67. Model do składania

Jeśli wierzyć sondażom, jestem w mniejszości. Popieram podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat.

To, że za 10 czy kilkanaście lat liczba osób zdolnych do pracy zmniejszy się wyraźnie w stosunku do stanu dzisiejszego, to nie są żadne prognozy. To jest fakt. Ludzie, którzy wtedy będą pracować, już się urodzili i w żaden cudowny sposób ich nie przybędzie, a ubytek siły roboczej jakoś trzeba będzie zrekompensować. Przekonująco pisze o tym Krzysztof Łoziński.

Gdy Bismarck (sic!) ustalił wiek emerytalny na 65 lat, naprawdę chodziło o to, żeby starcy stojący nad grobem nie musieli już pracować – średnia długość życia mężczyzn w Prusach wynosiła wówczas 63 lata. Średnia długość życia rośnie – i bardzo dobrze! – a wiek emerytalny nie. Dzisiejsi emeryci pobierają swoje świadczenia dłużej, niż ich rodzice i dziadkowie, a proces ten będzie postępował. Jeśli zachowamy obecny system, to, wobec kurczącego się zasobu siły roboczej, albo przyszłe świadczenia będą żałośnie niskie, albo obciążenia pracujących będą absurdalnie wysokie. Może to doprowadzić do poważnych napięć społecznych: mniej liczni pracujący po prostu nie będą chcieli tak wiele płacić na emerytów. W interesie przyszłych emerytów leży więc to, aby do takiej sytuacji nie dopuścić.

Wydaje mi się, że proponowana reforma jest źle prezentowana. Podniesienie wieku emerytalnego nie ma nastąpić natychmiast. Wiek emerytalny będzie podnoszony stopniowo i osiągnie 67 lat dla mężczyzn w październiku 2020, a dla kobiet dopiero w październiku 2040. Wszystko jest wyraźnie i klarownie rozpisane w tej pouczającej tabeli. Tymczasem ludzie protestują tak, jakby zły Tusk chciał zmuszać do pracy do 67. roku życia także tych, którzy według obecnych przepisów mieliby przejść na emeryturę powiedzmy za rok albo zgoła – cóż za zgroza! – odebrać emerytury tym, którzy już je pobierają, a nie mają jeszcze 67 lat. Na wszystkie pokazywane w mediach protesty osób w wieku (około)emerytalnym trzeba łagodnie odpowiadać „państwa to nie dotyczy”. I trzeba to powtarzać w kółko, w kółko i w kółko. Cierpliwie, głośno i wyraźnie.

Związki zawodowe i politycy opozycji, od Millera po Kaczyńskiego, oczywiście rozumieją zasady proponowane przez Tuska, ale nie dość, że nie chcą ich nikomu tłumaczyć – zgoda: nie muszą – to cynicznie wykorzystują lęki i nieświadomość osób, które teraz, niewiele przed oczekiwaną emeryturą, całkiem niesłusznie czują się przez reformę zagrożone.

W myśl proponowanej reformy na emeryturę w wieku 67 lat przejdą dopiero te kobiety, które teraz mają lat 38 i mniej. Ciekawe, że protestów ze strony tej grupy raczej nie słychać.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że samo podniesienie wieku emerytalnego nie wystarczy. Zmienić się będzie musiał rynek pracy. Konieczność pracy do 67. roku życia nie oznacza konieczności pracy na tym samym stanowisku – zgoda, ale muszą powstać miejsca pracy dla osób 60+ (Polska ma obecnie problemy z tworzeniem miejsc pracy dla osób o dziesięć lat młodszych!), być może zdolnych do pracy tylko w niepełnym wymiarze. Być może ludzi trzeba będzie do takiej pracy przeszkolić, a będą to musiały być zupełnie inne szkolenia, niż te obecnie proponowane. Zmienić się będzie musiała opieka zdrowotna, zasady przyznawania rent dla tych, którzy naprawdę pracować nie mogą, ale zmienić się też musi podejście do przestrzegania higieny pracy, BHP, unikania zagrożeń przez tych, którzy pracują. Postęp techniczny i globalizacja, które teraz szkodzą, bo powodują utratę dobrze płatnych miejsc pracy w przemyśle, będzie z jednej strony działał na korzyść, gdyż będzie zmniejszał zapotrzebowanie na ciężką, wyniszczającą pracę fizyczną, ale z drugiej będzie rodził kolejne wyzwania, bowiem dla osób, które stracą taką pracę nie osiągnąwszy wieku emerytalnego, trzeba będzie znaleźć jakąś inną pracę. (Wracając na chwilę do tekstu Łozińskiego, ubytek PKB spowodowany ubytkiem rąk do pracy można także zrekompensować przez wzrost wydajności – i oby tak się stało, wszyscy będziemy wówczas bogatsi, ale na miejscu rządzących nie opierałbym o to polityki społecznej na najbliższe dwadzieścia kilka lat.) O tym wszystkim się nie mówi, a bez tych zmian reforma się nie powiedzie.

Należy także zlikwidować przywileje dla tych grup, które obecnie je mają, w tym dla mundurowych, sędziów i prokuratorów, górników. Te zawody powinny być odpowiednio wynagradzane, a więc te wszystkie osoby powinny płacić proporcjonalnie wysokie składki emerytalne, ale nie widzę powodów, dla których reszta pracujących i podatników miałaby do nich coś ponad to dokładać. Zupełnie nie przekonuje mnie argument o „ochronie praw nabytych”. Prawem nabytym jest emerytura, którą już ktoś – niechby nawet agent Tomek – pobiera, ale nie obietnica przyszłej emerytury. Nie widzę przeszkód, aby przywileje usuwać stopniowo także już obecnie pracującym wojskowym, sędziom itd – na przykład nakładać na nich obowiązek płacenia składek w takim tempie, w jakim podnoszony będzie wiek emerytalny.

Osobną kwestią jest obecny kryzys w stosunkach PO z PSL. Wielu komentatorów twierdzi, że to jest tylko gra, że Pawlak, w zamian za poparcie, liczy na umorzenie wielomilionowego długu, jaki PSL ma wobec Skarbu Państwa – to możliwe, ale takie ustępstwo ze strony Tuska i Rostowskiego to byłby skandal, klasyczna i niewybaczalna korupcja polityczna – lub też że Pawlak chce się pokazać jako „twardziel” przed nadchodzącymi wyborami prezesa PSL. Skłaniam się do tej drugiej opinii. Pawlak ustąpi, ale Platforma zgodzi się na jakieś jego postulaty. Najprawdopodobniej na pewne przywileje dla kobiet. Postulat, aby kobietom jakoś zrekompensować czas, w którym nie pracowały, ale zajmowały się dziećmi, jest społecznie (choć pewnie nie fiskalnie) racjonalny. Kobiety, które będą w przyszłości szły na urlopy wychowawcze, mogłyby mieć składki emerytalne płacone z budżetu państwa (nb, to samo powinno dotyczyć mężczyzn biorących urlopy wychowawcze!), a tym, które urlopy wychowawcze wykorzystały w przeszłości, ZUS mógłby podnosić „kapitał początkowy”, w proporcji takiej, w jakiej obejmie je podwyższenie wieku emerytalnego. Nie byłaby więc to „premia za urodzenie dziecka”, ale rekompensata zarobków utraconych na skutek przebywania na urlopie wychowawczym.

Crux Fidelis

Byłem wczoraj na koncercie pieśni wielkopostnych, Crux Fidelis. Śpiewał zespół Perfugium, półamatorski, ale naprawdę dobry. W programie trochę chorałów i muzyki renesansowej, ale przede wszystkim piękne polskie pieśni pasyjne, które w większości znałem – z mniej lub bardziej (na ogół bardziej) kaleczonych wykonań w kościołach. Dla wielkiej części – większości? – Polaków nabożeństwa stanowią jedyną okazję do kontaktu z żywą muzyką. Dlaczego księża, organiści, osoby prowadzące rozmaite kościelne schole, tak źle traktują muzykę? Dlaczego Polakom słoń nadepnął na ucho?

Wczoraj, w prawie godzinnym programie, zespół bardzo dobrze wykonał kilka trudnych hymnów, w tym Vexilla Regis, hymn napisany na uroczystość sprowadzenia relikwii Prawdziwego Krzyża do Francji. Mnie jednak najbardziej wzruszyła przepiękna (i szczególnie boleśnie maltretowana w kościołach) pieśń Krzyżu święty nade wszystko. Ci, którzy nic z niej nie rozumieją, używają jej jako kanonicznego przykładu na perwersję katolicyzmu. Nic podobnego, ale atakowanie katolicyzmu jest teraz modne. (Nie protestuję przeciwko krytykowaniu hierarchii i kościelnych instytucji, bo sobie na to zasłużyły.)

Muszę powiedzieć, że mnie wczorajszy koncert zbudował – że im się chce, że się starają i że tak dobrze im to wychodzi. Linkuję powyżej Vexilla Regis w wykonaniu Ensemble Organum, ale wczorajsze Perfugium wcale nie było gorsze! 

Arcybiskup John Sentamu

Przeczytałem dziś, że arcybiskup Cantenbury, Rowan Williams, ogłosił swoją rezygnację. Oficjalnie Williams chce zająć się pracą naukową, w rzeczywistości jednak był atakowany i przez kościelnych liberałów, i przez konserwatystów. Powiada się, że Williams, choć światły, wykształcony, wybitny kaznodzieja, nie poradził sobie z problemami, jakie trapią Kościół anglikański.

Brytyjska prasa spekuluje, kto mógłby zostać następcą Williamsa. Najpoważniejszym kandydatem wydaje się druga osoba w hierarchii, arcybiskup Yorku, John Sentamu.

Abp John Sentamu

John Sentamu jest pierwszym czarnoskórym arcybiskupem w Kościele Anglii. Urodzony w Ugandzie, skończył tam prawo, najpierw praktykował jako adwokat, później został sędzią. Skonfliktował się z ówczesnym reżimem i w latach ’70 przybył do Wielkiej Brytanii jako uchodźca polityczny. Zrobił w Cambridge doktorat z teologii i został anglikańskim księdzem, potem biskupem  pomocniczym Londynu, biskupem Birmingham, wreszcie arcybiskupem Yorku.

Senatmu mówi o sobie, że nie jest arcybiskupem Yorku (archbishop of York), lecz arcybiskupem dla Yorku (archbishop for York). Jest znany z wielu głośnych wypowiedzi. Uważa, że więźniowie Guantanamo traktowani są w sposób nieludzki, a jednocześnie wspiera brytyjskich weteranów wojny w Afganistanie i rodziny poległych żołnierzy. Wykonał pokazowy skok na spadochronie dla celów charytatywnych, ale odrzuca publiczną rolę celebryty. Krytykuje Roberta Mugabe, potępia wszelkie formy rasizmu (już będąc biskupem, sam był obiektem rasistowskich ataków), uważa, że brytyjscy chrześcijanie traktowani są niesprawiedliwie w swoich miejscach pracy, nie potępia tego, że młodzi ludzie mieszkają ze sobą przed ślubem, posługując się przykładem księcia Williama i Kate Middleton. O homoseksualistach mówi, że

the Anglican communion is committed to recognising that gay people are valued by God

ale sprzeciwia się małżeństwom homoseksualistów (nie sprzeciwia się temu, co w polskiej terminologii nazywa się związkami partnerskimi). Potępia spekulacje finansowe. Broni prawa Kościołów do prowadzenia szkół. Na jego ingresie w Yorku były afrykańskie tańce i śpiewy, a sam arcybiskup zagrał na bębnach. Słowem, prezentuje taką mieszankę modernizmu i tradycjonalizmu, która bardzo odpowiada moim gustom.

Najbardziej jednak – on, Ugandyjczyk – ujął mnie tą wypowiedzią:

“Multiculturalism has seemed to imply, wrongly for me, let other cultures be allowed to express themselves but do not let the majority culture at all tell us its glories, its struggles, its joys, its pains” […] He described English culture as rooted in Christianity and, in spite of attempts by secularists to marginalise it, the Church still had a central role to play. “I think the Church in many ways has to be like a midwife, bringing to birth possibilities of what is authentically very good in the English mind.”

Bardzo ciekawa postać. Szkoda, że w Polsce nie mamy takich biskupów.

W oderwaniu

Podobno są ludzie, którzy czytają prawicową publicystykę dla rozrywki. Ja do nich nie należę, ale znajomy polecił na fb tekst z portalu niezalezna.pl. Wiem dobrze, że „prawicowcy” uważają, że wolnej Polski nie ma, żyjemy rosyjsko-niemieckim kodominium, a kto nie wyznaje religii smoleńskiej, nie ma prawa uważać się za Polaka (zobacz także Polak mały). Wiem o tym, jednak każde zetknięcie z takimi poglądami wywołuje u mnie uczucie zdumienia i zażenowania, większego nawet niż oburzenie, że głosiciele tych idei uzurpują sobie prawo do decydowania, kto należy do wspólnoty narodowej.

Autor omawianego artykułu stwierdza, że otacza go

obcy żywioł: ludzie oderwani od polskości.

Muszę przyznać, że jest to spójne z oficjalnie i całkiem na serio głoszonym programem PiS. W PiSowskim Raporcie o stanie Rzeczypospolitej czytamy, że rządy Kaczyńskiego były

syntezą dwóch projektów. Pierwszy dotyczył Narodu jako realnej wspólnoty połączonej więzami języka i – szerzej – całego systemu semiotycznego, kultury, historycznego losu, solidarności. Dzięki temu jednostka mogła się odnaleźć jako człowiek, jej życie nabierało sensu, a poprzez mechanizm demokratyczny państwa narodowego zyskiwałateż podmiotowość we wspólnocie.

Innymi słowy, naród jest nadrzędny, pierwotny, bez niego nie można zyskać pełni człowieczeństwa. Kto jest „oderwany od polskości”, jest właściwie godzien współczucia, ale autor artykułu z niezależnej odczuwa raczej wzgardę. Na ironię zakrawa fakt, że choć „prawicowcy” nigdy nie wybaczyli Szymborskiej jej wierszy z czasów stalinizmu, współczesne sentymenty „prawicowe” doskonale oddaje Gawęda o miłości ziemi ojczystej (1954):

Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym,
jak drzewo z nagła powalone […]

Wracając do niezależnej, czytamy tam, że Polska była

dumnym państwem w sercu Europy, o które potykały się imperia.

Bardzo mnie ciekawi, jakie to imperia się o nas potykały, odnoszę bowiem wrażenie, że my za sukces często braliśmy to, że choć kolejni wrogowie chcieli nas zmiażdżyć, myśmy jednak za każdym razem przetrwali, choć na ogół bardzo poturbowani. To prawda, 600 lat temu pokonaliśmy Krzyżaków, ale czy dalej mamy na tym budować naszą tożsamość? Tym bardziej, że nie umieliśmy tego zwycięstwa wykorzystać. 500 lat później, w wojnie 1920 roku, Polska rzeczywiście powstrzymała imperialne plany bolszewików, ale, jak się okazuje, tylko na pewien czas. W dodatku nikt, poza nami, nie dostrzega tego sukcesu, choć to był prawdziwy sukces, bo gdyby rewolucja bolszewicka połączyła się, po trupie Polski, z rewolucją proletariacką w Niemczech, losy Europy mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.

Najlepsze na koniec: Autor niezależnej wprost odwołuje się do mesjanizmu:

Nasze uparte trwanie byłoby próżne, gdyby nie miało zmienić oblicza Polski i Europy

Wierzyć mi się nie chce, że ktoś to pisze poważnie, inni zaś to jak najpoważniej czytają. Dawniej Polacy ginęli w źle zorganizowanych, zazwyczaj bezsensownych powstaniach, wznosząc hasło „Za wolność waszą i naszą”, teraz prawdziwi Polacy mesjanistycznie 

gromadzą się w umówionym miejscu, najczęściej w salkach parafialnych lub pod pomnikami narodowych bohaterów.

To ci dopiero bohaterska walka. Świat zamiera w zadziwieniu. A to drzewo to pewnie była brzoza.

Taki sam, a jednak inny

Prezes Jarosław Kaczyński rzadko się ostatnio wypowiadał. Nawet na swój sposób zacząłem za nim tęsknić. Ale wczoraj pan prezes przypomniał o sobie w wielkim stylu. Oto komentując sprawę biednej Madzi z Sosnowca, pan prezes jął narzekać na nieskuteczność policji, wzywał do „pilnowania rynku, tych wszystkich przedsięwzięć detektywistycznych”, a wreszcie powiedział:

Trzeba się cieszyć, że SB nie ma, ale niestety policja nie potrafiła przejąć tych metod. Tamci byli skuteczni.

A więc SB była zła, ale skuteczna. Należało przejąć ich metody. Innymi słowy, SB była zła nie dlatego, że łamała prawa człowieka, śledziła, prześladowała, biła, niekiedy nawet zabijała ludzi, ale dlatego, że robiła to w niesłusznej sprawie. SB nie była zła, gdyż robiła, co robiła, ale dlatego, że robiła to przeciwko nam, nie z naszego polecenia.

Oto Jarosław Kaczyński w całej krasie. Furda prawo, furda prawa obywatelskie, furda prawa człowieka, liczy się tylko skuteczność w realizacji czystego dobra.

Oto więc Jarosław Kaczyński w całej krasie, ale jakby trochę inny. Mniejszy. Mniej groźny. Raczej żałosny niż straszny. Ja-ro-sław-Pol-skę-zbaw bardziej śmieszy, niż przeraża. Kolejny rozpad PiS (wyjście ziobrystów), absolutna niezdolność do zaproponowania czegoś konstruktywnego (wyjątkiem był poseł Piecha w debacie nad ustawą refundacyjną), ograniczanie się do religii smoleńskiej i mechanicznej wręcz przewidywalności w atakach na „rząd pana Donalda Tuska” i polską politykę europejską, wreszcie niewykorzystywana od miesięcy (brak sił? ochoty? pomysłu?) osobista charyzma Kaczyńskiego, każą coraz mocniej wątpić w to, czy PiS i osobiście Jarosław kiedykolwiek wrócą do władzy.

Po każdej wypowiedzi Kaczyńskiego, jak ta wczorajsza, Donald Tusk powinien dawać na mszę dziękczynną. Jarosław Kaczyński przypominający czym groziłby jego powrót do władzy, na moment przypomina o roli Platformy jako ostatecznej zapory przeciwko PiS. Tymczasem jeśli słabnie PiS, zmniejsza się też rola zapory i Tusk zaczyna być oceniany wedle biblijnej zasady: po owocach jego poznacie go. A tutaj premier nie ma się czym chwalić, wręcz przeciwnie, rząd zaliczył ostatnio szereg spektakularnych porażek, niekiedy na własne życzenie. Refundacja leków, ACTA, konflikt w prokuraturze, dziwne zmiany w policji, dziwne zmiany na stanowiskach ministerialnych, rola Polski w pakcie fiskalnym, droga benzyna, problemy ze Stadionem Narodowym, upadek planu budowy dróg, a przed nami jeszcze arcyniepopularna reforma emerytalna. Panie premierze! Nie można już dłużej chować się za PiS, ograniczając rządzenie do bieżącego administrowania i raczej nieudolnego gaszenia lokalnych pożarów. Coś musi pan z tym zrobić.

Przyszłość szkolnictwa wyższego

Kilka dni temu Gazeta Wyborcza opublikowała grafikę ilustrującą zmiany bezrobocia wśród młodych ludzi w Polsce:

ilu młodych nie ma pracy w Polsce

Fakt, że mamy 428 tysięcy młodych bezrobotnych – z innych danych, innych metod liczenia wynika, że może ich być jeszcze więcej, zobacz tu i tu – w znacznym stopniu wyjaśnia opłakany stan szkolnictwa wyższego w Polsce: setki tysięcy osób studiuje kierunki uchodzące za „łatwe”, po których szanse na znalezienie pracy są znikome, a państwo marnuje w ten sposób zasoby, które być może z większym pożytkiem mogłyby być wykorzystane gdzie indziej.

Prof. Wojciech Cellary, członek Rady Informatyzacji, w artykule mającym być obroną umowy ACTA – któremu zresztą nie można całkowicie odmówić racji, jest bowiem sprzeczność pomiędzy wyrażanym przez niektórych uczestników protestów pragnieniem darmowego dostępu do wszystkich treści wytwarzanych przez innych a chęcią nawet skromnego zarabiania na wytworach własnego intelektu – pisze tak:

Na rynku wiedzy tylko wiedza użyteczna może uzyskać takie uznanie konsumentów, aby byli skłonni za nią zapłacić.

I dalej, pisząc o studentach niezwykle popularnych w Polsce studiów pedagogicznych, Cellary zauważa:

Gołym okiem widać, że nie będzie dla nich miejsca na rynku pracy, więc albo podejmą pracę niezgodną z ich wykształceniem, często poniżej ich ambicji i aspiracji zawodowych, albo zasilą szeregi klikających bezrobotnych.

Dlaczego młodzi ludzie studiują takie nieperspektywiczne kierunki? Po pierwsze, jak już wyjaśniałem w moim dawnym wpisie, to się na krótką metę opłaca. Po drugie, szkoła średnia kiepsko przygotowuje ich do podjęcia bardziej wymagających studiów. Po trzecie, nawet dokument rządowy przyznaje:

Gwałtowny rozwój szkolnictwa wyższego spowodował, ze formalny dokument potwierdzający wykształcenie na poziomie wyższym stał się warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym do osiągnięcia sukcesu na rynku pracy. Efektem tego zjawiska stało się nieproporcjonalnie szerokie rozbudowanie segmentu kierunków humanistycznych oraz społecznych, które zasadniczo uznawane są za mniej pracochłonne i absorbujące dla studentów.

Po czwarte, wróćmy do problemu bezrobocia. Nawet jeśli żaden rząd tego nie zaplanował, masowe studia na „łatwych” kierunkach stały się formą ukrywania bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich. Rząd, modyfikując algorytm finansowania studiów, mógłby w ciągu kilku lat ograniczyć masowe, często na niskim poziomie i zupełnie nieperspektywiczne studia, ale tego nie zrobi: Z punktu widzenia rządu lepiej jest mieć setki tysięcy młodych ludzi na pseudo-studiach niż w kolejce w pośredniaku i zapaskudzone statystyki.

I dlatego kolejne rządy jeszcze nie raz będą się chwalić rosnącymi wskaźnikami scholaryzacji, wdrażając jednocześnie kosztowne i niezbyt skuteczne programy aktywizacji zawodowej absolwentów szkół de nomine wyższych.

Prawdziwa historia Richarda O’Dwyera

Dziennikarze nie bardzo wiedzą jak i co pisać o ACTA. Ja się nawet temu nie dziwię. Po pierwsze, materia jest trudna a dziennikarze kiepsko przygotowani (zobacz bardzo dobry wpis Piotra Waglowskiego). Po drugie, znajdują się w wyraźniej sytuacji konfliktu interesów: ich pracodawcy, duże polskie koncerny medialne, popierają ACTA, a ci czytelnicy i widzowie, których to obchodzi, są przeciw. Tymczasem media – zwłaszcza te z dolnej półki – znalazły pierwszą ofiarę ACTA! Co prawda w Wielkiej Brytanii, ale tym bezpieczniej o tym pisać.

Super Express:

Nie udostępniał nielegalnych filmów ani muzyki, nie propagował pornografii i nie wykradał zastrzeżonych danych. Mimo to Richard O’Dwyer (23 l.), brytyjski student i założyciel serwisu TVShack, będzie sądzony niczym groźny przestępca komputerowy. Stał się pierwszą ofiarą międzynarodowego antypirackiego prawa ACTA.

Wirtualna Polska:

Richard mieszkał w akademiku w Sheffield, gdzie uczęszczał do miejscowego uniwersytetu. W wolnych chwilach prowadził stronę internetową TVShack, gdzie społeczność zamieszczała linki do różnych źródeł, gdzie nielegalnie można było obejrzeć/ściągnąć materiały filmowe. Strona nie hostowała żadnych plików, umożliwiała jedynie wymianę linków […] Czym więc wyróżniał się serwis Richarda? Tym, że osiągnął sukces – w ostatnich dniach działalności odnotowywał ok. 300 tys. wejść miesięcznie. To naprawdę sporo, jak na amatorski serwis.

W świetle brytyjskiego prawa student nie popełniał żadnego wykroczenia. […]  Niestety, według prawa amerykańskiego, stał się groźnym przestępcą i USA wystąpiły o jego ekstradycję. Sąd w Wielkiej Brytanii stwierdził, że nie ma prawa odmówić, w związku z czym w najbliższym czasie Richard uda się na wycieczkę do Stanów. Może zostać tam dłużej, niż przeciętny turysta – za „piracką” działalność grozi mu 10 lat więzienia.

Podnoszone są też osobliwści brytyjsko-amerykanskiego traktatu ekstradycyjnego, dające, przynajmniej na pierwszy rzut oka, przewagę amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości nad brytyjskim. W tej sytuacji, jak argumentują obrońcy O’Dwyera, jego własne państwo nie zapewniło mu sprawiedliwej obrony przed obcym wymiarem sprawiedliwości.

Słowem, biedny student, dzielił się z kolegami linkami, a nielitościwi Amerykanie rzucili się na niego jak na najgorszego przestępcę. Na nic płacze jego matki i sióstr. Studenta porzuciło jego własne państwo, ulegając amerykańskiemu dyktatowi prawnemu. Wzruszające.

Sprawą O’Dwyera zainteresowały się też niektóre „prawicowe” środowiska polityczne w Polsce, na przykład Kongres Nowej Prawicy Kraków i Fronda, zapewne po to, aby pokazać, jaką opresję szykuje nam Unia Europejska i rząd Platformy.

Nieco odmienne światło na sprawę O’Dwyera rzucają media brytyjskie, zresztą z nim sympatyzujące. Daily Mail powiada, że Richard O’Dwyer

is being used as a ‘guinea pig’ as no one has ever been extradited on similar charges,

dodaje jednak, że

his website, TVShack.net, was earning £15,000 a month from advertising revenue.

Tę samą informację powtarza The Guardian oraz BBC. Wygląda więc na to, że Richard O’Dwyer na swojej działalności zarabiał, i to całkiem nieźle.

Najwięcej o O’Dwyerze można dowiedzieć się z opublikowanego tekstu wyroku w jego sprawie. Jestem pełen podziwu dla brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości za to, że publikuje wyroki. Zapewne ma to związek z precedensowym charakterem brytyjskiego prawa – wyroki muszą być dostępne dla innych sądów – ale to się nazywa jawność postępowania!

Czegóż zatem dowiadujemy się o panu O’Dwyerze?

  • W okolicach grudnia 2007, mając wówczas 19 lat, założył serwis TVShack.net, fizycznie zlokalizowany na serwerze w Holandii. Serwis sam niczego nielegalnego nie przechowywał, ale podawał linki do nielegalnych kopii filmów i programów telewizyjnych, zlokalizowanych na innych, third party, serwerach. Kliknięcie linku automatycznie uruchamiało proces ściągania wskazanego materiału z obcego serwera. Przedmiotem sporu prawnego było to, czy samo podawanie linków było złamaniem angielskiego prawa. Sędzia orzekający w sprawie uznał, że tak. 
  • TVShack.net nie pobierał opłat od użytkowników i szybko stał się bardzo popularny: w czerwcu 2010 był 1779 na liście najczęściej odwiedzanych serwisów na świecie. Na tak często odwiedzanym serwerze reklamodawcy chętnie lokowali swoje reklamy i na tym zarabiał właściciel serwisu. Richard O’Dwyer przyznał, że istotnie zarabiał w ten sposób £15000 (piętnaście tysięcy funtów) miesięcznie. Amerykański wniosek ekstradycyjny stwierdza, że O’Dwyer zarobił łącznie „ponad $230000”. Trudno wobec tego twierdzić, że serwis był „amatorski”, właściciel zaś zajmował się nim „w wolnych chwilach”. Nie, to był bardzo dochodowy, profesjonalny biznes.
  • Czy O’Dwyer wiedział, co robi? Jasne, że tak. W FAQ swojego serwisu zwracał się do użytkowników skarżących się, że niektóre materiały ściągają się powoli (cytuję za wyrokiem):

    you’re saving quite a lot of money (especially when putting several visits to the theatre or seasons together) by having to wait a little bit of time.

  • 29 czerwca 2010 funkcjonariusze amerykańskiego Immigration and Customs Enforcement, posługując się nakazem wydanym przez amerykański sąd federalny, przejęli domenę TVShack.net. Ciekawe są przy tym podstawy prawne tego kroku: Otóż, jak wynika z podawanego powyżej tekstu z Guardiana, domeny .com i .net (a zapewne także .org i .edu) traktowane są jak domeny amerykańskie niezależnie od tego, gdzie fizycznie zlokalizowane są hostujące serwery, a zatem podlegają amerykańskiej jurysdykcji federalnej. 
  • Być może na tym cała sprawa by się zakończyła, ale już następnego dnia O’Dwyer zarejestrował domenę TVShack.cc, na którą przeniósł cały materiał, a na stronie głównej umieścił ponadto link do rapowej piosenki Fuck tha Police. Nowy serwis stał się 3900 na liście najbardziej popularnych serwisów na świecie. Przesłuchiwany przez brytyjską policję, O’Dwyer skarżył się, że

    TVShack.cc was not receiving as much traffic as TVShack.net, but was slowly rebuilding its popularity.

  • Richard O’Dwyer został aresztowany przez brytyjską policję 29 listopada 2010 na podstawie amerykańskiego wniosku ekstradycyjnego i zwolniony za kaucją. 13 stycznia 2012 brytyjski sędzia uznał, że O’Dwyer może być wydany Stanom Zjednoczonym.

Rekapitulując, Richard O’Dwyer ani nie był naiwnym amatorem, ani szlachetnym bojownikiem w walce z Systemem. Był biznesmenem, który uczynił sobie źródło dochodu z ułatwiania innym użytkownikom sieci dostępu do pirackich plików. Nie usłuchał ostrzeżenia i prowokował policję. Czy działalność O’Dwyera zasługuje na potępienie? Moim zdaniem, ze wszech miar tak. On na piractwie zarabiał. Czy powinien być wydany Stanom Zjednoczonym? O tym zadecyduje brytyjski sąd. Sędzia pierwszej instancji uznał, że O’Dwyer naruszył także angielskie prawo chroniące własność intelektualną, a więc że spełniony jest warunek „dual criminality”. Sprawa nie jest zakończona. Jeżeli brytyjski rząd zdecyduje o ekstradycji, O’Dwyerowi przysługuje prawo do odwołania do sądu wyższej instancji. I najważniejsze: Sprawa Richarda O’Dwyera nie ma nic wspólnego z umową ACTA. Przedsiębiorczy student został zatrzymany na ponad rok przed przyjęciem ACTA przez kraje Unii Europejskiej.

Czy O’Dwyer nadaje się na sztandary walczących ze szkodliwą umową ACTA? Zdecydowanie nie.

***

Przy okazji odniosę się do krótkiego wywiadu, jakiego w sprawie ACTA Gazecie Świątecznej z 28-29 stycznia 2012 udzielił Juliusz Braun, prezes TVP. Braun mówi tam:

Mamy problem z nielegalnym obrotem produkcji zagranicznych. Dobrym przykładem jest serial „Dr House”. Licencja kosztowała sporo, a serial ma słabą oglądalność, ponieważ spiratowane odcinki są w internecie. 

Braun, jak sądzę, bezczelnie liczy na to, że większość czytelników Gazety nie zna sprawy; dziennikarz nie zna jej ewidentnie, gdyż nić Braunowi na to nie odpowiada. Tymczasem TVP emituje obecnie siódmy, zeszłoroczny sezon House’a, powszechnie uważany za najsłabszy. No ileż skomplikowanych, ale możliwych przypadków, z którymi poradzić sobie może tylko House, da się wymyślić? Od strony medycznej sezon ten jest więc bardzo, bardzo naciągany, a i wątki pozamedyczne są sztuczne i niewiarygodne. W dodatku sezon ten został w Polsce legalnie wydany na DVD jesienią 2011, więc maniacy House’a, jak ja, już go kupili i obejrzeli, inni zaś widzowie się od niego odwracają z powodu spadku poziomu. Gdyby TVP puszczała bieżący, ósmy sezon, przed światowym wydaniem DVD – polskie telewizje komercyjne tak robiły z niektórymi serialami, emitując odcinki z kilkutygodniowym opóźnieniem w stosunku do amerykańskiej premiery – oglądalność byłaby z pewnością większa. Słowem, wstyd, panie Braun. 

Uzupełnienie, 31 stycznia: Gazeta Wyborcza odkryła sprawę O’Dwyera i pisze o nim powielając wszystkie stereotypy.

Donald Tusk, gdzie masz mózg?

Internet walczący Byłem na manifestacji przeciwko ACTA. Według różnych źródeł na manifestacji było od 10 do 15 tysięcy osób. Było bardzo spokojnie, żadnych ekscesów ani wandalizmu, nawet niewiele przekleństw. Możliwe, że jakaś część uczestników przyszła tam dla rozrywki, a ich nastrój oddawał niewykropkowany transparent „Je…ć wszystko”, jednak większość przyszła walczyć o to, co wydaje im się arcyważne: o wolny Internet.

Wbrew początkowym obawom, nie byłem najstarszym uczestnikiem manifestacji, ale moja grupa wiekowa nie była zbyt licznie reprezentowana. Średnia wieku, na oko, wynosiła jakieś 20 lat. Studenci (w tym moi studenci – przykleili mi do kapelusza znaczek Internetu Walczącego), licealiści, gimnazjaliści. Potencjalni wyborcy lub przyszli potencjalni wyborcy. Zgodnie z zaleceniami organizatorów, manifestacja była apolityczna. Hasła jawnie polityczne były wygwizdywane (podobno wygwizdano też Janusza Korwin-Mikke, który usiłował przemawiać – ja go ani nie widziałem, ani nie słyszałem). Skandowano przeciwko ACTA i cenzurze, ale największą furorę robiły hasła quasi-polityczne: Donald, matole, skąd będziesz ściągać pornole oraz to, które jest tytułem tego wpisu.

No właśnie, Donaldzie Tusk, gdzie masz mózg? Przystępując do ACTA, i to jeszcze w takim trybie, Tusk otwarcie wystąpił przeciwko młodym, wykształconym, z wielkich miast, czyli tej grupie, która dwa razy wygrała mu wybory. Ci ludzie nie pójdą w najbliższych wyborach głosować na PiS, ale wielu z nich ostatecznie zniechęciło się do Platformy. Zostaną w domu albo zagłosują na jakiś nie-PiS, który będzie jednocześnie nie-Platformą. Kasia wysłała „z automatu” list w sprawie ACTA do posłów z Krakowa; odpowiedziała jej (pewnie też „z automatu”, ale jednak) wyłącznie Anna Grodzka z Ruchu Palikota. Kilka tygodni wcześniej Tusk zraził do siebie lekarzy, wpływową grupę, która po ekscesach PiSu w sposób dość zwarty głosowała na PO, a potem zrobił rzecz jeszcze gorszą, mianowicie szczuł na siebie dwie grupy obywateli (lekarzy i pacjentów). Teraz zraził do siebie młodzież. Czemu premier z taką determinacją strzela sobie w stopę, czemu tak ostentacyjnie lekceważy tych, którzy dotąd go popierali i w przyszłości nadal mogliby popierać?

Żeby nie było wątpliwości, nie jestem zwolennikiem internetowego piractwa. Ba, jestem jego przeciwnikiem! Ale ACTA jako sposób walki z piractwem jest nie do przyjęcia i dlatego przeciwko ACTA protestuję.

Po pierwsze, ACTA dotyka wielu całkowicie różnych rzeczy. Czym innym jest walka z podróbkami markowych ubrań, torebek czy zegarków, czym innym leki generyczne, a jeszcze czym innym ochrona własności intelektualnej. Jest co najmniej wielce prawdopodobne, że w każdym z tych wypadków powinno postępować się zupełnie inaczej.

Po drugie, nie do zaakceptowania jest ani sposób „konsultacji” ACTA (w Polsce właściwie tylko z organizacjami zajmującymi się ochroną praw autorskich), ani sposób ogłoszenia tej umowy. Na czterdziestej którejś stronie komunikatu wydanego po spotkaniu unijnych ministrów do spraw rybołówstwa?! Tak, ja wiem, że takie są unijne procedury, jeśli rzecz jest uzgodniona na szczeblu eksperckim, a żadne państwo nie zgłasza zastrzeżeń, Rada Unii Europejskiej, nawet obradująca w formule Rady Branżowej, może przyjąć każdy dokument. Jednak sposób ogłoszenia ACTA wygląda jak ogłoszenie planów zburzenia domu Arthura Denta:

‚But the plans were on  display…’
‚On display? I eventually had to go down to the cellar to find them.’
‚That’s the display department.’
‚With a torch.’
‚Ah, well the lights had probably gone.’
‚So had the stairs.’
‚But look, you found the notice, didn’t you?’
‚Yes,’ said Arthur, ‚ yes I did. It was on display in the bottom of a locked filling cabinet stuck in a disused lavatory with the sign on the door saying Beware of the Leopard.’

Po trzecie i najważniejsze, ACTA wprowadza mechanizm blokowania/usuwania treści w Internecie bez postanowienia sądu, w drodze decyzji administracyjnej. Jasne, potem można domagać się zmiany tej decyzji w sądzie, co trwa całe lata i wielu osób na to nie stać. ACTA może też stanowić furtkę do permanentnej inwigilacji wszystkich zachowań w Internecie, co jest tyleż niewykonalne na masową skalę, ile potencjalnie bardzo groźne dla osób, którymi ktoś – być może z powodów nie mających nic wspólnego z walką z piractwem – się zainteresuje. Dalej, ACTA, jako umowa międzynarodowa, bierze precedencję przed prawem krajowym, może więc unieważnić zawarte w polskim prawie autorskim zapisy o dozwolonym użytku osobistym. I dlatego uważam ACTA za zamach na naszą wolność.

Rozumiem doskonale, że po ataku hackerów Tusk właściwie nie miał wyjścia i musiał zdecydować o przystąpieniu Polski do ACTA. Z terrorystami się nie rozmawia. Polskę czeka jeszcze ratyfikacja umowy i tu, jak się wydaje, rząd gotów jest pójść na ustępstwa – ale może tylko teraz robią takie wrażenie, żeby złagodzić nastroje? Jest także nadzieja, iż ACTA padnie na szczeblu europejskim. Cały jednak sposób wprowadzania ACTA – podobnie zresztą jak sprawa ustawy refundacyjnej – świadczy o arogancji władzy, która lekceważy obywateli, „wie lepiej”, przerzuca na obywateli uciążliwe obowiązki i chce nad wszystkim sprawować jak największą kontrolę. W obu tych przypadkach widać też zarazem słabość „strony społecznej”, która potrafi się zmobilizować właściwie dopiero wtedy, gdy już jest za późno.

Zastanawiam się także, czy cytując The Hitch Hiker’s Guide to the Galaxy nie naruszam praw autorskich Douglasa Adamsa, stając się obrzydliwym internetowym piratem i ryzykując, że ACTA zamknie mi bloga.

Opera Rara, 19 stycznia

Antonio Vivaldi, Catone in Utica, grał zespół Modo Antiquo, dyrygował Federico Maria Sardelli, człowiek o wyglądzie wystudiowanym.

Federico Maria Sardelli

Muzyka pierwszego aktu tej opery nie zachowała się do naszych czasów, wystawiane są więc tylko akty drugi i trzeci. Fabuła, o dziwo, nie jest przesadnie skomplikowana i odwołuje się nie do mitologii, ale do wydarzeń historycznych, co prawda dość swobodnie potraktowanych. Oto Katon Młodszy, broniąc wartości republikańskich, przeciwstawia się dążącemu do jedynowładztwa Cezarowi. Sytuację komplikuje to, że córka Katona kocha się z wzajemnością w Cezarze. Cezar tryumfuje, ale wbrew ówczesnym obyczajom, pozostawia szlachetnego Katona przy życiu (w rzeczywistości Katon po klęsce popełnił samobójstwo).

Opera – czyżby z uwagi na swój dydaktyczno-historyczny charakter? – zdominowana jest przez recytatywy. Arii jest niewiele a wczorajsze wykonania były nierówne. Magnus Staveland (Katon), a już zwłaszcza Sonia Prina (Marcja) byli znakomici. Ciekawy był Paolo Lopez śpiewający partię Cezara. Cóż to za pomysł, cóż za kompozytorska perwersja, żeby Cezarem był kontratenor?! Paolo Lopez bardzo dobrze śpiewał partie wysokie, mnie się wszakże wydawało, że gorzej wychodziły mu te fragmenty, w których musiał śpiewać niższe rejestry. Inni jednak Lopeza bardzo chwalą. To, jak koszmarnie trudne arie pisał Vivaldi, wyraźnie było wczoraj słychać w partii Emilii. Otóż śpiewająca tę rolę Loriana Castellano, śpiewaczka przecież bardzo dobra, zaśpiewała poprawnie – ale nic więcej. Nieszczęściem dla wszystkich śpiewaczek podejmujących się tej roli, obie arie Emilii, Come in vano il mare irato oraz Nella foresta leone invitto, nagrała Vivica Genaux na Fajerwerkach (przypominam, że po koncercie Viviki uroczyście odwołałem wszystkie moje krytyczne uwagi o tej płycie). No i cóż, to jest po prostu inna jakość. Inna liga. Wykonania Viviki Genaux są po prostu nieporównywalne z czymkolwiek innym.

Lorianie Castellano niewątpliwie przeszkadzało to, że orkiestra ją momentami zagłuszała. Bardzo byłem ciekaw Modo Antiquo, zespołu, którego dotąd nie znałem. Jest to bardzo sprawny zespół, doskonale posłuszny swemu dyrygentowi. Vivaldiego grają miękko, ale gdy trzeba, pokazują pazur. Niestety, Sardelli ma wyraźną tendencję do dominowania na scenie, chce pokazać, kto tu jest prawdziwą gwiazdą. Efekt jest, powiedzmy szczerze, kiepski. Śpiewający pełną wściekłości arię Dovea svenarti allora Magnus Staveland zdominować się nie dał, Sonia Prina musiała z orkiestrą walczyć (jej bis wypadł lepiej od głównego wykonania, gdyż orkiestra po prostu zagrała ciszej!), Paolo Lopez też sobie z orkiestrą radził, ale pozostali mieli problemy – z orkiestrą, która miała im akompaniować. Gwiazdorstwo Sardellego zaszkodziło sztuce.

Catone in Utica, Teatr im. Słowackiego

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie na zdjęciu wygląda nawet dość okazale. Gdy byłem dzieckiem, teatr i mnie wydawał się bardzo duży i dostojny, ale ostatnio widzę, że w rzeczywistości jest mały i ciasny. Ach, magia fotografii.

Szablon owcy

Wielkim tematem polskiej polityki stała się suwerenność. Dla suwerenności ważny jest nasz hymn, Mazurek Dąbrowskiego. Polskie dzieci uczą się go w szkole podstawowej.

Kilka dni temu na Facebooku ktoś zamieścił zdjęcie wypracowania pewnej uczennicy IV klasy. Dzieci musiały z pamięci napisać tekst Mazurka. Tej dziewczynce nie wyszło to najlepiej:

 Jak dziecko słyszy Mazurek Dąbrowskiego

Zakładam, że to jest prawdziwa klasówka, nie jakiś żart perfidnego internauty. Najważniejszy fragment brzmi

Gdy nam owca szablon wzieła
my go odbierzeny

Na pierwszy rzut oka kwalifikuje się to jako „humor zeszytów szkolnych”. Dostrzegam tu jednak dwa całkiem ważne zjawiska.

Po pierwsze, jak fatalnie nasze dzieci są uczone! Tekstu hymnu uczyły się ze słuchu, nigdy nie widzaiły pisanego tekstu, nigdy nikty nie kazał im tego porządnie wyrecytować. Tekst hymnu powinien być ważny i dla mieszkańców Polski, i dla polskiej szkoły, a nauczany jest ze skutkiem, jak wyżej. Dzieci uczyły się tego, bo było w programie. Nikt – ani nauczyciel(ka), ani rodzice – nie rozmawiał z tą uczennicą na temat hymnu, nie starał się wytłumaczyć, co te słowa oznaczają.

Co prowadzi mnie do drugiej obserwacji. Dla dziesięcioletniego dziecka polskiego w drugiej dekadzie XXI wieku słowo „szabla” jest nieznane, znacznie bliższe i bardziej naturalne jest słowo „szablon”. „Obca przemoc” z niczym się nie kojarzy, znacznie bliższa dziecięcemu umysłowi jest owca. Jest to co prawda owca-złodziejka, zabierająca nam szablon – obraz cokolwiek abstrakcyjny, ale dorośli wymyślają najdziwniejsze bzdury, których dzieci nie rozumieją – my jednak szablon jej odbierzemy. Owca jest więc czarnym charakterem hymnu, ale skazanym na ostateczną klęskę, bo my się jej nie damy! Jednak i owca, i akt odzyskania utraconej własności są elementami rzeczywistości pokojowej, niemilitarnej, non violence.

O ile pierwsza z tych obserwacji napawa mnie smutkiem, o tyle druga nastraja mnie pogodnie. Wolałbym co prawda, żeby dzieci jednocześnie znały tekst hymnu i nie żyły w kulcie odwojowywania strat od obcej przemocy, ale to, że szabla, idea walki za wolność naszą i waszą, nie są już od kołyski nieodzownymi składowymi polskości, napawa otuchą.

A prezesa Kaczyńskiego, gdyby znał tę historię, pewnie by żółć zalała.

P.s. W chwili, gdy to piszę, obrazek został udostępniony na Facebooku już 1587 razy.