Sen

Śniło mi się, że jestem bogiem. Nie Bogiem, ale bogiem, stwórcą jakiegoś świata, jakiegoś uniwersum. Było to uniwersum dość ograniczone, bo choć ja dla niego byłem bogiem, to jednak moje faktyczne możliwości są skończone, zwłaszcza we śnie. Byłem w tym świecie osobą ważną, choć moja boska natura nie była przez nikogo rozpoznana. Miałem się spotkać z królową brytyjską. A może z królową Jadwigą? Nie pamiętam. Jednak do spotkania nie doszło, bo zostałem fałszywie oskarżony o jakieś przestępstwo i miałem zostać ukarany. Nie przejąłem się zbytnio, bo przecież byłem bogiem i mogłem zmienić bieg rzeczy. Nie zainterweniowałem i patrzyłem, co z tego wyniknie. Wymierzenie mi kary zbliżało się coraz bardziej i wtedy zrozumiałem, że ja nie mogę zainterweniować, a raczej mogę, ale tylko w jeden sposób: Skoro stworzyłem ten świat, mogę go również unicestwić.

Wtedy się obudziłem.

Dobry król Dawid

Jedną z najważniejszych postaci Starego Testamentu jest król Dawid. Wybraniec Boży, jako młody chłopak pokonał olbrzyma Goliata – to wszyscy pamiętają. Ale ponieważ my już nie czytamy Biblii, pewnie sporo osób nie wie, że Dawid przeżywał wiele przygód, ukrywał się, walczył z królem Saulem i jego siepaczami, stopniowo zdobywał stronników, aż w końcu sam został królem Izraela. Był władcą skutecznym, prowadził mnóstwo wojen i uczynił z Izraela lokalne mocarstwo, ale z drugiej strony był kochliwy, miał bodaj osiem żon i jeszcze kilka nałożnic, z którymi miał liczne dzieci. Dzieci te dość zawzięcie walczyły między sobą, a także chwilami z własnym ojcem. No, ale wszystko się dobrze skończyło.

Bodaj najbardziej znaną przygodą miłosną króla Dawida jest jego związek z Betszebą; historia jest tak znana, że Leonard Cohen nawiązał do niej w jednej ze swoich najpiękniejszych ballad.

Betszeba była żoną Uriasza Hetyty, ten zaś był dzielnym żołnierzem, jednym z trzydziestu siedmiu „sławnych wojowników” Dawida, czegoś w rodzaju jego gwardii. Musiał być dość blisko związany z królem, bo jego dom stał w pobliżu pałacu królewskiego. Betszeba była piękna, a musiała niedawno wyjść za Uriasza, bo chyba nie mieli dzieci – w każdym razie Biblia nic o nich nie wspomina – a Dawid jej nie znał, choć dobrze znał Uriasza.

Uriasz pod dowództwem generała Joaba wyruszył na długotrwałą wojnę z Ammonitami (2Sm 11:2-27). Pewnej nocy król Dawid zobaczył z tarasu swojego pałacu nagą Betszebę kąpiącą się na dachu swojego domu. Zapragnął jej, dowiedział się, jak ona się nazywa i kazał ją do siebie sprowadzić.

A gdy przyszła do niego, spał z nią

po czym odesłał ją do domu. Jednak Betszeba zaszła w ciążę. Dawid wezwał więc Uriasza, niby-to żeby wypytać się o przebieg działań wojennych, a tak naprawdę żeby nakłonić go do spania ze swoją żoną, bo wtedy to on zostałby uznany za ojca dziecka. Uriasz jednak odmówił, dwukrotnie, powołując się na to, że nie godzi się, aby on spał z żoną, gdy Arka jest pod namiotem a Joab i reszta armii obozują w polu. Dawid odesłał więc Uriasza do armii, przekazując przez niego list do Joaba:

Postawcie Uriasza tam, gdzie walka będzie najbardziej zażarta, potem odstąpcie go, aby został ugodzony i zginął.

Tak się stało. Cóż za perfidia ze strony Dawida! Nie dość, że uwiódł – a może zgwałcił? – Uriaszowi żonę, to jeszcze uczynił go posłańcem swej własnej śmierci. Po okresie żałoby Dawid wziął Betszebę za swą kolejną żonę.

Obowiązującą interpretację tej historii podał prorok Natan (2Sm 12:1-25). Porównał on króla Dawida do bogacza, który zabrał biedakowi jego jedyną owieczkę. Król Dawid zabrał Uriaszowi żonę, a jego samego

zamordował mieczem Ammonitów

Natan postanowił wyjawić grzech Dawida całemu ludowi i choć Dawid żałował, Natan zapowiedział, że dziecko jego i Betszeby umrze. Istotnie, dziecko ciężko zachorowało i mimo iż Dawid rozpaczał, pościł i prosił Boga o zachowanie życia synka, chłopczyk zmarł. A potem Betszeba i Dawid mieli kolejne dzieci.

Jednego nie rozumiem: Skoro król Dawid planował wzięcie Betszeby jako swojej żony, czemu najpierw próbował wmanewrować Uriasza w uznanie dziecka? Przecież Dawid mógł od razu kazać Uriasza zabić, jak to w końcu uczynił.

Jest też oczywiście interpretacja, wedle której to Betszeba uwiodła Dawida. Specjalnie dała mu się podejrzeć w kąpieli, żeby ten zapałał do niej żądzą. Dlaczego? Jej mąż, Uriasz, mógł co najwyżej liczyć na to, że jeśli nie zginie w którejś kolejnej wojnie, zostanie generałem i ważną postacią na dworze. A Betszebie marzyło się coś więcej: chciała, żeby jej syn został królem. I tak się stało – synem jej i Dawida był Salomon. Ale w tym celu należało uwieść króla i pozbyć się Uriasza…

Jednak w pamięci Izraela Betszeba na zawsze pozostała żoną Uriasza: nawet w genealogii Jezusa czytamy (Mt 1:6)

David autem rex genuit Salomonem ex ea, quae fuit Uriae.
Dawid miał syna Salomona z Uriaszowej.

Ale ja nie o tym. Przyszła mi bowiem do głowy całkiem inna interpretacja historii Betszeby i króla Dawida.

Najpierw trzeba przypomnieć okrutny rytuał kapłańskiego oczyszczenia kobiety posądzonej o zdradę małżeńską (Lb 5:11-31), coś w rodzaju pierwowzoru Sądu Bożego. Otóż jeśli mężczyzna podejrzewa, że żona zdradziła go z innym, ma złożyć przepisaną ofiarę i przyprowadzić żonę do kapłana. Ten, wypowiadając rytualne formuły, ma dać kobiecie do wypicia truciznę. Jeśli kobieta nie zdradziła męża, nic jej się nie stanie, ale jeśli zdradziła, poroni i zostanie trwale bezpłodna. Jeśli mąż podejrzewający żonę o zdradę nie dopełni tego obowiązku i nie przyprowadzi kobiety do kapłana w celu rytualnego oczyszczenia, wina spadnie na niego. A katalog klątw, jakie Bóg zsyła na nieprzestrzegających Prawa, jest obfity (Pwt 28:15-68).

Jaki może być lepszy powód podejrzeń o zdradę, niż żona w ciąży, podczas gdy męża przez wiele miesięcy nie było w domu? Uriasz był człowiekiem religijnym i zapewne dopełniłby rytuału kapłańskiego oczyszczenia Betszeby, z dość oczywisty skutkiem, bo jeśli nie, sam by zgrzeszył.

Otóż Dawid chciał Betszebę przed tym uchronić. Gdy dowiedział się, że Betszeba jest w ciąży, było jasne, że jej zdrady nie da się ukryć. Wezwał więc Uriasza i starał się go nakłonić, by spał ze swoją żoną, bo wtedy dziecko można by przypisać jemu. Gdy to się nie udało, kazał Uriasza zabić, ale nie po to, by mógł sobie wziąć Betszebę, ale dlatego, że w braku świadków – a któż by świadczył przeciwko królowi?! – tylko mąż mógł oskarżyć żonę o niewierność. A gdy już Uriasz zginął, a Betszeba dopełniła rytualnej żałoby, Dawid rzeczywiście wziął ją jako swoją kolejną żonę. Bo Dawid naprawdę się w Betszebie zakochał! I dlatego tak rozpaczał, gdy ich pierwszy synek, ten spłodzony w akcie zdrady małżeńskiej, umierał.

Śmierć tego dziecka zastępuje poronienie przewidziane przez kapłański rytuał oczyszczenia. Bóg mógł wybaczyć Dawidowi i Betszebie, nie skazując jej na bezpłodność, ale dziecko będące owocem zdrady musiało umrzeć.

Wenceslaus HollarDawid i Uriasz, 1638

Glosa: Jeżeli Bożym zamiarem było, aby następcą króla Dawida został syn jego i Betszeby, nie mógł to być bezimienny chłopiec poczęty w akcie zdrady: z pewnością znaleźliby się tacy, którzy kwestionowaliby ojcostwo Dawida tylko po to, aby podważyć prawa chłopca do jego dziedzictwa. Z drugiej strony gdyby następcą miał zostać Salomon, znaleźliby się tacy, którzy kwestionowaliby prawa Salomona z uwagi na prawa Bezimiennego. Chłopiec musiał się urodzić, by Betszeba została żoną Dawida, ale też musiał umrzeć, aby któryś syn tej pary mógł odziedziczyć tron. Bezimienny urodziwszy się spełnił Boski plan i stał się już niepotrzebny, wręcz szkodliwy. Bardzo to smutne.

Referendum

Na propozycję przeprowadzenia referendum w sprawie dopuszczalności aborcji i jej zakresu, działaczki Strajku Kobiet – ostatnio Klementyna Suchanow w TVN24 – i lewicowi aktywiści arogancko odpowiadają, że Nad prawami człowieka się nie głosuje. To oczywiste pomieszanie pojęć. To, czy coś jest prawem człowieka, czy nie, należy do obszaru przekonań etycznych, a nad nimi się nie głosuje. Natomiast prawa człowieka realizowane są przez ustanawianie i egzekwowanie przepisów prawa stanowionego. Nad wszystkimi przepisami, o których dziś mówimy, że wynikają z praw człowieka lub że je urzeczywistniają, ktoś kiedyś głosował. Nad zniesieniem niewolnictwa, nad zakazem pracy dzieci, nad zakazem tortur i poniżającego traktowania, nad ośmiogodzinnym dniem pracy, przyznaniem praw wyborczych kobietom, usunięciem z kodeksów karnych przestępstwa zdrady małżeńskiej, zniesieniem segregacji rasowej i zakazem dyskryminacji, nad przyznaniem prawa do rozwodów – nad tym wszystkim ktoś kiedyś głosował.

Gdy w 2018 Irlandki i Irlandczycy odrzucili w drodze referendum artykuł konstytucji zakazujący aborcji, polskie środowiska feministyczne i lewicowe – liberalne zresztą też, ale nie o nich tu mowa – świętowały to jako tryumf demokracji oraz praw człowieka. Gdy 30 grudnia zeszłego roku argentyński senat przegłosował prawo do aborcji do 14 tygodnia ciąży, polskie lewicowe posłanki cieszyły się:

Gratulacje, Argentyno! My też to sobie wywalczymy.

Cóż więc sprawia, że polskie feministki cieszą się ze zwycięskich głosowań w innych krajach, ale odmawiają tego prawa polskim wyborczyniom i wyborcom? Niepewność odnośnie do wyniku. Każde skuteczne głosowanie na przepisami ucieleśniającymi prawa człowieka poprzedzało przekonanie odpowiednio dużej części społeczeństwa, że taka zmiana jest etycznie słuszna i społecznie pożądana. A w Polsce pogląd, że aborcja bez określania przyczyn powinna być dostępna do, powiedzmy, 12 tygodnia ciąży, jest wciąż wyraźnie mniejszościowy.

Badania opinii publicznej nie wskazują, że większość popiera prawo do aborcji na życzenie. Co prawda wiele zależy od sposobu zadania pytania, ale wygląda na to, że jedynie kilkanaście procent jest za pełną liberalizacją dostępu do aborcji, wyraźnie poniżej 10% jest za jej zakazaniem, bądź to całkowitym, bądź w duchu wyroku Trybunału pani Wolfgangowej, większość zaś opowiada się za jakąś formą „kompromisu aborcyjnego”. Połączonego, niestety, z hipokryzją: Przecież wszyscy po jednej i drugiej stronie wiedzą, co oznaczają ogłoszenia „AAAAA przywracanie miesiączki, pełne znieczulenie” i udają, że tego nie widzą :-/

To, że z innych badań wynika, że większość naszych współobywateli popiera protesty Strajku Kobiet, nie oznacza, że są oni za przyznaniem prawa do aborcji na życzenie. Przecież protesty nie wybuchły pod hasłem żądania liberalizacji dostępu do aborcji, tylko jako reakcja na nieludzki, haniebny – i bezprawny – wyrok ciała uważającego się za Trybunał Konstytucyjny, zakazujący aborcji z powodu ciężkich i nieodwracalnych wad płodu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy rządząca formacja i Kościół wiele wzniosłych słów mówią o ochronie życia, ale realna pomoc z ich strony dla niepełnosprawnych, głęboko upośledzonych dzieci i ich rodzin – a najczęściej dla matek; wielu ojców tego nie wytrzymuje i odchodzi – jest czysto iluzoryczna. Ostatni pomysł Solidarnej Polski, obrzydliwej partyjki pana Zbyszka, to hospicja perinatalne, służące chyba do tego, żeby uwięzić kobiety noszące głęboko uszkodzone płody, zmusić je do rodzenia i pozwolić im przyglądać się, jak ich dzieci umierają. Ludzie protestują przeciwko takiemu okrucieństwu i nawet jeśli część rzeczywiście jest za prawem do wyboru, obecnego poparcia dla Strajku Kobiet nie można utożsamiać z poparciem żądania liberalizacji dopuszczalności aborcji.

Nasza lewica i działaczki Strajku Kobiet obawiają się, że w wyniku referendum większość opowiedziałaby się za przywróceniem status quo ante, co z ich punktu widzenia byłoby porażką.

Ironią losu jest, że w zasadzie z tych samych powodów, co lewica dziś, na początku lat ’90 to religijna prawica nie zgadzała się na referendum w sprawie dopuszczalności aborcji. Jak ujęła to ówczesna posłanka ZChN, Halina Nowina-Konopczyna, wchodząc tym samym do historii polskiego parlamentaryzmu i polskiej aforystyki,

O prawie do przerywania ciąży nie może decydować przypadkowe społeczeństwo.

Na co więc liczą liderki Strajku Kobiet? Szanse na to, że pod wpływem protestów obecna większość sejmowa ogarnie się i powie Ojej, skoro tylu ludzi protestuje, to my im ten dostęp do aborcji zliberalizujmy, jest znikomo mała. W przyszłym Sejmie, nawet jeśli PiS przegra wybory – na co liczę – lewica nie będzie miała większości, aby samodzielnie zliberalizować dostęp do aborcji. Będzie dużo takich, którzy będą przeciw, będzie prezydent i Trybunał Konstytucyjny. Natomiast wynik referendum, prawdziwy głos ludu, będzie znacznie trudniej zakwestionować. Oczywiście referendum musi być odpowiednio przygotowane i musi je poprzedzić głęboka publiczna dyskusja. Nie sądzę, aby sensownie można było zorganizować referendum w tej sprawie wcześniej, niż za trzy, cztery lata.

Protesty Strajku Kobiet i wywołana nimi dyskusja przyczyniają się natomiast do zmiany postaw społecznych. Jeszcze w 2016 nawet w najmłodszej grupie wyborców, 18-29, poparcie dla pełnej liberalizacji aborcji nie sięgało 50%. Dziś wyraźnie przekracza w tej grupie 70%, a powoli rośnie też w pozostałych grupach, być może poza najstarszą. Z kolei brutalność policji, arogancja Kościoła i serwilizm władz, grających dla celów czysto politycznych na nastrojach klerykalnych i nacjonalistycznych, zniechęcają do stanowiska integrystycznego. Klika lat mądrej kampanii, wpływania na nastroje, połączonych z postępującą deklerykalizacją i, no cóż, zmianami demograficznymi, być może doprowadzą do odwrócenia nastrojów. Tak trzymać! Tym bardziej, że, moim zdaniem, kompromis aborcyjny jest już martwy.

Tymczasem jednak odnoszę przykre wrażenie, że tak jak Kościół i prawica, które dużo mówią o ochronie życia, realnie nie robią w tym kierunku prawie nic, przywódczynie Strajku Kobiet dużo mówią o prawach kobiet i, podkreślam, robią bardzo dużo w warstwie perswazyjnej i symbolicznej, realnie robią bardzo niewiele, aby prawa te urzeczywistnić. I chyba nawet nie mają pomysłu, jak mogłyby tego dokonać. Obrażanie (się na) tych współobywateli, którzy łatwo mogliby się stać sojusznikami, nawet jeśli jeszcze nimi nie są, chyba nie jest najlepszą możliwą strategią 😦

Diabeł wcielony

Jarosław Kaczyński to jest zły człowiek. Zły w każdym sensie, także metafizycznym. Kościół uczy o realności szatana. No to proszę: oto jest. Kaczyński, oprócz zadziwiającego zamiłowania do tańczenia na grobach, ostatnio na grobie własnej matki, ma niesamowitą zdolność wyciągania z ludzi tego, co w nich najgorsze. Ci, którzy głosują na PiS, robią to z wielu powodów. Nie podzielam ich i nie pochwalam, ale po części jakoś rozumiem. Ale ci, którzy świadomie się w tę organizację angażują, zostają posłami, ministrami, działaczami, apologetami, funkcjonariuszami władzy w sądach, mediach i gospodarce, jeśli nawet nie mają na początku jawnie złych motywacji, jak pewien rodzaj fanatyzmu lub zdrada (bo oczywiście w PiS rosyjscy agenci są, i to na dosyć prominentnych stanowiskach, a o obecności narodowo-religijnych fanatyków nie ma potrzeby przypominać), muszą mieć w sobie coś złego, przykrego, smutnego, jakieś kompleksy, zadawnione urazy, resentymenty, zawiść. Niespełnione ambicje, oparte głównie o własne przekonanie o swojej wielkości. Pamięć jakichś mniemanych zniewag i upokorzeń, jak Kaczyński, latami międlący w sobie, że Kuroń zajął mu krzesło a Mazowiecki nie zrobił go ministrem. Takich Kaczyński przyciąga i daje im możliwość zaspokojenia ambicji, zaleczenia kompleksów, odegrania się. Zachłyśnięcia się pozornym znaczeniem. Zarobienia paru złotych. Znalezienia posad dla żon, mężów, dzieci i mniej udanych kuzynów. A dalej działa mechanizm, który został już przecież opisany w tylu innych przypadkach: władza, bezkarność plus poczucie bycia wybranym, w połączeniu z niskimi kwalifikacjami intelektualnymi i moralnymi, korumpują coraz bardziej.

Jednak najmniej rozumiem tych, którzy z całej siły zaciskają oczy i zatykają uszy, żeby nie zobaczyć i nie usłyszeć, jaki naprawdę jest PiS.

Fatwa

Kongregacja Nauki Wiary opublikowała zatwierdzony 17 grudnia przez papieża Franciszka dokument, stwierdzający, że stosowanie szczepionek na COVID-19 jest moralnie akceptowalne i że poddanie się tym szczepieniom nie oznacza

legitymizacji, nawet pośredniej, praktyki aborcyjnej.

Brzmi to bardzo tajemniczo, nieprawdaż? Natychmiast skojarzyło mi się z jednym z mitów propagowanych przez antyszczepionkowców (proepidemików) będących jednocześnie religijnymi fundamentalistami, że „w szczepionkach znajdują się komórki abortowanych płodów”. Jest to tak strasznie głupie,  że nikt tego nie mógł sobie ot, tak wymyślić. To się musi jakoś pokrętnie odwoływać do rzeczywistości, której głosiciele tej tezy nie rozumieją, a może nawet nie chcą zrozumieć.

Otóż jak się dowiedziałem,  do produkcji lub testowania szczepionek, w tym szczepionek na COVID, używa „nieśmiertelnych” linii komórkowych, pochodzących od tkanek płodów abortowanych w latach ’60 i ’70; zdaje się, że chodzi o linie MRC-5 i HEK 293. Aborcji nie dokonano w celu pobrania tych komórek, ale skoro już były, hm, dostępne, to je pobrano. Linie te wykorzystywano w całej masie badań biomedycznych. Tu tkwi ziarno, malutkie ziarenko prawdy łączącej szczepionki z aborcją.

Nie jest zatem prawdą, że „w szczepionkach są komórki abortowanych płodów”. Nie jest nawet prawdą, że „do produkcji szczepionek używa się komórek abortowanych płodów” (w domyśle: komórek bieżąco abortowanych płodów). Jest jednak prawdą, że do produkcji szczepionek używa się linii komórkowych pochodzących od komórek abortowanych płodów. Żadna z komórek tych linii nie wchodziła w skład ciał owych płodów; obecnie stosowane komórki powstały po jakiejś olbrzymiej ilości podziałów komórkowych, ale linia została zapoczątkowana z komórek pobranych w wyniku aborcji. Utożsamianie stosowania lekarstw wytworzonych przy użyciu tych linii komórkowych z popieraniem aborcji wydaje się zupełnie głupie, chociaż u jakichś skrupulantów być może wywołuje to pewien niepokój. Katolików żywiących takie obiekcje winien uspokoić przywołany dokument Kongregacji Nauki Wiary, wzywający jednocześnie do prac nad „etycznie nieskazitelnymi” szczepionkami.

Jak się okazuje, podobny problem etyczny ze szczepionką na COVID mieli muzułmanie, aż Rada Fatwy Zjednoczonych Emiratów Arabskich wydała fatwę, iż szczepionka jest halal, nawet jeśli zawiera żelatynę wieprzową.

Tymczasem w Polsce prymas, abp Wojciech Polak, stwierdził, że zaszczepi się na COVID, ale Konferencja Episkopatu Polski, choć formalnie powtarza za Watykanem zgodę na stosowanie szczepionek, nazywa je „niegodziwie wyprodukowanymi”. Prawdą jest, że i Kongregacja Nauki Wiary odmawia

moralnej aprobaty dla używania linii komórkowych z abortowanych płodów

ale sformułowania użyte przez KEP są bardziej radykalne, kładąc nacisk na „niegodziwość” metod i zezwalając na stosowanie szczepionki tylko w braku innych rozwiązań, podkreślając w ten sposób wątpliwości, zamiast je rozwiewać. Cóż, wydaje mi się, że islamska fatwa bardziej przystaje do sytuacji epidemicznej, niż stanowisko mojego Kościoła 😕.

Arytmetyka narodowa

Pod rządami PiS wszystko w Polsce – przynajmniej wszystko to, co władza poczytuje sobie za powód do dumy – jest narodowe. Aż mi znajoma pisze, że dostała alergii na przymiotnik „narodowy”. No to będzie musiała cierpieć jeszcze bardziej, gdyż rząd, ustami Mateusza Morawieckiego, ogłosił Narodowy Program Szczepień na COVID-19.

Na chwilę obecną mamy już zarezerwowanych i zakupionych ponad 60 000 000 dawek szczepionek od sześciu wiodących światowych producentów! Jesteśmy zabezpieczeni

ogłosił tryumfalnie Morawiecki.

A na konferencji prasowej szef KPRM, minister Michał Dworczyk, oraz minister zdrowia, Adam Niedzielski, chwalą się, że

tygodniowo możemy szczepić 180 tys. osób.

No to policzmy: 180 tysięcy razy 52 tygodnie = 9 milionów 360 tysięcy wkłuć w ciągu roku, a ponieważ skuteczne zaszczepienie wymaga podania dwóch dawek, oznacza to ok. 4 miliony 700 tysięcy zaszczepionych osób. I to przy założeniu, że nie będzie jakichś poważniejszych problemów logistycznych (na przykład, czy nie zabraknie suchego lodu, potrzebnego do przechowywania szczepionek – poważnie pytam).

To co się stanie z pozostałymi ponad 50 milionami dawek szczepionek? Przeterminują się?

Albo inaczej: Gdyby w ciągu roku chcieć zużyć 60 milionów dawek, co wystarczyłoby do zaszczepienia 30 milionów osób, zgodnie z założeniami Narodowego Programu Szczepień, dziennie trzeba by szczepić ponad 160 tysięcy osób. Dziennie. Codziennie, także w niedziele i święta. Przecież to jest zupełnie niewyobrażalne.

Czy oni umieją w arytmetykę? Sądzę, że nie tyle nie umieją, ile zupełnie się nią nie przejmują: ważne, żeby po raz kolejny ogłosić sukces i zamydlić ludziom oczy. Ileż to już razy Morawiecki ogłaszał kolejne sukcesy w walce z epidemią, o innych sukcesach – takich jak polskie promy morskie, milion elektrycznych samochodów, pół miliarda posadzonych drzew, sto tysięcy mieszkań rocznie w ramach rządowego programu – nie wspominając?

A może po prostu PiS ma jakąś swoją własną arytmetykę? Narodową.

Dlaczego teraz?

Odpowiedzialność PiSu za haniebny wyrok Trybunału pani Wolfgangowej jest oczywista: PiS od lat ostentacyjnie związał się z polskim Kościołem, spełnia jego zachcianki, głównie finansowe, swoją władzę opiera na tradycjonalistycznych, katolickich wyborcach, idzie z Kościołem ręka w rękę w atakach na LGBT, przywódcy PiS, z Kaczyńskim, Dudą, Szydło i Morawieckim na czele, biorą udział w różnych para-religijnych uroczystościach, na listy wyborcze wstawia katolickich integrystów i cyników, którzy sądzą, że spełnianie żądań Kościoła jest warunkiem koniecznym kariery, wreszcie takież osoby deleguje do TK, bo lepszych nie ma. Do tego pani Przyłębska jest popychadłem Kaczyńskiego, osobą pozbawioną jakiegokolwiek osobistego autorytetu. Bez rządów PiSu tego wyroku by nie było. Jest więc zrozumiałe, że opinia publiczna sądzi, iż to Kaczyński kazał mgr Przyłębskiej wydać taki wyrok. A ja myślę, że takiego polecenia nie było, była co najwyżej zgoda Kaczyńskiego i to motywowana inaczej, niż się powszechnie sądzi. PiS odpowiada za wyrok i jego skutki, ale był to raczej wypadek przy pracy, niż celowe działanie.

Dlaczego Kaczyński miałby kazać Trybunałowi pani Przyłębskiej wydać taki wyrok? Podawane są trzy możliwe przyczyny:

  1. Chodziło o „przykrycie” epidemii i tego, jak straszliwie rząd sobie z nią nie radzi.
  2. Kaczyński postanowił skorzystać z okazji, jaką daje epidemia, aby wreszcie zrealizować główne żądanie Kościoła. W czasie epidemii ludzie nie będą protestować, co najwyżej będą jakieś ograniczone protesty, więc łatwo to przejdzie.
  3. W ramach walki z panem Zbyszkiem o rząd dusz na prawicy, Kaczyński postanowił pokazać, że to on jest prawdziwym twardzielem i to on, a nie pan Zbyszek, jest największym przyjacielem sfanatyzowanych katolickich integrystów.

Jeśli chodzi o punkt pierwszy, ten argument jest dosyć słaby. Epidemia spowodowała poważne zmiany w naszym życiu. Szkoły są w większości zamknięte, wszyscy muszą chodzić w maseczkach, są ograniczenia w sklepach, wiele osób pracuje zdalnie, nie można się spotykać ze znajomymi, zamknięto knajpy, są ograniczenia w komunikacji miejskiej, grozi jeszcze dalej idący lockdown, ludzie boją się o pracę, o to, z czego opłacą czynsz i kredyty i nawet jeśli nie boją się COVIDa, to zaczynają się bać, że jeśli dostaną zapalenia wyrostka robaczkowego, umrą w męczarniach, bo wszystkie SORy są zatkane. To trwa już od dłuższego czasu i prawie na pewno potrwa jeszcze bardzo długo. Dotyka wszystkich, nawet tych, dla których kryteria dopuszczalności aborcji nie są szczególnie ważne. Tego nie da się „przykryć” niczym, bo nawet jeśli ludzie – część ludzi – przez kilka dni będą mówić raczej o czymś innym, epidemia i jej skutki nieuchronnie wrócą na pierwszy plan.

Odnośnie do punktu drugiego, Kaczyńskiemu wcale nie zależy na realizacji żądań Kościoła jako takich. On te żądania spełnia tylko wtedy i tylko w takim zakresie, w jakim służą one umocnieniu jego władzy. A zaostrzenie reguł dopuszczalności aborcji ma skutek wręcz przeciwny. Kaczyński doskonale wie, że pomimo zmasowanej propagandy Kościoła, większość społeczeństwa, w tym około połowa wyborców PiS, sprzeciwia się temu żądaniu. Taki krok radykalizuje kobiety, daje lewicowej/lewicującej opozycji jasne hasło na przyszłe wybory, mobilizuje przeciwników, antagonizuje nawet część ludzi, którzy nie należąc do żelaznego elektoratu PiS, z rozmaitych powodów dotąd tę partię popierali. Kaczyński jest szalony, ale nie jest głupi i dobrze rozumie, że to mogłoby zaszkodzić jego władzy. Dlatego w 2007 nie zgodził się na wpisanie „ochrony życia od poczęcia” do konstytucji, w 2016, pod wpływem Czarnego Protestu, wycofał się z zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej w Sejmie, kierując ją do sejmowej zamrażarki, a gdy integrystyczni posłowie z jego partii, próbując obejść Kaczyńskiego, złożyli wniosek w tej sprawie do TK, Kaczyński, przy pomocy swojego odkrycia towarzyskiego, pani mgr Przyłębskiej, pilnował, aby nie został on rozpoznany, aż w końcu wniosek i projekt ustawy upadły wraz zakończeniem poprzedniej kadencji Sejmu. Po wyborach grupa posłów PiS i Konfederacji powtórnie złożyła analogiczny wniosek i znów mgr Przyłębska przez wiele miesięcy dbała o to, aby nie został on rozpatrzony. Zaostrzenie kryteriów dopuszczalności aborcji nie umacnia władzy Kaczyńskiego, przeciwnie, grozi jej utratą – albo w wyborach za trzy lata, albo nawet i wcześniej, bo sytuacja staje się wyraźnie niestabilna.

Wreszcie punkt trzeci, potencjalnie najbardziej interesujący. Owszem, taki ruch umocniłby Kaczyńskiego wobec pana Zbyszka, a zatem zapobiegł potencjalnej utracie jakiejś części głosów na skrajnej prawicy, ale kosztem centrum, a nawet głosów nieco na prawo od centrum, oraz posłużyłby do mobilizacji przeciwników. Dalej jak w punkcie drugim.

Nie widzę zatem racjonalnych powodów, dla których Kaczyński miałby kazać Trybunałowi pani Przyłębskiej wydać taki wyrok.

Dlaczego więc wyrok został wydany teraz, w środku szalejącej epidemii? Otóż myślę, że z uwagi na wewnętrzną sytuację w Trybunale.

Pani mgr Julia „Wolfgangowa” Przyłębska, mieniąca się prezesem TK „odkrycie towarzyskie” dr. Jarosława Kaczyńskiego, nie panuje już nad Trybunałem. Sędziowie buntują się przeciwko jej arogancji i metodom zarządzania, przeciwko manipulowaniu składami, żądaniom deklaracji lojalności, nieoficjalnym spotkaniom z przedstawicielami partii rządzącej. Poza tym, choć nigdzie nie powiedziano tego wprost, odnieść można wrażenie, że sędziowie odczuwają pewną wyższość wobec obdarzonej nienachalnym intelektem mgr Przyłębskiej. Nawet najwierniejsza z wiernych Krystyna Pawłowicz ma jej już serdecznie dość.

Nie należy się przy tym cieszyć, że ten bunt oznacza coś dobrego dla polskiej demokracji. Jednym z powodów buntu zasiadających w Trybunale katolickich integrystów było na przykład opóźnianie przez mgr Przyłębską wyroku w sprawie dopuszczalności aborcji. Sędzia-dubler Jarosław Wyrębak napisał nawet w tej sprawie list, który dziwnym trafem wyciekł do publicznej wiadomości.

Tak czy siak, doszło do sytuacji, w której PiS, mimo iż teoretycznie ma w TK prawie wyłącznie „swoich” sędziów, nie jest pewien orzeczeń. Pani Przyłębska musiała w zeszłym tygodniu odwołać dwie sprawy, w których groziło, że zapadną wyroki nie po myśli PiSu: w sprawie ustawy dezubekizacyjnej i w sprawie Rzecznika Praw Obywatelskich (czy wobec niewybrania następcy, może pełnić swoją funkcję po zakończeniu kadencji). Wyrok w sprawie aborcji był trzecią sprawą zapowiedzianą na zeszły tydzień. Gdyby i to posiedzenie pani Przyłębska odwołała, bunt zapewne by się zaognił, a opinia publiczna doszłaby do wniosku, że PiS Trybunału już nie kontroluje. Przyłębska, zapewne za zgodą Kaczyńskiego, uznała, że to byłaby katastrofa wizerunkowa i że sprawę aborcji, ostatecznie, można przeprowadzić. Wydała im się ona najbardziej bezpieczna. Niewątpliwie nie docenili skali protestów, myśleli, że z uwagi na epidemię nie będą zbyt głośne, nie przewidzieli, że ten wyrok to dla wielu kropla przepełniająca czarę goryczy. Ostatecznie więc wyrok zapadł nie jako element jakiegoś przemyślanego planu, ale pod presją sytuacji doraźnej, w wyniku krótkowzroczności i organicznej nieumiejętności przewidywania konsekwencji własnych działań, typowej dla funkcjonariuszy i nominatów PiS. Nie ogarniają rzeczywistości i mają za swoje.

Zdaje się, że PiS, a może i w części Episkopatu, zaczyna panikować, bo zrozumieli, że mocno przeholowali. Teraz w ramach damage control przebąkują coś o ustawie, która – literalnie wbrew wyrokowi Trybunału! – miałaby zezwalać na aborcję po stwierdzenia wad letalnych płodu lub prowadzących do potwornych zniekształceń w wypadku urodzeń żywych, a blokowałaby jedynie aborcje w wypadku stwierdzenia trisomii 21 (zespołu Downa). Za późno. Gdyby cisnęli taki projekt w twarz Chazanowi i innym fanatykom w 2016, miałoby to jakieś znaczenie. Dziś już nie ma niczego pośrodku. Jest albo pełna liberalizacja, albo Salwador.

A na razie polskich katedr musi pilnować policja. Patrz, Kościele, do czego w swojej głupocie i zaślepieniu doprowadziłeś.

Katedra w Poznaniu, 25 października 2020

Wyłączony środek

Przedwczorajszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, zakazujący aborcji z powodu ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, jest jednym z bardziej haniebnych wydarzeń w historii Polski po 1989. Niektórzy podnoszą, że to nie jest tak naprawdę wyrok, gdyż został wydany przez skład, w którym zasiadały osoby nieuprawnione, dublerzy, a rozprawie przewodniczyła mgr Julia „Wolfgangowa” Przyłębska, która bezprawnie uważa się za prezesa TK. Ponadto o sprawie fundamentalnie ważnej zdecydowała grupka niemłodych osób („grupka kolesi”), w większości reprezentujących jedną stronę spektrum politycznego, bez żadnej publicznej dyskusji czy debaty, wbrew, jak należy sądzić, większości opinii publicznej, udając, że rozstrzygają problem prawny, gdy w rzeczywistości narzucili krajowi swoje interpretacje moralne. Te argumenty zapewne w jakiejś przyszłości posłużą do obalenia tego wyroku, ale na razie, choć dezawuowany, przez kilka najbliższych lat będzie on obowiązywał.

Nie będę tłumaczył, dlaczego wyrok ten uważam za okrutny i haniebny. Kto to rozumie, ten rozumie, a fanatycznych reprezentantów drugiej strony i tak nie przekonam.

Chcę natomiast zwrócić uwagę na trzy ważne, moim zdaniem, zagadnienia łączące się z tym wyrokiem.

A. Prawica unieważniła „kompromis aborcyjny” z 1993. Dotąd pomiędzy stanowiskami skrajnymi, żądaniami całkowitego zakazu aborcji vs liberalizacji aborcji na wzór zachodni, istniało stanowisko pośrednie: nie dopuszczamy aborcji zdrowych, prawidłowo rozwijających się ciąż, ale dopuszczamy aborcję z przesłanek humanitarnych. Otóż tego środka już nie ma. Dotąd umiarkowani konserwatyści, chadecy, liberałowie, a także znaczna część katolików, tego kompromisu bronili, co z tego, że z coraz bardziej kwaśnymi minami. Dziś już nie ma czego bronić. Zostają tradycjonaliści i katoliccy integryści w sojuszu z tymi mężczyznami, dla których zakaz aborcji jest narzędziem do kontrolowania kobiet z jednej strony, a środowiska lewicowe, sprzeciwiająca się opresji starego porządku młodzież i większość kobiet z drugiej. Więc gdy zmieni się – bo przecież kiedyś się zmieni – układ sił politycznych i debata na temat ustawy aborcyjnej powróci, dzisiejsi umiarkowani, nie mając już własnego stanowiska, którego mogliby bronić, dołączą raczej do lewicy niż do integrystów, choćby dlatego, że jakichkolwiek związków z integrystami będą się po prostu brzydzić. Także wszyscy ci, którym kryteria dopuszczalności aborcji są moralnie obojętne, opowiedzą się raczej za stanowiskiem, które w dzisiejszej Polsce uważane jest za skrajne lewactwo, a w zachodniej Europie jest już normą, niekwestionowaną nawet przez tamtejszych konserwatystów: aborcja na życzenie, być może poprzedzona obowiązkową konsultacją lekarską i rozmową z psychologiem, jest dopuszczalna do któregoś tygodnia ciąży.

Prawica, wykreślając kompromis aborcyjny, zmusza wszystkich umiarkowanych i obojętnych do opowiedzenia się po którejś stronie. I jestem przekonany, że nie będzie to strona integrystyczna. Wczorajszy wyrok TK, paradoksalnie, doprowadzi do liberalizacji aborcji, choć ceną za to będzie kilka lat cierpienia kobiet, ich nieszczęsnych, skazanych na bolesną śmierć dzieci i ich rodzin.

B. Kościół nie obroni swojego integrystycznego stanowiska, gdyby – na przykład – miało dojść do referendum w kwestii liberalizacji dopuszczalności aborcji. Kościół stracił już swój autorytet moralny. Pogrzebał się pod obroną pedofilów i systemową niepamięcią o tych przestępstwach, pazernością, demonstracyjnym zawłaszczaniem przestrzeni symbolicznej, ścisłym, przekraczającym wręcz granice śmieszności (biskup porównujący nieudolnych ministrów do ewangelistów) sojuszem z władzą i absurdalnymi atakami na osoby nieheteronormatywne. Pod seksualnymi fiksacjami większości kleru. Pod absurdalną walką o utrzymanie podległości kobiet. Nawet teraz, w czasie epidemii, polski Kościół, miast opiekować się samotnymi, chorymi, tracącymi poczucie materialnego bezpieczeństwa, przerażonymi ludźmi, toleruje jakieś bzdury, że ksiądz, rozdając komunię, nie może przekazać koronawirusa, bo ma konsekrowane dłonie. Zamiast wzywać ludzi do solidarności i wzajemnej pomocy, szczuje wiernych na lewaków i gejów, dzieląc ludzi na lepszych i gorszych. Zamiast namawiać ludzi do zachowania zasad higieny i dystansu, wzywa do stawiania krzyży morowych jako najbardziej skutecznego remedium przeciwko chorobie, biskupi zaś ostentacyjnie lekceważą państwowe zalecenia higieniczne. Nie żyjemy w XVIII wieku. Wiemy, że istnieją drobnoustroje, które za nic sobie mają obrzędy religijne, a jednak Kościół z całą powagą zwraca się do nas językiem teologii sprzed stuleci, jakbyśmy nie chodzili na lekcje biologii w szkole.

Kościół wzywa kobiety do heroizmu, do rodzenia ciężko chorych dzieci, ale sam, zamiast wspierać te kobiety, buduje kolejne monstrualne świątynie, kupuje samochody i inne dobra materialne, domagając się pieniędzy, pieniędzy i jeszcze więcej pieniędzy. Popiera hipokrytów i przemocowych nacjonalistów, a bojowy różaniec, mogący służyć jako kastet, jest dla niego znakiem wiary, a nie obrazą Boga.

Ludzie to wszystko widzą. Oczywiście Kościół zachowuje autorytet w konserwatywnych środowiskach tradycjonalistycznych, wśród ludzi starszych, na autorytet Kościoła powołują się grupy przemocowych nacjonalistów, istnieją też dość prężne integrystyczne wspólnoty młodzieżowe. Prężne, ale niezbyt liczne. Jak wynika z badań PEW Reserach Center, Polska jest jednym z najszybciej laicyzujących się krajów: jako całość jesteśmy wciąż jednym z najbardziej religijnych krajów w Europie, ale rozziew pomiędzy dużym zaangażowanie religijnym osób 40+ a znacznie bardziej umiarkowaną religijnością osób młodszych jest największy pośród wszystkich badanych krajów.

I dlatego, gdyby miało dojść do referendum w sprawie liberalizacji dopuszczalności aborcji lub innej formy publicznej debaty na ten temat, Kościół przegra. Zaangażuje całe swoje zasoby, lecz przegra.

C. Sam fakt wydania wyroku przez Trybunał pani Wolfgangowej świadczy, że władza Kaczyńskiego słabnie. Opinia publiczna czyni Kaczyńskiego odpowiedzialnym za wczorajszy wyrok Trybunału. Moim zdaniem niesłusznie, mimo iż „z urzędu” musi on robić dobrą minę do złej gry. Kaczyński nie jest katolickim integrystą. Wątpię nawet, czy on wierzy w Boga. Kaczyński jest politycznym cynikiem, bez wahania wykorzystującym wszystko, co może umocnić jego władzę. Ponieważ większość Polaków to nominalni katolicy, Kościół zaś wciąż cieszy się dużym autorytetem w środowiskach wiejskich, ostoi władzy PiS, Kaczyński postawił na sojusz z Kościołem. Jarosław Kaczyński nie jest żadnym „genialnym strategiem”, ale jedną rzecz naprawdę umie: czytać sondaże. Otóż sondaże, a także rozmiar Czarnego Protestu po próbie ustawowego zaostrzenia zakazu aborcji w 2016, jasno pokazują, że większość obywateli naszego kraju takiego zaostrzenia nie chce. Forsowanie tego projektu obróciłoby opinię publiczną przeciw PiSowi. Dlatego Kaczyński kazał zamrozić stosowną ustawę w komisjach sejmowych, gdzie dotrwała ona do końca kadencji i umarła na skutek dyskontytuacji.

Jednak grupa posłów PiS – licznie tam obecni katoliccy integryści – i Konfederacji – przemocowcy chcący mieć władzę nad kobietami – zaskarżyła kompromis aborcyjny do TK. Ten długo zwlekał z wydaniem wyroku, pani Przyłębska opóźniała to, jak mogła, ale w końcu ona i zasiadający z woli PiS w Trybunale katoliccy integryści i hipokryci, wydali wyrok. Nie po myśli Kaczyńskiego. Jemu wcale nie zależy na spełnianiu zachcianek naszego anachronicznego Episkopatu, tylko na utrzymaniu władzy – a wie, że zaostrzenie przepisów o dopuszczalności aborcji, zwróci przeciwko Pisowi znaczną część opinii publicznej. Tak znaczną, że aż może rozstrzygnąć o wyborach. A mimo to mgr Przyłębska wydała wyrok antagonizujący wobec PiS znaczną grupę wyborców, w tym wyborców dotąd obojętnych, nieuczestniczących w wyborach lub bezrefleksyjnie głosujących na PiS dla świętego spokoju.

Przyłębska uległa presji swoich – he, he – kolegów z TK i dopuściła do odbycia się rozprawy, o której z góry było wiadomo, jaki będzie wyrok. Moim zdaniem stało się to wbrew woli Kaczyńskigo, który wie, że na skutek tego wyroku znaczna część opinii publicznej zwróci się przeciwko niemu. Kaczyński nie kontroluje już Trybunału. Mianując katolickich fundamentalistów do TK, Kaczyński wypuścił dżina z butelki. He had it coming.

Jest to drugie tego typu zdarzenie. Pierwszym było starcie z panem Zbyszkiem przy okazji „rekonstrukcji rządu”, z którego, wbrew powszechnym oczekiwaniom, to pan Zbyszek wyszedł zwycięsko. Nie stracił nic ze swoich prerogatyw ani wpływu na obsadzone przez jego ludzi spółki Skarbu Państwa, za to wylansował się jako najtwardszy element w całym PiSie, a pozycja jego głównego oponenta, a zarazem faworyta Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, została osłabiona.

Kaczyński wciąż symbolicznie stoi na czele szeroko pojętego PiSu, wciąż jego głos najbardziej się liczy w szeregu spraw, ale nie jest już jedynowładcą. Musi się liczyć z opiniami innych grup. A wewnątrzpisowska skrajna prawica właśnie uzyskała samodzielność.

Na parafii w Błędowie

Rachunek sumienia dla dzieci z parafii św. Prokopa Opata w Błędowie

Taki rachunek sumienia, rzekomo dla dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii, zamieściła na swoich stronach pewna parafia; pisze też o tym Gazeta Wyborcza. Internet zapłonął oburzeniem: Kościół każe wybaczać pedofilom! Parafia zdążyła już usunąć ten rachunek sumienia, ale Internet wciąż płonie:

Sformułowanie faktycznie okropne, bo sugeruje ze jeśli nie wybaczysz – nie dostaniesz rozgrzeszenia.

To absolutnie przerażające. Poza tym brzmi tak absurdalnie, że aż trudno uwierzyć, iż ktoś mógł to wymyślić

No tak. Jezus to wymyślił.

Ale zanim do tego dojdę, muszę zauważyć, że to najprawdopodobniej nie jest rachunek sumienia przeznaczony dla dzieci, tylko rachunek „ogólny”, dla dorosłych. Proszę zwrócić uwagę na zachowane fragmenty dotyczące przykazania „Nie zabijaj”: Czy dopuściłem się grzechu zabójstwa lub byłem za nie współodpowiedzialny? Czy przyczyniłem się do śmierci dziecka poczętego? To zupełnie nie pasuje do dzieci, ale do dorosłych – może. Także te budzące gniew Internetu fragmenty dotyczące wykorzystania seksualnego nie są, moim zdaniem, skierowane do dzieci. „Wykorzystanie seksualne” to pojęcie ze świata dorosłych. Dziecko przygotowujące się do Pierwszej Komunii, a więc mniej więcej dziewięcioletnie, jeśli jest wykorzystywane seksualnie, wie, że dzieje się coś straszliwie złego i niewłaściwego, ale raczej nie umie tego nazwać, zinterpretować, zrozumieć (typowy element powtarzający się w opowieściach ofiar pedofilii: nie rozumiałem, nie rozumiałam, co się dzieje) – a więc i wybaczyć. Podobnie nie wydaje mi się, aby dzieci w tym wieku wykorzystywały seksualnie młodsze rodzeństwo, a jeśli coś takiego się zdarza, żeby rozumiały potworność takiego czynu. Podsuwanie takiego rachunku sumienia dzieciom pierwszokomunijnym jest zupełnie chybione. Myślę, że ktoś, kto kompletnie nie zna się na psychologii dziecięcej i pedagogice lub nie bardzo wiedział, co tam właściwie jest napisane, lub jedno i drugie, wskazał to dzieciom, żeby im „pomóc” przygotować się do spowiedzi. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane 😦

Jeśli zaś chodzi o to, że Kościół każe wybaczać, to owszem, Kościół tak właśnie robi. Kościół każe wybaczać wszystkim grzesznikom. Jezus powiedział

Kochajcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą. Dobrze mówcie o tych, którzy was przeklinają (Łk 6:27-28)

i dalej

Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6:36)

Tu nie ma żadnych zastrzeżeń ani warunków. Jezus był bezwzględnym idealistą i uczył, że trzeba kochać każdego, okazywać miłosierdzie, a więc także wybaczać, każdemu, nawet najbardziej zatwardziałemu zbrodniarzowi. Taki rodzaj wybaczania jest dla nas na granicy moralnego heroizmu, więc, my, ludzie z tego świata, na ogół oczekujemy, żeby ten, któremu wybaczamy, poprawił się: poczuł żal i wstyd, okazał skruchę, zaprzestał swego procederu, spróbował jakoś zadośćuczynić wyrządzonemu złu. Jeśli ktoś nadal czyni zło nam lub komuś innemu, my, nie będąc moralnymi herosami, uznajemy, że ktoś taki nie zasługuje na wybaczenie i jest to całkowicie zrozumiałe. Z drugiej strony jeśli ktoś faktycznie okazał skruchę i się poprawił, a my uparcie, przez długi czas odmawiamy mu wybaczenia, sami grzeszymy zatwardziałym gniewem. Kościół wzywa dorosłych, by wybaczyli tym, którzy wykorzystywali ich jako dzieci, podobnie jak wzywa, by wybaczyli innym grzesznikom – pod warunkiem, że krzywdziciele się poprawili. Wybaczenie prześladowcy, nawet takiemu, który się nawrócił, może być bardzo trudne, ale należy próbować. Nie chodzi o to, czy ktoś dostanie rozgrzeszenie, ale czy stara się sprostać wymaganiom, jakie wierzącym stawia Jezus.

Jest tu jednak pewna rzecz, która wydała mi się na tyle interesująca, że o tym drobnym, jednostkowym zdarzeniu piszę. Otóż zgadzając się, że ten rachunek sumienia nie powinien być kierowany do dzieci, dostrzegam w nim coś interesującego: pytanie, czy wybaczyłem rodzicom lub innym krewnym, że wykorzystywali mnie seksualnie? Polski Kościół na ogół twierdzi, że polska, katolicka rodzina jest z natury święta, a zatem dobra, a zatem nic złego nie może spotkać dziecka w rodzinie. Wszelkie zło przychodzi do rodziny z zewnątrz, z zepsutego świata. Mówienie o potwornościach, jakie spotkają część dzieci w rodzinie, jest absolutnym tabu, wszelkim zaś władzom wara od tego, co się w rodzinie dzieje. Skoro więc w tym wzorcu rachunku sumienia Kościół – pewna parafia – przyznaje, że dziecko może być potwornie skrzywdzone przez rodziców lub innych krewnych, ba, że jest to rzecz na tyle częsta, że warto zwrócić na nią uwagę ogółowi wiernych, to idzie za tym konstatacja, że nie każda rodzina koniecznie musi być święta. I dalej, skoro dzieci bywają krzywdzone, to może uczenie dzieci, że mają prawo do sprzeciwu, protestu, do udania się po pomoc do innych dorosłych, a więc pewne elementy edukacji seksualnej, nie są podstępem Szatana, ale jest w tym coś dobrego?

Wydaje mi się, że te elementy dyskutowanego rachunku sumienia – jeśli pamiętać, że są adresowane do dorosłych, nie do dzieci – są jakimś krokiem w dobrą stronę: ułomnym, pokracznym, niewielkim, ale jednak w dobrą stronę. Jakąś malutką rysą na gmachu polskokościelnej hipokryzji.

Może dlatego proboszcz kazał ten rachunek sumienia usunąć?

Czerwony Kapturek 2020

Od czasów znakomitej książki Brunona Bettelheima Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni wiadomo, że baśnie to nie tylko opowieści mające zainteresować dzieci, dostarczyć im rozrywki, ewentualnie ukołysać do snu. Baśnie, pod pozorem atrakcyjnej narracji, subwersywnie, wręcz podstępnie wprowadzają dzieci w świat dorosłych, a właściwie ostrzegają przed niebezpieczeństwami, które w tym świecie czyhają.

Ta obserwacja zachowuje wartość, nawet jeśli podsuwane przez Bettelheima interpretacje okazują się błędne.

Weźmy baśń o Czerwonym Kapturku. Według Bettelheima, baśń ta ostrzega dziewczynki u progu kobiecości przed mężczyznami, którzy chcą je omamić, by ostatecznie je symbolicznie pożreć i pochłonąć. Jednak bogatsi o wskazówki, dostarczane nam przez Ordo Iuris i aktualnego Rzecznika Praw Dziecka, przyjrzyjmy się tej baśni jeszcze raz. Oto przebrany w babcine szaty Wilk pożera Kapturka. Jeszcze raz: Wilk – postać niewątpliwie męska, co akurat Bettelheim prawidłowo zinterpretował – przebrał się w babcine szaty, w damskie ciuszki, w kobiecą bieliznę, i pożarł, zniewolił, zamordował Kapturka. Widzimy tu w sposób jaskrawy, że transgender, przekraczanie tradycyjnych ról płciowych, prowadzi do zbrodni i to nie do jednej! Powodowany przemożną chęcią zdobycia kobiecych ubrań, Wilk najpierw morduje Babcię, a potem, już przebrany, daje się całkowicie ponieść swoim chorym upodobaniom i morduje Kapturka. Niezdrowa fascynacja kobiecą bielizną przejawiana przez mężczyznę prowadzi do podwójnej zbrodni. Transgender to zło! A że transgender jest jednym z elementów LGBT, widzimy, że samo LGBT jest inherentnie złe.

Poprawnie zinterpretowana baśń o Czerwonym Kapturku okazuje się więc być ostrzeżeniem przed ideologią LGBT.

Czytelników porażonych tym nowym, choć w gruncie rzeczy oczywistym odczytaniem baśni, pozostawiam sam na sam ze swoim osłupieniem.