Nietykalny

Panu Zbyszkowi wydaje się, że jest nietykalny. Parafrazując Cezarego Michalskiego, dopóki pan Zbyszek pilnuje, żeby Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki i reszta PiS stali ponad prawem, oni pilnują, żeby ponad prawem stał pan Zbyszek.

Lub też inaczej: Pan Zbyszek wygląda na osobę, która skrzętnie gromadzi papiery, dokumenty, niejawne materiały mogące kiedyś posłużyć jako „haki”. Pan Zbyszek z pewnością ma papiery na Jarosława Kaczyńskiego (dwie wieże), Mateusza Morawieckiego (działki) i Mariusza Kamińskiego (reprywatyzacja), a na Andrzeja Dudę i resztę towarzystwa przypuszczam, że też. Kaczyński, Morawiecki, Kamiński, Duda i reszta towarzystwa wiedzą, że pan Zbyszek, spadając, mógłby ich samych pociągnąć w dół, a przynajmniej poturbować. Dopóki więc będzie można udawać, że pan Zbyszek w aferę Piebiaka nie był zamieszany lub też nie okaże się, że pan Zbyszek jest jednak zbyt wielkim obciążeniem wizerunkowym, dadzą mu spokój, bo wtedy on da spokój im.

Jest to układ mafijny.

Sam pan Zbyszek udaje teraz ministra entuzjastycznego, choć niekompetentnego, który nie wiedział, co w jego Ministerstwie wyprawiał jeden z jego najbliższych współpracowników. Lepsze to niż przyznanie, że o wszystkim wiedział, ale nie reagował, bo to oznaczałoby zarzuty karne dla samego pana Zbyszka. Nie wiadomo zresztą, czy prokuratura robi cokolwiek w sprawie hejterów, wykradających w dodatku i upubliczniających dane wrażliwe dotyczące innych sędziów. Domyślam się, że prokuratura nie robi nic.

Gdy wybuchła afera Piebiaka, PiS i Ministerstwo Sprawiedliwości przez kilka dni milczeli, aż w końcu wymyślili, żeby przedstawiać aferę jako kolejny dowód głębokiego zepsucia, demoralizacji środowiska sędziowskiego – a właśnie zepsucie środowiska sędziowskiego, „kasty”, było głównym uzasadnieniem dla PiSowskiej reformy. A w ogóle jest super, bo gdy afera wybuchła, to dwóch hejterów straciło pracę w Ministerstwie. W ten sposób PiS bez mała używa afery Piebiaka dla racjonalizowania ex post tego, co PiS robi z sądownictwem. Ale to tak nie działa. Po pierwsze, skoro środowisko jest zdemoralizowane, czemu PiS tak selektywnie wybiera jednostki szczególnie zdemoralizowane i awansuje je na wyższe stanowiska? Należałoby się przecież spodziewać, że w imię walki z demoralizacją, ta prawa i szlachetna partia będzie awansować prawych i szlachetnych, a najwyraźniej dzieje się wprost przeciwnie. Po drugie, w zestawieniu z obiektywnymi, mierzalnymi wskaźnikami, takimi jak średnia długość trwania postępowania, widać, że cała reforma sądownictwa niczego obywatelom nie dała. Po trzecie, przez zestawienie kilku afer, takich jak zniszczenie dowodów w sprawie wypadku Szydło, afera KNS i „bank za złotówkę”, działki Morawieckiego czy dwie wieże, widać, że beneficjentami zmian w sądownictwie są przede wszystkim wyżsi funkcjonariusze PiS.

Na pytanie, dlaczego PiS w ramach swojej reformy awansuje zdemoralizowane kreatury, można zresztą udzielić racjonalnej odpowiedzi: W każdej większej grupie ludzi znajdzie się trochę osób o kiepskiej kondycji moralnej. Jeśli środowisko się na nich pozna, nie będą mieli szansy na zrobienie karier normalną drogą, więc są gotowi zaprzedać duszę diabłu. A PiSowski diabeł ich przygarnia, awansuje i buduje z nich swoje „nowe elity”, bo przyzwoici i rozsądni ludzie z nimi współpracować nie chcą. I dzieje się tak nie tylko w sądownictwie, ale dosłownie w każdej dziedzinie, za którą PiS się bierze, od polityki zagranicznej, poprzez zarządzanie wielkimi spółkami państwowymi, aż po stadniny koni.

Symboliczny dla afery Piebiaka i dla całej kondycji państwa rządzonego przez PiS jest udział sędziego Arkadiusza Cichockiego. Został przez pana Zbyszka awansowany na stanowisko prezesa Sądu Okręgowego w Gliwicach, po czym nie tylko zajmował się udziałem w grupie hejterskiej, ale rozsyłał też zdjęcia swojego wzwiedzionego penisa kochance, żonie przyjaciela, głównej wykonawczyni hejtu przeciwko sędziom sprzeciwiającym się reformom pana Zbyszka, a także „mocno angażował się” w życie Kościoła. Proszę sobie to uzmysłowić: prezes sądu okręgowego rozsyła zdjęcia swojego penisa. O jakim poziomie kompromitacji my tu mówimy?! W Polsce PiS rządy prawa zostały zastąpione przez penis sędziego. Chciałbym, aby wyborcy wzięli to pod uwagę 13 października, także ci, którzy w 2015 głosowali na PiS.

List do arcybiskupa

O. Paweł Gużyński, dominikanin, zaapelował o pisanie listów do abp. Jędraszewskiego. Napisałem.

J.E.
Ks. prof. dr hab. Marek Jędraszewski
Arcybiskup Metropolita Krakowski

Ekscelencjo,

Piszę do Księdza w duchu ewangelicznego wezwania: Jeśliby twój brat zgrzeszył, to idź upomnij go w cztery oczy (Mt 18:15). Upominanie brata, który błądzi, jest moim chrześcijańskim obowiązkiem, nawet jeśli brat ten jest biskupem. Chciałbym, aby Ekscelencja rozważył swoje postępowanie i dostrzegł, że nie będąc zgodne z nauką Chrystusa, jest ono źródłem smutku i zgorszenia, zwłaszcza w związku z pełnioną przez Księdza funkcją. Chciałbym, aby zrezygnował Ksiądz z funkcji arcybiskupa metropolity krakowskiego. Niedawno skończył Ksiądz 70 lat. To dobra okazja, aby poprosić papieża o zdjęcie brzemienia prowadzenia diecezji z ramion. Mógłby Ksiądz odejść zachowując godność i szacunek wiernych, a może nawet zyskując szacunek części tych, którzy obecnie go Księdzu odmawiają. Mógłby Ksiądz wrócić do studiów nad Levinasem, którego był kiedyś Ksiądz wnikliwym komentatorem.

Bezpośrednim impulsem do napisania tego listu jest kazanie, w którym nazwał ksiądz osoby LGBT „tęczową zarazą”. Jakże to tak? Nazywanie kogoś zarazą to odczłowieczanie go, pozbawianie go godności Dziecka Bożego, chyba jeden z najcięższych grzechów, jakie może popełnić chrześcijanin. Całkowita moralna kompromitacja dla biskupa, kapłana, chrześcijanina i człowieka. Odczłowieczanie jakichś grup prowadziło do przemocy i okrutnych zbrodni – w hitlerowskich Niemczech, w Turcji, w Rwandzie, w Birmie i w tylu innych miejscach. W Polsce, ledwie kilka dni przed kazaniem Księdza, mieliśmy zdarzenia w Białymstoku, gdzie faszyzujący motłoch, bluźniąc Bogu (bo czym innym, niż bluźnierstwem, jest łączenie modlitw z najgorszymi przekleństwami?), lżył i fizycznie atakował uczestników tamtejszej Parady Równości, którzy nikomu nie zagrażali, zachowywali się pokojowo, po prostu byli. Nie godzi się, aby katolicki biskup uderzał w te tony. Gdzie ewangeliczny nakaz miłości bliźniego? Gdzie Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili (Mt 25:40)? Jeśli Ksiądz sądzi – błędnie, dopuszczam jednak, że ktoś w pomieszaniu, w niedostatecznym rozeznaniu świata, może tak uważać – że osoby LGBT samym swoim istnieniem zagrażają czy to Księdzu, czy to Polsce, czy to Kościołowi, winien Ksiądz wspomnieć na słowa Jezusa: Jeśli ktoś cię uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. A temu, kto się chce procesować z tobą i zabrać ci suknię, oddaj także płaszcz (Mt 5:39-40). Jak przeczytałem na pewnym portalu jezuickim, zdanie to oznacza, że „jeśli ktoś depcze największe i najświętsze twoje dobro, twój honor osobisty, nie reaguj tak, jak reagują wszyscy – rozlewem krwi, kalumnią, wytoczeniem procesu itd. – ale odpowiedz miłością, która pozwoli twemu przeciwnikowi zrozumieć, iż tak pragniesz jego dobra, że gotów jesteś poświęcić dla niego drugi twój policzek, to znaczy narazić na szwank dalszą twoją reputację.” Ksiądz tych ludzi nazywa zarazą, Jezus zaś nauczał: Dobrze mówcie o tych, którzy was przeklinają (Łk 6:28). I dalej: Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6:36).

Jeśli zaś Ksiądz twierdzi, że osoby LGBT knują, spiskują, planują podstępne działania, aby demoralizować ludzi, zwłaszcza dzieci, to przecież jest to wszystko nieprawda. Mówiąc takie rzeczy, grzeszy Ksiądz przeciwko Ósmemu Przykazaniu.

Wybrał sobie zresztą Ksiądz szczególny moment na wygłoszenie takiego kazania – rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Tymczasem, jak Ksiądz dobrze wie, to Trzecia Rzesza, z którą powstańcy walczyli, prześladowała homoseksualistów i wysyłała ich do obozów koncentracyjnych, natomiast w przedwojennej Polsce homoseksualizm nie był zakazany. Można więc powiedzieć, że powstańcy walczyli z tymi, którzy dopatrywali się w homoseksualizmie jakiegoś szczególnego zagrożenia i moralnej ohydy, w imię praw kraju, który homoseksualizm tolerował.

Ksiądz chyba wysoko ceni sobie rocznicę wybuchu Powstania. Oto cztery lata temu, jeszcze w katedrze łódzkiej, powiedział Ksiądz, że konwencja antyprzemocowa, ustawa o in vitro i ustawa o uzgadnianiu płci „mogą być uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło”. To ciekawe. Myśli Ksiądz, że powstańcy walczyli o prawo do bicia kobiet, o zakaz leczenia niepłodności i prawo do prześladowania homoseksualistów i osób transpłciowych? Albo że bez prawa do bicia i prześladowania innych Polska nie byłaby wolna? Ja tak nie uważam. Z chrześcijańskiego punktu widzenia przypominam, że Bóg zawarł przymierze ze wszystkimi ludźmi, a więc z homoseksualistami i osobami transpłciowymi też: przymierze wieczne, łączące mnie z każdą żywą istotą, z wszelkim ciałem na ziemi (Rdz 9:16). Skoro sam Bóg zawarł z nimi przymierze, jak śmie Ksiądz kwestionować prawo zakazujące ich prześladowania?

Mnie jednak w poglądach Księdza najbardziej przeszkadza co innego: rasizm. W roku 2013 w Pabianicach mówił Ksiądz tak: „Mogę sobie wyobrazić, że w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim – tu na terenie Europy – tak, jak dzisiaj Indianie w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać tego, kim są od strony biologicznej.” Przecież to jest rasizm. Czysty, stuprocentowy rasizm. Pamięta Ksiądz jeszcze, dlaczego nasz Kościół jest katholikos, Powszechny? Bo jest Kościołem wszystkich ludzi, bez względu na narodowość czy kolor skóry. Nie istnieje odtąd Żyd ani Grek (…) wszyscy bowiem stanowicie jedność w Jezusie Chrystusie (Gal 3:28), jak pisał Apostoł Narodów. Jakiż jest wobec tego sens rozważać „kim są narody od strony biologicznej”? W czym, dla katolika, biały miałby być lepszy, lub gorszy, lub w ogóle inny od nie-białego? Wszyscy jesteśmy Dziećmi Bożymi, dziełem Boga, z nadzieją na osiągnięcie zbawienia. Nawiasem mówiąc, historyczny Jezus, żyjący dwa tysiące lat temu Żyd z Galilei, był nie-biały. Osoba, która za swoje zawołanie biskupie wzięła Scire Christum, powinna to wiedzieć.

Całkiem niedawno, wiosną tego roku, przywołał Ksiądz przykład „sytuacji kardynała Pella” jako dowód na krytykę Kościoła i „łamanie praw człowieka”. Jak zapewne Ksiądz wie, chrześcijanie są prześladowani w wielu krajach: w Nigerii, Egipcie, Somalii, na Bliskim Wschodzie, w Pakistanie, na Sri Lance, w Chinach i gdzie indziej. Ubolewam, że polski Kościół prawie w ogóle nie wspomina o tych współcześnie prześladowanych świadkach Chrystusa. Większość z nich to ludzie biedni i nie-biali. Ekscelencja zaś za przykład prześladowania podaje oskarżanego o przestępstwa pedofilskie i sądzonego z wszelkimi rygorami prawa wykształconego, wpływowego i białego kard. George’a Pella. Nie nieszczęśników palonych żywcem w Nigerii, mordowanych i wypędzanych z domów w Syrii, wtrącanych do obozów pracy w Chinach, ale białego kard. Pella, szydząc w ten sposób z ofiary współczesnych męczenników. Wstyd, proszę Księdza, wielki wstyd.

I na koniec rzecz symboliczna. Kazał Ksiądz zamurować papieskie okno w Pałacu Arcybiskupim. Okno, przez które przemawiali do wiernych trzej kolejni papieże, Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek. Teraz już nie mieliby skąd przemawiać. To tak, jakby Ksiądz nie spodziewał się, nie oczekiwał, wręcz nie chciał kolejnej papieskiej podróży do Krakowa. Istotnie, nie sądzę, aby jakiś papież chciał odwiedzić diecezję rządzoną przez takiego biskupa.

Raz jeszcze apeluję do Księdza, aby zechciał rozważyć swoją dymisję. Modlę się do Boga o łaskę żalu za grzechy dla Ekscelencji i o dar rozumu.

Z należnymi wyrazami,

Wszystkie loty ogrodnika

W aferze wokół lotów marszałka Kuchcińskiego jest kilka rzeczy, które budzą oburzenie: Sama niesłychana rozrzutność, trwonienie publicznych pieniędzy na bardzo liczne niepotrzebne loty i, dodajmy, jednoczesny przejazd limuzyny z Warszawy, żeby mogła odebrać marszałka z lotniska. Zabieranie rodziny na pokład. Początkowe kłamstwa Kancelarii Sejmu, że nic takiego nie miało miejsca i stopniowe – niechętne, niepełne – przyznawanie się do kolejnych wybryków w miarę tego, jak dziennikarze i posłowie opozycji ujawniali prawdę. Domniemanie, że niektóre loty miały charakter czysto prywatny (lot śmigłowcem na wesele chrześnicy, lot luksusowym samolotem na narty). Bałagan przy organizacji lotów, nagminne zgłaszanie ich „w trybie nagłym”, co potencjalnie mogło zagrozić bezpieczeństwu lotów. To, że dokumentacja większości lotów zaginęła (została zniszczona). Wreszcie buta technika-ogrodnika, bo takie jest wykształcenie pana marszałka, który uważa, że jemu się te loty po prostu należały. Kuchciński mówi bowiem

przyjąłem model pracy marszałka, który działa nie tylko na forum izby poselskiej w budynku Sejmu w Warszawie, ale także pracuje aktywnie w kraju i za granicą […] Takich spotkań od początku kadencji odbyło się ponad 900. Niejednokrotnie kilka dziennie, w tym w soboty i w niedziele. Uczestnictwo w wielu z nich wymagało korzystania ze specjalnego transportu lotniczego

Innymi słowy, marszałek jest aktywny, chce się spotykać z ludźmi, a skoro może latać rządowymi samolotami, no to lata i sam ten fakt nie powinien budzić kontrowersji. Kuchciński nie widzi niczego niestosownego w rozbijaniu się po Polsce, w tym w niezwykle licznych lotach w swoje rodzinne strony na koszt państwa. A to, że zabierał na pokład żonę i dzieci, to, według Kuchcińskiego, drobne uchybienie, bo przecież samolot i tak leciał, gdyż Kuchciński latać miał prawo.

Otóż nie. Nie miał prawa. Być może nie jest to jasno zapisane w przepisach, ale marszałek Sejmu może korzystać z marszałkowskich przywilejów wtedy, gdy sprawuje swoją oficjalną funkcję, czyli reprezentuje Sejm. Jeśli wykonuje normalne obowiązki poselsko-partyjne – spotyka się z wyborcami w swoim okręgu, podejmuje interwencje poselskie, uświetnia swoją osobą lokalne wydarzenia, promując w ten sposób siebie i swoją partię, wreszcie uczestniczy w partyjnych imprezach i w kampanii wyborczej – może korzystać z uprawnień posła (kilometrówka, darmowe przejazdy komunikacją publiczną, w tym chyba darmowe loty samolotami rejsowymi), ale nie marszałka. No dobrze, ponieważ marszałkiem jest stale, przysługuje mu ochrona i prawo do korzystania z limuzyny, ale nie transportu lotniczego. Wykorzystywanie szczególnych przywilejów związanych z pełnioną funkcją do celów polityki partyjnej w tym sensie, że to budżet państwa ponosi koszta, jest nadużyciem i sprzeniewierzeniem środków publicznych. Ba, uważam, że jeśli marszałek bierze udział w kampanii wyborczej lub w imprezach organizowanych przez jego partię polityczną, koszta uczestnictwa, w tym koszta podróży i ochrony, powinny spadać na komitet wyborczy lub centralę partyjną, nie na Kancelarię Sejmu. Jeśli organizatorów stać na komercyjne wynajęcie rządowego samolotu, proszę bardzo, ale płacą oni, a nie Polska. To samo dotyczy zresztą premiera, ministrów i innych wysokich urzędników państwowych.

Gdy wiele lat temu byłem w Kanadzie, wiadomo było, że nadchodzą wybory powszechne. Kanada to duży kraj, ówczesna pani premier odwlekała ogłoszenie wyborów, a tymczasem latała z miejsca na miejsce wzdłuż i wszerz, korzystając z rządowego samolotu. Prasa pisała, że gdyby ogłosiła wybory, za jej podróże musiałby płacić komitet wyborczy jej partii, a przed ogłoszeniem wyborów mogła udawać, że lata sprawując funkcję premiera, choć wszyscy doskonale wiedzieli, że promuje siebie i swoją partię.

Partia owej kanadyjskiej premier wybory sromotnie przegrała. Oby była to wróżba dla Polski.

Walka precla z obwarzankiem

W pewnym zakątku internetu, który odwiedzam, toczy się spór o to, czy na znany krakowski wypiek powinno się mówić „precel”, czy „obwarzanek”. Nawet jeśli zgodzimy się, że ten wypiek, z racji technologii produkcji, jest obwarzankiem – ciasto, po uformowaniu, a przed wypieczeniem, jest obgotowywane we wrzącej wodzie – pytanie o to, jak się powinno ten wypiek nazywać, jaki jest stary „krakoski” usus, pozostaje zasadne.

Ja opowiedziałem się za obwarzankiem, ale muszę przyznać, że mam pewien kłopot. Ja krakowskie i galicyjskie regionalizmy znam, ale nie mam ich zinternalizowanych. Ja nawet nie mówię, że wychodzę „na pole”! Oczywiście nie mówię, że wychodzę „na dwór”, to byłaby abominacja: mówię, że wychodzę „na zewnątrz” 🙂 Umiem powiedzieć „szklanka” czy „wisienka” tak, żeby Warszawiacy nie zrozumieli, ale na co dzień mówię tak, jak oni. Ale małe, granatowe owoce leśne, na które właśnie jest sezon, nazywam wyłącznie „borówkami”, a ich rzadziej spotykanych czerwonych kuzynów „brusznicami”.

Urodziłem się w Krakowie, ale nie pochodzę „ze starej krakowskiej rodziny”. Moi rodzice pochodzili z Galicji, ale z jej różnych części, w dodatku z bardzo różnych przed wojną środowisk. Mamę do Krakowa rzuciła zawierucha wojenna, tato przyjechał na studia i oboje już tu zostali, choć mama do końca życia nie uważała Krakowa za swoje miasto, czuła się uchodźcą spod Drohobycza. Moi rodzice byli polonistami i przykładali niesłychaną wagę do poprawności językowej, w tym leksykalnej, także w mowie potocznej. I pewnie dlatego mam taki problem z krakowskimi regionalizmami.

Jeśli zaś chodzi o tenże wypiek, to moja mama mówiła „precel”, a tato poprawiał, że to jest „obwarzanek”. Ojciec mojej mamy skończył Politechnikę Lwowską, a we Lwowie były precle, więc dla mamy to słowo było naturalne. Mój tato, biedne chłopskie dziecko spod Nowego Sącza, znał obwarzanki.

Wydaje mi się, że z preclem/obwarzankiem mogło być tak: Gdy Kraków znalazł się w zaborze austriackim, przybyli tu Austriacy zaczęli nazywać regionalny wypiek tak, jak podobny wypiek, który znali. Podobnie zapewne z czasem zaczęli mówić Polacy, którzy jeździli do Wiednia lub w ten czy w inny sposób zadawali się z władzą, a więc także całe mieszczaństwo. Dlatego krakauerską tradycją może być „precel”, choć podkrakowskie wsie używały tradycyjnej – i poprawnej – nazwy „obwarzanek”.

O plakatach wyborczych

Wczoraj wycieczkowo-turystycznie pojeździłem trochę po niewielkich miejscowościach pogranicza województw małopolskiego i świętokrzyskiego. Wszędzie wiszą plakaty kandydatów startujących w majowych wyborach do PE. Patryk Jaki na dosłownie co drugim słupie i płocie, gdzieniegdzie Szydło, w jednym miejscu widziałem baner innego kandydata PiSu i też w jednym miejscu ładną i dużą tablicę Jarubasa. Zgodnie z prawem, wszystkie te materiały już dawno temu powinny były być uprzątnięte, bo teraz już tylko zaśmiecają przestrzeń publiczną, ale ja nie o tym.

Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomą, która była społecznym obserwatorem wyborów samorządowych w niewielkiej małopolskiej miejscowości w 2018. Ludzie tam bardzo przejmowali się wyborem wójta, bo wójt może wiele: decyduje o sprawach co prawda lokalnych, ale mających duże znaczenie dla tamtejszych mieszkańców. Z takich samych powodów ważne też były wybory do rady gminy. Wyborami do rady powiatu i sejmiku wojewódzkiego ludzie przejmowali się mniej, właściwie było im wszystko jedno, na kogo zagłosują. I jak się okazało, prawie wszystkie głosy do sejmiku wojewódzkiego zebrała kandydatka, która nigdy się w tej miejscowości nie pokazała, o której nikt właściwie nie umiał niczego powiedzieć, ale jej plakat wyborczy, jako jedyny, tam wisiał. Była to kandydatka z PiSu, ale zdaniem mojej rozmówczyni, wśród tamtejszych wyborców zdecydowało głównie to, że jej nazwisko, jako jedynej znali, a mogli przy tym powiedzieć, że ta kandydatka się stara, bo przynajmniej swoje plakaty powiesiła.

Ani plakatów Koalicji Obywatelskiej, ani PSL w tej miejscowości nie było.

Myślę, że partie opozycyjne, niezależnie, w ilu blokach pójdą, nie powinny popełnić tego błędu. Plakaty opozycyjnych kandydatów powinny wisieć i w tych miejscowościach, które dotąd głosowały na PiS. Wybory do sejmików wojewódzkich są, w pewnym sensie, w oczach wyborców najmniej ważne, wybory do Sejmu (i Senatu!) mają inną dynamikę, ale tu i ówdzie efekt zapamiętania nazwiska może zadziałać. Przede wszystkim zaś uniknie się fatalnego wrażenia, że opozycja lekceważy prowincję i nawet nie chce się jej przedstawić. To bowiem tylko ułatwiłoby PiSowi opowieść, że opozycja to oderwane od ludu elity, które nieledwie gardzą „zwykłymi Polkami i Polakami”. Przykład Elżbiety Łukacijewskiej pokazuje, że kandydaci Koalicji Obywatelskiej, którzy nie boją się kontaktów z mieszkańcami mniejszych miejscowości, mogą zdobyć mandat nawet w „mateczniku PiSu”. Oczywiście mogą, ale nie muszą, ale jeśli nie będą próbować, to na pewno nie zdobędą.

Park Zdrojowy w Busku Zdroju

Kulminacja

Przeżywamy wizualną kulminację katastrofalnej anty-reformy („deformy”) oświaty dokonanej przez PiS: Wiele dzieci z „podwójnego rocznika” nie dostało się do szkół ponadpodstawowych. Nie tylko do wybranych, wymarzonych szkół ponadpodstawowych, ale do żadnej szkoły. Na prowincji nie jest źle, w mniejszych i średnich miastach jako-tako, ale w dużych miastach jest tragedia: w Warszawie i Poznaniu do żadnej szkoły nie dostało się ponad trzy tysiące uczniów, w Krakowie dwa i pół tysiąca, we Wrocławiu półtora tysiąca, w Gdańsku i w Rzeszowie ponad tysiąc.

Dla zdecydowanej większości z tych uczniów jakieś miejsca w końcu się znajdą: Dyrektorzy liceów i techników, na polecenie władz swoich miast, kreują nowe klasy i powiększają, niechby o dosłownie kilka osób, te zaplanowane. Są też wolne miejsca w mniej popularnych technikach i w szkołach zawodowych, zwanych obecnie branżowymi. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro od lat narzekam, że w Polsce zbyt dużo młodych ludzi idzie na studia, zwłaszcza na masowe kierunki społeczno-humanistyczne w bardzo słabych uczelniach, powinienem się cieszyć, że w tym roku dużo młodzieży pójdzie do szkół zawodowych. Nic podobnego. Owszem, byłoby dobrze, gdyby dużo uczniów chciało – podkreślam: chciało – iść do szkół zawodowych. Gdy taki wybór zostaje im narzucony lub gdy jest wynikiem splotu przypadkowych okoliczności, raczej nic dobrego z tego nie wyniknie. Spowoduje to głównie frustrację, jeśli nie życiowe dramaty u setek młodych ludzi.

Dla pomysłodawców i wykonawców deformy, a więc przede wszystkim dla Jarosława Kaczyńskiego (przypominam, że to jest zły człowiek, któremu sprawia radość wyrządzanie krzywdy innym), dla arcygłupiej byłej minister Anny Zalewskiej, dla obecnego ministra Dariusza Piontkowskiego, dla wszystkich przygłupów i karierowiczów w kuratoriach, dla premierów Szydło i Morawieckiego i dla dr. Dudy, którzy swoim urzędowym autorytetem te zmiany firmowali, mam wyłącznie słowa oburzenia i pogardy [—]. Apologetom PiSowskiej reformy, którzy popierali ją bezrozumnie, tylko dlatego, że wprowadza ją dobra zmiana, mówię: Opamiętajcie się!

Niesłychanie obłudne są zabiegi PiSu, aby odpowiedzialność za katastrofę podwójnego rocznika przerzucić na samorządy. Tak, to samorządy organizują system szkolny, ale państwo powinno dawać na to środki. Tymczasem sama Warszawa twierdzi, że na przystosowanie sieci szkół do deformy wydała 80 milionów złotych, z czego państwo dało 3,5 miliona. Podobnie jest w innych miejscowościach.

Przy czym to, co właśnie widzimy, jest tylko wizualną kulminacją skutków deformy. Szkoły będą przepełnione przez trzy lata, gdy współistnieć będą w nich skumulowane roczniki. Samo to przyniesie duże utrudnienia i przyczyni się do obniżenia poziomu nauczania. Spodziewam się, że w przyszłym roku licea przygotują mniej miejsc, niż w latach ubiegłych, żeby nieco rozładować ciasnotę w szkołach. W ten sposób skutki podwójnego rocznika odbiją się także na roczniku kolejnym. A może i na jeszcze następnym. Poza tym będzie brakować nauczycieli, a młodzież będzie się uczyć wedle anachronicznych, niespójnych, przeładowanych, napisanych przez nie wiedzieć kogo programów. W dodatku skutki deformy – nie brak miejsc w szkołach, ale długofalowe, strukturalne skutki deformy – w największym stopniu dotkną wieś i środowiska o mniejszym kapitale materialnym i kulturowym. W ten sposób PiS faktycznie działa wbrew interesowi środowisk, na których opiera swoją władzę, pogłębiając różnice miasto-wieś i nierówności społeczne.

Absurdalność całej sytuacji ktoś bystry wskazał już jakiś czas temu: Oto zamiast zastanawiać się jak, czego i w jaki sposób uczyć naszą młodzież w drugiej i trzeciej dekadzie XXI wieku, dyskutujemy głównie o tym, jak kolanem, na siłę upchnąć jak najwięcej dzieci w przepełnionych szkołach.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się wspomina: Co czują same dzieci z podwójnego rocznika? Ci, którzy nie dostali się do żadnej szkoły lub którzy dostali się do szkoły siódmego, dziesiątego, dwudziestego wyboru, czują się zdradzeni, oszukani przez państwo i dorosłych. Dla niezrozumiałego, szaleńczego, na wskroś zideologizowanego kaprysu rządzących, zostali sponiewierani, pokazano im, jak mało są warci i jak mało znaczą, a ich nadzieje i plany zostały zaprzepaszczone. Ale nawet ci uczniowie, którzy na rekrutacji wyszli całkiem nieźle, będą się uczyć w znacznie gorszych warunkach, niż ich o rok, dwa lata starsi koledzy. To wszystko zrodzi frustrację, wściekłość, brak zaufania do państwa i jego instytucji. Podłożyliśmy pod elementarną spójność społeczną bombę, której rozmiarów i destrukcyjnych skutków chyba nawet nie ogarniamy.

Remanenty: Reptilianie atakują

Gdy Anna Zalewska, w nagrodę za zdewastowanie polskiego szkolnictwa, objęła synekurę w Parlamencie Europejskim, trzeba było znaleźć nowego ministra edukacji. Na stanowisko to Partia wyznaczyła Dariusza Piontkowskiego, reptilianina.

Dariusz Piontkowski, fot.: Michał Zieliński / PAP

Zaraz podniosły się głosy, czy ministrem, w szczególności ministrem edukacji, może zostać osoba winna przestępstwa ściganego z oskarżenia publicznego. Ktoś nawet w radiu powiedział, że Piontkowski był za przestępstwo skazany, na co ten strasznie się oburzył i zagroził pozwem. O cóż chodzi?

Dariusz Piontkowski był w 2008 marszałkiem województwa podlaskiego, ale został z tej funkcji odwołany. Tego samego dnia, gdy został odwołany, w nocy, Piontkowski wciąż podpisywał dokumenty jako marszałek; dokumenty były przy tym antydatowane. Odwołany marszałek został oskarżony o „przywłaszczenie funkcji publicznej”. Piontkowski tłumaczył, że myślał, iż odwołanie wchodzi w życie następnego dnia po uchwale sejmiku, a więc że do północy dokumenty mógł podpisywać legalnie. Ostatecznie sąd w 2013 warunkowo umorzył postępowanie przeciwko Piontkowskiemu i obciążył go kosztami postępowania. Warunkowe umorzenie oznacza, że sąd
– stwierdza, że do przestępstwa doszło, a okoliczności jego popełnienia nie budzą wątpliwości;
– że sprawcą przestępstwa jest oskarżony;
– jednak z uwagi na niewielką szkodliwość społeczną czynu oraz z uwagi na postawę sprawcy, sąd odstępuje od ukarania sprawcy, wyznaczając mu pewien okres próbny. Dariusz Piontkowski nie odwoływał się od tego postanowienia, uznał więc tym samym swoją winę, ale rzeczywiście nie został za to przestępstwo skazany, jest więc i zawsze był osobą niekaraną.

Jednak reptiliańskie zakusy na „przywłaszczanie funkcji publicznej” znów się w PiSie pojawiły. W Dzienniku Ustaw z 14 czerwca ukazało się rozporządzenie Ministra Finansów z 12 czerwca 2019 w sprawie deklaracji o rezygnacji z dokonywania wpłat do pracowniczych planów kapitałowych, podpisane przez minister Teresę Czerwińską. Rzecz w tym, że w dniu, w którym rozporządzenie formalnie zostało podpisane, Teresa Czerwińska nie była już ministrem, zrezygnowała bowiem z tej funkcji 4 czerwca. Czyżby rozporządzenie podpisała osoba do tego nieuprawniona?

Rząd tłumaczy, że minister Czerwińska podpisała rozporządzenie 30 maja, po czym zostało ono przesłane do konsultacji międzyresortowych i zostało opublikowane, gdy konsultacje zakończyły się, a zatem według rządu wszystko jest formalnie w porządku. Jednak poważne wątpliwości odnośnie do legalności tego rozporządzenia pozostają, tym bardziej, że rząd nie ujawnił żadnych dokumentów potwierdzających prawdziwość swej opowieści – powyższe wiemy tylko z wypowiedzi wicepremiera Jacka Sasina. I dlaczego zatem rozporządzenie nie nosi daty 30 maja, skoro konsultacje najwyraźniej niczego nie zmieniły? Można sobie wyobrazić, że ktoś zechce podważyć w sądzie prawidłowość wypełnionej przez przyszłego emeryta deklaracji sporządzonej na podstawie tego rozporządzenia. Jak wówczas zdecydowałby sąd, nie wiadomo. Z drugiej strony trudno byłoby w tym wypadku mówić o „znikomej szkodliwości” czynu, gdyż potencjalnie może chodzić o setki milionów złotych. Byłej minister Czerwińskiej, obecnie członkini Zarządu NBP, może więc grozić odpowiedzialność karna. Odpowiedzialność mogłaby też dotknąć Mateusza Morawieckiego, który skierował to być może wadliwe rozporządzenie do publikacji.

Po to między innymi są przepisy i procedury, aby można było uniknąć wątpliwości odnośnie do trybu tworzenia aktów prawnych.

Sprawa zapewne rozejdzie się po kościach i żadnych procesów nie będzie, choć oczywiście trudno przesądzać, co może się zdarzyć za kilka miesięcy lub lat. Pokazuje to jednak po raz kolejny, że PiS całkowicie lekceważy formalne procedury i zasady rzetelnej legislacji, ryzykując chaos prawny, poważne konsekwencje finansowe dla obywateli, a przede wszystkim pokazując, że prawo prawem, ale ma być tak, jak Partia postanowi. Cóż, to są reptilianie, więc nie powinniśmy się niczemu dziwić.

Remanenty: ArcelorMittal wygasza piec

Dwa miesiące temu koncern ArcelorMittal poinformował, że wygasza wielki piec w Nowej Hucie. Wyłączenie niby-to ma być tymczasowe, ale chyba nikt nie wierzy, że wielki piec zostanie ponownie uruchomiony. To duży cios dla krakowskiego kombinatu i groźba utraty wielu miejsc pracy. Prawica krzyczy, że winna jest Unia Europejska, każąca płacić horrendalne kwoty za emisję CO2: produkcja stali w Polsce jest przez to nieopłacalna, a Unię Europejską zalewa tania stal z Chin, Indii i krajów postsowieckich. Podobne miałyby być przyczyny grożącej upadłości Huty Częstochowa (jednak ostatnio inwestor podobno dogadał się z bankami).

Tymczasem przyczyny są inne i wybiegają daleko poza nasze polskie, a nawet europejskie podwórko.

1. ArcelorMittal zamyka wielki piec w Krakowie, gdyż spada popyt na stal. Kraków nie jest przy tym wyjątkowy, podobny los spotyka stalownie tego koncernu w Hiszpanii, Niemczech i Francji, a planowana rozbudowa stalowni włoskich ma być spowolniona.

2. Popyt na stal spada, gdyż maleją inwestycje – tak w Polsce, jak w reszcie Europy i globalnie.

3. Nasz największy sojusznik, Donald Trump, w ramach swojej protekcjonistycznej polityki America First, obłożył cłami stal importowaną przez Stany Zjednoczone, a produkowaną głównie w Chinach i Indiach. Zamknięcie stalowni w tych wielkich krajach jest znacznie bardziej uwikłane politycznie, niż zamknięcie kilku stalowni w bogatej i stabilnej Europie. Azjatyccy producenci stali, nie mogąc jej sprzedać w Ameryce, muszą ją sprzedawać gdzie indziej, w szczególności w Europie. (Więcej stali do Stanów, niż Indie, eksportują Kanada i Meksyk, ale one wynegocjowały sobie zwolnienie z ceł Trumpa, a jeśli liczyć wyroby stalowe – maszyny i urządzenia – więcej, niż Indie, eksportują też Japonia i Korea. Jak by nie liczyć, Chiny są największym eksporterem stali – i w ogóle, i do Stanów.)

4. My się sami nie możemy przed masowym napływem azjatyckiej stali bronić, przede wszystkim dlatego, że nasza gospodarka jest malutka w porównaniu z tymi kolosami. To dotyczy wszystkich gospodarek europejskich, więc wobec świata zewnętrznego Unia Europejska występuje jako całość. Być może nasz rząd mógłby przekonać – a przynajmniej próbować przekonać – Komisję Europejską do szybszej reakcji na rosnący import stali, ale w tym celu (i) polski rząd musiałby się znać na czymkolwiek poza rozdawnictwem i transferowaniem kapitału za granicę oraz (ii) ktoś w Komisji Europejskiej musiałby się z polskim zdaniem liczyć. Obawiam się, że żaden z tych warunków nie jest spełniony.

5. Opłacalność produkcji stali w Polsce jest dodatkowo ograniczona przez sytuację na rynku energii. Nie dość, że w Polsce ceny energii są już wyższe, niż w Niemczech – co po części wynika z wysokich opłat za emisję CO2, po części z wieloletnich zaniedbań, którym winne są także poprzednie rządy, po części zaś z tego, że PiS na początku kadencji właściwie zniszczył energetykę odnawialną w Polsce – to w dodatku są one niepewne. Wzrosną, ale na skutek motywowanych politycznie, chaotycznych i nieudolnych działań PiS na rynku energii, nie wiadomo kiedy i o ile, a to kolosalnie utrudnia planowanie rozległych działań gospodarczych.

6. Wreszcie krakowska huta ArcelorMittal, zamiast płacić kary za emisję CO2, mogłaby zainwestować w technologie niskoemisyjne. Taka inwestycja zwraca się jednak dopiero po wielu latach, miałaby więc sens, gdyby Lakshmi Mittal, doktor h.c. AGH, planował trwałą obecność w Polsce. Nic jednak nie wskazuje, aby miało to miejsce. Mittalowi opłaca się produkować stal w Europie tak długo, jak długo europejski popyt jest odpowiednio wysoki, gdyż wówczas, mimo ponoszenia większych kosztów produkcji, oszczędza na kosztach transportu i braku konieczności pokonywania barier handlowych. Gdy popyt, jak teraz, spada, bardziej opłaca się importować stal z indyjskich hut Mittala i z hut chińskich, gdzie koszta wytworzenia, takie jak koszt pracy, koszt pozyskania i transportu surowca, opłaty środowiskowe, są strukturalnie i trwale niższe, niż w Europie, w tym nawet w naszej części Europy.

Być może smutny skądinąd los kombinatu w Nowej Hucie i Huty Częstochowa, podobnie zresztą jak rosnący import węgla z Rosji, świadczą o tym, że Polskę dotyka proces, przez który Europa Zachodnia już w znacznym stopniu przeszła: Usuwanie ciężkich, brudnych przemysłów surowcowych i „eksportowanie” ich na wschód, gdzie koszta pracy są niższe a przepisy środowiskowe łagodniejsze i kiepsko egzekwowane. Ekonomicznie jest to opłacalne, choć może oznaczać utratę wielu dobrze płatnych miejsc pracy i uzależnienie od importu. W bonusie dostaje się czystsze środowisko u siebie, choć wpływ na globalny klimat może być zgoła negatywny.

Wciąż o tym samym

Ludzi oburza księżowska pedofilia, a już zwłaszcza bezkarność księży-pedofilów. Oburza zakłamanie Kościoła, przejawiające się w niesłychanej dbałości o to, aby żadnego księdza bezpodstawnie nie oskarżyć, przy ostentacyjnym braku współczucia dla ofiar, które są wtórnie wiktymizowane („zwiódł księdza na złą drogę”) i stają samotne i bezradne wobec całej organizacyjnej machiny Kościoła. Ludzi oburza, że najgorszą winą, jaką Kościół dostrzega, jest, że ksiądz-pedofil „nie dochował ślubów”, jedynym zadośćuczynieniem, jakie Kościół skłonny jest zaoferować, są modlitwy pokutne, a tymczasem oskarżani księża są przez swoich biskupów awansowani na wyższe stanowiska. Ludzi oburza, gdy prokurator stanu wojennego, Stanisław Piotrowicz, zostaje przez arcybiskupa odznaczony za obronę proboszcza-pedofila z Tylawy; nawiasem mówiąc, tenże proboszcz, skazany na wyrok w zawieszeniu, regularnie prowadzi audycje religijne w mediach Tadeusza Rydzyka, co jest źródłem zgorszenia.

Ludzie złoszczą się na swojego pazernego proboszcza czy wikarego-alkoholika. Widzą hipokryzję księdza, który naucza jak strasznym grzechem są stosunki pozamałżeńskie, a cała wieś dobrze wie, kto jest ojcem dziecka księżowskiej gospodyni. Ludzie wściekają się na biskupów w ich „złotych, ale skromnych” pałacach, jeżdżących drogimi samochodami. Ludzi złoszczą tabuny sowicie opłacanych kapelanów, afiliowanych przy najróżniejszych instytucjach państwowych. Ludzie za fanaberię uznają pęd do budowania okazałych świątyń w każdej wsi, podczas gdy stojące tam stare kościoły, może trochę krzywe, zapełniają się tylko w największe święta. Coraz większej liczbie osób doskwiera przepych kościelnych uroczystości, a niektórym nie podoba się mieszanie się Kościoła do polityki i demonstrowany sojusz ołtarza z tronem. Żałosne wygibasy przywódców państwa na quasi-kościelnych imprezach często budzą niesmak i poczucie zażenowania, a wprost sprzeczne z chrześcijaństwem jawnie nacjonalistyczne postawy niektórych księży i biskupów – oburzenie. Kościelna fiksacja na „etyce seksualnej”, przy lekceważeniu tylu innych problemów współczesnego świata, wzbudza złość i politowanie.

Mówiąc krótko, ludzie w Polsce – nie wszyscy, ale wielu – są antyklerykalni. Nie znaczy to jednak, że są przeciwnikami religii. Chcieliby, żeby duchowni się poprawili, ale nie oczekują ani nie domagają się, aby religia zanikła.

Niestety, Kościół, aby zachować swoje wpływy i władzę, przez lata utożsamiał jedno z drugim, doczesną instytucję z religią. Każda krytyka czy to pojedynczego księdza, czy to instytucji, była przedstawiana jako atak na wiarę, a że deklaratywny katolicyzm, na dobre i na złe, jest częścią tożsamości narodowej większości Polaków, także jako atak na polskość. To są, rzecz jasna, kłamstwa i bzdury, ale wiele osób – zwłaszcza starszych, gorzej wykształconych, z prowincji, ale pewna część młodych, wykształconych, z wielkich miast też – daje sobie wmówić, że krytyka księdza czy instytucji kościelnych jest równoznaczna z atakiem na naszą wiarę i tożsamość narodową.

Zwłaszcza jeśli antyklerykalizm, krytyka politycznej roli polskiego Kościoła czy narzucanej przez Kościół opresji wobec grup mniejszościowych, mieszane są z rzeczywistymi zachowaniami antyreligijnymi. Gdy Smarzowski czy bracia Sekielscy robią swoje filmy, gdy biskupi krytykowani są za swoją tchórzliwie wyniosłą postawę wobec ofiar seksualnych występków księży, gdy przemawia Jażdżewski, celem krytyki jest Kościół doczesny, ziemska instytucja religijna, nie zaś wiara jako taka. Ale gdy w internetach i zwykli użytkownicy, i dość znani pisarze czy też osoby w swoich środowiskach wpływowe piszą o Kościele jako o „pedofilskiej sekcie” i „watykańskich okupantach”, wiarę nazywają „średniowiecznymi zabobonami” (czemu, na Boga, średniowiecznymi?!), gdy oskarżają dominicantes o to, że samym uczestnictwem w nabożeństwach czynią się odpowiedzialnymi za występki Kościoła, granica się zaciera. A wyśmiewanie uczestników nabożeństw, manifestacje pod znakiem Świętej Waginy – do urządzania których manifestujący, powtarzam, mają pełne prawo i niech nikt nie waży się go im odbierać! – czy podobne wydarzenia bez wątpienia są już atakiem na samą religię.

Tę konfuzję cynicznie wykorzystują spin-doktorzy PiSu, mobilizując tradycjonalistyczny i religijny elektorat do głosowania na PiS, bo w przeciwnym razie „lewacy” będą niszczyć religię i sprowadzą feministki i gejów, żeby seksualizowali i deprawowali nasze dzieci. Zdanie Jestem katolikiem, więc głosowałem na PiS wcale nie jest takie rzadkie. Gdyby tych ludzi zapytać, to przynajmniej część by przyznała, że nieudolność PiSu we wszystkim, oprócz rozdawnictwa, zinstytucjonalizowane przez tę partię nepotyzm i kolesiostwo, a wreszcie Jarosław Kaczyński nieustannie manifestujący, że „państwo to ja”, nie budzą w nich entuzjazmu. No, ale gotowi są na to się zgodzić, jeśli taka jest cena obrony wiary.

Dlatego uważam, że antypis, czy też raczej dobra siła, o której mówił Donald Tusk, nie powinna się PiSowskim spin-doktorom podkładać. Nie powinna stwarzać okazji do utożsamiania sprzeciwu wobec PiSu z atakami na wiarę. Pomaganie PiSowi w mobilizacji tradycjonalistycznego elektoratu jest strzelaniem sobie w stopę. Wprowadzenia świeckiego państwa musi oznaczać ograniczenie politycznej i ekonomicznej roli Kościoła, a zwłaszcza ukrócenie jego nieuzasadnionej dominacji w sferze symbolicznej, ale do tego nie trzeba śmiać się z nabożeństw, procesji i ich uczestników ani czynić ludziom wyrzutów, że posyłają dzieci na religię i „chodzą do kościółka”. Nie trzeba nawet odwoływać konkordatu (choć wskazana byłaby renegocjacja niektórych aktów niższego rzędu tam wymienianych), wystarczyła by realizacja jego postanowień, ale niczego ponad to: Kościół bowiem, dzięki uległości polityków, uzyskał de facto o wiele silniejszą pozycję, niż gwarantowała mu ta umowa.

Wiem, że lewica ma trudności ze zrozumieniem tego postulatu, oni bowiem też mylą antyklerykalizm z wrogością wobec religii, tylko niejako od drugiej strony. Jeśli chodzi o postulaty obyczajowe, lewica przypomina, że 80% zwolenników Platformy popiera związki partnerskie, a prawie tyle samo jest za liberalizacją prawa aborcyjnego. To dobrze. Ale „popiera” znaczy tyle, że gdyby odbywało się referendum, zagłosowaliby za, co jednak nie znaczy, że postulaty te uważają za szczególnie ważne w obecnej sytuacji, tak ważne, że należy z nich tworzyć oś programu. W tym nie ma niczego dziwnego. Przecież gdyby zapytać Marceliny Zawiszy („ludzi nic nie obchodzi Trybunał Konstytucyjny”) czy Roberta Biedronia („to nie jest moja wojna”), czy popierają zasadę rządów prawa, z pewnością odpowiedzieliby, że tak, choć jednocześnie wokół innych postulatów budują swoje programy i czym innym przyciągają swoich niezbyt licznych zwolenników. No i fajnie. Mają do tego prawo.

Dla mnie jako dla kogoś, kto chciałby o sobie myśleć jako o człowieku, Europejczyku i chrześcijaninie, choć jest jedynie Polakiem i katolikiem, rozróżnienie pomiędzy antyklerykalizmem a atakiem na religię, wraz z jego politycznymi konsekwencjami, jest bardzo ważne.

Przebodli nas

Z wielkiego zwycięstwa PiS w eurowyborach wynika dla mnie przede wszystkim ten sam wniosek, co z wyborów samorządowych: Można przegrać w miastach, a mimo to wygrać w całej Polsce, jeśli w miastach utrzyma się przyzwoite poparcie i wyraźnie wygra na prowincji. Podział na miasta z jednej, wieś i małe miasta z drugiej strony jest w tej chwili najwyraźniejszym podziałem w Polsce. To nie jest zresztą jakaś polska osobliwość. Zupełnie tak samo można objaśnić wynik referendum brexitowego i wygraną Donalda Trumpa, choć w Stanach jest to dodatkowo komplikowane przez tamtejszą ordynację wyborczą.

Jeśli Koalicja Europejska, czy jak tam w jesiennych wyborach nazwie się zjednoczona demokratyczna opozycja antypisowska, szybko nie zrozumie przyczyn tego podziału, a zrozumiawszy, nie spróbuje mu przeciwdziałać, przegra marnie. Poza cechami jakoś tam wspólnymi dla Polski, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i innych krajów zachodnich (choć w kontynentalnej Europie zachodniej ten podział jest pewnie mniej wyraźny z uwagi na znaczną urbanizację) – miasta są „postępowe”, prowincja jest „konserwatywna” – widzę cztery czynniki:

1. Prowincja jest biedniejsza od dużych miast, więc transfery socjalne mają tam większe znaczenie, tym bardziej, że na prowincji trudno jest o pracę. Mieszkańcy prowincji są wobec tego głęboko wdzięczni za 500+ i różne inne dodatki, w tym trzynastą emeryturę (świadczenie jednorazowe, czego PiS w swoim przekazie bynajmniej nie eksponuje) i boją się, że PO im to odbierze, a PiS ich w tych lękach utwierdza, co z tego, że kłamliwie. Nie należy się o to obrażać, tylko podkreślać, że opozycja antypisowska żadnych świadczeń biednym nie odbierze. Być może, cóż, trzeba być economic with truth (tak jak PiS!), nie mówić, że wprowadzi się górny próg dochodów uprawniających do tych świadczeń, bo to jest skomplikowane. Mówić, że po wygranej niczego się nie odbierze i już.

2. PiS pożarł prawie cały elektorat PSL, co zresztą też już się ujawniło w wyborach samorządowych. PiS zrobił to dezawuując PSL jako słabego i uległego wobec „brukselskiego dyktatu” sojusznika „złodziejskiej PO” oraz świadomie rozbijając wszelkie instytucje i organizacje budowane przez PSL, nawet te niepolityczne, jak grupy producenckie (PiS, jak komuniści przed nimi, nie znosi niczego, co jest niezależne od władz państwowych). Obiektywnie jest to działanie wbrew interesom wsi, ale co z tego? Dalej, PiS przejął władzę, od centrali w Warszawie po gminne delegatury, w licznych instytucjach, od których na co dzień zależy funkcjonowanie rolnictwa, takich jak Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Instytucje te są ponadto ważnymi pracodawcami na prowincji. Po przejęciu znacznej części samorządów powiatowych i gminnych, także będących niesłychanie ważnymi pracodawcami, znikły ekonomiczne przesłanki lojalności mieszkańców wsi wobec PSL. W dodatku działa straszak, którym Mateusz Morawiecki całkiem otwarcie posługiwał się w wyborach samorządowych: Jeśli wybierzecie odpowiednich przedstawicieli, rząd może da wam trochę pieniędzy, ale jeśli wybierzecie niewłaściwie, rząd wam na pewno nic nie da. PiS całkiem słusznie przedstawia się jako największy obrońca polskiej wsi, ale nie tłumaczy, że stało się to dzięki temu, że uczynił wieś całkowicie bezbronną wobec władz centralnych i ich lokalnych przedstawicieli.

Jeśli można dopatrywać się w tym czegoś dobrego, to tylko tego, że działacze PSL, jeśli zachowali jakiś kontakt z rzeczywistością, powinni zrozumieć, że startując samodzielnie, PSL ma znikome szanse na przekroczenie progu wyborczego.

Cóż zatem powinna robić antypisowska opozycja? Po pierwsze, ze wszech sił starać się budować struktury ekonomicznie uniezależniające wieś od władz centralnych, ale to jest program na lata. Po drugie, wspierać kandydatów PSLowskich, jeśli ta partia nie straci zdrowego rozsądku i wystartuje w ramach zjednoczonej opozycji. Po trzecie, tłumaczyć, że PiS od początku swoich rządów niczego realnie dla wsi i małych miast nie zrobił, a antypis może to zrobić.

3. PiS dla prowincji nie zrobił niczego realnie, ale zrobił bardzo dużo w sferze symbolicznej. Jak? Jeżdżąc tam, spotykając się z ludźmi. W obu kampaniach 2015, prezydenckiej i parlamentarnej, PiS objeżdżał Polskę prowincjonalną. Dr Duda do pewnego momentu robił to jeszcze w czasie swojej kadencji. Morawiecki w kampanii samorządowej (za pieniądze państwowe, nie za pieniądze komitetu wyborczego) zjeździł Polskę prowincjonalną wzdłuż i wszerz. Jarosław Kaczyński lubi podkreślać, jak on dużo podróżuje po Polsce. Beata Szydło odwiedziła pewnie każdy powiat okręgu małopolsko-świętokrzyskiego. Po co? Żeby ludzie z mniejszych miejscowości zauważyli, że są dla kogoś ważni, komuś na nich zależy, nawet jeśli w rzeczywistości zależy im tylko na ich głosach, jak PiSowi. Robił to Lepper, teraz robi to PiS, który przejął jego elektorat i jego metody. A opozycja antypisowska – nie. Ograniczyła się do dużych i średnich miast. No i mamy, co mamy. Po wyborach samorządowych pisałem:

Wreszcie przywódcy Koalicji Obywatelskiej muszą na prowincję jeździć, być tam: Nie tylko w Warszawie, Krakowie czy Białymstoku, ale też w Sochaczewie, Limanowej i Sokółce, nawet jeśli mogą się tam spodziewać niechętnego przyjęcia. Trudno. I nie mówić tylko o demokracji, wartościach europejskich i emancypacji grup wykluczonych, ale także o autobusach, szkołach i skupie jabłek. Z drugiej strony nie udawać, że rozdawnictwo socjalne czy programy dopłat do energii, paliwa i Bóg wie czego wszystko załatwią. Prawica, jeśli już musi, rozdaje pieniądze. Lewica i liberałowie – po prostu demokraci – powinni dbać o wysoką jakość usług publicznych.

4. Osobną kwestią są konsekwencje skandalu pedofilskiego w Kościele, a zwłaszcza filmu braci Sekielskich Tylko nie mów nikomu. Przypominam, że istotą skandalu nie jest to, że wśród duchownych zdarzają się pedofile, ale że Kościół, jako jedyna instytucja na świecie, w sposób zorganizowany tuszował te przestępstwa i ukrywał występnych księży, co często doprowadzało do tego, że mieli oni okazję molestować kolejne dzieci. Po emisji filmu, a zwłaszcza po jednoznacznym wystąpieniu Kaczyńskiego „w obronie” Kościoła, wiele osób oczekiwało, że przyczyni się on do mobilizacji sił anty-pisowskich. Wiele liczyło przy tym, że skandal pedofilski doprowadzi do bardzo szybkiego upadku Kościoła w stylu irlandzkim; żeby przyspieszyć ten proces, oskarżali wiernych, że przez sam fakt uczestnictwa w praktykach religijnych ponoszą odpowiedzialność za pedofilię księży i ukrywanie jej przez instytucjonalny Kościół. Jednocześnie Koalicja Europejska, a przynajmniej jej część, zaczęła dość mocno akcentować postulaty lewicowe, zwłaszcza dotyczące homoseksualistów (czy też, jak to się teraz mówi, osób LGBT).

Jedno i drugie okazało się błędem, gdyż pozwoliło PiSowi, ramię w ramię z najbardziej reakcyjną częścią Kościoła, przedstawiać postulaty Koalicji Europejskiej jako atak na Kościół, a wręcz na samą wiarę. W rzeczywistości antyklerykalizm, oburzenie na skandal pedofilski i popieranie postulatów emancypacyjnych, nie są równoznaczne z atakiem na religię. Konsekwencją skandalu pedofilskiego w Kościele powinno być to, żeby Kościół, owszem, odpowiedział za swoje winy i żeby się poprawił, nie zaś zanikł, Bóg zaś kocha wszystkich, gejów także. Wiara jest ważną częścią tożsamości wielu polskich wyborców. Jeśli ktoś ich kłamliwie podburzy, jak zrobił to PiS, że postulaty antyklerykalne i emancypacyjne są atakiem na ich tożsamość, zagłosują przeciwko domniemanym napastnikom. I tak się stało. Świadczyć o tym może rozkład frekwencji: bardzo wysoka, jak na eurowybory w Polsce, była wyższa w województwach wschodnich, bardziej wiejskich, tradycyjnych, religijnych i głosujących na PiS, niż w województwach zachodnich, mocniej zurbanizowanych, otwartych, mniej religijnych i głosujących na Koalicję Europejską.

Postulaty emancypacyjne są ważne dla grup uważających się za uciśnione. Bezwzględnie należy się przeciwstawiać dyskryminacji, na przykład prześladowaniu „pedałów” w szkołach. Tu w ogóle nie ma wątpliwości, podobnie jak w kwestii rzetelnej edukacji seksualnej. Dla gejów ważna jest też kwestia legalizacji małżeństw jednopłciowych i należy to uszanować, ale niekoniecznie trzeba brać to na swoje sztandary, bo można zostać kłamliwie i niesłusznie oskarżonym o atakowanie religii – co prawda da się z tego wytłumaczyć, jednak pod warunkiem, że ktoś tych tłumaczeń zechce słuchać. A na razie nie chce. Sorry, taki mamy klimat. W dodatku część osób, jak sądzę, rzeczywiście wrogich religii, zaczęła swoje poglądy nawet nie tyle publicznie manifestować, ile epatować nimi publiczność, na przykład niosąc w przeddzień wyborów w gdańskiej Paradzie Równości wizerunek Świętej Cipy w koronie. Osoby te mają prawo do takich poglądów, mają prawo do ich publicznego manifestowania i niech nikt nie waży się tego prawa kwestionować. Lewica i liberałowie, demokraci, powinni tego prawa bronić, co jednak nie znaczy, że muszą wizerunek Świętej Cipy publicznie afirmować. Wiele osób, zresztą z jednej i z drugiej strony spektrum ideowego, myli tolerancję z afirmacją. Rozróżnienie jest trudne, ale trzeba się tego nauczyć. Siła polityczna, która w kraju, który deklaruje się jako bardzo religijny, pozwala sobie przyprawić gębę wroga religii, aż się prosi o porażkę. Zresztą bądźmy szczerzy: tak, jak osoby, dla których religia jest ważną przesłanką decyzji politycznych, raczej nie zagłosują na PO, bo mają PiS, tak też osoby, dla których najważniejsze są ich radykalne poglądy lewicowo-tożsamościowe, raczej na Platformę nie zagłosują, bo będą miały swoje lewicowe ugrupowanie, oby nad progiem wyborczym.

Nie chce zbytnio przedłużać tej notki, więc resztę moich powyborczych refleksji opublikuję innym razem.