Po co doktorat

Zbliża się koniec roku akademickiego, obrony prac magisterskich. Wiele osób zastanawia się co dalej i rozważa przy tym podjęcie studiów doktoranckich, pardon, „studiów trzeciego stopnia”. Pisałem już, że niektórzy decydują się na te studia konstatując, że poziom studiów magisterskich obniżył się tak bardzo, że studia te niewiele im dały, a oni chcą się dowiedzieć czegoś więcej, chcą lepiej poznać swoją dziedzinę. W porządku, rozumiem to, jednak ostatecznym celem studiów doktoranckich jest zrobienie doktoratu. Zastanówmy się więc – po co robić doktorat?

  • Jeżeli ktoś się interesuje daną dyscypliną naukową, chce się zajmować nauką, chce wnieść do niej swój wkład, niech robi doktorat. Należy wszakże pamiętać, że o dobrą pracę po doktoracie w instytucjach akademickich jest obecnie bardzo trudno.
  • Jeżeli ktoś chce się w przyszłości zajmować prowadzeniem specjalistycznych kursów, szkoleń, może okazać się, że bez doktoratu nie ma na to szans. Niech więc taka osoba zastanowi się jeszcze raz i, starannie wszystko rozważywszy, robi doktorat. 
  • Jeśli ktoś marzy o pracy w specjalistycznych laboratoriach, robiących pomiary, analizy na zlecenie podmiotów rynkowych lub instytucji rządowych, także może się okazać, że bez doktoratu ani rusz. To, co do zasady, jest bardzo dobra ścieżka kariery zawodowej dla posiadaczy doktoratów z nauk ścisłych, przyrodniczych, biomedycznych i technicznych. Zatem podobnie jak poprzednio, niech osoby tym zainteresowane robią doktorat, mając wszakże na uwadze, że o taką pracę także jest bardzo trudno.
  • W niektórych, bardzo nielicznych dyscyplinach – dyscyplinami takimi są prawo i medycyna; nie jestem pewien, czy coś jeszcze – doktorat uznawany jest za podniesienie kwalifikacji zawodowych. Ktoś z doktoratem uważany jest za lepszego profesjonalistę niż ktoś bez doktoratu, może więc liczyć na wyższe zarobki, szybsze pokonywanie szczebli kariery, choć, z drugiej strony, brak doktoratu nie stanowi tu formalnej przeszkody. Więc znów, rozważywszy wszystkie za i przeciw, można się zdecydować na robienie doktoratu, nie zaniedbując wszakże formalnych etapów rozwoju zawodowego (specjalizacje, aplikacje, uprawnienia, specjalistyczne kursy branżowe itp). 
  • Jeżeli ktoś myśli o robieniu doktoratu po to, aby zaimponować mężowi, żonie, dziewczynie, chłopakowi, mamie, tacie i sąsiadowi zza płota, niech NIE robi doktoratu.
  • Jeżeli, poza dyscyplinami wymienionymi wyżej, ktoś myśli, że doktorat poprawi jego pozycję zawodową, jest w błędzie, więc niech NIE robi doktoratu. Podobnie, niech NIE robi doktoratu ten, kto chce opóźnić swoje wejście na rynek pracy czy szerzej, w dorosłość. We wszystkich tych przypadkach (chęć zaimponowania innym, błędne przeświadczenie o rynkowej wartości doktoratu, chęć opóźnienia wejścia na rynek pracy) traci się cenne lata, w ciągu których mogło się zdobyć doświadczenie, a w dodatku na osobach z doktoratem ciąży odium akademickości, niepraktyczności, oderwania od życia, co może utrudnić znalezienie pracy poza instytucjami akademickimi. Oczywiście może się zdarzyć, że młody doktor trafi na ofertę pracy idealnie pasującą do profilu jego dysertacji, a wówczas będzie miał przewagę nad konkurentami do tego stanowiska – nie jest to niemożliwe, ale zdarza się raczej rzadko.
  • Jeżeli ktoś chce zaimponować samemu sobie lub po prostu jego głównym celem jest pogłębienie własnej wiedzy, niech robi doktorat, biorąc wszakże pod uwagę wszystkie zastrzeżenia z poprzednich punktów. 

Okoliczności natury „socjalnej” – względne bezpieczeństwo pracy na uczelni, wygoda, ale kiepskie zarobki i, jak słyszę, gdzieniegdzie zła atmosfera – są ważne, ale mniej ważne od generalnych okoliczności wymienionych powyżej. Osoby planujące połączenie studiów doktoranckich z pracą zawodową poza instytucjami akademickimi, muszą ponadto wziąć pod uwagę, że połączenie takie jest możliwe, ale bardzo trudne. Wymaga ponadprzeciętnych zdolności organizacyjnych, a i tak rzetelna praca nad doktoratem na ogół będzie się odbywać kosztem czasu zabieranego rodzinie. Wiele osób tego próbowało, niewielu się to udało.

Ja nie chcę nikogo zniechęcać, jedynie ostrzegam, że podejmowanie studiów doktoranckich z braku lepszego pomysłu na życie lub w błędnym przekonaniu, że doktorat w każdym wypadku poprawia pozycję zawodową zainteresowanego, jest bardzo kiepskim pomysłem. Dodatkowo, podjęcie studiów doktoranckich i niezakończenie ich obroną pracy, oznaczać może czystą stratę kilku lat życia zawodowego.

Poprawione 11.06.11.

Manifest

Powiada się, że Jarosław Kaczyński jest politykiem wyrazistym, mającym sprecyzowane poglądy i wizję polityczną. Jarosław Kaczyński miałby się w ten sposób pozytywnie odróżniać od innych polityków, którzy są miałcy, nieokreśleni, nijacy.

Jeśli się jednak przyjrzeć poglądom Kaczyńskiego bliżej, są one wyraziste i określone tylko na poziomie ogólnym. I cóż tam widzimy? Skrajny etatyzm i centralizm, wolności obywatelskie podporządkowane interesom państwa, przekonanie, że państwo wie lepiej, co służy obywatelom i że ma prawo to im narzucać. Nieufność wobec wszystkich, którzy tej wizji nie podzielają, tylko chcą zrobić cokolwiek na własny rachunek (stąd „układ”). Komuniści wielkim złem, ale renegaci z własnego obozu złem największym (stąd „agenci”). W polityce zagranicznej nieufność wobec wszystkich krajów europejskich – za wyjątkiem Czech, Gruzji i Litwy, a więc krajów mniejszych, które można traktować paternalistycznie – połączona z bardzo niejasną wizją budowania jakiejś wspólnoty regionalnej, oczywiście pod przewodnictwem Polski i z lekceważeniem dla istniejących inicjatyw regionalnych. Nieufność wobec instytucji europejskich, przekonanie, że w są one narzędziami w rękach innych krajów, chcących Polskę oszukać i wykorzystać, a niewykluczone, że wprost wynarodowić. Oczekiwanie, że Polsce się coś „należy” z racji przeszłych zasług i ofiary krwi, jako że nasze narodowe ofiary, dawane świadectwo i tragiczni bohaterowie są naszym największym skarbem, połączone z przeświadczeniem, że świat tych zasług i tej ofiary nie docenia. Ślepe zaufanie do Stanów Zjednoczonych, a ściślej, do Stanów Zjednoczonych rządzonych przez Republikanów. Całkowita obojętność wobec wszystkich innych spraw międzynarodowych i ponadnarodowych.

Jeśli jednak przejść na poziom konkretów, wszystko staje się daleko mniej jasne. Jarosław Kaczyński jest w stanie wykonać dowolną woltę i zaprezentować bezgraniczny cynizm polityczny, jeśli tylko uzna, że posłuży to jego doraźnym interesom. Przykładami na to niech będą sojusz z Lepperem – choć wcześniej Kaczyński mówił o Samoobronie, że założyli ją agenci NKWD – i sojusz z LPR – choć o ZChN, partii, po której LPR odziedziczył oblicze ideowe, elektorat i część działaczy, Kaczyński mówił, że jest „najlepszą drogą do laicyzacji Polski” – a także sposób zrywania i odnawiania tych sojuszy. Kupczenie stanowiskami, na co wskazywała sprawa taśm Beger. Wreszcie sojusz z Rydzykiem, mimo iż ten we wszystkich najważniejszych dla Polski sprawach – akcesja do NATO, akcesja do Unii Europejskiej, udział w misjach zagranicznych, budowa elektrowni jądrowych – konsekwentnie reprezentował interesy post-sowieckie. Jeśli połączyć to z całkowitą niekompetencją Jarosława Kaczyńskiego w sprawach gospodarczych, małostkowością, nadzwyczajną zdolnością do kreowania podziałów, obrażania ludzi i kierowaniem się urażonymi ambicjami, uważam, że powrót Jarosława Kaczyńskiego do władzy byłby niebezpieczny dla Polski.

Najbliższe wybory będą miały charakter plebiscytowy, przy czym przedmiotem plebiscytu będzie sposób rozumienia patriotyzmu. Czy Polska ma być krajem zapatrzonym w przeszłość, celebrującym swoje klęski i ofiary, nieufnym i podejrzliwym wobec świata, oczekując przy tym, iż świat stanie w zadziwieniu przed naszą dumą i moralną wielkością, czy też, niezapominając o przeszłości i o tragicznych ofiarach, ma się rozwijać, budować wzajemne zaufanie z innymi i opierając się na tym, co w naszej kulturze i w naszych talentach jest dobre, przyczyniać się do tego, że świat będzie się stawał bardziej znośny. W tej sytuacji nie ma sensu głosowanie na kandydata innego niż Jarosław Kaczyński lub Bronisław Komorowski. I dlatego, pomimo wszystkich wad Platformy, Donalda Tuska i całego tamtego obozu, które dostrzegam i nad którymi boleję, będę głosował na Bronisława Komorowskiego.

Milcząca kampania

Miałem napisać notkę o tym, że kampania trwa, Jarosław Kaczyński kandyduje, ale milczy nadal. O tym jednak pisali już liczni komentatorzy, w tym Waldemar Kuczyński. Rekapitulując Kuczyńskiego, nieobecność i milczenie Jarosława Kaczyńskiego są oszukańcze i nieuczciwe. Mają bowiem udawać ból po śmierci brata, gdy tymczasem, nie negując samego bólu, są wynikiem strategii. Trzeba podtrzymać atmosferę żałoby, bo to zyskuje Jarosławowi Kaczyńskiemu sympathy vote, a także nie dawać Kaczyńskiemu okazji do kolejnych antagonizujących wypowiedzi, to bowiem demobilizuje umiarkowanie anty-pisowski elektorat.

Jarosław Kaczyński – to są moje już moje obserwacje – już od dłuższego czasu, co najmniej od ostatniej kampanii do europarlamentu, nie zabiegał o nowe głosy, a tylko konsolidował swój stały elektorat. Chyba zdawał sobie sprawę, że wyczerpał swój potencjał pozytywny, że ci, którzy potencjalnie mogli na PiS głosować, już się na to zdecydowali i tylko trzeba ich było utwierdzić w tym zamiarze. Kreowanie ostrych podziałów dobrze temu służy. Teraz żałoba „sama” daje mu nowe głosy, demobilizacja zaś elektoratu anty-kaczyńskiego zwiększa relatywną wagę głosów oddanych na Jarosława Kaczyńskiego.

Mówią natomiast pomniejsi zwolennicy Kaczyńskiego. Ale jak mówią! W zeszłym tygodniu lejtmotywem było to, że wszystkiemu winien jest Klich, gdyż dopuścił, iż wszyscy dowódcy lecieli jednym samolotem. Teraz PiS powiada, że rząd nie radzi sobie ze śledztwem i że trzeba zażądać od Rosjan, aby nam je przekazali. PiS doskonale wie, że to, merytorycznie, są bzdury: śledztwo powadzi niezależna od rządu prokuratura, z mianowanym przez Lecha Kaczyńskiego prokuratorem Seremetem na czele, śledztwa w sprawach katastrof lotniczych trwają wiele miesięcy, Rosjanie zaś, na nasze formalne żądanie oddania śledztwa, co najwyżej by się obrazili. PiSowi nie chodzi jednak o rzeczywistość, a o sprawienie wrażenia, że rząd postępuje co najmniej nieudolnie, a może nawet uwłacza pamięci ofiar. To jest czysta gra wyborcza. Przykro patrzeć, jak ludzie uchodzący dotąd za umiarkowaną frakcję PiSu – Joanna Kluzik-Rostkowska, Paweł Poncyliusz, Paweł Kowal – powtarzają to wszystko bez zmrużenia oka.

Do annałów polskiej publicystyki zapisze się także głos Jadwigi Staniszkis, która przebiła nawet Marcina Wolskiego, Jana Pospieszalskiego i Jarosława Rymkiewicza (poetę, którego za młodu bardzo lubiłem), insynuując, że jacyś przodkowie, lub choćby tylko znajomi redaktorów Gazety Wyborczej, uczestniczyli po stronie NKWD, jako tłumacze i „selekcjonerzy”, w mordzie katyńskim. Tym z 1940.

Wszystko to pasuje do scenariusza „demonicznego Jarosława”, o jakim pisałem poprzednio. Ja jednak cały czas myślę, że istnieje też inna możliwość. Oto Kaczyński naprawdę jest zdruzgotany, naprawdę oderwany od bieżącej działalności politycznej, stał się za to marionetką w rękach swoich poruczników, którzy walcząc o Kaczyńskiego, walczą o swoje własne polityczne przetrwanie. Bez Jarosława Kaczyńskiego są bowiem niczym. Udają, że PiS się cywilizuje, a sam pan prezes jest po prostu balsamem na polskie rany, ale od czasu do czasu pojawia się ich paskudna gęba. Sam Kaczyński się temu dość biernie poddaje, gdyż on też wie, że bez jego obecności PiSowi grozi błyskawiczna dezintegracja.

Czas pokaże jak jest naprawdę. Ale niezależnie od tego, z jakiej strategii wypływa bieżąca taktyka PiSu, może się ona okazać skuteczna i Jarosław Kaczyński zostanie prezydentem Polski. A jeśli nawet przegra, to przegra o włos. A wówczas drżyj, Platformo, w najbliższych wyborach parlamentarnych. A wówczas drżyj, Polsko…

***

Czerwcowo-lipcowe wybory prezydenckie będą mieć charakter plebiscytu: czy jesteś za Jarosławem Kaczyńskim, a więc za wizją Polski nieufnej, zapatrzonej w przeszłość, podejrzliwie patrzącej na wszystkich, za największą – i jedyną – świętość mającą nasze narodowe przegrane i naszych tragicznych bohaterów, czy też chciałbyś Polski niezapominającej o swojej przeszłości i swoich tragicznych bohaterach, ale zarazem patrzącej w przyszłość, starającej się ufać innym i zdobyć ufność innych, stającej się krajem cywilizowanym, nie zaś środkowoeuropejskim.

***

Tomasz Lis natomiast zwraca uwagę na rolę Kościoła w tej kampanii. Kościół, rzeczywiście, i to poczynając od decyzji kardynała Dziwisza, dość jednoznacznie opowiedział się po stronie PiSu i Jarosława Kaczyńskiego. Dziwi mnie to z dwóch powodów.

Po pierwsze, Kościół strzela sobie w stopę. Sojusz ołtarza z tronem, zaangażowanie w bieżącą politykę, szkodzi Kościołowi. Co z tego, że lokalnie coś zyska, jeśli w ten sposób jeszcze bardziej zniechęci do siebie kolejnych ludzi, zwłaszcza młodych. Zaangażowanie polityczne musi przyspieszyć proces laicyzacji Polski, nad czym resztą, jak wiadomo, ubolewam.

Po drugie, aż dziw bierze, że Kościół opowiada się po stronie Kaczyńskiego. On nigdy nie był ani politykiem, ani człowiekiem religijnym, opieranie się na Rydzyku i tamtej mutacji katolicyzmu w Polsce było ze strony Jarosława zabiegiem czysto koniunkturalnym. Ba, Jarosław Kaczyński dość twardo – i bodaj najbardziej skutecznie ze wszystkich polityków po 1989! – opowiadał się przeciwko Kościołowi w sprawach dla Kościoła instytucjonalnego ważnych. Po pierwsze, popierał tropienie agentów i jak to się całkiem głośno mówiło, bracia Kaczyńscy osobiście doprowadzili do tego, że abp. Wielgus nie objął diecezji warszawskiej. Po drugie, gdy należący do PiS ultrakatolicy chcieli zmienić konstytucję tak, aby aborcje były w Polsce bezwzględnie zakazane, Kaczyński się temu sprzeciwił, ryzykując wściekłość hierarchii i Rydzyka. Biskupom wydaje się, że jeśli poprą Kaczyńskiego, będą mogli nim sterować i go wykorzystywać. Wręcz przeciwnie, to Jarosław Kaczyński zawsze wykorzystywał Kościół.

Wstyd, samotność, milczenie

1. Wstyd mi. Wstyd mi, bo nie odczuwam wstydu z powodu tego, co pisałem, mówłem i myślałem o Lechu Kaczyńskim. Media, publicyści – i to nie tylko persony pokroju Marcina Wolskiego czy Zdzisława Krasnodębskiego – i część polityków usiłowały nam wmawiać, żeśmy Lecha Kaczyńskiego skrzywdzili. Jan Rokita pozwolił sobie nawet na stwierdzenie, że

Dla grupy fundamentalnych przeciwników Kaczyńskich te wszystkie kondukty, tłumy, wojska, rogatywki, płacze i świece były irytujące, ale tolerowane ze względu na wyrzuty sumienia. Lecha Kaczyńskiego jego przeciwnicy traktowali nikczemnie, nie ulega to dla mnie żadnej wątpliwości. Od czasów endeckiej nagonki na Narutowicza nie było takiej sytuacji.

Niesłychane. Rokita stawia tu paralelę pomiędzy naszymi dwoma prezydentami, którzy, krytykowani za życia, zmarli śmiercią gwałtowną w takcie sprawowania urzędu. Stąd tylko krok do stwierdzenia – ciekawe, czy Rokita zdaje sobie z tego sprawę – że śmierć Lecha Kaczyńskiego, podobnie jak śmierć Gabriela Narutowicza, była wynikiem zbrodniczego spisku przeciwników.

A minister Zdrojewski na pogrzebie Janusza Kurtyki stwierdził, że zmarłemu prezesowi IPN należy się „wielokrotne przepraszam”.

Otóż nie. Nie mam wyrzutów sumienia. Nie wstyd mi. Nie mam za co przepraszać. O Lechu Kaczyńskim pisałem (głównie na forach, bo w tym blogu tylko raz, i to w tonie, który samego mnie zdziwił), przede wszystkim zaś myślałem to, co myślę nadal: Że w ostatnich latach był nieudanym politykiem, szkodliwym dla Polski, narzędziem w ręku swego brata, że mimo przymiotów osobistych, w życiu publicznym zachowywał się małostkowo, kierując się kompleksami i osobistymi ambicjami. Nie używałem inwektyw, nie pisałem o „kaczorach” i „kartoflach”, czułem zażenowanie słysząc o „irasiadach” i „borubarach”, nie pomawiałem tragicznie zmarłego prezydenta o złe intencje – przeciwnie, sądzę, że głównym motywem jego postępowania był autentyczny patriotyzm, tyle tylko, że takie rozumienie patriotyzmu jest mi obce. Prezydenturę Lecha Kaczyńskiego oceniam zdecydowanie źle. O Januszu Kurtyce nie pisałem bodajże nigdy, ale w myślach podzielałem to, co mówili o nim jego krytycy: że zapewne powodowany jak najlepszymi intencjami, problem zdemaskowania agentów przedstawiał jako najważniejsze wyzwanie stojące przed Polską, że uwierzył, iż esbeckie teczki kryją samą prawdę, że nie zauważał, iż teczki bywały de facto używane do eliminowania przeciwników, nie tylko politycznych. I nie wstydzę się moich myśli i moich ocen, chociaż podobno powinienem.

Tuż po katastrofie pod Smoleńskiem obyczaj nakazywał mówić o Lechu Kaczyńskim dobrze. Media pomijały więc oceny polityczne i gafy tragicznie zmarłego prezydenta, pisały zaś o tym, że Lech Kaczyński był w życiu prywatnym ciepły i ujmujący, że miał wspaniałą żonę, że razem tworzyli bardzo udane małżeństwo, że Lech Kaczyński był wielkim patriotą. Tak, o Lechu Kaczyńskim-człowieku można powiedzieć dużo dobrego, choć o Lechu Kaczyńskim-polityku dużo zlego. Jednak, jak przytaczano przy okazji afery Leppera, Kaczmarka i Krauzego, Lech Kaczyński powtarzał Proszę pamiętać, że mój brat to nie ja.

2. Samotność Jarosława. Jarosława Kaczyńskiego od pewnego czasu uważam za najgroźniejszą postać polskiej polityki. I teraz ta postać musi być potwornie samotna. Jarosław mógł rozmawiać tylko z bratem. Pomniejsi działacze mogli być wykonawcami woli, mogli mieć nawet samodzielne pomysły taktyczne, ale nie byli godni rozmawiać z prezesem o strategii, o celach dalekosieżnych, o rozumieniu polityki. Gdy Ludwikowi Dornowi wydało się, że on jest godzien, szybko został z PiS usunięty. Teraz, gdy Lecha zabrakło, Jarosław nie ma już z kim rozmawiać, może jedynie dyktować swoją wolę. Nie przyjmie bona fide żadnej krytyki, żadnych wezwań do zastanowienia się. Lech był o wiele bardziej zbliżony do realnego życia, niż Jarosław. Mitygował brata. Gdyby Jarosław miał wrócić do przywódczych stanowisk w państwie, jego samotność, alienacja, zapieczenie się w bólu, fiksacja na politycznych urojeniach, mogą być groźne dla nas wszystkich.

3. Milczenie Jarosława. Jarosław Kaczyński od tragicznje śmierci swojego brata właściwie milczy. Owszem, dwukrotnie, zmieniony na twarzy, przemówił na pogrzebach ofiar katastrofy, a na pogrzeb Alaksandra Szczygły przysłał kuriozalny list. List, celnie skomentowany przez Ewę Milewicz, pobrzmiewa najlepszym stylem Jarosława. Coś w nim jednak zgrzyta. Trudno mi uwierzyć, aby Jarosław Kaczyński nie w improwizowanym przemówieniu, ale na piśmie, robił takie błędy, jak „wrócimy do Polski”.

Jarosław Kaczyński strasznie cierpi. Wierzę w to, co mówił Adam Bielan, że w Smoleńsku Jarosław powiedział Moje życie się skończyło, następnego zaś dnia Ja już nie będę miał gorszego dnia w życiu. Śmierć ukochanego brata, śmierć brata-bliźniaka, a więc osoby, która była zawsze, bez której świat jest po prostu niewyobrażalny, to musi być potworność. Potworność tym większa, że nie ma innej bliskiej osoby – żony, dziecka – która mogłaby spróbować ukoić ból. Jest tylko stara matka, chora, której nawet nie można powiedzieć o śmierci brata, bo ta wiadomość by ją zabiła. Jarosław długo, bardzo długo klęczący przed trumną brata w katedrze św. Jana, był bardziej ludzki, niż kiedykolwiek przedtem.

Nie popadajmy jednak w przesadę. Jan Rokita we wspomnianym wywiadzie nazywa Jarosława Kaczyńskiego Hiobem polskiej polityki i pisze, że

Skala nieszczęść prywatnych, które na niego spadły, przekracza ludzkie wyobrażenie

Śmierć najbliższego człowieka to straszna tragedia. Ból po takiej stracie może zmiażdżyć, może utrzymywać się przez całe lata. Ale nie jeden Jarosław Kaczyński tego doświadczył. Cierpienia po stracie najbliższych doświadczały już, doświadczają i, niestety, doświadczać będą miliony osób. Miliardy.

Cóż zatem z milczenia Jarosława wynika? Jeszcze nie wiadomo. Wiele jednak wskazuje na to, że ruchy polityczne wykonują teraz PiSowscy spin-doktorzy i działacze niższego szczebla, w dodatku ci pozostający ostatnio na uboczu (ci, którzy byli blisko braci Kaczyńskich, polecieli z prezydentem). Przypuszczałem, że na pomysł wawelskiego pochówku brata wpadł sam Jarosław, cały czas snujący diaboliczne plany how to conquer the world lub choćby tylko Polskę. Ale nie, Jarosław ten pomysł tylko „zatwierdził” (co nie zwalnia go z moralnej odpowiedzialności), wymyślili zaś pomniejsi działacze PiSu. Ks. Sowa dziś w telewizorze mówił, że jeden z prezydenckich ministrów był na rozmowie u kardynała Dziwisza już w dzień po katastrofie, w niedzielę 11 kwietnia! (Jeśli to prawda, burzy to nieco konstrukcję wywodów Rokity.) Zatem nie tylko Marta Kaczyńska, ale i Jarosław był zdruzgotany. Teraz PiS ma problem z kandydatem na prezydenta. Jedynym możliwym jest Jarosław Kaczyński. Spin-doktorzy to wiedzą, wiedzą też, że bez startu Jarosława w tych wyborach, PiS po prostu przestanie istnieć, jeśli zaś Jarosław wystartuje, to może nawet wygrać. A gdyby nie wygrał, odbuduje pozycję i notowania PiSu. Ale może to zrobić tylko i wyłącznie Jarosław Kaczyński, jedyny godny następca najwybitniejszego prezydenta wolnej Polski. Dlatego działacze na siłę wpychają Jarosława w kampanię prezydencką. Walczą o swoje polityczne przetrwanie. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ale Jarosław milczy.

Możliwe wszakże, że wszystko to jest ukartowane: demoniczny Jarosław cały czas wszystkim steruje, listy, które obywatele ślą do Jarosława, prosząc go o udział w wyborach, mają sprawić wrażenie, że Jarosław, decydując się w ostatniej chwili na udział w kampanii, poświęca się dla Polski. No i jak tu takie poświęcenie odrzucić?

Jeśli więc kiedyś okaże się, że wszystko jest reżyserowane, że Jarosław jest tak demoniczny, jak to podejrzewałem, nie zdziwię się. Jeśli Jarosław, mimo autentycznego cierpienia, da się nakłonić do udziału w wyborach i ruszy do walki być może z jeszcze większym ogniem, jeszcze większą determinacją, niż kiedykolwiek wcześniej, zrobi to, czego wszyscy, łącznie ze mną, się po nim spodziewają. Ale jeśli Jarosław Kaczynski ugnie się pod cierpieniem, nie wystartuje w wyborach, przedłoży własne człowieczeństwo ponad polityczny sukces swoich zwolenników, zaimponuje mi.

Polak mały

Dawno, dawno temu, za komuny, gdy byłem jeszcze w liceum, na pewnej lekcji nie potrafiłem wymienić tytułu aktualnej uchwały Plenum KC PZPR. Nauczyciel nie dość, że mi postawił pałę, co mnie nie zdziwiło ani nie zmartwiło, publicznie, przy całej klasie, zaczął powątpiewać czy „mam prawo nazywać się Polakiem”. Mój przyjaciel Grześ pewnie potwierdzi, gdyż obaj zostaliśmy tak potraktowani.

Wtedy więc po raz pierwszy odmówiono mi polskości. Bardzo mnie to poruszyło i nigdy tego draniowi-nauczycielowi nie zapomniałem. Potem odmawiano mi polskości wielokrotnie, ale, by tak rzecz, anonimowo: albo zbiorowo, jako zwolennikowi pewnej partii politycznej, albo jako uczestnikowi różnych dyskusji politycznych, ale ponieważ robiły to osoby zupełnie mi obce, dla których ja byłem albo nieznaną twarzą, albo nieznanym nickiem, nie przejmowałem się przesadnie. Dzisiaj jednak spotkała mnie prawdziwa przykrość.

Wczoraj władze pewnej organizacji, do której należę głównie dlatego, że organizacja ta swego czasu okazała mi dużą pomoc i głupio mi było ją porzucić, wydała i rozesłała e-mailem swoim członkom następujące oświadczenie:

Z niepokojem obserwujemy protesty związane z decyzją kardynała Dziwisza i wladz państwowych o pochowaniu prezydenta Kaczyńskiego i jego żony na Wawelu. Lech Kaczyński był wybitnym działaczem NSZZ Solidarność, ruchu społecznego, który przeorał historię Polski. Był najwybitniejszym prezydentem wolnej Polski. Zginął tak jak żył – jak strażnik narodowej pamięci, u wrót Katynia. Naszym zdaniem Wawel to właściwe miejsce pochówku Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Prezydentowej Marii Kaczyńskiej.

Odpisałem głównemu autorowi oświadczenia i zarazem szefowi organizacji, z kopią do wszystkich adresatów, tak oto:

[Kierownictwo organizacji] ma prawo do swojego zdania, jednak ja tego zdania nie podzielam. I prywatnie, i jako obywatel, ale nie jako członek [organizacji], uważam, że decyzja o pochowaniu tragicznie zmarłej pary prezydenckiej na Wawelu jest niewłaściwa. Moim zdaniem [organizacja] w ogóle nie powinnna się w tej sprawie wypowiadać.

Kilkanaście minut później zobaczyłem adresata mojego listu na korytarzu. Ten na mój widok zawahał się, podszedł do mnie i powiedział „Rozumiem, że na następną kadencję wybierzecie inne [władze organizacji]”. Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszliśmy, każdy w swoją stronę. Ja wiem, że tamten człowiek, profesor nadzwyczajny, ma poglądy, jakie ma, on też wie, że ja mam inne. Ja nie mam problemu z nim, on ze mną. Ale dziś rano dostałem list, który inny profesor, zwyczajny, rozesłał do wszystkich adresatów pierwotnego oświadczenia:

Oswiadczenie jest znakomite.
O pewnych rzeczach po prostu nie wypada dyskutowac jesli sie jest Polakiem. Mozna sie tylko dziwic tym z Panstwa, ktorzy to robia.

Autor bez wątpienia pił do mnie, więc natychmiast mu odpisałem (kolejne listy były prywatne, bez kopii do pozostałych adresatów)

Panie Profesorze, z całym szacunkiem, nie życzę sobie, aby Pan lub ktokolwiek inny kwestionował moją tożsamość narodową.

Odpowiedź przyszła taka:

Na pewno to co Pan napisal bylo niepotrzebne.
Przykro mi, ale wyciagnal Pan prawidlowy wniosek.

Lekko mnie zmroziło, zapytałem się więc

Chcę mieć pewność, że dobrze Pana rozumiem: Czy Pan explicite odmawia mi prawa do bycia Polakiem?

No i dostałem taki list:

Szanowny Panie Pawle,
Ja podalem tylko ogolna zasade. To co napisalem oznacza tyle:
Polakiem nie wystarczy sie urodzic, trzeba rowniez miec postawe, ktora jest tego godna, ze sie jest Polakiem. Nie jest to latwe. To Pan musi sobie sam na to pytanie odpowiedziec, czy ma Pan taka, nie ja. Natomiast jesli Pan wogole tym pisze, to znaczy, ze ma Pan jednak jakies watpliwoscie w tej sprawie.

Autorem tych słów jest profesor zwyczajny na naszym Wydziale, człowiek o naprawdę dużym dorobku naukowym, który znaczną część swojego życia zawodowego spędził poza Polską, schludny, grzeczny i uprzejmy, człowiek, którego znam od wielu lat, który mnie uczył, którego lubiłem i który mnie też lubił. Facet wiedział do kogo pisze, to nie było skierowane do anonimowej osoby, tylko do mnie osobiście. Czuję się znieważony.

Bodzio mówi, żebym się nie przejmował. Emocje szybują tak wysoko, że ludzie nie wiedzą co mówią.

Niezawodny Jarosław

Kardynał Dziwisz ogłosił, że tragicznie zmarła para prezydencka, Lech i Maria Kaczyńscy, zostaną pochowani w krypcie Piłsudskiego na Wawelu.

Cóż miałoby przemawiać za pochówkiem na Wawelu? Ano, nic. Kaczyński urodził się w Warszawie, mieszkał przez znaczną część życia w Warszawie, podkreślał swoje związki z Warszawą – ojciec powstaniec warszawski, żoliborska inteligencja, IBL, Uniwersytet – był prezydentem Warszawy. Z Krakowem nie łączyło go nic szczególnego. Ba, gdy kilka tygodni temu radni PiS zabiegali o przyznanie Lechowi Kaczyńskiemu honorowego obywatelstwa Krakowa, inicjatywa ta spotkała się ze sporym sprzeciwem (prezydent, wykazując sporą klasę, z zabiegów polecił wówczas zrezygnować). A teraz Wawel? Krypta Piłsudskiego?

Tragicznie zmarłemu prezydentowi należy się szczególny szacunek, bo oprócz żalu po człowieku, okazuje się szacunek jego wyborcom, szacunek dla faktu, iż Lech Kaczyński był ważnym przywódcą politycznym, wreszcie szacunek dla urzędu, a więc, pośrednio, dla nas wszystkich. Należy się więc pogrzeb ze wszystkimi honorami, z ceremoniałem wojskowym, salwami armatnimi, pogrzeb w jakimś zaszczytnym miejscu Warszawy, w Alei Zasłużonych na Powązkach lub w krypcie prezydenckiej w Archikatedrze św. Jana. Ale nie Wawel. Wawel to miejsce symboliczne, nekropolia królów i bohaterów.

Ogłaszając decyzję o pochówku na Wawelu, kardynał powiedział, że

Ta decyzja powinna nas łaczyć. Wszystkich.

Guzik prawda. Ta decyzja dzieli. Nieuchronnie stawiane są pytania o bilans tej prezydentury, o to, czy zmarły prezydent na pochówek na Wawelu zasługuje. Emocje rosną. I cały podniosły nastrój żałoby po prezydencie diabli wzięli.

I dzięki komu to wszystko? Dzięki „rodzinie”, ktora sobie „zażyczyła” (odkąd to jakaś rodzina może „zażyczyć sobie” pochowania krewnego na Wawelu?). „Rodziną” jest Jarosław, bo przecież nie nieszczęsna córka pary prezydenckiej, Marta, która wygląda na osobę całkowicie zdruzgotaną śmiercią rodziców. Jarosławowi chodzi o symboliczne zrównanie Lecha Kaczyńskiego z Sikorskim, Piłsudskim. Uważam to za uzurpację. Oburzającą uzurpację. Brak taktu i wyczucia. Wyraz pychy. Nie ze strony zmarłego Lecha czy jego córki, ale ze strony Jarosława Kaczyńskiego, tej najbardziej złowrogiej postaci polskiej polityki.

Jarosławowi znów się udało. Udało mu się to, co udawało mu się zawsze: Podzielił społeczeństwo i znów coś zburzył, tym razem poczucie wspólnoty, jakie budowało się po tragicznej śmierci prezydenta, jego żony i tylu innych osób. Wiadomo było, że poczucie to nie będzie trwałe – ale żeby było aż tak krótkie? Do tego potrzba było geniusza destrukcji. Na szczęście mamy Jarosława.

drakaina, pytałaś w komentarzu kiedy upływa karencja na nihil nisi bene. Odpowiem ci: Teraz. Dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu.

De mortuis

Proszę mnie dobrze zrozumieć: Nie chcę być cyniczny. Staram się oddzielić żal po Lechu Kaczyńskim jako człowieku, żal, jaki wiele osób odczuwa po stracie Kaczyńskiego jako przywódcy politycznego, żal po stracie wszystkich innych osób, które zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem, wielką stratę dla państwa, jaką jest gwałtowna śmierć urzędującego prezydenta, tym bardziej zaś śmierć nie tylko prezydenta, ale też tylu innych pełniących rozmaite funkcje osób, wzruszenie, jakie wywołują wszystkie okoliczności tej tragedii, podniosły nastrój podkreślany ceremoniałem wojskowym – od mojej oceny prezydentury Kaczyńskiego, jak wiadomo, negatywnej.

Wiem, że mimo powyższych zastrzeżeń, to, co napiszę, zabrzmi cynicznie. Otóż myślę, że nagła śmierć w tym momencie prezydentury to była najlepsza rzecz, jaka mogła się Lechowi Kaczyńskiemu przydarzyć. Los oszczędził mu upokorzenia i goryczy porażki w wyborach. Zapamiętany zostanie nie jako bardzo niedobry prezydent, ale jako prezydent, który zginął tragicznie. Śmierć Lecha Kaczyńskiego na chwilę pozwoliła ludziom poczuć się razem, chwilowo porzucić wszystkie codzienne, gorszące spory – czasami o rzeczy drugorzędne, niekiedy o bardzo ważne, ale nieodmiennie prowadzone w fatalnym stylu. Śmierć Kaczyńskiego chwilowo zjednoczyła naród. To paradoks: to, czego nigdy nie osiągnął za życia, czego nigdy nawet nie próbował osiągnąć za życia, osiągnął dzięki swojej śmierci.

Do dobrego wspomnienia, jakie pozostanie po Lechu Kaczyńskim, przyczynia się i to, że teraz nikt nie wspomina złych pociągnięć politycznych i wad charakteru zmarłego prezydenta. Nie uchodzi. Za to na wszystkich zdjęciach, we wspomnieniach, pokazywany jest wraz ze swoją żoną, Marią. A pani Maria Kaczyńska cieszyła się autentyczną sympatią jako osoba ciepła, ludzka, nie pozostająca w cieniu męża (ani jego brata). We wspomnieniach różnych osób publicznych powtarza się też, że Lech Kaczyński był prywatnie osobą ujmującą i sympatyczną. To samo mówił nam już kilka lat temu nasz dobry znajomy, ambasador. 

Śmierć uwzniośla.

Smoleńsk

Nie taki wpis sobie na dziś zaplanowałem. Dziś rano w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginął prezydent Lech Kaczyński. Cześć jego pamięci! 

Samolot rozbił się podchodząc we mgle do lądowania. Zginęła cała polska delegacja, lecąca na uroczystości do Katynia – według obecnych informacji, ponad 130 osób. Potworność. Nie ma jeszcze oficjalnego potwierdzenia, ale władze rosyjskie mówią, że nikt nie przeżył. 

Byłem politycznym przeciwnikiem Kaczyńskiego, ale nie życzyłem mu takiego końca. Nie chciałem, żeby jego rządy zakończyły się tragicznie. Spory polityczne chwilowo ustają, trzeba się modlić.

Wraz z prezydentem zginęło bardzo wiele osób z jego otoczenia politycznego – Gęsicka, Putra, Skrzypek, Wasserman, Gosiewski, Kurtyka, Szczygło, Stasiak. Można powiedzieć, że to środowisko polityczne uległo niemalże anihilacji. Skóra mi cierpnie na myśl o teoriach spiskowych, które wystrzelą aż pod niebo. Zginęło też mnóstwo ludzi ważnych i mniej ważnych – wszyscy ludzie są ważni, chodzi mi o osoby ważne w polityce – Jerzy Szmajdziński, gen. Gągor i inni wyżsi dowódcy wojskowi, Andrzej Przewoźnik, ostatni prezydent na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, biskupi, posłowie. Nieprawdopodobne.

Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie…

P.s. Ciąg dalszy moich uwag tutaj.

Misteria Paschalia, 5 kwietnia

Jednak wybraliśmy się. Elżbieta miała przepustkę prasową od kuzyna, który dziś nie mógł przyjść, ja kupiłem wejściówkę, co oznacza polowanie na wolne miejsce; upolowałem bardzo dobre.

Uroczyście odwołuję wszystko, co złego napisałem o Vivice Genaux i Pyrotechnics – że techniczne, nieludzko doskonałe, męczące w słuchaniu. W wykonaniu na żywo te arie, które Vivica śpiewała, brzmiały wybornie. Drobne (bardzo drobne!) techniczne niedociągnięcia, które w występie na żywo zdarzyć się muszą, przydawały ariom życia. Przy Alma opressa, arii wykonanej dzisiaj lepiej niż na płycie, dosłownie się popłakałem. Vivica Genaux znana jest z tego, że ciągle pracuje nad swoją techniką, czego sami byliśmy świadkami słysząc w jej wykonaniu na żywo arie z Bajazeta (z Biondim i Europa Galante) i porównując je z nagraniem płytowym. Inne śpiewane dzisiaj arie, ze słynną Agitata da due venti, też brzmiały wspaniale. Vivica Genaux ma niezwykłą technikę śpiewu, z bardzo szybkimi, jakby owadzimi ruchami twarzy. Bardzo dobre były też utwory instrumentalne grane przez Europa Galante, zwłaszcza świetnie wykonany Koncert a-moll Vivaldiego (jak wszystko inne dzisiejszego wieczoru). Ale te bisy!

Jako pierwszy bis Biondi zagrał, Vivica zaśpiewała nieznaną mi arię z Adelajdy. To chyba jest materiał na nową płytę, nad którą państwo pewnie wciąż pracują, bo Vivica tę jedną rzecz śpiewała z nut. A very sweet aria, jak powiedział Fabio Biondi zapowiadając ten bis. Rzeczywiście, słodka. Być może Biondi pracuje nad odtworzeniem Adelajdy, która zachowała się tylko we fragmentach, tak jak wcześniej odtworzał choćby Bajazeta?

Drugim bisem była niezwykła aria Qual guerriero. To chyba jest najtrudniejsza aria Vivaldiego, a właściwie nie Vivaldiego, bo choć Vivica śpiewa wersję z Bajazeta, pierwotną wersję napisał Riccardo Broschi, Vivaldi zaś, lekko przerobiwszy, włączył ją do swego pasticcio. Takie były wówczas obyczaje. Aria jest bardzo, bardzo trudna i bardzo, bardzo piękna – sądzę, że na świecie są może trzy osoby, które są w stanie ją zaśpiewać: Vivica Genaux, Cecilia Bartoli, która na Sacrificium (na drugiej, bonusowej płycie) śpiewa oryginalną wersję Broschiego, i może ta trzecia nikomu jeszcze nieznana śpiewaczka, która gdzieś się tej arii właśnie uczy, ma zaś warunki głosowe pozwalające na jej zaśpiewanie.  Mam płytę Viviki Genaux z 2002 Arias for Farinelli z Akademie fur Alte Musik, gdzie ta aria jest i jest ładna, ale nic ponad to. Mam Bajazeta, gdzie Qual guerriero jest w dwu wersjach: roboczej na dołączonym do płyty DVD i skończonej na samej płycie. Świetne wykonanie! W pamięci mam wykonanie Bajazeta na żywo w 2008, kiedy Vivica zaśpiewała lepiej, niż na płycie.  A dzisiejsze wykonanie było jeszcze lepsze, fantastyczne, powalające na kolana. Vivica użyła w tym wykonaniu Qual guerriero wszystkiego, czego się nauczyła opracowując Pyrotechnics. Cały czas słyszę tę arię, cały czas nie mogę się pozbierać. Zachwycający koncert.

***

Nie byliśmy na sobotnim koncercie Jaroussky’ego, ale wszyscy znajomi, którzy byli, bardzo go chwalą. Ciekawe, że Dorota Szwarcman na swoim blogu bardzo ostro Jaroussky’ego i Pluhar krytykuje. Nie jest też zachwycona Minkowskim i jego wykonaniem Pasji według św. Jana, ale odnosi się do niego z szacunkiem. Minkowski gra tak, jak przypuszcza, że zaplanował to sam Bach. Pluhar i Jaroussky wręcz przeciwnie, bardzo daleko odchodzą od domniemanych brzmień samego Monteverdiego, który zdumiałby się niepomiernie słysząc ten walking bass. A jednak jest coś, co Minkowskiego z Pluhar łączy: oboje odchodzą od, nazwijmy to, mainstreamowego wykonywania klasyków, tyle, że odchodzą w przeciwne strony. Wykonania „kanoniczne” już się osłuchały i jeśli ktoś chce wydobyć z tych dzieł coś nowego, musi jakoś szukać, eksperymentować. To, co robi Marc Minkowski, może się podobać lub nie, ale nie budzi niczyjego gwałtownego sprzeciwu. Moim zdaniem taką samą ocenę należy przypisać interpretacjom Monteverdiego Christiny Pluhar i Philippe’a Jaroussky’ego: mogą się podobać lub nie (mnie się podobają, co oceniam na podstawie płyt), ale są godne uwagi, bo wydobywają z Monteverdiego coś, czego nikt wcześniej tam nie usłyszał, a co, jak się okazuje, mieści się w tej muzyce. Show, który Jaroussky i reszta towarzystwa robi na koncertach, to jest inna rzecz – mnie się ten show mniej podoba, ale mnie nie gorszy. Cóż to, Monteverdiego wolno słuchać wyłącznie sztywno, jeżeli zgoła nie na kolanach?

Własność

W Polityce nr 13 jest artykuł Andrzeja Lubowskiego Czy rekiny biznesu mają sumienie?, a w nim pewna ważna obserwacja, której – choć mnie się wydawała oczywista – nie widziałem w żadnej dotychczasowej analizie pryzczyn ostatniego (obecnego?) kryzysu finansowaego. Otóż Lubowski, powołując się na Johna C. Bogle’a, pisze, iż

głęboki kryzys na rynku finansowym wynika […] ze zmian w charakterze instytucji rynku kapitałowego. Pół wieku temu, powiada Bogle, właścicielami akcji byli głównie indywidualni inwestorzy – Amerykanie byli społeczeństwem właścicieli. Stopniowo system ewoluował w kierunku społeczeństwa pośredników. Klasa menedżerska przejęła kontrolę nad gigantycznymi przedsiębiorstwami, w których ma nikłe udziały własne. Podobnie to pośrednicy finansowi kontrolują dziś udziały akcyjne. […] Dziś tylko 25 procent akcji jest kontrolowanych bezpośrednio przez osoby fizyczne, zaś 75 procent przez fundusze emerytalne i mutual funds.

No właśnie! Gdy w Czarny Czwartek 1929 roku pękła bańka spekulacyjna, bankierzy i maklerzy wyskakiwali z okien, bo, raz, tracili też wszystkie swoje pieniądze, dwa, bali się spojrzeć w twarz ludziom, którzy im zaufali i których oni zawiedli.  Dzisiaj menedżerowie upadłych firm nigdzie nie skaczą, przeciwnie, lądują na „złotych spadochronach”, po pomoc rządową latają prywatnymi odrzutowcami, a jeśli dyrektor uratowanego przez państwo banku, który musiał zwolnić tysiące szeregowych pracowników, odmówi przyjęcia wielomilionowej premii, poczytuje mu się to nieomal za akt heoroicznej ascezy. Zachowanie szefostwa Enronu, którzy wiedząc, że firma bankrutuje, sprzedawali posiadane przez siebie akcje po wysokim kursie, a jednocześnie, żeby podtrzymać kurs, zachęcali własnych pracowników do inwestowania w te akcje, było już tak skrajne, że zostało uznane za przestępstwo.

Klasyczna doktryna o tym, iż własność prywatna jest lepsza niż państwowa, bo właściciel, ryzykując utratę majątku, a zarazem będąc bliżej swojego biznesu, będzie lepiej nim rozporządzał niż urzędnicy dysponujący własnością „niczyją”, muszący za to wypełniać różne polityczne serwituty, nie ma zastosowania do wielkich spółek akcyjnych. Tam własność bardzo często jest rozproszona. Część akcji należy do funduszu inwestycyjnego, w który zainwestował fundusz emerytalny, w którym oszczędności gromadzą zwykli ludzie. Inna częśc akcji nalezy do innego funduszu, który etc. Pozostałe akcje są równie rozproszone. Własność może się krzyżować (spółka A, sama lub poprzez pośrednika, inwestuje w B, która jednocześnie, sama lub poprzez innego pośrednika, zainwestowała w A) i zapętlać (A jest właścicielem części akcji B, który zainwestował w C, który zainwestował w A). Gdyby chcieć wskazać „właściciela” jakiejś wielkiej, ponadnarodowej korporacji, trzebaby wskazać wielonarodowy tłum. Firmami zarządzają więc menedżerowie, którzy – słusznie bądź nie; zachodzi domniemanie, że niesłusznie, ale co z tego? – każą sobie za to bardzo słono płacić.

W PRLu mieliśmy ideologicznie gorszą własność prywatną i ideologicznie lepszą „własność uspołecznioną”. Do tej ostatnie zaliczały się własność państwowa i różne „spółdzielnie” – mieszkaniowe, rolnicze, produkcyjne. Tam też własność była rozproszona, pojedynczy udziałowiec nie mógł wiele zdziałać (w wypadku spółdzielni mieszkaniowych, które, o zgrozo, przetrwały upadek PRLu, nie może do dziś), o wszystkim decydowało jakieś kierownictwo, które niczym jednak nie ryzykowało. Wypisz, wymaluj jak sytuacja w wielkich spółkach akcyjnych dnia dzisiejszego, z zachowaniem stosownych proporcji, rzecz jasna. Proponuję zatem, aby przestać traktować wielkie firmy giełdowe jako własność prywatną – zgoda, nie są państwowe, ale należy je uznać za własność patologicznie uspołecznioną.