Kamionki

Ostatni tydzień z okładem spędziliśmy w Kamionkach, malutkiej mazurskiej wsi. Krajobrazy piękne, jezioro Dejguny puste, pogoda – najpierw upał, potem pochłodniało i popadało, ale na pewno nie tak, jak na południu Polski. Mieszkaliśmy w profesjonalnym, zadbanym, dobrze urządzonym gospodarstwie agroturystycznym – szczerze polecam. Muszę powiedzieć, że i po tym wyjeździe wakacyjnym, i po naszym wiosennym pobycie w Wiśle wnoszę, że Polska staje się zamożna: Jest już na tyle duża grupa ludzi, która chce wypoczywać w pewnym standardzie, że warto o nią zadbać.

W środku Kamionek stoi kamienna płyta poświęcona mieszkańcom wsi poległym w czasie I Wojny Światowej:

Kamionki - płyta ku czci ofiar Wojny Światowej Kamionki - płyta ku czci ofiar Wojny Światowej, zbliżenie
Kliknij żeby powiększyć

Dwie rzeczy mi przyszły do głowy: Po pierwsze, jak wiele nazwisk jest polskich (także polskich w niemieckiej pisowni – np. Wessoleck, Schnarewski). Czyżby ci ludzie byli Polakami? Na pewno nie. Byli Mazurami, a niektórzy może czuli się Niemcami i tylko nazwiska ujawniały pochodzenie ich przodków. Po drugie, skoro tylu mężczyzn z tej wsi poległo – zapewne głównie w czasie ofensywy rosyjskiej z 1914, gdy walki toczyły się w samych Kamionkach, ale też, sądząc po datach, także w czasie innych walk, na innych frontach – to musiała być wówczas duża wieś. Na pewno większa, niż obecnie.

Mój ojciec twierdził, że to, co Polska Ludowa zrobiła z Mazurami, powinno być powodem do wstydu. Ci ludzie przez wieki walczyli o zachowanie własnej odrębności, a Polska potraktowała ich jak obcych – bo byli ewangelikami, bo mówili gwarą, bo nie uważali się za Polaków, ale za Mazurów. W końcu wyjechali do Niemiec – tak, w poszukiwaniu lepszego życia, ale też dlatego, że w Polsce czuli się źle. Gorzej niż za Niemca. A Polsce do dzisiaj odbija się to czkawką, choćby w postaci znanej historii z Nart.

Klekoczące bociany

Za to bociany nie są ani historyczne, ani polityczne, ale są urocze. Klekot bociana wcale nie jest suchy, przeciwnie, jest dźwięczny, jakby ktoś gral na ksylofonie. Wiele razy widzieliśmy, jak jeden bocian lub dwa siadały na dachu, na którym przygotowane jest miejsce na nowe gniazdo. Zaczynały klekotać, odchylając głowę do tyłu i kładąc ją na plecach, potem prostowały szyje, rozkładały skrzydła i stroszyły ogon. Ciekawe, co to znaczy – ja tu zamieszkam, a ty zamieszkaj razem ze mną?

Ironia losu

Szukając materiałów do mojego poważnego wpisu na temat dyskusji wokół globalnego ocieplenia, trafiłem na ciekawy artykuł w Nature. Otóż klimatolodzy wyobrażają sobie, że Szeroka Publiczność czerpie przekonania na temat zmian klimatycznych z prac i dyskusji naukowych. Guzik prawda. Szeroka Publiczność korzysta z przekazów medialnych (które na ogół same korzystają z wcześniejszych przekazów medialnych), przede wszystkim zaś z obserwacji pogody za oknem. Tegoroczna zima była bardzo ostra – o czym sam z trudem przypominam sobie podczas obecnej fali upałów – a już na Wyspach Brytyjskich była ostra wyjątkowo. Brytyjska prasa popularna kpiła wówczas z hipotezy globalnego ocieplenia, wieszcząc raczej początek nowej „małej epoki lodowcowej”. W rezultacie, jak pokazały badania opinii publicznej przeprowadzone przez BBC, podczas gdy w listopadzie 2009 41% Brytyjczyków wierzyło, że globalne ocieplenie jest spowodowane przez ludzi, odsetek ten spadł do 26% w lutym 2010.

Klimatolodzy załamują ręce. Lokalna pogoda, to, czy jest ciepło czy zimno, sucho czy mokro, nie musi być związana ze zmianami klimatu. Mogą to być odchylenia od wieloletniego trendu. Fluktuacje, jak powiedzieliby fizycy. Liczy się trend oraz zjawiska w skali planetarnej: tak, zima w Europie była ciężka, ale mniej więcej w tym samym czasie na olimpiadzie w Vancouver śnieg na trasy narciarskie trzeba było dowozić ciężarówkami, zawodnicy zaś startowali niekiedy przy +10°C. Ba, z pewnych modeli atmosfery wynika, iż globalne ocieplenie skutkować może większą liczbą dni o temperaturach ekstremalnych, bardzo gorących, ale i bardzo zimnych, tak, że średnia będzie przesuwać się w górę. Tegoroczne anomalie pogodowe w Europie w żaden sposób nie przeczą hipotezie globalnego ocieplenia, chociaż konstatacja ta kłóci się z podejściem zdroworozsądkowym. Klimatolodzy wkładają więc wiele wysiłku aby przekonać Szeroką Publiczność, że związek pomiędzy pogodą a zmianami klimatu nie jest tak bezpośredni, jak by to się mogło wydawać.

Tymczasem wszkaże okazało się, że ludzie coraz mniej chętnie wierzą w hipotezę globalnego ocieplenia – wciąż wierzy w to większość mieszkańców strefy euroatlantyckiej, jednak wyraźnie mniej, niż jeszcze kilka lat temu. Jedną z przyczyn jest spadek zaufania do klimatologów, wywołany serią skandali, o której wspominam na blogu Tygodnika. Klimatolodzy planują więc odzyskać zaufanie poprzez szereg akcji PR, ocieplanie (nomen omen) wizerunku nauki, planują także wykorzystać… prezenterów pogody. Ludzie wierzą bowiem swoim ulubionym prezenterom  i, zapewne, wydawać im się będzie naturalne, iż ci, mówiąc o pogodzie,  będą im też tłumaczyć zmiany klimatu.

Czy to nie zabawne? Z jednej strony kilmatolodzy protestują przeciwko wiązaniu pogody z klimatem, z drugiej jednak sami chcą to powiązanie wykorzystać.

Z napięciem czekam czy Doskonaleszary na mnie za to napadnie, tu albo na blogu Tygodnika ☺.

Przegląd prasy

W najnowszym Newsweeku dobry artykuł Cezarego Michalskiego Kampania w cieniu małej apokalipsy. Michalski nazywa Jarosława Kaczyńskiego kandydatem wszystkich poranionych, nazwiązując do znanej wypowiedzi Anny Fotygi.

Szczególny ton nadały tej kampanii autentyczny tragizm, frustracja i resentyment Jarosława Kaczyńskiego współgrające z tragizmem, frustracją i resentymentem jego elektoratu. […] Zraniony Kaczyński przyciągnął do siebie wszystkich innych zranionych przez ustrojową transformację, przez własne przegrane wojny z „inteligenckim salonem”, przez zablokowane awanse na uniwersytetach, w inteligenckich korporacjach zawodowych czy mediach.

Zdaje się, że wspominałem już, że zdumiewa mnie ewolucja ideowa Cezarego Michalskiego, który od „pampersów” Walendziaka doszedł do Krytyki Politycznej, gdzie chyba najczęściej teraz publikuje. Michalski zresztą nie stracił podziwu dla Jarosława Kaczyńskiego, tyle tylko, że teraz jest to podziw połączony z lękiem. Nawiasem mówiąc, w tym miejscu

Marek Migalski mało subtelnie mścił się za – istotnie, niezbyt sprawiedliwe – zablokowanie mu uniwersyteckiej kariery przez starą peerelowską gwardię z Uniwersytetu Śląskiego

Michalski się myli. Owszem, Marek Migalski wojował ze starą peerelowską gwardią z UŚ, ale jego habilitacja padła nie tam, ale najpierw we Wrocławiu, a potem w Krakowie. Żeby się nie powtarzać, o Migalskim pisałem na przykład tutaj.

W każdym razie artykuł Cezarego Michalskiego polecam. Czytając go zrozumiałem mesjanistyczną interpretację katastrofy pod Smoleńskiem. Michalski:

Katastrofa lotnicza nie jest niczym podniecającym dla ludzi, którym się w życiu powiodło. Oni zajęci są uprawianiem swojego ogródka i raczej chcieliby z katastrofy wyciągnąć praktyczne wnioski, ustalić odpowiedzialnych, poprawić procedury, po czym o tragedii jak najszybciej zapomnieć. Jednak dla ludzi sfrustrowanych każda katastrofa ma posmak apokalipsy, sądu ostatecznego nad tymi bliźnimi, którzy cieszą się niezasłużonym życiowym sukcesem.

„Sfrustrowani”, aby zanegować bolesną absurdalność katastrofy, chcieli nadać jej jakiś głębszy sens. Szybko okazało się, że media, także te bardzo krytyczne wobec prezydentury Lecha Kaczyńskiego, zgodnie z polską, sentymentalną tradycją, zaczęły o nim pisać dobrze jako o człowieku, przemilczając aspekty polityczne. Śmierć uwzniośla, śmierć urzędującego prezydenta skupia wszystkie oczy na majestacie państwa. „Sfrustrowani” uznali jednak, że śmierć Kaczyńskiego zdarła łuski z oczu jego krytykom, którzy dotąd go „opluwali” i „poniżali”, a teraz nagle w zgrozie pojęli jego prawdziwą wielkość, co zostało przypieczętowane przez wawelski pogrzeb. Mesjanistyczny sens „ofiary” Kaczyńskiego byłby więc taki, że przywróciła ona należną cześć „prawym Polakom” i zanegowała język agresji. No pięknie, tyle tylko, że Chrystus i wszelkie jego literackie figury, od Rolanda aż po Aslana z Opowieści z Narnii i Harry’ego Pottera, wybrali śmierć świadomie, mając możliwość dokonania innego wyboru. Kaczyński zginął przypadkowo i skoro decyzja o lądowaniu została podjęta, nie mógł swojego losu odwrócić. Nie ma więc mowy ani o ofierze, ani o mesjanizmie.

W tym samym numerze Newsweeka prof. Grzegorz Gorzelak broni swojej koncepcji rozwoju metropolitalnego, o której wspominała anuszka (w tej chwili w sieci dostępny jest tylko malutki skrót artykułu). Na szczęście Gorzelak nie idzie tak daleko, jak Janusz Majcherek, który w swoim kuriozalnym tekscie zalecał wieś wygłodzić i powiadał, że rozwijanie szkół na wsi nie ma sensu. Gorzelak twierdzi co prawda, że to metropolie (i lokalne ośrodki typu metropolitalnego) mogą być jedynymi lokomotywami rozwoju, tak, jak kiedyś okręgi przemysłowe, zwraca jednak uwagę na konieczność rozwijania oświaty w regionach zacofanych, „bo jedynie nauka może wyrównać braki w kapitale kulturowym”. Jeszcze do tego wrócę.

Gorzelak pisze przy tym rzecz arcyciekawą:

Owe różnice strukturalne mają wielowiekową tradycję. W późnym średniowieczu Wisła stała się granicą modernizacji postępującej z zachodu. Nie przekroczyły jej klasztory cysterskie, zatrzymał się na niej styl romański, na wschód od Wisły na prawie magdeburskim i lubeckim lokowano pojedyncze miasta, a plony zbóż w zachodniej części ówczesnej Polski były 2-3 razy wyższe niż we wschodniej […]. Zabory z XIX wieku różnice te pogłębiły.

Cokolwiek by o koncepcjach Gorzelaka sądzić, jego artykuł także polecam.

Kaczyński tam gdzie ZOMO

W dzisiejszej Kropce nad i Jarosław Kaczyński twórczo rozwinął to, co powiedział już wcześniej: Edward Gierek był polskim patriotą i dobrym przywódcą, bo chciał, żeby Polska była 10 gospodarką na świecie i miał takie mocarstwowe ambicje w stosunku do Polski. Co prawda był komunistą, i to należy potępić, ale należy rozumieć różne uwarunkowania, w jakich ludzie wówczas działali. I nawet opozycję traktował łagodnie, nie zamykał do więzień (cytuję z pamięci). Po czym przerwał program i uciekł przed niewygodnymi pytaniami Moniki Olejnik.

Domyślam się, że Kaczyński chciał zaapelować do ludzi starszych, którzy czasy gierkowskie wspominają z pewnym sentymentem, a także do pewnej części wyborców Grzegorza Napieralskiego, jednak aż takiego cynizmu nawet ja się po Jarosławie Kaczyńskim nie spodziewałem. Dziś bowiem Jarosław Kaczyński zanegował sens istnienia opozycji demokratycznej w latach ’70, sens Sierpnia i Solidarności. Gdy koniunktura polityczna była inna, Jarosław Kaczyński był ze swojego udziału w opozycji lat ’70 i Solidarności dumny. Dzisiaj Jarosław Kaczyński stanął tam, gdzie stało ZOMO.

Najnowszy sondaż przewiduje zwycięstwo Kaczyńskiego. Drżyj, Polsko.

Lewą marsz!

O wyniku drugiej tury wyborów zdecydują wyborcy Napieralskiego. Komorowski wobec tego będzie przypominał, dlaczego lewica powinna bać się recydywy IV RP. Jarosław Kaczyński natomiast będzie chciał przyciągnąć elektorat Napieralskiego akcentując swój program społeczny i gospodarczy. Istotnie, Jarosław Kaczyński już ogłosił, że „my jesteśmy lewicowi”. Pisałem, że dla zdobycia władzy ten człowiek jest w stanie wykonać każdą woltę. Ciekawe, jak daleko to pójdzie. Czy Jarosław Kaczyński już teraz zdecyduje się na jakieś akcenty antyklerykalne, czy poczeka, żeby sprawdzić, czy poparcie lewicowego elektoratu jest trwałe? Moim zdaniem jeszcze poczeka, choć trzeba pamiętać, że dla Kaczyńskiego – w odróżnieniu od Komorowskiego! – sprawy religijne mają znaczenie wyłącznie instrumentalne, więc jeśli dojdzie do wniosku, że antyklerykalizm mu popłaca, bez wahania się nim posłuży. Wysiądzie z kościelnego tramwaju na przystanku z napisem „władza”. Nie będzie teraz biegał do Radia Maryja ani afiszował się na uroczystościach religijnych, bo ci, którzy pod wpływem Kościoła poparli go w pierwszej turze, nie mają co zrobić, więc i tak zagłosują na niego w drugiej. Jarosław Kaczyński przy tym odzyskał już dawny wigor i ewidentnie gra o całość, o prezydenturę teraz i większość parlamentarną (może w koalicji z SLD) za rok.

Martwię się natomiast, że strategia Komorowskiego może być nieskuteczna. Zdecydowana większość tych, którzy boją się Jarosława Kaczyńskiego, już zagłosowała na Komorowskiego, więc taki potencjał rozszerzania bazy wyborczej już się niemalże wyczerpał. Potrzebny jest jakiś pomysł pozytywny, ale jaki, nie wiem. Liberalizm też ludzi nie pociągnie, bo został skutecznie skompromitowany i przez kryzys, i przez poprzednią kampanię wyborczą. Obawiam się, że sztabowcy Komorowskiego jeszcze tego nie widzą.

Palikot sugeruje, żeby zrobić Napieralskiego wicepremierem. Nic z tego. Napieralski jest głupi, ale nie jest idiotą. Nie opowiadając się wyraźnie po żadnej ze stron, Napieralski zostawia sobie znacznie szersze pole manweru po wyborach parlamentarnych, kiedy, jak sądzi, może ugrać więcej. Przy czym Napieralski, przeżywający teraz chwile osobistego tryumfu, jest bezideowy aż do szpiku kości. Nie jest żadną lewicą, pójdzie z tym, kto da więcej posad dla działaczy SLD. Platforma też to w końcu dostrzeże – ale za późno z perspektywy obecnych wyborów –  i będzie musiała stać się bardziej lewicowa, mniej liberalna, żeby nie zrazić do siebie elektoratu potencjalnego sojusznika.

Boję się, że Jarosław Kaczyński wygra.

W każdym razie ostentacyjna prawicowość jest teraz passe, podobnie jak przypodobywanie się Kościołowi. Tak będzie przez najbliższe dwa tygodnie. Ciekawe, czy i jak przełoży się to na realną politykę.

 

Kto tam znów rusza prawą?
Lewa!
Lewa!
Lewa!

P.s. 1 lipca. Doszło do tego, że Jarosław Kaczyński chwali Edwarda Gierka. Od dawna uważałem, że Kaczyński dla władzy zdolny jest do wszystkiego, ale cóż, nawet ja czuję się zaskoczony.

Hańba!

Właśnie przeczytałem przerażającą rzecz: Watykan planuje znieść karę kanoniczną nałożoną na abp Paetza. Podobno arcybiskup bardzo o to zabiegał. Tak, jak przypuszczałem, Juliusz Paetz nigdy nie zrozumiał swojego występku; teraz okazuje się, że nie dość, iż grzeszył nieczystością, wykorzystywał słabszych i mówił fałszywe świadectwo o bliźnich, grzeszy też pychą. Zniesienie kary nałożonej na Paetza będzie bodaj większym zgorszeniem, niż to, czego Paetz się dopuścił, pokazuje bowiem, iż Kościół nie dba o ofiary i wybarcza oprawcy, chociaż ten nie okazał żadnej skruchy. Kościół gardzi skrzywdzonymi i tymi, którzy postępowaniem Paetza poczuli się zgorszeni. Poznańska kuria walczy jeszcze o cofnięcie tej decyzji – być może upublicznienie sprawy przez Gazetę jest częścią tej walki – ale Watykan nie zwykł cofać swoich decyzji. Hańba, hańba, po trzykroć hańba!

Na forum ktoś przypomina, iż abp Kowalczyk, gdy był nuncjuszem, bronił Paetza, starał się niedopuścić do tego, aby sprawa dotarła do Watykanu, a nawet atakował księży, którzy skandaliczne zachowanie Paetza ujawnili. Dziś abp Kowalczyk jest Prymasem Polski. Czyżby był orędownikiem Paetza w Watykanie? Brak mi słów.

Anuszka na swoim blogu pisze o mizoginistycznych nonsensach, które Kościół głosi wobec młodzieży. Czy księża naprawdę myślą, że ktoś to przyjmie za dobrą monetę? Czy też są tak oderwani od rzeczywistości? A może to rzeczywiście jest tylko zwekslowany popęd płciowy, manifestujący się tym razem nie nadużyciami seksualnymi, tylko paternalistycznymi bzdurami? Czy któryś z tych idiotów czytał Księgę Rodzaju, mężczyzną i kobietą stworzył ich? A jeśli czytał, to czy zrozumiał, że w zamyśle Boga ludzie są równi wobec Niego i wobec świata, niezależnie od płci?!

Kilka dni temu prasa podsumowała, jakie to sumy Kościół wyłudził – powtórzę, żeby nie było wątpliwości: wyłudził – od państwa jako rekompensatę za „utracone mienie”.

Polityczne zaangażowanie Kościoła w obecną kampanię wyborczą jest wobec tego wszystkiego tylko małą poprawką.

Jestem katolikiem i wiary swojej się nie wstydzę, ale Kościoła instytucjonalnego wstydzę się coraz bardziej. Instytucje kościelne – w Polsce, ale też w Watykanie i gdzie indziej – usilnie, wytrwale i z niezwykłym poświęceniem pracują nad tym, żeby Polskę zlaicyzować. Paetz – publiczne zgorszenie. Komisja Majątkowa – chciwość. Lednica – odpychanie od siebie młodzieży. Wybory – zniechęcanie jakieść części katolików zaangażowanych politycznie. Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią, chciałoby się rzec. Nie rozumiem. Jestem przerażony.

P.s. 18.06.10. Jak podaje Gazeta, consummatum est.

Hannibal ad portas

Najnowsze sondaże pokazują, że przewaga Bronisława Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim zmniejsza się. Druga tura jest prawie pewna, ale jej wynik – niepewny.

Komorowski sam sobie szkodzi. Jego kampania jest niemrawa, sam marszałek popełnia dużo gaf i błędów. Drobnych gaf i błędów, ale wszystko to składa się na niepokojący obraz. Najgorsze jest to, że sztab Komorowskiego nie ma żadnego pomysłu na kampanię. Platforma i Komorowski zachowują się tak, jakby prezydentura się marszałkowi należała. Głównym argumentem jest to, że jeśli prezydentem nie zostanie Komorowski, zostanie nim Jarosław Kaczyński. To skądinąd jest prawda i jest to najpoważniejszy argument, ale to widać za mało. Brak tego czegoś, co by pokazało, że Komorowski zasługuje na prezydenturę jako Komorowski, nie tylko jako nie-Kaczyński. Komorowski, jako kandydat partii rządzącej, jest też obarczany odpowiedzialnością – niekiedy słuszną, często wydumaną – za skutki powodzi.

Martwi mnie, iż dwa autentycznie twórcze pomysły, pokazujące, iż Komorowski, w przeciwieństwie do swojego poprzednika i najważniejszego konkurenta, nie będzie prezydentem partyjnym, a mianowicie powołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego i wysunięcie Marka Belki na stanowisko prezesa NBP, nie wypaliły. Platforma nie umiała ich rozegrać. Inna rzecz, że były one nastawione na pozyskanie głosów lewicy, ta zaś zobaczyła, że może się w tych wyborach wybić na polityczną niezależność.

Spadek dystansu pomiędzy Komorowskim a Kaczyńsim wiążę ze wzrostem notowań Napieralskiego. Wiele osób o poglądach lewicowych postanowiło na niego głosować nie dlatego, że liczą, iż Napieralski wejdzie do drugiej tury, ani nawet nie dlatego, że popierają samego Napieralskiego, ale właśnie po to, żeby pozakzać, że lewica w Polsce jeszcze jest i że może się liczyć w polityce. Ludziom tym najwyraźniej wydaje się, iż Kaczyński jest już niegroźny i że nie trzeba przede wszystkim powstrzymać Jarosława Kaczyńskiego. To błąd. Jarosław Kaczyński jest bardzo groźny – co ja o nim myślę, pisałem tutaj. Ba, obawiam się, że część z wyborców Napieralskiego nie weźmie udziału w drugiej turze, część zaś zagłosuje na Kaczyńskiego – trochę dlatego, że jeśli pominąć kwestie światopoglądowe, Kaczyński jest im programowo bliższy, niż Komorowski, trochę na złość Komorowskiemu, Tuskowi i Platformie, trochę zaś dlatego, iż uwierzą Jarosławowi Kaczyńskiemu, iż prezydent i premier z tej samej partii stanowią zagrożenie dla demokracji. Jezus Maria, a gdy prezydentem i premierem byli bliźniacy Kaczyńscy, zagrożenia dla demokracji nie było, bo Kaczyńskimi powodowało czyste dobro?! Ludzie mają niesłychanie krótką pamięć.

Nie byłbym bardzo zdziwiony, gdyby sam Napieralski, skuszony jakimiś malutkimi stanowiskami dla sfrustrowanych działaczy SLD, wezwał swoich wyborców do głosowania na Kaczyńskiego. Nie sądzę, aby wezwał ich do głosowania na Komorowskiego. Najprawdopodobniej Napieralski nie poprze nikogo, co de facto będzie oznaczać poparcie Kaczyńskiego. Ostrzegam, to zapewne skończy marzenia o samodzielnej lewicy na wiele lat. Rząd PiS-PSL-SLD co prawda mnie nie zdziwi, ale w takim rządzie to SLD będzie przystawką.

PSL i Waldemar Pawlak, skoro o nich mowa, zachowują się nielojalnie, ale to mnie zupełnie nie dziwi. Oni tak mają.

Kampania samego Jarosława Kaczyńskiego też nie zachwyca. Niesie go tradycyjny elektrorat, plus sympathy vote po katastrofie pod Soleńskiem, plus wpadki Komorowskiego i przeciwskuteczne ataki presonalne na Kaczyńskiego (Wajda, Bartoszewski, Palikot), plus nieskrywane poparcie Kościoła. Bardzo się Kościołowi dziwię, biskupi, z uporem godnym lepszej sprawy, usilnie pracują na rzecz laicyzacji Polski. Kaczyński już nie akcentuje swojej przemiany, zresztą najwyraźniej wrócił już fizycznie do formy, ale tonuje język i odżegnuje się od IV Rzeczpospolitej. Obawiam się, ba, jestem pewien, że są to tylko posunięcia taktyczne.

Może los się jeszcze odmieni, może Bronisław Komorowski wygra. Bardzo mi na tym zależy. Poseł Palikot jest optymistą. Ale jeśli nie, to cóż, Polska jest dużym krajem i jakoś prezydenturę Jarosława Kaczyńskiego przeżyjemy, tym bardziej, że prezydent ma mniejsze sposoby oddziaływania na rzeczywistość, niż premier. Ale że Jarosław Kaczyński będzie prezydentem-szkodnikim tak, jak jego brat, nie mam wątpliwości. No i będzie obrzydliwie. Strasznie i śmiesznie, ale głównie strasznie.

Ciąg przyczyn

Jestem wielkim miłośnikiem nadawanych na kanałach edukacyjnych programów typu Katastrofa w przestworzach i stąd wiem, że katastrofy lotnicze mają zazwyczaj więcej niż jedną przyczynę. Musi zajść szereg okoliczności aby doszło do tragedii. Nie inaczej musiało być w przypadku katastrofy pod Smoleńskiem. Przeczytałem transkrypt rozmów w kabinie pilotów, czytam opinie w sieci, wysłuchałem szeregu ekspertów w telewizorze i na tej podstawie zaczynam sobie wyrabiać opinię o tym jak doszło do katastrofy. Oczywiście jest to opinia laika, tym bardziej, że ujawniony transkrypt jest niechlujny (w kilku miejscach ewidentnie pomylona jest sekwencja czasowa), eksperci zaś zgadzają się, iż sam transkrypt mówi niewiele – choć i tak mówi zadziwiająco dużo – i że trzebaby go zestawić z zapisem drugiej czarnej skrzynki, rejestrującej parametry lotu i stan urządzeń pokładowych. Przyczyny można podzielić na cztery grupy:

  1. Dlaczego podjęto decyzję o lądowaniu
  2. Czy dochowano procedur
  3. Dlaczego zignorowano ostrzeżenia TAWS
  4. Jaka była bezpośrednia przyczyna katastrofy

Dlaczego podjęto decyzję o lądowaniu? Piloci zdawali sobie sprawę z fatalnych warunków na lotnisku i głośno wyrażali swoje wątpliwości co do tego, czy dadzą radę wylądować, a jednak nie zdecydowali się na odejście na zapasowe lotnisko. Dla mnie jest zupełnie jasne, że choć nie usłyszeli wprost rozkazu „macie wylądować”, byli poddani wielkiej presji psychicznej. Czekali na decyzję prezydenta (sic!), który przez dyrektora Kazanę był poinformowany o fatalnej pogodzie w Smoleńsku, być może też na decyzję gen. Błasika, który, jak przypuszczam, dowodził załogą formalnie, nie tylko na zasadzie ogólnego zwierzchnictwa, a gdy nikt nie zdecydował za nich, sami nie odważyli się na odejście na inne lotnisko. Nawet tego głośno nie rozważali, zachowywali się biernie, jakby sparaliżowani strachem przed zwierzchnikami. Zastanawiali się, czy wkurzy się, jeśli jeszcze… Pamiętali, co się stało w czasie wyprawy gruzińskiej. Jak wynika z opinii przytaczanych przez anuszkę, naciski na pilotow specpułku były raczej normą niż wyjątkiem. Dla nich brak decyzji oznaczał decyzję: macie wylądować, mimo iż wprost im tego nikt nie nakazał. I w dodatku nie chcieli „skompromitować się” przed zwierzchnikami.

Czy dochowano procedur? Z całą pewnością nie. Załoga dobrze widziała, jakie są warunki w Smoleńsku, że zgodnie z zasadami samolot w takich warunkach nie może lądować, a jednak zdecydowała się „spróbować”. Pewne fragmenty transkryptu (10:19:52-53) zdają się sugerować, że pilotom tego typu złamanie procedur przydarzało się nie po raz pierwszy. Ba, załoga Jaka, informując o fatalnej pogodzie, jednocześnie zachęca (sic!) załogę Tupolewa do podjęcia próby lądowania, a więc złamania procedur i nie budziło to najmniejszego zdziwienia u żadnej z załóg. Takie tam widać panowały obyczaje – furda procedury, jakoś to będzie, uda się i tym razem, skoro dotąd się udawało. To jest skandal, najwyraźniej tolerowany przez dowódców, wygodny dla przewożonych VIPów i wynikający z błędów w szkoleniu. Procedury są po to, aby piloci wiedzieli jak się zachować w typowych sytuacjach, a sytuacja, w której na jakimś lotnisku nie można lądować z powodu złej pogody, jednak jest typowa. Trzeba wszakże pamiętać, że w lotnictwie wojskowym pilotom wpaja się się zupełnie inne zasady, niż w lotnictwie cywilnym. Cywilni piloci mają przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo pasażerów, wojskowi – o wykonanie zadania, nawet jeśli zadanie to nie ma charakteru bojowego.

Dlaczego zignorowano ostrzeżenia TAWS? To, po usłyszanych w telewizorze wyjaśnieniach, wydaje mi się całkiem jasne. Lotnisko w Smoleńsku było lotniskiem wojskowym, tylko okazjonalnie udostępnianym dla lotów cywilnych, wobec czego jego danych nie było w bazie, z której korzysta TAWS. TAWS „nie wiedział”, że tam jest lotnisko, wydawał więc ostrzeżenia tak, jakby piloci zbliżali się do kawałka pola gdzieś w środku kontynentu. Piloci wiedzieli, że TAWS „będzie krzyczeć”, więc go zignorowali. Niestety, było to jak w znanej bajce o pastuszku i wilku…

Moim zdaniem dopuszczenie do sytuacji, w której TAWS miał z założenia zgłupieć, było kolejnym błędem proceduralnym, kolejnym zastosowaniem zasady „jakoś to będzie”.

Bezpośrednia przyczyna katastrofy i ostatnia faza lotu. Ostatnią fazę lotu spróbował odtworzyć pewien rosyjski miłośnik aeronautyki. Zestawił on podawane przez nawigatora dane o wyskości lotu, skorelowane z czasem oraz z zarejestrowanymi komunikatami. Na tej podstawie wykreslił trajektorię samolotu i nałożył ją na profil terenu na podejściu do lotniska.

Trajektoria lotu wg Siergieja Amielina

W Polsce ten wykres został zamieszczony najpierw na forum lotnictwo.net.pl, potem trafił do TVN24, aż wreszcie do Gazety Wyborczej. Wynika z niego kilka rzeczy.

Po pierwsze, wyjaśnia się tajemniczy „lot poziomy”. O 10:40:42 nawigator zgłasza wysokość 100m. Nawigator ponownie zgłasza wysokość 100m o 10:40:49. Nie oznacza to, iż samolot leciał przez te kilka sekund poziomo, ale równolegle do obniżającego się zbocza jaru. Jest to zarazem dobitny dowód na to, że nawigator korzystał ze wskazań radiowysokościomierza, mierzącego fizyczną odległość od powierzchni ziemi, podczas gdy w tamtych warunkach powinien był korzystać z wysokościomierza ciśnieniowego, mierzącego odległość od ustalonego poziomu lotniska. Niedoświadczony nawigator pomylił się, ale zmylił tym samym pilotów i to stało się bezpośrednią przyczyną katastrofy.

Po drugie, samolot opadał zdecydowanie za szybko.

Po trzecie, samolot nie znajdował się na ścieżce, mimo iż wieża twierdziła coś innego, co także zmyliło pilota.

Po czwarte, gdy drugi pilot o godzinie 10:40:50, na wysokości 80m od poziomu gruntu (pechowo nad samym dnem jaru!), wydał komendę „Odchodzimy”, załoga – najprawdopodobniej pierwszy pilot – usiłowała tę komendę wykonać! Świadczy o tym wyraźna zmiana krzywizny trajektorii, natomiast błędem było to, iż żaden z pilotów ustnie nie potwierdził wykonania komendy. No i prawie im się udało – niestety, na skutek bezwładności samolotu, zbyt dużej prędkości opadania, zbyt bliskiej odległości od ziemi, nie zdążyli. Zabrakło im dosłownie kilku metrów.

Czego wciąż nie wiadomo? Wielu rzeczy. Dlaczego samolot schodził zbyt szybko (niektórzy spekulują, że pilot chciał „zanurkować pod chmurę” żeby zobaczyć ziemię, a potem dolecieć do pasa płasko, na niskiej wysokości), dlaczego lotniska formalnie nie zamknięto i, przede wszystkim, dlaczego wieża błędnie podawała, że samolot utrzymywał się na właściwej ścieżce podejścia. Zapewne też wielu innych rzeczy, o które ja nawet nie umiem zapytać, a które wyjaśnią się, gdy poznamy zapisy z drugiej czarnej skrzynki.

Co zaś się tyczy wieży, to czy lotnisko w Smoleńsku, z takim wyposażeniem, jakie miało, mogło samo określić wysokość samolotu, czy też musiało polegać na tym, co podawał sam samolot? A jeśli korzystali z komunikatów samolotu, to czy polegali na tym, co mówiła załoga, czy też na automatycznych komunikatach z transpondera? Jeśli z transpondera, to z czego korzysta transponder? Z systemu TAWS? Jeśli tak, to kółko się – i tak – zamyka, gdyż TAWS korzysta z radiowysokościomierza.

Widać, iż decyzja o lądowaniu w takich warunkach, z pogwałceniem wszystkich procedur, była samobójcza. Było niezwykle prawdopodobne, że coś złego się stanie, mimo iż dotąd tyle razy jakoś się udawało. Tym razem się nie udało.

Gdzie był generał?

Od wczorajszego popołudnia mnóstwo ludzi analizuje ujawniony transkrypt z rejestratora rozmów w kabinie prezydenckiego Tupolewa. Najbardziej interesujące wydaje się wyjaśnienie czy były naciski na załogę i jakie były bezpośrednie przyczyny katastrofy (o tym piszę tutaj). Mnie tymczasem zainteresowało co innego: rola generała Błasika.

Już z wcześniejszych wypowiedzi Edmunda Klicha wynikało, a transkrypt to potwierdza, że gen. Błasik był w ostatnich chwilach w kabinie pilotów. Komentatorzy zwracają uwagę, że sama obecność przełożonego musiała wpływać stresująco na pilotów. Gen. Błasik nie był głupi i musiał sobie z tego zdawać sprawę. Jedni więc mówią, że chciał na pilotów wywrzeć nacisk, inni, że właśnie chciał ich wesprzeć, pomóc. Przyjrzyjmy się początkowemu fragmentowi transkryptu, na który bodaj nikt jeszcze nie zwrócił uwagi. Jest to rozmowa pomiędzy nawigatorem a drugim pilotem, zarejestrowana pomiędzy 10:03:12 a 10:03:35 czasu moskiewskiego:

Za wielką wodę […] Dowódca mówił […] za wielką wodę […] za wielką wodę na czterogwiazdkowego generała. I teraz tak zapierdala bo musi jeszcze nalatać 40 godzin. Nie, a jak nie może, to wiesz, wtedy zapierdala do Poznania.

Załoga mówi o kimś, kto może liczyć na awans na czterogwiazdkowego generała. Musi to być generał trójgwiazdkowy, który ponadto musi jeszcze ileś godzin „nalatać”, a więc trójgwiazdkowy generał lotnictwa. Dla załogi na pewno interesujące były plany ich przełożonego, tym bardziej, że ten przebywał na pokładzie i to, jak przypuszczam, w dość specyficznym charakterze. Ten właśnie charakter był przedmiotem rozmowy załogi.

Cóż więc usłyszeliśmy? Że gen. Andrzej Błasik liczył na awans do najwyższych struktur dowódczych NATO lub raczej na jakieś szkolenie w Stanach („za wielką wodą”) – zapewne na Narodowym Uniwersytecie Obrony Stanów Zjednoczonych (szkolenie takie ukończył gen. Franciszek Gągor) – po którym mógłby otrzymać czwartą gwiazdkę i awans na stanowisko Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego po generale Gągorze, gdy ten odejdzie ze służby lub awansuje na szefa Komitetu Wojskowego NATO. Gen. Błasik był protegowanym prezydenta, od którego zależały te nominacje, jego marzenia o awansach były więc realistyczne. Był jednak pewien kłopot: gen. Błasik nie spełniał wymogu formalnego, najwyraźniej stawianego generałom sił powietrznych – brakowało mu 40 godzin „nalotu”. Cóż więc gen. Błasik robił? Zapierdalał. Czyli…?

Połączmy to teraz z fragmentem wypowiedzi na forum lotnictwo.net.pl, który także, jak się wydaje, umknął powszechnej uwadze (nawiasem mówiąc, jestem dozgonnie wdzięczny anuszce za to, że wskazała to forum na swoim blogu):

Teraz nieznany Wam fakt: meldunek przed lotem Prezydentowi złożył nie Dowódca Załogi a Gen Błasik. Atmosfera przed lotem była grzecznie mówiąc zła.

Gen. Błasik składał meldunek, jak dowódca załogi? A może był dowódcą załogi?! Błasik chciał wykorzystać wyprawę do Katynia aby „nabić” sobie 3-4 godziny do brakującego limitu, więc formalnie, na papierze, to on dowodził, nie zaś kpt. Protasiuk? Protasiuk tylko pilotował… To byłoby oszustwo, ale niegroźne w normalnych warunkach pogodowych, załoga zaś tłumaczyła sobie dlaczego generał „tak zapierdalał”, a atmosfera przed lotem była zła. Przy polskim stosunku do procedur i wobec doniesień o podobnych oszustwach w Afganistanie (sprawa „wyjazdów na patrole” niektórych sztabowców) wydaje mi się to bardzo prawdopodobne. Przy tym to tłumaczyłoby dziwnie niską asertywność kpt. Protasiuka, który, choć głośno powątpiewał w możliwość wylądowania w Smoleńsku, nie podjął decyzji o rezygnacji z lądowania. Nie on dowodził, on tylko leciał, decyzję o odejściu na lotnisko zapasowe władny był podjąć formalny dowódca załogi. Wiem, że są to spekulacje i jeśli się mylę, bardzo wszystkich przepraszam. Nie chodzi mi o uwłaczanie czyjejkolwiek pamięci, a o dwie rzeczy: o zrozumienie przebiegu i przyczyn katastrofy i o to, jak w Wojsku Polskim przestrzegane są formalne procedury.

Jeżeli gen. Błasik formalnie dowodził i chciał lotem do Smoleńska dokumentować powiększenie „nalotu”, powinien być jakiś ślad w papierach – albo i nie, bo może generał zdecydował się w ostatniej chwili, papiery zaś miano uzupełnić później. Jeżeli jednak gen. Błasik był formalnym dowódcą załogi, to w ostatnich minutach lotu, w czasie skrajnie trudnego podejścia do lądowania, był na swoim miejscu: w kabinie pilotów.

Innowacyjność

Zacząć muszę od dłuższego cytatu z felietonu Witolda Gadomskiego, który nie po raz pierwszy zabiera się za krytykę polskiej nauki. Tym razem nawiązuje on do spotkania Bronisława Komorowskiego na Uniwersytecie Wroclawskim. Marszałek Sejmu mówił tam, że

problemem Polski jest niska innowacyjność gospodarki i marny poziom szkół wyższych.

To dobrze, że marszałek to zauważa, pytanie tylko, jak opisanemu stnowi rzeczy zaradzić. Nad tym samym zastanawia się Gadomski. Zaczyna od dość typowej „diagnozy” stanu szkolnictwa wyższego:

Znajomy pracujący w szkole wyższej twierdzi, że z polskimi uczelniami nie da się nic zrobić, gdyż rządzą się one według praw feudalnych, a w dodatku są one autonomiczne, więc nie ma mowy o interwencji z zewnątrz. Awans młodych i zdobywanie przez nich tytułów [raczej stopni] naukowych zależą od „mistrzów”, którzy, jak większość ludzi, nie lubią konkurencji. Publikują wyłącznie w Polsce, wzajemnie recenzują swoje prace i wyznaczają ścieżki awansu młodszym, pilnując, by nie szli za szybko. […] Polskie uczelnie można byłoby rozruszać, gdyby powstał mechanizm konkurencji, ale na razie go nie ma. Chyba że mamy na myśli konkurowanie o studentów, których najsłabsze uczelnie przyciągają niską ceną i niskimi wymaganiami.

Do kanonu wyrzutów czynionych polskim uczelniom brakuje tylko narzekania na wieloetatowość. Gadomski dodaje:

Wydatki na badania i rozwój w polskich firmach są bardzo niskie, uczelnie nie czują presji ze strony przemysłu, więc najchętniej oddają się „czystej nauce” – teoriom mającym niewielkie aspekty praktyczne.

Słyszę w tym starą, dobrą niechęć do nauki: Nauka i szkolnictwo wyższe powinny być „praktyczne”, bo tylko wtedy zapewnią „innowacyjność”. Guzik prawda. Innowacyjność pojawi się jako pochodna dwu czynników: nakładów na badania i zapotrzebowania na badania ze strony gospodarki. Potrzebne są oba te czynniki, a jednak Gadomski, a wraz z nim grupa wpływowych polityków i publicystów, oczekuje, że nauka w cudowny sposób „zapewni innowacyjność” ot tak, sama z siebie, bez pieniędzy i bez zapotrzebowania ze strony gospodarki. Wiadomo także, iż w dłuższej perspektywie nie może być żadnej innowacyjności bez wyprzedzającego ją rozwoju badań podstawowych.

Powiedzmy przy tym jasno i wyraźnie, że ową innowacyjność mogą zapewnić nauki ścisłe, inżynierskie i przyrodnicze, tymczasem patologie, o których wspomina rozmówca Gadomskiego, toczą głównie wydziały społeczne, pedagogiczne i „humanistyczne” (cudzysłów świadomie, gdyż prawdziwym humanistom nie mam nic do zarzucenia), gdzie zresztą studiuje większość polskiej młodzieży. Nie twierdzę, że wydziały ścisłe, przyrodnicze i inżynierskie są od patologii wolne, ale występują tam one w znacznie mniejszym stopniu. Powiedzmy również, że to głównie dzięki naukom ścisłym i przyrodniczym polska nauka zachowuje jeszcze jaki-taki kontakt z nauką światową (zobacz na przykład to zestawienie), a uniwersytety Warszawski i Jagielloński w ogóle mieszczą się w rankingu szanghajskim. Złości mnie bardzo, gdy jednym tchem wypomina się patologie typowe dla „humanistyki” (feudalizm, wieloetatowość, blokowanie karier, brak kontaktu z nauką światową) i oskarża matematyków i fizyków o zajmowanie się teoriami mającymi niewielkie aspekty praktyczne.

Państwo powinno wspierać badania i kształcenie na kierunkach ściśłych, przyrodniczych i technicznych, nie zaś traktować wszystkie równo, z preferencją dla tych wydziałów, które po prostu mają więcej studentów (dzieje się to nie tylko na poziomie państwa, ale także na poziomie uczelni). Jakąś próbą wspierania kierunków perspektywicznie ważnych dla rozwoju gospodarki jest program kierunków zamawianych. Choć sam jestem w ten program zaangażowany, wydaje mi się, że nie spełni on pokładanych w nim nadziei. Owszem, przyjęliśmy na nasz wydział wyraźnie więcej studentów, niż w latach ubiegłych, byli to jednak studenci słabsi. Rok akademicki jeszcze się nie skończył, ale wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że odsiew będzie w tym roku większy, niż w latach ubiegłych. Na rok drugi trafi niewiele więcej studentów, niż poprzenio.

Ratunkiem może być tylko odbudowa poziomu nauczania matematyki i przedmiotów ścisłych w gimnazjach i szkołach średnich, przy czym samo zwiększenie liczby godzin i zakresu materiału nie wystarczy; przeciwnie, chętnie zgodziłbym się nawet na dalszą redukcję materiału, byleby tylko uczniowie – jak to pisałem rok temu –

zrozumieli podstawy fizyki, biologii, chemii oraz nauczyli się myśleć matematycznie.

Jest to jednak zadanie na wiele lat. Nie przyniesie szybkiego sukcesu medialnego, któż więc się nim zajmie?

***

Tymczasem pewien członek Rady Nauki, zdegradowanej do roli organu doradczego ministra, spodziewa się, że, wbrew zapowiedziom, będzie mniej pieniędzy dla nauki. Niezależnie od tych ukrytych cięć, sądzę, że obecna katastrofalna powódź zmusi rząd do nowelizacji budżetu, czemu nie należy się dziwić. Pieniądze na badania naukowe obciąć będzie stosunkowo łatwo i – lokalnie – bezboleśnie…