Jednak wybraliśmy się. Elżbieta miała przepustkę prasową od kuzyna, który dziś nie mógł przyjść, ja kupiłem wejściówkę, co oznacza polowanie na wolne miejsce; upolowałem bardzo dobre.
Uroczyście odwołuję wszystko, co złego napisałem o Vivice Genaux i Pyrotechnics – że techniczne, nieludzko doskonałe, męczące w słuchaniu. W wykonaniu na żywo te arie, które Vivica śpiewała, brzmiały wybornie. Drobne (bardzo drobne!) techniczne niedociągnięcia, które w występie na żywo zdarzyć się muszą, przydawały ariom życia. Przy Alma opressa, arii wykonanej dzisiaj lepiej niż na płycie, dosłownie się popłakałem. Vivica Genaux znana jest z tego, że ciągle pracuje nad swoją techniką, czego sami byliśmy świadkami słysząc w jej wykonaniu na żywo arie z Bajazeta (z Biondim i Europa Galante) i porównując je z nagraniem płytowym. Inne śpiewane dzisiaj arie, ze słynną Agitata da due venti, też brzmiały wspaniale. Vivica Genaux ma niezwykłą technikę śpiewu, z bardzo szybkimi, jakby owadzimi ruchami twarzy. Bardzo dobre były też utwory instrumentalne grane przez Europa Galante, zwłaszcza świetnie wykonany Koncert a-moll Vivaldiego (jak wszystko inne dzisiejszego wieczoru). Ale te bisy!
Jako pierwszy bis Biondi zagrał, Vivica zaśpiewała nieznaną mi arię z Adelajdy. To chyba jest materiał na nową płytę, nad którą państwo pewnie wciąż pracują, bo Vivica tę jedną rzecz śpiewała z nut. A very sweet aria, jak powiedział Fabio Biondi zapowiadając ten bis. Rzeczywiście, słodka. Być może Biondi pracuje nad odtworzeniem Adelajdy, która zachowała się tylko we fragmentach, tak jak wcześniej odtworzał choćby Bajazeta?
Drugim bisem była niezwykła aria Qual guerriero. To chyba jest najtrudniejsza aria Vivaldiego, a właściwie nie Vivaldiego, bo choć Vivica śpiewa wersję z Bajazeta, pierwotną wersję napisał Riccardo Broschi, Vivaldi zaś, lekko przerobiwszy, włączył ją do swego pasticcio. Takie były wówczas obyczaje. Aria jest bardzo, bardzo trudna i bardzo, bardzo piękna – sądzę, że na świecie są może trzy osoby, które są w stanie ją zaśpiewać: Vivica Genaux, Cecilia Bartoli, która na Sacrificium (na drugiej, bonusowej płycie) śpiewa oryginalną wersję Broschiego, i może ta trzecia nikomu jeszcze nieznana śpiewaczka, która gdzieś się tej arii właśnie uczy, ma zaś warunki głosowe pozwalające na jej zaśpiewanie. Mam płytę Viviki Genaux z 2002 Arias for Farinelli z Akademie fur Alte Musik, gdzie ta aria jest i jest ładna, ale nic ponad to. Mam Bajazeta, gdzie Qual guerriero jest w dwu wersjach: roboczej na dołączonym do płyty DVD i skończonej na samej płycie. Świetne wykonanie! W pamięci mam wykonanie Bajazeta na żywo w 2008, kiedy Vivica zaśpiewała lepiej, niż na płycie. A dzisiejsze wykonanie było jeszcze lepsze, fantastyczne, powalające na kolana. Vivica użyła w tym wykonaniu Qual guerriero wszystkiego, czego się nauczyła opracowując Pyrotechnics. Cały czas słyszę tę arię, cały czas nie mogę się pozbierać. Zachwycający koncert.
***
Nie byliśmy na sobotnim koncercie Jaroussky’ego, ale wszyscy znajomi, którzy byli, bardzo go chwalą. Ciekawe, że Dorota Szwarcman na swoim blogu bardzo ostro Jaroussky’ego i Pluhar krytykuje. Nie jest też zachwycona Minkowskim i jego wykonaniem Pasji według św. Jana, ale odnosi się do niego z szacunkiem. Minkowski gra tak, jak przypuszcza, że zaplanował to sam Bach. Pluhar i Jaroussky wręcz przeciwnie, bardzo daleko odchodzą od domniemanych brzmień samego Monteverdiego, który zdumiałby się niepomiernie słysząc ten walking bass. A jednak jest coś, co Minkowskiego z Pluhar łączy: oboje odchodzą od, nazwijmy to, mainstreamowego wykonywania klasyków, tyle, że odchodzą w przeciwne strony. Wykonania „kanoniczne” już się osłuchały i jeśli ktoś chce wydobyć z tych dzieł coś nowego, musi jakoś szukać, eksperymentować. To, co robi Marc Minkowski, może się podobać lub nie, ale nie budzi niczyjego gwałtownego sprzeciwu. Moim zdaniem taką samą ocenę należy przypisać interpretacjom Monteverdiego Christiny Pluhar i Philippe’a Jaroussky’ego: mogą się podobać lub nie (mnie się podobają, co oceniam na podstawie płyt), ale są godne uwagi, bo wydobywają z Monteverdiego coś, czego nikt wcześniej tam nie usłyszał, a co, jak się okazuje, mieści się w tej muzyce. Show, który Jaroussky i reszta towarzystwa robi na koncertach, to jest inna rzecz – mnie się ten show mniej podoba, ale mnie nie gorszy. Cóż to, Monteverdiego wolno słuchać wyłącznie sztywno, jeżeli zgoła nie na kolanach?
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.