Ciąg przyczyn

Jestem wielkim miłośnikiem nadawanych na kanałach edukacyjnych programów typu Katastrofa w przestworzach i stąd wiem, że katastrofy lotnicze mają zazwyczaj więcej niż jedną przyczynę. Musi zajść szereg okoliczności aby doszło do tragedii. Nie inaczej musiało być w przypadku katastrofy pod Smoleńskiem. Przeczytałem transkrypt rozmów w kabinie pilotów, czytam opinie w sieci, wysłuchałem szeregu ekspertów w telewizorze i na tej podstawie zaczynam sobie wyrabiać opinię o tym jak doszło do katastrofy. Oczywiście jest to opinia laika, tym bardziej, że ujawniony transkrypt jest niechlujny (w kilku miejscach ewidentnie pomylona jest sekwencja czasowa), eksperci zaś zgadzają się, iż sam transkrypt mówi niewiele – choć i tak mówi zadziwiająco dużo – i że trzebaby go zestawić z zapisem drugiej czarnej skrzynki, rejestrującej parametry lotu i stan urządzeń pokładowych. Przyczyny można podzielić na cztery grupy:

  1. Dlaczego podjęto decyzję o lądowaniu
  2. Czy dochowano procedur
  3. Dlaczego zignorowano ostrzeżenia TAWS
  4. Jaka była bezpośrednia przyczyna katastrofy

Dlaczego podjęto decyzję o lądowaniu? Piloci zdawali sobie sprawę z fatalnych warunków na lotnisku i głośno wyrażali swoje wątpliwości co do tego, czy dadzą radę wylądować, a jednak nie zdecydowali się na odejście na zapasowe lotnisko. Dla mnie jest zupełnie jasne, że choć nie usłyszeli wprost rozkazu „macie wylądować”, byli poddani wielkiej presji psychicznej. Czekali na decyzję prezydenta (sic!), który przez dyrektora Kazanę był poinformowany o fatalnej pogodzie w Smoleńsku, być może też na decyzję gen. Błasika, który, jak przypuszczam, dowodził załogą formalnie, nie tylko na zasadzie ogólnego zwierzchnictwa, a gdy nikt nie zdecydował za nich, sami nie odważyli się na odejście na inne lotnisko. Nawet tego głośno nie rozważali, zachowywali się biernie, jakby sparaliżowani strachem przed zwierzchnikami. Zastanawiali się, czy wkurzy się, jeśli jeszcze… Pamiętali, co się stało w czasie wyprawy gruzińskiej. Jak wynika z opinii przytaczanych przez anuszkę, naciski na pilotow specpułku były raczej normą niż wyjątkiem. Dla nich brak decyzji oznaczał decyzję: macie wylądować, mimo iż wprost im tego nikt nie nakazał. I w dodatku nie chcieli „skompromitować się” przed zwierzchnikami.

Czy dochowano procedur? Z całą pewnością nie. Załoga dobrze widziała, jakie są warunki w Smoleńsku, że zgodnie z zasadami samolot w takich warunkach nie może lądować, a jednak zdecydowała się „spróbować”. Pewne fragmenty transkryptu (10:19:52-53) zdają się sugerować, że pilotom tego typu złamanie procedur przydarzało się nie po raz pierwszy. Ba, załoga Jaka, informując o fatalnej pogodzie, jednocześnie zachęca (sic!) załogę Tupolewa do podjęcia próby lądowania, a więc złamania procedur i nie budziło to najmniejszego zdziwienia u żadnej z załóg. Takie tam widać panowały obyczaje – furda procedury, jakoś to będzie, uda się i tym razem, skoro dotąd się udawało. To jest skandal, najwyraźniej tolerowany przez dowódców, wygodny dla przewożonych VIPów i wynikający z błędów w szkoleniu. Procedury są po to, aby piloci wiedzieli jak się zachować w typowych sytuacjach, a sytuacja, w której na jakimś lotnisku nie można lądować z powodu złej pogody, jednak jest typowa. Trzeba wszakże pamiętać, że w lotnictwie wojskowym pilotom wpaja się się zupełnie inne zasady, niż w lotnictwie cywilnym. Cywilni piloci mają przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo pasażerów, wojskowi – o wykonanie zadania, nawet jeśli zadanie to nie ma charakteru bojowego.

Dlaczego zignorowano ostrzeżenia TAWS? To, po usłyszanych w telewizorze wyjaśnieniach, wydaje mi się całkiem jasne. Lotnisko w Smoleńsku było lotniskiem wojskowym, tylko okazjonalnie udostępnianym dla lotów cywilnych, wobec czego jego danych nie było w bazie, z której korzysta TAWS. TAWS „nie wiedział”, że tam jest lotnisko, wydawał więc ostrzeżenia tak, jakby piloci zbliżali się do kawałka pola gdzieś w środku kontynentu. Piloci wiedzieli, że TAWS „będzie krzyczeć”, więc go zignorowali. Niestety, było to jak w znanej bajce o pastuszku i wilku…

Moim zdaniem dopuszczenie do sytuacji, w której TAWS miał z założenia zgłupieć, było kolejnym błędem proceduralnym, kolejnym zastosowaniem zasady „jakoś to będzie”.

Bezpośrednia przyczyna katastrofy i ostatnia faza lotu. Ostatnią fazę lotu spróbował odtworzyć pewien rosyjski miłośnik aeronautyki. Zestawił on podawane przez nawigatora dane o wyskości lotu, skorelowane z czasem oraz z zarejestrowanymi komunikatami. Na tej podstawie wykreslił trajektorię samolotu i nałożył ją na profil terenu na podejściu do lotniska.

Trajektoria lotu wg Siergieja Amielina

W Polsce ten wykres został zamieszczony najpierw na forum lotnictwo.net.pl, potem trafił do TVN24, aż wreszcie do Gazety Wyborczej. Wynika z niego kilka rzeczy.

Po pierwsze, wyjaśnia się tajemniczy „lot poziomy”. O 10:40:42 nawigator zgłasza wysokość 100m. Nawigator ponownie zgłasza wysokość 100m o 10:40:49. Nie oznacza to, iż samolot leciał przez te kilka sekund poziomo, ale równolegle do obniżającego się zbocza jaru. Jest to zarazem dobitny dowód na to, że nawigator korzystał ze wskazań radiowysokościomierza, mierzącego fizyczną odległość od powierzchni ziemi, podczas gdy w tamtych warunkach powinien był korzystać z wysokościomierza ciśnieniowego, mierzącego odległość od ustalonego poziomu lotniska. Niedoświadczony nawigator pomylił się, ale zmylił tym samym pilotów i to stało się bezpośrednią przyczyną katastrofy.

Po drugie, samolot opadał zdecydowanie za szybko.

Po trzecie, samolot nie znajdował się na ścieżce, mimo iż wieża twierdziła coś innego, co także zmyliło pilota.

Po czwarte, gdy drugi pilot o godzinie 10:40:50, na wysokości 80m od poziomu gruntu (pechowo nad samym dnem jaru!), wydał komendę „Odchodzimy”, załoga – najprawdopodobniej pierwszy pilot – usiłowała tę komendę wykonać! Świadczy o tym wyraźna zmiana krzywizny trajektorii, natomiast błędem było to, iż żaden z pilotów ustnie nie potwierdził wykonania komendy. No i prawie im się udało – niestety, na skutek bezwładności samolotu, zbyt dużej prędkości opadania, zbyt bliskiej odległości od ziemi, nie zdążyli. Zabrakło im dosłownie kilku metrów.

Czego wciąż nie wiadomo? Wielu rzeczy. Dlaczego samolot schodził zbyt szybko (niektórzy spekulują, że pilot chciał „zanurkować pod chmurę” żeby zobaczyć ziemię, a potem dolecieć do pasa płasko, na niskiej wysokości), dlaczego lotniska formalnie nie zamknięto i, przede wszystkim, dlaczego wieża błędnie podawała, że samolot utrzymywał się na właściwej ścieżce podejścia. Zapewne też wielu innych rzeczy, o które ja nawet nie umiem zapytać, a które wyjaśnią się, gdy poznamy zapisy z drugiej czarnej skrzynki.

Co zaś się tyczy wieży, to czy lotnisko w Smoleńsku, z takim wyposażeniem, jakie miało, mogło samo określić wysokość samolotu, czy też musiało polegać na tym, co podawał sam samolot? A jeśli korzystali z komunikatów samolotu, to czy polegali na tym, co mówiła załoga, czy też na automatycznych komunikatach z transpondera? Jeśli z transpondera, to z czego korzysta transponder? Z systemu TAWS? Jeśli tak, to kółko się – i tak – zamyka, gdyż TAWS korzysta z radiowysokościomierza.

Widać, iż decyzja o lądowaniu w takich warunkach, z pogwałceniem wszystkich procedur, była samobójcza. Było niezwykle prawdopodobne, że coś złego się stanie, mimo iż dotąd tyle razy jakoś się udawało. Tym razem się nie udało.

Gdzie był generał?

Od wczorajszego popołudnia mnóstwo ludzi analizuje ujawniony transkrypt z rejestratora rozmów w kabinie prezydenckiego Tupolewa. Najbardziej interesujące wydaje się wyjaśnienie czy były naciski na załogę i jakie były bezpośrednie przyczyny katastrofy (o tym piszę tutaj). Mnie tymczasem zainteresowało co innego: rola generała Błasika.

Już z wcześniejszych wypowiedzi Edmunda Klicha wynikało, a transkrypt to potwierdza, że gen. Błasik był w ostatnich chwilach w kabinie pilotów. Komentatorzy zwracają uwagę, że sama obecność przełożonego musiała wpływać stresująco na pilotów. Gen. Błasik nie był głupi i musiał sobie z tego zdawać sprawę. Jedni więc mówią, że chciał na pilotów wywrzeć nacisk, inni, że właśnie chciał ich wesprzeć, pomóc. Przyjrzyjmy się początkowemu fragmentowi transkryptu, na który bodaj nikt jeszcze nie zwrócił uwagi. Jest to rozmowa pomiędzy nawigatorem a drugim pilotem, zarejestrowana pomiędzy 10:03:12 a 10:03:35 czasu moskiewskiego:

Za wielką wodę […] Dowódca mówił […] za wielką wodę […] za wielką wodę na czterogwiazdkowego generała. I teraz tak zapierdala bo musi jeszcze nalatać 40 godzin. Nie, a jak nie może, to wiesz, wtedy zapierdala do Poznania.

Załoga mówi o kimś, kto może liczyć na awans na czterogwiazdkowego generała. Musi to być generał trójgwiazdkowy, który ponadto musi jeszcze ileś godzin „nalatać”, a więc trójgwiazdkowy generał lotnictwa. Dla załogi na pewno interesujące były plany ich przełożonego, tym bardziej, że ten przebywał na pokładzie i to, jak przypuszczam, w dość specyficznym charakterze. Ten właśnie charakter był przedmiotem rozmowy załogi.

Cóż więc usłyszeliśmy? Że gen. Andrzej Błasik liczył na awans do najwyższych struktur dowódczych NATO lub raczej na jakieś szkolenie w Stanach („za wielką wodą”) – zapewne na Narodowym Uniwersytecie Obrony Stanów Zjednoczonych (szkolenie takie ukończył gen. Franciszek Gągor) – po którym mógłby otrzymać czwartą gwiazdkę i awans na stanowisko Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego po generale Gągorze, gdy ten odejdzie ze służby lub awansuje na szefa Komitetu Wojskowego NATO. Gen. Błasik był protegowanym prezydenta, od którego zależały te nominacje, jego marzenia o awansach były więc realistyczne. Był jednak pewien kłopot: gen. Błasik nie spełniał wymogu formalnego, najwyraźniej stawianego generałom sił powietrznych – brakowało mu 40 godzin „nalotu”. Cóż więc gen. Błasik robił? Zapierdalał. Czyli…?

Połączmy to teraz z fragmentem wypowiedzi na forum lotnictwo.net.pl, który także, jak się wydaje, umknął powszechnej uwadze (nawiasem mówiąc, jestem dozgonnie wdzięczny anuszce za to, że wskazała to forum na swoim blogu):

Teraz nieznany Wam fakt: meldunek przed lotem Prezydentowi złożył nie Dowódca Załogi a Gen Błasik. Atmosfera przed lotem była grzecznie mówiąc zła.

Gen. Błasik składał meldunek, jak dowódca załogi? A może był dowódcą załogi?! Błasik chciał wykorzystać wyprawę do Katynia aby „nabić” sobie 3-4 godziny do brakującego limitu, więc formalnie, na papierze, to on dowodził, nie zaś kpt. Protasiuk? Protasiuk tylko pilotował… To byłoby oszustwo, ale niegroźne w normalnych warunkach pogodowych, załoga zaś tłumaczyła sobie dlaczego generał „tak zapierdalał”, a atmosfera przed lotem była zła. Przy polskim stosunku do procedur i wobec doniesień o podobnych oszustwach w Afganistanie (sprawa „wyjazdów na patrole” niektórych sztabowców) wydaje mi się to bardzo prawdopodobne. Przy tym to tłumaczyłoby dziwnie niską asertywność kpt. Protasiuka, który, choć głośno powątpiewał w możliwość wylądowania w Smoleńsku, nie podjął decyzji o rezygnacji z lądowania. Nie on dowodził, on tylko leciał, decyzję o odejściu na lotnisko zapasowe władny był podjąć formalny dowódca załogi. Wiem, że są to spekulacje i jeśli się mylę, bardzo wszystkich przepraszam. Nie chodzi mi o uwłaczanie czyjejkolwiek pamięci, a o dwie rzeczy: o zrozumienie przebiegu i przyczyn katastrofy i o to, jak w Wojsku Polskim przestrzegane są formalne procedury.

Jeżeli gen. Błasik formalnie dowodził i chciał lotem do Smoleńska dokumentować powiększenie „nalotu”, powinien być jakiś ślad w papierach – albo i nie, bo może generał zdecydował się w ostatniej chwili, papiery zaś miano uzupełnić później. Jeżeli jednak gen. Błasik był formalnym dowódcą załogi, to w ostatnich minutach lotu, w czasie skrajnie trudnego podejścia do lądowania, był na swoim miejscu: w kabinie pilotów.

Innowacyjność

Zacząć muszę od dłuższego cytatu z felietonu Witolda Gadomskiego, który nie po raz pierwszy zabiera się za krytykę polskiej nauki. Tym razem nawiązuje on do spotkania Bronisława Komorowskiego na Uniwersytecie Wroclawskim. Marszałek Sejmu mówił tam, że

problemem Polski jest niska innowacyjność gospodarki i marny poziom szkół wyższych.

To dobrze, że marszałek to zauważa, pytanie tylko, jak opisanemu stnowi rzeczy zaradzić. Nad tym samym zastanawia się Gadomski. Zaczyna od dość typowej „diagnozy” stanu szkolnictwa wyższego:

Znajomy pracujący w szkole wyższej twierdzi, że z polskimi uczelniami nie da się nic zrobić, gdyż rządzą się one według praw feudalnych, a w dodatku są one autonomiczne, więc nie ma mowy o interwencji z zewnątrz. Awans młodych i zdobywanie przez nich tytułów [raczej stopni] naukowych zależą od „mistrzów”, którzy, jak większość ludzi, nie lubią konkurencji. Publikują wyłącznie w Polsce, wzajemnie recenzują swoje prace i wyznaczają ścieżki awansu młodszym, pilnując, by nie szli za szybko. […] Polskie uczelnie można byłoby rozruszać, gdyby powstał mechanizm konkurencji, ale na razie go nie ma. Chyba że mamy na myśli konkurowanie o studentów, których najsłabsze uczelnie przyciągają niską ceną i niskimi wymaganiami.

Do kanonu wyrzutów czynionych polskim uczelniom brakuje tylko narzekania na wieloetatowość. Gadomski dodaje:

Wydatki na badania i rozwój w polskich firmach są bardzo niskie, uczelnie nie czują presji ze strony przemysłu, więc najchętniej oddają się „czystej nauce” – teoriom mającym niewielkie aspekty praktyczne.

Słyszę w tym starą, dobrą niechęć do nauki: Nauka i szkolnictwo wyższe powinny być „praktyczne”, bo tylko wtedy zapewnią „innowacyjność”. Guzik prawda. Innowacyjność pojawi się jako pochodna dwu czynników: nakładów na badania i zapotrzebowania na badania ze strony gospodarki. Potrzebne są oba te czynniki, a jednak Gadomski, a wraz z nim grupa wpływowych polityków i publicystów, oczekuje, że nauka w cudowny sposób „zapewni innowacyjność” ot tak, sama z siebie, bez pieniędzy i bez zapotrzebowania ze strony gospodarki. Wiadomo także, iż w dłuższej perspektywie nie może być żadnej innowacyjności bez wyprzedzającego ją rozwoju badań podstawowych.

Powiedzmy przy tym jasno i wyraźnie, że ową innowacyjność mogą zapewnić nauki ścisłe, inżynierskie i przyrodnicze, tymczasem patologie, o których wspomina rozmówca Gadomskiego, toczą głównie wydziały społeczne, pedagogiczne i „humanistyczne” (cudzysłów świadomie, gdyż prawdziwym humanistom nie mam nic do zarzucenia), gdzie zresztą studiuje większość polskiej młodzieży. Nie twierdzę, że wydziały ścisłe, przyrodnicze i inżynierskie są od patologii wolne, ale występują tam one w znacznie mniejszym stopniu. Powiedzmy również, że to głównie dzięki naukom ścisłym i przyrodniczym polska nauka zachowuje jeszcze jaki-taki kontakt z nauką światową (zobacz na przykład to zestawienie), a uniwersytety Warszawski i Jagielloński w ogóle mieszczą się w rankingu szanghajskim. Złości mnie bardzo, gdy jednym tchem wypomina się patologie typowe dla „humanistyki” (feudalizm, wieloetatowość, blokowanie karier, brak kontaktu z nauką światową) i oskarża matematyków i fizyków o zajmowanie się teoriami mającymi niewielkie aspekty praktyczne.

Państwo powinno wspierać badania i kształcenie na kierunkach ściśłych, przyrodniczych i technicznych, nie zaś traktować wszystkie równo, z preferencją dla tych wydziałów, które po prostu mają więcej studentów (dzieje się to nie tylko na poziomie państwa, ale także na poziomie uczelni). Jakąś próbą wspierania kierunków perspektywicznie ważnych dla rozwoju gospodarki jest program kierunków zamawianych. Choć sam jestem w ten program zaangażowany, wydaje mi się, że nie spełni on pokładanych w nim nadziei. Owszem, przyjęliśmy na nasz wydział wyraźnie więcej studentów, niż w latach ubiegłych, byli to jednak studenci słabsi. Rok akademicki jeszcze się nie skończył, ale wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że odsiew będzie w tym roku większy, niż w latach ubiegłych. Na rok drugi trafi niewiele więcej studentów, niż poprzenio.

Ratunkiem może być tylko odbudowa poziomu nauczania matematyki i przedmiotów ścisłych w gimnazjach i szkołach średnich, przy czym samo zwiększenie liczby godzin i zakresu materiału nie wystarczy; przeciwnie, chętnie zgodziłbym się nawet na dalszą redukcję materiału, byleby tylko uczniowie – jak to pisałem rok temu –

zrozumieli podstawy fizyki, biologii, chemii oraz nauczyli się myśleć matematycznie.

Jest to jednak zadanie na wiele lat. Nie przyniesie szybkiego sukcesu medialnego, któż więc się nim zajmie?

***

Tymczasem pewien członek Rady Nauki, zdegradowanej do roli organu doradczego ministra, spodziewa się, że, wbrew zapowiedziom, będzie mniej pieniędzy dla nauki. Niezależnie od tych ukrytych cięć, sądzę, że obecna katastrofalna powódź zmusi rząd do nowelizacji budżetu, czemu nie należy się dziwić. Pieniądze na badania naukowe obciąć będzie stosunkowo łatwo i – lokalnie – bezboleśnie…

Po co doktorat

Zbliża się koniec roku akademickiego, obrony prac magisterskich. Wiele osób zastanawia się co dalej i rozważa przy tym podjęcie studiów doktoranckich, pardon, „studiów trzeciego stopnia”. Pisałem już, że niektórzy decydują się na te studia konstatując, że poziom studiów magisterskich obniżył się tak bardzo, że studia te niewiele im dały, a oni chcą się dowiedzieć czegoś więcej, chcą lepiej poznać swoją dziedzinę. W porządku, rozumiem to, jednak ostatecznym celem studiów doktoranckich jest zrobienie doktoratu. Zastanówmy się więc – po co robić doktorat?

  • Jeżeli ktoś się interesuje daną dyscypliną naukową, chce się zajmować nauką, chce wnieść do niej swój wkład, niech robi doktorat. Należy wszakże pamiętać, że o dobrą pracę po doktoracie w instytucjach akademickich jest obecnie bardzo trudno.
  • Jeżeli ktoś chce się w przyszłości zajmować prowadzeniem specjalistycznych kursów, szkoleń, może okazać się, że bez doktoratu nie ma na to szans. Niech więc taka osoba zastanowi się jeszcze raz i, starannie wszystko rozważywszy, robi doktorat. 
  • Jeśli ktoś marzy o pracy w specjalistycznych laboratoriach, robiących pomiary, analizy na zlecenie podmiotów rynkowych lub instytucji rządowych, także może się okazać, że bez doktoratu ani rusz. To, co do zasady, jest bardzo dobra ścieżka kariery zawodowej dla posiadaczy doktoratów z nauk ścisłych, przyrodniczych, biomedycznych i technicznych. Zatem podobnie jak poprzednio, niech osoby tym zainteresowane robią doktorat, mając wszakże na uwadze, że o taką pracę także jest bardzo trudno.
  • W niektórych, bardzo nielicznych dyscyplinach – dyscyplinami takimi są prawo i medycyna; nie jestem pewien, czy coś jeszcze – doktorat uznawany jest za podniesienie kwalifikacji zawodowych. Ktoś z doktoratem uważany jest za lepszego profesjonalistę niż ktoś bez doktoratu, może więc liczyć na wyższe zarobki, szybsze pokonywanie szczebli kariery, choć, z drugiej strony, brak doktoratu nie stanowi tu formalnej przeszkody. Więc znów, rozważywszy wszystkie za i przeciw, można się zdecydować na robienie doktoratu, nie zaniedbując wszakże formalnych etapów rozwoju zawodowego (specjalizacje, aplikacje, uprawnienia, specjalistyczne kursy branżowe itp). 
  • Jeżeli ktoś myśli o robieniu doktoratu po to, aby zaimponować mężowi, żonie, dziewczynie, chłopakowi, mamie, tacie i sąsiadowi zza płota, niech NIE robi doktoratu.
  • Jeżeli, poza dyscyplinami wymienionymi wyżej, ktoś myśli, że doktorat poprawi jego pozycję zawodową, jest w błędzie, więc niech NIE robi doktoratu. Podobnie, niech NIE robi doktoratu ten, kto chce opóźnić swoje wejście na rynek pracy czy szerzej, w dorosłość. We wszystkich tych przypadkach (chęć zaimponowania innym, błędne przeświadczenie o rynkowej wartości doktoratu, chęć opóźnienia wejścia na rynek pracy) traci się cenne lata, w ciągu których mogło się zdobyć doświadczenie, a w dodatku na osobach z doktoratem ciąży odium akademickości, niepraktyczności, oderwania od życia, co może utrudnić znalezienie pracy poza instytucjami akademickimi. Oczywiście może się zdarzyć, że młody doktor trafi na ofertę pracy idealnie pasującą do profilu jego dysertacji, a wówczas będzie miał przewagę nad konkurentami do tego stanowiska – nie jest to niemożliwe, ale zdarza się raczej rzadko.
  • Jeżeli ktoś chce zaimponować samemu sobie lub po prostu jego głównym celem jest pogłębienie własnej wiedzy, niech robi doktorat, biorąc wszakże pod uwagę wszystkie zastrzeżenia z poprzednich punktów. 

Okoliczności natury „socjalnej” – względne bezpieczeństwo pracy na uczelni, wygoda, ale kiepskie zarobki i, jak słyszę, gdzieniegdzie zła atmosfera – są ważne, ale mniej ważne od generalnych okoliczności wymienionych powyżej. Osoby planujące połączenie studiów doktoranckich z pracą zawodową poza instytucjami akademickimi, muszą ponadto wziąć pod uwagę, że połączenie takie jest możliwe, ale bardzo trudne. Wymaga ponadprzeciętnych zdolności organizacyjnych, a i tak rzetelna praca nad doktoratem na ogół będzie się odbywać kosztem czasu zabieranego rodzinie. Wiele osób tego próbowało, niewielu się to udało.

Ja nie chcę nikogo zniechęcać, jedynie ostrzegam, że podejmowanie studiów doktoranckich z braku lepszego pomysłu na życie lub w błędnym przekonaniu, że doktorat w każdym wypadku poprawia pozycję zawodową zainteresowanego, jest bardzo kiepskim pomysłem. Dodatkowo, podjęcie studiów doktoranckich i niezakończenie ich obroną pracy, oznaczać może czystą stratę kilku lat życia zawodowego.

Poprawione 11.06.11.

Manifest

Powiada się, że Jarosław Kaczyński jest politykiem wyrazistym, mającym sprecyzowane poglądy i wizję polityczną. Jarosław Kaczyński miałby się w ten sposób pozytywnie odróżniać od innych polityków, którzy są miałcy, nieokreśleni, nijacy.

Jeśli się jednak przyjrzeć poglądom Kaczyńskiego bliżej, są one wyraziste i określone tylko na poziomie ogólnym. I cóż tam widzimy? Skrajny etatyzm i centralizm, wolności obywatelskie podporządkowane interesom państwa, przekonanie, że państwo wie lepiej, co służy obywatelom i że ma prawo to im narzucać. Nieufność wobec wszystkich, którzy tej wizji nie podzielają, tylko chcą zrobić cokolwiek na własny rachunek (stąd „układ”). Komuniści wielkim złem, ale renegaci z własnego obozu złem największym (stąd „agenci”). W polityce zagranicznej nieufność wobec wszystkich krajów europejskich – za wyjątkiem Czech, Gruzji i Litwy, a więc krajów mniejszych, które można traktować paternalistycznie – połączona z bardzo niejasną wizją budowania jakiejś wspólnoty regionalnej, oczywiście pod przewodnictwem Polski i z lekceważeniem dla istniejących inicjatyw regionalnych. Nieufność wobec instytucji europejskich, przekonanie, że w są one narzędziami w rękach innych krajów, chcących Polskę oszukać i wykorzystać, a niewykluczone, że wprost wynarodowić. Oczekiwanie, że Polsce się coś „należy” z racji przeszłych zasług i ofiary krwi, jako że nasze narodowe ofiary, dawane świadectwo i tragiczni bohaterowie są naszym największym skarbem, połączone z przeświadczeniem, że świat tych zasług i tej ofiary nie docenia. Ślepe zaufanie do Stanów Zjednoczonych, a ściślej, do Stanów Zjednoczonych rządzonych przez Republikanów. Całkowita obojętność wobec wszystkich innych spraw międzynarodowych i ponadnarodowych.

Jeśli jednak przejść na poziom konkretów, wszystko staje się daleko mniej jasne. Jarosław Kaczyński jest w stanie wykonać dowolną woltę i zaprezentować bezgraniczny cynizm polityczny, jeśli tylko uzna, że posłuży to jego doraźnym interesom. Przykładami na to niech będą sojusz z Lepperem – choć wcześniej Kaczyński mówił o Samoobronie, że założyli ją agenci NKWD – i sojusz z LPR – choć o ZChN, partii, po której LPR odziedziczył oblicze ideowe, elektorat i część działaczy, Kaczyński mówił, że jest „najlepszą drogą do laicyzacji Polski” – a także sposób zrywania i odnawiania tych sojuszy. Kupczenie stanowiskami, na co wskazywała sprawa taśm Beger. Wreszcie sojusz z Rydzykiem, mimo iż ten we wszystkich najważniejszych dla Polski sprawach – akcesja do NATO, akcesja do Unii Europejskiej, udział w misjach zagranicznych, budowa elektrowni jądrowych – konsekwentnie reprezentował interesy post-sowieckie. Jeśli połączyć to z całkowitą niekompetencją Jarosława Kaczyńskiego w sprawach gospodarczych, małostkowością, nadzwyczajną zdolnością do kreowania podziałów, obrażania ludzi i kierowaniem się urażonymi ambicjami, uważam, że powrót Jarosława Kaczyńskiego do władzy byłby niebezpieczny dla Polski.

Najbliższe wybory będą miały charakter plebiscytowy, przy czym przedmiotem plebiscytu będzie sposób rozumienia patriotyzmu. Czy Polska ma być krajem zapatrzonym w przeszłość, celebrującym swoje klęski i ofiary, nieufnym i podejrzliwym wobec świata, oczekując przy tym, iż świat stanie w zadziwieniu przed naszą dumą i moralną wielkością, czy też, niezapominając o przeszłości i o tragicznych ofiarach, ma się rozwijać, budować wzajemne zaufanie z innymi i opierając się na tym, co w naszej kulturze i w naszych talentach jest dobre, przyczyniać się do tego, że świat będzie się stawał bardziej znośny. W tej sytuacji nie ma sensu głosowanie na kandydata innego niż Jarosław Kaczyński lub Bronisław Komorowski. I dlatego, pomimo wszystkich wad Platformy, Donalda Tuska i całego tamtego obozu, które dostrzegam i nad którymi boleję, będę głosował na Bronisława Komorowskiego.

Milcząca kampania

Miałem napisać notkę o tym, że kampania trwa, Jarosław Kaczyński kandyduje, ale milczy nadal. O tym jednak pisali już liczni komentatorzy, w tym Waldemar Kuczyński. Rekapitulując Kuczyńskiego, nieobecność i milczenie Jarosława Kaczyńskiego są oszukańcze i nieuczciwe. Mają bowiem udawać ból po śmierci brata, gdy tymczasem, nie negując samego bólu, są wynikiem strategii. Trzeba podtrzymać atmosferę żałoby, bo to zyskuje Jarosławowi Kaczyńskiemu sympathy vote, a także nie dawać Kaczyńskiemu okazji do kolejnych antagonizujących wypowiedzi, to bowiem demobilizuje umiarkowanie anty-pisowski elektorat.

Jarosław Kaczyński – to są moje już moje obserwacje – już od dłuższego czasu, co najmniej od ostatniej kampanii do europarlamentu, nie zabiegał o nowe głosy, a tylko konsolidował swój stały elektorat. Chyba zdawał sobie sprawę, że wyczerpał swój potencjał pozytywny, że ci, którzy potencjalnie mogli na PiS głosować, już się na to zdecydowali i tylko trzeba ich było utwierdzić w tym zamiarze. Kreowanie ostrych podziałów dobrze temu służy. Teraz żałoba „sama” daje mu nowe głosy, demobilizacja zaś elektoratu anty-kaczyńskiego zwiększa relatywną wagę głosów oddanych na Jarosława Kaczyńskiego.

Mówią natomiast pomniejsi zwolennicy Kaczyńskiego. Ale jak mówią! W zeszłym tygodniu lejtmotywem było to, że wszystkiemu winien jest Klich, gdyż dopuścił, iż wszyscy dowódcy lecieli jednym samolotem. Teraz PiS powiada, że rząd nie radzi sobie ze śledztwem i że trzeba zażądać od Rosjan, aby nam je przekazali. PiS doskonale wie, że to, merytorycznie, są bzdury: śledztwo powadzi niezależna od rządu prokuratura, z mianowanym przez Lecha Kaczyńskiego prokuratorem Seremetem na czele, śledztwa w sprawach katastrof lotniczych trwają wiele miesięcy, Rosjanie zaś, na nasze formalne żądanie oddania śledztwa, co najwyżej by się obrazili. PiSowi nie chodzi jednak o rzeczywistość, a o sprawienie wrażenia, że rząd postępuje co najmniej nieudolnie, a może nawet uwłacza pamięci ofiar. To jest czysta gra wyborcza. Przykro patrzeć, jak ludzie uchodzący dotąd za umiarkowaną frakcję PiSu – Joanna Kluzik-Rostkowska, Paweł Poncyliusz, Paweł Kowal – powtarzają to wszystko bez zmrużenia oka.

Do annałów polskiej publicystyki zapisze się także głos Jadwigi Staniszkis, która przebiła nawet Marcina Wolskiego, Jana Pospieszalskiego i Jarosława Rymkiewicza (poetę, którego za młodu bardzo lubiłem), insynuując, że jacyś przodkowie, lub choćby tylko znajomi redaktorów Gazety Wyborczej, uczestniczyli po stronie NKWD, jako tłumacze i „selekcjonerzy”, w mordzie katyńskim. Tym z 1940.

Wszystko to pasuje do scenariusza „demonicznego Jarosława”, o jakim pisałem poprzednio. Ja jednak cały czas myślę, że istnieje też inna możliwość. Oto Kaczyński naprawdę jest zdruzgotany, naprawdę oderwany od bieżącej działalności politycznej, stał się za to marionetką w rękach swoich poruczników, którzy walcząc o Kaczyńskiego, walczą o swoje własne polityczne przetrwanie. Bez Jarosława Kaczyńskiego są bowiem niczym. Udają, że PiS się cywilizuje, a sam pan prezes jest po prostu balsamem na polskie rany, ale od czasu do czasu pojawia się ich paskudna gęba. Sam Kaczyński się temu dość biernie poddaje, gdyż on też wie, że bez jego obecności PiSowi grozi błyskawiczna dezintegracja.

Czas pokaże jak jest naprawdę. Ale niezależnie od tego, z jakiej strategii wypływa bieżąca taktyka PiSu, może się ona okazać skuteczna i Jarosław Kaczyński zostanie prezydentem Polski. A jeśli nawet przegra, to przegra o włos. A wówczas drżyj, Platformo, w najbliższych wyborach parlamentarnych. A wówczas drżyj, Polsko…

***

Czerwcowo-lipcowe wybory prezydenckie będą mieć charakter plebiscytu: czy jesteś za Jarosławem Kaczyńskim, a więc za wizją Polski nieufnej, zapatrzonej w przeszłość, podejrzliwie patrzącej na wszystkich, za największą – i jedyną – świętość mającą nasze narodowe przegrane i naszych tragicznych bohaterów, czy też chciałbyś Polski niezapominającej o swojej przeszłości i swoich tragicznych bohaterach, ale zarazem patrzącej w przyszłość, starającej się ufać innym i zdobyć ufność innych, stającej się krajem cywilizowanym, nie zaś środkowoeuropejskim.

***

Tomasz Lis natomiast zwraca uwagę na rolę Kościoła w tej kampanii. Kościół, rzeczywiście, i to poczynając od decyzji kardynała Dziwisza, dość jednoznacznie opowiedział się po stronie PiSu i Jarosława Kaczyńskiego. Dziwi mnie to z dwóch powodów.

Po pierwsze, Kościół strzela sobie w stopę. Sojusz ołtarza z tronem, zaangażowanie w bieżącą politykę, szkodzi Kościołowi. Co z tego, że lokalnie coś zyska, jeśli w ten sposób jeszcze bardziej zniechęci do siebie kolejnych ludzi, zwłaszcza młodych. Zaangażowanie polityczne musi przyspieszyć proces laicyzacji Polski, nad czym resztą, jak wiadomo, ubolewam.

Po drugie, aż dziw bierze, że Kościół opowiada się po stronie Kaczyńskiego. On nigdy nie był ani politykiem, ani człowiekiem religijnym, opieranie się na Rydzyku i tamtej mutacji katolicyzmu w Polsce było ze strony Jarosława zabiegiem czysto koniunkturalnym. Ba, Jarosław Kaczyński dość twardo – i bodaj najbardziej skutecznie ze wszystkich polityków po 1989! – opowiadał się przeciwko Kościołowi w sprawach dla Kościoła instytucjonalnego ważnych. Po pierwsze, popierał tropienie agentów i jak to się całkiem głośno mówiło, bracia Kaczyńscy osobiście doprowadzili do tego, że abp. Wielgus nie objął diecezji warszawskiej. Po drugie, gdy należący do PiS ultrakatolicy chcieli zmienić konstytucję tak, aby aborcje były w Polsce bezwzględnie zakazane, Kaczyński się temu sprzeciwił, ryzykując wściekłość hierarchii i Rydzyka. Biskupom wydaje się, że jeśli poprą Kaczyńskiego, będą mogli nim sterować i go wykorzystywać. Wręcz przeciwnie, to Jarosław Kaczyński zawsze wykorzystywał Kościół.

Wstyd, samotność, milczenie

1. Wstyd mi. Wstyd mi, bo nie odczuwam wstydu z powodu tego, co pisałem, mówłem i myślałem o Lechu Kaczyńskim. Media, publicyści – i to nie tylko persony pokroju Marcina Wolskiego czy Zdzisława Krasnodębskiego – i część polityków usiłowały nam wmawiać, żeśmy Lecha Kaczyńskiego skrzywdzili. Jan Rokita pozwolił sobie nawet na stwierdzenie, że

Dla grupy fundamentalnych przeciwników Kaczyńskich te wszystkie kondukty, tłumy, wojska, rogatywki, płacze i świece były irytujące, ale tolerowane ze względu na wyrzuty sumienia. Lecha Kaczyńskiego jego przeciwnicy traktowali nikczemnie, nie ulega to dla mnie żadnej wątpliwości. Od czasów endeckiej nagonki na Narutowicza nie było takiej sytuacji.

Niesłychane. Rokita stawia tu paralelę pomiędzy naszymi dwoma prezydentami, którzy, krytykowani za życia, zmarli śmiercią gwałtowną w takcie sprawowania urzędu. Stąd tylko krok do stwierdzenia – ciekawe, czy Rokita zdaje sobie z tego sprawę – że śmierć Lecha Kaczyńskiego, podobnie jak śmierć Gabriela Narutowicza, była wynikiem zbrodniczego spisku przeciwników.

A minister Zdrojewski na pogrzebie Janusza Kurtyki stwierdził, że zmarłemu prezesowi IPN należy się „wielokrotne przepraszam”.

Otóż nie. Nie mam wyrzutów sumienia. Nie wstyd mi. Nie mam za co przepraszać. O Lechu Kaczyńskim pisałem (głównie na forach, bo w tym blogu tylko raz, i to w tonie, który samego mnie zdziwił), przede wszystkim zaś myślałem to, co myślę nadal: Że w ostatnich latach był nieudanym politykiem, szkodliwym dla Polski, narzędziem w ręku swego brata, że mimo przymiotów osobistych, w życiu publicznym zachowywał się małostkowo, kierując się kompleksami i osobistymi ambicjami. Nie używałem inwektyw, nie pisałem o „kaczorach” i „kartoflach”, czułem zażenowanie słysząc o „irasiadach” i „borubarach”, nie pomawiałem tragicznie zmarłego prezydenta o złe intencje – przeciwnie, sądzę, że głównym motywem jego postępowania był autentyczny patriotyzm, tyle tylko, że takie rozumienie patriotyzmu jest mi obce. Prezydenturę Lecha Kaczyńskiego oceniam zdecydowanie źle. O Januszu Kurtyce nie pisałem bodajże nigdy, ale w myślach podzielałem to, co mówili o nim jego krytycy: że zapewne powodowany jak najlepszymi intencjami, problem zdemaskowania agentów przedstawiał jako najważniejsze wyzwanie stojące przed Polską, że uwierzył, iż esbeckie teczki kryją samą prawdę, że nie zauważał, iż teczki bywały de facto używane do eliminowania przeciwników, nie tylko politycznych. I nie wstydzę się moich myśli i moich ocen, chociaż podobno powinienem.

Tuż po katastrofie pod Smoleńskiem obyczaj nakazywał mówić o Lechu Kaczyńskim dobrze. Media pomijały więc oceny polityczne i gafy tragicznie zmarłego prezydenta, pisały zaś o tym, że Lech Kaczyński był w życiu prywatnym ciepły i ujmujący, że miał wspaniałą żonę, że razem tworzyli bardzo udane małżeństwo, że Lech Kaczyński był wielkim patriotą. Tak, o Lechu Kaczyńskim-człowieku można powiedzieć dużo dobrego, choć o Lechu Kaczyńskim-polityku dużo zlego. Jednak, jak przytaczano przy okazji afery Leppera, Kaczmarka i Krauzego, Lech Kaczyński powtarzał Proszę pamiętać, że mój brat to nie ja.

2. Samotność Jarosława. Jarosława Kaczyńskiego od pewnego czasu uważam za najgroźniejszą postać polskiej polityki. I teraz ta postać musi być potwornie samotna. Jarosław mógł rozmawiać tylko z bratem. Pomniejsi działacze mogli być wykonawcami woli, mogli mieć nawet samodzielne pomysły taktyczne, ale nie byli godni rozmawiać z prezesem o strategii, o celach dalekosieżnych, o rozumieniu polityki. Gdy Ludwikowi Dornowi wydało się, że on jest godzien, szybko został z PiS usunięty. Teraz, gdy Lecha zabrakło, Jarosław nie ma już z kim rozmawiać, może jedynie dyktować swoją wolę. Nie przyjmie bona fide żadnej krytyki, żadnych wezwań do zastanowienia się. Lech był o wiele bardziej zbliżony do realnego życia, niż Jarosław. Mitygował brata. Gdyby Jarosław miał wrócić do przywódczych stanowisk w państwie, jego samotność, alienacja, zapieczenie się w bólu, fiksacja na politycznych urojeniach, mogą być groźne dla nas wszystkich.

3. Milczenie Jarosława. Jarosław Kaczyński od tragicznje śmierci swojego brata właściwie milczy. Owszem, dwukrotnie, zmieniony na twarzy, przemówił na pogrzebach ofiar katastrofy, a na pogrzeb Alaksandra Szczygły przysłał kuriozalny list. List, celnie skomentowany przez Ewę Milewicz, pobrzmiewa najlepszym stylem Jarosława. Coś w nim jednak zgrzyta. Trudno mi uwierzyć, aby Jarosław Kaczyński nie w improwizowanym przemówieniu, ale na piśmie, robił takie błędy, jak „wrócimy do Polski”.

Jarosław Kaczyński strasznie cierpi. Wierzę w to, co mówił Adam Bielan, że w Smoleńsku Jarosław powiedział Moje życie się skończyło, następnego zaś dnia Ja już nie będę miał gorszego dnia w życiu. Śmierć ukochanego brata, śmierć brata-bliźniaka, a więc osoby, która była zawsze, bez której świat jest po prostu niewyobrażalny, to musi być potworność. Potworność tym większa, że nie ma innej bliskiej osoby – żony, dziecka – która mogłaby spróbować ukoić ból. Jest tylko stara matka, chora, której nawet nie można powiedzieć o śmierci brata, bo ta wiadomość by ją zabiła. Jarosław długo, bardzo długo klęczący przed trumną brata w katedrze św. Jana, był bardziej ludzki, niż kiedykolwiek przedtem.

Nie popadajmy jednak w przesadę. Jan Rokita we wspomnianym wywiadzie nazywa Jarosława Kaczyńskiego Hiobem polskiej polityki i pisze, że

Skala nieszczęść prywatnych, które na niego spadły, przekracza ludzkie wyobrażenie

Śmierć najbliższego człowieka to straszna tragedia. Ból po takiej stracie może zmiażdżyć, może utrzymywać się przez całe lata. Ale nie jeden Jarosław Kaczyński tego doświadczył. Cierpienia po stracie najbliższych doświadczały już, doświadczają i, niestety, doświadczać będą miliony osób. Miliardy.

Cóż zatem z milczenia Jarosława wynika? Jeszcze nie wiadomo. Wiele jednak wskazuje na to, że ruchy polityczne wykonują teraz PiSowscy spin-doktorzy i działacze niższego szczebla, w dodatku ci pozostający ostatnio na uboczu (ci, którzy byli blisko braci Kaczyńskich, polecieli z prezydentem). Przypuszczałem, że na pomysł wawelskiego pochówku brata wpadł sam Jarosław, cały czas snujący diaboliczne plany how to conquer the world lub choćby tylko Polskę. Ale nie, Jarosław ten pomysł tylko „zatwierdził” (co nie zwalnia go z moralnej odpowiedzialności), wymyślili zaś pomniejsi działacze PiSu. Ks. Sowa dziś w telewizorze mówił, że jeden z prezydenckich ministrów był na rozmowie u kardynała Dziwisza już w dzień po katastrofie, w niedzielę 11 kwietnia! (Jeśli to prawda, burzy to nieco konstrukcję wywodów Rokity.) Zatem nie tylko Marta Kaczyńska, ale i Jarosław był zdruzgotany. Teraz PiS ma problem z kandydatem na prezydenta. Jedynym możliwym jest Jarosław Kaczyński. Spin-doktorzy to wiedzą, wiedzą też, że bez startu Jarosława w tych wyborach, PiS po prostu przestanie istnieć, jeśli zaś Jarosław wystartuje, to może nawet wygrać. A gdyby nie wygrał, odbuduje pozycję i notowania PiSu. Ale może to zrobić tylko i wyłącznie Jarosław Kaczyński, jedyny godny następca najwybitniejszego prezydenta wolnej Polski. Dlatego działacze na siłę wpychają Jarosława w kampanię prezydencką. Walczą o swoje polityczne przetrwanie. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ale Jarosław milczy.

Możliwe wszakże, że wszystko to jest ukartowane: demoniczny Jarosław cały czas wszystkim steruje, listy, które obywatele ślą do Jarosława, prosząc go o udział w wyborach, mają sprawić wrażenie, że Jarosław, decydując się w ostatniej chwili na udział w kampanii, poświęca się dla Polski. No i jak tu takie poświęcenie odrzucić?

Jeśli więc kiedyś okaże się, że wszystko jest reżyserowane, że Jarosław jest tak demoniczny, jak to podejrzewałem, nie zdziwię się. Jeśli Jarosław, mimo autentycznego cierpienia, da się nakłonić do udziału w wyborach i ruszy do walki być może z jeszcze większym ogniem, jeszcze większą determinacją, niż kiedykolwiek wcześniej, zrobi to, czego wszyscy, łącznie ze mną, się po nim spodziewają. Ale jeśli Jarosław Kaczynski ugnie się pod cierpieniem, nie wystartuje w wyborach, przedłoży własne człowieczeństwo ponad polityczny sukces swoich zwolenników, zaimponuje mi.

Polak mały

Dawno, dawno temu, za komuny, gdy byłem jeszcze w liceum, na pewnej lekcji nie potrafiłem wymienić tytułu aktualnej uchwały Plenum KC PZPR. Nauczyciel nie dość, że mi postawił pałę, co mnie nie zdziwiło ani nie zmartwiło, publicznie, przy całej klasie, zaczął powątpiewać czy „mam prawo nazywać się Polakiem”. Mój przyjaciel Grześ pewnie potwierdzi, gdyż obaj zostaliśmy tak potraktowani.

Wtedy więc po raz pierwszy odmówiono mi polskości. Bardzo mnie to poruszyło i nigdy tego draniowi-nauczycielowi nie zapomniałem. Potem odmawiano mi polskości wielokrotnie, ale, by tak rzecz, anonimowo: albo zbiorowo, jako zwolennikowi pewnej partii politycznej, albo jako uczestnikowi różnych dyskusji politycznych, ale ponieważ robiły to osoby zupełnie mi obce, dla których ja byłem albo nieznaną twarzą, albo nieznanym nickiem, nie przejmowałem się przesadnie. Dzisiaj jednak spotkała mnie prawdziwa przykrość.

Wczoraj władze pewnej organizacji, do której należę głównie dlatego, że organizacja ta swego czasu okazała mi dużą pomoc i głupio mi było ją porzucić, wydała i rozesłała e-mailem swoim członkom następujące oświadczenie:

Z niepokojem obserwujemy protesty związane z decyzją kardynała Dziwisza i wladz państwowych o pochowaniu prezydenta Kaczyńskiego i jego żony na Wawelu. Lech Kaczyński był wybitnym działaczem NSZZ Solidarność, ruchu społecznego, który przeorał historię Polski. Był najwybitniejszym prezydentem wolnej Polski. Zginął tak jak żył – jak strażnik narodowej pamięci, u wrót Katynia. Naszym zdaniem Wawel to właściwe miejsce pochówku Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Prezydentowej Marii Kaczyńskiej.

Odpisałem głównemu autorowi oświadczenia i zarazem szefowi organizacji, z kopią do wszystkich adresatów, tak oto:

[Kierownictwo organizacji] ma prawo do swojego zdania, jednak ja tego zdania nie podzielam. I prywatnie, i jako obywatel, ale nie jako członek [organizacji], uważam, że decyzja o pochowaniu tragicznie zmarłej pary prezydenckiej na Wawelu jest niewłaściwa. Moim zdaniem [organizacja] w ogóle nie powinnna się w tej sprawie wypowiadać.

Kilkanaście minut później zobaczyłem adresata mojego listu na korytarzu. Ten na mój widok zawahał się, podszedł do mnie i powiedział „Rozumiem, że na następną kadencję wybierzecie inne [władze organizacji]”. Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszliśmy, każdy w swoją stronę. Ja wiem, że tamten człowiek, profesor nadzwyczajny, ma poglądy, jakie ma, on też wie, że ja mam inne. Ja nie mam problemu z nim, on ze mną. Ale dziś rano dostałem list, który inny profesor, zwyczajny, rozesłał do wszystkich adresatów pierwotnego oświadczenia:

Oswiadczenie jest znakomite.
O pewnych rzeczach po prostu nie wypada dyskutowac jesli sie jest Polakiem. Mozna sie tylko dziwic tym z Panstwa, ktorzy to robia.

Autor bez wątpienia pił do mnie, więc natychmiast mu odpisałem (kolejne listy były prywatne, bez kopii do pozostałych adresatów)

Panie Profesorze, z całym szacunkiem, nie życzę sobie, aby Pan lub ktokolwiek inny kwestionował moją tożsamość narodową.

Odpowiedź przyszła taka:

Na pewno to co Pan napisal bylo niepotrzebne.
Przykro mi, ale wyciagnal Pan prawidlowy wniosek.

Lekko mnie zmroziło, zapytałem się więc

Chcę mieć pewność, że dobrze Pana rozumiem: Czy Pan explicite odmawia mi prawa do bycia Polakiem?

No i dostałem taki list:

Szanowny Panie Pawle,
Ja podalem tylko ogolna zasade. To co napisalem oznacza tyle:
Polakiem nie wystarczy sie urodzic, trzeba rowniez miec postawe, ktora jest tego godna, ze sie jest Polakiem. Nie jest to latwe. To Pan musi sobie sam na to pytanie odpowiedziec, czy ma Pan taka, nie ja. Natomiast jesli Pan wogole tym pisze, to znaczy, ze ma Pan jednak jakies watpliwoscie w tej sprawie.

Autorem tych słów jest profesor zwyczajny na naszym Wydziale, człowiek o naprawdę dużym dorobku naukowym, który znaczną część swojego życia zawodowego spędził poza Polską, schludny, grzeczny i uprzejmy, człowiek, którego znam od wielu lat, który mnie uczył, którego lubiłem i który mnie też lubił. Facet wiedział do kogo pisze, to nie było skierowane do anonimowej osoby, tylko do mnie osobiście. Czuję się znieważony.

Bodzio mówi, żebym się nie przejmował. Emocje szybują tak wysoko, że ludzie nie wiedzą co mówią.

Niezawodny Jarosław

Kardynał Dziwisz ogłosił, że tragicznie zmarła para prezydencka, Lech i Maria Kaczyńscy, zostaną pochowani w krypcie Piłsudskiego na Wawelu.

Cóż miałoby przemawiać za pochówkiem na Wawelu? Ano, nic. Kaczyński urodził się w Warszawie, mieszkał przez znaczną część życia w Warszawie, podkreślał swoje związki z Warszawą – ojciec powstaniec warszawski, żoliborska inteligencja, IBL, Uniwersytet – był prezydentem Warszawy. Z Krakowem nie łączyło go nic szczególnego. Ba, gdy kilka tygodni temu radni PiS zabiegali o przyznanie Lechowi Kaczyńskiemu honorowego obywatelstwa Krakowa, inicjatywa ta spotkała się ze sporym sprzeciwem (prezydent, wykazując sporą klasę, z zabiegów polecił wówczas zrezygnować). A teraz Wawel? Krypta Piłsudskiego?

Tragicznie zmarłemu prezydentowi należy się szczególny szacunek, bo oprócz żalu po człowieku, okazuje się szacunek jego wyborcom, szacunek dla faktu, iż Lech Kaczyński był ważnym przywódcą politycznym, wreszcie szacunek dla urzędu, a więc, pośrednio, dla nas wszystkich. Należy się więc pogrzeb ze wszystkimi honorami, z ceremoniałem wojskowym, salwami armatnimi, pogrzeb w jakimś zaszczytnym miejscu Warszawy, w Alei Zasłużonych na Powązkach lub w krypcie prezydenckiej w Archikatedrze św. Jana. Ale nie Wawel. Wawel to miejsce symboliczne, nekropolia królów i bohaterów.

Ogłaszając decyzję o pochówku na Wawelu, kardynał powiedział, że

Ta decyzja powinna nas łaczyć. Wszystkich.

Guzik prawda. Ta decyzja dzieli. Nieuchronnie stawiane są pytania o bilans tej prezydentury, o to, czy zmarły prezydent na pochówek na Wawelu zasługuje. Emocje rosną. I cały podniosły nastrój żałoby po prezydencie diabli wzięli.

I dzięki komu to wszystko? Dzięki „rodzinie”, ktora sobie „zażyczyła” (odkąd to jakaś rodzina może „zażyczyć sobie” pochowania krewnego na Wawelu?). „Rodziną” jest Jarosław, bo przecież nie nieszczęsna córka pary prezydenckiej, Marta, która wygląda na osobę całkowicie zdruzgotaną śmiercią rodziców. Jarosławowi chodzi o symboliczne zrównanie Lecha Kaczyńskiego z Sikorskim, Piłsudskim. Uważam to za uzurpację. Oburzającą uzurpację. Brak taktu i wyczucia. Wyraz pychy. Nie ze strony zmarłego Lecha czy jego córki, ale ze strony Jarosława Kaczyńskiego, tej najbardziej złowrogiej postaci polskiej polityki.

Jarosławowi znów się udało. Udało mu się to, co udawało mu się zawsze: Podzielił społeczeństwo i znów coś zburzył, tym razem poczucie wspólnoty, jakie budowało się po tragicznej śmierci prezydenta, jego żony i tylu innych osób. Wiadomo było, że poczucie to nie będzie trwałe – ale żeby było aż tak krótkie? Do tego potrzba było geniusza destrukcji. Na szczęście mamy Jarosława.

drakaina, pytałaś w komentarzu kiedy upływa karencja na nihil nisi bene. Odpowiem ci: Teraz. Dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu.

De mortuis

Proszę mnie dobrze zrozumieć: Nie chcę być cyniczny. Staram się oddzielić żal po Lechu Kaczyńskim jako człowieku, żal, jaki wiele osób odczuwa po stracie Kaczyńskiego jako przywódcy politycznego, żal po stracie wszystkich innych osób, które zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem, wielką stratę dla państwa, jaką jest gwałtowna śmierć urzędującego prezydenta, tym bardziej zaś śmierć nie tylko prezydenta, ale też tylu innych pełniących rozmaite funkcje osób, wzruszenie, jakie wywołują wszystkie okoliczności tej tragedii, podniosły nastrój podkreślany ceremoniałem wojskowym – od mojej oceny prezydentury Kaczyńskiego, jak wiadomo, negatywnej.

Wiem, że mimo powyższych zastrzeżeń, to, co napiszę, zabrzmi cynicznie. Otóż myślę, że nagła śmierć w tym momencie prezydentury to była najlepsza rzecz, jaka mogła się Lechowi Kaczyńskiemu przydarzyć. Los oszczędził mu upokorzenia i goryczy porażki w wyborach. Zapamiętany zostanie nie jako bardzo niedobry prezydent, ale jako prezydent, który zginął tragicznie. Śmierć Lecha Kaczyńskiego na chwilę pozwoliła ludziom poczuć się razem, chwilowo porzucić wszystkie codzienne, gorszące spory – czasami o rzeczy drugorzędne, niekiedy o bardzo ważne, ale nieodmiennie prowadzone w fatalnym stylu. Śmierć Kaczyńskiego chwilowo zjednoczyła naród. To paradoks: to, czego nigdy nie osiągnął za życia, czego nigdy nawet nie próbował osiągnąć za życia, osiągnął dzięki swojej śmierci.

Do dobrego wspomnienia, jakie pozostanie po Lechu Kaczyńskim, przyczynia się i to, że teraz nikt nie wspomina złych pociągnięć politycznych i wad charakteru zmarłego prezydenta. Nie uchodzi. Za to na wszystkich zdjęciach, we wspomnieniach, pokazywany jest wraz ze swoją żoną, Marią. A pani Maria Kaczyńska cieszyła się autentyczną sympatią jako osoba ciepła, ludzka, nie pozostająca w cieniu męża (ani jego brata). We wspomnieniach różnych osób publicznych powtarza się też, że Lech Kaczyński był prywatnie osobą ujmującą i sympatyczną. To samo mówił nam już kilka lat temu nasz dobry znajomy, ambasador. 

Śmierć uwzniośla.