Minister, Ernst & Young

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło wczoraj Strategię Rozwoju Szkolnictwa Wyższego w Polsce do roku 2020. Strategię, na zlecenie Ministerstwa, opracowała firma doradcza Ernst & Young, za 1,7 mln złotych. Dokument ten, omawiany już na wielu forach, zawiera szereg rekomendacji. Część z nich jest lepsza, część gorsza, ale kilka budzi mój sprzeciw:

  • Zakaz zatrudniania własnych doktorów. Uczelnie publiczne przez dwa lata nie będą mogły zatrudniać osób, które uzyskały na nich doktorat. Ma to wyeliminować „chów wsobny” tudzież wymusić mobilność. Mobilność to słowo-klucz. Nie możesz być dobrym naukowcem, jeśli nie otarłeś się o inne uczelnie. To prawda, tak to działa na przykład w Ameryce, ale autorzy Strategii nie wzięli pod uwagę ograniczeń, warunków brzegowych. Gdzie i za co młody doktor miałby się przeprowadzić? Za co wynająć mieszkanie, gdy pensja młodego doktora nie wystarcza na wynajęcie czegoś w dużym mieście po cenach rynkowych? Co ze współmałżonkiem doktora? W Polsce społeczeństwo w ogóle jest mniej mobilne, niż w Ameryce, wyjazd do innego miasta za pracą – i to nie ze wsi, ale z miasta uniwersyteckiego! – jest nam kulturowo obcy. W porządku, być może trzeba to zmienić, uczelnie powinny być otwarte na osoby z zewnątrz, ale nie sądzę, żeby administracyjny nakaz był najlepszą metodą. Duże dyscypliny, uprawiane na wielu uczelniach, szybko znajdą sposób na obchodzenie zakazu: nasz doktorant formalnie będzie się bronił w Instytucie Fizyki Jądrowej, na AGH lub w Katowicach, doktorant z Katowic u nas. Przecież nie ma prawnego obowiązku bronienia się na uczelni, na której odbywało się studia. A jeśli takiej możliwości nie będzie, młodzi doktorzy mogą zostać zmuszeni do porzucenia dalszej kariery akademickiej.
  • Kandydat na profesora musi przepracować łącznie co najmniej trzy lata poza własną uczelnią. Znów, w teorii pomysł jest znakomity, przyszły profesor musi mieć obycie w świecie, musi zetknąć się z innymi projektami i inną kulturą naukową, musi wystawić się na krytykę „obcych”. Ach, żeby tylko pani minister mogła administracyjnie zapewnić miejsca pracy dla kandydatów na profesorów! W rzeczywistości może dojść do tego, że klasyczny wieloetatowiec będzie spełniać ten warunek – przecież pracował poza swoją uczelnią – podobnie jak osoba, która nigdzie długo nie zagrzała miejsca, i to niekoniecznie  ze względu na ciekawość intelektualną pchającą ją do nowych wyzwań, a ktoś, kto pracował w jednym miejscu, nawet na światowym poziomie, będzie bez szans. Albo kandydat na profesora będzie musiał pogodzić się z czasowym spadkiem dochodów i prestiżu, popracować pewien czas w gorszej uczelni. Czego on się tam nauczy? I czy będzie miał gdzie pracować, bo przecież Strategia zakłada konsolidację i likwidację małych uczelni, także ze względów demograficznych. Oj, chyba nie zostanę profesorem. O tym, czy ktoś na stanowisko profesora zasługuje, powinny decydować nie formalne kryteria administracyjne, ale uzyskane wyniki – publikacje, zaproszone wykłady na konferencjach. (Oj, chyba nie zostanę profesorem.) Strategią obronną będzie mianowanie na stanowiska profesorów podwórkowych, pardon, uczelnianych, wszystkich doktorów habilitowanych tuż przed wejściem reformy w życie. Obawiam się, że oba te sposoby na administracyjne wymuszenie mobilności będą w wielu wypadkach działać raczej zniechęcająco niż mobilizująco.
  • Zakaz wieloetatowości – pracownik uczelni akademickiej będzie mógł poza własną uczelnią pracować co najwyżej na pół etatu. Dotyczyć ma to też działalności gospodarczej. Świetny pomysł, który mnie zresztą powinien być obojętny – fizyków nikt nie potrzebuje, więc ich na drugim itd etacie nie zatrudnia. Takie obostrzenia są zrozumiałe, o ile prestiż i wynagrodzenie pracownika uczelni są na tyle duże, żeby rekompensować utratę potencjalnych zarobków gdzie indziej. Tymczasem na sama strategia zakłada, że do roku 2020 realne wynagrodzenia pracowników uczelni mają wzrosnąć o 30%. To zbyt mało. Ha, już widzę naszych licznych profesorów prawa (nomina sunt odiosa), którzy porzucają swoje kancelarie adwokackie, żeby móc pozostać na uczelni. Podobnie pracowników wydziałów medycznych, porzucających swoje gabinety. Nawiasem mówiąc, pracownicy wydziałów medycznych bardzo często mają tylko cząstkę etatu akademickiego, w ramach którego uczą i prowadzą badania naukowe, oraz cały, lub też jakiś ułamek, etatu z PSK, w ramach którego leczą ludzi. Czy teraz będą musieli przestać leczyć, czy też będą leczyć za darmo? Czy wysoko opłacanym specjalistom z E&Y w ogóle to przyszło do głowy?
  • Likwidacja stypendiów naukowych. Środki przeznaczane obecnie na stypendia naukowe pójdą na zwiększenie liczby i wysokości stypendiów socjalnych, aby zwiększyć dostępność darmowych studiów. Stypendia mają być przyznawane nie przez uczelnie, ale przez Ośrodki Pomocy Społecznej. Ubóstwo nie powinno być barierą do studiowania, powinny być liczne programy stypendialne wspierające niezamożnych, ale zdolnych studentów. No właśnie, zdolnych. Po wejściu w życie ministerialnych propozycji takie samo wsparcie otrzyma student biedny, ale zdolny i pracowity, jak i biedny leniwy kombinator, któremu zależy tylko na tym, żeby utrzymać się na studiach, bo dzięki temu dostaje stypendium. To jest po prostu głupie. I jak ma się to do deklarowanego celu, jakim ma być podniesienie i poziomu wykształcenia, i jakości badań? Ano, nijak.
  • Ostateczna likwidacja jednolitych studiów magisterskich. Tak zwany „proces boloński”, podział studiów na studia I i II stopnia, uznanie studiów doktoranckich za studia III stopnia, to katastrofa, zupełnie nieprzystająca do polskich warunków i tradycji (pracodawcy osoby z samym licencjatem traktują jak ludzi z niepełnym wykształceniem!), ale OK, jakoś sobie z tym radzimy. Ale teraz co, będzie licencjat z prawa? Licencjat z medycyny?! Przywracamy zawód felczera?
  • Wprowadzenie kategorii uczelni badawczej. Uczelnia badawcza ma prowadzić badania, zatrudniać personel pod kątem ich pozycji naukowej, nie zaś potrzeb dydaktycznych, ma obowiązek prowadzić studia III stopnia i może prowadzić studia I i II stopnia, na uczelni badawczej na jednego pracownika naukowego ma przypadać mniej studentów, niż na uczelni akademickiej. Jak rozumiem, mają się z tym łączyć większe pieniądze na badania. Nie wiem, jakie będą szczegółowe kryteria, ale jeśli mały stosunek liczby studentów do pracowników potraktować literalnie jako wymóg, wielkie uczelnie – Uniwersytet Warszawski, Jagielloński i inne czołowe uniwersytety – prowadzące masowe, popularne kierunki studiów, nie będą mogły stać się uczelniami badawczymi. Za to instytuty naukowe, które prowadzą studia doktoranckie, będą mogły formalnie zjednoczyć się w uniwersytet, uzyskać status uniwersytetu badawczego i spić całą śmietankę. Kudrycka jako eksponent lobby instytutów naukowych?
  • Zwiększenie kontroli ministra nad uczelniami państwowymi. Tak, duże uczelnie państwowe są źle zarządzane, ale pomysł, że scentralizowana kontrola jest najlepszym remedium, to jest etatystyczna aberracja. Uczelnie, także państwowe, będą mogły upadać (w sensie prawa upadłościowego). Czy to ma oznaczać, że uczelnie staną się przedsiębiorstwami nastawionymi na zysk? W ogóle różnica pomiędzy uczelniami państwowymi a prywatnymi zaciera się – tyle, że uczelnie prywatne będą miały większą autonomię, niż państwowe. Minister Kudrycka jednak jest eksponentem interesów uczelni prywatnych.

Jednocześnie pani minister Kudrycka opublikowała artykuł, w którym zachwala swoją strategię. Artykuł jest cukierkowo niekonkretny, pełno w nim haseł, pobożnych życzeń, ale żadnych gwarancji. I jeszcze te stereotypy: Natalia – kobieta –  to „dociekliwa humanistka”, która „skoncentruje się na psychologii społecznej […] i intensywnej nauce języków obcych”, Wojtek – mężczyzna – to „umysł ścisły i praktyczny”, który wobec tego pójdzie na politechnikę. Mnie zaś uderza wizja pani minister: uniwersytety to humanistyka, kierunki ścisłe to politechnika, która „musi zbliżyć swoją ofertę dydaktyczną do oczekiwań przedsiębiorców”, są jeszcze wyższe szkoły zawodowe. A gdzie badania podstawowe, od matematyki po biologię? W wizji pani minister najwyraźniej nie ma na nie miejsca.

Mam nadzieję, że ten projekt reform nie wejdzie w życie.

O, tempora

Kolega przesłał mi żart, przerobioną mapę Europy. Zamieszczam ją z pewną taką nieśmiałością, bo pokazuje stereotypy, w jakich tkwimy, nasz megalomański i oderwany od rzeczywistości ogląd świata, obraża sympatyczne i przyjazne nam kraje – i, wstyd przyznać, wydaje mi się zabawna.

Mapa Europy

Mapa oczywiście już od dawna jest w sieci, choćby na demotywatorach, mam więc nieco mniejsze wyrzuty sumienia. Długo zastanawiałem się skąd mogła się wziąć i co oznacza „pani Stanisława” – wydaje mi się, że może chodzić o to. Ja zamiast IKEA dałbym Wallander, ale może to nie pasowałoby do poetyki całości. Ha, za to zdążyłem już kilku osobom wytłumaczyć co oznacza napis „Baryka”, i nie była to nieletnia młodzież.

O, tempora, o, mores…

Opowiadanie

Wysłuchałem dziś całkiem poważnego referatu na temat BCI, Brain-Computer Interface. Prelegent, żeby zainteresować publiczność, opowiadał – całkiem niepotrzebnie i całkiem bez związku z dalszą częścią seminarium – że nauka potrafi już robić nie-sa-mo-wi-te rzeczy, w szczególności wypreparować mózg szczura, utrzymywać ten mózg przy życiu i sprawić, że będzie on sterował robotem. Prelegent pokazał nam nawet film (na YouTube jest tego więcej)…

…i pozwolił sobie na komentarz, że robot naprawdę zachowuje się jak szczur. Rzeczywiście, sposób filmowania i muzyka nasuwają skojarzenia z zachowaniem przerażonego, usiłującego uciec zwierzęcia.

Wydało mi się to ze wszech miar obrzydliwe. Poczułem autentyczną repulsję na myśl o działaniach tych naukowców. Jakiś straszny, bezsensowny wiwisekcjonizm, robiony bez żadnego celu, tylko po to, żeby pokazać, jacy jesteśmy technicznie sprawni: no patrzcie państwo, takie rzeczy umiemy zmajstrować! Okrutna sztuczka cyrkowa. Na szczęście okazało się, że prelegent przesadził – nie mózg szczura, ale tkanka mózgowa, wydobyta ze szczurzego płodu. Tkanka rozrasta się na szalce Petriego, tworzy połączenia, a dzielni uczeni przyłączają do niej elektrody i – dalej nie wiedząc, jak to działa – pozwalają nieszczęsnej tkance sterować robotem. Tutaj jest poważny artykuł na ten temat, opublikowany w PLoS Computational Biology, ale media oczywiście piszą o robocie z mózgiem szczura. Nawet zamieszczony filmik ma tytuł Rat Brain Robot. Cóż, media lubią epatować i lubią uproszczenia.

To, co autorzy tych eksperymentów naprawdę robią, jest mniej okrutne, a więc nieco mniej obrzydliwe, niż to, co prelegent chciał nam wmówić, ale zanim to sobie wszystko wyguglałem, wymyśliłem taki oto szkic opowiadania SF:

Pewne laboratorium zajmuje się budową robotów-cyborgów, sterowanych wypreparowanymi, żywymi mózgami szczurów. Roboty umieją unikać przeszkód, poruszać się po labiryncie, poszukiwać, dążyć do celu. Marzeniem naukowców jest budowa robotów, które umiałyby coś więcej, na przykład rozpoznawać litery lub choćby piktogramy, robotów, z którymi możnaby się komunikować. Ba, ale skąd wziąć odpowiedni mózg? I tu okazuje się, że szef laboratorium, szanowany naukowiec, ma raka trzustki. Zostało mu jeszcze trzy, może cztery miesiące życia, które spędzi albo w straszliwych męczarniach, albo ogłupiony środkami znieczulającymi, bez kontaktu z rzeczywistością. Naukowiec postanawia ofiarować siebie – swój mózg – swojemu laboratorium. Przyjaciele odmawiają go, przecież szczurze mózgi sterujące robotami żyją krótko, najwyżej kilka tygodni. Nie szkodzi, mówi naukowiec, przeżyję ten czas bez cierpienia, w dodatku robiąc coś pożytecznego dla nauki. W końcu wszyscy się zgadzają, naukowiec zostaje znieczulony, jego mózg operacyjnie wyjęty, umieszczony w słoju z pożywką. Wszystkie elektrody podłączono, uruchomiono robota. Bo początkowej konfuzji robot zaczyna w kółko wskazywać litery KILLME, KILLME. Cierpienie mózgu jest wielekroć większe, niż cierpienie umierającego na raka.

Copyright © 2010 PFG.

To nie byłoby dobre opowiadanie, ale gdyby ktoś je sprawnie napisał, byłoby sprzedawalne. Wszelkie skojarzenia z potwornym filmem Johnny Got His Gun, albo z tym opowiadaniem Ze wspomnieć Ijona Tichego Lema, w którym facet skonstruował nieśmiertelną duszę swojej żony, w postaci niezniszczalnego, zielonkawo połyskującego kryształu, są jak najbardziej na miejscu.

Jezus i literatura ergodyczna

Dowiedziałem się dzisiaj, że istnieje literatura ergodyczna. Pojęcie to wprowadził Espen Aarseth, teoretyk cybertekstu i nowych mediów. W swojej książce Cybertext pisał tak:

In ergodic literature, nontrivial effort is required to allow the reader to traverse the text. If ergodic literature is to make sense as a concept, there must also be nonergodic literature, where the effort to traverse the text is trivial, with no extranoematic responsibilities placed on the reader except (for example) eye movement and the periodic or arbitrary turning of pages.

Usiłowałem sobie wyobrazić przykład ergodycznego odczytania tesktu. Pierwszym obrazem, jaki mi przyszedł do głowy, był oprawca, który bije cię w miarę czytania, ale gdybyś przestał czytać, oprawca pobiłby cię mocniej, a może nawet zabiłby. Czytasz więc, choć musisz dokonywać wysiłku, aby nie zemdleć z bólu i czytać dalej. Okropne.

Ale tu przyszło olśnienie. Przypomniałem sobie scenę (J 8,6n), w której do Jezusa przyprowadzono jawnogrzesznicę, którą chciano ukamienować. Jednak  Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi, na który to widok wszyscy, jeden po drugim, odeszli. Powszechnie rozumie się, że Jezus wypisywał grzechy tych, którzy nieszczęsną chcieli kamienować. Pomyślmy, aby odczytać, co Jezus napisał, trzeba było zainteresować się tym dziwnym zachowaniem, podejść, nachylić się, spojrzeć Jezusowi przez ramię, czytając spieszyć się, bo wiatr rozwiewał zapisane słowa, wreszcie podjąć moralny trud uznania swoich win. Toż to był nie lada wysiłek! Nie może być inaczej, Ewangelia św. Jana przedstawia Jezusa jako prekursora literatury ergodycznej.

Stwierdziłem przy okazji, że poświęcona literaturze ergodycznej strona w wiki wymienia wiele przykładów, od I Ching poczynając (I Ching jest cybertekstem, gdyż zawiera reguły swego własnego odczytania), ale nie zauważa Julio Cortazara – ani Gry w klasy, ani 62. Modelu do składania. „Zawiera reguły swego własnego odczytania”. Widać literatura iberoamerykańska nie jest znana współczesnym teoretykom gier komputerowych.

***

Muszę podać kontekst tego wpisu. Otóż nasz Wydział dostał grant europejski, który ma, między innymi, sfinansować studia z zakresu projektowania gier komputerowych i gier wideo. Oprócz informatyków, z grantu ma być zatrudnionych kilkoro kulturoznawców (!). Dzisiaj odbywały się przesłuchania kandydatów, przesłuchiwała komisja, w skład której wchodzili też ludzie z Instytutu Sztuk Audiowizualnych UJ. (Kilkoro kandydatów było, jak mi się wydaje, nadspodziewanie dobrych.) Pani-kluturoznawca z komisji kilkakrotnie w rozmowach z kandydatami powoływała się na rzeczonego Aarsetha, a gdy użyła terminu język ergodyczny, to, wiedząc, co ergodyczny naprawdę znaczy, postanowiłem sprawdzić. No i dowiedziałem się powyższego.

Ponadto dowiedziałem się dzisiaj o istnieniu nieusuwalnego konfliktu pomiędzy podejściem narracyjnym a ludologicznym w teorii gier. Ha! A, teoria gier też znaczy co innego, niż tego się można było spodziewać. Jakżeby inaczej.

Jestem przekonany, że gdybym był kulturoznawcą, wpadł na mój pomysł połączenia Jezusa z literaturą ergodyczną i napisał o tym artykuł, byłby to poważny artykuł naukowy. Ważna pozycja w dorobku.

Z całym szacunkiem dla poznanych dzisiaj kulturoznawców, którzy wyglądają na miłych i dobrze w swoim fachu wykształconych ludzi, uważam, że to wszystko jest straszliwy, postmodernistyczny, beztreściowy, karmiący się zapożyczeniami terminologicznymi bełkot. Kontekst, który obnażył Sokal.

P.s. Jeśli kogoś zainteresuje użyty w cytacie z Aarsetha przymiotnik extranoematic, uprzejmie informuję, że poświęcona literaturze ergodycznej strona wiki odsyła po wyjaśnienie tego wyrazu do wikisłownika, który jako „most notable” przykład jego użycia wymienia… Cybertex, odsyłając do poświęconej Aarsethowi strony wiki, która podlinkowuje pierwszy rozdział Cybertekstu, gdzie się owo extranoematic pojawia. Zaiste, cybertekst, „zawierający reguły swojego własnego odczytania”. Tropienie znaczenia extranoematic przypomina mi Lemowską historię sepulek. Wnoszę zatem, iż także Stanisława Lema, wielkiego wizjonera, należy zaliczyć do prekursorów literatury ergodycznej.

Platforma jak PiS

Platformie spada poparcie, i to znacznie. Platformersi bronią się, że to zdarzenie jednorazowe, „zmęczenie materiału”, późne skutki afery hazardowej, słabość, jaką Platforma okazała w przegranym głosowaniu nad przywróceniem Kempy i Wassermana do komisji hazardowej, a w ogóle winien jest poseł Mirosław Sekuła, który w dość niezręczny sposób najpierw ich z komisji wyrzucił. Politycy Platformy, na przykład HGW, mają przy tym na myśli sposób, nie fakt wyrzucenia posłów PiSu.

Wasserman i Kempa zdecydowanie nie mieszczą się w mojej bajce – choć przyznam, że inni działacze PiSu budzą u mnie jeszcze większą niechęć – ale wyrzucenie ich było poważnym błędem. Jeżeli PiS takich wystawił i jeżeli Platforma nie wysunęła przeciwko nim formalnych obiekcji (że sami decydowali w sprawach, które teraz mają badać) jeszcze przed zatwierdzeniem składu komisji, trzeba było tolerować ich obecność. Bzdurzyliby i przeszkadzali, trudno, ichnie zbójnickie prawo, w dodatku to PiSowi możnaby było wówczas zarzucić, iż spowalnia prace komisji. Ich wyrzucenie, nawet jeśli oparte na autentycznych, choć późno zauważonych podstawach prawnych, wywołuje wrażenie, że Platforma jednak nie chce sprawy hazardowej wyjaśnić. A przecież to właśnie zgoda na wyjaśnienie, na powołanie komisji śledczej sprawiły, że Platforma wyszła z afery hazardowej bez większego szwanku. Ha, zdawało się, że wyszła, teraz bowiem publiczność odnosi wrażenie, że zgoda na komisję była fałszywa i że Platforma w rzeczywistości chce grzechy swoich posłów ukryć.

I jeszcze to małostkowe czepianie się Kempy czy ma prawo nazywać się „prawnikiem”. Wstyd, panie pośle Sekuła, wstyd.

Tak zachowywał się PiS. Korzystając z prawa większości, nie dbając o ochronę praw mniejszości, dowolnie zmieniał składy komisji sejmowych, gdy tylko wydawało się, że coś może pójść nie po ich myśli (tak było na przykład z komisją Samorządu Terytorialnego, kierowaną wówczas przez Pawlaka). To PiS habitualnie naśmiewał się ze swoich przeciwników, starał się ich umniejszyć.

Główną zaletą Platformy Obywatelskiej jest to, że nie jest ona PiSem. Gdy Platforma zachowuje się jak PiS, niszczy swój najważniejszy atut. A szkoda byłoby, gdyby PiS miał dzięki temu odnieść sukces, gdyż PiS taki jest, Platforma zaś tylko tak się, mam nadzieję, zachowuje.

Avatar

Różni ludzie ogłaszają najnowszy film Jamesa Camerona, Avatar, przełomem w historii kina i wydarzeniem epokowym. Wyciągnięty przez córkę, film widziałem. Owszem, jest plastycznie znakomity – na szczególną pochwałę zasługuje przy tym spójność zaprezentowanej wizji – także trójwymiarowe efekty specjalne są bardzo dobre, gdyby więc film nie był za długi, mógłbym go z czystym sumieniem wszystkim polecić. Tym niemniej uważam, że od strony plastyczno-technicznej to może być przełom, ale od strony filmowej – nie.

Główną wadą filmu jest to, iż jego fabuła jest przewidywalna aż do bólu. Żadnych zaskoczeń, suspensów, nagłych zwrotów akcji. Niby to wszystko jest, ale doskonale wiadomo, że będzie i w którym momencie. Dzieje się tak dlatego, że Cameron wykorzystuje wszystkie filmowe klisze i obficie czerpie z klasyki gatunku. Edwin Bendyk na swoim blogu wymienia szereg źródeł inspiracji Camerona, ale zapomina o, moim zdaniem, najważniejszym: o Diunie. Nie mam przy tym na myśli niezbyt udanego, choć uchodzącego za kultowy, filmu Davida Lyncha, ale książkowy oryginał Franka Herberta, klasyk nad klasykami.

Popatrzmy: Ludzkość potrzebuje pewnej substancji, występującej tylko na jednej planecie. Eksploatuje więc tę planetę, popadając w konflikt z tuziemcami, żyjącymi w rzadkiej harmonii z naturą (niech nikogo nie zwiedzie fakt, że Diuna jest planetą pustynną, Pandora zaś jest porośnięta najbujniejszą z bujnych dżungli). Najeźdźcy są owładnięci chęcią zysku i bezrozumną żądzą niszczenia, tubylcom chodzi o zachowanie zagrożonej równowagi. Przedstawiciel najeźdźców dołącza do miejscowych i, choć początkowo przyjmowany jest skrajnie nieufnie, z czasem przejmuje ich wartości, zostaje doskonałym wojownikiem, a wreszcie przywódcą tubylców, prowadzącym ich do ostatecznego zwycięstwa. Wykazuje przy tym legendarne, niemalże nadnaturalne umiejętności, a wchodzenie bohatera w społeczność miejscowych, nierozerwalnie łączy się z rozwojem jego miłości do lokalnej kobiety. Wystarczy? Tyle dobrze, że Cameron oszczędził nam wątku mesjanistycznego – w Diunie przybycie Paula Muad’Diba jest zapowiedziane w proroctwach, w Avatarze zaledwie wspomina się, że już kiedyś był czas „wielkiego smutku” i że wówczas pojawił się obdarzony wyjątkowymi talentami przywódca, który zjednoczył wszystkie plemiona. Wątek mesjanistyczny jest obecny także w Matrixie, drugim, równie ważnym, źródle inspiracji twórców Avatara.

Ha, przyszło mi do głowy jeszcze jedno źródło, niewymieniane przez nikogo (to znaczy, ja nie widziałem, żeby je ktoś wymieniał). W finałowym pojedynku głównego bohatera ze złym pułkownikiem (kolejna klisza: dlaczego takie filmy zawsze muszą zawierać osobistą walkę dobrego i złego bohatera, mimo iż każdy dowodzi własną armią?), Jake Sully już-już ma zginąć, ale zły człowiek zostaje powalony strzałami Neytiri. High Noon, anyone?

Ale film jest dobry, w końcu autor czerpał z najlepszych źródeł, a dołożył piękną wizję plastyczną i techniczną maestrię. A mnie podoba się jeszcze jedno: wszystkie organizmy zamieszkująe Pandorę tworzą sieć. W filmie wspomina się, że na Pandorze łączą sie ze sobą drzewa, Na’vi dosiadając swoich latających i biegających wierzchowców, łączą się z nimi za pomocą specjalnego narządu, który mają w „warkoczu”. Tymże „warkoczem” łączą się też z Drzewem Dusz, a za jego pośrednictwem z ichnią, jak przypuszczamy, boginią, Eywą. Tymczasem ja widzę, że Eywa to nie jest bogini, to jest samoświadomość planety, superorganizm, coś na kształt Gai.

Lewicowe urojenia

23 grudnia, robiąc coś w kuchni, słuchałem Trójki. Tam audycja o tym, że do Sejmu wpłynął obywatelski projekt ustawy parytetowej. Zgodnie z proponowaną ustawą, kobiety mają mieć zagwarantowane co najmniej 50% miejsc na listach wyborczych do parlamentu. Ustawa nie gwarantuje, że wybrane zostanie więcej kobiet, niż obecnie, a tylko zmusza partie polityczne do wystawiania kobiet. Feministki i inne postępowe gremia uważają ten program za wielki sukces.

Merytorycznie o ustawie parytetowej pisałem gdzie indziej: Jest to fałszywe rozwiązanie prawdziwego problemu. To, że mamy zbyt mało kobiet-posłanek, nie jest prawdziwym problemem. Zbyt mała obecność kobiet w polityce jest tylko objawem społecznego, kulturowego i ekonomicznego upośledzenia kobiet, które jest faktem, mimo iż litera prawa głosi powszechną równość. Jeśli zmniejszy się nierówności, jeśli skutecznie będzie się walczyć ze stereotypami – a jedno i drugie będzie, niestety, wymagać lat – udział kobiet w polityce wzrośnie. Na ustawie parytetowej skorzysta kilka-klikanaście feministek i działaczek politycznych, które dzięki niej dostaną się do Sejmu (obok kobiet, które zostają posłankami dzięki swojej pozycji politycznej, sile osobowości i determinacji), natomiast nie wpłynie ona na uporanie się ze źródłami problemu. Ba, obawiam się, że ustawa parytetowa może być przeciwskuteczna: feministki i politycznie poprawni politycy odtrąbią sukces i uznają, że problem został rozwiązany, gdy tymczasem co najwyżej lekko zostanie złagodzony jeden z jego skutków. Polityczni mizogini tym bardziej nie będą widzieć powodu do zajmowania się poprawą społecznego położenia kobiet.

We wspomnianej audycji najważniejszym gościem była czołowa polska feministka, prof. Magdalena Środa, zachwycona projektem ustawy. Zanotowałem sobie jej dwie szczególnie cenne myśli. Otóż, według pani Środy, Celem Europy jest demokracja parytetowa, ponadto zaś Demokracja polega na wkluczaniu (sic!) różnych grup. Cóż, pierwsze słyszę, że celem jest jakaś „demokracja parytetowa” i „wkluczanie”. Z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości pamiętam czasy Gierka, kiedy to we wszelkich ciałach przedstawicielskich musiała być odpowiednia proporcja górników, pielęgniarek, wojskowych, pisarzy, rolników i włókniarek. Parytet był idealny – i co, lepiej było?! Nie chodzi o to, aby było „po równo”, ale by przedstawicielami były osoby kompetentne, uczciwe i mające coś do powiedzenia. Feministki twierdzące, że o sprawach kobiet mówić mogą tylko kobiety i że są różne „męskie” i „żeńskie” polityki, zapewne nie dostrzegają, że popadają w ten sam stereotyp, który rzekomo chcą zwalczać.

Pod koniec audycji pani profesor porównała parytet wyborczy dla kobiet z punktami za pochodzenie, przyznawanymi w czasach gierkowskich młodzieży wiejskiej, która bez punktów początkowo nie mogła – według pani profesor – równać się z kandydatami z dużych miast, a potem zostawała znakomitymi studentami. To, według Magdaleny Środy, miał być ostateczny, niepodważalny argument za ustawą parytetową. Ale czy punkty za pochodzenie jakkolwiek poprawiały pozycję mieszkańców wsi? Jasne, że nie. One tylko ułatwiały karierę niektórym przedstawicielom wsi. Podobnie teraz, ustawa parytetowa ułatwi karierę kilku działaczkom, nie zmieniając położenia kobiet. Według mnie, sam argument przytoczony przez Środę, świadczy o pozorności proponowanego rozwiązania.

Nawiasem mówiąc, słyszałem kiedyś, że w przedwojennej Polsce odsetek studentów pochodzenia chłopskiego był większy, niż w czasach komunistycznych punktów za pochodzenie. Badania amerykańskie dowodzą z kolei, że tamtejsza akcja afirmatywna przynosi co prawda korzyści poszczególnym członkom visible minorities i innych grup społecznie upośledzonych, ale niewiele zmienia położenie całych grup.

Problem lewicowców polega na tym, iż dostrzegając autentyczne społeczne problemy, nieodmiennie usiłują im zaradzić wprowadzając regulacje, uchwalając prawo albo zapewniające państwową pomoc, albo wprost czyniące odpowiednie społeczne zło nielegalnym. To niekiedy działa, ale dalece nie zawsze, lewicowcy jednak nigdy nie proponują niczego innego – żadnej pracy u podstaw, żadnych działań mających na celu zmianę postaw społecznych. Prawda, działania takie z konieczności musiałyby wieloletnie, a ich sukces nie musi być oczywisty. Jednak ustawowo nie da się zadekretować zmiany moralności czy też porzucenia stereotypów.

***

Laska z Truskawca. Rozmawiałem ostatnio ze wspominanym kiedyś w komentarzach czołowym polskim fizykiem kwantowym na temat rzeczonej laski. Karol twierdzi, że on był tylko pomysłodawcą zawodów w przeskakiwaniu laski, a że feralny skok wykonał nasz kolega Tadzio. Kto wie, może to jednak Karol ma rację, a pamięć zawodzi mnie?

Fajerwerki

Pod choinkę kupiłem sobie najnowszą płytę Viviki Genaux, Vivaldi Pyrotechnics. To jest całkiem nowa płyta, premierę europejską miała pod koniec listopada – kupiłem więc sobie w Amazonie, ale wytrzymalem, otwarłem dopiero dzisiaj. Nie jestem krytykiem muzycznym (choć ostatnio myślę, że gdybym nie był fizykiem i mógł cofnąć czas, mógłbym zostać muzykologiem), więc napiszę tylko, iż Vivica Genaux wirtuozerią techniczną bodajże przewyższa nawet Cecylię Bartoli. Niesamowite przy tym jest to, iż widać, jak technika Viviki się rozwija z płyty na płytę, z sezonu na sezon! Wystarczy porównać kolejne wrsje Qual guerriero, arii pięknej, ale niesłychanie trudnej. Na Arias for Farinelli, gdzie Vivice akompaniuje Akademie für Alte Music, ta aria jest zagrana i zaśpiewana, no, dobrze, ale nic ponad to. Na płytowym nagraniu Bajzaeta, z Biondim i Europa Galante, Vivica śpiewa to znakomicie. Ale gdy w 2008 słyszeliśmy ją na żywo, oczywiście z Biondim, brzmiała jeszcze lepiej, po prostu rewelacyjnie. Niebywałe. Ale, cholera, mnie się nie podoba brzmienie jej głosu – oczywiście jest czysty i nieskazitelny, nie ma tam nawet cienia fałszu czy zachwiania, ale jest za zimny. Wolę głos Cecylki, też zresztą mistrzyni techniki.

Vivica Genaux nagrywa dla Virgin Classic, a akompaniuje jej Fabio Biondi i jego Europa Galante. Biondi jest absolutnym mistrzem akompaniamentu, Europa Galante grają perfekcyjnie i w żadnej chwili nie dominują śpiewaka, nawet gdy grają z mniej znanymi osobami. Cecilia Bartoli nagdywa dla Decca, akompaniują jej różne orkiestry, ale i na The Vivaldi Album, i na najnowszym Sacrificium, akompaniuje Il Gardino Armonico. Giovanni Antonini też jest znakomity, ale jednak nie tej klasy, co Biondi. Ja właśnie od dłuższego czasu słucham sobie Alma opressa na przemian w wykonaniu Cecylki i Viviki. Weszła Elżbieta, posłuchała chwilę i mówi, że gdy się słucha The Vivaldi Album (Cecylka), czeka się, aż zacznie się śpiew, a przy Pyrotechnics (Vivica) przyjemność sprawia słuchanie nie tylko wokalu, ale i partii indtrumentalnych. No właśnie. Marzy mi się wysłuchanie arii śpiewanych przez Cecylkę, ale z akompaniamentem Europa Galante.

Heh, gdybym wierzył w teorie spiskowe, albo też w zmowy kartelowe, mógłbym sobie wyobrazić, że szefowie Virgin Classic dogadują się z szefami Decca, że niegdy nie pozwolą na wspólne nagrania Cecylki i Biondiego – bo wówczas cały rynek muzyczny umarłby. Nie warto byłoby nagrywać żadnych innych płyt, innych wykonań, bo nigdy nie osiągnęłyby one takiego poziomu. Wyjątkiem byłby oczywiście Philippe Jaroussky.

Dwie płyty Jaroussky’ego to ciąg dalszy mojego gwiazdkowego prezentu –  znam we fragmentach, ale w całości ich jeszcze nie przesłuchałem. Jutro.

Mysterium vitae

Myśląc o ostatnim zamieszaniu wokół zapłodnienia in vitro, zwłaszcza zaś zastanawiając się, czy powinniśmy kontynuować naszego „oficjalnego” bloga na stronach Tygodnika Powszechnego, zacząłem zastanawiać się czemu Kościół tak się uczepił tego zapładniania. Najprostsze wytłumaczenie, poprzez seksualne obsesje kleru i różnych działaczy katolickich, prowadzące do nieledwie sakralizacji heteroseksualnego stosunku płciowego (© Gazeta Wyborcza) i stwierdzenia, że prawdziwie boski ogląd człowieka dokonuje się od dupy strony, wydaje mi się jednak przesadnym uproszczeniem. Nie neguję oczywiście księżych obsesji, dobrze one już zostały opisane, ale, jak sądzę, w problemie in vitro musi chodzić o coś więcej.

Myślę, że Kościołowi chodzi o lęk przed stworzeniem życia i o odebranie w ten sposób Bogu jednej z jego prerogatyw. Dawne zakazy robienia sekcji zwłok, później operacji, do dzisiaj jeszcze pojawiająca się niechęć do przeszczepów z jednej, z drugiej zaś lęk przed inkubem, homunkulusem – wszystko to są poprzednie elementy tej linii, która dziś skupia się w zakazie zapłodnienia in vitro. A przecież to bzdura. Dokonując zapłodnienia in vitro, nawet dokonując manipulacji genetycznych, ludzkość tylko naśladuje pewne techniczne aspekty procesów naturalnych. Nie widzę tu żadnego odzierania Boga z jego boskości. Czymś takim byłoby dopiero wytworzenie sztucznego życia – całkiem sztucznego, nie poprzez jakieś manipulacje na istniejących, „naturalnych” łańcuchach DNA.

Dla takich nowych istot człowiek byłby bogiem, bo stworzył je, choć nie istniały (to coś jak u Dicka* – w którejś powieści ziemscy astronauci trafiają na ciało zmarłego boga, który stworzył nasz wszechświat; zaraz pojawia się pytanie kto stworzył tego boga). Nawet zresztą i wówczas można się uciec do św. Tomasza z Akwinu: Z Boga wypływa strumień istnienia, to Boża wola cały czas podtrzymuje istnienie świata. A bez niego nic się nie stało, co się stało. Genetyka zastosowana do leczenia bezpłodności nie może zagrozić pozycji Boga. No, ale inni, jak sądzę, czegoś takiego właśnie się obawiają.

*Wielcy wizjonerzy SF, Stanisław Lem i Philip K. Dick, wymyślili mnóstwo rzeczy, które warto sprawdzać.

Szklana pogoda

Media katolickie, w tym, niestety, Tygodnik Powszechny, na polecenie biskupów rozpoczęły kampanię mającą doprowadzić do delegalizacji zapłodnienia in vitro w Polsce. To bardzo smutna nowina, i to z szeregu powodów.

Po pierwsze, wydaje mi się, że Kościół myli się tutaj odnośnie do medycznego meritum. Argumenty podawano już wiele razy, więc nie ma potrzeby ich powtarzać. Mnie wydaje się czymś nieludzkim odmawianie parom pragnącym dziecka prawa do zastosowania znanej, sprawdzonej i stosowanej już w Polsce z powodzeniem metody. Sami przecież, ja i Elżbieta, leczyliśmy się na bezpłodność i choć aż do etapu in vitro nie doszło, rozumiem cierpienie i poczucie niespełnienia, niepełnowartościowości ludzi, którzy chcą mieć dzieci, a nie mogą. Zarazem nie będę ukrywał, iż dostrzegam coś dwuznacznego moralnie w domaganiu się prawa do posiadania dziecka – dziecko, człowiek, to nie jest rzecz, którą można posiadać. Nie ma też powodów moralnych, aby własne potrzeby i własne „prawo do czegoś” czynić najwyższą normą. Z drugiej strony ta obłędna fiksacja duchownych na sprawach seksu i prokreacji – doskonale już znana, nie piszę tu nic nowego – jest żałosna i obrzydliwa. Rekapitulując, świat nie jest czarno-biały, medycznie Kościół błądzi, ale racje moralne są podzielone. Tym niemniej Kościół ma prawo głosić, co głosi. Właśnie, głosić. Właściwym narzędziem dla Kościoła powinna być praca duszpasterska, przekonywanie wiernych do racji religijno-moralnych, nawet jeśli racje religijne, z powodów, o których także wiele napisano, są wątpliwe. Jest natomiast wielkim błędem Kościoła uciekanie się do ramienia świeckiego, próba wbudowania głoszonej normy w system prawny. Gdyby norma ta była tak niewątpliwa, wierni – a nominalni katolicy stanowią w Polsce przytłaczającą większość – zapewne in gremio byliby jej posłuszni. Skoro nie są, Kościół chce ich do tego zmusić, tym samym jednak przyznaje się do swojej klęski duszpasterskiej.

Po drugie, jest rzeczą zupełnie niedopuszczalną, iż Kościół chce swoje wartości narzucić wszystkim obywatelom, także osobom innych wyznań i niewierzącym, a także tym katolikom, którzy stanowiska Kościoła w tej materii nie podzielają. Taka próba to jawne budowanie elementów państwa wyznaniowego, co jest z gruntu sprzeczne z duchem wolności i demokracji. Nawet zakładając, że większość katolików jest posłuszna wezwaniu Kościoła, co akurat w tym wypadku jest wątpliwe, demokracja nie może być dyktaturą większości. Demokracja musi zawierać gwarancje dla uzasadnionych praw mniejszości.

Po trzecie, czy Kościół nie zauważa, że nowe prawo będzie po części martwe i że będzie to stan przez wszystkich tolerowany? Mianowicie, kogo tylko będzie na to stać, będzie jeździł stosować metodę in vitro w Niemczech, Czechach, gdziekolwiek. Niemcy będą jeździć do polskich dentystów, bo taniej, Polacy do niemieckich specjalistów od metody in vitro, bo tam to jest legalne. Taka forma wymiany transgranicznej. Ale właśnie: jeździć będą ci, których będzie na to stać, ludzie zamożni. Biedni nie. I tak oto uchwalone z inicjatywy Kościoła prawo będzie dodatkowo pogłębiać podziały na biednych i bogatych. Mówiąc z lekką przesadą, Kościół Katolicki w Polsce stara się zapomnieć o średniowiecznym Tańcu Śmierci, zasadzie, iż wobec śmierci, bólu i cierpienia wszyscy są równi. Kościół albo tego nie dostrzega, a wobec tego jest głupi, albo dostrzega i ma to gdzieś. Gdyby dostrzegał i nic go to nie obchodziło, Kościół grzeszyłby niebywałą hipokryzją i pogardą dla ubogich, cierpiących ludzi. Straszne.

Po czwarte, Kościół wzywając do delegalizacji metody in vitro, odpędza od siebie ludzi młodych, którzy przecież powinni być przyszłością Kościoła. Studentom, licealistom i tak ciężko jest zaakceptować kościelną etykę seksualną (jak rozumiem, w większości nie akceptują jej wcale), ale dopóki Kościół do czegoś namawia, nawołuje, nawet straszy karą w przyszłym życiu, część ludzi wzrusza ramionami, część podejmuje dyskusję, choć część się oczywiście zniechęca, obraża. Ale gdy Kościół stara się doprowadzić do państwowego zakazu działań, które młodym ludziom – z życiowych względów znacznie bardziej zainteresowanym tematem niż osoby w wieku słuchaczy radia Rydzyka – nie jawią się jako w sposób oczywisty naganne i szkodliwe, wręcz przeciwnie, Kościół staje się instytucją opresywną. Niezrozumiale, złośliwie opresywną. Wszelkie racje moralne, choćby cząstkowe, ale warte dyskusji, jakie stoją za stanowiskiem Kościoła, idą w cień. W oczach młodych ludzi zostaje tylko podejrzenie, że wszystko to wynika z seksualnych obsesji części kleru. W ten oto sposób Kościół stawia wielki krok na drodze do laicyzaji Polski, co stwierdzam z głębokim, bardzo głębokim smutkiem.

Stare powiedzenie głosi, że jeśli Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera. Panie Boże, nie rozumiem dlaczego zsyłając na biskupów przekleństwo głupoty, chcesz ukarać nie tylko ich, ale i zwykłych katolików w Polsce?