Prokrastynując, obejrzałem całkiem świeży serial na Netfliksie. Młody agent FBI i specjalistka od bezpieczeństwa komputerowego (umie znaleźć coś w Googlu i bardzo szybko wypisuje komendy shella) ratują Amerykę przed kolejnym zagrażającym jej spiskiem. Fabuła jest nieskomplikowana, przewidywalna, z dziurami i naiwnościami, ale nie aż takimi, żeby wywoływały one wściekłość widza. Ale całość jest nawet całkiem dobrze zrobiona, więc jeśli ktoś poszukuje serialu nie silącego się na oryginalność fabularną czy artystyczną, pozwalającego na chwilę oderwać się od rzeczywistości, mogę polecić. W ostatniej scenie główni bohaterowie rozstają się, ale obiecują sobie znów się kiedyś spotkać, więc jest punkt wyjścia do ewentualnego drugiego sezonu.
Główny bohater wygląda trochę jak Jean-Claude Van Damme odmłodzony o 30 lat, główna bohaterka to trochę młodsza i ładniejsza wersja Meghan Markle, a ścigająca ich tyleż nieustępliwie, co nieskutecznie okrutna zabójczyni ma w uśmiechu coś z Heleny Bonham Carter. Zapewne w oczach twórców serialu taki dobór aktorów miał stanowić dodatkową wartość.
No cóż, spóźniłem się i nie dostałem biletów na dzisiejszy koncert, ale na następne już mam. Dzisiaj słuchałem przez radio.
Giovanni Battista Pergolesi, Stabat Mater, Rachel Redmond, Victoire Bunel, Le Poème Harmonique, dyr. Vincent Dumestre.
To jest wielka muzyka, ale dzisiejsze wykonanie zaledwie dobre. Oczywiście, inaczej słucha się w radio, inaczej naprawdę na żywo, siedząc na sali, wśród publiczności. Wtedy jest o wiele lepiej. Ale ja wciąż słyszę wykonanie doskonałe: Julia Lezhneva, Philippe Jaroussky, dyr. Diego Fasolis.
Wersja z YT i tak ustępuje nagraniu płytowemu (Erato, 2013). Dopiero tego trzeba posłuchać, i to na dobrym sprzęcie, żeby usłyszeć to mistrzostwo. Ja wiem, to jest nagranie studyjne, materiał nagrywany wielokrotnie, na wielu kanałach, a potem inżynier dźwięku montuje to pracowicie z dokładnością do ułamków sekundy. Ale ten efekt! Idealna synchronizacja głosów i orkiestry. A głosy – Jaroussky śpiewa nisko, momentami brzmi niemalże jak ciepły tenor. Do tego przenikliwy, czysty, ostry jak brzytwa głos Lezhniewej. Całość niesamowita, powalająca!
Ciekawostka: na filmie z YT proszę zwrócić uwagę na szaliczki solistów. Chodzi nie tylko o to, aby się nie przeziębić, ale by wręcz nie oziębić gardeł, a raczej krtani, bo nie rozgrzane nie będą dobrze brzmiały.
Reportaż Marcina Gutowskiego Franciszkańska 3 i książka Ekke Overbeeka Maxima Culpa dowodzą, że Karol Wojtyła jako arcybiskup metropolita krakowski zajmował się sprawami czterech księży-pedofilów, przy czym o jednym z nich, ks. Sadusiu – tym, którego kard. Wojtyła wysłał do Austrii, zatajając przez kard. Königiem prawdziwy powód zsyłki – nie można z całą pewnością powiedzieć, że był pedofilem. Nie ma wątpliwości, że ks. Saduś był homoseksualistą, który uwodził czy też molestował młodych chłopaków. Ale co to jest młody chłopak? Być może wszystkie ofiary Sadusia przekroczyły obowiązujący w Polsce wiek zgody (15 lat), a nawet wiek zgody wedle obowiązującego wówczas Kodeksu Kanonicznego (16 lat), co by czyniło z Sadusia typka odrażającego, ale nie pedofila w sensie prawnym. Ale pozostała trójka bez wątpliwości była drapieżnymi pedofilami, a kard. Wojtyła radził sobie z nimi tak, jak chyba wszyscy inni biskupi w tamtych czasach, czyli nie radził sobie w ogóle. Właściwie chodziło wyłącznie o ochronę Kościoła przed skandalem, kary, jeśli były wymierzane, były łagodne, kard. Wojtyła, ufając księżom obiecującym poprawę, przenosił ich do innych placówek, gdzie łamiąc dane obietnice mogli kontynuować swój proceder, a o krzywdę i cierpienie ofiar zupełnie nikt się nie troszczył.
Wszystkie ujawnione przypadki pochodzą z materiałów SB, zresztą nie zbieranych przeciwko Wojtyle, ale do szantażowania tych właśnie księży. Duszący się własną hipokryzją PiS grzmi, że materiały przeciwko Wojtyle pochodzą z ubeckich teczek, a więc są niewiarygodne. A na czymże innym opierał się Macierewicz tworzący w 1992 swoją słynną listę lub PiS szkalujący Wałęsę!? Wtedy ubeckie teczki były w porządku (z dokładnością do lojalki Jarosława Kaczyńskiego, która, jako jedyna, została sfałszowana). Materiały o księżach-pedofilach, z którymi miał do czynienia abp Wojtyła, pozostają dziś w zasobach IPN. IPN od lat jest całkowicie kontrolowany przez PiS, niektórzy więc spekulują, że bez zgody władz PiS materiały te nie zostałyby ujawnione dziennikarzom. To PiS, dzisiaj semper fidelis, ogłaszający się największym obrońcą czci papieża JPII, tak naprawdę doprowadził do ujawnienia kompromitujących informacji na jego temat, żeby podzielić i spolaryzować społeczeństwo, ułatwiając sobie grę wyborczą. To byłoby bardzo w duchu PiS, tej obłudnej, zakłamanej i jednej z najbardziej szkodliwych formacji politycznych w całych dziejach Polski.
Mniejsza jednak o to. W całej archidiecezji krakowskiej pracuje ~2000 księży, więc gdyby przyjąć statystyki amerykańskie, ok. 4%, może nieco więcej, duchownych dopuszczało się różnej rangi przestępstw seksualnych wobec nieletnich i powinniśmy się spodziewać ~80 sprawców. A mamy czterech. 20 razy mniej. Gdyby kard. Wojtyła podczas swojej kariery metropolity zetknął się tylko z czterema księżmi-pedofilami, zaledwie 2‰ księży podlegających jego jurysdykcji, jako papież JPII mógł przypuszczać, że tacy przestępcy zdarzają się naprawę rzadko. Bo że się zdarzają, bez wątpienia wiedział. Ale ilu ich było? Ze sprawami ilu pedofilów kard. Wojtyła mógł się zetknąć jako metropolita? Jakiej skali problemu mógł się spodziewać, gdy obejmował władzę nad całym Kościołem?
Niektórzy sprawcy mogli się dobrze kryć, inni wykorzystywali fakt, że ofiary wstydziły się mówić o doznanych krzywdach lub też ich rodziny, pozostając w klerykalnym szacunku wobec księdza, wręcz im tego zabraniały. To, że poznane materiały pochodzą z materiałów SB, może świadczyć tak o tym, że ich obecni dysponenci zdecydowali się ujawnić tylko te, jak i o tym, że SB nie wiedziało o wielu więcej przestępcach: SB bardzo dokładnie starało się inwigilować księży i taki smaczny kąsek, jak pedofilia, zwłaszcza homoseksualna, na pewno zostałby odnotowany w teczce księdza. No, ale bardzo dużo materiałów SB zostało bezpowrotnie zniszczonych na przełomie 1989/90. Tak więc nie wiemy nawet tego, ilu księży-pedofilów z archidiecezji krakowskiej odnotowała SB, tym bardziej zaś, o ilu z nich wiedział kard. Wojtyła. Nie wiemy i być może nigdy się tego nie dowiemy z bezpośrednich źródeł.
Materiały z postępowań kanonicznych przeciwko występnym księżom, jeśli do nich dochodziło, pozostają tajne i niedostępne dla badaczy.
Żeby więc zorientować się, ile wiedział abp. Wojtyła, trzeba by przeprowadzić drobiazgową kwerendę, podobną do tej, jaka pokazana jest w filmie Spotlight. Przeanalizować rokroczne spisy księży archidiecezji z czasów, gdy metropolitą był kard. Wojtyła i wyłapać tych, którzy dziwnie często zmieniali parafie lub też z niewytłumaczalnych powodów pozostawali bez przydziału. A potem spróbować prześledzić losy tych konkretnych księży, postarać się odszukać świadków, może ktoś coś wie, coś pamięta. Oczywiście w niektórych przypadkach okaże się, że ksiądz był zwyczajnie kłótliwy, był alkoholikiem lub malwersantem i dlatego był przenoszony z miejsca na miejsce, albo ciężko chorował i dlatego był bez przydziału, ale na pewno dałoby się wykryć takich, których arcybiskup próbował, w pewnym sensie, ukryć, a na pewno oderwać od dotychczasowego środowiska. No i co z nimi? To mogłoby dać pewne oszacowanie, ile kard. Wojtyła znał takich przypadków ze swojej diecezji.
Ale obecnie tego chyba nie da się zrobić. Abp Marek Jędraszewski postanowił utajnić wszystkie akta personalne księży i chyba te doroczne spisy też.
Jak mówi prawica, gdy ktoś nie ma niczego do ukrycia, to niczego nie ukrywa.
Niedawno zetknąłem się z prawdziwie obłąkaną teorią spiskową. Nie śledzę prawackich mediów ani grupek w social mediach, więc nie wykluczam, że ona tam od dawna istnieje. Dla mnie była całkowitą nowością.
Chodzi o aferę taśmową. Oczywiście nie był to żaden domorosły „spisek kelnerów”, tylko większa, organizowana z zewnątrz operacja, mająca na celu obalenie ówczesnego rządu. Ale nie organizowana przez Rosję, gdyż po co Ruscy mieliby obalać rząd, który [gave them oral pleasure, tylko powiedziane bardziej wulgarnie] na zlecenie Niemiec?! Któż więc tę aferę, mimo licznych poszlak wskazujących na Rosjan, naprawdę zorganizował? Stany Zjednoczone! Ameryka bowiem doszła do wniosku, że współpraca niemiecko-rosyjska zbyt dobrze się rozwija, zagraża amerykańskiej hegemonii, postanowili więc uderzyć w najsłabsze ogniwo i zastąpić niemieckich agentów rządzących w Polsce agentami amerykańskimi.
No i wszystko jasne.
Muszę przyznać, że mowę mi odebrało i nie znalazłem żadnej dobrej odpowiedzi. Ale tak mnie to zafrapowało, że przez jakiś czas o tym myślałem i w końcu wpadłem na moją własną obłąkaną kontr-teorię spiskową.
Kluczowe jest pytanie, czemu Rosjanie mieliby obalać Tuska. Otóż dlatego, że Tusk odmówił Rosji uczestnictwa w rozbiorze Ukrainy. Nie ma raczej wątpliwości, że propozycja taka padła i zapewne była ponawiana, a Tusk odmówił, co zapewne spowolniło plany Rosji. I dlatego trzeba go było ukarać. Skompromitować, odebrać mu władzę i oddać ją PiSowi, który, przy całej swojej werbalnej antyrosyjskości, jest pod względem wyznawanych wartości znacznie bliższy Rosji: anty-nowoczesny, kreujący się na obrońcę „tradycyjnych wartości”, a przede wszystkim anty-Zachodni i anty-unijny. A silna, zjednoczona Unia Europejska jest solą w oku Putina. Rosjanie postarali się więc o nagrania kompromitujące ważne figury z rządu Platformy i przekazali je PiSowi, który przyjął je bez obrzydzenia i wykorzystał, jak wykorzystał.
Jak dotąd, całkiem spokojnie.
Jest jednak coś więcej i tu zaczyna się prawdziwy obłęd. O ile bowiem Tusk odmówił udziału w rozbiorze Ukrainy, o tyle Rosjanie mogli sądzić, że Kaczyński – niekoniecznie. PiS jest mocno wspierany przez środowiska „kresowe”, nacjonalistyczne i antyukraińskie, w PiS i okolicach umieszczonych jest wielu rosyjskich agentów wpływu. A gdyby polska flaga zaczęła powiewać nad Lwowem, choćby „ochranianym” przez Wojsko Polskie w ramach misji pokojowej NATO, ewentualnie jeszcze jakiegoś szerszego układu międzynarodowego, ale takiej misji, która będzie w stanie także się obronić, która będzie dążyła do pokoju, do udzielenia pomocy humanitarnej, ale jednocześnie będzie też osłonięta przez odpowiednie siły, siły zbrojne, to ktoś na Kremlu mógł dojść do wniosku, że ten, kto by tego dokonał, zbudowałby sobie w Polsce pomnik trwalszy niż ze spiżu. I że Kaczyński mógłby dać się na to złapać. Co prawda jednocześnie fundując Polsce coś w rodzaju Ulsteru lub Algierii, ale to tym lepiej z rosyjskiego punktu widzenia.
Radosław Sikorski w ostatnich tygodniach podjął swego rodzaju ofensywę medialną. Wpisy w mediach społecznościowych, wywiady z nim w jednych mediach tradycyjnych, artykuły o nim w innych. Częściowo była to reakcja na jego pierwszy problem, uwagę o możliwym „zawahaniu się” rządu PiS w pierwszych dniach wojny Rosji z Ukrainą. Jednak moim zdaniem bardziej szkodliwa dla wizerunku Sikorskiego jest jego współpraca ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi.
Otóż kilka dni temu pewien holenderski dziennik napisał, że Radosław Sikorski od kilku lat bierze prawie sto tysięcy dolarów rocznie od ZEA. Formalnie za zasiadanie w radzie programowej jakiejś konferencji organizowanej cyklicznie przez ZEA, faktycznie – za działania na rzecz ocieplenia wizerunku tego państwa na arenie międzynarodowej.
No i się zaczęło! Prasa zaczęła oskarżać Sikorskiego, że zatajał tę współpracę, dochody ukrywał, a w głosowaniach w Parlamencie Europejskim był przychylny dla ZEA. Zrównywano go z osobami zamieszanymi w ostatni skandal korupcyjny w PE, gdzie kilkoro europarlamentarzystów faktycznie brało pod stołem duże pieniądze od innego kraju Zatoki Perskiej, a także od Maroka. Nic podobnego, ripostował Sikorski: współpracę z ZEA oficjalnie zgłaszał, uzyskiwane stamtąd dochody ujawniał i płacił od nich podatki (w Polsce), nigdy też w przedmiotowych sprawach nie głosował wbrew stanowisku swojej grupy europarlamentarnej. Sikorski ma rację. Nie ma podstaw, by oskarżać go o korupcję czy ukrywanie dochodów. Czyli co, nie ma sprawy?
Niestety, sprawa jest. Tylko że nie kryminalna, ale moralna. Czemu, do jasnej cholery, Radosław Sikorski w ogóle tę robotę wziął?!
Zjednoczone Emiraty Arabskie to federacja kilku absolutystycznych monarchii w Zatoce Perskiej. Nie ma tam demokracji, wyborów, wolności słowa, stosowane jest prawo szariatu, protestujący są aresztowani, bici i prześladowani, prawa człowieka w naszym rozumieniu, tolerancja, praktycznie nie istnieją. Słowem, wartości praktykowane w ZEA są bardzo dalekie od tego, co uznajemy za podstawę w Unii Europejskiej.
Każde państwo, w tym ZEA, ma prawo o zabieganie o poprawę swojego wizerunku w świecie – Emiratom zapewne chodzi o przyciągnięcie bogatych inwestorów i turystów – tylko czy powinien się w to angażować czynny polityk europejski, ze wspólnoty promującej wartości bardzo odległe od tego, co w polityce wewnętrznej robią Emiraty? Moim zdaniem, nie powinien. To, że w innych krajach, w tym w leżącej po sąsiedzku, jeszcze bogatszej i potężniejszej Arabii Saudyjskiej, jest pod tym względem jeszcze gorzej, nie stanowi żadnego usprawiedliwienia.
Porównajmy to z taką sytuacją: Każdy oskarżony ma prawo do obrony, w tym prawo do pomocy adwokata. Każdy oskarżony, a więc jakiś brutalny mafioso też. Tylko że adwokat, o którym wiadomo, że zarobił – legalnie! – duże pieniądze na obronie brutalnych mafiosów, nie powinien jednocześnie pozować na obrońcę praw człowieka czy zagrożonych gatunków. Nic tego nie zakazuje, ale odebrano by to jako zgrzyt. Tak, jak zgrzytem jest zestawienie aktywności Sikorskiego jako obrońcy praw człowieka i praworządności w Unii Europejskiej ze współpracą z krajem, który te same prawa człowieka ma za nic.
Mówiąc szczerze sądzę, że skoro nie dało się Sikorskiego wrobić w sprawę kryminalną, w Polsce szybko się o tej historii zapomni. Nie sądzę, aby w naszym kraju jakiejś dużej grupie wyborców przeszkadzała współpraca Sikorskiego z ZEA. Natomiast Radosław Sikorski zamknął sobie drogę do jakichś eksponowanych stanowisk międzynarodowych, jeśli do takowych aspirował.
Aferą ostatnich dni jest Willa+ – program, w ramach którego minister Czarnek z Lublina, ze środków przeznaczonych na edukację, rozdał 40 milionów zaprzyjaźnionym fundacjom i organizacjom pozarządowym na zakup lub remont nieruchomości. Rekordzista dostał 5 mln na zakup rozległej willi w najdroższej dzielnicy Warszawy, ktoś inny ponad 2 mln na dwuhektarową posiadłość z willą, prywatnym lasem i domkiem pszczelarza. Teoretycznie każdy mógł złożyć wniosek, ale tak się składa, że dostały tylko organizacje założone przez członków PiS oraz trochę organizacji kościelnych. Wielu beneficjentów, w tym ci najhojniej obdarowani, nie ma nic wspólnego z działalnością edukacyjną i w ogóle nie bardzo wiadomo, czym się zajmują. Nawet powołana przez Czarnka komisja konkursowa negatywnie oceniła część z tych wniosków, ale Czarnek przyznał środki wbrew opinii swojej własnej komisji. Mam nadzieję, że Czarnek z Lublina pójdzie za to siedzieć – za niegospodarność.
Opozycyjne media komentują, że jest to typowe uwłaszczanie nomenklatury, tym razem PiSowskiej. Tak, jak najbardziej tak. Obrzydliwe wyłudzanie wielomilionowych dotacji przez PiSowskie pasożyty.
W TVNie biadają, że o środki znacznie skromniejsze występowały organizacje, które naprawdę prowadzą działalność edukacyjną, na którą państwo skąpi, choć nie powinno, takie jak fundacje zajmujące się dziećmi ze spektrum autyzmu czy z porażeniem mózgowym, a nawet Polski Związek Niewidomych. No i nikt z nich nic nie dostał, środki popłynęły za to do fundacji Polska Wielki Projekt (willa na Mokotowie), fundacji Dumni z Elbląga (domek pszczelarza) czy fundacji założonej przez ministra Michała Dworczyka (luksusowa siedziba w Katowicach). A dla organizacji zajmujących się kształceniem niepełnosprawnych dzieci – nic.
I nagle mnie olśniło: Czarnek z Lublina to twardy nacjonalista. Reprezentuje drugą, po bezideowych karierowiczach, najliczniejszą grupę wśród działaczy PiS; w elektoracie PiS jest to zapewne grupa najważniejsza. Otóż dla oszalałych nacjonalistów chorzy i upośledzeni są bezwartościowi. Najlepiej byłoby ich gdzieś ukryć, schować, a na pewno nie warto dbać o poprawę ich losu. Czarnek z Lublina i jego ideowi pobratymcy nie idą tak daleko, jak naziści, którzy w imię eugeniki uśmiercali niepełnosprawnych, ale przeznaczanie państwowych środków na edukację niepełnosprawnych dzieci i opiekę nad nimi w oczach Czarnka byłoby czystym marnotrawstwem.
Lekceważący, wręcz pogardliwy stosunek do niepełnosprawnych było w PiSie widać od dawna. Myślałem, że wynika to jedynie z tego, że PiS uznał, że dbając o niepełnosprawnych, nie przysporzy sobie wielu głosów. Dziś jednak zrozumiałem, że za tą pogardą stoi poważna przesłanka ideowa: nacjonalizm. Nacjonaliści trochę się kalek brzydzą, trochę się ich irracjonalnie boją, a na pewno uważają ich za bezwartościowych, wręcz za obciążenie, z punktu widzenia rozrostu Narodu.
Czarnkowi z Lublina, który ostentacyjnie obnosi się ze swoim katolicyzmem, a nawet ma czelność porównywać się do kard. Wyszyńskiego, przypomnę słowa Jezusa:
Wszystko, coście uczynili jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnieście uczynili (Mt 25:40).
Niestety, w polskim katolicyzmie chrześcijaństwo słabo się zakorzeniło.
Podobno sporo osób ma jakąś drobnostkę, która ich w sposób niezrozumiały, ponad wszelką miarę irytuje. Dla mnie czymś takim jest słowo gościni. Boże, jak ja nie znoszę tego słowa!
Nie mam nic przeciwko feminatywom, prezydentkom, naukowczyniom, chirurżkom czy kierowczyniom. Mnie jedynie drażni to konkretne słowo, gościni.
Ze smutkiem przyznaję, że to słowo uznawane jest za poprawne i że występuje w Słowniku Warszawskim – ale chyba tylko tam. W dodatku jako druga forma żeńska rzeczownika gość; pierwszą formą jest gościa, która nie budzi we mnie żadnego sprzeciwu, ba, wydaje mi się ładna. W języku rosyjskim mamy słowo гостья, określające gościa-kobietę. Być może komuś wydało się, że tworząc ten pokraczny neologizm, gościni, uniknie rusycyzmu, jakim rzekomo byłaby gościa, podczas gdy gościa istniała w polszczyźnie od dawna, nie była naleciałością z czasów zaborów.
W języku polskim istnieją liczne rzeczowniki rodzaju żeńskiego z końcówkami -ini, -yni. Mistrzyni, zdobywczyni, zwyciężczyni, łowczyni, naukowczyni, morderczyni, kniahini, bogini. Czemu więc nie gościni? Bo rzeczowniki rodzaju męskiego, od których utworzono powyższe formy żeńskie, mają inne formy, tymczasem wyraz gość ma budowę taką, jak znane rzeczowniki rodzaju żeńskiego: kość, złość, miłość i wiele podobnych. Siłowe, bezmyślne utworzenie formy żeńskiej od rzeczownika, który sam z siebie brzmi jakby był rodzaju żeńskiego, budzi mój sprzeciw.
Rzeczownik gość oznacza też faceta, bliżej nieokreślonego mężczyznę. Gdy byłem chłopcem, w okolicach mojego podwórka funkcjonował żeński odpowiednik gościa w tym znaczeniu: gościówa.
To słowo wydaje mi się tysiąc razy zgrabniejsze od katastrofalnej gościni.
Opozycja, z wyjątkiem grupki PL2050, właśnie wstrzymała się od głosu i pozwoliła PiSowi uchwalić niekonstytucyjną nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym, rzekomo służącą do odblokowania pieniędzy z KPO.
Za było 203 posłów z PiS, przeciw 52 od pana Zbyszka, Konfederacji i PL2050, 189 osób się wstrzymało od głosu. Gdyby opozycja głosowała przeciw, nowelizacja by nie przeszła.
Borys Budka i mnóstwo innych posłów PO, którzy od kilku dni biegali po mediach i krzyczeli, że rząd, skoro nie ma w Sejmie większości dla uchwalenia tej ustawy, powinien się podać do dymisji, właśnie wyszli na błaznów. Oto bowiem rząd ma większość, dzięki kunktatorstwu opozycji.
Można teraz dywagować, czy opozycja szczerze chciałaby jak najszybciej obalić rząd PiS, czy też może wygodnie się czuje w roli nie biorącej za nic odpowiedzialności opozycji. A Polska? Co tam Polska…
Co ważniejsze, choć ustawa jest w sposób oczywisty niekonstytucyjna, opozycja się jej nie sprzeciwiła. Sprzeciw to sprzeciw, nie uchylanie się od zajęcia stanowiska. Jak teraz opozycja będzie mogła piętnować inne niekonstytucyjne ustawy PiSu? Jak będzie się tłumaczyć, że choć mogła zablokować szkodliwą ustawę, a może wręcz doprowadzić do dymisji szkodliwego rządu, to tego nie zrobiła? Jak będzie się tłumaczyć, że sprzedała konstytucyjne zasady za srebrniki?
Senat oczywiście ustawę poprawi, ale poprawki zostaną odrzucone w Sejmie, bo PiS nie będzie do tego potrzebował głosów opozycji. Ludzie pana Zbyszka i zapewne Konfa zagłosują za odrzuceniem poprawek, bo ustawa w wersji PiSowskiej to dla nich będzie mniejsze zło. Czy idioci z opozycji tego nie widzą?!
Duda podpisze, ustawa wejdzie w życie i teraz pytanie, co zrobi Komisja Europejska.
Jeśli KE uzna, że ustawa przywraca w Polsce jakieś elementy praworządności, odblokuje pieniądze, a wtedy PiS będzie tryumfował i puszył się, jak skutecznie potrafi dyskutować z KE. Natomiast PiS ze środków z KPO zrobi sobie swój fundusz wyborczy, trochę ukradnie, a resztę zmarnuje. Polska i opozycja g… będą z tego miały.
Jeśli KE pieniędzy nie odblokuje, jeszcze głośniejsza stanie się narracja PiSu, że UE jest Polsce nieprzychylna, wręcz wrogo nastawiona. To wśród elektoratu wahającego się, labilnego, wzmocni nastroje antyeuropejskie, czyli propisowskie, osłabi proeuropejskie, czyli antypisowskie.
Zapytam jeszcze raz: Czy idioci z opozycji tego wszystkiego nie widzą?!
Może się okazać, że dzisiejsze głosowanie zapewniło PiSowi trzecią kadencję. Ręce opadają.
Fizycy strasznie nie lubią wyjaśnienia „bo tak”. Na ogół nie zadowalają się stwierdzeniem, że jest, jak jest, tylko pytają dlaczego jest, jak jest.
Swego czasu fizyka ograniczała się do odkrywania nowych zjawisk, katalogowania ich i coraz staranniejszego mierzenia. Tak było w czasach antycznych i wczesnych nowożytnych, ale jeszcze w latach ’70 XIX wieku, gdy Philipp von Jolly odradzał Maxowi Planckowi studiowanie fizyki, w której „prawie wszystko zostało już odkryte” i zadaniem fizyki pozostawało tylko robienie coraz dokładniejszych pomiarów, było to podejście bardzo popularne. I choć wyjaśnienia teoretyczne, jak zasady dynamiki Newtona, powszechne prawo ciążenia czy równania Maxwella, były znane i doceniane, ówczesna fizyka koncentrowała się na katalogowaniu i mierzeniu różnych wielkości. Pod koniec XIX ludzkość zgromadziła w ten sposób multum danych. Na szczęście ludziom uważanym dziś za twórców współczesnej fizyki nie wystarczało stwierdzenie, że skoro takie oto są wyniki precyzyjnych pomiarów, to znaczy, że takie są własności Natury, a ludziom nic do tego, tylko próbowali zrozumieć, z czego one wynikają. Żeby wyjaśnić widmo promieniowania ciała doskonale czarnego, Max Planck położył podwaliny pod mechanikę kwantową. Albert Einstein zapostulował istnienie fotonów aby wyjaśnić zjawisko fotoelektryczne. Po niedługim czasie okazało się, że kombinacja tych dwóch podejść prowadzi do zrozumienia widm emisyjnych atomów, precyzyjnie pomierzonych jeszcze w XIX wieku. Gdy Loránd Eötvös doświadczalnie wykazał równość masy ciężkiej (źródła siły ciężkości) i bezwładnej (tej, która występuje w II zasadzie dynamiki), Einstein zadał sobie pytanie dlaczego są one równe, co doprowadziło go do sformułowania Ogólnej Teorii Względności. Przykłady można mnożyć.
Widać, że próby zrozumienia, wyjaśnienia przyczyn zjawisk, a nie samo ograniczanie się do ich zmierzenia i opisu, były w fizyce bardzo płodne. Stało to się wręcz paradygmatem rozwoju fizyki. Fizycy upierają się, by za każdym razem dociekać dlaczego coś jest, jakie jest.
Niestety, są sytuacje, w których fizycy są bezradni i nie znajdują odpowiedzi na pytanie dlaczego. Mam na myśli wyznaczanie wartości fundamentalnych stałych przyrody. No cóż, one są, jakie są i (na razie?) nie widać powodów, dla których nie mogłyby one mieć jakichś innych wartości. Weźmy Model Standardowy oddziaływań fundamentalnych (bez grawitacji). Opisuje on w sposób praktycznie doskonały elektromagnetyzm i oddziaływania jądrowe (silne i słabe), wszystkie jego przewidywania, na czele z istnieniem cząstki Higgsa, udało się potwierdzić doświadczalnie, ale fizycy go nie lubią. Nie lubią go, gdyż zawiera on bodaj 19 parametrów swobodnych, to znaczy wielkości, które potrafimy bardzo dokładnie wyznaczyć eksperymentalnie, ale zupełnie wie wiemy, dlaczego te wartości są takie, jakie są. Potencjalnie mogłyby być inne, ale nawet niewielka modyfikacja zmieniałaby własności sił jądrowych, co mogłoby z kolei wpływać na stabilność jąder atomowych. Dlatego fizycy zajmujący się cząstkami elementarnymi usilnie poszukują „nowej fizyki”, „fizyki poza Modelem Standardowym”, licząc na to, że w ramach takiej szerszej, bardziej ogólnej teorii, wartości parametrów Modelu Standardowego uda się wyliczyć w oparciu o prawa fundamentalne. Fizycy nie musieliby się już ograniczać do doświadczalnego wyznaczania tych parametrów, nie rozumiejąc, skąd się one biorą.
Efekty tych poszukiwań są na razie mizerne, ale fizycy wciąż mają nadzieję na wyjaśnienie wartości parametrów Modelu Standardowego w ramach jakiejś szerszej teorii.
Inaczej jest z fundamentalnymi stałymi przyrody, charakteryzującymi Wszechświat jako taki: stałą Plancka, prędkością światła, ładunkiem elementarnym i stałą grawitacji. Nie dość, że nie wiadomo, dlaczego mają one takie wartości, jakie mają, to zauważono, że gdyby ich wartości były nawet odrobinę inne, zupełnie inne byłyby własności Wszechświata. Wszechświaty byłyby puste (bez materii, jedynie z promieniowaniem), lub przeciwnie, supergęste, lub istniałyby krótko, lub zmiany w charakterze sił jądrowych drastycznie wpłynęłyby na ewolucję gwiazd, lub zmiany w charakterze sił elektromagnetycznych uniemożliwiłyby powstanie stabilnych atomów, lub coś jeszcze innego, równie nieprzyjemnego. W szczególności życie w formie zbliżonej do nam znanej, oparte na chemii złożonych związków, nie mogłoby powstać. Zaburzenie własności Wszechświata uniemożliwiające powstanie życia byłoby możliwe na bardzo wielu poziomach! A jednak życie istnieje. Jest to znane jako problem dostrojenia Wszechświata (ang. fine-tuned Universe).
A fizycy chcieliby wiedzieć dlaczego stałe fundamentalne mają wartości, jakie mają. To pragnienie zrozumienia, połączone z problemem dostrojenia, doprowadziło do powstania zasady antropicznej, której jedno ze sformułowań brzmi
Wszechświat musi mieć takie własności, aby wewnątrz niego, w pewnych okresach jego historii, mogło rozwijać się życie.
Nacisk położony jest na słowo musi. Własności świata nie są przypadkowo takie, że mogło w nim powstać życie, ale istnieje jakaś kosmiczna zasada, która to powoduje. Przeczytałem kiedyś, że Wszechświat potrzebuje inteligentnego życia aby mógł opisać sam siebie. Inni w niezrozumiałej zdolności Wszechświata do podtrzymywania życia dopatrują się dowodu na istnienie jakiegoś Stwórcy lub Projektanta – tak zdaje się sądzić na przykład prof. Marek Abramowicz, autor mocno ostatnio dyskutowanego (i krytykowanego) artykułu w Gazecie Wyborczej. Należy przy tym od razu zaznaczyć, że gdyby taki Stwórca istniał, wcale nie musiałby być podobny do osobowego Boga wielkich religii monoteistycznych. Mógłby, ale nie byłoby to konieczne.
Ja tymczasem w przyjęciu zasady antropicznej, zwłaszcza w formie postulatu istnienia Stwórcy/Projektanta, dopatruję się błędu logicznego petitio principii, założenia tezy, którą chcemy udowodnić. Spójrzmy: Zakładamy, że musi być jakiś powód, dla którego stałe fizyczne mają swoje wartości, a po skonstatowaniu, że te akurat wartości umożliwiają powstanie życia, dochodzimy do wniosku, że Coś specjalnie nadało im wartości takie, aby życie mogło powstać. No ale przecież założyliśmy, że istnieje jakiś powód, więc nie powinniśmy się dziwić, że z tego założenia wywodzimy, że powód w istocie był. To jest błędne koło.
Jeśli założymy istnienie Stwórcy, to możemy spekulować, że istnienie życia było dla Stwórcy w jakimś sensie korzystne, stworzył więc taki świat, w którym życie mogło powstać. Myśmy jednak chcieli pójść w przeciwną stronę i z istnienia życia wywnioskować istnienie Stwórcy, a taka implikacja najwyraźniej nie działa. Jeżeli S, to ż, z tym mógłbym się zgodzić bez większych oporów, ale stwierdziwszy, że ż, nie mogę na tej podstawie wnioskować, że S.
Na pozór wydaje się, że byłoby prościej, gdyby zasada antropiczna wynikała z jakiegoś prawa, meta-prawa przyrody, na przykład regulującego Wielki Wybuch. Jak pisałem poprzednio, nie rozumiemy momentu Wielkiego Wybuchu. W Wielkim Wybuchu znane prawa fizyki załamują się, ewolucja staje się nieunitarna. Może kiedyś lepiej zrozumiemy Wielki Wybuch? Na to z pewnością liczymy. Ba, może uda się pokazać, że fundamentalne stałe przyrody powstającego w Wielkim Wybuchu Wszechświata muszą przyjmować wartości z jakiegoś wąskiego zakresu. Może okaże się, że jest jakieś prawo przyrody, które coś takiego gwarantuje? Nie mam pojęcia. Ale nawet jeśli tak się stanie, będzie to tylko odsunięcie problemu o jeden krok do tyłu. Bo z czego miałoby takie meta-prawo wynikać? Z jakiegoś meta-meta-prawa. A ono z kolei? Wygląda to jak początek regresji do nieskończoności 🙂 Brzytwa Ockhama sugerowałaby rozwiązanie najprostsze: Stałe fizyczne przyjęły swoje wartości zupełnie przypadkowo. Bez żadnego powodu. Bo tak.
Jeśli przyjąć, że wartości stałych fizycznych mogły być dowolne, stwierdzamy jedynie, że okazały się one takie, iż życie mogło powstać. Jeśli Wszechświat jest jedyny, to wartości stałych przyrody po prostu są, jakie są, bez żadnego kosmicznego powodu, bez żadnej generalnej zasady rządzącej powstaniem Wszechświata. Po prostu tak się stało, a my – i być może także inne istoty w innych układach planetarnych i galaktykach – mogliśmy zaistnieć. Ot tak, przypadkowo, nie dla wypełnienia jakiegoś kosmicznego celu. Gdyby wartości stałych były choć odrobinę inne, życie by nie powstało, ale wówczas nie miałby kto się nad tym faktem użalać.
Inną ucieczką od kłopotów, jakie rodzi arbitralne przyjmowanie zasady antropicznej jako „rozwiązania” problemu dostrojenia, jest hipoteza Wieloświata, Multiverse. Ale o tym napiszę osobno.
Każdemu wolno jest szukać uzasadnienia swojej wiary, a komu innemu swojej niewiary, w dokonaniach nauki. Czym innym wszakże jest dowód, czym innym zaś uzasadnienie. Rzecz w tym, że nauka nie dowodzi istnienia Boga ani w ogóle żadnej rzeczywistości nadprzyrodzonej. I w drugą stronę: z nauki nie wynika, że Boga lub innej rzeczywistości nadprzyrodzonej nie ma.
Autor doszukuje się
niemożliwego do zaprzeczenia splątania fizyki z metafizyką
w dokonaniach fizyki współczesnej: względności czasu i przestrzeni, mechaniki kwantowej z nierównościami Bella, splątaniem i teleportacją kwantową, a także astrofizyki i kosmologii. Cóż, pokazuje to, że naiwny, mechanistyczny materializm, charakterystyczny dla fizyki końca XIX wieku, gdy poważni ludzie twierdzili, że w fizyce „wszystko już zostało odkryte”, a później choćby dla myśli stalinowskiej, która w imię tak pojmowanego materializmu sprzeciwiała się mechanice kwantowej i teorii względności, nie ma racji bytu. Fizyka, gdy zaczyna mówić o obiektach bardzo małych lub bardzo dużych i procesach bardzo szybkich lub bardzo powolnych, wykraczających poza nasz „zwykły” obszar poznania, staje się mocno nieintuicyjna. Nasze zmysły, a za nimi nasze narzędzia poznawcze, powstały (lub wyewoluowały, to jest w tym kontekście bez znaczenia) do radzenia sobie z obiektami i procesami jako-tako przystającymi do ludzkiej skali rozmiarów i czasów trwania, od mikrometrów po tysiące kilometrów i od mikrosekund po tysiąclecia. Im bardziej oddalamy się od tej skali w jedną lub w drugą stronę, tym trudniej nam prowadzić pomiary i choć mamy – lub przynajmniej wydaje nam się, że mamy – adekwatny język opisu takich zjawisk, matematykę, uzyskane rezultaty są dla nas trudne do wtłoczenia do codziennej, intuicyjnie dla nas zrozumiałej skali. Wiemy też doskonale, że pewnych zjawisk wciąż nie umiemy ani zmierzyć, ani opisać i domyślamy się, że istnieje gazylion obiektów, o których nawet nie wiemy, że istnieją. We wszystkich tych przypadkach naiwny materializm zawodzi. Mamy nadzieję, że z czasem udoskonalimy nasze teorie naukowe i narzędzia badawcze i kiedyś, choć być może nieprędko, znacząco rozszerzymy dostępny nam obszar poznania. Zarazem wydaje mi się oczywiste, że ludzkość, jak długo by istniała, nie zdoła poznać i zrozumieć wszystkiego. Nie wynika z tego jednak, że musi istnieć jakiś wszechogarniający Bóg. Nie wynika z tego także, że wszechogarniającego Boga nie ma.
Ciekawe, że Abramowicz tylko pobieżnie odnosi się do najpoważniejszej, moim zdaniem, kontrowersji związanej z mechaniką kwantową: koncepcji obserwatora. Rzeczywiście, granica pomiędzy fizyką kwantową a klasyczną, a konkretnie sposób, w jaki obiekty kwantowe przekształcają się we wskazania klasycznych urządzeń pomiarowych, jest źle zdefiniowany. Autor cytuje tu austriackiego fizyka Antona Zeilingera, laureata Nagrody Nobla:
Będziemy się chyba musieli pożegnać z naiwnym realizmem, zgodnie z którym świat istnieje sam z siebie, bez naszego udziału i niezależnie od naszych obserwacji
Skoro obiekty kwantowe dopiero w akcie pomiaru przybierają swoje klasyczne wartości – cząstka zostaje zlokalizowana w jakimś tu, choć przed pomiarem była, w pewnym sensie, wszędzie, kot Schrödingera okazuje się być żywy bądź martwy, choć przed pomiarem nie był ani taki, ani taki (nie, mechanika kwantowa nie twierdzi, że był jednocześnie żywy i martwy), a właściwie w ogóle nie było odrębnego kota – bez obserwatora świat nie może istnieć. Czy to miałoby oznaczać, że bez ludzi cały Wszechświat by nie istniał? Przecież to bzdura, skoro wiemy, że ludzie pojawili się dopiero miliardy lat po powstaniu Wszechświata. Stąd rzekomo miałaby wynikać konieczność istnienia Boga jako „pierwszego obserwatora”. Ot, taka modyfikacja arystotelesowskiej koncepcji pierwszego poruszyciela. Ale to jest fałszywa implikacja. My, ludzkość, po prostu wciąż niedostatecznie dobrze rozumiemy koncepcję pomiaru kwantowego – jest to jeden z tych problemów, które, jak liczymy, kiedyś uda nam się wyjaśnić, choć dziś nam on wciąż umyka. Są już zresztą pierwsze koncepcje teoretyczne, jak choćby teoria dekoherencji. Podobnie zresztą nie rozumiemy samego momentu Wielkiego Wybuchu. Naiwnie interpretuje się go jako akt stworzenia, ale to po prostu jest kolejna rzecz, której jeszcze nie rozumiemy i może kiedyś zrozumiemy. A może nie. Podobnie jak nie wiemy, co dzieje się pod horyzontem zdarzeń czarnej dziury.
Innymi słowy, fizyka wciąż jest – i zapewne zawsze pozostanie – niedoskonała, a im więcej na poziomie formalnym rozumiemy, nawet mogąc to poprzeć eksperymentami, tym bardziej nasze wywiedzione z ludzkiej skali intuicje zawodzą. Ale to niestety, na szczęście, niepotrzebne skreślić, nie dowodzi istnienia Boga.
Marek Abramowicz dość dużo miejsca poświęca temu, że dzięki, jak się wydaje, starannie dobranym wartościom stałych fizycznych,
Wszechświat jest bardzo wyjątkowy, gdyż wyraźnie zdaje się sprzyjać naszemu istnieniu.
Autor kończy swój artykuł podając wyniki głosowania na pewnej konferencji fizycznej w Uppsali. Otóż na pytanie: Czy twoim zdaniem istnieją poważne powody na to, by uznać, że Bóg istnieje? trzy czwarte głosujących odpowiedziało twierdząco. No i fajnie. Nie ma w tym niczego dziwnego. Podobnie bowiem jak naiwny materializm jest nie do utrzymania, błędne jest przekonanie, że wiara religijna i „światopogląd naukowy” pozostają w sprzeczności. Światopogląd naukowy wymaga, aby wszystkie obserwowane zjawiska wyjaśniać odwołując się do znanych praw naukowych, a jeśli to się nie udaje, to najpewniej dlatego, że jakichś praw wciąż jeszcze nie znamy lub nie rozumiemy. Jednak postulat, że wszystko potencjalnie da się wyjaśnić w oparciu o prawa naukowe, jest tylko postulatem, założeniem o charakterze filozoficznym, nie zaś prawem naukowym per se. Tym bardziej, że jak napisałem wyżej, zapewne nigdy nie poznamy wszystkich praw naukowych. I nadal nic nie wynika z tego w kwestii istnienia bądź nieistnienia Boga.
Informuje się żołnierzy, że korzystnym dla zdrowia jest częste mycie stóp i rąk, a także twarzy świeżą wodą, a jeszcze lepiej wodą ciepłą z dodatkiem kilku kropli octu lub wódki. (Desgenettes, naczelny lekarz Armii Orientu podczas epidemii dżumy, 1799)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.