Agitata

Wczoraj na YouTube znalazłem film z Viviką Genaux śpiewającą arię Agitata da due venti.

Jest to nagranie z koncertu w Montpellier, z 8 lutego 10, a więc na dwa miesiące przed fantastycznym występem w Krakowie, który opisywałem. Vivica śpiewa już tą techniką i na sposób, którego nauczyła się na potrzeby Pyrotechnics, ale śpiewa lepiej niż na płycie. Za każdym razem podziwiam to, że technika tej śpiewaczki ciągle się rozwija. Vivice przygrywa nieznany mi zespół Le Concert Spirituel – graja w stylu Europa Galante, nie aż tak dobrze, jak Biondi, ale prawie tak dobrze. Film z Viviką polecam, proszę jednak pamietać, że w Krakowie (z Biondim) Vivica zaśpiewała tę arię jeszcze piękniej!

Dwie tradycje

W kulturze europejskiej mamy dwie tradycje stosunku do przeciwników: tradycję plemienną i tradycję rycerską.

W tradycji plemiennej nie ma przeciwnika. Jest wróg. Wróg, którego trzeba znieważyć, wyśmiać, poniżyć, wyszydzić. Wróg, którego święte miejsca i symbole trzeba zniszczyć i splugawić. Wróg, którego trupa trzeba zbezcześcić, rozsiekać, zostawić bez pogrzebu, dać psom na pożarcie. Wróg, którego kobiety trzeba zabić lub zgwałcić. My bowiem jesteśmy wielcy i wspaniali, ale musimy być całkowicie wielcy i wspaniali, gdyż nasza wielkość i wspaniałość ma charakter sakralny. Najmniejsza pochwała wroga oznaczałaby, że my nie jesteśmy wielcy i wspaniali bezwględnie i całkowicie, że na nas samych jest jakaś rysa. Najmniejsza opieszałość w poniżaniu wroga oznaczałaby brak gorliwości w obronie naszej wspaniałości. Skoro jednak integralność naszej wspaniałości zostałaby naruszona, nie mogłaby ona mieć charakteru sakralnego. Desakralizacja zaś naszej wspaniałości unieważniłaby ją całkowicie.

W tradycji rycerskiej przeciwnika się wychwala, podnosi jego cnoty i męstwo, podkreśla zalety, co przecież nie umniejsza naszych własnych cnót i zalet. Jego świętości się szanuje. Jeśli przeciwnika uda nam się pokonać, sprawia mu się godny pogrzeb. Jego kobiety i dzieci się oszczędza. Oczywiście jest w tym drugie dno: Skoro przeciwnik jest taki wspaniały, tym większa będzie nasza chwała, jeśli uda nam się go pokonać, ale też tym mniejsza hańba, jeśli to my przegramy. Jeśli my uszanujemy ciała poległych przeciwników, możemy liczyć, iż przeciwnik uszanuje ciała naszych.

Obie te tradycje wciąż współistnieją – zgoda, nie w stanie czystym. Tradycję plemienną najlepiej widać w zachowaniach „kibolskich”. O tradycji rycerskiej pięknie pisali wybitni myśliciele, choćby Johan Huizinga i Maria Ossowska, ale to tradycja plemienna ma bodaj donioślejsze umocowania literackie: Oto jest Kreon każący zostawić niepogrzebane ciało Polinejkesa, oto syn Achillesa biorący Andromachę za nałożnicę, oto Agamemnon biorący Kassandrę, oto wreszcie Achilles włóczący ciało Hektora wokół murów Troi. Myślę, iż chwila, w której Achilles ulitował się nad Priamem i wydał mu sponiewierane ciało Hektora, oznaczała narodziny postawy rycerskiej.

Piszę to wszystko pod wpływem wydarzeń w Ossowie. Kim my jesteśmy, której tradycji jesteśmy wierni?

Habilitacja po nowemu

Kilka tygodni temu na stronach MNiSW opublikowano ósmą wersję projektu zmian w ustawach reformujących naukę. Jest to zapewne wersja ostateczna, która jesienią trafi pod obrady Sejmu. Habilitacja, z której proponenci reformy uczynili czarnego luda, rzekomo hamującego rozwój nauki w Polsce, pozostaje, ale proponowana procedura doprowadzi do deprecjacji tego stopnia naukowego.

1. Habilitacja

Po pierwsze, bez habilitacji nie będzie można być adiunktem dłużej niż osiem lat (str. 57 projektu). Wydaje mi się, że to zbyt krótko. Osoby bardzo zdolne na pewno sobie poradzą, ale osoby zaledwie zdolne, w dodatku przeciążone dydaktyką – niekoniecznie. Sam przewód habilitacyjny może się ciągnąć długo – ustawa przewiduje co prawda maksymalny czas trwania przewodu, ale wprowadzone mechanizmy nie wydają mi się realistyczne – a w tej sytuacji ustalenie sztywnego limitu czasowego wywrze nie tyle presję na intensyfikację badań naukowych (co byłoby dobre), ile na obniżenie poziomu habilitacji (źle).

Po drugie, sama procedura habilitacji ma wyglądać tak (str. 99-102):

  • Kandydat składa wniosek do CK, wskazując Radę Wydziału, która ma przeprowadzić habilitację.
  • Wskazana przez kandydata Rada może odmówić, a wówczas CK wyznacza inną Radę z odpowiednimi uprawnieniami do przeprowadzenia tej habilitacji. W projekcie nie ma słowa o tym, aby tak wyznaczona Rada mogła odmówić.
  • Pracą habilitacyjną może być – tak, jak dotąd – samodzielne dzieło, „zszywka” publikacji lub część pracy zbiorowej, jeżeli opracowanie wydzielonego zagadnienia jest indywidualnym wkładem osoby ubiegającej się o habilitację. To zawsze stanowi problem w wypadku uczestników wielkich międzynarodowych grup badawczych w fizyce doświadczalnej („kolaboracji”); niestety, znane mi są przypadki osób, które, owszem, w takich grupach badawczych uczestniczyły, żadnego indywidualnego wkładu nie wniosły, ale habilitację otrzymały. Nowelizacja nie rozwiązuje tego problemu.
  • CK powołuje komisję habilitacyjną: cztery osoby, w tym przewodniczący, dwóch recenzentów i jeden członek są wyznaczeni przez CK, sekretarz, jeden recenzent i członek przez Radę formalnie przeprowadzającą habilitację. Recenzenci mają sporządzić recenzje w ciągu sześciu tygodni. Komisja podejmuje decyzję o przyznaniu habilitacji większością głosów. W internecie należy opublikować autoreferat kandydata, skład komisji i decyzję o przyznaniu habilitacji wraz z uzasadnieniem. Nie ma obowiązku publikowania recenzji, chociaż analogiczny obowiązek istnieje odnośnie do doktoratów.
  • Jeżeli komisja ma wątpliwości, może (str. 101 projektu)

    przeprowadzić z wnioskodawcą rozmowę o jego osiągnięciach i planach naukowych.

    Czy to ma oznaczać, że habilitację będzie można przyznać na podstawie planów naukowych kandydata?!

  • Rada, która formalnie przeprowadza przewód, na podstawie uchwały komisji, decyduje o przyznaniu stopnia doktora habilitowanego. Rada może zagłosować wbrew decyzji komisji, ale tu pojawia się największe kuriozum (str. 102):

    W przypadku rozbieżności między opinią komisji habilitacyjnej a uchwałami rady jednostki organizacyjnej, Centralna Komisja, po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego, może cofnąć jednostce organizacyjnej uprawnienie do nadawania stopnia naukowego doktora habilitowanego, jeżeli stwierdzi, że rozbieżność jest nieuzasadniona.

Innymi słowy, Rada będzie podlegać silnemu naciskowi, aby zagłosować tak, jak to wskaże komisja, nawet gdyby wynik głosowania w komisji był 4:3 (przedstawiciele CK vs przedstawiciele Rady), gdyż w przeciwnym wypadku może stracić uprawnienia habilitacyjne. CK zresztą w sposób jaskrawy występuje jako sędzia we własnej sprawie: Najpierw wyznacza większość członków komisji, a potem, gdyby uchwała Rady nie była zgodna ze stanowiskiem większości komisji, ta sama CK decyduje, czy rozbieżność jest uzasadniona, aby wreszcie móc ukarać niepokorną Radę. Gdyby CK uznała, że to wyznaczeni przez nią członkowie komisji in gremio zbłądzili, zdezawuowałaby samą siebie, swoją poprzednią decyzję o powołaniu tych właśnie członków komisji. Procedury odwoławczej nie przewiduje się. W tej sytuacji Rady, dla świętego spokoju, będą głosować tak, jak komisja. To, z jednej strony, doprowadzi do przyznawania habilitacji słabych, z drugiej może służyć jako wehikuł do tępienia oryginalnej myśli naukowej.

Wyobraźmy sobie, że na pewnym wydziale uprawiane jest nieortodoksyjne podejście do pewnej dyscypliny naukowej, o co nietrudno w dyscyplinach humanistycznych. Habilitant z tego wydziału publikuje co prawda w liczących się czasopismach i uzyskuje jedną recenzję entuzjastyczną, ale większość członków komisji, wyznaczona przez CK, reprezentująca tradycyjne podejście do dyscypliny, uważa, że nieortodoksyjny kandydat na habilitację nie zasługuje. Rada albo głosuje tak, jak komisja, albo traci uprawnienia. Ach, gdyby tylko kandydat  napisał był porządną pracę przyczynkarską, bez niepotrzebnego wychylania się z szeregu, habilitację mógłby dostać. Ale skoro postanowił być oryginalny, cóż…

2. Obowiązki nauczyciela akademickiego

Pisałem już, iż wymóg, aby kandydat do tytułu profesora był co najmniej trzy razy promotorem pracy doktorskiej, wywoła silną presję na promowanie byle kogo, byle szybko, za byle co, a więc doprowadzi do dalszego obniżenia poziomu i rangi doktoratu. Wymóg wypromowania trzech doktoratów pozostał (str. 107), za to obniżono wymóg sporządzania recenzji doktorskich lub habilitacyjnych z dwóch do trzech – to akurat jest dziwne, bo recenzentów potrzeba więcej, niż promotorów, więc ten próg byłoby potencjalnie łatwiej pokonać.

Zapisany w projekcie ustawy wymóg, iż recenzje doktorskie i habilitacyjne mają być sporządzone w ciągu sześciu tygodni, także przyczyni się do obniżenia poziomu prac. Każdy system recenzencki opiera się – powinien opierać się – na dobrej woli i profesjonalizmie recenzentów. Projekt ustawy (str. 109) powiada, że zgoda na recenzowanie prac doktorskich i habilitacyjnych jest obowiązkiem nauczyciela akademickiego, a nawet przewiduje kary umowne za nienapisanie recenzji w terminie, ale pozwala, w uzasadnionych przypadkach, na zwolnienie z obowiązku recenzowania. Sądzę, iż w tej sytuacji ludzie albo będą masowo wymigiwali się z pisania recenzji, więc znalezienie kompetentnego recenzenta będzie bardzo trudne, albo będą pisać recenzje powierzchowne, przyczyniając się do tego, że przechodzić będą prace słabe.

Mam tu przed sobą pracę habilitacyjną pewnego znajomego – praca nie jest z fizyki – w postaci książki liczącej sobie 504 strony bez spisu literatury, indeksu itp. Recenzent powinien to przeczytać, zapewne sięgnąć do innych źródeł, przemyśleć, skonfrontować z aktualnym stanem wiedzy. Temu człowiekowi recenzentka trzymała pracę półtora roku i to oczywiście był wielki skandal, ale głęboko wątpię, aby ktoś, kto ma także inne obowiązki, był w stanie napisać rzetelną recenzję w ciągu sześciu tygodni.

Projekt ustawy za obowiązek nauczyciela akademickiego uznaje także przyjęcie na siebie funkcji promotora. Jak to? To znaczy, że jeśli zgłosi się do mnie osoba, której nie cenię, o której nic nie wiem, która chce zajmować się tematyką, na której ja się nie znam, ale która z dowolnych powodów upatrzyła mnie sobie jako swojego promotora, mam z mocy prawa obowiązek podjęcia się nad nią opieki naukowej? Pal diabli mnie, ale wyobraźmy sobie profesora, który dysponuje cenną i rzadką aparaturą naukową. Oto przychodzi do niego człowiek, który powiada, że chce na tej aparaturze robić projekt, który profesora nie interesuje, który zabierze profesorowi czas aparaturowy potrzebny do realizacji jakichś innych badań, i ten profesor ma – poza uzasadnionymi przypadkami – obowiązek taką osobę przyjąć jako swojego doktoranta? To chyba jakiś żart.

3. Konkluzje

Twierdzę, iż proponowana reforma przyczyni się do obniżenia poziomu prac doktorskich i habilitacyjnych. Przy okazji reforma

  • Ogranicza przywilej mianowania do osób z tytułem profesora (dotychczasowi profesorowie „podwórkowi” zachowają mianowanie, ale nowe mianowania będą otrzymywać tylko osoby z tytułem naukowym; adiunkci, w tym adiunkci habilitowani, mianowanie stracą).
  • Zmusza rektorów uczelni publicznych do odsyłania na emerytury pracowników naukowych, którzy osiągną wiek emerytalny; nie dotyczy to profesorów z tytułem naukowym – ci mogą pracować do ukończenia siedemdziesięciu lat. Kilka wyroków Sądów Pracy stwierdziło, że pracownika nie można zmuszać do przejścia na emeryturę – prawo do emerytury nie jest obowiązkiem emerytalnym. W niektórych przypadkach (oficerowie wojska) prawo do emerytury z mocy prawa staje się obowiązkiem emerytalnym, ale nie sądzę, żeby należało to rozciągać także na nauczycieli akademickich. Zwracam wszakże uwagę, że przepis ten dotyczy tylko uczelni publicznych – emerytowani nauczyciele akademiccy, którzy chcą i mogą jeszcze pracować, będą mogli szukać zatrudnienia na uczelniach prywatnych. Reforma kreuje zatem całkiem oficjalny kanał transferujący nauczycieli akademickich z sektora publicznego do prywatnego, przy czym na uczelni prywatnej godzić się oni będą na gorsze stawki, żeby nie stracić prawa do emerytury, psując tym samym rynek. Zadziała prawo Greshama. Po co uczelnia prywatna miałaby zatrudniać młodego doktora, skoro za mniejsze pieniądze może zatrudnić starego doktora, który co prawda może i stosuje archaiczne metody dydaktyczne, ale do wszelkich uprawnień liczy się tak samo, jak młody. Młody doktor będzie musiał zgodzić się na te gorsze stawki, a że będzie musiał utrzymać rodzinę, będzie brał nadgodziny i chałtury zamiast zajmować się nauką.

Profesorom z tytułem naukowym nowa reforma nie robi żadnej krzywdy, przeciwnie, wzmacnia ich pozycję (mianowanie, emerytura) oraz znacząco w stosunku do stanu obecnego podwyższa bariery otrzymania tytułu profesora. W tej sytuacji uważam, że proponowana reforma, po pierwsze, stanowi wyraz obrony interesu korporacyjnego osób z tytułem profesora, a więc osłabia elementy konkurencyjne w obrębie tej korporacji, po drugie, sztucznie poprawia pozycję uczelni niepublicznych wobec uczelni publicznych.

Głównym efektem tej reformy, wbrew deklarowanym przez jej proponentów celom, będzie obniżenie i poziomu badań naukowych, i kształcenia wyższego w Polsce.

Kamionki

Ostatni tydzień z okładem spędziliśmy w Kamionkach, malutkiej mazurskiej wsi. Krajobrazy piękne, jezioro Dejguny puste, pogoda – najpierw upał, potem pochłodniało i popadało, ale na pewno nie tak, jak na południu Polski. Mieszkaliśmy w profesjonalnym, zadbanym, dobrze urządzonym gospodarstwie agroturystycznym – szczerze polecam. Muszę powiedzieć, że i po tym wyjeździe wakacyjnym, i po naszym wiosennym pobycie w Wiśle wnoszę, że Polska staje się zamożna: Jest już na tyle duża grupa ludzi, która chce wypoczywać w pewnym standardzie, że warto o nią zadbać.

W środku Kamionek stoi kamienna płyta poświęcona mieszkańcom wsi poległym w czasie I Wojny Światowej:

Kamionki - płyta ku czci ofiar Wojny Światowej Kamionki - płyta ku czci ofiar Wojny Światowej, zbliżenie
Kliknij żeby powiększyć

Dwie rzeczy mi przyszły do głowy: Po pierwsze, jak wiele nazwisk jest polskich (także polskich w niemieckiej pisowni – np. Wessoleck, Schnarewski). Czyżby ci ludzie byli Polakami? Na pewno nie. Byli Mazurami, a niektórzy może czuli się Niemcami i tylko nazwiska ujawniały pochodzenie ich przodków. Po drugie, skoro tylu mężczyzn z tej wsi poległo – zapewne głównie w czasie ofensywy rosyjskiej z 1914, gdy walki toczyły się w samych Kamionkach, ale też, sądząc po datach, także w czasie innych walk, na innych frontach – to musiała być wówczas duża wieś. Na pewno większa, niż obecnie.

Mój ojciec twierdził, że to, co Polska Ludowa zrobiła z Mazurami, powinno być powodem do wstydu. Ci ludzie przez wieki walczyli o zachowanie własnej odrębności, a Polska potraktowała ich jak obcych – bo byli ewangelikami, bo mówili gwarą, bo nie uważali się za Polaków, ale za Mazurów. W końcu wyjechali do Niemiec – tak, w poszukiwaniu lepszego życia, ale też dlatego, że w Polsce czuli się źle. Gorzej niż za Niemca. A Polsce do dzisiaj odbija się to czkawką, choćby w postaci znanej historii z Nart.

Klekoczące bociany

Za to bociany nie są ani historyczne, ani polityczne, ale są urocze. Klekot bociana wcale nie jest suchy, przeciwnie, jest dźwięczny, jakby ktoś gral na ksylofonie. Wiele razy widzieliśmy, jak jeden bocian lub dwa siadały na dachu, na którym przygotowane jest miejsce na nowe gniazdo. Zaczynały klekotać, odchylając głowę do tyłu i kładąc ją na plecach, potem prostowały szyje, rozkładały skrzydła i stroszyły ogon. Ciekawe, co to znaczy – ja tu zamieszkam, a ty zamieszkaj razem ze mną?

Ironia losu

Szukając materiałów do mojego poważnego wpisu na temat dyskusji wokół globalnego ocieplenia, trafiłem na ciekawy artykuł w Nature. Otóż klimatolodzy wyobrażają sobie, że Szeroka Publiczność czerpie przekonania na temat zmian klimatycznych z prac i dyskusji naukowych. Guzik prawda. Szeroka Publiczność korzysta z przekazów medialnych (które na ogół same korzystają z wcześniejszych przekazów medialnych), przede wszystkim zaś z obserwacji pogody za oknem. Tegoroczna zima była bardzo ostra – o czym sam z trudem przypominam sobie podczas obecnej fali upałów – a już na Wyspach Brytyjskich była ostra wyjątkowo. Brytyjska prasa popularna kpiła wówczas z hipotezy globalnego ocieplenia, wieszcząc raczej początek nowej „małej epoki lodowcowej”. W rezultacie, jak pokazały badania opinii publicznej przeprowadzone przez BBC, podczas gdy w listopadzie 2009 41% Brytyjczyków wierzyło, że globalne ocieplenie jest spowodowane przez ludzi, odsetek ten spadł do 26% w lutym 2010.

Klimatolodzy załamują ręce. Lokalna pogoda, to, czy jest ciepło czy zimno, sucho czy mokro, nie musi być związana ze zmianami klimatu. Mogą to być odchylenia od wieloletniego trendu. Fluktuacje, jak powiedzieliby fizycy. Liczy się trend oraz zjawiska w skali planetarnej: tak, zima w Europie była ciężka, ale mniej więcej w tym samym czasie na olimpiadzie w Vancouver śnieg na trasy narciarskie trzeba było dowozić ciężarówkami, zawodnicy zaś startowali niekiedy przy +10°C. Ba, z pewnych modeli atmosfery wynika, iż globalne ocieplenie skutkować może większą liczbą dni o temperaturach ekstremalnych, bardzo gorących, ale i bardzo zimnych, tak, że średnia będzie przesuwać się w górę. Tegoroczne anomalie pogodowe w Europie w żaden sposób nie przeczą hipotezie globalnego ocieplenia, chociaż konstatacja ta kłóci się z podejściem zdroworozsądkowym. Klimatolodzy wkładają więc wiele wysiłku aby przekonać Szeroką Publiczność, że związek pomiędzy pogodą a zmianami klimatu nie jest tak bezpośredni, jak by to się mogło wydawać.

Tymczasem wszkaże okazało się, że ludzie coraz mniej chętnie wierzą w hipotezę globalnego ocieplenia – wciąż wierzy w to większość mieszkańców strefy euroatlantyckiej, jednak wyraźnie mniej, niż jeszcze kilka lat temu. Jedną z przyczyn jest spadek zaufania do klimatologów, wywołany serią skandali, o której wspominam na blogu Tygodnika. Klimatolodzy planują więc odzyskać zaufanie poprzez szereg akcji PR, ocieplanie (nomen omen) wizerunku nauki, planują także wykorzystać… prezenterów pogody. Ludzie wierzą bowiem swoim ulubionym prezenterom  i, zapewne, wydawać im się będzie naturalne, iż ci, mówiąc o pogodzie,  będą im też tłumaczyć zmiany klimatu.

Czy to nie zabawne? Z jednej strony kilmatolodzy protestują przeciwko wiązaniu pogody z klimatem, z drugiej jednak sami chcą to powiązanie wykorzystać.

Z napięciem czekam czy Doskonaleszary na mnie za to napadnie, tu albo na blogu Tygodnika ☺.

Przegląd prasy

W najnowszym Newsweeku dobry artykuł Cezarego Michalskiego Kampania w cieniu małej apokalipsy. Michalski nazywa Jarosława Kaczyńskiego kandydatem wszystkich poranionych, nazwiązując do znanej wypowiedzi Anny Fotygi.

Szczególny ton nadały tej kampanii autentyczny tragizm, frustracja i resentyment Jarosława Kaczyńskiego współgrające z tragizmem, frustracją i resentymentem jego elektoratu. […] Zraniony Kaczyński przyciągnął do siebie wszystkich innych zranionych przez ustrojową transformację, przez własne przegrane wojny z „inteligenckim salonem”, przez zablokowane awanse na uniwersytetach, w inteligenckich korporacjach zawodowych czy mediach.

Zdaje się, że wspominałem już, że zdumiewa mnie ewolucja ideowa Cezarego Michalskiego, który od „pampersów” Walendziaka doszedł do Krytyki Politycznej, gdzie chyba najczęściej teraz publikuje. Michalski zresztą nie stracił podziwu dla Jarosława Kaczyńskiego, tyle tylko, że teraz jest to podziw połączony z lękiem. Nawiasem mówiąc, w tym miejscu

Marek Migalski mało subtelnie mścił się za – istotnie, niezbyt sprawiedliwe – zablokowanie mu uniwersyteckiej kariery przez starą peerelowską gwardię z Uniwersytetu Śląskiego

Michalski się myli. Owszem, Marek Migalski wojował ze starą peerelowską gwardią z UŚ, ale jego habilitacja padła nie tam, ale najpierw we Wrocławiu, a potem w Krakowie. Żeby się nie powtarzać, o Migalskim pisałem na przykład tutaj.

W każdym razie artykuł Cezarego Michalskiego polecam. Czytając go zrozumiałem mesjanistyczną interpretację katastrofy pod Smoleńskiem. Michalski:

Katastrofa lotnicza nie jest niczym podniecającym dla ludzi, którym się w życiu powiodło. Oni zajęci są uprawianiem swojego ogródka i raczej chcieliby z katastrofy wyciągnąć praktyczne wnioski, ustalić odpowiedzialnych, poprawić procedury, po czym o tragedii jak najszybciej zapomnieć. Jednak dla ludzi sfrustrowanych każda katastrofa ma posmak apokalipsy, sądu ostatecznego nad tymi bliźnimi, którzy cieszą się niezasłużonym życiowym sukcesem.

„Sfrustrowani”, aby zanegować bolesną absurdalność katastrofy, chcieli nadać jej jakiś głębszy sens. Szybko okazało się, że media, także te bardzo krytyczne wobec prezydentury Lecha Kaczyńskiego, zgodnie z polską, sentymentalną tradycją, zaczęły o nim pisać dobrze jako o człowieku, przemilczając aspekty polityczne. Śmierć uwzniośla, śmierć urzędującego prezydenta skupia wszystkie oczy na majestacie państwa. „Sfrustrowani” uznali jednak, że śmierć Kaczyńskiego zdarła łuski z oczu jego krytykom, którzy dotąd go „opluwali” i „poniżali”, a teraz nagle w zgrozie pojęli jego prawdziwą wielkość, co zostało przypieczętowane przez wawelski pogrzeb. Mesjanistyczny sens „ofiary” Kaczyńskiego byłby więc taki, że przywróciła ona należną cześć „prawym Polakom” i zanegowała język agresji. No pięknie, tyle tylko, że Chrystus i wszelkie jego literackie figury, od Rolanda aż po Aslana z Opowieści z Narnii i Harry’ego Pottera, wybrali śmierć świadomie, mając możliwość dokonania innego wyboru. Kaczyński zginął przypadkowo i skoro decyzja o lądowaniu została podjęta, nie mógł swojego losu odwrócić. Nie ma więc mowy ani o ofierze, ani o mesjanizmie.

W tym samym numerze Newsweeka prof. Grzegorz Gorzelak broni swojej koncepcji rozwoju metropolitalnego, o której wspominała anuszka (w tej chwili w sieci dostępny jest tylko malutki skrót artykułu). Na szczęście Gorzelak nie idzie tak daleko, jak Janusz Majcherek, który w swoim kuriozalnym tekscie zalecał wieś wygłodzić i powiadał, że rozwijanie szkół na wsi nie ma sensu. Gorzelak twierdzi co prawda, że to metropolie (i lokalne ośrodki typu metropolitalnego) mogą być jedynymi lokomotywami rozwoju, tak, jak kiedyś okręgi przemysłowe, zwraca jednak uwagę na konieczność rozwijania oświaty w regionach zacofanych, „bo jedynie nauka może wyrównać braki w kapitale kulturowym”. Jeszcze do tego wrócę.

Gorzelak pisze przy tym rzecz arcyciekawą:

Owe różnice strukturalne mają wielowiekową tradycję. W późnym średniowieczu Wisła stała się granicą modernizacji postępującej z zachodu. Nie przekroczyły jej klasztory cysterskie, zatrzymał się na niej styl romański, na wschód od Wisły na prawie magdeburskim i lubeckim lokowano pojedyncze miasta, a plony zbóż w zachodniej części ówczesnej Polski były 2-3 razy wyższe niż we wschodniej […]. Zabory z XIX wieku różnice te pogłębiły.

Cokolwiek by o koncepcjach Gorzelaka sądzić, jego artykuł także polecam.

Kaczyński tam gdzie ZOMO

W dzisiejszej Kropce nad i Jarosław Kaczyński twórczo rozwinął to, co powiedział już wcześniej: Edward Gierek był polskim patriotą i dobrym przywódcą, bo chciał, żeby Polska była 10 gospodarką na świecie i miał takie mocarstwowe ambicje w stosunku do Polski. Co prawda był komunistą, i to należy potępić, ale należy rozumieć różne uwarunkowania, w jakich ludzie wówczas działali. I nawet opozycję traktował łagodnie, nie zamykał do więzień (cytuję z pamięci). Po czym przerwał program i uciekł przed niewygodnymi pytaniami Moniki Olejnik.

Domyślam się, że Kaczyński chciał zaapelować do ludzi starszych, którzy czasy gierkowskie wspominają z pewnym sentymentem, a także do pewnej części wyborców Grzegorza Napieralskiego, jednak aż takiego cynizmu nawet ja się po Jarosławie Kaczyńskim nie spodziewałem. Dziś bowiem Jarosław Kaczyński zanegował sens istnienia opozycji demokratycznej w latach ’70, sens Sierpnia i Solidarności. Gdy koniunktura polityczna była inna, Jarosław Kaczyński był ze swojego udziału w opozycji lat ’70 i Solidarności dumny. Dzisiaj Jarosław Kaczyński stanął tam, gdzie stało ZOMO.

Najnowszy sondaż przewiduje zwycięstwo Kaczyńskiego. Drżyj, Polsko.

Lewą marsz!

O wyniku drugiej tury wyborów zdecydują wyborcy Napieralskiego. Komorowski wobec tego będzie przypominał, dlaczego lewica powinna bać się recydywy IV RP. Jarosław Kaczyński natomiast będzie chciał przyciągnąć elektorat Napieralskiego akcentując swój program społeczny i gospodarczy. Istotnie, Jarosław Kaczyński już ogłosił, że „my jesteśmy lewicowi”. Pisałem, że dla zdobycia władzy ten człowiek jest w stanie wykonać każdą woltę. Ciekawe, jak daleko to pójdzie. Czy Jarosław Kaczyński już teraz zdecyduje się na jakieś akcenty antyklerykalne, czy poczeka, żeby sprawdzić, czy poparcie lewicowego elektoratu jest trwałe? Moim zdaniem jeszcze poczeka, choć trzeba pamiętać, że dla Kaczyńskiego – w odróżnieniu od Komorowskiego! – sprawy religijne mają znaczenie wyłącznie instrumentalne, więc jeśli dojdzie do wniosku, że antyklerykalizm mu popłaca, bez wahania się nim posłuży. Wysiądzie z kościelnego tramwaju na przystanku z napisem „władza”. Nie będzie teraz biegał do Radia Maryja ani afiszował się na uroczystościach religijnych, bo ci, którzy pod wpływem Kościoła poparli go w pierwszej turze, nie mają co zrobić, więc i tak zagłosują na niego w drugiej. Jarosław Kaczyński przy tym odzyskał już dawny wigor i ewidentnie gra o całość, o prezydenturę teraz i większość parlamentarną (może w koalicji z SLD) za rok.

Martwię się natomiast, że strategia Komorowskiego może być nieskuteczna. Zdecydowana większość tych, którzy boją się Jarosława Kaczyńskiego, już zagłosowała na Komorowskiego, więc taki potencjał rozszerzania bazy wyborczej już się niemalże wyczerpał. Potrzebny jest jakiś pomysł pozytywny, ale jaki, nie wiem. Liberalizm też ludzi nie pociągnie, bo został skutecznie skompromitowany i przez kryzys, i przez poprzednią kampanię wyborczą. Obawiam się, że sztabowcy Komorowskiego jeszcze tego nie widzą.

Palikot sugeruje, żeby zrobić Napieralskiego wicepremierem. Nic z tego. Napieralski jest głupi, ale nie jest idiotą. Nie opowiadając się wyraźnie po żadnej ze stron, Napieralski zostawia sobie znacznie szersze pole manweru po wyborach parlamentarnych, kiedy, jak sądzi, może ugrać więcej. Przy czym Napieralski, przeżywający teraz chwile osobistego tryumfu, jest bezideowy aż do szpiku kości. Nie jest żadną lewicą, pójdzie z tym, kto da więcej posad dla działaczy SLD. Platforma też to w końcu dostrzeże – ale za późno z perspektywy obecnych wyborów –  i będzie musiała stać się bardziej lewicowa, mniej liberalna, żeby nie zrazić do siebie elektoratu potencjalnego sojusznika.

Boję się, że Jarosław Kaczyński wygra.

W każdym razie ostentacyjna prawicowość jest teraz passe, podobnie jak przypodobywanie się Kościołowi. Tak będzie przez najbliższe dwa tygodnie. Ciekawe, czy i jak przełoży się to na realną politykę.

 

Kto tam znów rusza prawą?
Lewa!
Lewa!
Lewa!

P.s. 1 lipca. Doszło do tego, że Jarosław Kaczyński chwali Edwarda Gierka. Od dawna uważałem, że Kaczyński dla władzy zdolny jest do wszystkiego, ale cóż, nawet ja czuję się zaskoczony.

Hańba!

Właśnie przeczytałem przerażającą rzecz: Watykan planuje znieść karę kanoniczną nałożoną na abp Paetza. Podobno arcybiskup bardzo o to zabiegał. Tak, jak przypuszczałem, Juliusz Paetz nigdy nie zrozumiał swojego występku; teraz okazuje się, że nie dość, iż grzeszył nieczystością, wykorzystywał słabszych i mówił fałszywe świadectwo o bliźnich, grzeszy też pychą. Zniesienie kary nałożonej na Paetza będzie bodaj większym zgorszeniem, niż to, czego Paetz się dopuścił, pokazuje bowiem, iż Kościół nie dba o ofiary i wybarcza oprawcy, chociaż ten nie okazał żadnej skruchy. Kościół gardzi skrzywdzonymi i tymi, którzy postępowaniem Paetza poczuli się zgorszeni. Poznańska kuria walczy jeszcze o cofnięcie tej decyzji – być może upublicznienie sprawy przez Gazetę jest częścią tej walki – ale Watykan nie zwykł cofać swoich decyzji. Hańba, hańba, po trzykroć hańba!

Na forum ktoś przypomina, iż abp Kowalczyk, gdy był nuncjuszem, bronił Paetza, starał się niedopuścić do tego, aby sprawa dotarła do Watykanu, a nawet atakował księży, którzy skandaliczne zachowanie Paetza ujawnili. Dziś abp Kowalczyk jest Prymasem Polski. Czyżby był orędownikiem Paetza w Watykanie? Brak mi słów.

Anuszka na swoim blogu pisze o mizoginistycznych nonsensach, które Kościół głosi wobec młodzieży. Czy księża naprawdę myślą, że ktoś to przyjmie za dobrą monetę? Czy też są tak oderwani od rzeczywistości? A może to rzeczywiście jest tylko zwekslowany popęd płciowy, manifestujący się tym razem nie nadużyciami seksualnymi, tylko paternalistycznymi bzdurami? Czy któryś z tych idiotów czytał Księgę Rodzaju, mężczyzną i kobietą stworzył ich? A jeśli czytał, to czy zrozumiał, że w zamyśle Boga ludzie są równi wobec Niego i wobec świata, niezależnie od płci?!

Kilka dni temu prasa podsumowała, jakie to sumy Kościół wyłudził – powtórzę, żeby nie było wątpliwości: wyłudził – od państwa jako rekompensatę za „utracone mienie”.

Polityczne zaangażowanie Kościoła w obecną kampanię wyborczą jest wobec tego wszystkiego tylko małą poprawką.

Jestem katolikiem i wiary swojej się nie wstydzę, ale Kościoła instytucjonalnego wstydzę się coraz bardziej. Instytucje kościelne – w Polsce, ale też w Watykanie i gdzie indziej – usilnie, wytrwale i z niezwykłym poświęceniem pracują nad tym, żeby Polskę zlaicyzować. Paetz – publiczne zgorszenie. Komisja Majątkowa – chciwość. Lednica – odpychanie od siebie młodzieży. Wybory – zniechęcanie jakieść części katolików zaangażowanych politycznie. Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią, chciałoby się rzec. Nie rozumiem. Jestem przerażony.

P.s. 18.06.10. Jak podaje Gazeta, consummatum est.

Hannibal ad portas

Najnowsze sondaże pokazują, że przewaga Bronisława Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim zmniejsza się. Druga tura jest prawie pewna, ale jej wynik – niepewny.

Komorowski sam sobie szkodzi. Jego kampania jest niemrawa, sam marszałek popełnia dużo gaf i błędów. Drobnych gaf i błędów, ale wszystko to składa się na niepokojący obraz. Najgorsze jest to, że sztab Komorowskiego nie ma żadnego pomysłu na kampanię. Platforma i Komorowski zachowują się tak, jakby prezydentura się marszałkowi należała. Głównym argumentem jest to, że jeśli prezydentem nie zostanie Komorowski, zostanie nim Jarosław Kaczyński. To skądinąd jest prawda i jest to najpoważniejszy argument, ale to widać za mało. Brak tego czegoś, co by pokazało, że Komorowski zasługuje na prezydenturę jako Komorowski, nie tylko jako nie-Kaczyński. Komorowski, jako kandydat partii rządzącej, jest też obarczany odpowiedzialnością – niekiedy słuszną, często wydumaną – za skutki powodzi.

Martwi mnie, iż dwa autentycznie twórcze pomysły, pokazujące, iż Komorowski, w przeciwieństwie do swojego poprzednika i najważniejszego konkurenta, nie będzie prezydentem partyjnym, a mianowicie powołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego i wysunięcie Marka Belki na stanowisko prezesa NBP, nie wypaliły. Platforma nie umiała ich rozegrać. Inna rzecz, że były one nastawione na pozyskanie głosów lewicy, ta zaś zobaczyła, że może się w tych wyborach wybić na polityczną niezależność.

Spadek dystansu pomiędzy Komorowskim a Kaczyńsim wiążę ze wzrostem notowań Napieralskiego. Wiele osób o poglądach lewicowych postanowiło na niego głosować nie dlatego, że liczą, iż Napieralski wejdzie do drugiej tury, ani nawet nie dlatego, że popierają samego Napieralskiego, ale właśnie po to, żeby pozakzać, że lewica w Polsce jeszcze jest i że może się liczyć w polityce. Ludziom tym najwyraźniej wydaje się, iż Kaczyński jest już niegroźny i że nie trzeba przede wszystkim powstrzymać Jarosława Kaczyńskiego. To błąd. Jarosław Kaczyński jest bardzo groźny – co ja o nim myślę, pisałem tutaj. Ba, obawiam się, że część z wyborców Napieralskiego nie weźmie udziału w drugiej turze, część zaś zagłosuje na Kaczyńskiego – trochę dlatego, że jeśli pominąć kwestie światopoglądowe, Kaczyński jest im programowo bliższy, niż Komorowski, trochę na złość Komorowskiemu, Tuskowi i Platformie, trochę zaś dlatego, iż uwierzą Jarosławowi Kaczyńskiemu, iż prezydent i premier z tej samej partii stanowią zagrożenie dla demokracji. Jezus Maria, a gdy prezydentem i premierem byli bliźniacy Kaczyńscy, zagrożenia dla demokracji nie było, bo Kaczyńskimi powodowało czyste dobro?! Ludzie mają niesłychanie krótką pamięć.

Nie byłbym bardzo zdziwiony, gdyby sam Napieralski, skuszony jakimiś malutkimi stanowiskami dla sfrustrowanych działaczy SLD, wezwał swoich wyborców do głosowania na Kaczyńskiego. Nie sądzę, aby wezwał ich do głosowania na Komorowskiego. Najprawdopodobniej Napieralski nie poprze nikogo, co de facto będzie oznaczać poparcie Kaczyńskiego. Ostrzegam, to zapewne skończy marzenia o samodzielnej lewicy na wiele lat. Rząd PiS-PSL-SLD co prawda mnie nie zdziwi, ale w takim rządzie to SLD będzie przystawką.

PSL i Waldemar Pawlak, skoro o nich mowa, zachowują się nielojalnie, ale to mnie zupełnie nie dziwi. Oni tak mają.

Kampania samego Jarosława Kaczyńskiego też nie zachwyca. Niesie go tradycyjny elektrorat, plus sympathy vote po katastrofie pod Soleńskiem, plus wpadki Komorowskiego i przeciwskuteczne ataki presonalne na Kaczyńskiego (Wajda, Bartoszewski, Palikot), plus nieskrywane poparcie Kościoła. Bardzo się Kościołowi dziwię, biskupi, z uporem godnym lepszej sprawy, usilnie pracują na rzecz laicyzacji Polski. Kaczyński już nie akcentuje swojej przemiany, zresztą najwyraźniej wrócił już fizycznie do formy, ale tonuje język i odżegnuje się od IV Rzeczpospolitej. Obawiam się, ba, jestem pewien, że są to tylko posunięcia taktyczne.

Może los się jeszcze odmieni, może Bronisław Komorowski wygra. Bardzo mi na tym zależy. Poseł Palikot jest optymistą. Ale jeśli nie, to cóż, Polska jest dużym krajem i jakoś prezydenturę Jarosława Kaczyńskiego przeżyjemy, tym bardziej, że prezydent ma mniejsze sposoby oddziaływania na rzeczywistość, niż premier. Ale że Jarosław Kaczyński będzie prezydentem-szkodnikim tak, jak jego brat, nie mam wątpliwości. No i będzie obrzydliwie. Strasznie i śmiesznie, ale głównie strasznie.