Smoleńsk

Nie taki wpis sobie na dziś zaplanowałem. Dziś rano w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginął prezydent Lech Kaczyński. Cześć jego pamięci! 

Samolot rozbił się podchodząc we mgle do lądowania. Zginęła cała polska delegacja, lecąca na uroczystości do Katynia – według obecnych informacji, ponad 130 osób. Potworność. Nie ma jeszcze oficjalnego potwierdzenia, ale władze rosyjskie mówią, że nikt nie przeżył. 

Byłem politycznym przeciwnikiem Kaczyńskiego, ale nie życzyłem mu takiego końca. Nie chciałem, żeby jego rządy zakończyły się tragicznie. Spory polityczne chwilowo ustają, trzeba się modlić.

Wraz z prezydentem zginęło bardzo wiele osób z jego otoczenia politycznego – Gęsicka, Putra, Skrzypek, Wasserman, Gosiewski, Kurtyka, Szczygło, Stasiak. Można powiedzieć, że to środowisko polityczne uległo niemalże anihilacji. Skóra mi cierpnie na myśl o teoriach spiskowych, które wystrzelą aż pod niebo. Zginęło też mnóstwo ludzi ważnych i mniej ważnych – wszyscy ludzie są ważni, chodzi mi o osoby ważne w polityce – Jerzy Szmajdziński, gen. Gągor i inni wyżsi dowódcy wojskowi, Andrzej Przewoźnik, ostatni prezydent na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, biskupi, posłowie. Nieprawdopodobne.

Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie…

P.s. Ciąg dalszy moich uwag tutaj.

Misteria Paschalia, 5 kwietnia

Jednak wybraliśmy się. Elżbieta miała przepustkę prasową od kuzyna, który dziś nie mógł przyjść, ja kupiłem wejściówkę, co oznacza polowanie na wolne miejsce; upolowałem bardzo dobre.

Uroczyście odwołuję wszystko, co złego napisałem o Vivice Genaux i Pyrotechnics – że techniczne, nieludzko doskonałe, męczące w słuchaniu. W wykonaniu na żywo te arie, które Vivica śpiewała, brzmiały wybornie. Drobne (bardzo drobne!) techniczne niedociągnięcia, które w występie na żywo zdarzyć się muszą, przydawały ariom życia. Przy Alma opressa, arii wykonanej dzisiaj lepiej niż na płycie, dosłownie się popłakałem. Vivica Genaux znana jest z tego, że ciągle pracuje nad swoją techniką, czego sami byliśmy świadkami słysząc w jej wykonaniu na żywo arie z Bajazeta (z Biondim i Europa Galante) i porównując je z nagraniem płytowym. Inne śpiewane dzisiaj arie, ze słynną Agitata da due venti, też brzmiały wspaniale. Vivica Genaux ma niezwykłą technikę śpiewu, z bardzo szybkimi, jakby owadzimi ruchami twarzy. Bardzo dobre były też utwory instrumentalne grane przez Europa Galante, zwłaszcza świetnie wykonany Koncert a-moll Vivaldiego (jak wszystko inne dzisiejszego wieczoru). Ale te bisy!

Jako pierwszy bis Biondi zagrał, Vivica zaśpiewała nieznaną mi arię z Adelajdy. To chyba jest materiał na nową płytę, nad którą państwo pewnie wciąż pracują, bo Vivica tę jedną rzecz śpiewała z nut. A very sweet aria, jak powiedział Fabio Biondi zapowiadając ten bis. Rzeczywiście, słodka. Być może Biondi pracuje nad odtworzeniem Adelajdy, która zachowała się tylko we fragmentach, tak jak wcześniej odtworzał choćby Bajazeta?

Drugim bisem była niezwykła aria Qual guerriero. To chyba jest najtrudniejsza aria Vivaldiego, a właściwie nie Vivaldiego, bo choć Vivica śpiewa wersję z Bajazeta, pierwotną wersję napisał Riccardo Broschi, Vivaldi zaś, lekko przerobiwszy, włączył ją do swego pasticcio. Takie były wówczas obyczaje. Aria jest bardzo, bardzo trudna i bardzo, bardzo piękna – sądzę, że na świecie są może trzy osoby, które są w stanie ją zaśpiewać: Vivica Genaux, Cecilia Bartoli, która na Sacrificium (na drugiej, bonusowej płycie) śpiewa oryginalną wersję Broschiego, i może ta trzecia nikomu jeszcze nieznana śpiewaczka, która gdzieś się tej arii właśnie uczy, ma zaś warunki głosowe pozwalające na jej zaśpiewanie.  Mam płytę Viviki Genaux z 2002 Arias for Farinelli z Akademie fur Alte Musik, gdzie ta aria jest i jest ładna, ale nic ponad to. Mam Bajazeta, gdzie Qual guerriero jest w dwu wersjach: roboczej na dołączonym do płyty DVD i skończonej na samej płycie. Świetne wykonanie! W pamięci mam wykonanie Bajazeta na żywo w 2008, kiedy Vivica zaśpiewała lepiej, niż na płycie.  A dzisiejsze wykonanie było jeszcze lepsze, fantastyczne, powalające na kolana. Vivica użyła w tym wykonaniu Qual guerriero wszystkiego, czego się nauczyła opracowując Pyrotechnics. Cały czas słyszę tę arię, cały czas nie mogę się pozbierać. Zachwycający koncert.

***

Nie byliśmy na sobotnim koncercie Jaroussky’ego, ale wszyscy znajomi, którzy byli, bardzo go chwalą. Ciekawe, że Dorota Szwarcman na swoim blogu bardzo ostro Jaroussky’ego i Pluhar krytykuje. Nie jest też zachwycona Minkowskim i jego wykonaniem Pasji według św. Jana, ale odnosi się do niego z szacunkiem. Minkowski gra tak, jak przypuszcza, że zaplanował to sam Bach. Pluhar i Jaroussky wręcz przeciwnie, bardzo daleko odchodzą od domniemanych brzmień samego Monteverdiego, który zdumiałby się niepomiernie słysząc ten walking bass. A jednak jest coś, co Minkowskiego z Pluhar łączy: oboje odchodzą od, nazwijmy to, mainstreamowego wykonywania klasyków, tyle, że odchodzą w przeciwne strony. Wykonania „kanoniczne” już się osłuchały i jeśli ktoś chce wydobyć z tych dzieł coś nowego, musi jakoś szukać, eksperymentować. To, co robi Marc Minkowski, może się podobać lub nie, ale nie budzi niczyjego gwałtownego sprzeciwu. Moim zdaniem taką samą ocenę należy przypisać interpretacjom Monteverdiego Christiny Pluhar i Philippe’a Jaroussky’ego: mogą się podobać lub nie (mnie się podobają, co oceniam na podstawie płyt), ale są godne uwagi, bo wydobywają z Monteverdiego coś, czego nikt wcześniej tam nie usłyszał, a co, jak się okazuje, mieści się w tej muzyce. Show, który Jaroussky i reszta towarzystwa robi na koncertach, to jest inna rzecz – mnie się ten show mniej podoba, ale mnie nie gorszy. Cóż to, Monteverdiego wolno słuchać wyłącznie sztywno, jeżeli zgoła nie na kolanach?

Własność

W Polityce nr 13 jest artykuł Andrzeja Lubowskiego Czy rekiny biznesu mają sumienie?, a w nim pewna ważna obserwacja, której – choć mnie się wydawała oczywista – nie widziałem w żadnej dotychczasowej analizie pryzczyn ostatniego (obecnego?) kryzysu finansowaego. Otóż Lubowski, powołując się na Johna C. Bogle’a, pisze, iż

głęboki kryzys na rynku finansowym wynika […] ze zmian w charakterze instytucji rynku kapitałowego. Pół wieku temu, powiada Bogle, właścicielami akcji byli głównie indywidualni inwestorzy – Amerykanie byli społeczeństwem właścicieli. Stopniowo system ewoluował w kierunku społeczeństwa pośredników. Klasa menedżerska przejęła kontrolę nad gigantycznymi przedsiębiorstwami, w których ma nikłe udziały własne. Podobnie to pośrednicy finansowi kontrolują dziś udziały akcyjne. […] Dziś tylko 25 procent akcji jest kontrolowanych bezpośrednio przez osoby fizyczne, zaś 75 procent przez fundusze emerytalne i mutual funds.

No właśnie! Gdy w Czarny Czwartek 1929 roku pękła bańka spekulacyjna, bankierzy i maklerzy wyskakiwali z okien, bo, raz, tracili też wszystkie swoje pieniądze, dwa, bali się spojrzeć w twarz ludziom, którzy im zaufali i których oni zawiedli.  Dzisiaj menedżerowie upadłych firm nigdzie nie skaczą, przeciwnie, lądują na „złotych spadochronach”, po pomoc rządową latają prywatnymi odrzutowcami, a jeśli dyrektor uratowanego przez państwo banku, który musiał zwolnić tysiące szeregowych pracowników, odmówi przyjęcia wielomilionowej premii, poczytuje mu się to nieomal za akt heoroicznej ascezy. Zachowanie szefostwa Enronu, którzy wiedząc, że firma bankrutuje, sprzedawali posiadane przez siebie akcje po wysokim kursie, a jednocześnie, żeby podtrzymać kurs, zachęcali własnych pracowników do inwestowania w te akcje, było już tak skrajne, że zostało uznane za przestępstwo.

Klasyczna doktryna o tym, iż własność prywatna jest lepsza niż państwowa, bo właściciel, ryzykując utratę majątku, a zarazem będąc bliżej swojego biznesu, będzie lepiej nim rozporządzał niż urzędnicy dysponujący własnością „niczyją”, muszący za to wypełniać różne polityczne serwituty, nie ma zastosowania do wielkich spółek akcyjnych. Tam własność bardzo często jest rozproszona. Część akcji należy do funduszu inwestycyjnego, w który zainwestował fundusz emerytalny, w którym oszczędności gromadzą zwykli ludzie. Inna częśc akcji nalezy do innego funduszu, który etc. Pozostałe akcje są równie rozproszone. Własność może się krzyżować (spółka A, sama lub poprzez pośrednika, inwestuje w B, która jednocześnie, sama lub poprzez innego pośrednika, zainwestowała w A) i zapętlać (A jest właścicielem części akcji B, który zainwestował w C, który zainwestował w A). Gdyby chcieć wskazać „właściciela” jakiejś wielkiej, ponadnarodowej korporacji, trzebaby wskazać wielonarodowy tłum. Firmami zarządzają więc menedżerowie, którzy – słusznie bądź nie; zachodzi domniemanie, że niesłusznie, ale co z tego? – każą sobie za to bardzo słono płacić.

W PRLu mieliśmy ideologicznie gorszą własność prywatną i ideologicznie lepszą „własność uspołecznioną”. Do tej ostatnie zaliczały się własność państwowa i różne „spółdzielnie” – mieszkaniowe, rolnicze, produkcyjne. Tam też własność była rozproszona, pojedynczy udziałowiec nie mógł wiele zdziałać (w wypadku spółdzielni mieszkaniowych, które, o zgrozo, przetrwały upadek PRLu, nie może do dziś), o wszystkim decydowało jakieś kierownictwo, które niczym jednak nie ryzykowało. Wypisz, wymaluj jak sytuacja w wielkich spółkach akcyjnych dnia dzisiejszego, z zachowaniem stosownych proporcji, rzecz jasna. Proponuję zatem, aby przestać traktować wielkie firmy giełdowe jako własność prywatną – zgoda, nie są państwowe, ale należy je uznać za własność patologicznie uspołecznioną.

Misteria Paschalia, 2 kwietnia 3

Wielki Piątek i dzieło doskonale pasujące do tego dnia, Pasja według Św. Jana Jana Sebastiana Bacha, w wykonaniu Marca Minkowskiego i jego Les Musiciens du Louvre-Grenoble. Cóż powiedzieć, dzieło gigantyczne (w obu znaczeniach, i rozmiarów, i rangi muzycznej), uważane za jedno z największych dokonań kultury europejskiej, do tego znakomicie zaśpiewane. Znakomicie! Głosy zestrojone ze sobą idealnie, co w wypadku Bacha jest szczególnie ważne. Nikt tak jak on nie konstruował chorałów i kantat, więc wszelki dysonans, o jaki przy tak złożonej konstrukcji nietrudno, aż by krzyczał.

Marc Minkowski zrezygnował z osobnego chóru – chór tworzą soliści. Nie wszystkim się to, i w ogóle interpretacja Minkowskiego, podoba. Bodzio po koncercie oświadczył, że udało mu się przestać słuchać Minkowskiego, słuchał samego Bacha, więc był zachwycony. Mnie też na samym początku chór brzmiał słabo (nie dość donośnie), ale szybko się przyzwyczaiłem. Argumentem za rezygnacją z wielkiego chóru jest to, że sam Bach nie mógł sobie na coś takiego pozwolić, więc bez rozbudowanego chóru brzmienie ma być bliższe zamysłowi kompozytora.

Po koncercie bardzo, bardzo długie oklaski na stojąco. Minkowski dyrygował solistami i członkami orkiestry, wskazując, kto ma wstać do ukłonów. A potem bis.

Misteria Paschalia, 1 kwietnia

W Wielki Czwartek w programie Membra Jesu nostri Dietricha Buxtehudego w wykonaniu La Venexiana. Zaśpiewane bez zarzutu, może tylko z jednym, drobnym: kontratenor nieco odstawał od reszty, ale nie dlatego, że głos gorszy, ale mniej mocny; to się da łatwo skorygować w nagraniu, ale nie w wykonaniu na żywo. Claudio Cavina, ów kontratenor, nie tylko śpiewał, ale i dyrygował całością. Chwilami miałem wrażenie, że te dwie funkcje nieco się kłócą.

Membra Jesu nostri to utwór – a właściwie cykl siedmiu kantat – wybitnie nieprzebojowy. Piękny, kunsztowny, trudny, ale jednocześnie wyciszony, bez eksplozji radości i popisów wokalnych. Bardzo protestancki. Właściwie trzebaby kupić płytę i wsłuchiwać się w niego wiele razy, żeby go w pełni pojąć. Tak, jak lata temu mój przyjaciel słuchał bez przerwy Jesu, meine Freude Bacha, po tym, gdy przestał bez przerwy słuchać Mahlera. Zmiany te pojawiały się wraz z kolejnymi kobietami jego życia. On słuchał, a ja z nim i myślę sobie, że część moich gustów muzycznych zawdzięczam tamtemu okresowi. Mama mojego przyjaciela tej kantaty Bacha nie znosiła, dopatrywała się w niej jakichś akcentów suicydalnych, a takowych tam nie ma. Są tylko funeralne. Cóż, gdy byliśmi młodzi i piękni, przejawialiśmy – jak to się mówi – zachowania autodestrukcyjne.

Na Misteriach spotyka się różnych znajomych, takich, których się tam można spodziewać i osoby znane z widzenia, z zupełnie innych kontekstów. Dzisiaj na przykład widziałem Panią Kulturoznawczynię, w poniedziałek Autorkę Dwu Doktoratów. Ale najzabawniej jest mi widzieć ludzi, których nie znam zupełnie, ale pamiętam ich czy to z którychś poprzednich Misteriów, czy z Opera Rara.

Tytuł profesora

Ukoronowaniem kariery naukowca jest tytuł profesora, zwany formalnie „tytułem naukowym” i przyznawany w Polsce przez prezydenta. Ten akt jest poprzedzony całą żmudną procedurą, mającą zapewnić, że osoba, której tytuł naukowy zostaje przyznany, w istocie na to zasługuje. Jednym z wymogów było dotąd wypromowanie co najmniej jednego doktora. Ogłoszony dwa dni temu projekt ustawy zmieniającej ustrój szkół wyższych i zasady przyznawania stopni i tytułu naukowego, podwyższa ten próg. Według Art. 26 pkt. 3 projektu, tytuł naukowy może być przyznany osobie, która, między innymi,

posiada osiągnięcia w opiece naukowej – uczestniczyła co najmniej trzy razy w charakterze promotora w przewodzie doktorskim oraz co najmniej trzy razy w charakterze recenzenta w przewodzie doktorskim lub postępowaniu habilitacyjnym

To jest poważne podniesienie wymagań. Rozumiem intencje – profesorem z tytułem naukowym, a nie profesorem uczelnianym („podwórkowym”, jak to się mówi) powinny zostawać tylko osoby naprawdę wyrózniające się. Jeden doktorat w ocenie projektodawcy nie wystarcza, osoba świeżo po habilitacji szybko stara się kogoś wypromować (jeżeli tylko są jacyś kandydaci). Szybko, a więc być może kiepsko, a koledzy pozytywnie recenzowali po znajomości, żeby doktor habilitowany mógł zostać profesorem – taka, jak przypuszczam, mogła być intencja projektodawcy. Jeśli kandydat wypromuje trzech doktorów, a, to co innego, to już nie jest byle co. Obawiam się, że skutek będzie sokładnie przeciwny do zamierzonego.

  • Ponieważ wypromować trzech doktorów w istocie jest trudniej niż jednego, proponowany przepis przyczyni się do inflacji doktoratów. Doktorzy habilitowani marzący o tytule naukowym będą promować byle kogo, na byle jakiej podstawie, byle szybko – taka przynajmniej będzie pokusa. I, jak się obawiam, taka będzie praktyka.
  • Sądzę ponadto, że przepis ten można odczytywać jako obronę interesu korporacyjnego obecnych profesorów posiadających tytuł naukowy. Większość z nich otrzymala tytuł naukowy po wypromowaniu jednego doktoranta (potem większość z nich wypromowała kolejnych), a teraz podwyższają bariery broniące wstępu do tego grona.

I to nie jest Prima Aprilis.

P.s. Oj, nie będę profesorem…

Misteria Paschalia, 30 marca

Dzisiaj (ja wiem, jest po północy, ale dla mnie to wciąż „dzisiaj”) był Antonio Caldara, oratorium Maddalena ai piedi di Cristo.

Zbliża się Wielkanoc, trzeba było kupić jajka, była kwestia czy mam to zrobić ja, czy Elżbieta. Wczesnym popołudniem przysłała mi SMSa „Mam dużo jajek”. Ja jej na to „Myślisz, że będą potrzebne po koncercie?”. Po jakichś 15 minutach koncertu Elżbieta szepce do mnie „Trzeba było wziąć jajka”.

Nie było aż tak źle. Soprany (Geraldine McGreevy i Ina Kancheva) bez zarzutu, tenor (David Alegret, nieduża rola) też dobry, baryton (Miguel Sola) i mezzosopran (Catherine Wyn-Rogers) w porządku. Problemem był kontratenor, Jordi Domenach, któremu głosu momentami nie stawało, a w szczególności zupełnie nie brzmiał w duetach – oratorium zaczyna się od serii duetów mezzosopran-kontratenor. Oficjalne bio zamieszczone w programie głosi, że Domenach, zanim zaczął śpiewać, studiował fortepian i kompozycję. Powinien był chyba zostać przy fortepianie. Ale trzeba przyznać, indywidualne owacje za trzy arie w drugiej części (w oratoriach nie daje się braw po poszczególnych ariach!) dostał tylko on. Zwłaszcza pierwsza z nich mu wyszła, a jaki był potem zadowolony! W ogóle wszyscy się rozśpiewali i po budzącym poważne obawy początku, wszystko potoczyło się zupełnie dobrze. Najbardziej cieszyła się Geraldine McGreevy, która zastąpiła niedysponowaną (?) Claire Booth, mającą pierwotnie śpiewać partię Magdaleny. Zastąpiła i poradziła sobie nad wyraz dobrze.

Jednak zdecydowanie najjaśniejszym punktem była akompaniująca Accademia Bizantina, dyrygowana od skrzypiec przez Stefano Montanari. Oni po prostu ładnie grali! Akompaniament w sam raz, nie dominował śpiewaków, a partii instrumentalnych słuchałem z dużą przyjemnością. Stefano Montanari, dyrygując, dość spektakularnie się miotał i podśpiewywał arie.

Misteria Paschalia, 29 marca

Zaczął się festiwal Misteria Paschalia. Kiedyś chodzenie na koncerty w Wielkim Tygodniu wydawało mi się niestosowne, teraz nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie chodzić. Nie na wszystkie koncerty – niektóre mi tak czy inaczej nie pasują, ale na dużą część.

Wczoraj, w kościele Św. Katarzyny, grała Cappella della Pietà de’ Turchini, śpiewali Romina Basso, Maria Grazia Schiavo, Patrizia Bovi i Pino de Vittorio. Najpierw o ostatniej parze. Występowali w środkowej części i jako pierwszy bis. Śpiewali repertuar renesansowy, a capella lub tylko z gitarą i tamburynem lub werblem. Muzycznie nierówne, ale ciekawe, niektóre fragmenty wręcz piękne, no, ale ja mam osobliwe gusta, wolę rzeczy albo znacznie wcześniejsze, albo późniejsze. Renesans wymaga zupełnie innej techniki śpiewu, innego ustawienia głosu. Oprócz muzyki dużo w tym było performansu, te wszystkie hieratyczne pozy, powolne przemarsze po kościele, kastaniety. Słuchałem raczej z zaciekawieniem niż z zachwytem.

W części pierwszej najpierw Romina Basso, potem Maria Grazia Schiavo śpiewały solo, w części trzeciej śpiewały w duecie, i to dopiero było to. Drugi duet (także drugi bis), Pangue lingua Francesco Provenzale, zachwycający. Doskonale zgrane głosy, z sobą i z orkiestrą. Kapitalne! Marii Grazii Schiavo słuchałem na żywo w Krakowie trzeci raz w tym roku kalendarzowym. W styczniu, w cyklu Opera Rara, śpiewała Rinaldo Haendla ze słynną arią Lascia ch’io pianga (jednak nikt nie pobije Jaroussky’ego), miesiąc temu La fida ninfa Vivaldiego. Elżbieta śmiała się, że Maria Grazia jeżdzi do Krakowa tak często, jak my do Mezőkövesd. Trzeba się jej nasłuchać, bo jest w ciąży i pewnie na jakiś czas przyjeżdżać do Polski przestanie. Ha, już widząc ją i słysząc w Ninfie podejrzewaliśmy ciążę – zmieniła się jej i sylwetka, i technika śpiewu. Teraz ciąża jest już wyraźna. Ha, Marii zmienił się głos! Jest teraz pełniejszy i zdecydowanie mocniejszy. Zmiana głosu w czasie ciąży to znany efekt, aczkolwiek nie przypominam sobie fizjologicznego uzasadnienia (uzasadnienie z punktu widzenia samolubnego genu jest oczywiste). Wszystkiego najlepszego, Maria!

Bardzo dobry koncert.

Przed koncertem coś w rodzaju wprowadzenia do tematyki pasyjnej w muzyce i kulturze miał wygłosić Szymon Hołownia. I wygłosił co? Kazanie, regularne kazanie. No, ten, gdyby nie celibat, na pewno zostałby księdzem.

Wybieramy się tylko na połowę koncertów. Nie idziemy na Savalla (jakiś dziwny się zapowiada, zresztą bilety natychmiast znikły, bo Savall jest w Krakowie bardzo popularny) ani na Jaroussky’ego. Wstyd przyznać, ale po prostu nie chciało nam się jechać w sobotę do Wieliczki. Bilety znikły chyba w pięć minut po rozpoczęciu sprzedaży, ale Bodziowi udało się kupić. Teraz trochę żałuję, że nie jedziemy, bo ostatnia płyta z jego udziałem, Teatro d’Amore, jest doskonała, a on to właśnie będzie śpiewał z Christiną Pluhar i L’Arpeggiatą. Nie idziemy też w niedzielę na Haendla ani w poniedziałek na Biondiego i Vivicę Genaux. Też mi głupio, jak to, Biondi w Krakowie, a ja nie idę, ale powiem szczrze: najnowsza płyta Viviki, Pyrotechnics (Fajerwerki), nie jest aż taka dobra. Jest technicznie mistrzowska, ale w warstwie wokalnej technicznie mistrzowska nieludzko – tak nieludzko, że słuchanie aż męczy. Może się jednak wybierzemy, wejściówki chyba będą dostępne.

A dzisiaj – Caldara.

Studia III stopnia

Dawniej było tak: Ktoś, kto planował karierę naukową, po ukończeniu studiów (w nowszej terminologii: studiów magisterskich) zostawał asystentem na uczelni lub w instytucie naukowym i pracował: prowadził ćwiczenia ze studentami i badania naukowe, których zwieńczeniem był doktorat. Wtedy mógł stwierdzić, że został naukowcem.

Później system się zmienił, otwarto studia doktoranckie, co było bardziej „po amerykańsku”. Z punktu widzenia doktoranta to, co człowiek robił, nie różniło się zbytnio od dawnej roli asystenta, może nawet było trochę lepiej z uwagi na mniejsze obciążenie dydaktyczne, ale nastąpiła istotna różnica formalna: doktorant nie pracuje, tylko studiuje, ze wszelkimi konsekwencjami formalnoprawnymi tego stanu rzeczy, za co otrzymuje marne stypendium. Jednocześnie następował systematyczny spadek poziomu studiów magisterskich. Zupełnie osobną kwestią jest to, dlaczego poziom studiów magisterskich się obniżał – zwalanie wszystkiego na spadek poziomu szkół średnich nie tłumaczy całego zjawiska, zresztą jest to tylko przeniesienie pytania o poziom niżej.

Teraz, wraz z wprowadzaniem nieszczęsnego systemu bolońskiego, studia doktoranckie przemianowano na studia III stopnia. Doktoranci mają indeksy, gromadzą wpisy za zaliczenia, prowadzą zajęcia, a konieczność prowadzenia badań naukowych jakby schodziła na dalszy plan. Okazuje się, że całkiem sporo osób kończy studia doktoranckie – kończy, nie przerywa – ale nie broni doktoratu, tak, jakby sam doktorat był tylko jakimś opcjonalnym dodatkiem. Do tego poziom studiów magisterskich spada na łeb, na szyję. W tej sytuacji zacząłem podejrzewać, że na studia doktoranckie idą ludzie, którzy nie tyle planują prowadzenie badań naukowych, ile po prostu chcą się czegoś nauczyć. Niedawno pewien doktorant in spe zamieścił taki oto wpis:

w ciagu kilku ostatnich lat nastapila ogromna dewaluacja poszczegolnych stopni edukacji, robi mi sie naprawde przykro kiedy pomysle, ze na roku ze mna studiuje osoba, ktora nie potrafi czytac – toc jej edukacja powinna zatrzymac sie maksymalnie na szkole zawodowej a za kilka miesiecy bedzie ona posiadala tytul magistra. W zwiazku z czym w tej chwili doktorat to w moim odczuciu po prostu taki starszy magister, a byc moze powojenna matura.

Oto zabrzmiał vox populi. Z tą maturą to jednak przesada, ale widać, że tytuł magistra niewiele już znaczy. A jednocześnie ministerstwo, idąc za światłymi rekomendacjami E&Y, usilnie stara się obniżyć poziom jeszcze bardziej. Jakiś czas temu Gazeta Wyborcza – w tonie, a jakże, entuzjastycznym – pisała o nowym bycie, kolegiach akademickich: mają kształcić licencjatów, ale mają mieć elastyczne programy, studia będą dostosowane do potrzeb rynku, trzeba stawiać na praktyczną naukę, studia tam będą przygotowane tak, żeby były bardziej zbliżone do realiów rynkowych, żeby bardziej przypominały środowisko pracy.

Słowem, kolegia akademickie mają przygotowywać ludzi do pracy w firmach. Dostosowanie do potrzeb rynku w rzeczywistości oznacza, że będzie to rodzaj przeszkolenia zawodowego. Za moich czasów coś takiego nazywało się szkołą pomaturalną. Pracodawcy chętnie przerzucą koszt przeszkolenia pracowników na budżet państwa. Najgorsze jednak jest to, iż takie kształcenie nie ma nic wspólnego ze studiowaniem, tym niemniej absolwenci mają otrzymywać tytuł licencjata. To musi obniżyć poziom licencjatów na prawdziwych uczelniach, a skoro licencjatów, to i magistrów. A skoro magistrów, to i doktorantów, pardon, uczestników studiów III stopnia.

Celibat

Dzisiejszy Newsweek pisze, że Kościół Katolicki podobno zaczyna rozważać zniesienie celibatu. Watykan rzecz jasna gwałtownie zaprzecza, Papa Ratzi słyszeć o tym nie chce i na razie wszystkie czynniki oficjalne zapowiadają bronienie celibatu jak niepodległości. Celibat nie został wprowadzony ze względów doktrynalnych, ale głównie ekonomicznych, tym niemniej został z czasem „uświęcony” i dziś, obok niezrozumiałych poglądów na kwestię kontroli urodzeń, jest jednym z głównych znaków firmowych katolicyzmu; skądinąd smutne, że znakami tymi są kwestie tak mocno związane z seksualnością, co zresztą wystawia Kościół na nieustanne ataki. No, ale w imię ekumenizmu nie powinniśmy podkreślać tego, co dzieli chrześcijan różnych odłamów, ale co ich łączy, nieprawdaż?

Powody za zniesieniem celibatu są dwa. Po pierwsze, kryzys powołań. Jest chyba całkiem jasne, że konieczność zachowania celibatu zniechęca wiele osób do zostania duchownymi. Wizja pustych kościołów w Europie Zachodniej – kościołów, w których brak nie tylko wiernych, ale i księży – zmieni zapatrywania hierarchów na celibat. Moim zdaniem kwestia celibatu powinna być w Kościele Katolickim rozwiązana podobnie jak to ma miejsce w Kościele Prawosławnym: duchowieństwo niższego szczebla – powiedzmy, do poziomu proboszcza, dziekana, kanonika – może zakładać rodziny, ale wszelkie wyższe funkcje rezerwowane są dla bezżennych. W ten sposób młody ksiądz będzie miał jasny wybór. No i zostają jeszcze zakonnicy (w prawosławiu zresztą tylko mnisi mogą zostać biskupami), ale to jest osobna historia.

Po drugie za koniecznością zniesienia celibatu przemawia seria skandali pedofilskich. Nie wiem, czy jest jakiś prosty związek pomiędzy celibatem a pedofilią, ale w odbiorze społecznym związek taki jest powszechnie konstruowany. Wydaje mi się, że często prezentowany mechanizm – młody człowiek, który ma problemy z seksualnością, z którymi sobie nie radzi, zgłasza się do instytucji, w której seksualność jest oficjalnie zanegowana, potem zaś okazuje się, że w rzeczywistości jest całkiem inaczej – może być prawdziwy, ale nie tłumaczy wszystkiego. Równie ważne może być poczucie władzy, jaką ksiądz ma (bądź miał) nad swoimi podopiecznymi. I to władzy nie byle jakiej, bo nieledwie sakralnej. A jeszcze ważniejsze jest poczucie bezkarności – Kościół instytucjonalny przecież sprawców chronił, każdy atak na księdza-molestatora – nawet nie atak, tylko nazwanie rzeczy po imieniu! – traktując jak atak na samą religię.

W Polsce było kilka głośnych przypadków księżowskiej pedofilii (Tylawa, Szczecin), tuszowanej przez biskupów, i innych ekscesów seksualnych (abp Paetz), z czasem wypłynie ich jeszcze więcej – bo, niestety, ich zapewne jest więcej – ale myślę, że nie osiągnie to takiej skali, jak w Irlandii, Austrii, Niemczech, czy wcześniej w USA i Kanadzie. Nie dlatego, że polscy księża byli z natury lepsi od księży z tamtych krajów. Sądzę, że jest to efekt nieplanowanej przysługi, uczynionej Kościołowi w Polsce przez komunistów. Kościół tradycyjnie prowadził szpitale dla dzieci, sierocińce, internaty i domy poprawcze – większość skandali pedofilskich miało miejsce w takich zamkniętych instytucjach, gdzie wszelkie perwersje mogły rozkwitać bez kontaktu ze światem zewnętrznym, gdzie wychowankowie byli szczególnie poddani władzy duchownych, gdzie nie mieli oparcia w innych dorosłych, w rodzinie. Komuniści zakazali Kościołowi prowadzenia takich placówek, radykalnie ograniczając okazje do księżowskich występków. Nie sądzę, żeby komuniści akurat ten efekt przewidywali, po prostu tak wyszło. Gdyby ekscesy duchownych były znane, komuniści użyliby ich do piętnowania Kościoła. Choć może nie? Komuniści byli bardzo pruderyjni, może też nie chceliby mówić o takich sprawach. W Drewnianym różańcu, o ile sobie przypominam, wątku wykorzystywania seksualnego nie było.