Byłem na manifestacji przeciwko ACTA. Według różnych źródeł na manifestacji było od 10 do 15 tysięcy osób. Było bardzo spokojnie, żadnych ekscesów ani wandalizmu, nawet niewiele przekleństw. Możliwe, że jakaś część uczestników przyszła tam dla rozrywki, a ich nastrój oddawał niewykropkowany transparent „Je…ć wszystko”, jednak większość przyszła walczyć o to, co wydaje im się arcyważne: o wolny Internet.
Wbrew początkowym obawom, nie byłem najstarszym uczestnikiem manifestacji, ale moja grupa wiekowa nie była zbyt licznie reprezentowana. Średnia wieku, na oko, wynosiła jakieś 20 lat. Studenci (w tym moi studenci – przykleili mi do kapelusza znaczek Internetu Walczącego), licealiści, gimnazjaliści. Potencjalni wyborcy lub przyszli potencjalni wyborcy. Zgodnie z zaleceniami organizatorów, manifestacja była apolityczna. Hasła jawnie polityczne były wygwizdywane (podobno wygwizdano też Janusza Korwin-Mikke, który usiłował przemawiać – ja go ani nie widziałem, ani nie słyszałem). Skandowano przeciwko ACTA i cenzurze, ale największą furorę robiły hasła quasi-polityczne: Donald, matole, skąd będziesz ściągać pornole oraz to, które jest tytułem tego wpisu.
No właśnie, Donaldzie Tusk, gdzie masz mózg? Przystępując do ACTA, i to jeszcze w takim trybie, Tusk otwarcie wystąpił przeciwko młodym, wykształconym, z wielkich miast, czyli tej grupie, która dwa razy wygrała mu wybory. Ci ludzie nie pójdą w najbliższych wyborach głosować na PiS, ale wielu z nich ostatecznie zniechęciło się do Platformy. Zostaną w domu albo zagłosują na jakiś nie-PiS, który będzie jednocześnie nie-Platformą. Kasia wysłała „z automatu” list w sprawie ACTA do posłów z Krakowa; odpowiedziała jej (pewnie też „z automatu”, ale jednak) wyłącznie Anna Grodzka z Ruchu Palikota. Kilka tygodni wcześniej Tusk zraził do siebie lekarzy, wpływową grupę, która po ekscesach PiSu w sposób dość zwarty głosowała na PO, a potem zrobił rzecz jeszcze gorszą, mianowicie szczuł na siebie dwie grupy obywateli (lekarzy i pacjentów). Teraz zraził do siebie młodzież. Czemu premier z taką determinacją strzela sobie w stopę, czemu tak ostentacyjnie lekceważy tych, którzy dotąd go popierali i w przyszłości nadal mogliby popierać?
Żeby nie było wątpliwości, nie jestem zwolennikiem internetowego piractwa. Ba, jestem jego przeciwnikiem! Ale ACTA jako sposób walki z piractwem jest nie do przyjęcia i dlatego przeciwko ACTA protestuję.
Po pierwsze, ACTA dotyka wielu całkowicie różnych rzeczy. Czym innym jest walka z podróbkami markowych ubrań, torebek czy zegarków, czym innym leki generyczne, a jeszcze czym innym ochrona własności intelektualnej. Jest co najmniej wielce prawdopodobne, że w każdym z tych wypadków powinno postępować się zupełnie inaczej.
Po drugie, nie do zaakceptowania jest ani sposób „konsultacji” ACTA (w Polsce właściwie tylko z organizacjami zajmującymi się ochroną praw autorskich), ani sposób ogłoszenia tej umowy. Na czterdziestej którejś stronie komunikatu wydanego po spotkaniu unijnych ministrów do spraw rybołówstwa?! Tak, ja wiem, że takie są unijne procedury, jeśli rzecz jest uzgodniona na szczeblu eksperckim, a żadne państwo nie zgłasza zastrzeżeń, Rada Unii Europejskiej, nawet obradująca w formule Rady Branżowej, może przyjąć każdy dokument. Jednak sposób ogłoszenia ACTA wygląda jak ogłoszenie planów zburzenia domu Arthura Denta:
‚But the plans were on display…’
‚On display? I eventually had to go down to the cellar to find them.’
‚That’s the display department.’
‚With a torch.’
‚Ah, well the lights had probably gone.’
‚So had the stairs.’
‚But look, you found the notice, didn’t you?’
‚Yes,’ said Arthur, ‚ yes I did. It was on display in the bottom of a locked filling cabinet stuck in a disused lavatory with the sign on the door saying Beware of the Leopard.’
Po trzecie i najważniejsze, ACTA wprowadza mechanizm blokowania/usuwania treści w Internecie bez postanowienia sądu, w drodze decyzji administracyjnej. Jasne, potem można domagać się zmiany tej decyzji w sądzie, co trwa całe lata i wielu osób na to nie stać. ACTA może też stanowić furtkę do permanentnej inwigilacji wszystkich zachowań w Internecie, co jest tyleż niewykonalne na masową skalę, ile potencjalnie bardzo groźne dla osób, którymi ktoś – być może z powodów nie mających nic wspólnego z walką z piractwem – się zainteresuje. Dalej, ACTA, jako umowa międzynarodowa, bierze precedencję przed prawem krajowym, może więc unieważnić zawarte w polskim prawie autorskim zapisy o dozwolonym użytku osobistym. I dlatego uważam ACTA za zamach na naszą wolność.
Rozumiem doskonale, że po ataku hackerów Tusk właściwie nie miał wyjścia i musiał zdecydować o przystąpieniu Polski do ACTA. Z terrorystami się nie rozmawia. Polskę czeka jeszcze ratyfikacja umowy i tu, jak się wydaje, rząd gotów jest pójść na ustępstwa – ale może tylko teraz robią takie wrażenie, żeby złagodzić nastroje? Jest także nadzieja, iż ACTA padnie na szczeblu europejskim. Cały jednak sposób wprowadzania ACTA – podobnie zresztą jak sprawa ustawy refundacyjnej – świadczy o arogancji władzy, która lekceważy obywateli, „wie lepiej”, przerzuca na obywateli uciążliwe obowiązki i chce nad wszystkim sprawować jak największą kontrolę. W obu tych przypadkach widać też zarazem słabość „strony społecznej”, która potrafi się zmobilizować właściwie dopiero wtedy, gdy już jest za późno.
Zastanawiam się także, czy cytując The Hitch Hiker’s Guide to the Galaxy nie naruszam praw autorskich Douglasa Adamsa, stając się obrzydliwym internetowym piratem i ryzykując, że ACTA zamknie mi bloga.


Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.