Po emisji filmu Sekielskich pojawiają się kolejne świadectwa osób molestowanych w dzieciństwie przez księży. Ja na szczęście niczego takiego nie doświadczyłem, mam jednak dwa dziwne wspomnienia związane z lekcjami religii. Mówiłem o tym niedawno w pewnej dyskusji, ale być może warto napisać to publicznie.
Gdy byłem w drugiej lub trzeciej klasie, ksiądz, który nas uczył religii (w salce katechetycznej przy kościele – i komu to przeszkadzało?), zaproponował, aby chłopcy zostali ministrantami. Mnóstwo moich kolegów się zgłosiło, ja też chciałem, ale to wymagało zgody rodziców. No i mój tato się nie zgodził. Tato był szalonym lewicowcem, do tego człowiekiem niezwykle wykształconym, a jednocześnie głęboko wierzącym katolikiem, starszy brat taty był księdzem (i filozofem) – i oto mój tato nie zgodził się, żebym został ministrantem. Jakoś to uzasadniał, ale nie pamiętam jak. Pamiętam tylko, że wyjaśnienia taty były bardzo nieprzekonujące i było mi podwójnie przykro. Raz, że mi nie pozwolił, dwa, że nie chciał powiedzieć, dlaczego.
I oto teraz, po latach, myślę sobie, że może mój tato coś wiedział, czegoś się obawiał? Może w podsądeckiej wsi, z której pochodził, był ksiądz, który dziwnie się wobec chłopców zachowywał? Może tato słyszał jakieś ponure opowieści od swojego brata? A może usłyszał coś gdzie indziej – tato znał mnóstwo ludzi i słyszał mnóstwo historii? Albo może mój tato, który miał osobliwie intelektualny stosunek do religii, bona fide sądził, że ministrantura to nie jest właściwa droga dla chłopca, bo go religijnie ogłupi? Tak czy siak, nie zostałem ministrantem.
Moi katecheci zmieniali się. Pod koniec podstawówki, miałem wtedy jakieś 15 lat, uczył nas inny ksiądz. Bardzo go lubiliśmy. Był mądry, ale zarazem jakiś luzacki, wysportowany, na jego lekcjach nie było atmosfery głupawej świątobliwości, tylko wykład księdza przeplatany żartami. Ksiądz zapraszał kolejne grupki chłopców do swojego pokoju – zawsze grupki, nigdy jedną osobę, tylko chłopców, nie dziewczynki – i pokazywał swoje kajaki. Bo ksiądz był kajakarzem. Opowiadał, że co roku wraz z grupą kilku, kilkunastu chłopców jeździ na spływ. Ksiądz i chłopcy, piękna polska przyroda, ognisko, namioty, przygoda. Proponował, żebyśmy pojechali z nim, oczywiście jeśli rodzice się zgodzą. Ja się jakoś nie wybierałem, nikt z moich bliskich kolegów też nie, chyba nawet nikt z nas nie pytał się rodziców o zgodę. Ale klasa była bardzo liczna, więc może ktoś jednak pojechał? Nie wiem.
Chciałbym być dobrze zrozumiany: Ja o nic złego tego księdza nie oskarżam. Nie mam żadnych podstaw. To był fajny ksiądz. Jednak teraz się słyszy, że takie wyjazdy często stanowiły okazję do molestowania dzieci. I trochę mi się resztki włosów na głowie jeżą. Nie, nie mam już takich pięknych loków, jak na zdjęciu powyżej 😦
W czasach studenckich i później byłem na wielu spływach kajakowych i wiem, że to jest wielka frajda. Nawet, gdy pada i jest zimno jak diabli. Bardzo wszystkim polecam.
Po czym Bóg dodał: «A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem; i nie będzie już nigdy wód potopu na zniszczenie żadnego jestestwa. Gdy zatem będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi». Rzekł Bóg do Noego: «To jest znak przymierza, które zawarłem między Mną a wszystkimi istotami, jakie są na ziemi». (Rdz. 9,12-17)
Sądzę, że publiczne zamieszczenie tego obrazka jest dziś moim obowiązkiem jako człowieka i jako katolika.
Wczoraj na Uniwersytecie Warszawskim redaktor naczelny Liberté, Leszek Jażdżewski, wygłosił przemówienie, które jest dość mocno krytykowane, choć ja, dalibóg, nie wiem za co.
Cały tekst jest pod linkiem powyżej, ale zamieszczę obszerny cytat budzący największe emocje:
Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy, stracił moralny mandat do sprawowania funkcji sumienia narodu. Ten, kto szuka transcendencji i absolutu w Kościele, będzie zawiedziony. Ten, kto szuka moralności, w Kościele nie znajdzie jej. Ten, kto szuka strawy duchowej, w Kościele nie zostanie nakarmiony. Polski Kościół wyparł się Chrystusa, wyparł się Ewangelii […] Agendę układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami zdobędą władzę nad duszami Polaków. Rywalizacja [z nimi] na inwektywy i startowanie w konkurencji na wyścig do dna nie ma sensu […] Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry.
A ja bardzo proszę, niech ktoś wyjaśni mnie, katolikowi, co w przemówieniu Leszka Jażdżewskiego było takiego nienawistnego, piętnującego i obraźliwego? Gdyby Jażdżewski atakował samą wiarę czy religię, szydził z niej, byłoby to co najmniej głupie i nietaktowne, dla niektórych obraźliwe. Rzecz w tym, że Jażdżewski niczego takiego nie zrobił.
Można przywołać znane powiedzenie o świętym Kościele grzesznych ludzi. Jażdżewski nie atakuje świętego Kościoła, a tylko ludzi, którzy kształtują oblicze polskiej odnogi Kościoła Katolickiego, całkiem ziemskiej organizacji religijnej. Można Leszkowi Jażdżewskiemu zarzucać, że się myli (ja sądzę, że ma rację), ale on ewidentnie krytykuje – ostro krytykuje! – ludzi, nie świętą wspólnotę duchową. Ludzie zaś, jako się rzekło, są grzeszni i można ich za te grzechy krytykować. Święty Kościół Powszechny to dla wiernych byt duchowy, niematerialny, mistyczna wspólnota zbawionych, Mistyczne Ciało Chrystusa. Ziemski Kościół Katolicki to instytucja religijna, która powinna działać na rzecz owego świętego Kościoła duchowego, ale ani nie jest z nim tożsama, ani nawet się w nim nie zawiera, podobnie zresztą jak ten duchowy nie zawiera się w ziemskim. No i, niestety, zdarza się, że reprezentanci Kościoła ziemskiego działają wbrew zasadom Kościoła duchowego, powołując się przy tym na Kościół duchowy dla usprawiedliwienia swoich niegodnych czynów. Niekiedy robią to z głupoty, niekiedy zupełnie nie rozumieją zasad wiary, które zdaje im się, że głoszą, niekiedy są powodowani złą wolą, niekiedy są cyniczni i myślą, że dadzą radę „oszukać system”, czyli w tym wypadku Boga, niekiedy wreszcie sami tak dokumentnie stracili wiarę, że interesuje ich tylko doczesny sukces i przyjemność. Tak już bywało wiele razy w historii (przypomnijmy choćby kondycję papiestwa w czasach Borgiów czy okoliczności wystąpienia Marcina Lutra) i tak, zapewne, jeszcze nie raz będzie, ale nas interesuje ziemski Kościół we współczesnej Polsce. Większość przywódców tego Kościoła i jakaś część (zapewne znaczna, ale nie umiem oszacować, jak znaczna) duchownych zachowuje się haniebnie, a ich czyny powinny być źródłem zgorszenia. Taka obserwacja jest bardzo smutna, ale nie stanowi ani ataku na wiarę w Kościół duchowy, ani na zasady, wedle których jest on ukształtowany, ani wreszcie na wiernych wyznających te zasady. Biskupi, księża, działacze katoliccy i poszukujący ich wsparcia politycy sami nie są elementami religii. Wierzy się w Boga, nie w biskupa.
Jedyne, co można Jażdżewskiemu zarzucić, to niepotrzebną generalizację, branie pars pro toto. Są jednak uczciwi, przestrzegający zasad księża i biskupi, choć ich działania nikną przytłoczone przez tych, którzy w publicznym obrazie Kościoła dominują.
Choć grzechy dzisiejszego polskiego Kościoła instytucjonalnego są dość podobne do grzechów Kurii Rzymskiej w czasach Borgiów – zamiast symonii mamy „dotacje” za wsparcie polityczne, zamiast rozpusty wykorzystywanie seksualne dzieci i zakonnic, zamiast wspierania własnych rodzin, absurdalne urojenia o wyjątkowości Polski, a pycha, żądza władzy i pogarda dla wiedzy pozostają takie same – nie porównuję, dajmy na to, abp. Jędraszewskiego czy pana dyrektora Rydzyka do Cezara Borgii. To byłoby jak porównanie żula, który pobił i okradł przechodnia w parku, do organizatora wielkiego napadu na bank.
P.s. Politycznie Leszkowi Jażdżewskiemu zapewne chodziło o to, by odebrać Wiośnie Roberta Biedronia monopol na antyklerykalizm.
Nauczyciele zawiesili strajk. Przegrali. Robią dobrą minę do złej gry, że wrócą do strajku we wrześniu, a wtedy to ho, ho! Pojawiają się analizy potwierdzające to stanowisko, ale ja jakoś nie mogę w nie uwierzyć. Rząd pokazał, że w rozgrywce z nauczycielami lub jakąkolwiek inną grupą, która ma jakie-takie poczucie odpowiedzialności za powierzone sobie sprawy, może nie ustępować, gdyż ostatecznie zwycięży właśnie to poczucie odpowiedzialności, zwłaszcza jeśli poparcie społeczne dla protestującej grupy będzie słabe. Gdyby strajkujący nauczyciele byli bardziej asertywni, nie okazali troski o uczniów, mogli byli wygrać. Jednak okazali troskę, a więc okazali słabość. I przegrali.
A poparcie dla strajku nauczycieli było słabe. Rodzice małych dzieci wściekali się, że dziećmi nie ma się kto zająć. Rodzice uczniów przystępujących do egzaminów drżeli, że na skutek strajku egzaminy mogą się nie odbyć. Rząd grzmiał, że strajkujący nauczyciele wzięli dzieci za zakładników. Tymczasem, na co zwrócił uwagę pewien znajomy edukator, jeśli rząd na egzaminy ósmoklasistów i gimnazjalne sprowadza posiłki złożone ze strażaków i urzędników gminnych, a później uchwala ustawę, wedle której klasyfikacji maturzystów może w ostateczności dokonać urzędnik magistratu, okazuje się, że nauczyciele są niepotrzebni. Ba, w ogóle w tej optyce niepotrzebna jest edukacja. Liczy się zaświadczenie, dokument, papier, który może wystawić ktokolwiek. My, jako społeczeństwo, przestaliśmy się zastanawiać jakie wykształcenie odbiorą nasze dzieci, liczy się tylko dyplom, jaki otrzymają.
To głupie, nieprawdaż?
Strajkujący nauczyciele byli spotwarzani i atakowani bez przerwy. Jarosław Kaczyński uznał za stosowne pochwalić się (przyszłymi, wypłacanymi ze środków tej wyimaginowanej wspólnoty) dotacjami do świń i krów, ale o nauczycielach nie wspomniał. Patryk Jaki porównywał strajkujących do Wehrmachtu. Morawiecki, Szydło, genetyczny patriota Suski i inni członkowie rządu łgali na temat wysokości nauczycielskich zarobków. W niektórych szkołach grupki rodziców, którym przewodzili – cóż za niespodzianka! – PiSowscy radni, lżyli i poszturchiwali strajkujących nauczycieli. PiSowskie fabryki trolli rozpowszechniały kłamliwe opowieści o zapłakanych kuzynkach i strajkujących nauczycielkach. Niektórzy księża i biskupi znieważali nauczycieli w kazaniach wielkanocnych (gorze wam, klechy!).
No i nauczyciele przegrali. Jak sądzę, pierwszym skutkiem przegranej będzie to, że wszyscy nauczyciele, którzy czują, że poradzą sobie na otwartym rynku pracy, odejdą z zawodu. Zostaną nieudacznicy – których, trzeba to przyznać, jest w tej grupie sporo – oraz zmęczeni ludzie chcący jedynie doczekać emerytury, plus nieliczna grupka zapaleńców. Poziom polskich szkół jeszcze bardziej spadnie.
Dlatego sądzę, że najważniejszym celem tych, którzy przyjdą do władzy po upadku PiSu, oby jak najrychlejszym, powinna być edukacja. Odbudowa prestiżu i poziomu szkoły. Zaniedbania są wieloletnie, sięgają daleko przed czasy PiSu, a ich przyczyny są na pewno złożone. Nie da się ich sprowadzić do neolewicowej opowieści o tym, że liberałowie oddali szkoły prawicy i Kościołowi. O tym napiszę może kiedy indziej. Jednak bez edukacji nie poradzimy sobie ani z gospodarką, ani z zagrożeniami klimatycznymi, ani z bezpiecznym rozwojem Polski, ani sami ze sobą.
Stirlitz szedł przez galerię handlową. Nagle zobaczył osobę z kubkiem kawy ze Starbucksa. – Strajkująca nauczycielka – pomyślał Stirlitz. – Sam jesteś nauczycielka – pomyślał Bormann.
Ponieważ na skutek decyzji biznesowych Agory nie mogę już pisać w starym miejscu, przenoszę się tutaj z dotychczasowego adresu http://pfg.blox.pl. Ucieszę się, jeśli dołączą dawni czytelnicy i komentatorzy – wszyscy! – ale nowi także sprawią mi radość.
Jak pisałem rozpoczynając starego bloga, obserwuję różne zdarzenia, czytam o nich, rozmawiam, myślę, czasami przychodzi mi do głowy coś, co chciałbym zapamiętać. Tu będę to zapisywał.
Najbliższe otoczenie Jarosława Kaczyńskiego pokłada w partii Roberta Biedronia ogromne nadzieje,
pisze Cezary Michalski w najnowszym Newsweeku. Taki jest generalny ton komentatorów związanych z Platformą Obywatelską/Koalicją Obywatelską czy tylko z nimi sympatyzujących: Partia Wiosna, którą tworzy Robert Biedroń, będzie przede wszystkim żerować na Koalicji Obywatelskiej, podbierać jej działaczy i wyborców, a to, zważywszy na kształt naszej ordynacji wyborczej, będzie sprzyjać PiSowi, nawet jeśli stanie się tak wbrew intencjom samego Roberta Biedronia.
Wiosna, z dokładnością do fluktuacji, nie odbierze głosów PiSowi. Odbierze trochę Kukizowi i SLD, zapewne połknie śladowy elektorat Razem, ale głównie będzie rosnąć kanibalizując Platformę i Nowoczesną. To, w istocie, byłby prezent dla PiSu.
Tak jednak nie musiałoby się stać, gdyby Biedroniowi udało się zmobilizować tych wyborców, którzy bez Wiosny zostaliby w domu. Mam na myśli przede wszystkim wyborców najmłodszych. To prawda, że w 2015 największym w tej grupie poparciem cieszył się PiS a za nim szła nasza pożal się Boże alt-prawica, ale to w tej grupie była też największa absencja wyborcza. Jest więc kogo mobilizować. Ci młodzi wyborcy, którzy nie zagłosują na PiS ze względu na ich stosunek do Kościoła, nie na PiS czy alt-prawicę ze względu na praktykowane przez nich archaiczne formy patriotyzmu, nie na SLD, bo to leśne dziadki, nie na Razem, bo to hipsterzy, o których nikt nie słyszał, ale też nie na Koalicję Obywatelską, którą widzą jako mieszankę gospodarczych neoliberałów i kunktatorów w sprawach obyczajowych, mogliby zagłosować na Biedronia. Wyraźnie antyklerykalne – ale nie antyreligijne, żeby nie zrażać bardziej tradycjonalistycznych wyborców! – hasła Wiosny, w połączeniu z ogólnym entuzjazmem i kreowanym wizerunkiem świeżości, mogłyby tych wyborców zmobilizować. Gdyby tych zmobilizowanych, którzy nie mogąc głosować na Biedronia, gdyby go nie było, wybraliby absencję, było więcej, niż głosów odebranych Koalicji Obywatelskiej, efekt netto wkroczenia Wiosny do polityki mógłby być korzystny z punktu widzenia starań o odsunięcie PiS od władzy. Byle tylko Robertowi Biedroniowi na tym zależało…
Nie wiem jednak czy tak jest. Cytowany przez Michalskiego Jarosław Flis, socjolog i znawca systemów wyborczych, powiada, że Wiosna może walczyć wyłącznie o wielkomiejskich, liberalnych wyborców, zresztą nie z grupy najmłodszej, ale tej o oczko starszej.
Przejęcie wyborców Nowoczesnej, którzy bez entuzjazmu wracali do PO, a nie wchłonięcie SLD czy Partii Razem, to priorytet nowej partii Roberta Biedronia,
pisze Michalski.
Pośrednio potwierdza to publicysta Liberte!, pisząc, iż w wielu miejscach partię Wiosna tworzą ci sami ludzie, którzy cztery lata temu tworzyli Nowoczesną, a jeszcze wcześniej Ruch Palikota. Podobnie, czytając wywiad z Beatą Maciejewską, „ekspertką Wiosny do spraw zrównoważonego rozwoju”, odnoszę wrażenie, że partia ta apeluje do wyborcy mieszkającego samodzielnie i względnie dobrze sytuowanego, a więc raczej nie do tego z najmłodszej grupy wiekowej, który dotąd nie zwracał uwagi na sprawy publiczne. Maciejewska, odnosząc się do postulatu zamknięcia wszystkich kopalń węgla do 2035, mówi:
Potrzebujemy zmiany nawyków, nowego sposobu myślenia o energii i przebudowania systemu energetycznego. Większość z nas to zresztą robi w swoim codziennym życiu. Wymieniamy sprzęt na bardziej energooszczędny, regulujemy ciepło, wymieniamy oświetlenie na LED-owe.
Wszystko fajnie, ale to nie jest argument skierowany do wyborcy, który w ogóle nie ma zamiaru głosować, a „wymiana sprzętu” jest dla niego pojęciem abstrakcyjnym.
Jeśli chodzi o program, to jest on „progresywny”, ale szalenie niekonkretny: wysokie emerytury obywatelskie, radykalne skrócenie kolejek do lekarzy-specjalistów, dekarbonizacja gospodarki. Nie wiadomo co prawda, jak to wszystko sfinansować, a podawane przez Wiosnę szacunki są bardzo mocno zaniżone, ale tym się Robert Biedroń i jego zwolennicy nie przejmują. Plus, jak już pisałem, radykalne – jak na warunki polskie! – postulaty antyklerykalno-obyczajowe, paradoksalnie, najtańsze do wprowadzenia. Wydaje mi się, że Biedroniowi chodzi głównie o przyciągnięcie wyborców, nie zaś o realizację obietnic wyborczych. Z jednej strony jest to niezbyt uczciwe, a z drugiej szalenie polskie: jakoś to będzie!
Ale najbardziej niepewnym elementem partii Roberta Biedronia jest sam Robert Biedroń. Polityk ten z pewnością obdarzony jest sporą charyzmą, jest typem celebryty-showmana – co akurat może się sprawdzać w przyciąganiu wyborców – ale jest w nim coś z pozera. Przede wszystkim przedstawia się jako nowa jakość w polityce, człowiek świeży, nieskażony władzą – iluż przed nim to już robiło? – a faktycznie długie lata był w SLD, kandydował z ramienia tej partii do Sejmu, gdzie w końcu wszedł wraz z Palikotem. Nic wielkiego jako poseł nie osiągnął, ale się wylansował. Zrezygnował z mandatu, wygrał wybory na prezydenta Słupska, ale nie zrealizował wielu obietnic wyborczych (zgoda, nie była to wyłącznie jego wina). Nie ubiegał się o reelekcję, ale stanął do wyborów na radnego. Mandat zdobył, ale go nie objął: pociągnął listę, ale być może zawiódł tych, którzy jemu osobiście zaufali. Teraz mówi, że chce zostać premierem, ale wystawia partię do eurowyborów, choć na partyjnej konwencji nie powiedziano dosłownie niczego na temat polityki europejskiej. Sam Biedroń zapowiada, że stanie do eurowyborów, ale mandatu nie obejmie: jak w Słupsku pociągnie listę, a zdobyty przez niego mandat obejmie ktoś inny. Na pierwszy rzut oka taka zapowiedź jest uczciwa, ale przecież wiadomo, że wiele osób głosując „na Biedronia” faktycznie wprowadzi do Parlamentu Europejskiego jakichś działaczy, którzy być może budzą ich znacznie mniejszy entuzjazm. A dalej co? Premierem Robert Biedroń jednak nie zostanie, więc po kilku miesiącach zrezygnuje z mandatu żeby stanąć do wyborów prezydenckich? Toż to jest czysty lans, nie zaś uprawianie polityki rozumianej jako służba publiczna.
Tymczasem zaś osoby nieprzychylne Robertowi Biedroniowi, nieprzychylne, choć nienapastliwe, przypominają, jak Biedroniowi jeszcze jako działaczowi LGBT w czasie różnych kampanii na rzecz praw tego środowiska bardziej zależało, żeby to jego zapamiętano, nie zaś, żeby kampania odniosła skutek. Teraz zaś Biedroń blokuje na Twitterze wszystkich, którzy wyrażą się bez dostatecznego entuzjazmu o nim lub o programie jego partii. Tak, jakby mu nie zależało na przekonywaniu wątpiących, ale na zdobywaniu wyznawców.
Rekapitulując, jeżeli Robertowi Biedroniowi uda się skłonić dużą grupę wyborców, którzy dotąd nie szli głosować, do udziału w wyborach, jego wejście do ogólnopolskiej polityki będzie można uznać za korzystne. Nie zrealizuje on, co prawda, znacznej części swoich postulatów, co jedni mu wybaczą – każdy w kampanii wyborczej obiecuje gruszki na wierzbie – ale inni poczują się rozczarowani, oto bowiem okaże się, że kolejny „nowy” polityk obiecuje jedynie gruszki na wierzbie. Inna rzecz, że nowi wyborcy, których Biedroń mógłby przyciągnąć, w mniejszym stopniu kierowaliby się postulatami ekonomicznymi. Oni zdecydują biorąc pod uwagę sytuację społeczno-obyczajową.
Jeśli jednak siła partii Roberta Biedronia oparta będzie przede wszystkim na głosach odebranych Koalicji Obywatelskiej, jego udział w wyborach będzie destruktywny z punktu widzenia walki politycznej z PiS, czyli z walki o zachowanie Polski jako kraju demokratycznego, wiernego europejskim wartościom. Na razie wiele wskazuje na tę właśnie możliwość.
Czas pokaże. Ja sam na razie jego formacji nie potępiam, ale też patrzę się na nią z bardzo dużym sceptycyzmem.
Magdalena Ogórek. Dwie wieże. Jurny Stefan. Ewa Kopacz i dinozaury. Problemy Misiewicza. Dwórki Glapińskiego. Nowa afera mięsna (dla Polski gigantyczna katastrofa wizerunkowa). Sylwester syna Czarneckiego. Korupcja w KNF. Skandal goni skandal, afera goni aferę. To, co dziś jest skandalem i wiadomością dnia, pojutrze będzie zapomniane, gdyż wybuchnie kolejna afera, co najmniej tak samo obrzydliwa, jak poprzednie.
Wśród tych wszystkich afer jedna wydaje mi się szczególna. Oto mecenas Robert Nowaczyk, zeznając przed komisją reprywatyzacyjną, powiedział nie tylko o bardzo podejrzanym zaangażowaniu ludzi z obozu PiS i z obecnych, nadzorowanych przez PiS służb specjalnych w reprywatyzację warszawskich nieruchomości, ale też o alkoholowych libacjach z udziałem osób nadzorujących obecnie polskie służby specjalne. Mecenas Nowaczyk sam ma zarzuty kryminalne w aferze reprywatyzacyjnej, więc dość łatwo jest powiedzieć, że obciąża innych, żeby oczyścić siebie. I PiS to właśnie mówi. Ba, nie przesądzając, jak było naprawdę, brzmi to dość wiarygodnie. Ale do wątku alkoholowego nikt się nie odnosi.
Otóż, moim zdaniem, jeśli minister odpowiedzialny za służby specjalne, facet mający dostęp do wszelkich tajemnic państwowych i tajemnic NATOwskich, zostaje publicznie oskarżony, że upił się tak bardzo, iż łaził na czworakach i całował się z psem-bokserką, a nikt oskarżyciela natychmiast nie zdezawuował jako niewiarygodnego kłamcy i mitomana, to tenże minister pięć minut po upublicznieniu zeznań powinien się podać do dymisji. Tu nie ma żadnych wątpliwości – natychmiastowa dymisja i żadnych dalszych dyskusji. Ale bohater tej opowieści, czołowy PiSowski hunwejbin, minister Mariusz Kamiński, ani myśli o dymisji, nikt zresztą zbyt głośno się tego nie domaga.
, Zamordowany wczoraj prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, był przez długie miesiące brutalnie atakowany przez PiSowskie media, w tym przez tak zwane media „publiczne”, które są publiczne w tym samym stopniu, co publiczne były PRLowski Dziennik Telewizyjny i Trybuna Ludu. Zwłaszcza w okresie samorządowej kampanii wyborczej Adamowicz był przedstawiany jako złodziej i malwersant, który w ramach jakichś ciemnych interesów zalał pół Gdańska fekaliami, ale i przed kampanią, i już po jej zakończeniu, Paweł Adamowicz był dla PiSu jednym z ważniejszych wrogów. Był na przykład pomawiany o to, że ma niemiecki paszport, a więc że nie był Polakiem, tylko zdrajcą.
Adamowicz zginął w trakcie tegorocznego finału WOŚP. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jako organizacja i fenomen społeczny, a już szczególnie Jurek Owsiak, byli wyjątkowo mocno atakowani i spotwarzani przez środowiska i media bliskie PiSowi. Dosłownie trzy dni przed finałem WOŚP PiSowska telewizja „publiczna” wyemitowała szczególnie ohydny filmik „satyryczny” wymierzony w Owsiaka.
W ogóle PiS, odkąd doszedł do władzy w 2015, lży i opluwa ludzi i środowiska polityczne, które nie są entuzjastami ich rządów. „Gorszy sort”, „mordy zdradzieckie”, zdrajcy i Targowica to już klasyki gatunku, a był też „element najbardziej zdemoralizowany, podły, animalny„. Animalny, czyli nie-ludzki. Zdehumanizowany, pozbawiony ludzkiej godności i praw.
Gdy zdarzały się ataki symboliczne – szubienice ze zdjęciami, wystawiane przez Młodzież Wszechpolską „akty zgonu”, groźby i zniewagi – a nawet fizyczne – wybicie szyb w mieszkaniu Michała Tuska – na działaczy opozycji, członków ich rodzin i osoby związane z WOŚP, nadzorowana przez PiS prokuratura i policja starały się je umniejszać, dochodzenia umarzać, a przynajmniej ciągnąć w nieskończoność. Można było odnieść wrażenie, że PiSowska władza przyzwala na ataki na Platformę. Cóż, to w końcu jest „element animalny”, któremu prawa obywatelskie nie przysługują.
Zabójca Pawła Adamowicza wykrzykiwał coś o krzywdach, jakie miała mu wyrządzić Platforma Obywatelska.
W tej sytuacji nic dziwnego, że antypisowska część opinii publicznej obarcza PiS odpowiedzialnością za to morderstwo. Przynajmniej odpowiedzialnością moralną, choć padają wprost oskarżenia o „mord motywowany politycznie”. Część internetów dyszy nienawiścią.
A ja na to mówię: Spokojnie. Spokojnie. Nie nakręcajmy spirali nienawiści, bo to nas do niczego dobrego nie doprowadzi. Tak, PiS nas lżył i lży nadal – jak słyszę, nawet dzisiaj Wiadomości TVPiS przedstawiały Tuska, Komorowskiego i Wałęsę jako siewców nienawiści, a wczoraj posłanka Pawłowicz wysyłała nienawistne tweety pod adresem Owsiaka – ale nie odpłacajmy im tym samym. Choć wiemy, że PiS to polityczne szkodniki, nie odmawiajmy im ludzkiej godności.
Mordercą Pawła Adamowicza był kryminalista, który właśnie odsiedział wyrok za rozboje. Podobno w więzieniu stwierdzono u niego schizofrenię. Kilkakrotnie odmawiano mu przedterminowego zwolnienia, być może ze względu na chorobę uznając, że może stanowić zagrożenie. Z pewnością był pełen gniewu i pretensji do świata, które chciał rozładować.
PiS od lat przedstawia się jako ofiara „bezprzykładnych ataków” ze strony Platformy i jej „przemysłu pogardy”. PiS czyni to z lubością, bo ta formacja polityczna lubuje się w celebrowaniu klęsk i ustawianie się w roli ofiary sprawia im perwersyjną radość. Gdy w 2014 pewien człowiek zamordował łódzkiego działacza PiS, partia ta oskarżała Platformę nieledwie o podżeganie do zabójstwa. Witold Waszczykowski krzyczał do działaczy PO „Nie zabijajcie nas!” Platforma odpowiadała, że stanowczo sprzeciwia się przemocy, współczuje rodzinie zamordowanego, zabójca był niezrównoważony psychicznie, a jego celem był jakiś polityk: zabójca, zanim wszedł do biura poselskiego PiS, próbował się dostać do biura Platformy.
Po zamachu w Nicei w 2016 lewicowo-liberalne media podkreślały, że zamachowiec, choć był muzułmaninem, nie był religijny, nie praktykował, nie był też związany, nawet luźno, z żadnymi islamskimi grupami terrorystycznymi, choć należy przypuszczać, że zetknął się z ich propagandą. Był natomiast niezrównoważony, jakiś czas się leczył, miał też poważne problemy osobiste. Oczywiście z tłumaczeniem różnych zbrodni złym stanem psychicznym sprawców należy bardzo uważać. Jak pisałem, w Ameryce, jeśli sprawca zbiorowego mordu, których zdarza się tam mnóstwo, jest biały, media przedstawiają go jako niezrównoważonego psychicznie. Jeśli sprawca jest nie-biały, natychmiast zostaje ogłoszony terrorystą.
Nie wiemy dlaczego Stefan W. zabił Pawła Adamowicza. Możliwe, że wszechobecna propaganda rządowa zwrócona przeciwko Platformie i Adamowiczowi przyczyniła się do tego, że niezrównoważony sprawca zogniskował swój gniew na prezydencie Gdańska. Ale możliwe też, że ta propaganda nie miała istotnego wpływu. I choć uważam, że autorzy tych wszystkich uporczywych i obrzydliwych ataków na Pawła Adamowicza i całą Platformę powinni się zapaść pod ziemię ze wstydu, powinniśmy dopuścić, że tak jak w Łodzi i Nicei, zasadniczą przyczyną zbrodni była choroba psychiczna sprawcy, a propagandowe i polityczne ataki przeciwko ofierze miały znaczenie drugorzędne.
Słyszę, że zabójca prezydenta Gabriela Narutowicza, Eligiusz Niewiadomski, też był niezrównoważony psychicznie, a jednak niewątpliwie działał pod wpływem jadowitej propagandy politycznej. No tak, ale Niewiadomski w swoim przekonaniu popełnił zbrodnię „dla Polski”, co podkreślał przed sądem, a nawet tuż przed egzekucją. Niewiadomski sądził, że „żydowski prezydent” jest hańbą dla Polski, hańbą, którą za wszelką cenę trzeba zmyć. Zabójca prezydenta Pawła Adamowicza krzyczał tylko o swoich osobistych krzywdach. Nie można tej zbrodni uznać za motywowaną politycznie, choć niewykluczone, że nienawistna propaganda polityczna się do niej przyczyniła.
***
Przywódcy PiSu siadają w pierwszych ławkach na mszy żałobnej za Pawła Adamowicza w archikatedrze warszawskiej. Obłudnicy! Gdyby mieli choć trochę wstydu, nie pokazywali by się publicznie choć przez kilka dni.
***
Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski i Zbigniew Łapiński śpiewali piękną piosenkę-modlitwę o to, by Bóg ocalił nas od nienawiści. Abyśmy nie nienawidzili naszych przeciwników, bo nienawiść jest obustronnie niszcząca. Piosenka ta była popularna na wczesnych manifestacjach KODu, aż wreszcie rodzina Przemysława Gintrowskiego, autora muzyki, sprzeciwiła się odtwarzaniu jej na manifestacjach antypisowskich. Skądinąd syn autora słów, Natana Tenenbauma, nie miał nic przeciwko temu.
Do słów tej piosenki, do wiersza Tenenbauma, nawiązał dziś Donald Tusk przemawiając na schodach Dworu Artusa:
Pamiętam, z jakim wzruszeniem śpiewałeś z nami tę pieśń Solidarności, Modlitwę o wschodzie słońca. I chcę ci dzisiaj, kochany Pawle, obiecać, w imieniu nas wszystkich, Gdańszczan, Polaków i Europejczyków, że dla ciebie i dla nas wszystkich obronimy nasz Gdańsk, naszą Polskę i naszą Europę przed nienawiścią i przed pogardą.
Jestem pewien, że duch Przemysława Gintrowskiego wybaczy mi zamieszczenie oryginału.
Obchodzimy prastare, europejskie – a raczej indoeuropejskie – święto solarne, święto przesilenia zimowego. Światło przezwycięża grozę narastających ciemności, przynosząc nadzieję. Święto to znały ludy germańskie i skandynawskie, Słowianie, starożytne ludy Iranu, narody śródziemnomorskie i pewnie ktoś jeszcze. Kolejne religie narzucały temu świętu swoje interpretacje. Dziś mamy dwie dominujące: chrześcijańską i pozornie bezideowy szał zakupów. Nawet jeśli komuś żadna z nich nie odpowiada, może się zadumać nad trwającą tysiące lat ciągłością europejskiej kultury, nad wciąż funkcjonującymi symbolami.
Mnie interpretacja chrześcijańska w niczym nie przeszkadza. Chrześcijaństwo zresztą samo odwołuje się do prastarej symboliki światła niosącego radość, gaudium magnum. Jak na Pokłonie pasterzy Gerarda van Honhorsta, gdzie nowonarodzony Jezus jest jedynym źródłem światła, rozświetlającym mroki nocy.
Mimo szału zakupów, mieszaniny głupawych – choć niekiedy dość sympatycznych – piosenek z kultury anglosaskiej i naszych uroczystych kolęd oraz ataku „Mikołajów”, symbolika chrześcijańska w Polsce zdecydowanie dominuje. Stało się tak dlatego, że nasi (nie analizując tutaj, w jakim sensie „nasi”) władcy podjęli ponad tysiąc lat temu świadomą decyzję polityczną i ideową o przyłączeniu swojego państwa do europejskiej wspólnoty politycznej, religijnej i kulturowej. Przez to zamiast Szczodrych Godów obchodzimy Boże Narodzenie.
Włączanie się w europejską wspólnotę było dla naszego kraju najważniejszym zadaniem przez całe nasze dzieje. Gdyśmy zwracali się ku Europie, działo nam się raczej lepiej, niż gdyśmy się od Europy odwracali, niekiedy bredząc coś przy tym, że to właśnie my jesteśmy nosicielami „prawdziwych” wartości europejskich i ich ostatnimi obrońcami. Po 1989, gdyśmy znów zyskali historyczną szansę, przyjęliśmy konstytucję opartą o europejskie zasady praw człowieka i rządów prawa, a później przystąpiliśmy do europejskich wspólnot obronnych i politycznych. Jeśli o coś mamy pretensje do naszych europejskich kuzynów, partnerów i przyjaciół, to o to, że oni w naszą europejskość wątpią, choć my tak bardzo się staramy.
Niestety, nie zawsze staraliśmy się, a nawet dzisiaj nie staramy się dość dobrze.
Gdy więc Adam Glapiński w szeroko komentowanym wywiadzie mówi, że
wejście do strefy euro […] zakotwiczy Polskę na stałe w tzw. głównym nurcie europejskim
to choć zapewne jego intencje były całkiem inne, podaje w ten sposób najważniejszy argument za przyjęciem euro: To na stałe zakotwiczy nas w europejskiej wspólnocie gospodarczej i politycznej. A przecież to jest najważniejszy cel polityczny Polski, nasze najważniejsze polityczne wyzwanie od czasów chrztu Mieszka I.
Kluczowym problemem politycznym, jaki staje teraz przed wieloma krajami europejskimi, od Polski, poprzez Włochy i Francję, aż do Wielkiej Brytanii, jest dylemat: jak wiele integracji europejskiej, a jak wiele suwerenności? I dalej, jeśli integracja, to ile suwerenności można poświęcić, a jeśli suwerenność, to co się straci rezygnując z ważnych elementów integracji? Bo i koncepcja Unii-skarbonki, i pomysł, że my sobie tu na boku będziemy zawierać niezależne umowy handlowe z innymi krajami i jednocześnie korzystać z dobrodziejstw wspólnego rynku, najwyraźniej nie wypaliły.
Europejska integracja versus suwerenność to teraz jest najważniejszy podział polityczny, przekraczający i w znacznym stopniu unieważniający tradycyjne podziały lewica-centrum-prawica.
Myślę o tym obserwując, co dzieje się w Wielkiej Brytanii. Brytyjska polityka jest, jak się wydaje, w stanie rozpadu. Nadchodzi ostateczna data Brexitu, a nikt nie wie, czy Wielka Brytania zawrze z Unią jakieś porozumienie, jeśli tak, to jak będzie ono wyglądało, a jeśli nie, to co wtedy? Rząd się miota, kolejni ministrowie odchodzą, próba obalenia pani premier May się nie powiodła, ale wcale nie jest pewne, że wygra ona styczniowe głosowanie w parlamencie nad wynegocjowanym przez siebie porozumieniem z Unią. A jeśli pani premier przegra – bo nie może liczyć na mechaniczną większość głosów formalnej koalicji rządowej, a z drugiej strony przeciwnicy Brexitu też tego porozumienia nie poprą – to czy Unia się ugnie i w ostatniej chwili ustąpi w czymś Wielkiej Brytanii? A może będzie drugie referendum? A może hard Brexit? Brytyjski rząd, zmarnowawszy ponad dwa lata, pospiesznie próbuje przygotować kraj na różne scenariusze i poza tym oraz rutynowym administrowaniem nie jest chyba w stanie zajmować się niczym innym.
Partia Konserwatywna – Torysi – jest wewnętrznie podzielona na zwolenników pozostania w Unii, zwolenników twardego Brexitu i zwolenników Brexitu, ale z jakimś porozumieniem z UE. Kłopot w tym, że takie porozumienie powinno być akceptowalne i dla Brytyjczyków, i dla pozostałych krajów unijnych, to zaś wydaje się niezwykle trudne do osiągnięcia.
Ale po stronie opozycji wcale nie jest lepiej. Jak donosi Guardian, przywódca Labour Party, Jeremy Corbyn, traktowany niekiedy jak ostatnia nadzieja europejskiej lewicy, wywołał wściekłość wielu posłów i działaczy swojej partii, opowiedział się bowiem za Brexitem, wbrew oficjalnemu stanowisku partii. Corbyn jest równie zaciekłym antyliberałem, co nasi rządzący, aczkolwiek z innych powodów. Jeremy Corbyn jest klasycznym, i przez to cokolwiek anachronicznym, socjalistą-etatystą. Chciałby, aby państwo mogło wspierać przemysł, a swojej bazy wyborczej upatruje głównie na zdezindustrializowanej, antyeuropejskiej prowincji, przez co sam staje się antyeuropejski. Nie po drodze mu ze społecznie lewicową, ale proeuropejsko nastawioną i gospodarczo liberalną młodzieżą, tak do 30, z wielkich miast. Jest jednak przekonany, że oni i tak będą głosować na Labour, no bo na kogo innego? Przecież nie na tych zakłamanych Torysów?!
Corbyn stara się przy tym rozgrywać tradycyjną politykę partyjną, choć coraz wyraźniej widać, że jest ona żałośnie nieadekwatna do współczesnych wyzwań. Kunktatorsko nie zgłosił wniosku o wotum nieufności dla rządu Theresy May, choć zażądał jej ustąpienia w słowach, które przypominały – ale tylko przypominały – oficjalną formułę wotum nieufności. Corbyn chce, żeby Torysi wykrwawili się na Brexicie. Ponieważ Torysi Brexitu nie wygrają – Brexit nie jest do wygrania – Corbyn liczy na to, że po wyborach, najprawdopodobniej przyspieszonych, władza sama wpadnie mu w ręce, jak dojrzała gruszka. Może się przeliczyć, tak jak już przeliczył się David Cameron. Mianowicie, po wyborach może być hung Parliament, bez wyraźnej większości. Władza wisieć będzie na wewnętrznie sprzecznej, ale zjednoczonej wokół sprzeciwu wobec tradycyjnej polityki koalicji dziwolągów typu DUP, UKIP i SNP, a premierem zostanie Boris Johnson.
Informuje się żołnierzy, że korzystnym dla zdrowia jest częste mycie stóp i rąk, a także twarzy świeżą wodą, a jeszcze lepiej wodą ciepłą z dodatkiem kilku kropli octu lub wódki. (Desgenettes, naczelny lekarz Armii Orientu podczas epidemii dżumy, 1799)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.