Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło wczoraj Strategię Rozwoju Szkolnictwa Wyższego w Polsce do roku 2020. Strategię, na zlecenie Ministerstwa, opracowała firma doradcza Ernst & Young, za 1,7 mln złotych. Dokument ten, omawiany już na wielu forach, zawiera szereg rekomendacji. Część z nich jest lepsza, część gorsza, ale kilka budzi mój sprzeciw:
- Zakaz zatrudniania własnych doktorów. Uczelnie publiczne przez dwa lata nie będą mogły zatrudniać osób, które uzyskały na nich doktorat. Ma to wyeliminować „chów wsobny” tudzież wymusić mobilność. Mobilność to słowo-klucz. Nie możesz być dobrym naukowcem, jeśli nie otarłeś się o inne uczelnie. To prawda, tak to działa na przykład w Ameryce, ale autorzy Strategii nie wzięli pod uwagę ograniczeń, warunków brzegowych. Gdzie i za co młody doktor miałby się przeprowadzić? Za co wynająć mieszkanie, gdy pensja młodego doktora nie wystarcza na wynajęcie czegoś w dużym mieście po cenach rynkowych? Co ze współmałżonkiem doktora? W Polsce społeczeństwo w ogóle jest mniej mobilne, niż w Ameryce, wyjazd do innego miasta za pracą – i to nie ze wsi, ale z miasta uniwersyteckiego! – jest nam kulturowo obcy. W porządku, być może trzeba to zmienić, uczelnie powinny być otwarte na osoby z zewnątrz, ale nie sądzę, żeby administracyjny nakaz był najlepszą metodą. Duże dyscypliny, uprawiane na wielu uczelniach, szybko znajdą sposób na obchodzenie zakazu: nasz doktorant formalnie będzie się bronił w Instytucie Fizyki Jądrowej, na AGH lub w Katowicach, doktorant z Katowic u nas. Przecież nie ma prawnego obowiązku bronienia się na uczelni, na której odbywało się studia. A jeśli takiej możliwości nie będzie, młodzi doktorzy mogą zostać zmuszeni do porzucenia dalszej kariery akademickiej.
- Kandydat na profesora musi przepracować łącznie co najmniej trzy lata poza własną uczelnią. Znów, w teorii pomysł jest znakomity, przyszły profesor musi mieć obycie w świecie, musi zetknąć się z innymi projektami i inną kulturą naukową, musi wystawić się na krytykę „obcych”. Ach, żeby tylko pani minister mogła administracyjnie zapewnić miejsca pracy dla kandydatów na profesorów! W rzeczywistości może dojść do tego, że klasyczny wieloetatowiec będzie spełniać ten warunek – przecież pracował poza swoją uczelnią – podobnie jak osoba, która nigdzie długo nie zagrzała miejsca, i to niekoniecznie ze względu na ciekawość intelektualną pchającą ją do nowych wyzwań, a ktoś, kto pracował w jednym miejscu, nawet na światowym poziomie, będzie bez szans. Albo kandydat na profesora będzie musiał pogodzić się z czasowym spadkiem dochodów i prestiżu, popracować pewien czas w gorszej uczelni. Czego on się tam nauczy? I czy będzie miał gdzie pracować, bo przecież Strategia zakłada konsolidację i likwidację małych uczelni, także ze względów demograficznych. Oj, chyba nie zostanę profesorem. O tym, czy ktoś na stanowisko profesora zasługuje, powinny decydować nie formalne kryteria administracyjne, ale uzyskane wyniki – publikacje, zaproszone wykłady na konferencjach. (Oj, chyba nie zostanę profesorem.) Strategią obronną będzie mianowanie na stanowiska profesorów podwórkowych, pardon, uczelnianych, wszystkich doktorów habilitowanych tuż przed wejściem reformy w życie. Obawiam się, że oba te sposoby na administracyjne wymuszenie mobilności będą w wielu wypadkach działać raczej zniechęcająco niż mobilizująco.
- Zakaz wieloetatowości – pracownik uczelni akademickiej będzie mógł poza własną uczelnią pracować co najwyżej na pół etatu. Dotyczyć ma to też działalności gospodarczej. Świetny pomysł, który mnie zresztą powinien być obojętny – fizyków nikt nie potrzebuje, więc ich na drugim itd etacie nie zatrudnia. Takie obostrzenia są zrozumiałe, o ile prestiż i wynagrodzenie pracownika uczelni są na tyle duże, żeby rekompensować utratę potencjalnych zarobków gdzie indziej. Tymczasem na sama strategia zakłada, że do roku 2020 realne wynagrodzenia pracowników uczelni mają wzrosnąć o 30%. To zbyt mało. Ha, już widzę naszych licznych profesorów prawa (nomina sunt odiosa), którzy porzucają swoje kancelarie adwokackie, żeby móc pozostać na uczelni. Podobnie pracowników wydziałów medycznych, porzucających swoje gabinety. Nawiasem mówiąc, pracownicy wydziałów medycznych bardzo często mają tylko cząstkę etatu akademickiego, w ramach którego uczą i prowadzą badania naukowe, oraz cały, lub też jakiś ułamek, etatu z PSK, w ramach którego leczą ludzi. Czy teraz będą musieli przestać leczyć, czy też będą leczyć za darmo? Czy wysoko opłacanym specjalistom z E&Y w ogóle to przyszło do głowy?
- Likwidacja stypendiów naukowych. Środki przeznaczane obecnie na stypendia naukowe pójdą na zwiększenie liczby i wysokości stypendiów socjalnych, aby zwiększyć dostępność darmowych studiów. Stypendia mają być przyznawane nie przez uczelnie, ale przez Ośrodki Pomocy Społecznej. Ubóstwo nie powinno być barierą do studiowania, powinny być liczne programy stypendialne wspierające niezamożnych, ale zdolnych studentów. No właśnie, zdolnych. Po wejściu w życie ministerialnych propozycji takie samo wsparcie otrzyma student biedny, ale zdolny i pracowity, jak i biedny leniwy kombinator, któremu zależy tylko na tym, żeby utrzymać się na studiach, bo dzięki temu dostaje stypendium. To jest po prostu głupie. I jak ma się to do deklarowanego celu, jakim ma być podniesienie i poziomu wykształcenia, i jakości badań? Ano, nijak.
- Ostateczna likwidacja jednolitych studiów magisterskich. Tak zwany „proces boloński”, podział studiów na studia I i II stopnia, uznanie studiów doktoranckich za studia III stopnia, to katastrofa, zupełnie nieprzystająca do polskich warunków i tradycji (pracodawcy osoby z samym licencjatem traktują jak ludzi z niepełnym wykształceniem!), ale OK, jakoś sobie z tym radzimy. Ale teraz co, będzie licencjat z prawa? Licencjat z medycyny?! Przywracamy zawód felczera?
- Wprowadzenie kategorii uczelni badawczej. Uczelnia badawcza ma prowadzić badania, zatrudniać personel pod kątem ich pozycji naukowej, nie zaś potrzeb dydaktycznych, ma obowiązek prowadzić studia III stopnia i może prowadzić studia I i II stopnia, na uczelni badawczej na jednego pracownika naukowego ma przypadać mniej studentów, niż na uczelni akademickiej. Jak rozumiem, mają się z tym łączyć większe pieniądze na badania. Nie wiem, jakie będą szczegółowe kryteria, ale jeśli mały stosunek liczby studentów do pracowników potraktować literalnie jako wymóg, wielkie uczelnie – Uniwersytet Warszawski, Jagielloński i inne czołowe uniwersytety – prowadzące masowe, popularne kierunki studiów, nie będą mogły stać się uczelniami badawczymi. Za to instytuty naukowe, które prowadzą studia doktoranckie, będą mogły formalnie zjednoczyć się w uniwersytet, uzyskać status uniwersytetu badawczego i spić całą śmietankę. Kudrycka jako eksponent lobby instytutów naukowych?
- Zwiększenie kontroli ministra nad uczelniami państwowymi. Tak, duże uczelnie państwowe są źle zarządzane, ale pomysł, że scentralizowana kontrola jest najlepszym remedium, to jest etatystyczna aberracja. Uczelnie, także państwowe, będą mogły upadać (w sensie prawa upadłościowego). Czy to ma oznaczać, że uczelnie staną się przedsiębiorstwami nastawionymi na zysk? W ogóle różnica pomiędzy uczelniami państwowymi a prywatnymi zaciera się – tyle, że uczelnie prywatne będą miały większą autonomię, niż państwowe. Minister Kudrycka jednak jest eksponentem interesów uczelni prywatnych.
Jednocześnie pani minister Kudrycka opublikowała artykuł, w którym zachwala swoją strategię. Artykuł jest cukierkowo niekonkretny, pełno w nim haseł, pobożnych życzeń, ale żadnych gwarancji. I jeszcze te stereotypy: Natalia – kobieta – to „dociekliwa humanistka”, która „skoncentruje się na psychologii społecznej […] i intensywnej nauce języków obcych”, Wojtek – mężczyzna – to „umysł ścisły i praktyczny”, który wobec tego pójdzie na politechnikę. Mnie zaś uderza wizja pani minister: uniwersytety to humanistyka, kierunki ścisłe to politechnika, która „musi zbliżyć swoją ofertę dydaktyczną do oczekiwań przedsiębiorców”, są jeszcze wyższe szkoły zawodowe. A gdzie badania podstawowe, od matematyki po biologię? W wizji pani minister najwyraźniej nie ma na nie miejsca.
Mam nadzieję, że ten projekt reform nie wejdzie w życie.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.