O plakatach wyborczych

Wczoraj wycieczkowo-turystycznie pojeździłem trochę po niewielkich miejscowościach pogranicza województw małopolskiego i świętokrzyskiego. Wszędzie wiszą plakaty kandydatów startujących w majowych wyborach do PE. Patryk Jaki na dosłownie co drugim słupie i płocie, gdzieniegdzie Szydło, w jednym miejscu widziałem baner innego kandydata PiSu i też w jednym miejscu ładną i dużą tablicę Jarubasa. Zgodnie z prawem, wszystkie te materiały już dawno temu powinny były być uprzątnięte, bo teraz już tylko zaśmiecają przestrzeń publiczną, ale ja nie o tym.

Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomą, która była społecznym obserwatorem wyborów samorządowych w niewielkiej małopolskiej miejscowości w 2018. Ludzie tam bardzo przejmowali się wyborem wójta, bo wójt może wiele: decyduje o sprawach co prawda lokalnych, ale mających duże znaczenie dla tamtejszych mieszkańców. Z takich samych powodów ważne też były wybory do rady gminy. Wyborami do rady powiatu i sejmiku wojewódzkiego ludzie przejmowali się mniej, właściwie było im wszystko jedno, na kogo zagłosują. I jak się okazało, prawie wszystkie głosy do sejmiku wojewódzkiego zebrała kandydatka, która nigdy się w tej miejscowości nie pokazała, o której nikt właściwie nie umiał niczego powiedzieć, ale jej plakat wyborczy, jako jedyny, tam wisiał. Była to kandydatka z PiSu, ale zdaniem mojej rozmówczyni, wśród tamtejszych wyborców zdecydowało głównie to, że jej nazwisko, jako jedynej znali, a mogli przy tym powiedzieć, że ta kandydatka się stara, bo przynajmniej swoje plakaty powiesiła.

Ani plakatów Koalicji Obywatelskiej, ani PSL w tej miejscowości nie było.

Myślę, że partie opozycyjne, niezależnie, w ilu blokach pójdą, nie powinny popełnić tego błędu. Plakaty opozycyjnych kandydatów powinny wisieć i w tych miejscowościach, które dotąd głosowały na PiS. Wybory do sejmików wojewódzkich są, w pewnym sensie, w oczach wyborców najmniej ważne, wybory do Sejmu (i Senatu!) mają inną dynamikę, ale tu i ówdzie efekt zapamiętania nazwiska może zadziałać. Przede wszystkim zaś uniknie się fatalnego wrażenia, że opozycja lekceważy prowincję i nawet nie chce się jej przedstawić. To bowiem tylko ułatwiłoby PiSowi opowieść, że opozycja to oderwane od ludu elity, które nieledwie gardzą „zwykłymi Polkami i Polakami”. Przykład Elżbiety Łukacijewskiej pokazuje, że kandydaci Koalicji Obywatelskiej, którzy nie boją się kontaktów z mieszkańcami mniejszych miejscowości, mogą zdobyć mandat nawet w „mateczniku PiSu”. Oczywiście mogą, ale nie muszą, ale jeśli nie będą próbować, to na pewno nie zdobędą.

Park Zdrojowy w Busku Zdroju

Kulminacja

Przeżywamy wizualną kulminację katastrofalnej anty-reformy („deformy”) oświaty dokonanej przez PiS: Wiele dzieci z „podwójnego rocznika” nie dostało się do szkół ponadpodstawowych. Nie tylko do wybranych, wymarzonych szkół ponadpodstawowych, ale do żadnej szkoły. Na prowincji nie jest źle, w mniejszych i średnich miastach jako-tako, ale w dużych miastach jest tragedia: w Warszawie i Poznaniu do żadnej szkoły nie dostało się ponad trzy tysiące uczniów, w Krakowie dwa i pół tysiąca, we Wrocławiu półtora tysiąca, w Gdańsku i w Rzeszowie ponad tysiąc.

Dla zdecydowanej większości z tych uczniów jakieś miejsca w końcu się znajdą: Dyrektorzy liceów i techników, na polecenie władz swoich miast, kreują nowe klasy i powiększają, niechby o dosłownie kilka osób, te zaplanowane. Są też wolne miejsca w mniej popularnych technikach i w szkołach zawodowych, zwanych obecnie branżowymi. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro od lat narzekam, że w Polsce zbyt dużo młodych ludzi idzie na studia, zwłaszcza na masowe kierunki społeczno-humanistyczne w bardzo słabych uczelniach, powinienem się cieszyć, że w tym roku dużo młodzieży pójdzie do szkół zawodowych. Nic podobnego. Owszem, byłoby dobrze, gdyby dużo uczniów chciało – podkreślam: chciało – iść do szkół zawodowych. Gdy taki wybór zostaje im narzucony lub gdy jest wynikiem splotu przypadkowych okoliczności, raczej nic dobrego z tego nie wyniknie. Spowoduje to głównie frustrację, jeśli nie życiowe dramaty u setek młodych ludzi.

Dla pomysłodawców i wykonawców deformy, a więc przede wszystkim dla Jarosława Kaczyńskiego (przypominam, że to jest zły człowiek, któremu sprawia radość wyrządzanie krzywdy innym), dla arcygłupiej byłej minister Anny Zalewskiej, dla obecnego ministra Dariusza Piontkowskiego, dla wszystkich przygłupów i karierowiczów w kuratoriach, dla premierów Szydło i Morawieckiego i dla dr. Dudy, którzy swoim urzędowym autorytetem te zmiany firmowali, mam wyłącznie słowa oburzenia i pogardy [—]. Apologetom PiSowskiej reformy, którzy popierali ją bezrozumnie, tylko dlatego, że wprowadza ją dobra zmiana, mówię: Opamiętajcie się!

Niesłychanie obłudne są zabiegi PiSu, aby odpowiedzialność za katastrofę podwójnego rocznika przerzucić na samorządy. Tak, to samorządy organizują system szkolny, ale państwo powinno dawać na to środki. Tymczasem sama Warszawa twierdzi, że na przystosowanie sieci szkół do deformy wydała 80 milionów złotych, z czego państwo dało 3,5 miliona. Podobnie jest w innych miejscowościach.

Przy czym to, co właśnie widzimy, jest tylko wizualną kulminacją skutków deformy. Szkoły będą przepełnione przez trzy lata, gdy współistnieć będą w nich skumulowane roczniki. Samo to przyniesie duże utrudnienia i przyczyni się do obniżenia poziomu nauczania. Spodziewam się, że w przyszłym roku licea przygotują mniej miejsc, niż w latach ubiegłych, żeby nieco rozładować ciasnotę w szkołach. W ten sposób skutki podwójnego rocznika odbiją się także na roczniku kolejnym. A może i na jeszcze następnym. Poza tym będzie brakować nauczycieli, a młodzież będzie się uczyć wedle anachronicznych, niespójnych, przeładowanych, napisanych przez nie wiedzieć kogo programów. W dodatku skutki deformy – nie brak miejsc w szkołach, ale długofalowe, strukturalne skutki deformy – w największym stopniu dotkną wieś i środowiska o mniejszym kapitale materialnym i kulturowym. W ten sposób PiS faktycznie działa wbrew interesowi środowisk, na których opiera swoją władzę, pogłębiając różnice miasto-wieś i nierówności społeczne.

Absurdalność całej sytuacji ktoś bystry wskazał już jakiś czas temu: Oto zamiast zastanawiać się jak, czego i w jaki sposób uczyć naszą młodzież w drugiej i trzeciej dekadzie XXI wieku, dyskutujemy głównie o tym, jak kolanem, na siłę upchnąć jak najwięcej dzieci w przepełnionych szkołach.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się wspomina: Co czują same dzieci z podwójnego rocznika? Ci, którzy nie dostali się do żadnej szkoły lub którzy dostali się do szkoły siódmego, dziesiątego, dwudziestego wyboru, czują się zdradzeni, oszukani przez państwo i dorosłych. Dla niezrozumiałego, szaleńczego, na wskroś zideologizowanego kaprysu rządzących, zostali sponiewierani, pokazano im, jak mało są warci i jak mało znaczą, a ich nadzieje i plany zostały zaprzepaszczone. Ale nawet ci uczniowie, którzy na rekrutacji wyszli całkiem nieźle, będą się uczyć w znacznie gorszych warunkach, niż ich o rok, dwa lata starsi koledzy. To wszystko zrodzi frustrację, wściekłość, brak zaufania do państwa i jego instytucji. Podłożyliśmy pod elementarną spójność społeczną bombę, której rozmiarów i destrukcyjnych skutków chyba nawet nie ogarniamy.

Remanenty: Reptilianie atakują

Gdy Anna Zalewska, w nagrodę za zdewastowanie polskiego szkolnictwa, objęła synekurę w Parlamencie Europejskim, trzeba było znaleźć nowego ministra edukacji. Na stanowisko to Partia wyznaczyła Dariusza Piontkowskiego, reptilianina.

Dariusz Piontkowski, fot.: Michał Zieliński / PAP

Zaraz podniosły się głosy, czy ministrem, w szczególności ministrem edukacji, może zostać osoba winna przestępstwa ściganego z oskarżenia publicznego. Ktoś nawet w radiu powiedział, że Piontkowski był za przestępstwo skazany, na co ten strasznie się oburzył i zagroził pozwem. O cóż chodzi?

Dariusz Piontkowski był w 2008 marszałkiem województwa podlaskiego, ale został z tej funkcji odwołany. Tego samego dnia, gdy został odwołany, w nocy, Piontkowski wciąż podpisywał dokumenty jako marszałek; dokumenty były przy tym antydatowane. Odwołany marszałek został oskarżony o „przywłaszczenie funkcji publicznej”. Piontkowski tłumaczył, że myślał, iż odwołanie wchodzi w życie następnego dnia po uchwale sejmiku, a więc że do północy dokumenty mógł podpisywać legalnie. Ostatecznie sąd w 2013 warunkowo umorzył postępowanie przeciwko Piontkowskiemu i obciążył go kosztami postępowania. Warunkowe umorzenie oznacza, że sąd
– stwierdza, że do przestępstwa doszło, a okoliczności jego popełnienia nie budzą wątpliwości;
– że sprawcą przestępstwa jest oskarżony;
– jednak z uwagi na niewielką szkodliwość społeczną czynu oraz z uwagi na postawę sprawcy, sąd odstępuje od ukarania sprawcy, wyznaczając mu pewien okres próbny. Dariusz Piontkowski nie odwoływał się od tego postanowienia, uznał więc tym samym swoją winę, ale rzeczywiście nie został za to przestępstwo skazany, jest więc i zawsze był osobą niekaraną.

Jednak reptiliańskie zakusy na „przywłaszczanie funkcji publicznej” znów się w PiSie pojawiły. W Dzienniku Ustaw z 14 czerwca ukazało się rozporządzenie Ministra Finansów z 12 czerwca 2019 w sprawie deklaracji o rezygnacji z dokonywania wpłat do pracowniczych planów kapitałowych, podpisane przez minister Teresę Czerwińską. Rzecz w tym, że w dniu, w którym rozporządzenie formalnie zostało podpisane, Teresa Czerwińska nie była już ministrem, zrezygnowała bowiem z tej funkcji 4 czerwca. Czyżby rozporządzenie podpisała osoba do tego nieuprawniona?

Rząd tłumaczy, że minister Czerwińska podpisała rozporządzenie 30 maja, po czym zostało ono przesłane do konsultacji międzyresortowych i zostało opublikowane, gdy konsultacje zakończyły się, a zatem według rządu wszystko jest formalnie w porządku. Jednak poważne wątpliwości odnośnie do legalności tego rozporządzenia pozostają, tym bardziej, że rząd nie ujawnił żadnych dokumentów potwierdzających prawdziwość swej opowieści – powyższe wiemy tylko z wypowiedzi wicepremiera Jacka Sasina. I dlaczego zatem rozporządzenie nie nosi daty 30 maja, skoro konsultacje najwyraźniej niczego nie zmieniły? Można sobie wyobrazić, że ktoś zechce podważyć w sądzie prawidłowość wypełnionej przez przyszłego emeryta deklaracji sporządzonej na podstawie tego rozporządzenia. Jak wówczas zdecydowałby sąd, nie wiadomo. Z drugiej strony trudno byłoby w tym wypadku mówić o „znikomej szkodliwości” czynu, gdyż potencjalnie może chodzić o setki milionów złotych. Byłej minister Czerwińskiej, obecnie członkini Zarządu NBP, może więc grozić odpowiedzialność karna. Odpowiedzialność mogłaby też dotknąć Mateusza Morawieckiego, który skierował to być może wadliwe rozporządzenie do publikacji.

Po to między innymi są przepisy i procedury, aby można było uniknąć wątpliwości odnośnie do trybu tworzenia aktów prawnych.

Sprawa zapewne rozejdzie się po kościach i żadnych procesów nie będzie, choć oczywiście trudno przesądzać, co może się zdarzyć za kilka miesięcy lub lat. Pokazuje to jednak po raz kolejny, że PiS całkowicie lekceważy formalne procedury i zasady rzetelnej legislacji, ryzykując chaos prawny, poważne konsekwencje finansowe dla obywateli, a przede wszystkim pokazując, że prawo prawem, ale ma być tak, jak Partia postanowi. Cóż, to są reptilianie, więc nie powinniśmy się niczemu dziwić.

Remanenty: ArcelorMittal wygasza piec

Dwa miesiące temu koncern ArcelorMittal poinformował, że wygasza wielki piec w Nowej Hucie. Wyłączenie niby-to ma być tymczasowe, ale chyba nikt nie wierzy, że wielki piec zostanie ponownie uruchomiony. To duży cios dla krakowskiego kombinatu i groźba utraty wielu miejsc pracy. Prawica krzyczy, że winna jest Unia Europejska, każąca płacić horrendalne kwoty za emisję CO2: produkcja stali w Polsce jest przez to nieopłacalna, a Unię Europejską zalewa tania stal z Chin, Indii i krajów postsowieckich. Podobne miałyby być przyczyny grożącej upadłości Huty Częstochowa (jednak ostatnio inwestor podobno dogadał się z bankami).

Tymczasem przyczyny są inne i wybiegają daleko poza nasze polskie, a nawet europejskie podwórko.

1. ArcelorMittal zamyka wielki piec w Krakowie, gdyż spada popyt na stal. Kraków nie jest przy tym wyjątkowy, podobny los spotyka stalownie tego koncernu w Hiszpanii, Niemczech i Francji, a planowana rozbudowa stalowni włoskich ma być spowolniona.

2. Popyt na stal spada, gdyż maleją inwestycje – tak w Polsce, jak w reszcie Europy i globalnie.

3. Nasz największy sojusznik, Donald Trump, w ramach swojej protekcjonistycznej polityki America First, obłożył cłami stal importowaną przez Stany Zjednoczone, a produkowaną głównie w Chinach i Indiach. Zamknięcie stalowni w tych wielkich krajach jest znacznie bardziej uwikłane politycznie, niż zamknięcie kilku stalowni w bogatej i stabilnej Europie. Azjatyccy producenci stali, nie mogąc jej sprzedać w Ameryce, muszą ją sprzedawać gdzie indziej, w szczególności w Europie. (Więcej stali do Stanów, niż Indie, eksportują Kanada i Meksyk, ale one wynegocjowały sobie zwolnienie z ceł Trumpa, a jeśli liczyć wyroby stalowe – maszyny i urządzenia – więcej, niż Indie, eksportują też Japonia i Korea. Jak by nie liczyć, Chiny są największym eksporterem stali – i w ogóle, i do Stanów.)

4. My się sami nie możemy przed masowym napływem azjatyckiej stali bronić, przede wszystkim dlatego, że nasza gospodarka jest malutka w porównaniu z tymi kolosami. To dotyczy wszystkich gospodarek europejskich, więc wobec świata zewnętrznego Unia Europejska występuje jako całość. Być może nasz rząd mógłby przekonać – a przynajmniej próbować przekonać – Komisję Europejską do szybszej reakcji na rosnący import stali, ale w tym celu (i) polski rząd musiałby się znać na czymkolwiek poza rozdawnictwem i transferowaniem kapitału za granicę oraz (ii) ktoś w Komisji Europejskiej musiałby się z polskim zdaniem liczyć. Obawiam się, że żaden z tych warunków nie jest spełniony.

5. Opłacalność produkcji stali w Polsce jest dodatkowo ograniczona przez sytuację na rynku energii. Nie dość, że w Polsce ceny energii są już wyższe, niż w Niemczech – co po części wynika z wysokich opłat za emisję CO2, po części z wieloletnich zaniedbań, którym winne są także poprzednie rządy, po części zaś z tego, że PiS na początku kadencji właściwie zniszczył energetykę odnawialną w Polsce – to w dodatku są one niepewne. Wzrosną, ale na skutek motywowanych politycznie, chaotycznych i nieudolnych działań PiS na rynku energii, nie wiadomo kiedy i o ile, a to kolosalnie utrudnia planowanie rozległych działań gospodarczych.

6. Wreszcie krakowska huta ArcelorMittal, zamiast płacić kary za emisję CO2, mogłaby zainwestować w technologie niskoemisyjne. Taka inwestycja zwraca się jednak dopiero po wielu latach, miałaby więc sens, gdyby Lakshmi Mittal, doktor h.c. AGH, planował trwałą obecność w Polsce. Nic jednak nie wskazuje, aby miało to miejsce. Mittalowi opłaca się produkować stal w Europie tak długo, jak długo europejski popyt jest odpowiednio wysoki, gdyż wówczas, mimo ponoszenia większych kosztów produkcji, oszczędza na kosztach transportu i braku konieczności pokonywania barier handlowych. Gdy popyt, jak teraz, spada, bardziej opłaca się importować stal z indyjskich hut Mittala i z hut chińskich, gdzie koszta wytworzenia, takie jak koszt pracy, koszt pozyskania i transportu surowca, opłaty środowiskowe, są strukturalnie i trwale niższe, niż w Europie, w tym nawet w naszej części Europy.

Być może smutny skądinąd los kombinatu w Nowej Hucie i Huty Częstochowa, podobnie zresztą jak rosnący import węgla z Rosji, świadczą o tym, że Polskę dotyka proces, przez który Europa Zachodnia już w znacznym stopniu przeszła: Usuwanie ciężkich, brudnych przemysłów surowcowych i „eksportowanie” ich na wschód, gdzie koszta pracy są niższe a przepisy środowiskowe łagodniejsze i kiepsko egzekwowane. Ekonomicznie jest to opłacalne, choć może oznaczać utratę wielu dobrze płatnych miejsc pracy i uzależnienie od importu. W bonusie dostaje się czystsze środowisko u siebie, choć wpływ na globalny klimat może być zgoła negatywny.

Wciąż o tym samym

Ludzi oburza księżowska pedofilia, a już zwłaszcza bezkarność księży-pedofilów. Oburza zakłamanie Kościoła, przejawiające się w niesłychanej dbałości o to, aby żadnego księdza bezpodstawnie nie oskarżyć, przy ostentacyjnym braku współczucia dla ofiar, które są wtórnie wiktymizowane („zwiódł księdza na złą drogę”) i stają samotne i bezradne wobec całej organizacyjnej machiny Kościoła. Ludzi oburza, że najgorszą winą, jaką Kościół dostrzega, jest, że ksiądz-pedofil „nie dochował ślubów”, jedynym zadośćuczynieniem, jakie Kościół skłonny jest zaoferować, są modlitwy pokutne, a tymczasem oskarżani księża są przez swoich biskupów awansowani na wyższe stanowiska. Ludzi oburza, gdy prokurator stanu wojennego, Stanisław Piotrowicz, zostaje przez arcybiskupa odznaczony za obronę proboszcza-pedofila z Tylawy; nawiasem mówiąc, tenże proboszcz, skazany na wyrok w zawieszeniu, regularnie prowadzi audycje religijne w mediach Tadeusza Rydzyka, co jest źródłem zgorszenia.

Ludzie złoszczą się na swojego pazernego proboszcza czy wikarego-alkoholika. Widzą hipokryzję księdza, który naucza jak strasznym grzechem są stosunki pozamałżeńskie, a cała wieś dobrze wie, kto jest ojcem dziecka księżowskiej gospodyni. Ludzie wściekają się na biskupów w ich „złotych, ale skromnych” pałacach, jeżdżących drogimi samochodami. Ludzi złoszczą tabuny sowicie opłacanych kapelanów, afiliowanych przy najróżniejszych instytucjach państwowych. Ludzie za fanaberię uznają pęd do budowania okazałych świątyń w każdej wsi, podczas gdy stojące tam stare kościoły, może trochę krzywe, zapełniają się tylko w największe święta. Coraz większej liczbie osób doskwiera przepych kościelnych uroczystości, a niektórym nie podoba się mieszanie się Kościoła do polityki i demonstrowany sojusz ołtarza z tronem. Żałosne wygibasy przywódców państwa na quasi-kościelnych imprezach często budzą niesmak i poczucie zażenowania, a wprost sprzeczne z chrześcijaństwem jawnie nacjonalistyczne postawy niektórych księży i biskupów – oburzenie. Kościelna fiksacja na „etyce seksualnej”, przy lekceważeniu tylu innych problemów współczesnego świata, wzbudza złość i politowanie.

Mówiąc krótko, ludzie w Polsce – nie wszyscy, ale wielu – są antyklerykalni. Nie znaczy to jednak, że są przeciwnikami religii. Chcieliby, żeby duchowni się poprawili, ale nie oczekują ani nie domagają się, aby religia zanikła.

Niestety, Kościół, aby zachować swoje wpływy i władzę, przez lata utożsamiał jedno z drugim, doczesną instytucję z religią. Każda krytyka czy to pojedynczego księdza, czy to instytucji, była przedstawiana jako atak na wiarę, a że deklaratywny katolicyzm, na dobre i na złe, jest częścią tożsamości narodowej większości Polaków, także jako atak na polskość. To są, rzecz jasna, kłamstwa i bzdury, ale wiele osób – zwłaszcza starszych, gorzej wykształconych, z prowincji, ale pewna część młodych, wykształconych, z wielkich miast też – daje sobie wmówić, że krytyka księdza czy instytucji kościelnych jest równoznaczna z atakiem na naszą wiarę i tożsamość narodową.

Zwłaszcza jeśli antyklerykalizm, krytyka politycznej roli polskiego Kościoła czy narzucanej przez Kościół opresji wobec grup mniejszościowych, mieszane są z rzeczywistymi zachowaniami antyreligijnymi. Gdy Smarzowski czy bracia Sekielscy robią swoje filmy, gdy biskupi krytykowani są za swoją tchórzliwie wyniosłą postawę wobec ofiar seksualnych występków księży, gdy przemawia Jażdżewski, celem krytyki jest Kościół doczesny, ziemska instytucja religijna, nie zaś wiara jako taka. Ale gdy w internetach i zwykli użytkownicy, i dość znani pisarze czy też osoby w swoich środowiskach wpływowe piszą o Kościele jako o „pedofilskiej sekcie” i „watykańskich okupantach”, wiarę nazywają „średniowiecznymi zabobonami” (czemu, na Boga, średniowiecznymi?!), gdy oskarżają dominicantes o to, że samym uczestnictwem w nabożeństwach czynią się odpowiedzialnymi za występki Kościoła, granica się zaciera. A wyśmiewanie uczestników nabożeństw, manifestacje pod znakiem Świętej Waginy – do urządzania których manifestujący, powtarzam, mają pełne prawo i niech nikt nie waży się go im odbierać! – czy podobne wydarzenia bez wątpienia są już atakiem na samą religię.

Tę konfuzję cynicznie wykorzystują spin-doktorzy PiSu, mobilizując tradycjonalistyczny i religijny elektorat do głosowania na PiS, bo w przeciwnym razie „lewacy” będą niszczyć religię i sprowadzą feministki i gejów, żeby seksualizowali i deprawowali nasze dzieci. Zdanie Jestem katolikiem, więc głosowałem na PiS wcale nie jest takie rzadkie. Gdyby tych ludzi zapytać, to przynajmniej część by przyznała, że nieudolność PiSu we wszystkim, oprócz rozdawnictwa, zinstytucjonalizowane przez tę partię nepotyzm i kolesiostwo, a wreszcie Jarosław Kaczyński nieustannie manifestujący, że „państwo to ja”, nie budzą w nich entuzjazmu. No, ale gotowi są na to się zgodzić, jeśli taka jest cena obrony wiary.

Dlatego uważam, że antypis, czy też raczej dobra siła, o której mówił Donald Tusk, nie powinna się PiSowskim spin-doktorom podkładać. Nie powinna stwarzać okazji do utożsamiania sprzeciwu wobec PiSu z atakami na wiarę. Pomaganie PiSowi w mobilizacji tradycjonalistycznego elektoratu jest strzelaniem sobie w stopę. Wprowadzenia świeckiego państwa musi oznaczać ograniczenie politycznej i ekonomicznej roli Kościoła, a zwłaszcza ukrócenie jego nieuzasadnionej dominacji w sferze symbolicznej, ale do tego nie trzeba śmiać się z nabożeństw, procesji i ich uczestników ani czynić ludziom wyrzutów, że posyłają dzieci na religię i „chodzą do kościółka”. Nie trzeba nawet odwoływać konkordatu (choć wskazana byłaby renegocjacja niektórych aktów niższego rzędu tam wymienianych), wystarczyła by realizacja jego postanowień, ale niczego ponad to: Kościół bowiem, dzięki uległości polityków, uzyskał de facto o wiele silniejszą pozycję, niż gwarantowała mu ta umowa.

Wiem, że lewica ma trudności ze zrozumieniem tego postulatu, oni bowiem też mylą antyklerykalizm z wrogością wobec religii, tylko niejako od drugiej strony. Jeśli chodzi o postulaty obyczajowe, lewica przypomina, że 80% zwolenników Platformy popiera związki partnerskie, a prawie tyle samo jest za liberalizacją prawa aborcyjnego. To dobrze. Ale „popiera” znaczy tyle, że gdyby odbywało się referendum, zagłosowaliby za, co jednak nie znaczy, że postulaty te uważają za szczególnie ważne w obecnej sytuacji, tak ważne, że należy z nich tworzyć oś programu. W tym nie ma niczego dziwnego. Przecież gdyby zapytać Marceliny Zawiszy („ludzi nic nie obchodzi Trybunał Konstytucyjny”) czy Roberta Biedronia („to nie jest moja wojna”), czy popierają zasadę rządów prawa, z pewnością odpowiedzieliby, że tak, choć jednocześnie wokół innych postulatów budują swoje programy i czym innym przyciągają swoich niezbyt licznych zwolenników. No i fajnie. Mają do tego prawo.

Dla mnie jako dla kogoś, kto chciałby o sobie myśleć jako o człowieku, Europejczyku i chrześcijaninie, choć jest jedynie Polakiem i katolikiem, rozróżnienie pomiędzy antyklerykalizmem a atakiem na religię, wraz z jego politycznymi konsekwencjami, jest bardzo ważne.

Przebodli nas

Z wielkiego zwycięstwa PiS w eurowyborach wynika dla mnie przede wszystkim ten sam wniosek, co z wyborów samorządowych: Można przegrać w miastach, a mimo to wygrać w całej Polsce, jeśli w miastach utrzyma się przyzwoite poparcie i wyraźnie wygra na prowincji. Podział na miasta z jednej, wieś i małe miasta z drugiej strony jest w tej chwili najwyraźniejszym podziałem w Polsce. To nie jest zresztą jakaś polska osobliwość. Zupełnie tak samo można objaśnić wynik referendum brexitowego i wygraną Donalda Trumpa, choć w Stanach jest to dodatkowo komplikowane przez tamtejszą ordynację wyborczą.

Jeśli Koalicja Europejska, czy jak tam w jesiennych wyborach nazwie się zjednoczona demokratyczna opozycja antypisowska, szybko nie zrozumie przyczyn tego podziału, a zrozumiawszy, nie spróbuje mu przeciwdziałać, przegra marnie. Poza cechami jakoś tam wspólnymi dla Polski, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i innych krajów zachodnich (choć w kontynentalnej Europie zachodniej ten podział jest pewnie mniej wyraźny z uwagi na znaczną urbanizację) – miasta są „postępowe”, prowincja jest „konserwatywna” – widzę cztery czynniki:

1. Prowincja jest biedniejsza od dużych miast, więc transfery socjalne mają tam większe znaczenie, tym bardziej, że na prowincji trudno jest o pracę. Mieszkańcy prowincji są wobec tego głęboko wdzięczni za 500+ i różne inne dodatki, w tym trzynastą emeryturę (świadczenie jednorazowe, czego PiS w swoim przekazie bynajmniej nie eksponuje) i boją się, że PO im to odbierze, a PiS ich w tych lękach utwierdza, co z tego, że kłamliwie. Nie należy się o to obrażać, tylko podkreślać, że opozycja antypisowska żadnych świadczeń biednym nie odbierze. Być może, cóż, trzeba być economic with truth (tak jak PiS!), nie mówić, że wprowadzi się górny próg dochodów uprawniających do tych świadczeń, bo to jest skomplikowane. Mówić, że po wygranej niczego się nie odbierze i już.

2. PiS pożarł prawie cały elektorat PSL, co zresztą też już się ujawniło w wyborach samorządowych. PiS zrobił to dezawuując PSL jako słabego i uległego wobec „brukselskiego dyktatu” sojusznika „złodziejskiej PO” oraz świadomie rozbijając wszelkie instytucje i organizacje budowane przez PSL, nawet te niepolityczne, jak grupy producenckie (PiS, jak komuniści przed nimi, nie znosi niczego, co jest niezależne od władz państwowych). Obiektywnie jest to działanie wbrew interesom wsi, ale co z tego? Dalej, PiS przejął władzę, od centrali w Warszawie po gminne delegatury, w licznych instytucjach, od których na co dzień zależy funkcjonowanie rolnictwa, takich jak Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Instytucje te są ponadto ważnymi pracodawcami na prowincji. Po przejęciu znacznej części samorządów powiatowych i gminnych, także będących niesłychanie ważnymi pracodawcami, znikły ekonomiczne przesłanki lojalności mieszkańców wsi wobec PSL. W dodatku działa straszak, którym Mateusz Morawiecki całkiem otwarcie posługiwał się w wyborach samorządowych: Jeśli wybierzecie odpowiednich przedstawicieli, rząd może da wam trochę pieniędzy, ale jeśli wybierzecie niewłaściwie, rząd wam na pewno nic nie da. PiS całkiem słusznie przedstawia się jako największy obrońca polskiej wsi, ale nie tłumaczy, że stało się to dzięki temu, że uczynił wieś całkowicie bezbronną wobec władz centralnych i ich lokalnych przedstawicieli.

Jeśli można dopatrywać się w tym czegoś dobrego, to tylko tego, że działacze PSL, jeśli zachowali jakiś kontakt z rzeczywistością, powinni zrozumieć, że startując samodzielnie, PSL ma znikome szanse na przekroczenie progu wyborczego.

Cóż zatem powinna robić antypisowska opozycja? Po pierwsze, ze wszech sił starać się budować struktury ekonomicznie uniezależniające wieś od władz centralnych, ale to jest program na lata. Po drugie, wspierać kandydatów PSLowskich, jeśli ta partia nie straci zdrowego rozsądku i wystartuje w ramach zjednoczonej opozycji. Po trzecie, tłumaczyć, że PiS od początku swoich rządów niczego realnie dla wsi i małych miast nie zrobił, a antypis może to zrobić.

3. PiS dla prowincji nie zrobił niczego realnie, ale zrobił bardzo dużo w sferze symbolicznej. Jak? Jeżdżąc tam, spotykając się z ludźmi. W obu kampaniach 2015, prezydenckiej i parlamentarnej, PiS objeżdżał Polskę prowincjonalną. Dr Duda do pewnego momentu robił to jeszcze w czasie swojej kadencji. Morawiecki w kampanii samorządowej (za pieniądze państwowe, nie za pieniądze komitetu wyborczego) zjeździł Polskę prowincjonalną wzdłuż i wszerz. Jarosław Kaczyński lubi podkreślać, jak on dużo podróżuje po Polsce. Beata Szydło odwiedziła pewnie każdy powiat okręgu małopolsko-świętokrzyskiego. Po co? Żeby ludzie z mniejszych miejscowości zauważyli, że są dla kogoś ważni, komuś na nich zależy, nawet jeśli w rzeczywistości zależy im tylko na ich głosach, jak PiSowi. Robił to Lepper, teraz robi to PiS, który przejął jego elektorat i jego metody. A opozycja antypisowska – nie. Ograniczyła się do dużych i średnich miast. No i mamy, co mamy. Po wyborach samorządowych pisałem:

Wreszcie przywódcy Koalicji Obywatelskiej muszą na prowincję jeździć, być tam: Nie tylko w Warszawie, Krakowie czy Białymstoku, ale też w Sochaczewie, Limanowej i Sokółce, nawet jeśli mogą się tam spodziewać niechętnego przyjęcia. Trudno. I nie mówić tylko o demokracji, wartościach europejskich i emancypacji grup wykluczonych, ale także o autobusach, szkołach i skupie jabłek. Z drugiej strony nie udawać, że rozdawnictwo socjalne czy programy dopłat do energii, paliwa i Bóg wie czego wszystko załatwią. Prawica, jeśli już musi, rozdaje pieniądze. Lewica i liberałowie – po prostu demokraci – powinni dbać o wysoką jakość usług publicznych.

4. Osobną kwestią są konsekwencje skandalu pedofilskiego w Kościele, a zwłaszcza filmu braci Sekielskich Tylko nie mów nikomu. Przypominam, że istotą skandalu nie jest to, że wśród duchownych zdarzają się pedofile, ale że Kościół, jako jedyna instytucja na świecie, w sposób zorganizowany tuszował te przestępstwa i ukrywał występnych księży, co często doprowadzało do tego, że mieli oni okazję molestować kolejne dzieci. Po emisji filmu, a zwłaszcza po jednoznacznym wystąpieniu Kaczyńskiego „w obronie” Kościoła, wiele osób oczekiwało, że przyczyni się on do mobilizacji sił anty-pisowskich. Wiele liczyło przy tym, że skandal pedofilski doprowadzi do bardzo szybkiego upadku Kościoła w stylu irlandzkim; żeby przyspieszyć ten proces, oskarżali wiernych, że przez sam fakt uczestnictwa w praktykach religijnych ponoszą odpowiedzialność za pedofilię księży i ukrywanie jej przez instytucjonalny Kościół. Jednocześnie Koalicja Europejska, a przynajmniej jej część, zaczęła dość mocno akcentować postulaty lewicowe, zwłaszcza dotyczące homoseksualistów (czy też, jak to się teraz mówi, osób LGBT).

Jedno i drugie okazało się błędem, gdyż pozwoliło PiSowi, ramię w ramię z najbardziej reakcyjną częścią Kościoła, przedstawiać postulaty Koalicji Europejskiej jako atak na Kościół, a wręcz na samą wiarę. W rzeczywistości antyklerykalizm, oburzenie na skandal pedofilski i popieranie postulatów emancypacyjnych, nie są równoznaczne z atakiem na religię. Konsekwencją skandalu pedofilskiego w Kościele powinno być to, żeby Kościół, owszem, odpowiedział za swoje winy i żeby się poprawił, nie zaś zanikł, Bóg zaś kocha wszystkich, gejów także. Wiara jest ważną częścią tożsamości wielu polskich wyborców. Jeśli ktoś ich kłamliwie podburzy, jak zrobił to PiS, że postulaty antyklerykalne i emancypacyjne są atakiem na ich tożsamość, zagłosują przeciwko domniemanym napastnikom. I tak się stało. Świadczyć o tym może rozkład frekwencji: bardzo wysoka, jak na eurowybory w Polsce, była wyższa w województwach wschodnich, bardziej wiejskich, tradycyjnych, religijnych i głosujących na PiS, niż w województwach zachodnich, mocniej zurbanizowanych, otwartych, mniej religijnych i głosujących na Koalicję Europejską.

Postulaty emancypacyjne są ważne dla grup uważających się za uciśnione. Bezwzględnie należy się przeciwstawiać dyskryminacji, na przykład prześladowaniu „pedałów” w szkołach. Tu w ogóle nie ma wątpliwości, podobnie jak w kwestii rzetelnej edukacji seksualnej. Dla gejów ważna jest też kwestia legalizacji małżeństw jednopłciowych i należy to uszanować, ale niekoniecznie trzeba brać to na swoje sztandary, bo można zostać kłamliwie i niesłusznie oskarżonym o atakowanie religii – co prawda da się z tego wytłumaczyć, jednak pod warunkiem, że ktoś tych tłumaczeń zechce słuchać. A na razie nie chce. Sorry, taki mamy klimat. W dodatku część osób, jak sądzę, rzeczywiście wrogich religii, zaczęła swoje poglądy nawet nie tyle publicznie manifestować, ile epatować nimi publiczność, na przykład niosąc w przeddzień wyborów w gdańskiej Paradzie Równości wizerunek Świętej Cipy w koronie. Osoby te mają prawo do takich poglądów, mają prawo do ich publicznego manifestowania i niech nikt nie waży się tego prawa kwestionować. Lewica i liberałowie, demokraci, powinni tego prawa bronić, co jednak nie znaczy, że muszą wizerunek Świętej Cipy publicznie afirmować. Wiele osób, zresztą z jednej i z drugiej strony spektrum ideowego, myli tolerancję z afirmacją. Rozróżnienie jest trudne, ale trzeba się tego nauczyć. Siła polityczna, która w kraju, który deklaruje się jako bardzo religijny, pozwala sobie przyprawić gębę wroga religii, aż się prosi o porażkę. Zresztą bądźmy szczerzy: tak, jak osoby, dla których religia jest ważną przesłanką decyzji politycznych, raczej nie zagłosują na PO, bo mają PiS, tak też osoby, dla których najważniejsze są ich radykalne poglądy lewicowo-tożsamościowe, raczej na Platformę nie zagłosują, bo będą miały swoje lewicowe ugrupowanie, oby nad progiem wyborczym.

Nie chce zbytnio przedłużać tej notki, więc resztę moich powyborczych refleksji opublikuję innym razem.

Jak nie zostałem ministrantem

Ja i mój tato, 1963
Ja i mój tato, 1963

Po emisji filmu Sekielskich pojawiają się kolejne świadectwa osób molestowanych w dzieciństwie przez księży. Ja na szczęście niczego takiego nie doświadczyłem, mam jednak dwa dziwne wspomnienia związane z lekcjami religii. Mówiłem o tym niedawno w pewnej dyskusji, ale być może warto napisać to publicznie.

Gdy byłem w drugiej lub trzeciej klasie, ksiądz, który nas uczył religii (w salce katechetycznej przy kościele – i komu to przeszkadzało?), zaproponował, aby chłopcy zostali ministrantami. Mnóstwo moich kolegów się zgłosiło, ja też chciałem, ale to wymagało zgody rodziców. No i mój tato się nie zgodził. Tato był szalonym lewicowcem, do tego człowiekiem niezwykle wykształconym, a jednocześnie głęboko wierzącym katolikiem, starszy brat taty był księdzem (i filozofem) – i oto mój tato nie zgodził się, żebym został ministrantem. Jakoś to uzasadniał, ale nie pamiętam jak. Pamiętam tylko, że wyjaśnienia taty były bardzo nieprzekonujące i było mi podwójnie przykro. Raz, że mi nie pozwolił, dwa, że nie chciał powiedzieć, dlaczego.

I oto teraz, po latach, myślę sobie, że może mój tato coś wiedział, czegoś się obawiał? Może w podsądeckiej wsi, z której pochodził, był ksiądz, który dziwnie się wobec chłopców zachowywał? Może tato słyszał jakieś ponure opowieści od swojego brata? A może usłyszał coś gdzie indziej – tato znał mnóstwo ludzi i słyszał mnóstwo historii? Albo może mój tato, który miał osobliwie intelektualny stosunek do religii, bona fide sądził, że ministrantura to nie jest właściwa droga dla chłopca, bo go religijnie ogłupi? Tak czy siak, nie zostałem ministrantem.

Moi katecheci zmieniali się. Pod koniec podstawówki, miałem wtedy jakieś 15 lat, uczył nas inny ksiądz. Bardzo go lubiliśmy. Był mądry, ale zarazem jakiś luzacki, wysportowany, na jego lekcjach nie było atmosfery głupawej świątobliwości, tylko wykład księdza przeplatany żartami. Ksiądz zapraszał kolejne grupki chłopców do swojego pokoju – zawsze grupki, nigdy jedną osobę, tylko chłopców, nie dziewczynki – i pokazywał swoje kajaki. Bo ksiądz był kajakarzem. Opowiadał, że co roku wraz z grupą kilku, kilkunastu chłopców jeździ na spływ. Ksiądz i chłopcy, piękna polska przyroda, ognisko, namioty, przygoda. Proponował, żebyśmy pojechali z nim, oczywiście jeśli rodzice się zgodzą. Ja się jakoś nie wybierałem, nikt z moich bliskich kolegów też nie, chyba nawet nikt z nas nie pytał się rodziców o zgodę. Ale klasa była bardzo liczna, więc może ktoś jednak pojechał? Nie wiem.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: Ja o nic złego tego księdza nie oskarżam. Nie mam żadnych podstaw. To był fajny ksiądz. Jednak teraz się słyszy, że takie wyjazdy często stanowiły okazję do molestowania dzieci. I trochę mi się resztki włosów na głowie jeżą. Nie, nie mam już takich pięknych loków, jak na zdjęciu powyżej 😦

W czasach studenckich i później byłem na wielu spływach kajakowych i wiem, że to jest wielka frajda. Nawet, gdy pada i jest zimno jak diabli. Bardzo wszystkim polecam.

Tęcza


Po czym Bóg dodał: «A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem; i nie będzie już nigdy wód potopu na zniszczenie żadnego jestestwa. Gdy zatem będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi». 
Rzekł Bóg do Noego: «To jest znak przymierza, które zawarłem między Mną a wszystkimi istotami, jakie są na ziemi».  (Rdz. 9,12-17)

Sądzę, że publiczne zamieszczenie tego obrazka jest dziś moim obowiązkiem jako człowieka i jako katolika.

Zapaśnik Leszek Jażdżewski

Wczoraj na Uniwersytecie Warszawskim redaktor naczelny Liberté, Leszek Jażdżewski, wygłosił przemówienie, które jest dość mocno krytykowane, choć ja, dalibóg, nie wiem za co.

Cały tekst jest pod linkiem powyżej, ale zamieszczę obszerny cytat budzący największe emocje:

Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy, stracił moralny mandat do sprawowania funkcji sumienia narodu. Ten, kto szuka transcendencji i absolutu w Kościele, będzie zawiedziony. Ten, kto szuka moralności, w Kościele nie znajdzie jej. Ten, kto szuka strawy duchowej, w Kościele nie zostanie nakarmiony.
Polski Kościół wyparł się Chrystusa, wyparł się Ewangelii […] Agendę układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami zdobędą władzę nad duszami Polaków.
Rywalizacja [z nimi] na inwektywy i startowanie w konkurencji na wyścig do dna nie ma sensu […] Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry.

Episkopat określił wystąpienie Jażdżewskiego jako przejaw nienawiści i piętnowanie wierzących, Jarosław Gowin dopatrzył się tam obrażania jednej z grup współtworzących polską wspólnotę aksjologiczną i wezwał rektora UW do odcięcia się od Jażdżewskiego, co rektor w końcu uczynił. O prawicowych publicystach nie ma nawet co wspominać.

A ja bardzo proszę, niech ktoś wyjaśni mnie, katolikowi, co w przemówieniu Leszka Jażdżewskiego było takiego nienawistnego, piętnującego i obraźliwego? Gdyby Jażdżewski atakował samą wiarę czy religię, szydził z niej, byłoby to co najmniej głupie i nietaktowne, dla niektórych obraźliwe. Rzecz w tym, że Jażdżewski niczego takiego nie zrobił.

Można przywołać znane powiedzenie o świętym Kościele grzesznych ludzi. Jażdżewski nie atakuje świętego Kościoła, a tylko ludzi, którzy kształtują oblicze polskiej odnogi Kościoła Katolickiego, całkiem ziemskiej organizacji religijnej. Można Leszkowi Jażdżewskiemu zarzucać, że się myli (ja sądzę, że ma rację), ale on ewidentnie krytykuje – ostro krytykuje! – ludzi, nie świętą wspólnotę duchową. Ludzie zaś, jako się rzekło, są grzeszni i można ich za te grzechy krytykować. Święty Kościół Powszechny to dla wiernych byt duchowy, niematerialny, mistyczna wspólnota zbawionych, Mistyczne Ciało Chrystusa. Ziemski Kościół Katolicki to instytucja religijna, która powinna działać na rzecz owego świętego Kościoła duchowego, ale ani nie jest z nim tożsama, ani nawet się w nim nie zawiera, podobnie zresztą jak ten duchowy nie zawiera się w ziemskim. No i, niestety, zdarza się, że reprezentanci Kościoła ziemskiego działają wbrew zasadom Kościoła duchowego, powołując się przy tym na Kościół duchowy dla usprawiedliwienia swoich niegodnych czynów. Niekiedy robią to z głupoty, niekiedy zupełnie nie rozumieją zasad wiary, które zdaje im się, że głoszą, niekiedy są powodowani złą wolą, niekiedy są cyniczni i myślą, że dadzą radę „oszukać system”, czyli w tym wypadku Boga, niekiedy wreszcie sami tak dokumentnie stracili wiarę, że interesuje ich tylko doczesny sukces i przyjemność. Tak już bywało wiele razy w historii (przypomnijmy choćby kondycję papiestwa w czasach Borgiów czy okoliczności wystąpienia Marcina Lutra) i tak, zapewne, jeszcze nie raz będzie, ale nas interesuje ziemski Kościół we współczesnej Polsce. Większość przywódców tego Kościoła i jakaś część (zapewne znaczna, ale nie umiem oszacować, jak znaczna) duchownych zachowuje się haniebnie, a ich czyny powinny być źródłem zgorszenia. Taka obserwacja jest bardzo smutna, ale nie stanowi ani ataku na wiarę w Kościół duchowy, ani na zasady, wedle których jest on ukształtowany, ani wreszcie na wiernych wyznających te zasady. Biskupi, księża, działacze katoliccy i poszukujący ich wsparcia politycy sami nie są elementami religii. Wierzy się w Boga, nie w biskupa.

Jedyne, co można Jażdżewskiemu zarzucić, to niepotrzebną generalizację, branie pars pro toto. Są jednak uczciwi, przestrzegający zasad księża i biskupi, choć ich działania nikną przytłoczone przez tych, którzy w publicznym obrazie Kościoła dominują.

Choć grzechy dzisiejszego polskiego Kościoła instytucjonalnego są dość podobne do grzechów Kurii Rzymskiej w czasach Borgiów – zamiast symonii mamy „dotacje” za wsparcie polityczne, zamiast rozpusty wykorzystywanie seksualne dzieci i zakonnic, zamiast wspierania własnych rodzin, absurdalne urojenia o wyjątkowości Polski, a pycha, żądza władzy i pogarda dla wiedzy pozostają takie same – nie porównuję, dajmy na to, abp. Jędraszewskiego czy pana dyrektora Rydzyka do Cezara Borgii. To byłoby jak porównanie żula, który pobił i okradł przechodnia w parku, do organizatora wielkiego napadu na bank.

P.s. Politycznie Leszkowi Jażdżewskiemu zapewne chodziło o to, by odebrać Wiośnie Roberta Biedronia monopol na antyklerykalizm.

Mickiewicz

Przegrali

Nauczyciele zawiesili strajk. Przegrali. Robią dobrą minę do złej gry, że wrócą do strajku we wrześniu, a wtedy to ho, ho! Pojawiają się analizy potwierdzające to stanowisko, ale ja jakoś nie mogę w nie uwierzyć. Rząd pokazał, że w rozgrywce z nauczycielami lub jakąkolwiek inną grupą, która ma jakie-takie poczucie odpowiedzialności za powierzone sobie sprawy, może nie ustępować, gdyż ostatecznie zwycięży właśnie to poczucie odpowiedzialności, zwłaszcza jeśli poparcie społeczne dla protestującej grupy będzie słabe. Gdyby strajkujący nauczyciele byli bardziej asertywni, nie okazali troski o uczniów, mogli byli wygrać. Jednak okazali troskę, a więc okazali słabość. I przegrali.

A poparcie dla strajku nauczycieli było słabe. Rodzice małych dzieci wściekali się, że dziećmi nie ma się kto zająć. Rodzice uczniów przystępujących do egzaminów drżeli, że na skutek strajku egzaminy mogą się nie odbyć. Rząd grzmiał, że strajkujący nauczyciele wzięli dzieci za zakładników. Tymczasem, na co zwrócił uwagę pewien znajomy edukator, jeśli rząd na egzaminy ósmoklasistów i gimnazjalne sprowadza posiłki złożone ze strażaków i urzędników gminnych, a później uchwala ustawę, wedle której klasyfikacji maturzystów może w ostateczności dokonać urzędnik magistratu, okazuje się, że nauczyciele są niepotrzebni. Ba, w ogóle w tej optyce niepotrzebna jest edukacja. Liczy się zaświadczenie, dokument, papier, który może wystawić ktokolwiek. My, jako społeczeństwo, przestaliśmy się zastanawiać jakie wykształcenie odbiorą nasze dzieci, liczy się tylko dyplom, jaki otrzymają.

To głupie, nieprawdaż?

Strajkujący nauczyciele byli spotwarzani i atakowani bez przerwy. Jarosław Kaczyński uznał za stosowne pochwalić się (przyszłymi, wypłacanymi ze środków tej wyimaginowanej wspólnoty) dotacjami do świń i krów, ale o nauczycielach nie wspomniał. Patryk Jaki porównywał strajkujących do Wehrmachtu. Morawiecki, Szydło, genetyczny patriota Suski i inni członkowie rządu łgali na temat wysokości nauczycielskich zarobków. W niektórych szkołach grupki rodziców, którym przewodzili – cóż za niespodzianka! – PiSowscy radni, lżyli i poszturchiwali strajkujących nauczycieli. PiSowskie fabryki trolli rozpowszechniały kłamliwe opowieści o zapłakanych kuzynkach i strajkujących nauczycielkach. Niektórzy księża i biskupi znieważali nauczycieli w kazaniach wielkanocnych (gorze wam, klechy!).

No i nauczyciele przegrali. Jak sądzę, pierwszym skutkiem przegranej będzie to, że wszyscy nauczyciele, którzy czują, że poradzą sobie na otwartym rynku pracy, odejdą z zawodu. Zostaną nieudacznicy – których, trzeba to przyznać, jest w tej grupie sporo – oraz zmęczeni ludzie chcący jedynie doczekać emerytury, plus nieliczna grupka zapaleńców. Poziom polskich szkół jeszcze bardziej spadnie.

Dlatego sądzę, że najważniejszym celem tych, którzy przyjdą do władzy po upadku PiSu, oby jak najrychlejszym, powinna być edukacja. Odbudowa prestiżu i poziomu szkoły. Zaniedbania są wieloletnie, sięgają daleko przed czasy PiSu, a ich przyczyny są na pewno złożone. Nie da się ich sprowadzić do neolewicowej opowieści o tym, że liberałowie oddali szkoły prawicy i Kościołowi. O tym napiszę może kiedy indziej. Jednak bez edukacji nie poradzimy sobie ani z gospodarką, ani z zagrożeniami klimatycznymi, ani z bezpiecznym rozwojem Polski, ani sami ze sobą.

Stirlitz szedł przez galerię handlową. Nagle zobaczył osobę z kubkiem kawy ze Starbucksa.
– Strajkująca nauczycielka – pomyślał Stirlitz.
– Sam jesteś nauczycielka – pomyślał Bormann.

Stirlitz