Life is brutal

Myślę o Bliskim Wschodzie, o wszystkich bezsensownych i okrutnych śmierciach, jakie wojna tam przynosi. Myślę o asyryjskim Nimrud, burzonym buldożerami przez fanatyków z Państwa Islamskiego. Ale myślę też o Ukrainie, gdzie w czasie rozejmu-nie rozejmu cały czas trwają walki, a w Charkowie wybuchają bomby. Wszyscy się boją, że lada chwila w Charkowie pojawią się zielone ludziki, lokalni taksówkarze i traktorzyści, obsługujący nowoczesny rosyjski sprzęt wojskowy, do nabycia w co drugim sklepie myśliwskim. Myślę o Borysie Niemcowie, którego – jak twierdzi rosyjska prokuratura – zamordowało kilku Czeczenów, ot, tak, bez wyraźnego powodu, za to w środku wielkiego miasta, ba, w jednym z najlepiej strzeżonych miejsc na planecie. I nikt niczego nie widział, liczne kamery nadzoru albo były przypadkiem wyłączone, albo obrócone w innym kierunku, a milicja przyjechała dopiero po kilkunastu minutach. Czeczenów nikt nie lubi.

Straszny świat.

Tak sobie o tym wszystkim myśląc, przypomniałem sobie piosenkę Zamki na Piasku zespołu Lady Pank z połowy lat ’80.

Wtedy był to wielki przebój, dziś zapomniany. W drugiej zwrotce słyszymy niepokojące słowa:

Idziesz ulicą
Uśmiechasz się
Skonstruowałeś bombę
Skondensowaną śmierć
Znasz datę i godzinę
Gdy świat się zacznie bać
Policja wszystkich krajów
Rysopis twój chce znać

Zamki na piasku
Gdy pełno w szkle
Poranna witaj zmiano
To życie twe

Bohater ma zwykłe, nudne życie, pracę na porannej zmianie. Marzy o tym, że gdyby zbudował bombę, wreszcie stałby się kimś ważnym. Ale to tylko marzenia. Ogólnie mówiąc, life is brutal.

Współcześni konstruktorzy bomb od bohatera piosenki Lady Pank różnią się głównie tym, że nie mają pracy na porannej zmianie. Gdyby mieli, znaczna część z nich za budowę i podkładanie bomb nawet by się nie zabrała.

Kilim

Ten kilim od zawsze mnie fascynował. Wisiał w pokoju – w kolejnych pokojach – które zajmowałem ja i mama. Na początku przyjmowałem go pewnie jako naturalny element tła, ale w pewnym momencie zafascynowały mnie jego pozorne symetrie. Brak symetrii udającysymetrię. Długie chwile wpatrywałem się w ten kilim, w jego twarz, studiując, gdzie „zęby” są brązowe, a gdzie żółte. A gdzie ich brak. I czy te niewykończone elementy to świadomy zamysł projektanta, czy też może wynik pośpiechu przy wykańczaniu zamówienia.

Kilim był przypadkowym świadkiem historii. Jedną z niewielu rzeczy ocalałych ze Śniatynki. Musieli go w pośpiechu zerwać ze ściany, żeby zawinąć w niego coś – pościel? ubrania? srebra zakopali; większość zginęła, ale część udało się odzyskać po ’41, za co moja babcia i jej dzieci mogli przeżyć pierwsze lata powojenne – w panicznej ucieczce przed sowieckimi żołnierzami. A potem jakimś cudem przetrwał kolejne etapy wojennej ucieczki i tułaczki. Nie rozumiem zwłaszcza tego, jak kilim przetrwał ucieczkę do wolności, czyli uzyskane trochę przekupstwem, trochę wykorzystaniem sowieckiego bałaganu, trochę zwykłym szczęściem, a trochę pewnie cudem boskim przekroczenie mostu granicznego na Sanie. Naprawdę, mojej mamie niemiecki żołnierz na granicznym posterunku, który odgrodził ich od NKWDzistów, wydał się aniołem wybawicielem. Ale kilim? Co on tam robił? 

A może ten kilim nie był uczestnikiem ucieczki, ale to w niego zawinięto część sreber i biżuterii, zanim zakopano je w ogrodzie? Tę część, którą później babcia z wujkiem Tolkiem odzyskała? Nie wiem i już się nie dowiem. 

O tym, że kilim przynależał do Śniatynki, dowiedziałem się chyba dopiero gdy miałem kilkanaście lat. Nawet szukałem go ostatnio na starych zdjęciach, ale go nie znalazłem. Są inne, o podobnym wzorze, ale nie ten. Może i na jakimś zdjęciu był, ale tak niewiele zdjęć ze Śniatynki zachowało się. Z mojego punktu widzenia kilim był w domu od zawsze, o czym świadczy poniższe zdjęcie. I dalej tam – w innym mieszkaniu, ale w mieszkaniu moich rodziców, teraz już tylko mojej mamy, więc „tam” – nadal jest. Jednak przez ostatnie lata, gdy już tam nie mieszkałem, wydawało mi się, że z kilimem jest coś nie tak. No i teraz widzę: powieszono go do góry nogami. To nie przeszkadza z uwagi na jego wzór, który nie ma naturalnej „góry” i „dołu”, „lewej” i „prawej”, ale jednak coś jest nie tak. Gdy byłem dzieckiem, kilim na pewno wisiał w drugą stronę!

A może właśnie w Śniatynce wisiał tak, jak teraz, więc mama świadomie przewiesiła go po malowaniu? Tego już też się nie dowiem. 

Na tym zdjęciu ja mam ze dwa miesiące. I dobrze widać kilim z jego dziwnymi, pseudo-geometrycznymi wzorami. A moja mama jest taka młoda i ładna.

Moja mama umarła dzisiaj rano.

Antyrosyjski spisek?

Budżet Rosji drży w posadach, gdyż spada cena ropy. Jeszcze kilka miesięcy temu baryłka kosztowała 115 dolarów, dziś cena spadła poniżej 80 dolarów. A Rosja większość swoich wpływów budżetowych czerpie z eksportu ropy i gazu, powiązanego cenowo z ropą. Witold Gadomski w Gazecie Wyborczej wieszczy, że Putin spłynie razem z ropą: Rosja, której zabraknie wpływów z eksportu surowców, szybko wyda swoje rezerwy walutowe, gdyż rosyjskie megafirmy, które na skutek sankcji nie mogą brać kredytów na Zachodzie, zwrócą się do budżetu państwowego po ratunek. W końcu poziom życia w Rosji spadnie tak znacząco, że albo Putin zostanie obalony, albo pójdzie w jeszcze większy militaryzm, aby zjednoczyć naród wokół swojej osoby.

Gadomski wydaje się być wyraźnie podekscytowany pierwszą z tych możliwości. To dość głupie. Z jednej strony Rosja wydaje bardzo dużo a to na zbrojenia, a to na projekty infrastrukturalne, których celem jest szantażowanie Zachodu, a to na igrzyska (dosłownie igrzyska, ale też na przykład Szczyt Współpracy Gospodarczej Azji i Pacyfiku we Władywostoku), a to wreszcie na megaprojekty służące nie wiedzieć czemu, chyba głównie pomnażaniu bajońskich fortun kilku prokremlowskich oligarchów na kontraktach wzmacniających gospodarczo Chiny i powodujących straty w środowisku naturalnym na trudną do wyobrażenia skalę (patrz planowany gazociąg przez góry Ałtaju). Gdyby Putinowi miało zabraknąć akurat na to, nic złego by się nie stało. Wręcz przeciwnie, R.I.P. South Stream. Jednak z drugiej strony Putin prędzej doprowadzi do obniżenia poziomu życia, zwalając wszystko na Zachód i nałożone przez niego sankcje, niż zrezygnuje ze swoich najważniejszych projektów imperialnych. Szkoda więc ludzi, zwykłych ludzi, a już jakieś zamieszki w Rosji to naprawdę jest ostatnia rzecz, z której powinniśmy się cieszyć.

Tak czy siak, ceny ropy spadają. Rosja, wspierana przez Wenezuelę, której literalnie grozi bankructwo, usiłowała temu przeciwdziałać na niedawnym szczycie OPEC. Bezskutecznie. Saudyjczycy uparli się, żeby nie obniżać wydobycia, co spowodowałoby wzrost cen. W Rosji, ale i w Polsce, dość popularna jest teza, że jest to wynik antyrosyjskiej zmowy Amerykanów i ich bliskowschodnich sojuszników, Saudyjczyków. Rosję trzeba ukarać za jej ekscesy na Ukrainie, ograniczając jej najważniejsze źródło wpływów budżetowych.

The Economist przedstawia jednak inne wyjaśnienie obecnego spadku cen ropy. Po części wynika on ze spowolnienia światowej gospodarki, a więc ze spadku zapotrzebowania, jednak przede wszystkim z bardzo znacznego wzrostu wydobycia z amerykańskich złóż łupkowych. Amerykanie, ze złóż konwencjonalnych i łupkowych łącznie, wydobywają już 9 milionów baryłek dziennie (Saudyjczycy 10 milionów). Trzeba także pamiętać, że spadek cen ropy uderza nie tylko w Rosję, ale też w Państwo Islamskie – które przejęło i eksploatuje północnoirackie pola roponośne – a więc w politycznego przeciwnika tak Stanów, jak i Arabii Saudyjskiej oraz lokalnego konkurenta biznesowego Saudyjczyków.

Economist powiada dalej, że Saudyjczycy rzeczywiście mają pewien ukryty cel: wyeliminowanie z rynku producentów o wysokich kosztach wydobycia. Arabia Saudyjska może sobie na to pozwolić, gdyż jej koszta wydobycia są wyjątkowo niskie, 29 dolarów za baryłkę. W Rosji jest to średnio 55 dolarów, a ze złóż arktycznych 100 dolarów i więcej. Cena wydobycia ze złóż łupkowych wynosiła do niedawna około 70 dolarów za baryłkę, ostatnio spadła do 57 dolarów. W dodatku złoża łupkowe mają krótki czas eksploatacji (w ciągu roku wydobycie może spaść o 60-70%), trzeba więc wciąż robić nowe odwierty. Gdy cena ropy była wysoka, było to opłacalne, ale jeśli trend spadkowy się utrzyma, amerykańscy nafciarze będą mieli kłopot, o ile nie znajdą sposobów na dalsze obniżenie kosztów wydobycia.

Wydaje się zatem, że cena, przy której eksploatacja północnoamerykańskich złóż łupkowych przestanie być opłacalna, stanowi naturalną barierę spadku cen ropy. Będzie to z pewnością cena znacznie niższa od tej, która zapewniłaby Rosji strumień petrodolarów pozwalający na jednoczesną realizację projektów imperialnych i utrzymanie poziomu życia mieszkańców (tak naprawdę chodzi o poziom życia mieszkańców wielkich miast europejskiej części Rosji; poziomem życia biedaków na prowincji czy gdzieś daleko w części azjatyckiej naprawdę nikt się nie przejmuje). Może to być nawet cena nieco niższa od obecnej. Ale spadku do poziomu, czy ja wiem, ~60 dolarów za baryłkę, raczej nie należy się spodziewać.

Widać wszakże, że teza, iż „spadek cen ropy to wynik antyrosyjskiego spisku” jest wielkim uproszczeniem. Jak każda teoria spiskowa, mówi ona więcej o jej głosicielach, niż o rzeczywistości.

Post scriptum 14 grudnia: Okazuje się, że jestem kiepskim analitykiem rynku ropy. W tej chwili cena ropy Brent wynosi 61.85 dolarów za baryłkę, a cena teksańskiej ropy WTI ledwo 57.81.

Czytaj także Syberyjski separatyzm.

Nie w Moskwie, lecz w Sopocie

Jako kontunuację mojej poprzedniej notki, Powiedział czy nie powiedział?, przytoczę informację z dzisiejszego Newsweeka: Tusk rozmawiał z Putinem o Ukrainie nie w Moskwie w 2008, lecz na molo w Sopocie w 2009. Jak wynika z notatki sporządzonej przez ówczesnego wiceministra spraw zagranicznych, Andrzeja Kremera, Putin

wymienił m.in. powojenną zmianę granic, z której – jak zauważył – dzisiejsi Litwni i Ukraińcy z pewnością są zadowoleni. Relacja Kremera jest zdawkowa, ale należy sądzić, że ten opis mógł się odnosić do słów Putina o poniesionej przez Polskę stracie Wilna i Lwowa

Dalej nie wiadomo, czy propozycja udziału w rozbiorze Ukrainy wtedy padła, ale w takim kontekście jak najbardziej mogła paść. Może Putin czekał na reakcję Tuska? Może Tusk jednak powiedział coś, czego nie powinien i co nie znalazło się w oficjalnej notatce, ale Rosjanie to nagrali? W każdym razie notatka na pewno trafiła do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak dalej pisze Newsweek (w wersji papierowej, nie w cytowanej wersji elektronicznej),

w pałacu prezydenckim anedgdota o propozycji Putina była tak powszechnie znana, że pewien polityk kojarzony z Lechem Kaczyńskim od lat przytacza ją na prowadzonych przez siebie zajęciach ze studentami.

Powiedział czy nie powiedział?

No to mamy aferę Sikorskiego, który najpierw powiedział, że w 2008 Putin proponował Polsce udział w rozbiorze Ukrainy, potem się z tych rewelacji wycofał, a po drodze był niegrzeczny i arogancki wobec dziennikarzy.

To ostatnie mnie wcale nie zaskakuje. Ten typ tak ma. 

Znacznie ważniejsza jest rzekoma oferta Putina.

Zaczęło się od wywiadu, jakiego Radosław Sikorski udzielił magazynowi Politico. To bardzo rozsądny artykuł, wszystkim go polecam. Ostrzega on Zachód, że wojna na Ukrainie nie dotyczy już samej Ukrainy: przekształciła ona Rosję, w której Władimir Putin konsoliduje autorytarny i neo-imperialny reżim, mogący w niedługim czasie zagrozić UE i NATO. (W podobnym duchu pisze także George Soros dla The New York Review of Books). Sikorski w Politico tak charakteryzuje sytuację w Rosji:

I think psychologically the regime has been transformed by the annexation of Crimea. This was the moment that finally convinced all doubters and turned all heads. This was Napoleon after Austerlitz. This was Hitler after the fall of Paris. This was the moment that finally centralized everything into the hands of Vladimir Putin.

To bardzo potężna wizja, nawiasem mówiąc, stanowiąca odpowiedź na stawiane przeze mnie swego czasu pytanie Dlaczego Putin wkroczył na Krym. W Moskwie narasta paranoja, urzednicy się boją, nawet oligarchowie się boją, liczą się tylko siłowiki, Rosja powoli zamyka granice przed swoimi własnymi obywatelami, opozycji ani niezależnej myśli już w Rosji prawie nie ma.

Pozostaje pytanie na ile aneksja Krymu i próba zajęcia całej „Noworosji” były zaplanowane, na ile zaś były to działania spontaniczne, wywołane buntem Majdanu i obaleniem prezydenta Janukowycza. W tym kontekście autor cytuje takie oto słowa Radosława Sikorskiego:

[Putin] wanted us to become participants in this partition of Ukraine. Putin wants Poland to commit troops to Ukraine. These were the signals they sent us. … We have known how they think for years. We have known this is what they think for years. This was one of the first things that Putin said to my prime minister, Donald Tusk,  when he visited Moscow [in 2008]. He went on to say Ukraine is an artificial country and that Lwow is a Polish city and why don’t we just sort it out together. Luckily Tusk didn’t answer. He knew he was being recorded.

To, że Putin mógł złożyć taką ofertę, jest uprawdopodobnione przez dwa fakty. Po pierwsze, w 2008, na szczycie NATO w Bukareszcie, gdy NATO nieśmiało kontemplowało pomysł przyjęcia do Sojuszu (w jakiejś nieokreślonej przyszłości) Ukrainy, zaproszony na szczyt Putin powiedział, że Ukraina jest tworem sztucznym (czy tylko ja tam słyszę echa frazy o „bękarcie Traktatu Wersalskiego”?!), większość jej terytoriów historycznie należała do Rosji (co akurat jest prawdą) i że jeżeli NATO zdecyduje się przyjąć Ukrainę, Rosja doprowadzi do podziału tego kraju. Zabierze, co swoje. Co uważa za swoje.

To wystąpienie Putina przypominał kilka miesięcy temu Bogdan Klich, który wówczas był ministrem obrony i był obecny na tym szczycie, podobnie zresztą jak prezydent Lech Kaczyński. Moim zdaniem – i już to gdzieś pisałem – i ta zapowiedź, i niezwykle gładki przebieg operacji zajęcia Krymu wyraźnie świadczą, że operacyjne plany były już dawno przygotowane, może już w 2008, nie było tylko wiadomo, kiedy aneksja nastąpi. Podobnie zapewne były przygotowane plany zajęcia Noworosji, ale one jednak nie wypaliły. Widać wszakże, że Rosja od 2008 podział Ukriany faktycznie planowała.

Drugim faktem uprawdopodabniającym złożenie oferty przez Putina była analogiczna oferta, jaką złożył w marcu tego roku, a powtórzył w maju, Władimir Żyrinowski. Proponował on Polsce pięć zachodnich obwodów Ukrainy ze Lwowem, Węgrom Zakarpacie, Rumunii Bukowinę. Żyrinowski raczej tego sam z siebie nie wymyślił. Jest on co prawda zaledwie wiceprzewodniczącym Dumy, liderem niewielkiej partii politycznej i w ogóle ma opinię pajaca, ale ktoś taki idealnie wprost nadaje się do wypuszczania balonów próbnych. No, gdyby wymienione kraje europejskie zareagowały przychylnie… Polska ofertę Żyrinowskiego wzgardliwie wyśmiała, Rumunia chyba też, ale Węgry z zainteresowaniem zastrzygły uszami. W każdym razie Victor Orban domaga się autonomii dla zamieszkiwanego przez węgierską mniejszość Zakarpacia, zupełnie tak, jak Putin domaga się autonomii dla wschodniej Ukrainy.

Żeby przy tym było całkiem jasne, oferta czy to Żyrinowskiego, czy też domniemana oferta Putina, nie musiały być szczere. Prawie na pewno nie były szczere. Raczej chodziło o skompromitowanie Polski, Rumunii i Węgier udziałem w rozbiorze, uczynienie z nich wspólników Rosji, zdruzgotanie europejskiej jedności, rozbudzenie nacjonalizmów, które rozsadziłyby – czyli z rosyjskiego punktu widzenia, unieszkodliwiły – naszą część Europy od wewnątrz. 

Tak więc informacja, że Putin złożył w 2008 roku Tuskowi propozycję udziału w rozbiorze Ukrainy, nie brzmi absurdalnie. Owszem, Władimir Putin mógł coś takiego zaproponować. Ale nie wiadomo, czy zaproponował.

W Polsce oczywiście wybuchło szaleństwo. Opozycja pyta, jak rząd na tę nieoczekiwaną propozycję Putina zareagował i dlaczego Donald Tusk nie poinformował o niej Lecha Kaczyńskiego?!

Co do tego pierwszego, niektórzy – na przykład ten komentator, ale nie o jeden – przekonują, że rząd jak najbardziej zareagował i w tajemnicy, ale zdecydowanie, przygotowuje Polskę do wojny z Rosją. Nie wiem, trudno mi to komentować, ale nie wydaje mi się, aby jeśli oferta ze strony Putina faktycznie padła, a więc jeśli Putin ujawnił swoje agresywne, imperialistyczne plany, rząd to całkowicie zlekceważył.

Inna rzecz dlaczego nie powiedziano Lechowi Kaczyńskiemu – jeżeli nie powiedziano. Pomijając nawet to, iż polityczna rywalizacja Kaczyńskiego z Tuskiem, czy też PiSu z Platformą, mogła uzasadniać nieinformowanie Lecha Kaczyńskiego, ówczesny prezydent, gdyby o propozycji Putina wiedział, zapewne tajemnicy by nie dochował, rzecz całą nagłośnił, choćby tylko po to, aby zaszkodzić Tuskowi, a przy okazji jeszcze bardziej utrudnił stosunki polsko-rosyjskie i polsko-ukraińskie oraz zaszkodził hipotetycznym rządowym planom zabezpieczania się przed rosyjską agresją. Najzabawniejsze jest to, że politycy PiS sami postrzegają Lecha Kaczyńskiego jako paplę: Oburzają się, że Lech Kaczyński o niczym nie wiedział, bo jako rzecz bezdyskusyjną uznają, że gdyby wiedział, to by im, a w szczególności Jarosławowi, powiedział. Skoro nie powiedział, to znak, że nie wiedział. Myśl, że może jednak wiedział, ale dochował tajemnicy, nawet im nie przychodzi do głowy.

Rekapitulując, Radosław Sikorski najpierw ujawnił horrendalną propozycję Putina, później zaś głupawo wszystko odwołał, narażając się na śmieszność, polityczne ataki w kraju i znaczny uszczerbek dla swojej międzynarodowej reputacji. Dlaczego, na Boga, Sikorski coś takiego zrobił?!

Ja widzę cztery możliwe wyjaśnienia:

  1. Sikorski łgał jak pies. Żadnej oferty rozbioru Ukrainy nie było, a Sikorski sobie to wymyślił, żeby – no nie wiem – jeszcze bardziej zohydzić Putina w oczach Zachodu? żeby zaszkodzić Tuskowi? żeby pomóc Tuskowi? żeby samemu pokazać się jako jeszcze większy twardziel? żeby – czując się odsunięty na boczny tor – na chwilę znów skupić na sobie światła rampy? To faktycznie byłaby kompromitacja, ale nie sądzę, aby tak się rzeczy miały.
  2. Żadnej oferty nie było, ale Sikorskiemu szczerze przez chwilę wydawało się, że była. No, pomyliły mu się, biedakowi, daty, osoby, spotkania. Takie jest zresztą oficjalne wyjaśnienie słów marszałka Sikorskiego. Sytuacja dość wstydliwa, ale cóż, możliwa. Jednak, moim zdaniem, tak nie było.
  3. Oferta, owszem, padła. Polska ją natychmiast odzuciła, a Sikorski teraz chlapnął, powiedział za dużo, zdradził sekret, który dotąd pozostawał w ukryciu. Gdy się zorientował, jak bardzo jego rewelacje mogą zaszkodzić stosunkom polsko-rosyjskim i polsko-ukraińskim, przede wszystkim zaś, jak to może zaszkodzić domniemanym tajnym planom rządu, postanowił się wycofać. Wziąć winę na siebie. Sikorski sam wolał wyjść na durnia, niż zaszkodzić interesom Polski.
  4. Oferta jak najbardziej padła. Kłopot w tym, że Donald Tusk nie zbył jej milczeniem. Teraz, gdy okazało się, że są nagrania ze spotkania Putina z Tuskiem, trzeba było… ratować Tuska. Ujawnić przebieg rozmowy w wersji korzystnej dla Tuska, zanim Rosjanie ujawnią swoją wersję. Radek Sikorski wziął to na siebie, choć wiedział, że spadną na niego gromy. I całkiem świadomie, z premedytacją, opowiedział światu o popozycji Putina dla Polski, żeby ją za chwilę zdementować, wyjść na durnia i zszargać sobie reputację.

Przez chwilę wydawało mi się, że prawdziwa jest sytuacja trzecia. Teraz myślę jednak, że czwarta. Przemawiają za tym reakcje już po rewelacjach Sikorskiego: początkowa nerwowość Radosława Sikorskiego (nie wiedział, czy Tusk się od niego nie zdystansuje) i pełne wyraźnego zdenerwowania, ale też chaosu, zachowania pani premier Ewy Kopacz, która, jak sądzę, sama nie wie, czy oferta Putina padła, czy nie. Aż tu raptem z niebytu wychynął sam Donald Tusk, zdecydowanie wziął w obronę Sikorskiego, porozmawiał z premier Kopacz, rozlał oliwy na wzburzone fale. I już jest cisza, spokój, morskie powietrze… Nie mam żadnych, najmniejszych dowodów na poparcie tej interpretacji. Tak sobie tylko spekuluję.

Czytaj dalej Nie w Moskwie, lecz w Sopocie.

Opera rara, 9 października

Jean-Philippe Rameau, Les Boréades, grali Les Musiciens du Louvre Grenoble plus soliści, dyrygował Marc Minkowski.

Włoską operę barokową znam, no, może nie dobrze, ale przynajmniej jako-tako. Francuskiej opery barokowej nie znam prawie wcale. Dlatego z dużym zainteresowaniem wybrałem się na czwartkowy koncert, a wniosek, jaki się wprost narzuca, to że jest to zupelnie inna muzyka. Właściwie inny gatunek muzyczny.

Włoskie opery są kolekcjami arii, dość luźno powiązanymi muzycznie. W wysłuchanej operze Rameau arii jest niewiele, dominującymi formami są (stosuję nazwy włoskie) recitativo accompagnato, arioso i… tańce, w wykonaniu koncertowym z konieczności zredukowane do fragmentów orkiestrowych. Nie ma więc sekwencji aria – recytatyw „suchy” – aria – recytatyw i tak dalej. Forma Rameau jest znacznie bardziej zróżnicowana, a przez to bardziej śpiewna. Dzieło trzeba odbierać jako muzyczną całość, nie zaś zbiór poszczególnych numerów. Jest więc opera Rameau całością, przemyślaną całością, zgrabną zresztą. Czymś zupełnie innym od oper włoskich, ale całkiem ładnym.

Nawiasem mówiąc, rozumiem teraz, dlaczego w niektórych współczesnych francuskich realizacjach włoskich oper barokowych dokłada się balet, chociaż w oryginale go nie było: jest to po prostu zgodne z francuską tradycją operową.

Jedno, co najwyraźniej łączy wszystkie opery barokowe, to skłonność do opierania się na idiotycznych librettach. Boreaidzi – oficjalny polski tytuł brzmi Z rodu Boreasza, no ale przecież mamy Heraklidów, Perseidów (mitycznych, nie astronomicznych), więc czemu nie Boreaidów? – opowiadają historię pewnej królowej, która zgodnie z tradycją swojego kraju, musi wyjść za potomka Boreasza. I oto dwóch synów Boreasza ubiega się o rękę królowej i o lukratywną posadę króla, ale ona woli tego trzeciego, szlachetnego Abarisa, którego pochodzenie jest nieznane. Boreasz strasznie się wścieka, królową porywa, jej kraj niszczy burzami i trzęsieniami ziemi, lud chce wygubić; ech, ta mityczno-barokowa odpowiedzialność zbiorowa. Abaris chce oddać życie za królową i jej lud, synowie Boreasza z niego drwią, Boreasz tym bardziej chce wszystkich pozabijać, aż tu raptem zjawia się Apollo i powiada, że Abaris jest jego synem, a jego matką była „nimfa młoda i piękna”, chociaż bezimienna, w dodatku córka Boreasza. Płodny Boreasz jest cokolwiek zaskoczony, najwyraźniej nie śledził losów swych pomniejszych potomków, ale że nie ma już przeszkód dla małżeństwa królowej i Abarisa, wszystko kończy się wesołym oberkiem. A konkretnie, kontredansem.

Tak się przy okazji zastanawiam, jak to w rzeczywistości mitologicznej było z dziedziczeniem boskiego statusu. Bogowie miewali dzieci, które same były bogami, półbogami lub zwyklymi śmiertelnikami – ci ostatni byli dziećmi śmiertelniczek. Ale oto Abaris jest synem boga i nimfy, a więc także istoty nadprzyrodzonej, samej będącą córką boga, jest dzielny i szlachetny, ale poza tym jest zwykłym śmiertelnikiem. Kto i jak decydował o statusie boskiego potomka?

Wracając do czwartkowego koncertu, gwiazdą była Julie Fuchs jako królowa Alfisa. Śpiewała bardzo dobrze, kłaniała się po królewsku, a jedna z jej arii (w stylu włoskim!), Un horizon serein, po prostu wbiła mnie w fotel. Ale z solistów najbardziej podobał mi się angielski tenor Samuel Boden jako Abaris. Pozostali soliści też bardzo dobrzy. Chór znakomity, orkiestra perfekcyjna, co nie znacy, że mechaniczna – przeciwnie, grająca bardzo subtelnie, z wyczuciem. Akustyka Filharmonii Krakowskiej jak zawsze fatalna, co szczególnie dawało się we znaki w głośnych fragmentach, a jest ich w Boreaidach sporo. Marc Minkowski zaś – jak zawsze sprawujący absolutną kontrolę nad wszystkim dźwiękami i dyrygujący różnymi nieoczekiwanymi częściami ciała – był gwiazdą sam dla siebie.

Lipa na ból zębów

Jest środek wakacji, więc nie będzie ani o Ukrainie, ani o taśmach, ani nawet o Chazanie, ale o lipie. O lipie, mającej cudowną własność leczenia bólu zębów.

Jak w sezonie ogórkowym donosi Fakt, proboszcz parafii w Cielętnikach koło Częstochowy kazał ogrodzić zabytkową lipę prawie dwumetrowym, metalowym płotem, aby ochronić ją przed pielgrzymami, którzy ogryzali jej korę wierząc, że uleczy to ich ból zębów. Historia jest znana, już kilka lat temu opisywał ją katolicki tygodnik Niedziela, zresztą dając to jako przykład „wspomagania i popierania idei ochrony przyrody” przez polski Kościół, „zgodnie z przesłaniem św. Franciszka z Asyżu”. Wcześniej opisywali to badacze folkloru. Lipa w Cielętnikach i jej własności nie są szerzej znane, ale lokalna tradycja jej dotycząca jest najwyraźniej bardzo stara, wielusetletnia.

Widzimy tu piękny przykład trwania śladów kultu pradawnego, przedchrześcijańskiego. Charakterystycznego dla Europy kultu świętego drzewa, który Kościół niechętnie toleruje. Niechętnie, gdyż pień lipy kiedyś smarowano smołą, teraz ogrodzono, rzekomo dla ochrony zabytkowego drzewa, ale jednak toleruje: lipy nikt nie kazał wyciąć. Widać jednak, że Kościół kiepsko sobie z tym postpogańskim kultem radzi. A przecież można go było umiejętnie zchrystianizować, jak zrobiono to w niezliczonych miejscach w zachodniej Europie. Można było na przykład opowiadać taką historię:

Wojewoda1, aby odpokutować swe liczne zbrodnie i grzechy, miał zanieść obraz św. Apolonii2 do sanktuarium w Studziannej pod Opocznem. Miał iść sam i pieszo, podpierając się jedynie laską wystruganą z lipowego drewna. I tak w wigilię niedzieli Przemienienia Pańskiego3 wojewoda dotarł do pewnej ustronnej okolicy, gdzie zmorzył go sen. Aby cenny obraz nie został uszkodzony, wojewoda przed snem przymocował go do swojej laski, którą wbił w ziemię. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że lipowa laska przez noc rozrosła się w piękne, okazałe drzewo; obraz był tak wysoko, że wojewoda nie mógł go dosięgnąć. Wojewoda zrozumiał, że święta życzy sobie pozostać w tym szczególnym miejscu. Zaraz też kazał pobudować tam kościół, na którego ścianie umieścił obraz św. Apolonii. Lipa zaś rośnie w tym miejscu po dziś dzień, świadcząc o cudzie dokonanym za wstawiennictwem świętej.

  1. Postać wojewody pojawia się w opowiadaniu zawartym w Niedzieli. Jest to więc postać jakoś ważna dla tego miejsca i trzeba ją zachować.
  2. Św. Apolonia, której poganie w czasie prześladowań wybili wszystkie zęby, jest patronką cyrulików. Ludzie cierpiący na ból zębów proszą o jej wstawiennictwo. Obraz św. Apolonii w istocie znajduje się na ścianie kościoła w Cielętnikach, nieopodal lipy.
  3. Aby wyjaśnić wezwanie istniejącego tam kościoła.

Gdyby taką historię opowiadać od kilkuset lat, mielibyśmy piękny kult lokalny, element „chrześcijańskiej mitologii”. I kogo obchodzi, że jest to kompletnie ahistoryczne? Ważne, że „naturalnie” łączy magiczne własności świętego drzewa z kultem chrześcijańskiej świętej. Tak Kościół robił to przez wiele set lat w Galii, Germanii, Brytanii. A w Polsce nie. Co prawda obraz św. Apolonii się pojawił, ale raczej aby udawać, że wierni modlą się do świętej, nie do drzewa. Samego drzewa i jego magii w tej opowieści nie ma. Gdy chrześcijaństwo przyszło do Polski, stare kulty próbowano jedynie niszczyć. I stąd jest w nas ta ponadtysiącletnia trauma zniszczenia rodzimej kultury, która wciąż nas zatruwa, jak o tym pisali Karol Modzelewski i Maria Janion.

Cudowna lipa w Cielętnikach

Opłaty za drugi kierunek

5 czerwca Trybunał Konstytucyjny, na wniosek PiSu, zniósł jeden z elementów „reformy Kudryckiej”: opłaty za drugi kierunek studiów stacjonarnych i za nadliczbowe ECTSy. Wyrok Trybunału będzie co prawda obowiązywać dopiero od roku akademickiego 2015/16, ale kolejne uczelnie znoszą opłaty ze skutkiem natychmiastowym. W tym tygodniu zrobił to Senat UJ (§ 6. cytowanej uchwały). 

Muszę powiedzieć, że witam to rozwiązanie z mieszanymi uczuciami.

Po pierwsze, między bajki wkładam argument, że młodzież jest tak żądna wiedzy, że chce studiować drugi, a nawet trzeci kierunek, żeby poszerzyć swoje horyzonty. Owszem, są tacy ludzie, sam takich znam, ale to są jednostki, na ogół bardzo utalentowane, które z łatwością zmieściłyby się w limicie 10% najlepszych, jaki wprowadziła nowelizacja autorstwa minister Barbary Kudryckiej. Najczęściej motywacja do studiowania drugiego kierunku jest inna: niepewność losu połączona z ucieczką przed koniecznością wejścia w dorosłość, coś w rodzaju syndromu Piotrusia Pana, często podbudowywana fałszywym przekonaniem, że mnogość dyplomów zwiększa szanse na rynku pracy, gdy w końcu kiedyś, po wielu latach, osoba zdecyduje się na ten rynek pracy wejść. Drugą grupą są ci, którzy studiowali jedno, bo w wieku 19 lat dokonali niewłaściwego wyboru (z nieświadomości, pod presją rodziców itd), męczyli się okropnie, ale uzyskali dyplom, aby w końcu przyznać, że popełnili błąd, a ich powołaniem jest coś innego, więc zaczynają studiować drugie. Takich ludzi po części podziwiam za odwagę, po części jest mi ich żal. Trzecią – i, jestem przekonany, najliczniejszą – grupę drugokierunkowców stanowią ci, którzy jak najdłużej chcą zachować status studenta w związku z licznymi przywilejami socjalnymi, jaki w Polsce ten status niesie.

Z drugiej strony, za całkowicie chybione uważam porównywanie sytuacji studentów polskich i amerykańskich. W Stanach Zjednoczonych studiowanie drugiego kierunku jest zjawiskiem niesłychanie rzadkim, o marginalnym znaczeniu. Bierze się to stąd, że w Stanach studia są płatne. Niektóre ceny, zwłaszcza na kierunkach prowadzących do professional degrees, są kolosalne. W dodatku koszt studiowania rośnie wyraźnie szybciej, niż inflacja. Choć jest tam cała masa programów stypendialnych – ten system jest znacznie bardziej rozbudowany, niż w Polsce – większość studentów za studia płaci. Znaczna część zaciąga na to specjalne pożyczki, które bywają koszmarnym obciążeniem finansowym. Nie można ich zlikwidować nawet ogłaszając personal bankruptcy. W tej sytuacji branie na siebie dodatkowych obciążeń finansowych jest wielce nieroztropne i niewiele osób się na to decyduje/może sobie na studiowanie drugiego kierunku pozwolić. W Polsce natomiast studia stacjonarne na uczelniach państwowych są „bezpłatne” – to znaczy, finansuje je budżet państwa – a nawet, jak pisałem, pociągają cały szereg przywilejów, także finansowanych z budżetu. Skoro państwo finansuje edukację, może, co do zasady – której Trybunał nie zakwestionował – wprowadzać jakieś ograniczenia. 

Po trzecie jednak, jeden z elementów rozwiązania wprowadzonego przez Barbarę Kudrycką, był piramidalnie głupi i szkodliwy. Chodzi mi mianowicie o opłatę za nadliczbowe ECTSy. Powiedzmy, że ktoś studiuje na kierunku licencjackim. Ustawa wymaga, aby w ciągu trzech lat uzyskał co najmniej 180 ECTS za zaliczone przedmioty. Wolno zaliczyć jeszcze dodatkowe 30 ECTS. Za wszystko ponad to trzeba było płacić, a zatem osoba zainteresowana większą liczbą kursów do wyboru – co jest klasyczną sytuacją chęci poszerzania wiedzy! – nie mogła ich robić. Ba, zgodnie z doktryną trzeba było płacić za wszystko, co nie należało do oficjalnego planu studiów, nawet jeśli limit 30 dodatkowych ECTS nie zostałby przekroczony! Gdyby więc student fizyki chciał zaliczyć dodatkowy przedmiot na matematyce, informatyce czy chemii, a wszystko to się od czasu do czasu zdarzało, musiałby za to płacić. Podobnie musiałby płacić ktoś, komu powinęła się noga na trzecim roku studiów licencjackich i chciałby „awansem” robić przedmioty z pierwszego roku studiów II stopnia (dawny czwarty rok), a coś takiego zdarza się naprawdę często.

Opłata za nadliczbowe ECTSy karze także tych, którzy bona fide zrezygnowali z pierwotnie wybranego kierunku: okazało się, że nie dla nich, za trudny, nieciekawy. Rezygnują bez uzyskania dyplomu, podejmują inne studia, ale coś na tym pierwszym zaliczyli, więc być może musieliby płacić za możliwość ukończenia studiów na tym kierunku, który ostatecznie wybrali. Nonsens.

Trybunał Konstytucyjny zgodził się, że wielokierunkowość może rodzić pewne patologie, ale zarazem przyjęte przez ustawodawcę rozwiązanie – opłaty za drugi i dalsze kierunki studiów – uznał za niekonstytucyjne. Ustawodawca będzie musiał przepisy zmienić. Napiszę, co ja na ten temat sądzę, aczkolwiek w świetle orzeczenia Trybunału rozwiązanie pewnie będzie musiało być inne. 

Przede wszystkim trzeba rozróżnić pomiędzy wiedzą zdobywaną w czasie kolejnych kursów, a uprawnieniami zawodowymi, które uzyskuje się w wyniku zdobycia dyplomu. To pierwsze jest godne pochwały, a przy okazji eliminuje absurdy „nadliczbowych ECTSów”. To drugie jest pewnym ekscesem, fanaberią. Państwo gwarantuje możliwość zdobycia bezpłatnego wykształcenia i uprawnień zawodowych potwierdzonych dyplomem, ale gdy ktoś raz z tej możliwości skorzystał i dyplom (na danym poziomie studiów) uzyskał, nie ma powodu, aby możliwość tę zwielokrotniać.

Zatem:

  • nie powinno być opłat za nadmiarowe ECTSy; branie dodatkowych kursów – czy to na swoim kierunku, czy na jakimś innym – w zasadzie nie przedłuża studiów
  • powinno się płacić za możliwość uzyskania drugiego dyplomu na tym samym poziomie studiów
  • osoby studiujące na drugim kierunku, a także równolegle na kilku kierunkach, mogą korzystać z pomocy materialnej tylko na jednym z nich/tylko do uzyskania pierwszego dyplomu.

Tak uważam. Spodziewam się przy tym, że ustawodawca nie zrobi nic, to znaczy przepisy w tym zakresie pozostaną takie same, jakie były przed 2011.

Fragmentaryczność

Afera taśmowa była właściwie nie-aferą. Publiczność na hasła „taśmy” i „politycy” zareagowała jak pies Pawłowa i krzyknęła „afera”, choć upieram się, że w rozmowie Bartłomieja Sienkiewicza z Markiem Belką nie było niczego skandalicznego. Może jeszcze do tego wrócę. Niestety, afera taśmowa miała swoją drugą odsłonę: Prokuratura wkroczyła do redakcji „Wprost”, żeby zabrać stamtąd nagrania, stanowiące dowód w sprawie nielegalnych podsłuchów. Sylwester Latkowski, redaktor naczelny „Wprost”, nagrań nie wydał, powołując się na tajemnicę dziennikarską i na to, że wydanie wszystkich nagrań, także tych nieopublikowanych, uniemożliwi ich publikację przez tygodnik, to zaś godziłoby w wolność słowa. Zrobiło się straszne zamieszanie, prokuratorzy i towarzyszący im agenci ABW nie bardzo wiedzieli, co mają robić, szamotanina w redakcji była transmitowana na żywo przez wszystkie media w Polsce. Wiarygodność rządu spadała z każdą sekundą transmisji – władza chce przemocą, bezprawnie zakneblować niezależne media!

Po wszystkim okazało się, że prokuratura, choć zachowała się wybitnie nieprofesjonalnie, jednak nie naruszyła prawa. To, co prokuratura może, czego zaś nie może w związku z tajemnicą dziennikarską, klarownie wyjaśnia ten bloger: Tajemnica dziennikarska a przeszukanie. To samo zresztą tłumaczył prokurator generalny Andrzej Seremet w czasie swojej konferencji prasowej. 

Pojąć przy tym nie mogę, czemu właściwie prokuratura żądała wydania nośników, skoro, jeśli można było na ich podstawie zidentyfikować źródło, prokuratura nie mogłaby z nich skorzystać (przytaczany Art. 180 § 3 kpk). A jeśli źródła nie można zidentyfikować, to po co prokuraturze ten dowód, w dodatku we wszystkich istniejących egzemplarzach? Jeśli ktoś wątpi, że nagrań faktycznie dokonano, może je sobie ściągnąć z internetu. Prokuratura chyba tego rozumowania nie przeprowadziła. Zadziałała rutynowo.

Najważniejszą jednak sprawą jest zarzut próby uniemożliwienia publikacji treści następnych podsłuchów, które były w posiadaniu redakcji. Redakcja i inne media rozumowały, że jeśli jakieś materiały wejdą w posiadanie prokuratury, zostają objęte tajemnicą śledztwa i ich opublikowanie byłoby zagrożone bardzo wysoką grzywną, a nawet karą więzienia. Prokurator Seremet tłumaczył później, że to nieprawda: Kruczek polega na tym, że nie wolno publikować informacji, które uzyskało się w trakcie prokuratorskiego śledztwa, ponieważ jednak redakcja poznała je zanim śledztwo się rozpoczęło, nie byłyby one chronione tajemnicą śledztwa. Może to i prawda, ale takiego wyjaśnienia ewidentnie zabrakło ze strony prokuratorów prowadzących akcję w redakcji „Wprost”. Przekonanie, że wydanie materiałów prokuraturze uniemożliwi ich publikację, spowodowało oskarżenia, że władza godzi w wolność słowa. Albo więc prokurator Seremet się myli, a wówczas atak na wolność słowa był, albo prokuratorzy uczestniczący w akcji sami nie znają prawa, albo nie obchodzą ich konsekwencje ich własnych działań: niech zginie cały świat, byle było tak, jak chce prokuratura.

Prokuratura wyraźnie ma problem.

Prokuratura przyzwyczaiła się do sytuacji, w której, gdy wkracza z ABW, wszyscy trzęsą portkami i zaczynają rozglądać się za szczoteczką do zębów i zmianą bielizny. A tu trafili na redaktora, który nie dość, że portkami nie zatrząsł, to jeszcze postanowił rzecz wykorzystać do darmowej reklamy, ubrania się w kostium obrońcy wolności słowa i przydania sobie znaczenia, którego nie posiada. I dlaczego właściwie prokuratura wkroczyła, nawet abstrahując od tego, czy te materiały były jej faktycznie potrzebne? Nie wystarczyło wezwać Sylwestra Latkowskiego do wydania dowodów? Pani prokurator z Prokuratury Rejonowej arogancko tłumaczyła, że prokuratura nie ma zwyczaju wysyłania uprzejmych pism. Później to samo – w sposób o wiele bardziej taktowny, ale treść była taka sama – powtórzył prokurator Seremet. Prokuratura nie wysyła uprzejmych pism? Być może tu właśnie leży część problemu: Prokuratura traktuje obywateli z góry, zastrasza, pokazuje im, że jest Władzą, nie zaś państwową instytucją służącą wszystkim obywatelom i wszystkich obywateli traktującą z należnym szacunkiem. Prokuratura ma to we krwi: Tak została stworzona, ukształtowana, do takiego funkcjonowania przyzwyczajona. Moim zdaniem jest to, przynajmniej w jakiejś części, pochodną bezkarności prokuratury (i bezkarności, a także pozostawienia praktycznie poza wszelką kontrolą, służb specjalnych). I nie mam tu na myśli nawet spraw „politycznych”, ale zwykłe sprawy kryminalne, w których prokuratura oskarża nie tego, co trzeba, ale którego oskarżyć jest łatwo, trzyma się tego oskarżenia wbrew faktom, po jakimś czasie (niekiedy po latach) okazuje się, że facet był niewinny, no, ale życie ma rozwalone, a prokuratorzy nie mają sobie nic do zarzucenia i awansują. Nie ma co się dziwić, że prokuratura jest kompletnie bezradna, gdy trafi na człowieka, który się jej nie boi, ma obok siebie adwokata i całą masę mediów. 

Bartłomiej Sienkiewicz może mieć ponurą satysfakcję, że jego słowa

Państwo polskie istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością

znalazły taką nieoczekiwaną ilustrację. Prokuratura działa zgodnie ze swoim interesem – obojętne, uzasadnionym czy nie – nie zważając, jak wielkie szkody wyrządza nie tylko rządowi, ale państwu jako takiemu. 

Donald Tusk powinien błogosławić dzień, w którym prokuratura stała się niezależna od rządu (w 2010, za pierwszej kadencji Platformy). Choć bowiem za aferę w redakcji „Wprost” największe cięgi zbiera rząd, tym razem odpowiedzialność spada na prokuraturę: Premier ani rewizji w redakcji „Wprost” nie nakazał, ale też nie mógł jej powstrzymać, gdy mleko zaczęło się rozlewać na oczach zdumionej publiczności – choć próbował, na co wskazują rozpaczliwe telefony do prokuratora generalnego i szefostwa ABW. I choć teraz większość dziennikarzy – i publiczności – nie jest w stanie pojąć, że prokuratura nie jest w dyspozycji Tuska, wytłumaczenie tego choć części opinii, mianowicie tej, która mogłaby na Platformę głosować, ale teraz bardzo się do niej zniechęciła, jest jedyną nadzieją premiera na wyjście z tej opresji.

Pozorną radą na „fragmentaryczność” państwa jest oświecona dyktatura, monarchia absolutna, w której całe państwo realizują wolę przywódcy. Jarosław Kaczyński, arcyetatysta, chyba autentycznie nie może zrozumieć, że ktoś działa nie na polecenie przywódcy. Wydaje się jednak, że ludzkość miała kilka dobrych powodów, aby z tej formy rządów zrezygnować. I żadnych, aby do niej wracać.

Kamieni kupa

Media donoszą, iż „Wprost” donosi, że ma kompromitujące dla rządu taśmy: minister Bartłomiej Sienkiewicz dogaduje się z prezesem NBP Markiem Belką, że NBP pomoże zwalczać deficyt budżetowy, gdyż

Zwycięstwo PiS oznacza ucieczkę inwestorów, pogorszenie się warunków finansowych i parę innych kłopocików wewnątrz Polski.

Widać też, że rząd, a w każdym razie minister Sienkiewicz, nie jest ani tak oderwany od rzeczywistości, jak to się często mówi, ani tak dogmatyczny, jak twierdzą jeszcze inni. Sienkiewicz stwierdza mianowicie, że

Polacy mają w dupie orliki i autostrady

a więc rzeczy, którymi rząd najchętniej się chwali i o którym donoszą media. Deficyt budżetowy to co innego. Nie dlatego, że jest on dla Polaków ważny jako abstrakcyjna kategoria ekonomiczna, ale dlatego, że procedura ograniczania deficytu, do czego, po przekroczeniu pewnych progów, zobowiązuje nas i Konstytucja, i zobowiązania europejskie, byłyby bardzo bolesne dla obywateli, gdyż oznaczałyby ostre cięcia w gospodarce i programach rządowych. Można powiedzieć, że Sienkiewicz dba o szanse wyborcze Platformy – zgoda, ale jednocześnie trzeba powiedzieć, że dba on o realne, odczuwalne jako najistotniejsze, potrzeby obywateli.

Na to wszystko Belka mówi OK, ale odwołajcie ministra Rostowskiego, bo on się proponowanym zmianom sprzeciwi, z czym zresztą zgadza się Sienkiewicz. I tak się w końcu dzieje; inna rzecz, że Rostowski – choć bez wątpienia niezwykle kompetentny – był dość powszechnie nielubiany, a wobec tego był dla rządu obciążeniem, którego premier chętnie się pozbył.

Pozostałe „wstrząsające” nagrania dotyczą ex-ministra, ex-modela Nowaka, który prosi o ograniczenie kontroli finansowych, jakim podlegała jego żona. W trzecim nagraniu platformerski szef NIK pięknie spuszcza po brzytwie super-biznesmena Jana Kulczyka. Nowak kompromituje sam siebie – nie pierwszy raz – ale wiceminister finansów, zdaje się, żadnej pomocy Nowakowi nie obiecał. W tym, co słyszymy o Kwiatkowskim, nie ma niczego niestosownego. Największy krzyk dotyczy rozmowy Sienkiewicza z Belką. Otóż ja w niej też nie widzę niczego nagannego. Panowie się targują: chcesz, żebym zrobił tak, to ty mi zrób siak. Ne ma mowy o żadnych łapówkach czy korzyściach osobistych, przeciwnie, argumenty, jakie padają, odnoszą się do kondycji państwa – gospodarczej i nie tylko. Sienkiewicz, cały rząd i Platforma nie chcą zwycięstwa PiSu? No nie chcą, ale nie dlatego, że straciliby posady i apanaże, tylko dlatego, że – uważają – to zaszkodziłoby Polsce. Tak mówi przedstawiciel siły politycznej, która jest przekonana, że jej pomysł na rządzenie jest o wiele lepszy dla kraju, niż pomysły konkurencji.

No i wreszcie wypowiedź Sienkiewicza, od której prawicowe media aż się zachłystują (źródło):

Państwo polskie istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością.

Przecież to jest wypowiedź propaństwowca, z której minister powinien być dumny! Jedną z polskich zmór jest „Polska resortowa”, w której każdy urząd, każda agenda realizuje swoje własne cele – a jeszcze częściej dba tylko o to, żeby w danym urzędzie, w danej instytucji wszystko było formalnie w porządku –  nie patrząc się na dobro państwa jako całości: Różne służby rywalizują ze sobą, wojewoda nie współpracuje ze starostą, minister środowiska nie współpracuje z ministrem infrastruktury i tak dalej. Wszyscy widzimy to na codzień i doświadczamy tego skutków. Minister Sienkiewicz ma rację: poszczególne fragmenty państwa jakoś tam działają, państwo jako całość – nie. I ten stan rzeczy na pewno nie jest dobry.

Prawica powiada, że rozmowa Sienkiewicza z Belką to dowód na spisek. E, jaki tam spisek. Normalna rozmowa polityczna, jakie poza protokołem toczyły się i toczyć się będą jak świat długi i szeroki. Trochę szkoda, że panowie (ale raczej Marek Belka, niż Bartłomiej Sienkiewicz) bywają wulgarni. Cóż, nobody’s perfect.

Owszem, jak wiem z filmu i literatury, w krajach skandynawskich wszystkie rozmowy polityków są oficjalne – są protokołowane, a przynajmniej odnotowywany jest fakt przeprowadzenia takiego spotkania, rozmowy. Nasi tymczasem rozmawiają w jakiejś warszawskiej restauracji. Zapewne należy dążyć do standardów skandynawskich również i w Polsce. Skądinąd filmy i literatura, z których to wiem, dotyczą korupcji i straszliwych zbrodni popełnianych w kręgach władzy. Nobody’s perfect, Skandynawowie także nie? Obowiązek protokołowania etc nie eliminuje całkowicie ludzkiej nieuczciwości, a ostatecznie to najbardziej się liczy. W rozmowie Bartłomieja Sienkiewicza z Markiem Belką żadnej nieuczciwości nie dostrzegam.

Jedno mnie w tym frapuje: Bartłomiej Sienkiewicz był w służbach specjalnych, zakładał UOP, a mówi się, że nie ma byłych pracowników służb. Sienkiewicz na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że tego typu rozmowy mogą potencjalnie być podsłuchiwane i że nie powinno ich się prowadzić byle gdzie. Skoro więc mówił, co mówił, to znaczy, że czuł się całkowicie bezpiecznie. Niestety, realia postsnowdenowskie (abstrahując od tego, kto dokonal tych nagrań) najwyraźniej dotarły i do Polski. Teraz to dopiero zacznie się konspiracja!

Pomijając jednak wszystko inne, usłyszeć, że minister mówi o jakimś rządowym planie inwestycyjnym, że to jest

chuj, dupa i kamieni kupa

– bezcenne!