Gdzie jest redaktor?!

Bogdan Góralczyk, Węgierski syndrom: Trianon, Wydawnictwo Akademickie DIALOG, 2020

Zapewne nie powinno pisać się recenzji książek bardzo daleko wykraczających poza obszar kompetencji recenzenta. Jest jednak w tej książce coś, co mnie tak niesłychanie złości, że nie wytrzymałem: kompletny brak redakcji!

Prof. Bogdan Góralczyk jest, jak sam o sobie mówi, sinologiem i politologiem z wykształcenia, hungarystą z zamiłowania. Kilka tygodni temu minęła setna rocznica traktatu z Trianon, który Węgry zmuszone były podpisać po zakończeniu Pierwszej Wojny Światowej. Jest to dla Węgrów straszliwa trauma, dla nas porównywalna z traumą rozbiorów, rzutująca na politykę węgierską w okresie międzywojennym i w czasie Drugiej Wojny Światowej oraz, jak się okazuje, współcześnie, pod rządami Viktora Orbána. Perspektywa Trianon rzuca nowe światło na politykę obecnego premiera Węgier.

W wyniku traktatu z Trianon Węgry straciły 2/3 powierzchni i 1/3 ludności etnicznie węgierskiej. Granice ukształtowane w Trianon obowiązują do dnia dzisiejszego.

Te sprawy nie są w Polsce szerzej znane. Mnie co prawda, za komuny, w klasie mat-fiz, uczono o traktacie z Trianon i musiałem umieć wymienić wszystkie ziemie, które Węgry utraciły, ale nikt mi nie tłumaczył, co to znaczy. Prof. Góralczyk postanowił na stulecie traktatu przybliżyć te fakty publiczności polskiej, obficie korzystając z niedawnych węgierskich publikacji. To bardzo cenne, gdyż poza garstką hungarystów i historyków zajmujących się tym okresem i tą częścią Europy, Polacy o tym fragmencie historii Węgier niewiele wiedzą. Góralczyk otwarcie przyznaje, że nie pisze „obiektywnej” historii ziem Korony Św. Stefana, ale prezentuje węgierski punkt widzenia.

Węgry w okresie cesarsko-królewskim, a więc w latach 1867-1914, przeżywały bodaj najlepszy okres swojej historii. Kwitła duma narodowa, kraj się bogacił, Budapeszt stawał się nowoczesnym, europejskim miastem, pełnym imponujących budowli. Odbywały się wybory, ale prawa wyborcze miało niewiele ponad 7% mieszkańców: rządziła arystokracja i posiadacze ziemscy. Etniczni Węgrzy stanowili mniej niż połowę mieszkańców Królestwa, byli bowiem też Sasi (potomkowie osadników niemieckich), Niemcy (Austriacy) na zachodzie, Żydzi, choć w większości zmadziaryzowani, Rumuni w Siedmiogrodzie i Słowianie na północy (Słowacy i Rusini) i na południu (Chorwaci i Serbowie), trochę Włochów. Jednak to głównie Węgrzy byli posiadaczami ziemskimi, a wszelkie postulaty emancypacyjne mniejszości narodowych były tłumione. Przeciwnie, Węgry prowadziły politykę forsownej madziaryzacji, na przykład wprowadzając język węgierski jako jedyny język nauczania już w szkołach najniższego szczebla (nie dotyczyło to Chorwacji, która, z historycznych powodów, zachowała pewną odrębność).

Pierwsza Wojna Światowa była dla Węgier katastrofą. Węgry, rzecz jasna, uczestniczyły w niej jako część c-k monarchii, żołnierze węgierscy walczyli i ginęli na frontach wschodnim, bałkańskim i włoskim. Węgry do ostatniego dnia pozostawały wierne Austrii (i Niemcom), a węgierscy politycy nie dopuszczali nawet myśli o jakichkolwiek, choćby najmniejszych ustępstwach terytorialnych. Węgry wyszły z wojny zrujnowane, objęte strajkami i zdemoralizowane, panował głód, drożyzna, a terytoria zamieszkałe przez mniejszości narodowe były zajęte przez kraje będące sojusznikami Ententy.

Ententa traktowała Węgry jak pokonanego wroga. Ustalała granice ze swoimi sojusznikami, Chorwacją, Serbią, Rumunią i Czechosłowacją, a z Węgrami nawet nie rozmawiała. Faktem jest – czego Góralczyk nie pisze wprost, ale jasno wynika to z jego wywodów – że nie bardzo było wiadomo, z kim rozmawiać. Na Węgrzech panował polityczny chaos, rządy upadały, proklamowano Republikę Węgierską, potem bolszewicką (!) Węgierską Republikę Rad, wreszcie formalnie przywrócono monarchię, ale bez króla. Władzę próbował odzyskać ostatni habsburski cesarz. W końcu władzę, jako regent, przejął admirał Miklos Horthy – admirał w kraju pozbawionym dostępu do morza.

Gdy w końcu Węgry zostały dopuszczone do rozmów pokojowych, po roku ich trwania, okazało się, że granice Węgier są już ustalone. Na nic zdały się rzetelne argumenty polityków węgierskich, wskazujących na obszary przyznane innym krajom, choć w rzeczywistości zamieszkałe przez zwarte populacje węgierskojęzyczne. Przywódcy Ententy demonstrowali kolosalną nieznajomość geografii tej części Europy i panujących tu stosunków etnicznych. Los Węgier zresztą niewiele ich obchodził: Francji zależało na osłabieniu Niemiec, Wielkiej Brytanii na tym, żeby Francja się przy okazji przesadnie nie wzmocniła, a wszystkim na zbudowaniu bufora antybolszewickiego z krajów, które skorzystały na rozpadzie Austro-Węgier. Ententa pozorowała negocjacje z Węgrami, na przykład namawiając je do rezygnacji ze skutecznej ofensywy, w której Węgry odzyskały południową Słowację, etnicznie węgierską; w zamian Ententa obiecywała powstrzymanie ofensywy rumuńskiej. Węgrzy się wycofali, ich armia się rozpierzchła, Rumuni nie, i w efekcie przez pewien czas okupowali znaczną część Węgier, łącznie z Budapesztem. Wszystko to wytworzyło wśród Węgrów przekonanie, że Ententa ich oszukała. Pod koniec lat ’30 pchnęło to Węgry w stronę faszystowskich Niemiec, dających nadzieję na rewizję z ustaleń z Trianon. Z dzisiejszej perspektywy jasno widać, że Węgry po Pierwszej Wojnie musiały zrezygnować z części swoich terytoriów, ale nie musiała to być amputacja aż tak wielkich obszarów. Nieufność do Ententy współcześnie przeniosła się na nieufność do Unii Europejskiej, podejrzewanie jej o niecne intencje wobec Węgier.

To wszystko jest ciekawe i, jak się okazuje, ważne dla zrozumienia współczesnej polityki węgierskiej. To dobrze, że prof. Góralczyk zechciał opisać to dla polskiego czytelnika. Nie mam żadnych podstaw, aby kwestionować rzetelność przedstawionych faktów. Niestety, książka od strony edytorskiej przygotowana jest fatalnie, co bardzo psuje korzystne wrażenie, jakie sprawia jej zawartość merytoryczna.

Mówiąc brutalnie, widać, że autor się spieszył, chcąc zdążyć ze swoją książką na rocznicę. Wydawnictwo też pewnie chciało zarobić na rocznicy, w związku z tym jakość opublikowanego tekstu niewiele ich obchodziła.

Tekst sprawia wrażenie, jakby była to wersja robocza, surowy tekst, nad którym dopiero należałoby zacząć pracę redakcyjną. Pełno jest w nim denerwujących powtórzeń, tak jakby autor postanowił coś dopisać nie pamiętając, że napisał to samo dosłownie kilka linijek wyżej (na przykład informacja o cenach słoniny na str. 139 jest powtórzona po siedmiu linijkach). Góralczyk nie pisze kroniki wydarzeń dzień po dniu, jest zupełnie naturalne, że omawiając jakieś zagadnienie, wybiega momentami w przyszłość, by potem cofnąć się do wydarzeń wcześniejszych. Ponieważ jednak autor nie panuje nad tekstem, czasami prowadzi to do konfuzji. Na przykład, omawiając ustawy antyżydowskie z 1938, wspomina o „ustaleniach pierwszego arbitrażu wiedeńskiego” (str. 205), podczas gdy co to był ów arbitraż, jest wyjaśnione dopiero kilka stron dalej (str. 209). Jak sądzę, większość polskich czytelników nie wie, co to był „pierwszy arbitraż wiedeński” – gdyby wiedzieli, książka Góralczyka być może nie byłaby potrzebna – więc nie wypada odwoływać się do faktu historycznego zanim się go nie przedstawiło. Takich miejsc jest więcej, a występują też ich kombinacje: Na str. 189 Góralczyk pisze, że po referendum w mieście Balassagyarmat, gdzie mieszkańcy opowiedzieli się na pozostaniem przy Węgrzech, miasto to zaczęto nazywać Najodważniejszym (Civitas Fortissima). Po czym w następnym akapicie, dotyczącym kolejnego referendum (plebiscytu) przynależnościowego, czytamy:

[…] Sopron, miasto Najwierniejsze, był stolicą Burgerlandu. Ostatecznie 65 proc. głosujących opowiedziało się za Węgrami […] Sopron otrzymał inny tytuł – miasta najwierniejszego (Civitas Fidelissima).

Są fragmenty niejasne. Na str. 133 Góralczyk wspomina o nacjonalistycznej organizacji MOVE, a potem omawia Węgierską Partię Komunistyczną, jej organ prasowy „Czerwoną Gazetę” i głoszone tam postulaty. Po czym (str. 134):

Z obawy przed tymi postulatami, władze Republiki zarządziły rewizje i przeszukania mieszkań osób związanych z „Czerwoną gazetą” [małe „g”, tak w tekście], a niejako dla przeciwwagi zrobiono to także z sympatykami MOVE.
Szacuje się liczebność tej partii w początkach marca 2019 na 10-15 tys. w Budapeszcie i 20-25 tys. na prowincji. Niesieni na fali wydarzeń przywódcy komunistyczni poczuli się jednak na tyle silni, że […]

O liczebności której partii pisze tu Góralczyk? Logika tekstu zdaje się sugerować, że chodzi o komunistów, ale składnia, że o MOVE.

Albo dalej, str. 146:

Gabinet Friedricha, który 7 sierpnia zgodził się na to, by arcyksiążę Józef, znowu włączony w węgierskie sprawy i pomocny w porozumieniu z wojskami rumuńskimi, został regentem Węgier i objął formalnie władzę w Budapeszcie od 8 sierpnia, korzystając z cichego poparcia ententy oraz neutralności wojsk rumuńskich.

Gdyby nie zaimek „który”, cytowane zdanie, choć niezgrabne, głosiłoby, że arcyksiążę Józef został regentem za zgodą rządu. Z tym zaimkiem wychodzi na to, że regentem został „gabinet Friedricha”, a wzmianka o arcyksięciu Józefie jest jedynie wtrąceniem.

Ostatni habsburski władca Austro-Węgier miał na imię Karol. Jako cesarz był Karolem I, ale jako król Węgier Karolem IV. Góralczyk stosuje obie te numeracje: jeśli odwołuje się do Karola jako cesarza, jest on I, jeśli do Karola jako króla, IV. Trochę niezręcznie jest czytać w tym samym akapicie o jednym i tym samym władcy raz jako o Karolu I, raz jako o IV, ale jest to przynajmniej konsekwentne. Z tym, że na str. 116 czytamy „król Karol I”.

Jeden z premierów Węgier nazywał się Mihaly Károlyi. Góralczyk pisze o nim jako o hrabim lub „czerwonym hrabim” (miał bardzo postępowe, jak na owe czasy, poglądy), ale raptem Károlyi staje się księciem.

Gdy autor omawia wydarzenia z końca Drugiej Wojny Światowej, przez kilka stron wspomina o węgierskich faszystach, strzałokrzyżowcach i nilaszowcach. Na przykład na str. 256:

Przeprowadzony z woli Niemców i głównie ich rękami pucz, doprowadził do władzy strzałokrzyżowców, czyli otwartych wyznawców faszyzmu. Nowy gabinet powołany 16 października 1944 roku formalnie – i jakże ironicznie – nazwano Rządem Jedności Narodowej. Sami nilaszowcy objęli w nim bowiem tylko tekę premiera i dwa resorty, a pozostałe trafiły do dwóch innych ugrupowań skrajnie nacjonalistycznych.

Czytelnicy, którzy dopiero z książki Góralczyka uczą się tego okresu historii Węgier, odniosą zapewne wrażenie, że strzałokrzyżowcy i nilaszowcy to różne, choć zapewne pokrewne ugrupowania. Otóż nie: Dopiero później, po kilku stronach posługiwania się tymi terminami, autor wyjaśnia, że to jest jedno i to samo: Strzałokrzyżowcy to polskie tłumaczenie, nilaszowcy zaś to spolszczenie węgierskiego terminu nyilaskeresztes. Naprawdę, nie powinno się tak pisać książki adresowanej do nie-specjalistów.

I tak dalej, i tak dalej.

No i na koniec, Góralczyk kilkakrotnie wspomina o „kościele św. Macieja”, w którym odbyły się koronacje ostatnich habsburskich władców Węgier. Niewątpliwie chodzi o budzińską Mátyás templom, kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, popularnie – tak przez Węgrów, jak i turystów – nazywany kościołem Macieja, na cześć średniowiecznego króla Macieja Korwina; w kościele znajdują się witraże upamiętniające tego władcę. Macieja, nie św. Macieja. Wiem, że to drobiazg i czepialstwo z mojej strony, ale z drugiej strony niechlujstwo ze strony wydawcy, świadczące o braku szacunku dla czytelnika.

Zupełnie osobnym skandalem są zamieszczone w książce mapy. Trzecia (str. 230), przedstawiająca chwilowe nabytki terytorialne Węgier z czasów Drugiej Wojny, jest czytelna, ale nie wiedzieć czemu, napisy na niej są po węgiersku. Zamiast Bratysławy mamy więc Pozsony, zamiast Słowacji jest Szlovakia, zamiast Niemiec (bez ważnego dla nas podziału na Rzeszę i Generalną Gubernię) Németország. Jest to denerwujące, ale przynajmniej coś widać. Niestety, nie można tego powiedzieć o dwu poprzednich mapach: Wielkich Węgier sprzed Pierwszej Wojny (str. 43) i węgierskich strat terytorialnych po Trianon (str. 184). Zgaduję, że autor dostarczył kolorowe pliki graficzne, które ładnie wyświetlały się na ekranie komputera, ale po skonwertowaniu do formatu czarno-białego i przeskalowaniu do rozmiaru strony, stały się nieostre i kompletnie nieczytelne. Wydawca, który zdecydował się na wydrukowanie czegoś takiego w swojej książce, powinien się spalić ze wstydu. Góralczyk, co w pełni zrozumiałe, wielokrotnie odwołuje się do historycznych nazw krain geograficznych, jednak czytelnik nie może ich zlokalizować na zamieszczonych w książce mapach. Wiem (mniej więcej), gdzie jest Siedmiogród, ale Banat czy Bacska?

Ja wiem, z czego to wynika: Wydawnictwa zrezygnowały z funkcji redaktora. Po prostu drukują tekst, który dostarczył autor. Och, książka ma redaktora naukowego (prof. Jacek Wojnicki – zdaje się, że to kolega prof. Góralczyka z pracy) i osobę odpowiedzialną za redakcję i korektę (Leszek Kamiński). Zastanawiam się, co oni robili, zwłaszcza ten drugi? Tak więc autor się spieszy, żeby zdążyć z terminem, wydawnictwo drukuje, co dostało. Wychodzi książka merytorycznie wartościowa, ale nikt nie stara się sprostować pomyłek i niejasności drobnych, ale licznych, nikomu nie zależy na stylu i na tym, żeby książkę po prostu dobrze się czytało. Nikogo nie obchodzi, że opublikowane mapy są zupełnie nieczytelne. Ważne, że jest tekst, że ukazał się drukiem.

Jest to jednak obraz pewnego upadku 😦

1590406844.8915

P.s. Polskie przepisy o ciszy wyborczej są głupie 🙂

Pięciu

W wyborach prezydenckich, których pierwsza tura odbędzie się w niedzielę, staruje jedenastu kandydatów. Pięciu z nich to kandydaci demokratyczni:

  • Robert Biedroń
  • Szymon Hołownia
  • Władysław Kosiniak-Kamysz
  • Rafał Trzaskowski
  • Waldemar Witkowski

Kandydaci ci są różni, mają różne programy, temperamenty, poglądy, osobowości, wreszcie bardzo różne szanse na wejście do drugiej tury i ostateczne pokonanie urzędującego prezydenta z PiS. W wielu szczegółowych sprawach, jakie się pojawią, nie będą zajmować takich samych stanowisk. Ale głos na każdego z tej piątki będzie głosem za Polską demokratyczną, proeuropejską, starającą się realizować zasadę rządów prawa.

Głos na któregokolwiek z pozostałych kandydatów nie spełni tych wymagań.

Nie ma kandydatów idealnych, ale każdy demokrata może wśród piątki kandydatów demokratycznych znaleźć tego, który najbardziej odpowiada jego lub jej zapatrywaniom. W pierwszej turze można dać wyraz swoim przekonaniom, ale można też głosować taktycznie, kalkulując, co będzie lepsze z punktu widzenia drugiej tury, byle obracać się wśród demokratycznej piątki.

Ważne, aby wszyscy demokraci w drugiej turze poparli tego, kto do drugiej tury wejdzie. Nawet jeśli okaże się, że jest to mniej idealny kandydat niż ten, na którego zagłosujemy w turze pierwszej. W przeciwnym razie grożą nam niedemokratyczne, autorytarne, niekompetentne rządy, faworyzujące swojaków, forsujące ideologię, która większości obywateli Polski nie odpowiada, odwracające się od Europy, poniewierające „gorszym sortem”.

Polska jest piegowatą dziewczynką

Sztab Rafała Trzaskowskiego opublikował jego pierwszy oficjalny spot wyborczy:

 

Spot będzie emitowany w różnych stacjach, w tym w oficjalnym bloku wyborczym TVP, ma dotrzeć do różnych wyborców i spełniać kilka funkcji.

Wyborcy o nastawieniu tradycjonalistycznym raczej nie zagłosują na Trzaskowskiego, ale przynajmniej część z nich można spróbować zdemobilizować, żeby w drugiej turze nie zagłosowali przeciwko, tylko zostali w domu. Trzeba im pokazać, że Trzaskowski nie zjada na surowo katolickich heteroseksualistów, tylko że jest normalny. Stąd żona, dzieci, pies, piekarnia, bazarek i teść w Rybniku.

Inne grupy wyborców trzeba mobilizować, ale niezbyt agresywnie, żeby utrzymać demobilizację tych pierwszych. Ciotki i wujów z KODu, wraz z resztą zdeklarowanego antypisu, Trzaskowski przyciąga papugą wołającą „konstytucja”, co przy okazji jest elementem autoironicznym, a także nawiązaniem do wyborów ’89 i do przystąpienia do Unii Europejskiej. Klasę średnią stylem życia (narty w Austrii, płyty, książki), który ta klasa uważa za wartościowy i osiągalny, oraz wykształceniem, także leżącym obszarze realistycznych aspiracji dzieci z tej klasy. Młodzież, lewicę i feministki – wizją Polski w osobie małej, piegowatej dziewczynki. Nie abstrakcyjnych dzieci, nie chłopca, ale właśnie dziewczynki.

Młodzież i lewicę ma także, jak sądzę, mobilizować brak odniesień do religii, tradycji i martyrologicznego patriotyzmu. Twórcy spotu tych wartości nie krytykują. Po prostu o nich milczą. Stawiają na przyszłość. A przyszłości nie reprezentują wartości „męskie” – siła, godność, znaczenie – ale „kobiece” – miłość, przyjaźń, wspólnota. Moim zdaniem ta pointa spotu jest kapitalna.

Niektórzy zżymają się na rzekome epatowanie elitaryzmem. Ja tego nie dostrzegam. Zresztą spójrzmy: Doktorat – Duda też ma, Europarlament – Duda też był europosłem, ministerstwo – Duda też był wiceministrem, prezydentura Warszawy – Duda kandydował na prezydenta Krakowa. Zdjęcia z europejskimi politykami? Poczekajcie, od zdjęć Dudy z Trumpem za chwilę nam się będzie robić niedobrze, tyle nam ich pokażą. Zatem pod tym względem Trzaskowski nie jest – formalnie – ani gorszy, ani lepszy od Dudy. Nie ma za to porównań upokarzających Dudę (decyzyjność, języki!), bo to mogłoby zantagonizować tę grupę, którą Trzaskowski chce upewnić, że niczym nie ryzykuje zostając w domu. W ogóle w tym spocie nie ma agresji. Jest normalność, optymizm i przyszłość.

 

Uwaga, nadchodzi?

naTemat z mieszaniną strachu i zdziwienia informuje, że mocno wzrosło poparcie Krzysztofa Bosaka. Prześcignął już nie tylko Roberta Biedronia, ale i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Jakiś sondaż dał mu nawet 13%. Wraz z Bosakiem w górę idzie cała Konfederacja. Szczególnie chętnie na Bosaka i Konfederację chcą głosować ludzie młodzi.

Tak, tak, już słyszałem, że wszystkiemu winni są liberałowie, którzy oddawszy szkoły prawicy i Kościołowi, pozwolili na wyhodowanie hydry faszyzmu. To prawda, że liberałowie „odpuścili” szkoły, ograniczając się do – skądinąd głupich – pokrzykiwań, że powinny one lepiej przygotowywać do rynku pracy i ulegając mitowi, że poprawa wskaźników oznacza faktyczny postęp. Myślę, że przynajmniej po części zadziałał tu nigdy nie nazwany wprost mechanizm: My będziemy reformować gospodarkę i struktury państwa, ale prawicy też trzeba coś dać, żeby się zajęła sobą i nie przeszkadzała. No to niech wezmą edukację i pamięć historyczną.

Jak jednak twierdzą niektórzy badacze, przekonanie, że główną przyczyną postaw faszystowskich, ksenofobicznych, egocentryczno-narcystycznych, jest brak właściwej edukacji, jest oświeceniowym złudzeniem. Zrezygnowanie z wpływu na edukację było błędem, ale błąd ten nie przesądził o wszystkim.

Autorzy naTemat podnoszą, że wzrostowy trend Bosaka i Konfederacji wpisuje się w szersze zjawisko międzynarodowe: ugrupowania prawicowo-populistyczne zyskują na znaczeniu w wielu krajach, tym bardziej, że są wspierane – już to otwarcie, już to w ukryciu – przez Rosję Putina, której zależy na destabilizacji Zachodu. Edwin Bendyk z kolei przypomina, że już w połowie lat ’30 XX wieku lewicowi autorzy twierdzili, że

faszyzm jest reakcją na liberalizm, ale to właśnie liberalizm przygotował dla niego grunt […] Faszyzm czerpie siłę, obnażając niespełnioną obietnicę liberalizmu – niezdolność demokracji liberalnej do skutecznej kontroli zarówno kapitału, jak i ekspansji systemu technicznego oraz wynikających stąd niesprawiedliwości. Staje się atrakcyjny, bo obiecuje taką kontrolę, nie zmieniając wszakże istoty systemu, i zamienia społeczną, zindywidualizowaną masę we wspólnotę sklejaną pierwotnymi więzami.

[Myśl ta] po 80 latach jest niezwykle aktualna, bo cykl rozwojowy systemu społeczno-gospodarczego wkroczył w podobną fazę: kapitał wymknął się spod kontroli instytucji demokratycznych.

A na to wszystko nakładają się jeszcze skutki pandemii i załamania gospodarczego, do którego ona doprowadziła. Jak wielkie będzie to załamanie, możemy tylko przeczuwać łudząc się, że będzie ono jednak mniejsze, niż przewiduje większość scenariuszy.

Zgadzając się z tym wszystkim, dodam jeszcze kilka uwag odnośnie do naszej polskiej mutacji prawicowego populizmu. Oczywiście tym młodym wyborcom, którzy obecnie wspierają Bosaka, ani do głowy by nie przyszło popieranie Platformy. Niestety, nie przyszłoby im też do głowy popieranie lewicy, ta bowiem postrzegana jest jako oderwana od życia formacja, skoncentrowana na ideologicznych krucjatach. Mogliby zostać w domu, popierać PiS lub popierać Konfederację. W domu nie zostają, bo sytuacja społeczna i gospodarcza staje się dla nich coraz trudniejsza do zniesienia. Dlaczego więc wolą Konfederację od PiSu?

  • Krzysztof Bosak to nie Janusz Korwin-Mikke. W porównaniu z tym zdziwaczałym mizoginem, Bosak może uchodzić wręcz za kogoś normalnego.
  • Krzysztof Bosak to także nie Jarosław Kaczyński. W porównaniu z tym oderwanym od życia starym kawalerem, mającym przesadne mniemanie o własnych kompetencjach i misji, Bosak może także uchodzić za kogoś normalnego.
  • W Polsce młodzi są raczej przeciwni rozdawnictwu socjalnemu, czyli jedynej wyrazistej polityce społecznej PiSu.
  • PiS nie rozwiązał żadnego problemu strukturalnego (trwały dystans do poziomu życia zachodniej Europy, brak perspektyw, wykluczenie komunikacyjne, opozycja miasta-prowincja, opozycja praca-prekariat) i jest dla tych wyborców oczywiste, że nie rozwiąże.
  • Widać, że PiS dba głównie o interesy swoich działaczy i Kościoła, a to ostatnie zupełnie do tych wyborców nie przemawia. Dbanie o interesy działaczy, w większości nieciekawych typów w średnim wieku, też zresztą nie.
  • Proto-faszyzm mają za to i w Konfederacji, i w PiSie, co najwyżej w różnym natężeniu.

Jest tu, nawiasem mówiąc, spory potencjał dla lewicy, tylko musiałaby zmienić retorykę. Adresować przekaz do tej grupy wyborców, nie do doktorantów socjologii. A indywidua w rodzaju Jasia Kapeli wysłać na Księżyc. I to najlepiej na jego ciemną stronę.

Było panelistów wielu

To, że sprowadzono trefne maseczki, no to trudno, przykre, ale mogło się zdarzyć w okresie paniki. Nie powinno się zdarzyć, ale mogło. To, że minister kłamał, że maseczki nie trafiły do szpitali, choć trafiły, to już gorzej, honorowy minister powinien się podać do dymisji, ale to jeszcze nie kryminał. (To, że z przybycia tych maseczek Wielkim Ptakiem uczyniono coś na kształt uroczystości państwowej, to bucostwo, ale bucostwo nie podpada pod paragrafy. Po prostu jest bucostwem.) Gdyby się okazało, że pośrednik, który na tym zarobił, działał w złej wierze – wiedział, że maseczki są trefne, albo łatwo mógł to sprawdzić, ale tego zaniedbał, a potem twierdził coś innego – to jest to sprawa kryminalna, która powinna trafić przed sąd.

To, że firmy związane rodzinnie z osobą, która najpierw jest wiceministrem, potem ministrem, dostają w państwowych konkursach grube miliony złotych, to jest niewątpliwe złamanie zasad etyki, ale niekoniecznie kryminał, choć warto to sprawdzić. Tym bardziej, że gdyby rządził ktoś inny, PiS i jego publicyści uznaliby to za dowód korupcji, zgnilizny moralnej i rzecz porównywalną z dziesięcioma plagami egipskimi.

Jednak to, że gość – brat ministra, ale o to nawet mniejsza – zasiada jako panelista w konkursie, w którym sam startuje, to jest niebywały skandal, który powinien prowadzić do unieważnienia całego konkursu, a tegoż panelistę i tych, którzy go tam usadowili, doprowadzić przed sąd.

Pan Marcin Szumowski zarzeka się, że gdy był oceniany jego wniosek, on wychodził z pokoju i w ocenie swojego wniosku nie brał udziału. Osobom nieobznajomionym z konkursami grantowymi wyjaśniam, że zawsze spływa więcej wniosków, niż jest pieniędzy do rozdysponowania. Powiedzmy, mamy do rozdania 50 mln, a wniosków spływa na 200 mln (w konkursach NCBiR kwoty są znacznie wyższe, niż w konkursach NCN). Wystarczy, żeby panelista, który ma własny wniosek w konkursie, przekonująco argumentował przeciwko obcym wnioskom, a wtedy jego wniosek relatywnie zyskuje. Nawet jeśli on sam nie argumentuje na rzecz samego siebie, inni paneliści bowiem wiedzą, czyj to jest wniosek i głupio im dezawuować wniosek kolegi.

I co teraz?

Platforma Obywatelska skłoniła Małgorzatę Kidawę-Błońską do wycofania się z wyborów prezydenckich. Na jej miejsce Platforma wystawiła swoje „złote dziecko”, obecnego prezydenta Warszawy, Rafała Trzaskowskiego.

Bez najmniejszych wątpliwości Trzaskowski posiada lepsze kwalifikacje do pełnienia urzędu prezydenta niż ktokolwiek z szóstki: Biedroń, Bosak, Duda, Hołownia, Kidawa-Błońska, Kosiniak-Kamysz. W Polsce nie mamy jednak merytokracji, ba, Poland has had enough of experts i epatowanie własnymi kompetencjami może być wręcz przeciwskuteczne, gdy po drugiej stronie, pod ostrym cieniem mgły, stanie ktoś, kto mówi: Może i nie studiowałem na Oxfordzie, ale jestem taki, jak wy. Wybory trzeba jeszcze wygrać. To zaś nie będzie proste. Samo przekonanie kandydata i grupki jego wielkomiejskich zwolenników o jego kwalifikacjach do tego nie wystarczy.

Wysunięcie kandydatury Trzaskowskiego stawia trzy pytania: o Warszawę, o przyszłość Platformy i o wpływ tej kandydatury na ostateczny wynik wyborów.

Po pierwsze więc, Warszawa. Jeśli Rafał Trzaskowski wygra, ustąpi z funkcji prezydenta Warszawy, a wtedy PiS wprowadzi tam swojego komisarza, którego rządy będzie utrzymywać tak długo, jak się tylko da. Potem będą musiały się odbyć wybory na prezydenta stolicy, a Platforma nie ma chyba żadnego wygrywającego kandydata. To, że PiS też nie ma, to słaba pociecha.

Mówi się, że Trzaskowski osobiście niewiele ryzykuje: Jeśli wygra wybory prezydenckie, to super, jeśli przegra, pozostanie prezydentem Warszawy. To literalnie jest prawda, ale przegrany Trzaskowski wyjdzie z kampanii prezydenckiej poobijany, osłabiony. Ani w czasie kampanii, ani jakiś czas po niej nie będzie mógł się zajmować Warszawą tak aktywnie, jak powinien. Z tego z całą pewnością będzie mu czyniony zarzut. Będzie mu się wyrzucać, że chciał porzucić Warszawę na rzecz większej kariery. Warszawa zwyczajnie zasługuje na to, żeby jej prezydent zajmował się nią priorytetowo, nie zaś, żeby była poduszką bezpieczeństwa dla polityka, który postanowił sobie z niej uczynić odskocznię do najważniejszego urzędu w państwie. Wszystko to osłabi szanse na warszawską reelekcję Trzaskowskiego, ba, wyraźna przegrana w 2020 będzie się za nim ciągnąć przez długie lata i zmniejszać jego szanse na obejmowanie urzędów, do których bez wątpienia ma kwalifikacje.

Także z punktu widzenia partii sprawującej aktualnie władzę w Warszawie i cieszącej się poparciem największej części Warszawiaków, ryzyko utraty tego na rzecz niepewnego zwycięstwa w wyścigu prezydenckim jest bardzo duże. To prowadzi nas do następnego pytania:

Po drugie, co Platforma może zyskać, co zaś, poza Warszawą, stracić wystawiając Rafała Trzaskowskiego?

Jeżeli Rafał Trzaskowski wygra, będzie to olbrzymi, gigantyczny sukces Platformy, gwarantujący jej na najbliższe kilka lat dominującą pozycję w proeuropejskim obozie anty-PiS.

Jeśli Trzaskowski wejdzie do drugiej tury i tam z honorem przegra, nie musi to oznaczać kompromitacji ani Trzaskowskiego, ani Platformy: Warszawa nie zostanie stracona, a przy tym elektorat zobaczy, że wciąż jest znaczącą siłą. Przegraną Trzaskowskiego będzie można, nie bez racji, tłumaczyć stronniczością mediów państwowych i w ogóle całego aparatu państwa pracującego na rzecz Dudy.

Jeśli jednak – czego nie można wykluczyć! – Trzaskowski nawet nie wejdzie do drugiej tury, będzie to sromotna porażka Platformy, która tak wiele – wszystko – w tę kandydaturę zainwestowała. Byłaby to katastrofa większa niż spodziewany kilkuprocentowy wynik Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zapowiadająca ostateczny upadek partii pozbawionej wyrazistego programu, charyzmatycznych przywódców i raison d’etre. Pozbawieni poczucia RIGCzu oraz politycznej skuteczności, działacze i zwolennicy odpłyną a to do chadecji (neo-PSL z Kosiniakiem-Kamyszem?), a to do lewicy.  Być może pozostanie jakaś niewielka grupka liberałów. Platforma Obywatelska, jaką znamy, przestanie istnieć.

Niektórzy mówią, że to dobrze. Ja nie jestem tego pewien.

Jeśli Platforma świadomie dąży jedynie do wprowadzenia Trzaskowskiego do drugiej tury, to gorze im, bo to może osłabić szanse na ostateczne pokonanie Andrzeja Dudy.

Gdyż po trzecie i najważniejsze, trzeba spytać, jak kandydatura Trzaskowskiego wpłynie na wynik wyborów prezydenckich, a więc na przyszłość Polski?

Trzaskowski musi najpierw wejść do drugiej tury. A o udział w drugiej turze będzie się bił nie z Dudą, ale z Hołownią, Kosiniakiem-Kamyszem i szczątkami Biedronia, co w sposób naturalny będzie do niego zniechęcać elektoraty tych kandydatów. Jeżeli w drugiej turze nie będzie kandydata PO, platformersi w znakomitej większości poprą tego kandydata obozu demokratycznego, który tam się znajdzie, nieważne, czy będzie to Szymon Hołownia, czy Władysław Kosiniak-Kamysz (Robert Biedroń ma, jak to mówią komentatorzy sportowi, „szanse matematyczne”), który w ten sposób zgromadziłby zdecydowaną większość elektoratu nie-Dudowego z pierwszej tury. Nie jestem pewien, czy elektorat tych dwu kandydatów okazałby równie dużą solidarność. Wątpliwości mam głównie odnośnie do wiejskiego elektoratu Kosiniaka-Kamysza.

Gdyby w pierwszej turze nie było Trzaskowskiego, tylko Małgorzata Kidawa-Błońska, miękcy zwolennicy Platformy, którzy nie widząc szans na zwycięstwo swojej kandydatki, nie poszli by do pierwszej tury, do drugiej by się zmobilizowali i zagłosowali na nie-Dudę; ditto gdyby Platforma w pierwszej turze w ogóle nie wystawiła kandydata.

Jeżeli Trzaskowski wejdzie do drugiej tury, wtedy rozpocznie się prawdziwa walka z Dudą: o zmobilizowanie własnego elektoratu, o zdemobilizowanie elektoratu przeciwnika („nie jestem taki zły, nawet jeśli wygram, nie stanie wam się krzywda, więc nie musicie głosować przeciwko mnie”), wreszcie o przeciągnięcie na swoją stronę jak największej części labilnego elektoratu centrowego, w tym o zdobycie jak największej części głosów na wsi i w małych miastach. I tu, niestety, nie jestem pewien, czy wielkomiejski i jednoznacznie identyfikowany z Platformą Trzaskowski będzie miał duże szanse. Kosiniak-Kamysz, a może też Hołownia, kto wie, mogliby mieć większe.

Rekapitulując, Platforma podejmuje wielkie ryzyko. Słaby występ Trzaskowskiego będzie oznaczał dla Platformy olbrzymie kłopoty. Być może nawet schyłek tej partii. Wejście Trzaskowskiego do drugiej tury wzmocni Platformę, ale, paradoksalnie, może zwiększyć szanse Dudy – a podobno chodzi o to, żeby uratować Polskę przed niekontrolowaną władzą PiSu. Z drugiej strony, gdyby Trzaskowski wygrał, prezydentem Polski zostałby najlepszy kandydat spośród tych, którzy się zgłosili. Z trzeciej, wygrana Trzaskowskiego będzie oznaczała wielką niepewność w Warszawie.

***

Gdy wszystko wskazywało, że PiS doprowadzi do głosowania 10 maja, byłem zdecydowany je zbojkotować, fakultatywnie dopuszczając możliwość oddania głosu w pierwszej turze na Władysława Kosiniaka-Kamysza jako na tego, który ma największe szanse na pokonanie Dudy w turze drugiej: Szymon Hołownia jest, moim zdaniem, zbyt miejski, aby mógł liczyć na odpowiednio duże poparcie na prowincji, konieczne do ostatecznego zwycięstwa, natomiast PSLowski Kosiniak-Kamysz mógłby je zdobyć; miasta zagłosowałby na Kosiniaka-Kamysza  jako na nie-Dudę.

Fiasko plebiscytu pocztowego 10 maja, konieczność rozpisania nowych wyborów i wejście do gry Trzaskowskiego zmieniają sytuację. Zastanawiam się, jak powinienem się zachować.

Na pewno podpiszę listę poparcia Trzaskowskiemu, bo PiS gra nie fair i chce wyeliminować tę kandydaturę dając bardzo krótki czas na zbieranie podpisów. Ale czy na niego zagłosuję? Lojalność wyborcza i przekonanie o kompetencjach tego kandydata wskazują, że powinienem. Z drugiej strony zasada głosowania taktycznego sugerowałaby głos na rzecz tego nie-Dudy, który ma największe szanse w drugiej turze.

Jeszcze nie wiem, co zrobię.

trzaskowski

Gowin czyta Horacego

Pomińmy na chwilę cały etyczny, prawny i polityczny skandal związany z umową pomiędzy Jarosławem Gowinem a Jarosławem Kaczyńskim w kwestii poparcia wyborów korespondencyjnych w zamian za ich przełożenie. Pochylmy się nad ciężkim losem Gowina.

Dostrzegł on bowiem, że rozdrażniony Jarosław Kaczyński nie żartuje i jeśli gowinowcy zagłosują przeciwko odrzuceniu senackiego weta, oni wszyscy, a także ich żony, mężowie, dzieci i liczni niezbyt udani kuzyni stracą posady w urzędach państwowych, spółkach skarbu państwa i w samorządzie. Wszyscy co do jednego i natychmiast, a wtedy własna partia rozszarpie Gowina na sztuki. To niezbyt miła perspektywa, trzeba więc się było ugiąć przed Kaczyńskim i robić dobrą minę do złej gry, że mianowicie wybory nie odbędą się w maju.

Tym samym jednak Jarosław Gowin utracił wszelką wiarygodność polityczną (etyczną stracił już dawno). Niektórzy spekulowali, że Gowin a to zostanie nowym marszałkiem Sejmu, a to premierem technicznym, a to że będzie tworzył nową chadecję wraz z PSL i częścią masy spadkowej po Platformie, że wreszcie sam będzie w przyszłości kandydował na prezydenta. Nic z tego. Po całym jego hamletyzowaniu, fałszywych negocjacjach z opozycją i nocnym dealu z Kaczyńskim, obecna opozycja będzie się brzydzić dotknąć Gowina nawet kijem od szczotki. Układając się nocą z Kaczyńskim, Gowin porzucił nadzieję długą – na przyszłą wielką karierę – na rzecz nadziei krótkiej – na dalsze trwanie w polityce na warunkach nieco tylko gorszych, niż dotychczasowe. Co będzie dalej? Przyszłość jest taka niepewna, fuge quaerere!

Gowinowi zostaje tylko wiara w Tysiącletni PiS, ale i tu może się srodze zawieść. Mściwy  Kaczyński nie wybaczy Gowinowi upokorzenia i ukarze go przy konstrukcji następnych list wyborczych. A może być nawet gorzej. Nie trzeba babilońskich wróżbitów by wiedzieć, że wiarołomny Kaczyński nie słynie z dotrzymywania słowa i może zmienić zdanie na takie, jakie mu akurat będzie pasowało. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że chodziło tylko o głosy gowinowców potrzebne do odrzucenia weta Senatu, a teraz Julia „Wolfgangowa” Przyłębska, odkrycie towarzyskie, szybko stwierdzi, że marszałek Sejmu może dowolnie przesuwać termin raz ogłoszonych wyborów i głosowanie przy użyciu krążących po internecie kart Sasina jednak odbędzie się 23 maja. Bo tak. A wyznaczona przez pana Zbyszka jedna z nowych izb odzyskanego Sądu Najwyższego uzna, że tak dokonany wybór jest prawidłowy. Nie puellae risus usłyszy wtedy Gowin, ale chichot historii.

Właściwie tego bym nawet Gowinowi życzył. A wybory? Jak pisałem, wybierzcie sobie – czy właściwie mianujcie – tego pajaca Dudę na drugą kadencję i dajcie nam wszystkim święty spokój.

382px-Horacy_-_domniemany_portret

Głosować, nie głosować?

W czasach pierwszej Solidarności wszyscy zastanawiali się „Wejdą, nie wejdą? – mowa była oczywiście o Sowietach. Z czasem przerodziło to się w rodzaj wisielczego humoru. Dzisiaj anty-PiS zastanawia się „Głosować, nie głosować?” w nadchodzących wyborach prezydenckich.

Nikt nie twierdzi, że wybory będą normalne, poprzedzone normalną kampanią wyborczą, w której kandydaci mieliby choć w przybliżeniu równe szanse.  Andrzej Duda brylował w publicznych mediach – jak wyliczono, w TVP Info od połowy marca do połowy kwietnia Duda prezentował się łącznie przez dwadzieścia godzin, natomiast Małgorzata Kidawa-Błońska przez dwadzieścia minut, Władysław Kosiniak-Kamysz przez 10 minut – a rząd doklejał Dudę do kolejnych „tarcz antykryzysowych” i etapów walki z pandemią, mimo iż Duda nie ma w tym zakresie żadnych kompetencji, ani formalnych, wynikających ze sprawowanego urzędu, ani wynikających z wykształcenia, ani intelektualnych. Pozostali kandydaci de facto zawiesili swoje kampanie, pojawiając się od czasu do czasu jedynie w mediach społecznościowych lub w niezależnych telewizjach, a jedynymi tematami ich wypowiedzi była epidemia i… same wybory. Naturalna w kampanii ocena dotychczasowej prezydentury Dudy, pełnej żenujących wpadek i fatalnej dla Polski, oraz co zrobić, aby wygrzebać Polskę z upokarzającej pozycji międzynarodowej, przygotować kraj na kryzys gospodarczy – który zresztą zapewne nadszedł by i bez epidemii, choć oczywiście nie byłby tak koszmarny – i jak zaradzić złu, które w czasie swoich rządów szerzył PiS, zupełnie znikły. Sam Duda, który nie miał i nie ma nic ciekawego do zaoferowania, przykleił się do socjalnych transferów PiS i postanowił ich bronić: to był jedyny temat jego kampanii przed epidemią, a zresztą wrócił do tego jakiś tydzień temu.

Wszyscy w anty-PiSie zgadzają się, że przygotowywane obecnie wybory będą urągać standardom konstytucyjnym, że będą organizacyjną katastrofą, że w czasie ich przygotowania na wielką skalę łamane jest prawo, od zasad zmieniania kodeksu wyborczego zaczynając, na ochronie danych osobowych kończąc. A mimo to znaczna część anty-PiSu zamierza wziąć udział w głosowaniu i wręcz do tego zachęca.

Głównym argumentem jest, że „nie wolno się poddawać walkowerem”, a przede wszystkim, że jest szansa na drugą turę, a wtedy Duda może przegrać.

Podzielając opinię, że jeśli Andrzej Duda nie wygra w pierwszej turze, to ostatecznie przegra, zupełnie nie widzę podstaw do optymistycznego zakładania, że do drugiej tury dojdzie. Sądzę, że Andrzej Duda nie tyle wygra, ile zostanie ogłoszony zwycięzcą już po pierwszej turze.

Po pierwsze, ja wierzę w kampanie wyborcze, a tym bardziej w skutki ich braku przy jednostronnej, zmasowanej promocji jednego kandydata. Pomijając twardy elektorat PiSu, który bez względu na wszystko inne i tak zagłosowałby na Dudę, wiele osób zapewne szczerze uważa, że Duda walczy z pandemią, podczas gdy inni kandydaci zajmują się tylko gadaniem o wyborach. Państwowa telewizja nieustannie kandydatów opozycyjnych ośmiesza i dezawuuje. Do tego dochodzi efekt rally round the flag, jednoczenia się ludzi wokół władzy w chwili zagrożenia, zwłaszcza gdy wszystkie inne możliwości są utożsamiane z chaosem i anarchią.

Po drugie i ważniejsze, ja zupełnie nie mam zaufania do PiSu jako organizatorów tego głosowania. Jak pisałem,

głosowanie korespondencyjne to byłaby dobra zmiana, gdyby była dobrze przygotowana od strony organizacyjnej i gdyby można był zaufać organom państwa, które mają je przeprowadzać. A organom państwa PiSowskiego zaufać nie sposób, zwłaszcza gdy wymieniono całą PKW, gdy Trybunał Konstytucyjny stał się atrapą, gdy trwa zamach na SN, który ma orzec o ważności wyborów, gdy władza kompromituje się na zwykłym poziomie technicznym, organizując system zdalnego głosowania w Sejmie.

Teraz nawet PKW została pozbawiona części istotnych uprawnień (ten przepis już wszedł w życie), które ma przejąć (ten przepis jeszcze nie wszedł w życie!) „minister właściwy do spraw aktywów państwowych”. Jeśli natomiast chodzi o liczenie głosów, sam chaos i ogrom wyzwań organizacyjnych sprawią, że pomyłek przy liczeniu będzie co niemiara, tak wiele, że łatwo będzie zwątpić w wiarygodność wyników. I nawet jeśli nie zakładam ostentacyjnych oszustw wyborczych na rzecz kandydata Dudy, tym bardziej nie spodziewam się przechyłu na rzecz kandydatów opozycyjnych. Pod nadzorem „ministra właściwego do spraw aktywów państwowych” i ministra spraw wewnętrznych, wszelkie wątpliwości i zawirowania proceduralne będą działać na rzecz kandydata obozu rządzącego.

Do tego dochodzi jeszcze ryzyko, że głosowanie korespondencyjne przyczyni się do rozprzestrzeniania się epidemii – oczywiście mniej, niż tradycyjne głosowanie w lokalach wyborczych, ale bardziej, niż gdyby głosowanie w maju się nie odbyło.

Elektorat anty-PiSu – bardziej miejski, otwarty i wykształcony, niż elektorat PiSu w kilku ostatnich wyborach – bardziej boi się ryzyka rozkręcenia epidemii i choćby tylko z tego względu raczej zostanie w domu.

Z tych powodów spodziewam się, że kandydat Duda zostanie ogłoszony zwycięzcą już po pierwszej turze, niezależnie od stopnia mobilizacji elektoratu opozycyjnego. Upada zatem główny argument anty-PiSowskich zwolenników udziału w głosowaniu: bo w drugiej turze… Nie. Nie będzie drugiej tury.

Nie zamierzam wobec tego brać udziału w tym głosowaniu. Nie życzę sobie, aby mój udział w głosowaniu ktoś mógł uznać za dowód, iż uważam to głosowanie za wybory, o jakich mówi polska konstytucja, a zatem że kandydat Duda zostanie prawidłowo wybrany na drugą kadencję.

Wybierzcie sobie tego pajaca, skoro musicie. Ale bez mojego udziału. My, gdy przyjdzie na to pora, będziemy odbudowywać Polskę – przepis po przepisie, śrubka po śrubce, kamyk po kamyku. Będzie ciężko, tym ciężej, im dłużej ta szkodliwa formacja, PiS, i jej figurant Duda będą pozostawać u władzy, ale damy radę.

dudadoda

Ale może wyborów jednak nie będzie? Istnieje bowiem hipoteza alternatywna…

***

Takie jest moje stanowisko na dziś. Nie wykluczam wszakże, że ktoś mnie w ostatniej chwili skłoni do wzięcia udziału w głosowaniu. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale pozostaję otwarty na argumenty. Gdybym zdecydował się na udział w głosowaniu, zagłosowałbym na Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Chad Gadya

Nie znam żydowskich piosenek i obyczajów. Przypadkiem dowiedziałem się dzisiaj o istnieniu Chad Gadya, piosenki śpiewanej na zakończenie sederu. Ma ona formę dziecięcej wyliczanki, internety często przedstawiają ją jako wesołą piosenkę dla dzieci, choć w rzeczywistości tekst jest okrutny i zawiera elementy nauczania religijnego, zgodnie z zaleceniem będziesz opowiadał synowi swojemu (Wj 13:8). Podobno oryginalny tekst jest w języku aramejskim, ale jest to ułomny aramejski, pełen błędów i hebraizmów. W internetach dominuje wersja hebrajska.

Chad gadya znaczy koźlątko.

Koźlątko, koźlątko.
Ojciec kupił koźlątko za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł kot i zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł pies i zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł kij i zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł ogień i spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszła woda i zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł wół i wypił wodę, która zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł rzeźnik i zarżnął wołu, który wypił wodę, która zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł Anioł Zagłady i zabił rzeźnika, który zarżnął wołu, który wypił wodę, która zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Doprawdy, wesoła wyliczanka o zniszczeniu i śmierci. Ale to jest Pascha, z opowieścią o ofierze Baranka i zagładzie pierworodnych.

Są oczywiście dostępne wersje śpiewane w sposób tradycyjny, na przykład tutaj, ale dla mnie forma przekształcona jest łatwiejsza do słuchania.

Końcowa część piosenki, mniej więcej od 3:05 w wideo powyżej, o tym, że byłem jagnięciem, a stałem się lwem, a także nawiązująca do współczesnej sytuacji w Izraelu/Palestynie, to współczesny dodatek. Tekst kanoniczny kończy się bowiem tak:

Koźlątko, koźlątko.
Przyszedł Święty i Błogosławiony i poraził Anioła Zagłady, który zabił rzeźnika, który zarżnął wołu, który wypił wodę, która zgasiła ogień, który spalił kij, który zatłukł psa, który zagryzł kota, który zabił koźlątko, które ojciec kupił za dwa miedziaki.

Chad-Gadya-from-the-Szyk-Haggadah

 

Kardynał George Pell

Na świecie dzieją się różne rzeczy, nie tylko epidemia i polska polityka. Żeby o tym sobie przypomnieć, wspomnę, że australijski Sąd Najwyższy ostatecznie uniewinnił i zwolnił z więzienia kard. George’a Pella, skazanego w niższej instancji na sześć lat więzienia za przestępstwa pedofilskie. Odsiedział nieco ponad rok. Można o tym przeczytać w mediach polskichbrytyjskich i rzecz jasna australijskich.

Reakcje na to orzeczenie są różne, ale w polskich internetach dominuje złość, że oto biskup-pedofil pozostanie bezkarny. Reakcje w Australii są podobne.

Wydaje mi się, że to są nieuzasadnione reakcje. Sprawę kard. Pella śledziłem i sądzę, że australijski Sąd Najwyższy wydał wyrok sprawiedliwy.

To była druga sprawa o molestowanie wytoczona Pellowi. W pierwszej oskarżano go o to, że jako młody ksiądz molestował chłopców na jakimś obozie wakacyjnym. Opowieść była dość wiarygodna, okoliczności ją uprawdopodobniały, ale do procesu nie doszło, bo człowiek, który oskarżał Pella, w międzyczasie zmarł, a inni nie chcieli zeznawać (dość typowe w sprawach o molestowanie). Gdy tamta sprawa jeszcze się toczyła, Pell, który pełnił wówczas wysokie funkcje w Watykanie i tam rezydował, na wszelkie sposoby starał się uniknąć przyjazdu do Australii. W końcu pojechał tam, zdaje się na wyraźne żądanie papieża Franciszka. I gdy się w Australii znalazł, wysunięto przeciwko niemu nowe oskarżenia, że mianowicie już jako arcybiskup, tuż po mszy, w szatach pontyfikalnych (!), zgwałcił dwóch chłopców (ostało się tylko jedno oskarżenie o gwałt, znów dlatego, że jedna z domniemanych ofiar zmarła). O ile to pierwsze oskarżenie było całkiem prawdopodobne, o tyle drugie nie trzymało się kupy, ale to właśnie w tej sprawie Pell stanął przed sądem i został skazany. Sąd pierwszej instancji odrzucił liczne wnioski dowodowe obrony, a Sąd Apelacyjny stanu Wiktoria podtrzymał wyrok.

Jest całkiem prawdopodobne, że Pell był winien w tej pierwszej, niezakończonej procesem sprawie, nie skazuje się jednak „za całokształt”, tylko za konkretne przestępstwo – a możliwe, że tego, za co został skazany, Pell akurat nie popełnił.

Pell odwołał się do Sądu Najwyższego, który stwierdził

The High Court found that the jury, acting rationally on the whole of the evidence, ought to have entertained a doubt as to the applicant’s guilt with respect to each of the offences for which he was convicted

a skoro są nieusuwalne wątpliwości, oskarżonego nie można skazać. Zastosowano rzymską zasadę in dubio pro reo, wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego.

Wydaje mi się, że kard. Pell był poniekąd oskarżonym symbolicznym. Australijski Kościół Katolicki dopuścił się wielu przewin, w tym przemocy seksualnej wobec dzieci i przemocy w ogóle, zwłaszcza wobec Aborygenów. Przez lata australijskie władze pod byle pretekstem odbierały Aborygenom dzieci i umieszczały je w zamkniętych ośrodkach, z których wiele prowadził Kościół. Tam te dzieci bywały molestowane seksualnie, a nieseksualna przemoc fizyczna i psychiczna była wręcz normą. (Podobnie działo się w Kanadzie z dziećmi rdzennych Amerykanów, w Irlandii zaś do masowej przemocy dochodziło w prowadzonych przez Kościół ośrodkach dla „upadłych dziewcząt”. Proszę to sobie zresztą porównać z Drewnianym różańcem, powieścią Natalii Rolleczek, opisującą realia polskiego przedwojennego sierocińca: przemoc jest tam wszechobecna, ale nie jest to przemoc o charakterze seksualnym.) Australijska Royal Commission oceniła, że aż 6% australijskich duchownych katolickich dopuściło się w badanym kilkudziesięcioletnim okresie przestępstw seksualnych wobec dzieci. To bardzo dużo. Do tego dochodziło ukrywanie i tuszowanie przez Kościół przestępstw seksualnych duchownych, przenoszenie sprawców z parafii do parafii, uciszanie, zastraszanie i przekupywanie oskarżycieli. Australijski Kościół mocno zapracował na publiczną niechęć, jaka go w rezultacie spotkała. I oto przed sądem stanął najwyższy rangą hierarcha tego Kościoła (Pell jest jedynym kardynałem z Australii)! Pojawiła się niewypowiedziana nigdy wprost presja społeczna, żeby go skazać za winy całej instytucji. Tylko znowu – tak nie wolno. Człowiek ma odpowiadać za swoje winy, nie za winy zbiorowości, której jest członkiem. Gdyby Pellowi postawiono zarzuty, że on sam przestępstwa innych księży tuszował czy ukrywał – proszę bardzo, sytuacja byłaby inna. Ale takiego zarzutu nie było. George Pell został pierwotnie skazany, a obecnie uniewinniony, w sprawie o gwałt, którego on sam miał się dopuścić.

W oczekiwaniu na zakończenie postępowania przed sądem świeckim, papież Franciszek nie nałożył na kard. George’a Pella żadnych kar kościelnych, nie pozbawił go kościelnych godności i nie usunął do stanu świeckiego, jak zrobił to z byłym już amerykańskim kardynałem Theodore McCarrickiem, którego przestępstwa seksualne nie budzą wątpliwości. Ponieważ sąd świecki ostatecznie Pella uniewinnił,  kary kościelne go nie spotkają, ale jego kariera jest skończona.

Nie piszę tego bo jestem jakimś fanem kard. Pella. Przeciwnie, nie jestem, bo to jest bardzo konserwatywny duchowny. W ogóle nie jestem fanem instytucjonalnego Kościoła i większości jego hierarchów. Całkowicie przy tym nie zgadzam się z abp. Jędraszewskim, który miał czelność przedstawić sprawę Pella jako przykład na prześladowanie Kościoła. Sądzę wszakże, że każdy ma prawo do sprawiedliwego procesu. Każdy, a więc także najpaskudniejszy przestępca. Każdy, a więc także kardynał. George Pell z dobrodziejstw tego prawa skorzystał.

george_pell