajęte Ukraińcom, problemy będą mieli tuziemcy także poszukujący wynajmu.

Dalej, gdzie ci ludzie będą pracować? Powtórzę, że większość dorosłych uchodźców to kobiety, a więc nie będą mogły podjąć ciężkich prac fizycznych. Nie łudźmy się, że wszystkie te kobiety podejmą „typowe” prace Ukrainek: sprzątanie i opieka nad ludźmi niedołężnymi. Część z nich tak, ale to nie jest praca dla wszystkich. z różnych względów. Część z uchodźców może mieć zresztą kwalifikacje przydatne w wielu sektorach gospodarki, ale barierą będzie znajomość języka i brak nostryfikacji dyplomów tam, gdzie formalne uprawnienia są wymagane (na przykład w zawodach medycznych).

A jeśli nie znajdą pracy, to z czego będą żyć? Jeśli znajdą marną pracę w szarej strefie, czy stać ich będzie na wynajem? A jeśli zachorują – część na pewno zachoruje, przecież Ukraińcy to zwykli ludzie, nie superbohaterowie niepodatni na choroby – za co będą się leczyć?

Ja nie znam odpowiedzi na te pytania. Ale setki tysięcy uchodźców już tu są, będzie ich więcej, i wcześniej lub później, raczej wcześniej, niż później, odpowiedź na te pytania stanie się palącą konieczności. Mamy moralny, cywilizacyjny obowiązek przyjąć uchodźców i okazać im wsparcie, ale to pociąga koszty. Napływ tak dużej liczby uchodźców wpłynie na nasz rynek mieszkaniowy, na rynek pracy i na usługi społeczne, takie jak oświata i służba zdrowia. Rząd, samorządy, think tanki już teraz powinny o tym myśleć. Nic mi jednak nie wiadomo, aby ktoś się tym zajmował. I to mnie martwi.