Nie ta narracja

Wiele osób wychwala niedawny artykuł Roberta Krasowskiego (Polityka 15, 2015) jako wyważony, mówiący coś nowego o post-smoleńskich sporach. Stanowisko Krasowskiego można podsumować tak: No dobra, w Smoleńsku nie było żadnego zamachu, tylko katastrofa, ale państwo polskie zawiodło, a Platforma i lemingi powinni się za siebie wstydzić. Wydaje mi się, że jest to próba narzucenia Platformie „kompromisowej” narracji, którą ta powinna przyjąć z radością, jako że wyklucza ona zamach, no a za resztę, cóż, widać trzeba się wstydzić. Otóż ja się z tym nie zgadzam.

Zacznę od tego, że zgadzam się z następującym fragmentem ostatniego akapitu artykułu Roberta Krasowskiego:

Polskie państwo nie robi dobrego wrażenia. Nie reaguje na wyzwania, nie uczy się, nie naprawia swoich defektów, nie bierze na siebie skomplikowanych zadań. Ma peryferyjne standardy i peryferyjne umiejętności.

No, niestety…

Ale z wieloma wcześniejszymi tezami Krasowskiego się nie zgadzam. Nie będę wyliczał wszystkich, ograniczę się do tych, które uważam za najważniejsze.

1.

Gdyby Lech Kaczyński nie był bratem swego brata, byłby prezydentem lubianym. Był politykiem słabym, ale sympatycznym. Jednak niechęć do Jarosława Kaczyńskiego została przeniesiona na niego.

Gdyby Lech Kaczyński nie był bratem swojego brata, nie byłby prezydentem. Nie chciałby nim być. Niezależnie od tego, co wprost widać było w przekazie publicznym, jest wiele zgodnych świadectw, iż urząd prezydenta, z jego wszystkimi publiczno-formalnymi obowiązkami, Lecha Kaczyńskiego męczył. Nie sądzę też aby Lech Kaczyński miał osobiste ambicje zostania przywódcą – przynajmniej po roku 2000, bo dziesięć lat wcześniej zapewne widział się w roli przewodniczącego Solidarności.

Kim zatem byłby Lech Kaczyński, gdyby nie brat? Zapewne jako działacz opozycyjny z lat ’80, wykształcony, pracowity i godny zaufania, kandydowałby w 1989 do parlamentu, jak to rzeczywiście miało miejsce. Być może Wałęsa i tak mianowałby go wiceprzewodniczącym Solidarności. Być może Lech Kaczyński i tak zostaby prezesem NIK. Ale gdyby nie brat, po zakończonej kadencji w NIK Lech Kaczyński wycofałby się do życia akademickiego. Dziś zapewne byłby ogólnie szanowanym profesorem prawa na Uniwersytecie Gdańskim, o raczej konserwatywnych i staroświeckich poglądach. Może zostałby sędzią jakiegoś ważnego trybunału, ale na pewno nie ubiegałby się ani o prezydenturę Warszawy, ani tym bardziej o prezydenturę Polski. 

Nie jest też prawdą, iż niechęć do Jarosława Kaczyńskiego została po prostu przeniesiona na Lecha. To Lech Kaczyński od samego początku swojej prezydentury jawnie ustawił się w podrzędnej roli narzędzia w ręku brata (panie prezesie, melduję wykonanie zadania). A o politycznej ocenie prezydentury Kaczyńskiego niebawem będzie, jak się wydaje, okazja napisać.

2.

Dwie największe katastrofy wydarzyły się za kadencji jednego ministra obrony. Ministra z PO. Od dłuższego czasu wojsko domagało się nowych maszyn dla VIPów […] Ale minister zablokował zakup samolotów. Na rok przed Smoleńskiem oświadczył, że szkoda na to pieniędzy. […] Mimo to po katastrofie na stanowisku pozostał. Premier z obawy, że dymisja będzie przyznaniem się do winy, zostawił go jeszcze przez póltora roku.

To są bardzo niesprawiedliwe oskarżenia przeciwko Bogdanowi Klichowi. Są tu właściwie trzy odrębne sprawy:

A. Zakup samolotów. No tak, minister Klich odwołał przetarg na zakup samolotów dla VIPów. Było zresztą kilka przetargów ogłaszanych i odwoływanych przez kolejnych ministrów, od Szmajdzińskiego po Klicha. Nie było zgodby co do tego, jakie samoloty były polskim VIPom potrzebne, były za to nieustanne podejrzenia o nielegalny lobbying. Argument finansowy był politycznie nośny, bo wydatek na samoloty byłby z pewnością komentowany w duchu „rząd wydaje setki milionów na swoje podróże, a tu brakuje na lekarstwa dla chorych dzieci”. Ale najważniejsze jest to, że choć TU-154M nb 101 był stary i wysłużony, to jego stan techniczny nie przyczynił się do katastrofy. Nawet nie jego awionika, którą Tupolew mial akurat zmodernizowaną. To lotnisko Siewiernyj nie miało nowoczesnych systemów naprowadzania. Tak więc argument o odwołaniu przez ministra przetargu nijak ma się wyjaśniania przyczyn katastrofy i jaskrawie służy tylko do dołożenia Klichowi.

B. Nadzór nad polskim lotnictwem wojskowym. Minister, owszem, nadzoruje wojsko, ale nie działa tak, jak w czasach PRLu, gdy osobiście mógł ingerować w działania poszczególnych pułków. Minister nadzoruje lotnictwo za pomocą Dowódcy Sił Powietrznych, którym był generał Andrzej Błasik. Otóż już po katastrofie pod Mirosławcem minister Klich chciał odwołać gen. Błasika z zajmowanego stanowiska, ale ponieważ Błasik był protegowanym prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ten nie zgodził się na dymisję. A co było dalej, nie wiem: Nie wiem, czy minister Klich nie zwracał uwagi na stopień wyszkolenia i przestrzeganie procedur w lotnictwie, czy też gen. Błasik mówił ministrowi, że wszystko jest w porządku, więc nic nie trzeba zmieniać, czy też wreszcie minister chciał coś zmieniać, a Dowódca Sił Powietrznych tych zaleceń nie wykonywał. Wiadomo natomiast, że pod okiem gen. Błasika i innych wyższych dowódców wielokrotnie dochodziło do łamania procedur lotniczych i nikt za to nie był karany. Ba, dosłownie przed chwilą pojawiła się sugestia, że załoga Tupoloewa dostała przed lotem nie tyle przypadkowo błędną, ale świadomie nieaktualną prognozę pogody, bo aktualna uniemożliwiałaby wylot z Warszawy. Autor cytowanego materiału zastanawia się, czy polecenia sfałszowania prognozy nie wydal dyżurnemu meteorologowi gen. Błasik.

C. Dymisja ministra Klicha. Minister działał co prawda za pośrednictwem DSP, ale ponosił polityczną odpowiedzialność za to, co się działo w wojsku. I gdy tylko Komisja Millera w swoim raporcie ujawniła skandaliczny stan wyszkolenia i organizacji w 36 SPL, minister dosłownie tego samego dnia podał się do dymisji. Opublikowany 15 miesięcy po Smoleńsku raport Millera był pierwszym oficjalnym polskim dokumentem, który ujawnił zatrważający stan polskiego lotnictwa, stan, który – pośrednio – przyczynił się do katastrofy. Nie było więc mowy o kunktatorskim utrzymywaniu Klicha na stanowisku, „bo dymisja byłaby przyznaniem się do winy”. Przeciwnie, gdy tylko – ale i dopiero, gdy – stwierdzono karygodne błędy w polskim lotnictwie, minister poniósł odpowiedzialnośc polityczną.

Minister Bogdan Klich mógłby też odpowiadać za to, że zgodził się na wspólny lot wszystkich najwyższych dowódców wojskowych. Klich mówi, że on się zgodził na udział tych dowódców w prezydenckiej delegacji (niechby się nie zgodził, to by się dopiero działo!), ale o tym, że polecą oni jednym samolotem, zdecydowała Kancelaria Prezydenta. Wspólnego lotu nie zakazywała ówcześnie obowiązująca instrukcja HEAD. Klich mógłby więc odpowiadać jedynie za to, że jego resort nie przewidział zagrożenia w postaci utraty wszystkich najważniejszych generałów na pokładzie jednego samolotu.

3. 

Gdy na Ukrainie zestrzelono holenderski samolot, nikt nie znał winnego. Ale ponieważ Rosjanie odmówili pomocy w dotarciu do wraku, premier Australii, której 38 obywateli zginęło, na międzynarodowym szczycie, w obecności głów państw, ostro potraktował Putina. Dyplomacja zna różne gesty […] Tusk nie wykonał żadnego.

Jakież to typowe! Prawicy nie chodzi o to, żeby rozwiązać jakiś problem, ale żeby się odpowiednio nadąć. Pokazać swoje dumne oblicze. Tupnąć nogą. Zgadzam się, to jest konsekwentne stanowisko, godność przede wszystkim, ale nie można jednocześnie się na Rosję obrażać i oczekiwać z jej strony pomocy. Rosja, która do własnej godności i prestiżu ma stosunek jeszcze bardziej chorobliwy, niż Polska (i, ujmijmy to, ma po temu pewne materialne podstawy), tym bardziej usztywniłaby stanowisko i nie tylko nie zwróciła rejestratorów czy wraku, ale utrudniała polskim śledczym dostęp do dowodów i dokumentów.

Owszem, Tusk i rząd zgrzeszyli naiwnością: Po początkowo bardzo serdecznym i przychylnym nastawieniu Rosjan i samego premiera Putina, spodziewali się, że całe dochodzenie sprawnie się potoczy. A tu pokazała się rosyjska podejrzliwość, rosyjska biurokracja, rosyjski wariant „nie oddamy nawet guzika” (i nie pozwolimy na oskarżenie nawet jakiegoś nieszczęsnego pułkownika z lotniska w Smoleńsku), może nawet Rosja dostrzegła, że sprawa smoleńska będzie dzielić, a więc oslabiać Polskę, co jak najbardziej było w rosyjskim interesie. Do tego Poska faktycznie słabo sobie radziła pod względem organizacyjnym. Polskie motto narodowe brzmi Jakoś to będzie!, co widać było tak w organizacji i przebiegu lotu, jak i w organizacji samego dochodzenia, zwłaszcza w jego najwcześniejszej fazie. I w tym momencie polski rząd był już bezradny. Mógł tupnąć nogą i zaprzepaścić samo dochodzenie, a mógł też próbować robić dobrą minę do złej gry.

Osobno trzeba by napisać o roli polskiej prokuratury. Może zrobię to innym razem.

4. 

Kaczyński miał wyobraźnię katastroficzną, poczucie kruchości polskiego istnienia. Dlatego nie mógł zrozumieć lekkomyślności Tuska: Polacy osiedlili się na wulkanie, niezwykle aktywnym, który niedługo znów wybuchnie, bo na obszarze między Niemcami a Rosją nigdy nie ma dłuższego spokoju, a mimo to Tusk zachowuje się tak, jakby Polacy żyli na zielonej wyspie. […]

Lech Kaczyński widział w tym małość i cynizm. Uważał, że polityka musi przygotować państwo na ciężkie czasy. Że następnym pokoleniom trzeba zostawić więcej bezpieczeństwa i więcej narzędzi panowania nad losem.

A Tusk nic, tylko ciepła woda w kranie. I tak w kółko Macieju. Jak powiadam, prezydenturę Lecha Kaczyńskiego przyjdzie jeszcze politycznie ocenić, ale jego politykę zagraniczną podsumowuje sam Robert Krasowski:

Lech Kaczyński bardziej się troszczył o państwo, ale owoców tej troski nie było. Jak Stańczyk z obrazu, marnował czas, napawając się własną troskliwością. Nieliczne ruchy, jakie wykonał, większego sensu nie miały. Aby zabezpieczyć Polskę przed Rosją, zawierał przyjaźnie z państwami pozbawionymi znaczenia, a konfliktował z Unią, od której zależało polskie bezpieczeństwo.

Przypominam, że powyższe słowa napisał zwolennik Lecha Kaczyńskiego.

5. Najbardziej niesprawiedliwa teza Krasowskiego brzmi tak:

Społeczne reakcje na katastrofę […] byly szalone. […] Nie znano umiaru. Część Polaków nagle wystraszyła się krzyża. A przecież od tysiąca lat, ilekroć coś się wydarzy nad Wisłą, tutejsi mieszkańcy zbijają dwie deski pod kątem prostym. Skorzystanie z jedynego znanego rytuału pamięci tym razem uczyniło z nich talibów.

Robert Krasowski usiłuje nam przyprawić gębę antyreligijnych fanatyków, nie rozumiejących uczuć i nastrojów „tutejszych mieszkańców”. Tymczasem zupełnie nie o to chodziło. „Obrona krzyża” przed Pałacem Prezydenckim rozpoczęła się po drugiej turze wyborów prezydenckich, wygranej przez Bronisława Komorowskiego. Przypomnę słowa ówczesnego prezydenta-elekta:

Pałac Prezydencki jest sanktuarium państwa. Krzyż, co było zrozumiałe, postawiono w nastroju żałoby, lecz żałoba minęła i trzeba te sprawy porządkować. Krzyż to symbol religijny, więc zostanie we współdziałaniu z władzami kościelnymi przeniesiony w inne, bardziej odpowiednie miejsce.

Do rozstrzygnięcia przedterminowych wyborów nikt przeciwko krzyżowi nie protestował. Z chwilą wyborczej porażki Jarosława Kaczyńskiego dla „obrońców krzyża” krzyż ów przestał być symbolem religijnym, a stał się symbolem politycznym, znakiem nieprawości prezydentury Bronisława Komorowskiego. Dla nich jedynym Prawdziwym Prezydentem był Lech Kaczyński, a Jarosław Kaczyński był jego jedynym Godnym Następcą. Każdy inny był uzurpatorem, w najlepszym wypadku wybranym „przypadkowo”. Dlatego odpowiednio „godny” pomnik ofiar katastrofy w Smoleńsku, a de facto pomnik Lecha Kaczyńskiego, miał stanąć koniecznie przed Pałacem Prezydenckim, aby wszystkim uświadamiać, kto jest Prawdziwym Prezydentem, i że nie-Kaczyński jest prezydentem oszukańczym, nieprawym, niegodnym, nieważnym. Do czasu postawienia „godnego upamiętnienia” tę symboliczną funkcję miał pełnić krzyż. A na to stanowczo nie mogło być zgody. Nie było więc żadnej „walki z krzyżem” jako symbolem religijnym, była niezgoda na zawłaszczanie przestrzeni symbolicznej i przestrzeni publicznej przez przegranych zwolenników Jarosława Kaczyńskiego. Robert Krasowski z pewnością to wie i rozumie, ale usiłuje nam wmówić coś innego, wywołać w nas poczucie winy, upokorzyć nas za cenę przyznania, że w Smoleńsku nie było zamachu. 

Kategorycznie się na to nie zgadzam.

A sam krzyż stoi sobie w kościele św. Anny. Każdy, kto uważa go za ważny symbol religijny, może tam przyjść i się przy nim pomodlić. Zdaje się, że bardzo niewiele osób to robi.

6.

[Tusk] ograł Kaczyńskiego w kwestii rocznicy katyńskiej. Dołączył do gry premiera Putina, który rocznicę katyńską chciał świętować jedynie z polskim premierem. Tusk nie miał złych intencji, wierzył, że swoim pragmatyzmem zdziała więcej niż prezydent swoją rusofobią.

To jest znany zarzut „rozdzielenia wizyt”. PiS twierdzi, że Tusk powinien był ustąpić Kaczyńskiemu, odrzucić zaproszenie Putina i pozwolić, by w Katyniu Polskę reprezentował jedynie prezydent Kaczyński, nota bene, w ramach wizyty prywatnej, bo nikt go przecież tam nie zapraszał. Otóż całkowicie się z tym nie zgadzam. Pomiędzy 2007 a 2010 polityka zagraniczna, w szczególności zaś to, kto ma reprezentowac Polskę za granicą, stała się regularną częścią polskiego wewnętrznego sporu politycznego. Nie było najmniejszych powodów, aby w tej sytuacji Tusk miał ustępować Kaczyńskiemu, w dodatku czyniąc despekt premierowi wielkiego kraju, z którym od stuleci mamy trudne stosunki. A czy Putin chciał „rozegrać” polski konflikt polityczny, osłabiając nieprzychylnego sobie Kaczyńskiego, wzmacniając zaś Tuska, z którym wówczas chcial robić interesy? Być może tak. Zapewne tak. No i…?

Warto też pamiętać, że 10 kwietnia 2010 prezydent Lech Kaczyński miał być w Katyniu po raz drugi w życiu. Pierwszy raz był w 2007, w czasie kampanii przed wyborami do Sejmu. W 2010 chciał w Katyniu zacząć swoją kampanię wyborczą. W latach niewyborczych Lech Kaczyński dziwnym trafem się do Katynia nie wybierał.

Co zaś osiągnął Tusk w czasie swej oficjalnej wizyty w Katyniu?

Putin klęczący w Katyniu

Widok premiera Rosji klęczącego przed pomnikiem polskich oficerów pomordowanych w Katyniu mógłby mieć siłę widoku kanclerza Willy’ego Brandta klęczącego przed Pomnikiem Bohaterów Getta. Niestety, tragedia 10 kwietnia spowodowała, że ten gest został w zasadzie zapomniany.

Misteria Paschalia i ofiary z dzieci

Wielki Poniedziałek, 30 marca, Nicolo Jommelli, Isacco figura del Redentore, I Barocchisti, Chór Kameralny Capelli Cracoviensis plus soliści, dyrygował Diego Fasolis

Niedziela Wielkanocna, 5 kwietnia, Georg Friedrich Haendel, Jephtha, Accademia Bizantina, Chór Kameralny Capelli Cracoviensis plus soliści, dyrygował Ottavio Dantone

Na początek i na koniec tegorocznych Misteriów wystawiono dwa oratoria, opowiadające starotestamentalne historie ofiar z dzieci: powszechnie znaną historię ofiary Izaaka i dalece mniej znaną historię sędziego Jefty.

Poniedziałkowe oratorium to nie była wielka muzyka, zapadająca w ucho, raczej bardzo rzetelnie, ale miejscami rzemieślniczo napisana ilustracja do znanej biblijnej opowieści. Rzetelnie napisana i bardzo poprawnie wykonana. Publiczności najbardziej podobała się Roberta Mameli jako Anioł. Bardzo dobry był kontratenor Yuriy Mlynenko w partii Izaaka, ale mnie najbardziej podobała się aria Dal gran peso ogni momente Carla Lepore (bas). A w ogóle wybraliśmy się głównie po to, aby na żywo zobaczyć Diego Fasolisa, którego dotąd znaliśmy tylko z nagrań i spektakli operowych transmitowanych na Mezzo. Poniedziałkowy koncert nie był jakimś wielkim wydarzeniem muzycznym, ale warto było go posłuchać.

Niedzielne oratorium Jephtha było pod kilkoma względami ciekawsze. Haendel, pisząc swoje ostatnie oratorium, tracił wzrok i ukończył je niemalże cudem. Tak więc i z osobistego punktu widzenia Haendla, i z uwagi na tematykę, Jephtha jest oratorium o cierpieniu.

W przeciwieństwie do protestantów, katolicy Pisma Świętego nie czytają i z całej Księgi Sędziów na ogół znają tylko historię Samsona. Ponura historia Jefty jest nam obca. Otóż Jefta, będąc właściwie wyrzutkiem w społeczeństwie izraelskim, został powołany na sędziego (dożywotniego, nie-dziedzicznego przywódcę Izraela w czasach przedkrólewskich) aby walczyć z Ammonitami. Jefta (Sdz 11:30-40) złożył ślub Bogu, że jeśli pokona Ammonitów, złoży w ofierze całopalnej pierwszą osobę, która wyjdzie na jego spotkanie. No i co się dzieje? Oto pierwsza na spotkanie ojca wychodzi jego jedyna córka. Jefta rozpacza, rozdziera swe szaty, ale ślubu danego Bogu dotrzymać musi. Według Biblii odracza tylko wyrok o dwa miesiące, aby córka mogła pójść, pobiegać po górach i wraz z przyjaciółkami opłakać swoje dziewictwo. W libretcie, z którego korzystał Haendel, wyrok zostaje złagodzony: oto podobnie jak w historii Izaaka, w ostatniej chwili pojawia się anioł, który ogłasza, że zgodnie z wolą Jahwe dziewczyna nie ma umrzeć, ale do końca życia pozostać dziewiczą kapłanką. Wśród biblistów trwają zresztą dyskusje, czy faktycznie w ten sposób nie należy interpretować tekstu Biblii (patrz na przykład tutaj), ale komentatorzy polskiej Biblii Tysiąclecia powiadają, że Jefta rzeczywiście zabił i złożył w ofierze swoją córkę, łamiąc zresztą w ten sposób zasady Przymierza z Bogiem (ofiar z ludzi zakazuje Prawo Mojżeszowe, Pwt 18:10).

Od strony muzycznej najbardziej znana jest pożegnalna aria z trzeciego aktu, Waft her, angels. Na mnie jednak większe wrażenie zrobił potężny chór How dark, o Lord, are thy decrees!, dorównujący klasą chórom z Mesjasza, zwłaszcza zaś smutna aria Iphis (córki Jefty; Biblia nie podaje jej imienia) Happy they! i jeszcze smutniejsze accompangato Jefty Deeper, and deeper still z aktu drugiego. Nie są to utwory „przebojowe”, jakich u młodszego Haendla było mnóstwo, ale bardzo, bardzo przejmujące.

W obu oratoriach, poniedziałkowym i niedzielnym, wystąpił Chór Capelli Cracoviensis. I wypadł bardzo dobrze.

Wracam jednak do kwestii ofiar z dzieci. Oficjalna interpretacja ofiary Izaaka jest znana: Bóg wystawił Abrahama na próbę. Bóg nigdy nie chciał, aby Abraham złożył syna w ofierze, chciał tylko sprawdzić, czy Abraham jest na to gotów, czy dla Boga jest w stanie poświęcić wszystko. Abraham tę gotowość wykazał, a więc pomyślnie przeszedł Bożą próbę. Chrześcijanie dodają do tego, że ofiara Izaaka jest zapowiedzią ofiary Chrystusa. Są jednak tacy, którzy uważają inaczej. Znany amerykański prawnik, Alan Dershowitz, powiada, że Abraham próbę oblał: Abraham powinien był wiedzieć, że Bóg nie zażąda ofiary z człowieka. Próbą nie była zatem gotowość poświęcenia jedynego syna, ale to, czy Abraham dość dobrze zna Boże zamysły i upodobania. Dershowitz na dowód przytacza fakt, że o ile wcześniej, przed ofiarą Izaaka, Bóg często rozmawiał z Abrahamem, potem nie zrobił tego już ani raz. 

Z Jeftą jest jeszcze gorzej. Jaka nauka moralna miałaby płynąć z tej opowieści? Że ślubu danego Bogu trzeba dotrzymywać zawsze i bezwzględnie? Nawet wtedy, gdy treść tego ślubu jest sprzeczna z Bożym Prawem? Gdy jest świętokradcza?! Przecież to nie ma sensu. W dodatku oboje dzieci, Izaak i bezimienna córka Jefty, potraktowane są czysto instrumentalnie, są narzędziami służącymi do sprawdzania wiary ich ojców – i to nawet jeśli przyjmiemy „łagodne” zakończenie historii córki Jefty, w której wbrew własnej woli zostaje ona ustanowiona dożywotnią dziewiczą kapłanką. Na strach, cierpienie, przerażenie, poczucie opuszczenia biblijnych dzieci nikt nie zwraca uwagi, tak jakby okrutny starotestamentalny Bóg tym właśnie miał się sycić. 

Jedynym wytłumaczeniem, jakie ja, laik, dostrzegam, jest to, że w wypadku Izaaka rację ma Dershowitz, być może reprezentujący tu jakiś nurt żydowskiej egzegezy Tory: Bóg nie chciał, aby Abraham nawet spróbował złożyć Izaaka w ofierze, gdyż ofiary z ludzi są fundamentalnie złe i niegodne, Abraham zaś to właśnie powinien był zrozumieć.

Odnośnie zaś do Jefty, na całą Księgę Sędziów należy spojrzeć jak na odtwarzany z pamięci, przekształcany, pół-legendarny opis dziejów Izraela w czasach przedkrólewskich. Otóż z tej perspektywy fakt, iż jeden z przywódców Izraela uległ okrutnym obyczajom otaczających ich plemion pogańskich i dla zapewnienia sobie pomyślności w bitwie złożył ofiarę z własnego dziecka, jest godny odnotowania. Nawet jeśli sens tej opowieści i niegodziwość czynu sędziego Jefty są trudne do uchwycenia.

„Zmieścisz się śmiało”

RMF FM ujawnia najnowszy zapis rozmów z Tupolewa, rzekomo odczytany przez Prokuraturę Wojskową. Dopóki Prokuratura nie opublikuje tego zapisu, nie jest to dokument, a jedynie doniesienie prasowe. Plotka. Spekulacje. Zapis nie zmienia zasadniczych ustaleń w sprawie przyczyn katastrofy, ale stawia w bardzo niekorzystnym świetle członków orszaku prezydenta Kaczyńskiego, zwłaszcza gen. Błasika.

Według RMF FM, prokuratura opierała się na nowym odczycie czarnej skrzynki, dokonanym ze znacznie większą częstotliwością próbkowania. Dzięki temu biegli prokuratury odczytali 30-40% więcej słów, niż w poprzednich ekspertyzach. To brzmi wiarygodnie: wiadomo, że oversampling pomaga w identyfikacji sygnałów silnie zaszumionych, tym bardziej, że – znów, według biegłych prokuratury – w CVR Tupolewa użyto taśmy magnetofonowej niezgodnej ze specyfikacją producenta (dlaczego ta ostatnia wiadomość zupełnie mnie nie dziwi?). 

Według najnowszego odczytu, gen. Andrzej Błasik do końca pozostawał w kokpicie Tupolewa i zachęcał pilotów do lądowania („Zmieścisz się śmiało”). Tak wynikało zresztą z pierwotnych ustaleń, potem Komisja Millera nie upierała się przy tym, może na zasadzie de mortuis nil nisi bene, może aby zamknąć poboczne pole konfliktu, bo to, czy gen. Błasik był w kokpicie, czy nie, nie miało decydującego wpływu na przebieg katastrofy. Można co najwyżej spekulować, że gdyby załoga nie odczuwała presji wywieranej przez Dowódcę Sił Powietrznych, być może zachowałaby się inaczej, wcześniej podjęła decyzje o odejściu na drugi krąg. A może nie. Tego nie wiemy i już się nie dowiemy. 

Z kolei na stwierdzenie pilota, iż 

Wyszła mgła, w tej chwili. I przy tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. […] Tak, że proszę już myśleć nad decyzją, co będziemy robili.

dyrektor Kazana z miejsca odpowiada

Będziemy próbować do skutku

a cztery minuty później stwierdza, że

Jeszcze nie ma decyzji prezydenta, co dalej robimy.

Miałoby to świadczyć o tym, iż dla prezydenckiej delegacji wylądowanie o czasie i odbycie uroczystości zgodnie z planem było absolutnym priorytetem. Nikt, w szczególności gen. Błasik, nie wyjaśnił prezydentowi, jak skrajnie niebezpieczna była próba lądowania w tamtych warunkach. Tak, jakby generał sam tego nie dostrzegał. Jakby i dla niego najważniejszy był niezakłócony przebieg uroczystości z udziałem prezydenta.

Nieszczęsna załoga nie mogła pracować, wielokrotnie usiłowała uciszyć przebywające w kabinie „osoby trzecie”, a najlepiej je stamtąd usunąć. Bezskutecznie. 

Nie zmienia to generalnego wyjaśnienia przyczyn katastrofy – zła organizacja lotu, złe wyszkolenie załogi, lekceważący stosunek do procedur, korzystanie z niewłaściwego wysokościomierza, błędy rosyjskich kontrolerów, zejście poniżej minimalnej dopuszczalnej wysokości, próba odejścia „w automacie”, zderzenie z przeszkodami – ale obrazuje atmosferę panującą na pokładzie prezydenckiego samolotu. Jeżeli to wszystko jest prawdą.

PiS będzie szalał, już zresztą zaczyna. Będzie twierdził, że jest to element kampanii wyborczej. A nie jest. Komorowski nie ma interesu we wracaniu do sprawy smoleńskiej, właśnie dlatego, że to go wystawia na oskarżenia, że chce ją wykorzystać w kampanii wyborczej (podczas gdy tak naprawdę robi to Jarosław Kaczyński). Poza tym, w przeciwieństwie do czasów Zbigniewa Ziobry, władza wykonawcza nie ma bezpośredniego wpływu na działania prokuratury. Tego ostatniego PiS i okolice nie pojmują i nigdy nie pojmą: według nich wszystkie organa państwa zawsze muszą realizować wolę przywódcy i to właśnie robią. Dla zwolenników Kaczyńskiego problemem nie jest antydemokratyczny charakter takiego ustroju, ale jedynie to, że przywódca jest niewłaściwy, wybrany „przypadkowo” lub w wyniku spisku bądź oszustwa wyborczego.

Wykład, którego nie będzie

Uniwersytet Jagielloński zaprosił ambasadora Rosji do wygłoszenia wykładu. Zrobiła się wielka afera, w wyniku której uniwersytet zaproszenie odwołał. Protestujący się cieszą, wprost wpadają sobie z radości w ramiona. A ja myślę, że źle się stało. Ambasadora w obecnej sytuacji raczej nie należało zapraszać, ale skoro go zaproszono, wykład powinien się odbyć, Uniwersytet zaś powinien dołożyć wszelkich starań, aby odbył się w możliwie przyzwoitej atmosferze.

Dlaczego ambasadora nie należało zapraszać?

  • Przede wszystkim podnoszony jest argument natury moralnej: W sytuacji, w której Rosja jest agresorem na Ukrainie, prowadząc jednocześnie politykę nieprzyjazną, wręcz wrogą wobec krajów Unii Europejskiej, nie godzi się, by ambasadorowi oddawać uniwersytecką trybunę do wygłaszania swojej propagandy.
  • Ponadto z góry wiadomo, co ambasador mógłby powiedzieć. Jest ambasadorem, więc przedstawiłby oficjalną politykę swojego rządu. Tę zaś dobrze znamy: Referendum na Krymie było legalne, w Doniecku i Ługańsku nie ma rosyjskich wojsk, tylko lokalni traktorzyści i taksówkarze, co najwyżej kilku rosyjskich żołnierzy na urlopach i przepustkach. Rosja miłuje pokój, sankcje zaś szkodzą bardziej gospodarkom państw Unii niż Rosji. Zapewne podkreślałby antypolskie cechy ukraińskiego nacjonalizmu, choć można się zastanawiać, czy posunąłby się do odmawiania Ukraińcom praw do bycia osobnym narodem i wspomniał o polskości Lwowa.
  • Niektórzy dodają, że Uniwersytet, zapraszając ambasadora, legitymizowałby jego argumenty swoim autorytetem. Z tym się akurat nie zgadzam. Wrócę do tego później.
  • Najważniejsze jednak, że należało przewidzieć awanturę, próby oprotestowania wykładu, a nawet jego zerwania w atmosferze skandalu. A to byłoby bardzo niedobre. Moim zdaniem to jest kluczowe: Antycypując aferę, ambasadora w obecnej sytuacji zapraszać nie należało.

No, ale jednak zaproszono. Nie wiem, co przesądziło, zapewne zwykła krótkowzroczność. Można jednak podać kilka argumentów za tym, że ambasadora jednak dobrze byłoby wysłuchać:

  • Rosja jest dla Polski tak ważnym krajem, że z jej oficjalnymi przedstawicielami warto rozmawiać i ich argumentów wysłuchiwać, nawet jeśli aktualną politykę Rosji uważamy za nieprzyjazną, wręcz groźną dla Polski.
  • Studenci stosunków międzynarodowych mogliby się nauczyć, jak w cywilizowany sposób dyskutować z dyplomatą reprezentującym kraj, który nie jest Polsce przyjazny. Dyskutować z dobrze przygotowanym przeciwnikiem też trzeba umieć.
  • Pomysł (hipotetyczny!), że polski ambasador miałby tłumaczyć studentom w Petersburgu polski punkt widzenia, zostałby uznany za godny pochwały, nawet jeśli większość tych studentów byłaby antypolsko nastawiona. Dlaczego więc symetryczny pomysł z udziałem ambasadora Rosji jest z punktu odrzucany? To tylko potwierdza stereotypy o chorobliwej, nieracjonalnej rusofobii Polaków.
  • Polska oczekuje, że Rosja będzie z uwagą słuchać polskich dyplomatów czy to w sprawach handlowych, czy politycznych, czy wreszcie w sprawie ostatniego zamieszania z polskim konsulatem w Petersburgu. Gest dobrej woli wobec rosyjskiego ambasadora mógłby być pomocny. Oczywiście Uniwersytet nie odpowiada za politykę zagraniczną Polski, ale prominentni politycy organizujący protesty już w jakiejś mierze tak.
  • Nie jest prawdą, iż zapraszając ambasadora Rosji, Uniwersytet „legitymizuje” jego poglądy. Niektórzy robią tu porównania z negacjonistą Davidem Irvingiem czy antyszczepionkowym oszustem Andrew Wakefieldem, których żaden szanujący się uniwersytet nie zaprosi. Moim zdaniem ta analogia jest chybiona: Irving i Wakefield usiłują przedstawiać swoje poglądy jako uprawnione stanowisko naukowe, więc uniwersytet, zapraszając któregoś z tych panów, nawet po to, by ich skrytykować, rzeczywiście ich uwiarygadnia, stawiając ich tezy niejako na równi z oficjalną nauką. Z ambasadorem jest inaczej: Wiadomo, że jego wystąpienie będzie par excellence polityczne, będzie odbiciem stanowiska jego rządu. Nie ma tu więc czego legitymizować. Można co najwyżej wysłuchać i zgodzić się lub nie. Tak też można było to przedstawić Ukraińcom: To, że słuchamy rosyjskiego ambasadora, nie oznacza, że się z polityką Rosji zgadzamy, ale powinniśmy dobrze poznać jej oficjalne stanowisko.
  • Gdyby nie protesty, wykład ambasadora na UJ nie byłby jakimś wielkim wydarzeniem. Ambasador wygłosiłby swoją mantrę, większość słuchaczy by się z nim nie zgodziła, niektórzy próbowaliby polemizować, ale byliby tacy, na przykład pani profesor Anna Raźny, którzy bardzo by ambasadora chwalili. To protesty przydały temu wykładowi znaczenia.

Jak wszakże powiadam, należało przewidzieć, że zaproszenie ambasadora Rosji zostanie gwałtownie oprotestowane, że grozić będzie zerwanie wykładu, co byłoby wielkim skandalem, więc – moim zdaniem – ambasadora zapraszać nie należało. Jednak ktoś z Wydziału Studiów Międzynarodowych zdecydował inaczej, a informacja o wykładzie została publicznie ogłoszona. W tej sytuacji nie należało zaproszenia odwoływać, tylko zadbać o to, żeby w czasie wykład nie doszło do jakichś burd. Odwołanie wykładu – choć w tej chwili ambasada bagatelizuje to zdarzenie – zostanie wykorzystane jako dowód na antyrosyjskie fobie w Polsce. Nie jakiś bardzo ważny dowód, raczej jeden z wielu faktów, umiejętnie kolekcjonowanych i nagłaśnianych przez putinowską propagandę. „Patrzcie, Polacy nie pozwalają, aby nasz ambasador wygłosił wykład dla polskich studentów.” Po co im było dawać to na złotej tacy? 

Decyzja rektora o odwołaniu wykładu pokazała coś jeszcze: Mianowicie, i my, Polacy i my, Uniwersytet Jagielloński, faktycznie nie potrafimy dyskutować z przeciwnikami. A co na odwołaniu wykładu zyskali protestujący? Nadęli się narodową dumą, utwierdzili w swej wyższości i pokazali Ruskiemu, gdzie jego miejsce. Tylko co dobrego z tego wyniknie?

Jest w tej przykrej historii jeszcze jeden aspekt, na który chcę zwrócić uwagę. Otóż do odwołania wykładu ambasadora wzywały głównie osoby raczej związane z Platformą, ewentualnie z umiarkowaną częścią PiS. Mainstreamowy PiS w tej sprawie milczał. Natomiast skrajna prawica skrytykowała odwołanie wykładu.  Rozumiem, że PiS ma obecnie inne problemy, a u radykalnej prawicy niechęć do Ukraińców przeważa nad strachem przed Rosją; w dodatku jest to strach przemieszany z podziwem. Natomiast okolice Platformy tak się boją przyczepienia łatki poputczików Putina, że zrobią wszystko, by się od takich oskarżeń odciąć. Nawet jeśli nie mają one najmniejszego sensu.

Life is brutal

Myślę o Bliskim Wschodzie, o wszystkich bezsensownych i okrutnych śmierciach, jakie wojna tam przynosi. Myślę o asyryjskim Nimrud, burzonym buldożerami przez fanatyków z Państwa Islamskiego. Ale myślę też o Ukrainie, gdzie w czasie rozejmu-nie rozejmu cały czas trwają walki, a w Charkowie wybuchają bomby. Wszyscy się boją, że lada chwila w Charkowie pojawią się zielone ludziki, lokalni taksówkarze i traktorzyści, obsługujący nowoczesny rosyjski sprzęt wojskowy, do nabycia w co drugim sklepie myśliwskim. Myślę o Borysie Niemcowie, którego – jak twierdzi rosyjska prokuratura – zamordowało kilku Czeczenów, ot, tak, bez wyraźnego powodu, za to w środku wielkiego miasta, ba, w jednym z najlepiej strzeżonych miejsc na planecie. I nikt niczego nie widział, liczne kamery nadzoru albo były przypadkiem wyłączone, albo obrócone w innym kierunku, a milicja przyjechała dopiero po kilkunastu minutach. Czeczenów nikt nie lubi.

Straszny świat.

Tak sobie o tym wszystkim myśląc, przypomniałem sobie piosenkę Zamki na Piasku zespołu Lady Pank z połowy lat ’80.

Wtedy był to wielki przebój, dziś zapomniany. W drugiej zwrotce słyszymy niepokojące słowa:

Idziesz ulicą
Uśmiechasz się
Skonstruowałeś bombę
Skondensowaną śmierć
Znasz datę i godzinę
Gdy świat się zacznie bać
Policja wszystkich krajów
Rysopis twój chce znać

Zamki na piasku
Gdy pełno w szkle
Poranna witaj zmiano
To życie twe

Bohater ma zwykłe, nudne życie, pracę na porannej zmianie. Marzy o tym, że gdyby zbudował bombę, wreszcie stałby się kimś ważnym. Ale to tylko marzenia. Ogólnie mówiąc, life is brutal.

Współcześni konstruktorzy bomb od bohatera piosenki Lady Pank różnią się głównie tym, że nie mają pracy na porannej zmianie. Gdyby mieli, znaczna część z nich za budowę i podkładanie bomb nawet by się nie zabrała.

Kilim

Ten kilim od zawsze mnie fascynował. Wisiał w pokoju – w kolejnych pokojach – które zajmowałem ja i mama. Na początku przyjmowałem go pewnie jako naturalny element tła, ale w pewnym momencie zafascynowały mnie jego pozorne symetrie. Brak symetrii udającysymetrię. Długie chwile wpatrywałem się w ten kilim, w jego twarz, studiując, gdzie „zęby” są brązowe, a gdzie żółte. A gdzie ich brak. I czy te niewykończone elementy to świadomy zamysł projektanta, czy też może wynik pośpiechu przy wykańczaniu zamówienia.

Kilim był przypadkowym świadkiem historii. Jedną z niewielu rzeczy ocalałych ze Śniatynki. Musieli go w pośpiechu zerwać ze ściany, żeby zawinąć w niego coś – pościel? ubrania? srebra zakopali; większość zginęła, ale część udało się odzyskać po ’41, za co moja babcia i jej dzieci mogli przeżyć pierwsze lata powojenne – w panicznej ucieczce przed sowieckimi żołnierzami. A potem jakimś cudem przetrwał kolejne etapy wojennej ucieczki i tułaczki. Nie rozumiem zwłaszcza tego, jak kilim przetrwał ucieczkę do wolności, czyli uzyskane trochę przekupstwem, trochę wykorzystaniem sowieckiego bałaganu, trochę zwykłym szczęściem, a trochę pewnie cudem boskim przekroczenie mostu granicznego na Sanie. Naprawdę, mojej mamie niemiecki żołnierz na granicznym posterunku, który odgrodził ich od NKWDzistów, wydał się aniołem wybawicielem. Ale kilim? Co on tam robił? 

A może ten kilim nie był uczestnikiem ucieczki, ale to w niego zawinięto część sreber i biżuterii, zanim zakopano je w ogrodzie? Tę część, którą później babcia z wujkiem Tolkiem odzyskała? Nie wiem i już się nie dowiem. 

O tym, że kilim przynależał do Śniatynki, dowiedziałem się chyba dopiero gdy miałem kilkanaście lat. Nawet szukałem go ostatnio na starych zdjęciach, ale go nie znalazłem. Są inne, o podobnym wzorze, ale nie ten. Może i na jakimś zdjęciu był, ale tak niewiele zdjęć ze Śniatynki zachowało się. Z mojego punktu widzenia kilim był w domu od zawsze, o czym świadczy poniższe zdjęcie. I dalej tam – w innym mieszkaniu, ale w mieszkaniu moich rodziców, teraz już tylko mojej mamy, więc „tam” – nadal jest. Jednak przez ostatnie lata, gdy już tam nie mieszkałem, wydawało mi się, że z kilimem jest coś nie tak. No i teraz widzę: powieszono go do góry nogami. To nie przeszkadza z uwagi na jego wzór, który nie ma naturalnej „góry” i „dołu”, „lewej” i „prawej”, ale jednak coś jest nie tak. Gdy byłem dzieckiem, kilim na pewno wisiał w drugą stronę!

A może właśnie w Śniatynce wisiał tak, jak teraz, więc mama świadomie przewiesiła go po malowaniu? Tego już też się nie dowiem. 

Na tym zdjęciu ja mam ze dwa miesiące. I dobrze widać kilim z jego dziwnymi, pseudo-geometrycznymi wzorami. A moja mama jest taka młoda i ładna.

Moja mama umarła dzisiaj rano.

Antyrosyjski spisek?

Budżet Rosji drży w posadach, gdyż spada cena ropy. Jeszcze kilka miesięcy temu baryłka kosztowała 115 dolarów, dziś cena spadła poniżej 80 dolarów. A Rosja większość swoich wpływów budżetowych czerpie z eksportu ropy i gazu, powiązanego cenowo z ropą. Witold Gadomski w Gazecie Wyborczej wieszczy, że Putin spłynie razem z ropą: Rosja, której zabraknie wpływów z eksportu surowców, szybko wyda swoje rezerwy walutowe, gdyż rosyjskie megafirmy, które na skutek sankcji nie mogą brać kredytów na Zachodzie, zwrócą się do budżetu państwowego po ratunek. W końcu poziom życia w Rosji spadnie tak znacząco, że albo Putin zostanie obalony, albo pójdzie w jeszcze większy militaryzm, aby zjednoczyć naród wokół swojej osoby.

Gadomski wydaje się być wyraźnie podekscytowany pierwszą z tych możliwości. To dość głupie. Z jednej strony Rosja wydaje bardzo dużo a to na zbrojenia, a to na projekty infrastrukturalne, których celem jest szantażowanie Zachodu, a to na igrzyska (dosłownie igrzyska, ale też na przykład Szczyt Współpracy Gospodarczej Azji i Pacyfiku we Władywostoku), a to wreszcie na megaprojekty służące nie wiedzieć czemu, chyba głównie pomnażaniu bajońskich fortun kilku prokremlowskich oligarchów na kontraktach wzmacniających gospodarczo Chiny i powodujących straty w środowisku naturalnym na trudną do wyobrażenia skalę (patrz planowany gazociąg przez góry Ałtaju). Gdyby Putinowi miało zabraknąć akurat na to, nic złego by się nie stało. Wręcz przeciwnie, R.I.P. South Stream. Jednak z drugiej strony Putin prędzej doprowadzi do obniżenia poziomu życia, zwalając wszystko na Zachód i nałożone przez niego sankcje, niż zrezygnuje ze swoich najważniejszych projektów imperialnych. Szkoda więc ludzi, zwykłych ludzi, a już jakieś zamieszki w Rosji to naprawdę jest ostatnia rzecz, z której powinniśmy się cieszyć.

Tak czy siak, ceny ropy spadają. Rosja, wspierana przez Wenezuelę, której literalnie grozi bankructwo, usiłowała temu przeciwdziałać na niedawnym szczycie OPEC. Bezskutecznie. Saudyjczycy uparli się, żeby nie obniżać wydobycia, co spowodowałoby wzrost cen. W Rosji, ale i w Polsce, dość popularna jest teza, że jest to wynik antyrosyjskiej zmowy Amerykanów i ich bliskowschodnich sojuszników, Saudyjczyków. Rosję trzeba ukarać za jej ekscesy na Ukrainie, ograniczając jej najważniejsze źródło wpływów budżetowych.

The Economist przedstawia jednak inne wyjaśnienie obecnego spadku cen ropy. Po części wynika on ze spowolnienia światowej gospodarki, a więc ze spadku zapotrzebowania, jednak przede wszystkim z bardzo znacznego wzrostu wydobycia z amerykańskich złóż łupkowych. Amerykanie, ze złóż konwencjonalnych i łupkowych łącznie, wydobywają już 9 milionów baryłek dziennie (Saudyjczycy 10 milionów). Trzeba także pamiętać, że spadek cen ropy uderza nie tylko w Rosję, ale też w Państwo Islamskie – które przejęło i eksploatuje północnoirackie pola roponośne – a więc w politycznego przeciwnika tak Stanów, jak i Arabii Saudyjskiej oraz lokalnego konkurenta biznesowego Saudyjczyków.

Economist powiada dalej, że Saudyjczycy rzeczywiście mają pewien ukryty cel: wyeliminowanie z rynku producentów o wysokich kosztach wydobycia. Arabia Saudyjska może sobie na to pozwolić, gdyż jej koszta wydobycia są wyjątkowo niskie, 29 dolarów za baryłkę. W Rosji jest to średnio 55 dolarów, a ze złóż arktycznych 100 dolarów i więcej. Cena wydobycia ze złóż łupkowych wynosiła do niedawna około 70 dolarów za baryłkę, ostatnio spadła do 57 dolarów. W dodatku złoża łupkowe mają krótki czas eksploatacji (w ciągu roku wydobycie może spaść o 60-70%), trzeba więc wciąż robić nowe odwierty. Gdy cena ropy była wysoka, było to opłacalne, ale jeśli trend spadkowy się utrzyma, amerykańscy nafciarze będą mieli kłopot, o ile nie znajdą sposobów na dalsze obniżenie kosztów wydobycia.

Wydaje się zatem, że cena, przy której eksploatacja północnoamerykańskich złóż łupkowych przestanie być opłacalna, stanowi naturalną barierę spadku cen ropy. Będzie to z pewnością cena znacznie niższa od tej, która zapewniłaby Rosji strumień petrodolarów pozwalający na jednoczesną realizację projektów imperialnych i utrzymanie poziomu życia mieszkańców (tak naprawdę chodzi o poziom życia mieszkańców wielkich miast europejskiej części Rosji; poziomem życia biedaków na prowincji czy gdzieś daleko w części azjatyckiej naprawdę nikt się nie przejmuje). Może to być nawet cena nieco niższa od obecnej. Ale spadku do poziomu, czy ja wiem, ~60 dolarów za baryłkę, raczej nie należy się spodziewać.

Widać wszakże, że teza, iż „spadek cen ropy to wynik antyrosyjskiego spisku” jest wielkim uproszczeniem. Jak każda teoria spiskowa, mówi ona więcej o jej głosicielach, niż o rzeczywistości.

Post scriptum 14 grudnia: Okazuje się, że jestem kiepskim analitykiem rynku ropy. W tej chwili cena ropy Brent wynosi 61.85 dolarów za baryłkę, a cena teksańskiej ropy WTI ledwo 57.81.

Czytaj także Syberyjski separatyzm.

Nie w Moskwie, lecz w Sopocie

Jako kontunuację mojej poprzedniej notki, Powiedział czy nie powiedział?, przytoczę informację z dzisiejszego Newsweeka: Tusk rozmawiał z Putinem o Ukrainie nie w Moskwie w 2008, lecz na molo w Sopocie w 2009. Jak wynika z notatki sporządzonej przez ówczesnego wiceministra spraw zagranicznych, Andrzeja Kremera, Putin

wymienił m.in. powojenną zmianę granic, z której – jak zauważył – dzisiejsi Litwni i Ukraińcy z pewnością są zadowoleni. Relacja Kremera jest zdawkowa, ale należy sądzić, że ten opis mógł się odnosić do słów Putina o poniesionej przez Polskę stracie Wilna i Lwowa

Dalej nie wiadomo, czy propozycja udziału w rozbiorze Ukrainy wtedy padła, ale w takim kontekście jak najbardziej mogła paść. Może Putin czekał na reakcję Tuska? Może Tusk jednak powiedział coś, czego nie powinien i co nie znalazło się w oficjalnej notatce, ale Rosjanie to nagrali? W każdym razie notatka na pewno trafiła do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak dalej pisze Newsweek (w wersji papierowej, nie w cytowanej wersji elektronicznej),

w pałacu prezydenckim anedgdota o propozycji Putina była tak powszechnie znana, że pewien polityk kojarzony z Lechem Kaczyńskim od lat przytacza ją na prowadzonych przez siebie zajęciach ze studentami.

Powiedział czy nie powiedział?

No to mamy aferę Sikorskiego, który najpierw powiedział, że w 2008 Putin proponował Polsce udział w rozbiorze Ukrainy, potem się z tych rewelacji wycofał, a po drodze był niegrzeczny i arogancki wobec dziennikarzy.

To ostatnie mnie wcale nie zaskakuje. Ten typ tak ma. 

Znacznie ważniejsza jest rzekoma oferta Putina.

Zaczęło się od wywiadu, jakiego Radosław Sikorski udzielił magazynowi Politico. To bardzo rozsądny artykuł, wszystkim go polecam. Ostrzega on Zachód, że wojna na Ukrainie nie dotyczy już samej Ukrainy: przekształciła ona Rosję, w której Władimir Putin konsoliduje autorytarny i neo-imperialny reżim, mogący w niedługim czasie zagrozić UE i NATO. (W podobnym duchu pisze także George Soros dla The New York Review of Books). Sikorski w Politico tak charakteryzuje sytuację w Rosji:

I think psychologically the regime has been transformed by the annexation of Crimea. This was the moment that finally convinced all doubters and turned all heads. This was Napoleon after Austerlitz. This was Hitler after the fall of Paris. This was the moment that finally centralized everything into the hands of Vladimir Putin.

To bardzo potężna wizja, nawiasem mówiąc, stanowiąca odpowiedź na stawiane przeze mnie swego czasu pytanie Dlaczego Putin wkroczył na Krym. W Moskwie narasta paranoja, urzednicy się boją, nawet oligarchowie się boją, liczą się tylko siłowiki, Rosja powoli zamyka granice przed swoimi własnymi obywatelami, opozycji ani niezależnej myśli już w Rosji prawie nie ma.

Pozostaje pytanie na ile aneksja Krymu i próba zajęcia całej „Noworosji” były zaplanowane, na ile zaś były to działania spontaniczne, wywołane buntem Majdanu i obaleniem prezydenta Janukowycza. W tym kontekście autor cytuje takie oto słowa Radosława Sikorskiego:

[Putin] wanted us to become participants in this partition of Ukraine. Putin wants Poland to commit troops to Ukraine. These were the signals they sent us. … We have known how they think for years. We have known this is what they think for years. This was one of the first things that Putin said to my prime minister, Donald Tusk,  when he visited Moscow [in 2008]. He went on to say Ukraine is an artificial country and that Lwow is a Polish city and why don’t we just sort it out together. Luckily Tusk didn’t answer. He knew he was being recorded.

To, że Putin mógł złożyć taką ofertę, jest uprawdopodobnione przez dwa fakty. Po pierwsze, w 2008, na szczycie NATO w Bukareszcie, gdy NATO nieśmiało kontemplowało pomysł przyjęcia do Sojuszu (w jakiejś nieokreślonej przyszłości) Ukrainy, zaproszony na szczyt Putin powiedział, że Ukraina jest tworem sztucznym (czy tylko ja tam słyszę echa frazy o „bękarcie Traktatu Wersalskiego”?!), większość jej terytoriów historycznie należała do Rosji (co akurat jest prawdą) i że jeżeli NATO zdecyduje się przyjąć Ukrainę, Rosja doprowadzi do podziału tego kraju. Zabierze, co swoje. Co uważa za swoje.

To wystąpienie Putina przypominał kilka miesięcy temu Bogdan Klich, który wówczas był ministrem obrony i był obecny na tym szczycie, podobnie zresztą jak prezydent Lech Kaczyński. Moim zdaniem – i już to gdzieś pisałem – i ta zapowiedź, i niezwykle gładki przebieg operacji zajęcia Krymu wyraźnie świadczą, że operacyjne plany były już dawno przygotowane, może już w 2008, nie było tylko wiadomo, kiedy aneksja nastąpi. Podobnie zapewne były przygotowane plany zajęcia Noworosji, ale one jednak nie wypaliły. Widać wszakże, że Rosja od 2008 podział Ukriany faktycznie planowała.

Drugim faktem uprawdopodabniającym złożenie oferty przez Putina była analogiczna oferta, jaką złożył w marcu tego roku, a powtórzył w maju, Władimir Żyrinowski. Proponował on Polsce pięć zachodnich obwodów Ukrainy ze Lwowem, Węgrom Zakarpacie, Rumunii Bukowinę. Żyrinowski raczej tego sam z siebie nie wymyślił. Jest on co prawda zaledwie wiceprzewodniczącym Dumy, liderem niewielkiej partii politycznej i w ogóle ma opinię pajaca, ale ktoś taki idealnie wprost nadaje się do wypuszczania balonów próbnych. No, gdyby wymienione kraje europejskie zareagowały przychylnie… Polska ofertę Żyrinowskiego wzgardliwie wyśmiała, Rumunia chyba też, ale Węgry z zainteresowaniem zastrzygły uszami. W każdym razie Victor Orban domaga się autonomii dla zamieszkiwanego przez węgierską mniejszość Zakarpacia, zupełnie tak, jak Putin domaga się autonomii dla wschodniej Ukrainy.

Żeby przy tym było całkiem jasne, oferta czy to Żyrinowskiego, czy też domniemana oferta Putina, nie musiały być szczere. Prawie na pewno nie były szczere. Raczej chodziło o skompromitowanie Polski, Rumunii i Węgier udziałem w rozbiorze, uczynienie z nich wspólników Rosji, zdruzgotanie europejskiej jedności, rozbudzenie nacjonalizmów, które rozsadziłyby – czyli z rosyjskiego punktu widzenia, unieszkodliwiły – naszą część Europy od wewnątrz. 

Tak więc informacja, że Putin złożył w 2008 roku Tuskowi propozycję udziału w rozbiorze Ukrainy, nie brzmi absurdalnie. Owszem, Władimir Putin mógł coś takiego zaproponować. Ale nie wiadomo, czy zaproponował.

W Polsce oczywiście wybuchło szaleństwo. Opozycja pyta, jak rząd na tę nieoczekiwaną propozycję Putina zareagował i dlaczego Donald Tusk nie poinformował o niej Lecha Kaczyńskiego?!

Co do tego pierwszego, niektórzy – na przykład ten komentator, ale nie o jeden – przekonują, że rząd jak najbardziej zareagował i w tajemnicy, ale zdecydowanie, przygotowuje Polskę do wojny z Rosją. Nie wiem, trudno mi to komentować, ale nie wydaje mi się, aby jeśli oferta ze strony Putina faktycznie padła, a więc jeśli Putin ujawnił swoje agresywne, imperialistyczne plany, rząd to całkowicie zlekceważył.

Inna rzecz dlaczego nie powiedziano Lechowi Kaczyńskiemu – jeżeli nie powiedziano. Pomijając nawet to, iż polityczna rywalizacja Kaczyńskiego z Tuskiem, czy też PiSu z Platformą, mogła uzasadniać nieinformowanie Lecha Kaczyńskiego, ówczesny prezydent, gdyby o propozycji Putina wiedział, zapewne tajemnicy by nie dochował, rzecz całą nagłośnił, choćby tylko po to, aby zaszkodzić Tuskowi, a przy okazji jeszcze bardziej utrudnił stosunki polsko-rosyjskie i polsko-ukraińskie oraz zaszkodził hipotetycznym rządowym planom zabezpieczania się przed rosyjską agresją. Najzabawniejsze jest to, że politycy PiS sami postrzegają Lecha Kaczyńskiego jako paplę: Oburzają się, że Lech Kaczyński o niczym nie wiedział, bo jako rzecz bezdyskusyjną uznają, że gdyby wiedział, to by im, a w szczególności Jarosławowi, powiedział. Skoro nie powiedział, to znak, że nie wiedział. Myśl, że może jednak wiedział, ale dochował tajemnicy, nawet im nie przychodzi do głowy.

Rekapitulując, Radosław Sikorski najpierw ujawnił horrendalną propozycję Putina, później zaś głupawo wszystko odwołał, narażając się na śmieszność, polityczne ataki w kraju i znaczny uszczerbek dla swojej międzynarodowej reputacji. Dlaczego, na Boga, Sikorski coś takiego zrobił?!

Ja widzę cztery możliwe wyjaśnienia:

  1. Sikorski łgał jak pies. Żadnej oferty rozbioru Ukrainy nie było, a Sikorski sobie to wymyślił, żeby – no nie wiem – jeszcze bardziej zohydzić Putina w oczach Zachodu? żeby zaszkodzić Tuskowi? żeby pomóc Tuskowi? żeby samemu pokazać się jako jeszcze większy twardziel? żeby – czując się odsunięty na boczny tor – na chwilę znów skupić na sobie światła rampy? To faktycznie byłaby kompromitacja, ale nie sądzę, aby tak się rzeczy miały.
  2. Żadnej oferty nie było, ale Sikorskiemu szczerze przez chwilę wydawało się, że była. No, pomyliły mu się, biedakowi, daty, osoby, spotkania. Takie jest zresztą oficjalne wyjaśnienie słów marszałka Sikorskiego. Sytuacja dość wstydliwa, ale cóż, możliwa. Jednak, moim zdaniem, tak nie było.
  3. Oferta, owszem, padła. Polska ją natychmiast odzuciła, a Sikorski teraz chlapnął, powiedział za dużo, zdradził sekret, który dotąd pozostawał w ukryciu. Gdy się zorientował, jak bardzo jego rewelacje mogą zaszkodzić stosunkom polsko-rosyjskim i polsko-ukraińskim, przede wszystkim zaś, jak to może zaszkodzić domniemanym tajnym planom rządu, postanowił się wycofać. Wziąć winę na siebie. Sikorski sam wolał wyjść na durnia, niż zaszkodzić interesom Polski.
  4. Oferta jak najbardziej padła. Kłopot w tym, że Donald Tusk nie zbył jej milczeniem. Teraz, gdy okazało się, że są nagrania ze spotkania Putina z Tuskiem, trzeba było… ratować Tuska. Ujawnić przebieg rozmowy w wersji korzystnej dla Tuska, zanim Rosjanie ujawnią swoją wersję. Radek Sikorski wziął to na siebie, choć wiedział, że spadną na niego gromy. I całkiem świadomie, z premedytacją, opowiedział światu o popozycji Putina dla Polski, żeby ją za chwilę zdementować, wyjść na durnia i zszargać sobie reputację.

Przez chwilę wydawało mi się, że prawdziwa jest sytuacja trzecia. Teraz myślę jednak, że czwarta. Przemawiają za tym reakcje już po rewelacjach Sikorskiego: początkowa nerwowość Radosława Sikorskiego (nie wiedział, czy Tusk się od niego nie zdystansuje) i pełne wyraźnego zdenerwowania, ale też chaosu, zachowania pani premier Ewy Kopacz, która, jak sądzę, sama nie wie, czy oferta Putina padła, czy nie. Aż tu raptem z niebytu wychynął sam Donald Tusk, zdecydowanie wziął w obronę Sikorskiego, porozmawiał z premier Kopacz, rozlał oliwy na wzburzone fale. I już jest cisza, spokój, morskie powietrze… Nie mam żadnych, najmniejszych dowodów na poparcie tej interpretacji. Tak sobie tylko spekuluję.

Czytaj dalej Nie w Moskwie, lecz w Sopocie.

Opera rara, 9 października

Jean-Philippe Rameau, Les Boréades, grali Les Musiciens du Louvre Grenoble plus soliści, dyrygował Marc Minkowski.

Włoską operę barokową znam, no, może nie dobrze, ale przynajmniej jako-tako. Francuskiej opery barokowej nie znam prawie wcale. Dlatego z dużym zainteresowaniem wybrałem się na czwartkowy koncert, a wniosek, jaki się wprost narzuca, to że jest to zupelnie inna muzyka. Właściwie inny gatunek muzyczny.

Włoskie opery są kolekcjami arii, dość luźno powiązanymi muzycznie. W wysłuchanej operze Rameau arii jest niewiele, dominującymi formami są (stosuję nazwy włoskie) recitativo accompagnato, arioso i… tańce, w wykonaniu koncertowym z konieczności zredukowane do fragmentów orkiestrowych. Nie ma więc sekwencji aria – recytatyw „suchy” – aria – recytatyw i tak dalej. Forma Rameau jest znacznie bardziej zróżnicowana, a przez to bardziej śpiewna. Dzieło trzeba odbierać jako muzyczną całość, nie zaś zbiór poszczególnych numerów. Jest więc opera Rameau całością, przemyślaną całością, zgrabną zresztą. Czymś zupełnie innym od oper włoskich, ale całkiem ładnym.

Nawiasem mówiąc, rozumiem teraz, dlaczego w niektórych współczesnych francuskich realizacjach włoskich oper barokowych dokłada się balet, chociaż w oryginale go nie było: jest to po prostu zgodne z francuską tradycją operową.

Jedno, co najwyraźniej łączy wszystkie opery barokowe, to skłonność do opierania się na idiotycznych librettach. Boreaidzi – oficjalny polski tytuł brzmi Z rodu Boreasza, no ale przecież mamy Heraklidów, Perseidów (mitycznych, nie astronomicznych), więc czemu nie Boreaidów? – opowiadają historię pewnej królowej, która zgodnie z tradycją swojego kraju, musi wyjść za potomka Boreasza. I oto dwóch synów Boreasza ubiega się o rękę królowej i o lukratywną posadę króla, ale ona woli tego trzeciego, szlachetnego Abarisa, którego pochodzenie jest nieznane. Boreasz strasznie się wścieka, królową porywa, jej kraj niszczy burzami i trzęsieniami ziemi, lud chce wygubić; ech, ta mityczno-barokowa odpowiedzialność zbiorowa. Abaris chce oddać życie za królową i jej lud, synowie Boreasza z niego drwią, Boreasz tym bardziej chce wszystkich pozabijać, aż tu raptem zjawia się Apollo i powiada, że Abaris jest jego synem, a jego matką była „nimfa młoda i piękna”, chociaż bezimienna, w dodatku córka Boreasza. Płodny Boreasz jest cokolwiek zaskoczony, najwyraźniej nie śledził losów swych pomniejszych potomków, ale że nie ma już przeszkód dla małżeństwa królowej i Abarisa, wszystko kończy się wesołym oberkiem. A konkretnie, kontredansem.

Tak się przy okazji zastanawiam, jak to w rzeczywistości mitologicznej było z dziedziczeniem boskiego statusu. Bogowie miewali dzieci, które same były bogami, półbogami lub zwyklymi śmiertelnikami – ci ostatni byli dziećmi śmiertelniczek. Ale oto Abaris jest synem boga i nimfy, a więc także istoty nadprzyrodzonej, samej będącą córką boga, jest dzielny i szlachetny, ale poza tym jest zwykłym śmiertelnikiem. Kto i jak decydował o statusie boskiego potomka?

Wracając do czwartkowego koncertu, gwiazdą była Julie Fuchs jako królowa Alfisa. Śpiewała bardzo dobrze, kłaniała się po królewsku, a jedna z jej arii (w stylu włoskim!), Un horizon serein, po prostu wbiła mnie w fotel. Ale z solistów najbardziej podobał mi się angielski tenor Samuel Boden jako Abaris. Pozostali soliści też bardzo dobrzy. Chór znakomity, orkiestra perfekcyjna, co nie znacy, że mechaniczna – przeciwnie, grająca bardzo subtelnie, z wyczuciem. Akustyka Filharmonii Krakowskiej jak zawsze fatalna, co szczególnie dawało się we znaki w głośnych fragmentach, a jest ich w Boreaidach sporo. Marc Minkowski zaś – jak zawsze sprawujący absolutną kontrolę nad wszystkim dźwiękami i dyrygujący różnymi nieoczekiwanymi częściami ciała – był gwiazdą sam dla siebie.