Misteria Paschalia, 2 kwietnia 3

Wielki Piątek i dzieło doskonale pasujące do tego dnia, Pasja według Św. Jana Jana Sebastiana Bacha, w wykonaniu Marca Minkowskiego i jego Les Musiciens du Louvre-Grenoble. Cóż powiedzieć, dzieło gigantyczne (w obu znaczeniach, i rozmiarów, i rangi muzycznej), uważane za jedno z największych dokonań kultury europejskiej, do tego znakomicie zaśpiewane. Znakomicie! Głosy zestrojone ze sobą idealnie, co w wypadku Bacha jest szczególnie ważne. Nikt tak jak on nie konstruował chorałów i kantat, więc wszelki dysonans, o jaki przy tak złożonej konstrukcji nietrudno, aż by krzyczał.

Marc Minkowski zrezygnował z osobnego chóru – chór tworzą soliści. Nie wszystkim się to, i w ogóle interpretacja Minkowskiego, podoba. Bodzio po koncercie oświadczył, że udało mu się przestać słuchać Minkowskiego, słuchał samego Bacha, więc był zachwycony. Mnie też na samym początku chór brzmiał słabo (nie dość donośnie), ale szybko się przyzwyczaiłem. Argumentem za rezygnacją z wielkiego chóru jest to, że sam Bach nie mógł sobie na coś takiego pozwolić, więc bez rozbudowanego chóru brzmienie ma być bliższe zamysłowi kompozytora.

Po koncercie bardzo, bardzo długie oklaski na stojąco. Minkowski dyrygował solistami i członkami orkiestry, wskazując, kto ma wstać do ukłonów. A potem bis.

Misteria Paschalia, 1 kwietnia

W Wielki Czwartek w programie Membra Jesu nostri Dietricha Buxtehudego w wykonaniu La Venexiana. Zaśpiewane bez zarzutu, może tylko z jednym, drobnym: kontratenor nieco odstawał od reszty, ale nie dlatego, że głos gorszy, ale mniej mocny; to się da łatwo skorygować w nagraniu, ale nie w wykonaniu na żywo. Claudio Cavina, ów kontratenor, nie tylko śpiewał, ale i dyrygował całością. Chwilami miałem wrażenie, że te dwie funkcje nieco się kłócą.

Membra Jesu nostri to utwór – a właściwie cykl siedmiu kantat – wybitnie nieprzebojowy. Piękny, kunsztowny, trudny, ale jednocześnie wyciszony, bez eksplozji radości i popisów wokalnych. Bardzo protestancki. Właściwie trzebaby kupić płytę i wsłuchiwać się w niego wiele razy, żeby go w pełni pojąć. Tak, jak lata temu mój przyjaciel słuchał bez przerwy Jesu, meine Freude Bacha, po tym, gdy przestał bez przerwy słuchać Mahlera. Zmiany te pojawiały się wraz z kolejnymi kobietami jego życia. On słuchał, a ja z nim i myślę sobie, że część moich gustów muzycznych zawdzięczam tamtemu okresowi. Mama mojego przyjaciela tej kantaty Bacha nie znosiła, dopatrywała się w niej jakichś akcentów suicydalnych, a takowych tam nie ma. Są tylko funeralne. Cóż, gdy byliśmi młodzi i piękni, przejawialiśmy – jak to się mówi – zachowania autodestrukcyjne.

Na Misteriach spotyka się różnych znajomych, takich, których się tam można spodziewać i osoby znane z widzenia, z zupełnie innych kontekstów. Dzisiaj na przykład widziałem Panią Kulturoznawczynię, w poniedziałek Autorkę Dwu Doktoratów. Ale najzabawniej jest mi widzieć ludzi, których nie znam zupełnie, ale pamiętam ich czy to z którychś poprzednich Misteriów, czy z Opera Rara.

Tytuł profesora

Ukoronowaniem kariery naukowca jest tytuł profesora, zwany formalnie „tytułem naukowym” i przyznawany w Polsce przez prezydenta. Ten akt jest poprzedzony całą żmudną procedurą, mającą zapewnić, że osoba, której tytuł naukowy zostaje przyznany, w istocie na to zasługuje. Jednym z wymogów było dotąd wypromowanie co najmniej jednego doktora. Ogłoszony dwa dni temu projekt ustawy zmieniającej ustrój szkół wyższych i zasady przyznawania stopni i tytułu naukowego, podwyższa ten próg. Według Art. 26 pkt. 3 projektu, tytuł naukowy może być przyznany osobie, która, między innymi,

posiada osiągnięcia w opiece naukowej – uczestniczyła co najmniej trzy razy w charakterze promotora w przewodzie doktorskim oraz co najmniej trzy razy w charakterze recenzenta w przewodzie doktorskim lub postępowaniu habilitacyjnym

To jest poważne podniesienie wymagań. Rozumiem intencje – profesorem z tytułem naukowym, a nie profesorem uczelnianym („podwórkowym”, jak to się mówi) powinny zostawać tylko osoby naprawdę wyrózniające się. Jeden doktorat w ocenie projektodawcy nie wystarcza, osoba świeżo po habilitacji szybko stara się kogoś wypromować (jeżeli tylko są jacyś kandydaci). Szybko, a więc być może kiepsko, a koledzy pozytywnie recenzowali po znajomości, żeby doktor habilitowany mógł zostać profesorem – taka, jak przypuszczam, mogła być intencja projektodawcy. Jeśli kandydat wypromuje trzech doktorów, a, to co innego, to już nie jest byle co. Obawiam się, że skutek będzie sokładnie przeciwny do zamierzonego.

  • Ponieważ wypromować trzech doktorów w istocie jest trudniej niż jednego, proponowany przepis przyczyni się do inflacji doktoratów. Doktorzy habilitowani marzący o tytule naukowym będą promować byle kogo, na byle jakiej podstawie, byle szybko – taka przynajmniej będzie pokusa. I, jak się obawiam, taka będzie praktyka.
  • Sądzę ponadto, że przepis ten można odczytywać jako obronę interesu korporacyjnego obecnych profesorów posiadających tytuł naukowy. Większość z nich otrzymala tytuł naukowy po wypromowaniu jednego doktoranta (potem większość z nich wypromowała kolejnych), a teraz podwyższają bariery broniące wstępu do tego grona.

I to nie jest Prima Aprilis.

P.s. Oj, nie będę profesorem…

Misteria Paschalia, 30 marca

Dzisiaj (ja wiem, jest po północy, ale dla mnie to wciąż „dzisiaj”) był Antonio Caldara, oratorium Maddalena ai piedi di Cristo.

Zbliża się Wielkanoc, trzeba było kupić jajka, była kwestia czy mam to zrobić ja, czy Elżbieta. Wczesnym popołudniem przysłała mi SMSa „Mam dużo jajek”. Ja jej na to „Myślisz, że będą potrzebne po koncercie?”. Po jakichś 15 minutach koncertu Elżbieta szepce do mnie „Trzeba było wziąć jajka”.

Nie było aż tak źle. Soprany (Geraldine McGreevy i Ina Kancheva) bez zarzutu, tenor (David Alegret, nieduża rola) też dobry, baryton (Miguel Sola) i mezzosopran (Catherine Wyn-Rogers) w porządku. Problemem był kontratenor, Jordi Domenach, któremu głosu momentami nie stawało, a w szczególności zupełnie nie brzmiał w duetach – oratorium zaczyna się od serii duetów mezzosopran-kontratenor. Oficjalne bio zamieszczone w programie głosi, że Domenach, zanim zaczął śpiewać, studiował fortepian i kompozycję. Powinien był chyba zostać przy fortepianie. Ale trzeba przyznać, indywidualne owacje za trzy arie w drugiej części (w oratoriach nie daje się braw po poszczególnych ariach!) dostał tylko on. Zwłaszcza pierwsza z nich mu wyszła, a jaki był potem zadowolony! W ogóle wszyscy się rozśpiewali i po budzącym poważne obawy początku, wszystko potoczyło się zupełnie dobrze. Najbardziej cieszyła się Geraldine McGreevy, która zastąpiła niedysponowaną (?) Claire Booth, mającą pierwotnie śpiewać partię Magdaleny. Zastąpiła i poradziła sobie nad wyraz dobrze.

Jednak zdecydowanie najjaśniejszym punktem była akompaniująca Accademia Bizantina, dyrygowana od skrzypiec przez Stefano Montanari. Oni po prostu ładnie grali! Akompaniament w sam raz, nie dominował śpiewaków, a partii instrumentalnych słuchałem z dużą przyjemnością. Stefano Montanari, dyrygując, dość spektakularnie się miotał i podśpiewywał arie.

Misteria Paschalia, 29 marca

Zaczął się festiwal Misteria Paschalia. Kiedyś chodzenie na koncerty w Wielkim Tygodniu wydawało mi się niestosowne, teraz nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie chodzić. Nie na wszystkie koncerty – niektóre mi tak czy inaczej nie pasują, ale na dużą część.

Wczoraj, w kościele Św. Katarzyny, grała Cappella della Pietà de’ Turchini, śpiewali Romina Basso, Maria Grazia Schiavo, Patrizia Bovi i Pino de Vittorio. Najpierw o ostatniej parze. Występowali w środkowej części i jako pierwszy bis. Śpiewali repertuar renesansowy, a capella lub tylko z gitarą i tamburynem lub werblem. Muzycznie nierówne, ale ciekawe, niektóre fragmenty wręcz piękne, no, ale ja mam osobliwe gusta, wolę rzeczy albo znacznie wcześniejsze, albo późniejsze. Renesans wymaga zupełnie innej techniki śpiewu, innego ustawienia głosu. Oprócz muzyki dużo w tym było performansu, te wszystkie hieratyczne pozy, powolne przemarsze po kościele, kastaniety. Słuchałem raczej z zaciekawieniem niż z zachwytem.

W części pierwszej najpierw Romina Basso, potem Maria Grazia Schiavo śpiewały solo, w części trzeciej śpiewały w duecie, i to dopiero było to. Drugi duet (także drugi bis), Pangue lingua Francesco Provenzale, zachwycający. Doskonale zgrane głosy, z sobą i z orkiestrą. Kapitalne! Marii Grazii Schiavo słuchałem na żywo w Krakowie trzeci raz w tym roku kalendarzowym. W styczniu, w cyklu Opera Rara, śpiewała Rinaldo Haendla ze słynną arią Lascia ch’io pianga (jednak nikt nie pobije Jaroussky’ego), miesiąc temu La fida ninfa Vivaldiego. Elżbieta śmiała się, że Maria Grazia jeżdzi do Krakowa tak często, jak my do Mezőkövesd. Trzeba się jej nasłuchać, bo jest w ciąży i pewnie na jakiś czas przyjeżdżać do Polski przestanie. Ha, już widząc ją i słysząc w Ninfie podejrzewaliśmy ciążę – zmieniła się jej i sylwetka, i technika śpiewu. Teraz ciąża jest już wyraźna. Ha, Marii zmienił się głos! Jest teraz pełniejszy i zdecydowanie mocniejszy. Zmiana głosu w czasie ciąży to znany efekt, aczkolwiek nie przypominam sobie fizjologicznego uzasadnienia (uzasadnienie z punktu widzenia samolubnego genu jest oczywiste). Wszystkiego najlepszego, Maria!

Bardzo dobry koncert.

Przed koncertem coś w rodzaju wprowadzenia do tematyki pasyjnej w muzyce i kulturze miał wygłosić Szymon Hołownia. I wygłosił co? Kazanie, regularne kazanie. No, ten, gdyby nie celibat, na pewno zostałby księdzem.

Wybieramy się tylko na połowę koncertów. Nie idziemy na Savalla (jakiś dziwny się zapowiada, zresztą bilety natychmiast znikły, bo Savall jest w Krakowie bardzo popularny) ani na Jaroussky’ego. Wstyd przyznać, ale po prostu nie chciało nam się jechać w sobotę do Wieliczki. Bilety znikły chyba w pięć minut po rozpoczęciu sprzedaży, ale Bodziowi udało się kupić. Teraz trochę żałuję, że nie jedziemy, bo ostatnia płyta z jego udziałem, Teatro d’Amore, jest doskonała, a on to właśnie będzie śpiewał z Christiną Pluhar i L’Arpeggiatą. Nie idziemy też w niedzielę na Haendla ani w poniedziałek na Biondiego i Vivicę Genaux. Też mi głupio, jak to, Biondi w Krakowie, a ja nie idę, ale powiem szczrze: najnowsza płyta Viviki, Pyrotechnics (Fajerwerki), nie jest aż taka dobra. Jest technicznie mistrzowska, ale w warstwie wokalnej technicznie mistrzowska nieludzko – tak nieludzko, że słuchanie aż męczy. Może się jednak wybierzemy, wejściówki chyba będą dostępne.

A dzisiaj – Caldara.

Studia III stopnia

Dawniej było tak: Ktoś, kto planował karierę naukową, po ukończeniu studiów (w nowszej terminologii: studiów magisterskich) zostawał asystentem na uczelni lub w instytucie naukowym i pracował: prowadził ćwiczenia ze studentami i badania naukowe, których zwieńczeniem był doktorat. Wtedy mógł stwierdzić, że został naukowcem.

Później system się zmienił, otwarto studia doktoranckie, co było bardziej „po amerykańsku”. Z punktu widzenia doktoranta to, co człowiek robił, nie różniło się zbytnio od dawnej roli asystenta, może nawet było trochę lepiej z uwagi na mniejsze obciążenie dydaktyczne, ale nastąpiła istotna różnica formalna: doktorant nie pracuje, tylko studiuje, ze wszelkimi konsekwencjami formalnoprawnymi tego stanu rzeczy, za co otrzymuje marne stypendium. Jednocześnie następował systematyczny spadek poziomu studiów magisterskich. Zupełnie osobną kwestią jest to, dlaczego poziom studiów magisterskich się obniżał – zwalanie wszystkiego na spadek poziomu szkół średnich nie tłumaczy całego zjawiska, zresztą jest to tylko przeniesienie pytania o poziom niżej.

Teraz, wraz z wprowadzaniem nieszczęsnego systemu bolońskiego, studia doktoranckie przemianowano na studia III stopnia. Doktoranci mają indeksy, gromadzą wpisy za zaliczenia, prowadzą zajęcia, a konieczność prowadzenia badań naukowych jakby schodziła na dalszy plan. Okazuje się, że całkiem sporo osób kończy studia doktoranckie – kończy, nie przerywa – ale nie broni doktoratu, tak, jakby sam doktorat był tylko jakimś opcjonalnym dodatkiem. Do tego poziom studiów magisterskich spada na łeb, na szyję. W tej sytuacji zacząłem podejrzewać, że na studia doktoranckie idą ludzie, którzy nie tyle planują prowadzenie badań naukowych, ile po prostu chcą się czegoś nauczyć. Niedawno pewien doktorant in spe zamieścił taki oto wpis:

w ciagu kilku ostatnich lat nastapila ogromna dewaluacja poszczegolnych stopni edukacji, robi mi sie naprawde przykro kiedy pomysle, ze na roku ze mna studiuje osoba, ktora nie potrafi czytac – toc jej edukacja powinna zatrzymac sie maksymalnie na szkole zawodowej a za kilka miesiecy bedzie ona posiadala tytul magistra. W zwiazku z czym w tej chwili doktorat to w moim odczuciu po prostu taki starszy magister, a byc moze powojenna matura.

Oto zabrzmiał vox populi. Z tą maturą to jednak przesada, ale widać, że tytuł magistra niewiele już znaczy. A jednocześnie ministerstwo, idąc za światłymi rekomendacjami E&Y, usilnie stara się obniżyć poziom jeszcze bardziej. Jakiś czas temu Gazeta Wyborcza – w tonie, a jakże, entuzjastycznym – pisała o nowym bycie, kolegiach akademickich: mają kształcić licencjatów, ale mają mieć elastyczne programy, studia będą dostosowane do potrzeb rynku, trzeba stawiać na praktyczną naukę, studia tam będą przygotowane tak, żeby były bardziej zbliżone do realiów rynkowych, żeby bardziej przypominały środowisko pracy.

Słowem, kolegia akademickie mają przygotowywać ludzi do pracy w firmach. Dostosowanie do potrzeb rynku w rzeczywistości oznacza, że będzie to rodzaj przeszkolenia zawodowego. Za moich czasów coś takiego nazywało się szkołą pomaturalną. Pracodawcy chętnie przerzucą koszt przeszkolenia pracowników na budżet państwa. Najgorsze jednak jest to, iż takie kształcenie nie ma nic wspólnego ze studiowaniem, tym niemniej absolwenci mają otrzymywać tytuł licencjata. To musi obniżyć poziom licencjatów na prawdziwych uczelniach, a skoro licencjatów, to i magistrów. A skoro magistrów, to i doktorantów, pardon, uczestników studiów III stopnia.

Celibat

Dzisiejszy Newsweek pisze, że Kościół Katolicki podobno zaczyna rozważać zniesienie celibatu. Watykan rzecz jasna gwałtownie zaprzecza, Papa Ratzi słyszeć o tym nie chce i na razie wszystkie czynniki oficjalne zapowiadają bronienie celibatu jak niepodległości. Celibat nie został wprowadzony ze względów doktrynalnych, ale głównie ekonomicznych, tym niemniej został z czasem „uświęcony” i dziś, obok niezrozumiałych poglądów na kwestię kontroli urodzeń, jest jednym z głównych znaków firmowych katolicyzmu; skądinąd smutne, że znakami tymi są kwestie tak mocno związane z seksualnością, co zresztą wystawia Kościół na nieustanne ataki. No, ale w imię ekumenizmu nie powinniśmy podkreślać tego, co dzieli chrześcijan różnych odłamów, ale co ich łączy, nieprawdaż?

Powody za zniesieniem celibatu są dwa. Po pierwsze, kryzys powołań. Jest chyba całkiem jasne, że konieczność zachowania celibatu zniechęca wiele osób do zostania duchownymi. Wizja pustych kościołów w Europie Zachodniej – kościołów, w których brak nie tylko wiernych, ale i księży – zmieni zapatrywania hierarchów na celibat. Moim zdaniem kwestia celibatu powinna być w Kościele Katolickim rozwiązana podobnie jak to ma miejsce w Kościele Prawosławnym: duchowieństwo niższego szczebla – powiedzmy, do poziomu proboszcza, dziekana, kanonika – może zakładać rodziny, ale wszelkie wyższe funkcje rezerwowane są dla bezżennych. W ten sposób młody ksiądz będzie miał jasny wybór. No i zostają jeszcze zakonnicy (w prawosławiu zresztą tylko mnisi mogą zostać biskupami), ale to jest osobna historia.

Po drugie za koniecznością zniesienia celibatu przemawia seria skandali pedofilskich. Nie wiem, czy jest jakiś prosty związek pomiędzy celibatem a pedofilią, ale w odbiorze społecznym związek taki jest powszechnie konstruowany. Wydaje mi się, że często prezentowany mechanizm – młody człowiek, który ma problemy z seksualnością, z którymi sobie nie radzi, zgłasza się do instytucji, w której seksualność jest oficjalnie zanegowana, potem zaś okazuje się, że w rzeczywistości jest całkiem inaczej – może być prawdziwy, ale nie tłumaczy wszystkiego. Równie ważne może być poczucie władzy, jaką ksiądz ma (bądź miał) nad swoimi podopiecznymi. I to władzy nie byle jakiej, bo nieledwie sakralnej. A jeszcze ważniejsze jest poczucie bezkarności – Kościół instytucjonalny przecież sprawców chronił, każdy atak na księdza-molestatora – nawet nie atak, tylko nazwanie rzeczy po imieniu! – traktując jak atak na samą religię.

W Polsce było kilka głośnych przypadków księżowskiej pedofilii (Tylawa, Szczecin), tuszowanej przez biskupów, i innych ekscesów seksualnych (abp Paetz), z czasem wypłynie ich jeszcze więcej – bo, niestety, ich zapewne jest więcej – ale myślę, że nie osiągnie to takiej skali, jak w Irlandii, Austrii, Niemczech, czy wcześniej w USA i Kanadzie. Nie dlatego, że polscy księża byli z natury lepsi od księży z tamtych krajów. Sądzę, że jest to efekt nieplanowanej przysługi, uczynionej Kościołowi w Polsce przez komunistów. Kościół tradycyjnie prowadził szpitale dla dzieci, sierocińce, internaty i domy poprawcze – większość skandali pedofilskich miało miejsce w takich zamkniętych instytucjach, gdzie wszelkie perwersje mogły rozkwitać bez kontaktu ze światem zewnętrznym, gdzie wychowankowie byli szczególnie poddani władzy duchownych, gdzie nie mieli oparcia w innych dorosłych, w rodzinie. Komuniści zakazali Kościołowi prowadzenia takich placówek, radykalnie ograniczając okazje do księżowskich występków. Nie sądzę, żeby komuniści akurat ten efekt przewidywali, po prostu tak wyszło. Gdyby ekscesy duchownych były znane, komuniści użyliby ich do piętnowania Kościoła. Choć może nie? Komuniści byli bardzo pruderyjni, może też nie chceliby mówić o takich sprawach. W Drewnianym różańcu, o ile sobie przypominam, wątku wykorzystywania seksualnego nie było.

Becikowe

Niedawno pewna polsko-brytyjska doktorantka zapytała się

co wy wszyscy macie do tego nieszczęsnego becikowego

Otóż mnie się becikowe – a mam na myśli becikowe-becikowe, 1000 złotych premii z okazji urodzenia dziecka, nie zaś inne formy pomocy ze strony państwa – nie podoba z uwagi na marnotrawność, pozorność i nieskuteczność tego programu, a także ze względu na towarzyszącą mu hipokryzję polityków.

Dla części osób becikowe może być istotną, choć jednorazową zapomogą. Dla innych jest niezauważalnym dodatkiem. Dla większości jest miłą, choć niekonieczną pomocą w zakupie rzeczy dla dziecka i urządzeniu pępkówki. Nie sądzę, żeby ktokolwiek decydował się na dziecko ze względu na becikowe. To znaczy, że ten program nie działa, politycy zaś z kamiennymi twarzami udają, że państwo polskie za pomocą becikowego przyczynia się do wzrostu dzietności.

Łatwo sprawdzić, że Polska na becikowe wydaje co roku ponad 300 milionów złotych. Gdyby te pieniądze przeznaczyć na organizację żłobków i przedszkoli, zapewne wiecej osób – a mówiąc wprost, więcej młodych kobiet – zdecydowałoby się na dzieci, gdyż mogłyby wrócić do pracy. Małe dziecko może na długie lata wypchnąć matkę z rynku pracy, na co wiele osób nie godzi się czy to ze względów ekonomicznych, czy to społecznych, czy jakichkolwiek innych. Ostatnio radio przytaczało koszmarne opowieści kobiet, które za żadne skarby nie mogą zapisać dzieci do przedszkola, bo brak w nich miejsc. To dotyczyło Warszawy – w małych miejscowościach, na wsiach, przedszkoli po prostu nie ma. Nie ma i już.

Te kilkaset milionów zlotych możnaby co roku wydać znacznie bardziej efektywnie. Politycy jednak nie zamierzają skasować tej kosztownej hucpy, becikowego. Czemu? Obawiam się, że podświadomie (świadomie?!) dają oni posłuch argumentom konserwatywnych polityków „katolickich” (cudzysłów świadomie), którzy kobiety woleliby zamknąć w domach, narzucić im słynne 3xK, bo kobiety w pracy to abominacja. Martwi mnie to, że nawet partie mieniące się postępowymi, europejskimi, dotąd publicznie i głośno nie nazwały tej bzdury po imieniu. Wzrost dzietności jest Polsce bardzo potrzebny ze względów ekonomicznych i społecznych, ale jak uczą przykłady Francji i Szwecji, krajów, w których dzietność ostatnimi laty rośnie, sukces można osiągnąć ułatwiając młodym kobietom powrót do pracy, nie zaś próbując je zamknąć pomiędzy domem a piaskownicą. 

Nie ze skomleniem!

Justyna Kowalczyk zdobyła srebro w Vancouver! Ale ja jestem pod wrażeniem postawy Petry Majdić. Była jedną z faworytek. Po strasznym upadku na rozgrzewce, nie było jasne, czy wystartuje w kwalifikacjach. Wystartowała, miała kiepski czas, a po przebiegnięciu mety dosłownie krzyczała z bólu, co telewizor pokazywał live. Pornografia cierpienia. Potem, wydawało się, cudem, przeszła przez ćwierć- i półfinały. A w finale zdobyła brązowy medal, po czym chyba straciła przytomność i fizycznie trzeba ją było wynieść. Brawo, Petra! Brawo, Justyna! No i brawo, Marit – Norweżka, która zdobyła złoto.

Not with a whimper, but with a bang!

Mardi Gras

Nie, nie będę pisał o Nowym Orleanie, ale o profesorze Majcherku. Znowu. Poglądy Janusza A. Majcherka na nauczanie matematyki i nauk ścisłych uważam za całkowicie błędne, ale ze społeczno-polityczną publicystyką tego autora na ogół się zgadzałem. Nie tym razem. Swój najnowszy artykuł Majcherek poświęca utrzymywaniu archaicznej struktury wsi dzięki transferom socjalnym, dotacjom do KRUS i subwencjom europejskim. Zaczyna od rozsądnego pytania:

Czy jest możliwe w XXI wieku osiągnięcie szybkiego rozwoju, przeprowadzenie gruntownej modernizacji i zapewnienie bogactwa społeczeństwu, którego trzecia część żyje nieproduktywnie na wsi, utrzymuje się głównie z dotacji, subwencji, zasiłków i innych świadczeń oraz nie wiadomo czego, ewentualnie pracy na czarno?

Pytanie jest retoryczne. Nie, nie jest to możliwe. KRUS jest anachroniczny, ekonomicznie i społecznie szkodliwy, należy go gruntownie zreformować, a jeszcze lepiej, zlikwidować, obejmując rolników tym samym systemem, co mieszkańców miast. Równie szkodliwy jest system „rent” (cudzysłów świadomie), będący często głównym źródłem gotówki dla mieszkańców wsi. Dramatem jest bezrobocie na wsi, jawne i ukryte. Formalne traktowanie gospodarstw, które nie tylko nie sprzedają niczego na rynku, ale nawet nie są żywnościowo samowystarczalne, tak jak normalnych gospodarstw rolnych i przydzielanie im unijnych dotacji, jest ekonomicznie nieuzasadnione. Prawdą jest wreszcie, że politycy – i to, wbrew obiegowej opinii, nie tylko z PSL – starają się istniejący stan rzeczy zakonserwować w obawie przed utratą elektoratu.

Cóż więc należałoby zrobić? Porzucić anachroniczny, ze wszech miar szkodliwy system transferów socjalnych na wieś, zapewniając jednocześnie mieszkańcom wsi jakieś inne, produktywne źródła utrzymania. Nad takimi rozwiązaniami zastanawiają się piszący do Gazety eksperci. O nie, powiada Majcherek, nie tędy droga! Według niego

Proces modernizacji naszego kraju i polskiego społeczeństwa musi oznaczać urbanizację.

Majcherek nie podaje żadnych argumentów na rzecz swojej tezy. Tak ma być i już. Najwyraźniej wynika to z ideologicznych założeń, które być może nawet sam Majcherek nie w pełni sobie uświadamia. Ale co zrobić, żeby proces urbanizacji przyspieszyć i wymusić? Ni mniej, ni więcej, trzeba wieś wygłodzić: Ludzie będę się przenosić ze wsi do miast, pod warunkiem, że

różnica między dotychczasowym a możliwym do uzyskania standardem życia musi być na tyle wyraźna, by kompensowała trudy związane ze zmianą miejsca i sposobu życia. Mówiąc brutalnie, tylko bieda wygna ludzi ze wsi do miast.

A gdy już znajdą się w mieście, to zapewne w sposób cudowny znajdą produktywną pracę. Janusz A. Majcherek, który swego czasu domagał się „solidnej porcji nauk społecznych” w szkole, najwyraźniej sam nie odrobił lekcji. Autor ten wie i zgoła ubolewa nad tym, że

migracja ze wsi do miast praktycznie po 1989 r. zamarła, a od 2000 r. jest wręcz ujemna, czyli udział ludności wiejskiej w polskim społeczeństwie rośnie!

ale on sam, profesor filozofii (sic!), nie zadał sobie trudu, aby to zjawisko zrozumieć. Ba, najwyraźniej nie ma na to ochoty. Tymczasem rzecz jest prosta, absurdalnie prosta. Ludzi do miasta przyciągała praca. Gdzie mogli znaleźć pracę niewykwalifikowani mieszkańcy wsi? Na wielkich budowach socjalizmu i w wielkich zakładach przemysłowych – hutach, kopalniach, fabrykach włókienniczych – które konsumowały w zasadzie nieograniczoną ilość rąk do pracy. Ale teraz budów socjalizmu nie ma, a molochy przemysłowe albo upadły, albo zatrudniają o wiele mniej osób, niż dawniej – i to nawet nie tyle z powodu recesji, globalizacji i dzikiego kapitalizmu, ile z uwagi na postęp techniczny i mniejsze marnotrawstwo. Gdzież więc znajdą pracę wiejscy, niewykwalifikowani beneficjenci transferów socjalnych? Wielki przemysł ich nie wchłonie. Jeżeli, jak chce Majcherek, wieś się wygłodzi i ludzie zostaną zmuszeni do przeprowadzki do miast, powstaną nasze własne, polskie fawele, dzielnice nędzy i beznadziei.

Czym zaś wytłumaczyć odwrócenie trendów migracyjnych? Nie wiem, w którym z równoległych światów żyje Majcherek, ale w tym Krakowie, w którym mieszkam ja, pracuje bardzo wiele wysokokwalifikowanych osób, które przeprowadziły się na wieś, codziennie dojeżdżają do pracy, ale – z wielu powodów, bynajmniej nie ze względów na transfery socjalne – wolą wieś od miejskich blokowisk. Czy prof. Janusz A. Majcherek nigdy nie zastanawiał się, dlaczego co rano i każdego popołudnia korkują się Aleja 29 Listopada, Opolska, Wadowicka i Wielicka (główne ulice wlotowe do Krakowa z czterech stron świata)? Otóż tysiące ludzi, którzy mieszkają w bliższych i dalszych podkrakowskich wsiach i miasteczkach, rano jedzie do pracy w mieście, po południu zaś z niej wraca. I nie są to wyłącznie post-peerelowscy chłoporobotnicy, są to także lekarze, prawnicy, profesorowie, biznesmeni, urzędnicy, przede wszystkim zaś pracownicy szeroko pojętego sektora usług. To jest światowa tendencja – nie uwierzę, że Majcherek nigdy nie był w Londynie, Paryżu, Brukseli czy Madrycie i nie widział, jak tam to wygląda. Ludziom trzeba ułatwić przemieszczanie się z miejscowości satelickich do metropolii (najlepiej w postaci sprawnej komunikacji zbiorowej), nie zaś zmuszać ich do przeprowadzenia się do miasta. A w miejscu zamieszkania trzeba zapewnić porządną edukację dla ich dzieci i jakieś sposoby spędzania wolnego czasu dla nich samych. Dojeżdżanie do pracy ma i tę zaletę, że w wypadku utraty pracy, można jakiś czas zostać w domu, nie ponosząc wyższych kosztów życia w dużym mieście.

Czy z tego wszystkiego wynika, że dla obecnych wiejskich beneficjentów transferów socjalnych nie ma już żadnej nadziei? Czy ci ludzie muszą pozostać w tak lub inaczej zorganizowanym socjalu? W odniesieniu do wielu może to, niestety, być prawda. Trzeba myśleć o ich dzieciach. Mieszkańcy wsi odnajdą się w mieście – albo nie będą musieli się do niego przeprowadzać – jeśli wieś przybliży się cywilizacyjnie do miasta. Trzeba więc inwestować w edukację na wsi, w infrastrukturę, w komunikację, w szeroko pojętą jakość życia, a wszystko to wykreuje miejsca pracy na wsi – ale Majcherek to odrzuca. Majcherek, jak już dawno podejrzewałem, jest neoluddystą: chciałby odwrócić postęp techniczny, stworzyć mnóstwo miejsc pracy dla niewykwalifikowanych robotników i przy okazji – ach, cóż za ulga – zlikwidować konieczność nauczania przedmiotów ścisłych w szkołach.

Nie będę udawał, że mam pomysły na rozwiązanie społecznych problemów wsi. Korzystając z okazji, chciałbym wszakże wspomnieć o pewnej kwestii. To prawda, że ekonomicznie opłacalny byłby proces konsolidacji gruntów, powstawania gospodarstw – farm – wielkoobszarowych. Ale te polskie, rozdrobnione gospodarstwa mają swoje zalety i kulturowe, i biologiczne. Pamiętam, gdy raz wiozłem profesora-Niemca na konferencję do Zakopanego, ten piał z zachwytu: tu takie pole, tam śmakie, tu krowa, ówdzie kura. „Wy macie naturalny, europejski krajobraz, na Zachodzie takiego już nie ma!”, krzyczał. To prawda. A owa rozdrobniona struktura – ozimina koło jarzyny, obok sad, tam zaś pole kapusty – sprzyja bioróżnorodności. Wiele gatunków potrzebuje czegoś takiego, w jednym gniazduje, w drugim się żywi. Może więc uznać, że rozdrobnienie jest sui generis wartością. Dotacje europejskie ten stan rzeczy konserwują, przyznajmy więc, że nie dotujemy fikcji rolnictwa, ale utrzymujemy taką mieszankę skansenu z rezerwatem przyrody. Do takiego krajobrazu można zaprosić turystów z Zachodu i z polskich wielkich miast. Przyjadą, choć nie tak licznie, jak na śródziemnomorskie plaże, byleby mieli czystą łazienkę z ciepłą wodą i dobrą drogę.

W kontekscie artykułu Majcherka muszę wspomnieć o jeszcze jednym: Jeden z moich dziadków – ten, ktrórego zabili Sowieci – był przedwojennym inżynierem leśnikiem, chłopskiego pochodzenia. Mój drugi dziadek – ten, którego nazwisko noszę – był małorolnym chłopem spod Nowego Sącza.

A skąd tytuł? Tylko z uwagi na datę.

P.s., 2 marca. Gazeta Wyborcza dzisiaj, w wydaniu papierowym i elektronicznym, opublikowała nieco uładzoną wersję tej notki.