Splendid isolation

Premier David Cameron zawetował próbę zmiany Traktatu Lizbońskiego, zmierzającą w stronę większej integracji fiskalnej Unii Europejskiej. W tej sytuacji eurostrefa będzie się integrować na podstawie traktatów międzyrządowych, z obejściem instytucji unijnych. Wraz z eurostrefą kilku mniejszych członków Unii, w tym Polska. Ale nie Wielka Brytania.

Kaczyńsko-Ziobrystowska opozycja w Polsce wychwala Camerona, podczas gdy nie miał on właściwie żadnego innego ruchu. Było z góry wiadomo, że jakakolwiek inna decyzja zostałaby odrzucona przez brytyjski Parlament, tym niemniej brytyjska praca określa stanowisko Camerona jako najważniejszą decyzję w 38 letniej przynależności UK do Unii. Sam Cameron, zdaje się, zyskał w oczach swojej opinii publicznej.

Cameron bronił niezależności londyńskiego City, które (pośrednio lub bezpośrednio) przynosi budżetowi brytyjskiemu 40 miliardów funtów wpływów podatkowych. Za Cameronem stoi też brytyjska gospodarka, wielekroć silniejsza, niż polska. Cameron nie nadął się, tylko skalkulował interesy – polityczne i gospodarcze. Polska, niestety, mogłaby się co najwyżej nadąć.

Inna rzecz, że nie sposób w tej chwili przewidzieć ani jak na decyzjach szczytu Unii wyjdzie Wielka Brytania, ani kontynentalna Europa. Wiadomo, że niekontrolowany rozpad eurostrefy byłby katastrofalny dla wszystkich, ale czy ostatnie decyzje go powstrzymają? Problemy fiskalne (bark płynności i niewypłacalność) są zapewne tylko objawami, nie zaś przyczyną obecnego kryzysu. Dyscyplina fiskalna, jak przewidują eksperci, będzie miała tendencje do ekspandowania w stronę ujednoliconego rynku finansowego ze wspólnym regulatorem, ujednoliconych podatków i ujednoliconego rynku pracy. To pierwsze byłoby chyba dobre, drugie złe, trzecie, w zależności od szczegółowych zasad, może być dobre lub złe. Brytyjczycy zaś ze swej strony winni pamiętać, że załamanie gospodarek kontynentalnej Europy bardzo wpłynęłoby na pozycję Londynu jako światowego centrum finansowego. Postawa business as usual chybaby się tym razem nie udała.

A Polska, cóż, po pierwsze nie ma armat. Nie ma armat gospodarczych i finansowych, dzięki którym mogłaby prowadzić samodzielną politykę. Niemcy są naszym najważniejszym partnerem gospodarczym, do Włoch i Francji także jest nam bliżej, niż do UK, nie tylko geograficznie, ale i gospodarczo. Po drugie – no tak, nie ma „po drugie”.

Opera Rara, 8 grudnia

Światowe prawykonanie zrekonstruowanej wersji opery Antonia Vivaldiego L’Oracolo in Messenia. Grała Europa Galante.

Rekonstrukcji dokonał – któż by inny? – Fabio Biondi. Z oryginału sprzed prawie trzystu lat zachowało się tylko libretto (w jednym egzemplarzu!) i kilka arii. Biondi musiał sam napisać muzykę do wszystkich recytatywów, których w tej operze jest wyjątkowo dużo, oraz uzupełnić brakujące arie. Biondi potraktował operę Vivaldiego w duchu barokowego pasticcio, biorąc brakujące arie z innych oper Vivaldiego, a także innych kompozytorów, przede wszystkim z Meropy Geminiana Giacomellego, której libretto oparte jest na tym samym micie, co Przepowiednia messeńska. W rezultacie, na moje ucho, powstało dzieło dobre, złożone z pasujących do siebie klocków, widać jednak, że są to klocki, nie zaś całość, spójna koncepcja artystyczna.

Mój kolega Mariusz, który chodzi na opery klasyczne, XIX wieczne, a na Opera Rara był po raz pierwszy, nie mógł wyjść z podziwu, że oto cała siódemka solistów reprezentowała równie wysoki poziom. To prawda, wykonawcy byli znakomici, może tylko kontratenor, Xavier Sabata (aka „łysy w dresie” – wystąpił z ogoloną głową i w spodniach z lampasami!), był nieco mniej znakomity, niż pozostali (Mariusz mówi, że nie słuchał zbyt wielu kontratenorów – poleciłem mu Jaroussky’ego). Prima donną była szwedzka sopranistka Ann Hallenberg. Ma ona bardzo dobry, czysty, do tego mocny głos, świetną technikę – a mnie się znów niezbyt podobała. Za to po raz kolejny podobała mi się Romina Basso, z tymi samymi uwagami, co poprzednio, oraz norweski tenor Magnus Staveland, który śpiew uzupełniał elementami gry aktorskiej. Wrażenie zrobiła też drobnej postury mezzosopranistka, Laura Polverelli, śpiewając arię Sposa, non mi conosci? (w wersji Giacomellego, nie tej przerobionej do Bajazeta). Sam Fabio Biondi i jego orkiestra po raz kolejny pokazali, że są wybitnymi wykonawcami muzyki barokowej i bodaj najlepszymi na świecie akompaniatorami barokowych arii. Najpiękniej jednak wypadła młoda rosyjska sopranistka, Julia Leżniewa (Lezhneva w zachodnioeuropejskiej transliteracji). Miała tylko jedną arię, ale bardzo trudną, i wspaniale, wirtuozowsko wykonaną! Dostała najdłuższe brawa, wyraźnie dłuższe, niż pozostali, a Ann Hallenberg patrzyła się na nią koso. O Leżniewej i samą Leżniewą jeszcze nie raz usłyszymy.

Podsumowując, dobry koncert, wart swojego czasu i ceny, ale bywaliśmy na lepszych.

Nieufny Palikot

Tak się złożyło, że z całej debaty po expose Tuska wsłuchałem tylko przemówienia Janusza Palikota. Media już nazywają je „płomiennym”, ale wybijają głównie anegdotyczne fragmenty („skasował pan Schetynę, musiał dowartościować Gowina”, „nieważne, czy Mucha będzie ministrem sportu, czy transportu”). Tymczasem najlepsza, naprawdę znakomita i najdłuższa część dotyczyła konieczności budowania kapitału zaufania społecznego, bez którego, jak słusznie zauważa Palikot, Polska nie będzie mogła się rozwijać.

Janusz Palikot skonstatował, że Polska jest krajem o wyjątkowo wysokim stopniu nieufności międzyludzkiej, po czym wymienił cztery obszary, decydujące dla budowania zaufania społecznego:

  • szkołę, która uczy wyłącznie indywidualizmu, nie współpracy
  • urzędy i inne instytucje państwowe, które mnożą kontrole, taktując ludzi jak potencjalnych oszustów; wspominałem wiele razy, choć być może nie w tym blogu, że to jest jedna z podstawowych różnic pomiędzy Polską a Zachodem. Tam zakłada się dobrą wolę uczestników postępowania, więc administracja nastawiona jest na pomaganie ludziom, ze świadomością, że pewna grupa oszustów się prześlizgnie. Ci, których się złapie, zostaną ukarani. W Polsce na odwrót, system nastawiony jest na wykrywanie potencjalnych oszustów, ze świadomością, że utrudni to życie wszystkim (większości!) działającym w dobrej wierze. Sytuacja, w której ktoś wzbogaci się na naszej krzywdzie, niechby tylko hipotetycznej, jest w Polsce uważana za zbrodnię wołającą o pomstę do nieba.
  • politykę, w której głównym narzędziem zapobiegania problemom społecznym było dotąd – tak za rządów PiS, jak i, niestety, Platformy – zakazywanie zachowań mogących prowadzić do problemów, bez podejmowania żadnych rzeczywistych działań, które problemom mogłyby zaradzić. To jest taki gest Piłata (to już określenie moje, nie Palikota): politycy mogą powiedzieć „wprowadziliśmy prawo, a że niczego ono nie rozwiązało, to trudno, my ręce mamy czyste”.
  • kulturę, o której w programie Platformy tradycyjnie nie było ani słowa.

Obszerne fragmenty przemówienia Janusza Palikota zamieszcza Polskie Radio.

To wszystko mi się podobało, a powiedziane było z pasją, żywiołowo. Brawo, Janusz Palikot!  

Gdy jednak przyszło do gospodarki, do transferów społecznych, do obrony bezrobotnych absolwentów (bez wskazania, że wielu z nich kończyło bardzo słabe uczelnie, do których nie szli po wiedzę, ale po dyplom), było gorzej. A już całkiem źle było, gdy Janusz Palikot zaatakował Jarosława Gowina:

Nie możemy poprzeć rządu także z powodu osoby Jarosława Gowina. Powołał pan na stanowisko ministra sprawiedliwości funkcjonariusza Kościoła Katolickiego! Człowieka, który nawet nie może być podejrzany o to, że może być sprawiedliwy. Jak ktoś tak stronniczy może być sprawiedliwy?

Palikot ma prawo nie lubić Gowina i uważać, że nie nadaje się on na ministra, a skoro Tusk go na ministra wyznaczył, podważa to wiarygodność Tuska. Jednak Palikot twierdzi tak nie dlatego, że Gowin jest Gowinem, ale że jest „funkcjonariuszem Kościoła Katolickiego” i z tego powodu „nie może być podejrzany o to, że może być sprawiedliwy”. Bycie katolikiem jest w oczach Palikota skazą. Myślę, że Janusz Palikot uczynił tu ukłon w stronę swojego populistyczno-antyklerykalnego elektoratu. Cóż, ze smutkiem przyznaję, że Kościół sobie i na taki antyklerykalizm zasłużył, ale od polityka aspirującego do rządu dusz w lewicowej opozycji można oczekiwać czegoś więcej. W jaki sposób Palikot chce budować owo zaufanie społeczne w kraju, którego olbrzymia większość mieszkańców jest katolikami, skoro nie ufa człowiekowi tylko dlatego, że ten akcentuje swój katolicyzm?

Co zaś się tyczy samej nominacji Jarosława Gowina na ministra sprawiedliwości, to nie mam pojęcia, czy Gowin sobie poradzi, ale zarzut, iż ministrem sprawiedliwości nie powinien być ktoś, kto sam nie jest prawnikiem, jest śmieszny. Odkąd minister sprawiedliwości nie jest już prokuratorem generalnym, minister sam nie pełni już żadnej roli w systemie prawnym. Jego zadaniem jest zapewnienie, że ów system będzie działał, i to działał sprawniej, niż dotąd. Z tego punktu widzenia fakt, że minister sam nie należy do żadnej korporacji prawniczej, można nawet uznać za plus, nie będzie się bowiem bał narazić swojej grupie zawodowej.

Siła strachu

Media, politycy, a nawet zwykli ludzie w rozmowach zaczęli straszyć drugą falą kryzysu. Będzie gorzej, powiadają. Złoty osłabnie. Strefa euro się rozleci. Nie będzie pracy, kredytów, eksportu, popyt wewnętrzny się załamie. Zabraknie na pensje dla sfery budżetowej i transfery socjalne, a już na pewno zabraknie na emerytury. Demografia nas dobije. Chińczycy wykupią resztki. Zgroza.

Cóż, może tak będzie, ale co wynika z tej fali narzekania?! Na razie nic. Ostrzeganie przed nadchodzącym niebezpieczeństwem ma sens, jeżeli pobudza do działania. Do tego, aby być przygotowanym na najgorsze, nie tylko psychicznie, ale także by móc minimalizować straty, a może nawet choćby częściowo złagodzić cios. To prawda, że bardzo trudno jest – zwłaszcza na skalę indywidualną – zgadnąć? wymyślić? przewidzieć? co należy robić, zdaje mi się jednak, że nikt tego nawet nie próbuje. Wiele osób, w tym wielu ekspertów, zachowuje się tak, jakby tylko czekało, aby z ponurą satysfakcją powiedzieć „a nie mówiłem”. To jest rodzaj fatalizmu, bezwolnego poddania się losowi, jakiejś niepohamowanej sile naturalnej, której powstrzymać nie sposób. 

A może nawet gorzej: Powszechne narzekanie, wzajemne nakręcanie się strachem przed tym, co będzie, może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. Zdemobilizować. Odebrać wolę działania. Bardzo mi się to nie podoba.

Przywódcy powinni coś zaproponować, a przynajmniej starać się wymyślić jakieś rozwiązanie. O ile przywódcy europejscy coś próbują zrobić, lepiej lub gorzej, o tyle przywódcy polscy i polskie media zajmują się sprawami naprawdę drugorzędnymi: kto dostanie jakie gabinety, kto kogo w której partii wykończy, inni ze złośliwą satysfakcją obserwują jak wali się autorytet Kościoła, zresztą w znacznej mierze na własne Kościoła życzenie. Nie tego oczekuję. W końcu nie wszystko jest stracone. Możliwe, że kontrolowane bankructwo Grecji plus najnowsza wersja planu ratunkowego plus – kto wie? – instytucjonalne powstrzymanie krótkoterminowej chciwości międzynarodowych finansów, kompletnie wyalienowanych, uratuje europejski system bankowy, gospodarkę i strefę euro. To nie jest pewne, ale jest możliwe. Nie należy żyć złudzeniami, iż wrócą stare, dobre czasy, bo nie wrócą. Prawie nic nie będzie takie, jak było, ale nawet upadek strefy euro nie musi przecież oznaczać Dzikich Pól, kamienia na kamieniu, głodujących emerytów i hord plądrujących nasze miasta – a taka, w gruncie rzeczy, wizja jest przed nami roztaczana. Nie przesadzajmy. Skoro nie da się wrócić do starego modelu, jakiś nowy porządek się wyłoni. Trzeba myśleć jaki on będzie i jak zrobić, aby był on możliwie najbardziej znośny dla wszystkich, a ponieważ z konieczności jesteśmy europocentrystami, możliwie najbardziej znośny dla ludzi w naszej części świata.

A co robić w wymiarze indywidualnym? Jak najlepiej robić to, co się umie. Nauczyć się czegoś nowego. Pomagać bliźnim. Być dobrym dla ludzi. Spokojnie, bez paniki, ale też bez butnego optymizmu, myśleć, co będzie dalej.

Zwyczaje grzebalne

Z najwyższą przykrością czytam, że Kościół w Polsce zniechęca do kremacji zmarłych. Kuriozalne są przy tym argumenty, których używają hierarchowie. Abp. Gądecki:

Normalną, ordynaryjną formą pogrzebu jest pochówek ciała ludzkiego, bo tak był pochowany Chrystus

Chrystus był pochowany tak a nie inaczej, bo takie były dwa tysiące lat temu żydowskie zwyczaje grzebalne. Gdyby Kościół był konsekwentny, zalecałby pochówek bez trumny, z ciałem zawiniętym wraz w wonnościami w płótna. A całkiem konsekwentne przestrzeganie zasady „tak, jak Chrystus” w kwestiach doczesno-obyczajowych, zmuszałoby chrześcijan do zachowywania się jak mieszkańcy Palestyny sprzed dwóch tysięcy lat. Coś na kształt Amiszy, choć ci się obyczajowo zakonserwowali w XVI wieku.

Drugi argument abp. Gądeckiego jest na pierwszy rzut oka bardziej sensowny:

Po tym poznajemy początek chrześcijaństwa w Polsce, że kończą się urny, a zaczynają groby. Urny były pozostałością kultur pogańskich.

To prawda, że zwyczaje grzebalne wyjątkowo mocno odróżniały jedną kulturę (i religię) od innej. Zresztą dalej to robią. Ale z czysto religijnego punktu widzenia forma pochówku nie ma znaczenia i chrześcijanie w XXI powinni to wiedzieć! Liczba pochówków urnowych będzie w Polsce rosnąć jak w całej Europie, bo tak się zmienia kultura, bo pochówki urnowe są tańsze, bo władze miast będą coraz mocniej propagować ten zwyczaj ze względu na brak miejsca na cmentarzach.

Gądeckiemu być może chodzi o co innego: we wzroście popularności pochówków urnowych widzi jakiś napływ neopogaństwa. A przecież tak nie jest! Ludzie decydują się na kremację ciał swoich bliskich nie z uwagi na sprzeciw wobec chrześcijaństwa, ale przede wszystkim z innych, wymienionych wyżej względów. Powtarzam, dla wierzącego chrześcijanina powinno być jasne, że forma pochówku z religijnego punktu widzenia nie ma znaczenia. 

Bardzo mi przykro, że Kościół, po raz kolejny obnosząc się ze swoim tradycjonalizmem w zupełnie niezrozumiałej sprawie, i tak nic nie ugra, ale może odepchnąć od siebie kolejne osoby. Nie tylko od siebie, ale także od religii.

W dodatku biskupi zostawiają furtkę: Proboszcz „w szczególnych wypadkach” – gdy na przykład część żałobników przyjechała z oddali – może zezwolić na mszę nad urną, a potem pogrzeb („ordynaryjnie” Kościół dopuszcza mszę nad trumną, potem kremację, potem pogrzeb). Myślę, że mnóstwo ludzi będzie chciało z tego skorzystać (na większość pogrzebów przyjeżdża ktoś z oddali), co ich poniekąd uzależni od lokalnego proboszcza, ale też będą tym bardziej utyskiwać na Kościół, że w tak trudnych chwilach czyni biurokratyczne trudności. Wszystko to jest takie smutne, przykre, niepotrzebne.

Opera rara, 7 października

Alcina Georga Friedricha Händla, dyrygował Marc Minkowski.

Minkowski lubi dzieła monumentalne. Tym razem zaprezentował Alcinę, największą (dosłownie) operę Händla. O libretcie nie ma nawet co wspominać: jak już pisałem przy innej okazji, zamiast na Orlando furioso Ariosta, z równym powodzeniem można by oprzeć je o fabułę seriali wenezuelskich.

Wykonanie bardzo dobre, więcej niż bardzo dobre. Les Musiciens du Luvre-Grenoble partie orkiestrowe grali tak, jakby grali Bacha, choć gdy w „myśliwskiej” arii Sta nell’ircana zabrzmiały rogi, wydawało mi się, że słyszę Mesjasza. Nie wiem tylko po co Minkowski zaangażował chór, zamiast ustawić solistów do odśpiewania jego partii. Przypuszczam, że Minkowski dał chór Händlowi z tego samego, to znaczy przeciwnego, powodu, dla którego zabrał go Bachowi w jego wielkich dziełach oratoryjnych (patrz tutaj, wpis z innej epoki): Bach był biedny, więc nie mógł zatrudnić dużego chóru, choć go potrzebował, Händel natomiast był bogaty i mógł zatrudnić chór, nawet jeśli nie był mu on zbytnio potrzebny, więc pewnie to zrobił.

Alcina pełna jest przepięknych arii. Dwie dosłownie wbiły mnie w fotel. Najpierw Ah, mio cor!, gdzie Alcina (Inga Kalna, Łotwa) w sposób wstrząsający najpierw wyśpiewuje smutek oszukanej kobiety, by zaraz przejść do gniewu znieważonej królowej i wrócić do smutku zdradzonej kochanki. Później Credete al mio dolore, gdzie Morgana (Veronica Cangemi, Argentyna) w duecie z wiolonczelą poruszająco błaga o litość i współczucie. Bardzo dobra była też Romina Basso jako Bradamante. Choć nie miała „tej jednej” arii, z zainteresowaniem zauważyłem wyraźny wpływ Viviki Genaux na jej technikę śpiewu. Podobali mi się też Jolanta Kowalska jako Oberto i Luca Tittoto jako Melisso, choć to są małe role.

Zdecydowanie największą gwiazdą wieczoru był jednak sam Minkowski. Ubrany w workowate spodnie i koszulę, która wyglądała jak z lumpeksu, choć pewnie była szyta na miarę u najdroższego krawca, stojąc, siedząc, kucając, momentami podskakując, dyrygował jedną ręką, dwiema, ramionami, głową, łokciami, dłońmi, tułowiem, małym palcem, całym sobą. I widać było, że sprawuje absolutną, totalną kontrolę nad wszystkimi dźwiękami, jakie unosiły się ze sceny.

I choć nie wszystko mi się podobało – na przykład niezbyt odpowiadali mi Ann Hallenberg w partii Ruggiera i Emiliano Gonzalez Toro jako Oronte  – uważam, że był to znakomity koncert, jeden z lepszych, na jakich byliśmy. A mały włos bylibyśmy się na niego spóźnili. 

Ach, ten Händel. Niemiec, nadworny kompozytor niemieckiego króla Anglii, pisał znakomite włoskie opery.

Strategiczny błąd Tuska

Wieje grozą. Pewien sondaż przewiduje zwycięstwo PiSu, a i w innych trend jest jasny: dystans dzielący PiS i Platformę zmniejsza się. Jarosław Flis na swoim blogu przedstawia analizę, z której wynika, iż niewielkie przesunięcia głosów mogą oznaczać praktycznie wszystko: od samodzielnych rządów Platformy, poprzez mniej lub bardziej stabilne koalicje, aż do samodzielnych rządów PiSu.

A jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że Platforma „nie ma z kim przegrać”. Jednak sztab PiSu bardzo dobrze rozegrał tę kampanię: schował Smoleńsk, Rydzyka i ideologiczne ekscesy i postawił na demobilizację „miękkich” przeciwników PiSu, pokazując, że rząd Platformy niewiele zrobił. Platforma nie umie znaleźć na to skutecznej odpowiedzi, nie umie przekonać, że rząd i tak zrobił sporo, choć daleko mniej, niż obiecywał – kryzys zresztą jest tylko częściowym wytłumaczeniem – ale przede wszystkim, że tylko rząd Platformy daje jakiekolwiek nadzieje na cywilizacyjny awans Polski. Główną wadą PiSu jest przecież to, że jest on w swoim myśleniu anachroniczny, chciałby Polskę zamknąć w kształcie przedwojennym z silną domieszką bolszewizmu. 

Kiedy Tusk popełnił błąd? Wtedy, gdy wydało mu się, że radykalne reformy zniechęcą do niego wyborców. Tymczasem od Platformy odwracają się ci, którzy są rozczarowani brakiem reform. Właśnie ci zostaną w domu lub zagłosują na Palikota. Oczywiście lepiej, żeby głosowali na Palikota niż zostali w domu. Ale twardy elektorat PiS, z dala od mediów mobilizowany Smoleńskiem i tradycyjną, martyrologiczną odmianą patriotyzmu, pójdzie do wyborów i przy niskiej frekwencji gotów jest dać Jarosławowi zwycięstwo.

Polska to spory kraj i wytrzyma kolejne rządy Kaczyńskiego, choć lekko nie będzie. Socjalistyczny (przy całej antykomunistycznej retoryce) i etatystyczny Kaczyński nie poradzi sobie z nową falą kryzysu. Cóż, będziemy cierpieć, ale w końcu się podźwigniemy. Szkoda głównie młodych ludzi, bo to oni poniosą największe koszta zapaści gospodarczej. Trudno mi jednak będzie znieść tryumfalizm PiSowców, o pomniku smoleńskim na każdym rogu nie wspominając.

Prezes Kaczyński tymczasem poczuł wiatr w żagle i zapowiada budowę „nowego państwa”. Anna Fotyga też opowiada o państwie, „które się szanuje”. Może to da do myślenia ludziom, którym wydaje się, że PiS nie jest już groźny.

Co po wyborach

Kończy się kampania wyborcza. Na pierwszy rzut oka niemrawa, niemalże anty-kampania, w rzeczywistości świetnie rozegrana przez PiS i zawalona przez Platformę.

Platforma nie potrafi przebić się ze swoim głównym przesłaniem: Owszem, wielu rzeczy nie udało im się zrobić, ale pozostają jedyną partią, która daje jakiekolwiek nadzieje na cywilizacyjny awans Polski, podczas gdy przesłanie PiS jest anachroniczne, wiążące Polskę w kategoriach XIX-wiecznych. Do tego Platforma sama strzela sobie w stopę: a to w sprawie GMO (na szczęście tę ustawę zawetował prezydent Komorowski), a to zupełnie skandaliczna poprawka do ustawy o dostępie do informacji, a to mniej nagłośniona sprawa nowych zasad refundacji leków, mających obowiązywać od stycznia, doprowadzająca lekarzy do białej gorączki. Wszystko są to sprawy, na które akurat wykształcony, wielkomiejski elektorat – wydawać by się mogło, naturalny elektorat Platformy – jest szczególnie wyczulony.

PiS ze swej strony na prowincji, zdala od mediów, mobilizuje swój twardy elektorat Smoleńskiem, zdradą i groźbą kolejnego rozbioru. W przekazie ogólnopolskim PiS jedynie próbuje udowodnić, że Platforma jest do bani. Nawet nie stara się wykazać, że PiS będzie lepszy, wystarcza przekaz, że Platforma źle rządzi. Tak, jakby PiS chciał powiedzieć „wiemy, że na PiS i tak nie zagłosujecie, ale ponieważ Platforma się nie nadaje, lepiej zostańcie w domu”. W tej sytuacji głos zmobilizowanego twardego elektoratu PiS będzie miał relatywnie większą wagę.

Jest to możliwe dzięki niesłychanie krótkiej pamięci i naiwności polskich wyborców. Nie pamiętają nie tylko rządów PiS, ale nawet przemiany Jarosława Kaczyńskiego po wyborach prezydenckich. Wieczorem 9 października pan prezes znów zrzuci owczą skórę, stając się krwawym mścicielem „zdradzonych o świcie” i ignorantem w sprawach gospodarczych w jednym. Nie szkodzi. Do następnych wyborów elektorat znów zapomni. To taka polska tradycja. Mego dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli.

Scenariusz landslide victory Platformy jest już zupełnie nierealny. Wynik dwóch głównych partii będzie bardzo zbliżony. Wszystko będzie zależeć od tego, czy Platforma będzie miała choć jeden mandat więcej, niż PiS.

Jeżeli Platforma będzie miała więcej mandatów, niż PiS, stworzy koalicję z PSL i, jeśli zajdzie taka konieczność, z SLD. Premierem pozostanie Donald Tusk. Koalicja trójpartyjna będzie słaba, ale lokalnie w Polsce niewiele się zmieni. Nie będzie ekscesów PiSu, ale nie będzie też prawdziwych reform. PiS pozostanie silną opozycją, destruktywną, nieskuteczną, ale głośną.

Jeżeli – co bardzo prawdopodobne – to PiS będzie miał więcej głosów niż Platforma, sytuacja będzie zupełnie inna. PiS nie ma szans na zawarcie żadnej koalicji, całkiem świadomie odpycha od siebie i PSL, i SLD, ale nie ma też szans na samodzielne rządy. Koalicja PiS-SLD lub PiS-SLD-PSL nie powstanie także dlatego, że mniejsze partie słusznie będą się obawiać losu przystawek. Powstanie zatem koalicja „siedmiu przeciw Tebom”, czyli wszystkich (trzech? czterech?!) pozostałych partii przeciwko PiSowi, z premierem Grzegorzem Schetyną. Sytuacja, w której PiS jest największym klubem parlamentarnym, może pławić się w tryumfie, obsadza funkcję marszałka Sejmu, może blokować, co chce, czynić obstrukcję, ale za nic nie odpowiada, jest dla Kaczyńskiego wymarzona. Jako bonus Kaczyński dostaje miesięczny okres premierowania pomiędzy dymisją rządu Tuska a nieudanym votum zaufania (premier Schetyna zostanie powołany w „drugim kroku” konstytucyjnym), w którym to czasie nie zrobi nic konstruktywnego, ale postara się wymienić wszystkich szefów służb specjalnych – nowy rząd, zachowując się rycersko, będzie się wahał z ich odwołaniem – i przejąć jak najwięcej instytucji. Powołany pod koniec listopada, a może dopiero w grudniu, rząd Schetyny będzie bardzo słaby, targany wewnętrznymi konfliktami o wpływy. Gdy uderzy kolejna fala kryzysu – a jest bardzo prawdopodobne, ze uderzy – Polska się posypie. Słaby rząd nie będzie potrafił odpowiednio zareagować. Rząd PiS też nie, gdyż nie ma tam absolutnie nikogo, kto zna się na gospodarce, ale to nieważne, gdyż rządu PiS w tej kadencji nie będzie. Winę – niezależnie od tego, w jakim stopniu zasłużoną – za katastrofę gospodarczą poniosą partie rządzące, przede wszystkim Platforma.

Tylko silny rząd, z charyzmatycznym Donaldem Tuskiem jako premierem, daje jakiekolwiek nadzieje – choć nie pewność! – że Polska upora się z drugą falą kryzysu.

W 2015 znów nas czekają podwójne wybory. Jeśli Platforma nie wygra 9 października, zgorzkniały Donald Tusk i prezydent Bronisław Komorowski staną do bratobójczej walki o prezydencką nominację Platformy. Niezależnie od tego, kto wygra w wewnątrzplatformianym starciu, w tej sytuacji w roku 2015 rządy obejmą prezydent Jarosław Kaczyński i premier Zbigniew Ziobro. I wtedy nastanie prawdziwa katastrofa.

Zapobiec temu możemy 9 października. I tylko 9 października.

Intencje

PiS znalazł sposób na obejście ciszy wyborczej w dniu głosowania. Otóż kandydaci tej partii mają zamawiać msze dziękczynne za beatyfikację JPII. Msze te mają być odprawione w niedzielę, 9 października, księża zaś mają odczytywać nazwiska ofiarodawców. Pierwszą taką mszę już zamówił pan prezes, a w jego ślady mają pójść inni kandydaci.

Państwowa Komisja Wyborcza nie dopatruje się w tym złamania ciszy wyborczej: nie można wszak z góry zakładać, że księża będą nie tylko wymieniać nazwisko ofiarodawcy, ale także wspominać, iż osoba ta kandyduje do Sejmu. Rzecznik krakowskiej kurii zaleca księżom

zachowanie daleko idącej roztropności i powstrzymanie się od informowania, kto za intencją stoi.

Muszę powiedzieć, że ten pomysł PiS wydaje mi się szczególnie obrzydliwy. Nie chodzi mi o obronę anachronicznej instytucji ciszy wyborczej, ale o angażowanie religii i ważnej dla wielu pamięci o zmarłym papieżu do doraźnej polityki. Jest to zarazem kolejne potwierdzenie tezy, iż Kaczyński wykorzystuje religię w sposób czysto instrumentalny.

Niestosowność tej sytuacji dostrzeżono też, jak się wydaje, w sztabie PiSu. Posłowie Błaszczak i Brudziński oświadczają, że prezes co prawda mszę zamówił, ale

nie ma to nic wspólnego z żadną koniunkturą polityczną i wyborczą,

natomiast inni kandydaci wcale niczego podobnego nie planują. Typowe działania damage control.