TSUE a sprawa polska

Trybunał Konstytucyjny* odroczył dziś wydanie wyroku w sprawie nadrzędności polskiej Konstytucji nad prawem unijnym. Polska Konstytucja jest niewątpliwie nadrzędna nad prawem unijnym w tym sensie, że zgodnie z Konstytucją Polska zaakceptowała traktat akcesyjny i zgodnie z Konstytucją może go wypowiedzieć. Chodzi o to, czy wydane w Polsce akty prawne niższego rzędu mają mieć pierwszeństwo nad prawem unijnym i czy prawo unijne można interpretować w duchu dowolnej interpretacji Konstytucji. A tak konkretnie chodzi o to, czy Polska ma obowiązek stosowania się do wyroków TSUE.
*A raczej „Trybunał Konstytucyjny”, obradujący pod przewodnictwem mgr Julii „Wolfgangowej” Przyłębskiej.

Dzisiejsze odroczenie jest, moim zdanim, ściśle związane z tym, że dzisiaj Mateusz Morawiecki ma rozmawiać z przewodniczącą Komisji Europejskiej, Ursulą von der Leyen. Trybunał Konstytucyjny wyda swój niezależny 🙂 wyrok w zależności od przebiegu tej rozmowy.

Gdyby Trybunał Konstytucyjny orzekł, że Polska do orzeczeń TSUE stosować się nie musi, Komisja Europejska może uznać, że w Polsce nie są przestrzegane zasady praworządności, o jakich mowa przy utworzeniu Funduszu Odbudowy. Gdyby bowiem w przyszłości, w jakiejś hipotetycznej sprawie, TSUE orzekł, że jakieś środki z Funduszu Odbudowy zostały wydane niezgodnie z prawem, Polska zaś z góry by zastrzegła, że takiego wyroku nie uzna, oznaczałoby to, że Unia Europejska traci kontrolę prawną nad wydawaniem środków pochodzących od europejskich podatników. A skoro tak, to polski rząd mógłby z kamienną twarzą zwyczajnie rozdać te pieniądze swoim kuzynom, oligarchom i poplecznikom, a Komisji Europejskiej nic do tego!

Komisja Europejska nie może się na to zgodzić. Jeśli Ursula von der Leyen jasno oświadczy, że skoro Polska nie chce przestrzegać europejskich zasad praworządności, to z Funduszu Odbudowy nie dostanie ani centa, wtedy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej być może uzna, że wyroków TSUE jednak musimy przestrzegać. Jeśli przewodnicząca Komisji Europejskiej będzie kluczyć i nie będzie stanowcza wobec Mateusza Morawieckiego – może ta Polska tylko tak straszy na potrzeby polityki wewnętrznej, ale gdy przyjdzie co do czego, to jednak wyrok TSUE wykona – wtedy odkrycie towarzyskie Jarosława Kaczyńskiego wyda taki wyrok, jaki Kaczyńskiemu się spodoba.

Orzeczenie, że Polska nie musi realizować wyroków TSUE, byłoby milowym krokiem na drodze do Polexitu. A raczej – do Wypierpolu.

Tabu

W ostatnich miesiącach papież ukarał ośmiu polskich biskupów za chronienie przed odpowiedzialnością podległych sobie księży-pedofilów. Są to

kard. †Henryk Gulbinowicz
abp Sławoj Leszek Głódź
bp Edward Janiak
bp Kazimierz Ryczan
bp Jan Tyrawa
bp Zbigniew Kiernikowski
bp Stefan Regmunt
abp Wiktor Skworc

Do tego trzeba doliczyć głośne sprawy sprzed kilku lat:

abp †Juliusz Paetz
abp †Józef Wesołowski

…a także biskupów, w sprawie których dochodzenia wciąż trwają. Słyszałem o trzech:

bp Jan Szkodoń
abp Stanisław Wielgus
kard. Stanisław Dziwisz

Pomińmy Wesołowskiego, Paetza i Skworca. Pozostali otrzymali kary w ludzkim wymiarze dosyć łagodne: zakaz publicznego sprawowania obrzędów religijnych na terenie swoich (byłych) diecezji, zakaz przebywania na terenie tych diecezji (nie dotyczyło to Gulbinowicza z uwagi na jego stan zdrowia), zakaz uczestniczenia w pracach Konferencji Episkopatu Polski i nakaz wpłacenia bliżej nieokreślonych kwot na rzecz kościelnych fundacji wspierających ofiary molestowania seksualnego.

Skworc natomiast próbuje ucieczki do przodu. Po niekorzystnym dla niego wyniku wewnątrzkościelnego dochodzenia, ale przed formalnym ogłoszeniem kary, sam zrezygnował z ważnych funkcji w KEP, zobowiązał się do wpłacenia jakichś kwot na rzecz ofiar oraz poprosił o wyznaczenie arcybiskupa-koadiutora, co dla urzędującego metropolity musi być upokarzające.

Lewicowa opinia publiczna zżyma się na łagodność tych kar. Do więzienia, do więzienia, a najlepiej do więzienia o chlebie i wodzie, krzyczy lewa strona internetu. Nie mogę się powstrzymać od uwagi, że jest to sentyment wyraźnie post-katolicki: To średniowieczni kaznodzieje epatowali wiernych opisami mąk piekielnych i opowiadali, jak to duszom zbawionych przyjemność sprawia oglądanie cierpień potępionych; po Reformacji zostało to raczej przy Kościele Katolickim, nie u protestantów. Stąd też żal, że ktoś ukarany cierpi nie dość dotkliwie.

Zgoda, w wymiarze ludzkim kary nie są dotkliwe, zwłaszcza dla kogoś tak bogatego, jak arcybiskup senior generał sołtys Głódź. Jednak w wymiarze symbolicznym jest to przełom! W Polsce biskup był dotąd nie-ty-kal-ny! Wraz z sakrą otrzymywał nadludzką mądrość, nieograniczoną władzę nad swoją diecezją, dożywotnie zaproszenie w charakterze najbardziej szanownego gościa na wszystkie uroczystości kościelne i państwowe na swoim terenie i pozycję, której nikt nie śmiał zakwestionować. Najłagodniejsza krytyka biskupa była niedopuszczalna, była tabu, był traktowana jak bezbożny atak na samego Jezusa Chrystusa. Klerykalizm w najwyższym natężeniu. Gdy przemawia biskup, nawet Chrystus milczy, miano mówić klerykom w którymś seminarium. A tu zonk! Okazuje się, że biskup może postępować źle, niegodnie, tak, że Kościół nie jest w stanie tego tolerować. Uwierzcie mi, to jest olbrzymi przełom. Myślę, że za parę lat wszyscy będą to uważać za rzecz zupełnie naturalną – biskup to biskup, lokalny zwierzchnik religijny, taka praca, ale pod każdym innym względem zwykły człowiek – ale dzisiaj ściągnięcie na ziemię polskich biskupów, bytujących u stóp Boga wyżej, niż aniołowie, to jest bardzo ważne wydarzenie.

Gulbinowicz, Głódź, Regmunt i Ryczan zostali ukarani, gdy byli już na emeryturze, Gulbinowicz dosłownie na łożu śmierci, pozostałych poproszono, aby złożyli rezygnacje. Kościół karze biskupów dopiero wtedy, gdy ich zachowanie doprowadza do niedającego się opanować skandalu – tak się przynajmniej dotąd wydawało. Jednak sprawy Kiernikowskiego, Regmunta i Tyrawy, choć w swojej materii nie odbiegały od pozostałych, nie były aż tak bardzo nagłośnione, więc „dawny” (w rzeczywistości całkiem niedawny) Kościół mógłby myśleć o ich zatuszowaniu, przeczekaniu, a przynajmniej dotrwaniu do nieodległego czasu, gdy Kiernikowski i Tyrawa z racji wieku odejdą na emeryturę. A jednak nie. Dalsze trwanie tych biskupów na urzędzie instytucjonalny Kościół uznał za niegodne i szkodliwe dla swojego wizerunku.

Ciekawe z tego punktu widzenia będą losy biskupa Szkodonia. To postać chyba najmniej znana ze wszystkich tu wymienionych, biskup pomocniczy krakowski, jeszcze z czasów kard. Macharskiego. Bp Jan Szkodoń nie jest oskarżany o to, że ukrywał księży-molestatorów, ale że sam był molestatorem, mianowicie przez szereg lat uprawiał seks z pewną dziewczyną od czasów, gdy była niepełnoletnia, aż do jej czasów studenckich. Szkodoń był przyjacielem rodziców tej kobiety, którzy nie widzieli nic dziwnego w tym, że biskup wydzwania do niej o najdziwniejszych porach dnia i nocy i zamyka się z nią na długie godziny w pokoju. Przeciwnie, zdawali się być z tego dumni.

Bp Szkodoń powtórzył aż za dobrze znany schemat: mężczyzna o wysokiej pozycji społecznej wykorzystuje młodą, trochę naiwną, ale przede wszystkim bezbronną kobietę, a potem zostawia ją samą. Ten wzorzec wszedł nawet do kultury: w literaturze anglosaskiej jest to Tess of the d’Urbervilles Thomasa Hardy’ego, u nas na nim oparte jest libretto Halki. Uwiedzenie i porzucenie budzi współczucie dla ofiary i niechęć, gniew wobec sprawcy. Gniew, ale nie odrazę czy przerażenie, zwłaszcza gdy ofiara jest tylko jedna. Co innego, gdy jest cały szereg ofiar.

Odrazę i przerażenie budzi bowiem seksualne drapieżnictwo: masowe wykorzystywanie kolejnych i kolejnych ofiar, traktowanych całkowicie przedmiotowo, zwłaszcza jeśli ofiarami są dzieci. Wściekłość budzą osoby chroniące takich sprawców, utwierdzające ich w poczuciu bezkarności oraz faktycznie ułatwiające kolejne napaści, bo do tego sprowadzało się przesuwanie księży-pedofilów do innych parafii, gdzie nieświadomi sytuacji ludzie podchodzili do nowego księdza z ufnością. Szkodoń „tylko” molestował jedną dziewczynę i w tym aspekcie jego sprawa różni się od spraw ostatnio ukaranych biskupów.

Osoba pokrzywdzona przez Szkodonia złożyła doniesienie do prokuratury, ta jednak w 2019 uznała, że sprawa się przedawniła, ale że przytoczone przez pokrzywdzoną okoliczności bardzo uprawdopodabniają, iż do zarzucanych Szkodoniowi przestępstw doszło. W 2020 okazało się, że przeciwko Szkodoniowi toczy się dochodzenie wewnątrzkościelne. Bp Szkodoń rzecz jasna oświadczył, że jest niewinny, ale że tymczasowo rezygnuje z pełnienia funkcji biskupich. Znikł z diecezji krakowskiej, mieszkał w jakimś klasztorze, parę tygodni temu nawet się mówiło, że może zostanie oczyszczony z zarzutów, ale teraz podobno ze względu na stan zdrowia zamieszkał w domu księży emerytów. No i ciekawe, czy w imię klerykalnej wyrozumiałości Kościół mu daruje, czy jednak go ukarze, choćby symbolicznie. Zakaz publicznego sprawowania funkcji biskupich, wpłata na rzecz ofiar itd. Myślę, że i ze względu na uczucia ofiary, i z uwagi na publiczne poczucie moralności, i wreszcie ze względu na wiarygodność Kościoła, jakąś karę należałoby na Jana Szkodonia nałożyć. No, zobaczymy.

Płoną kościoły

Płoną kościoły w Kanadzie.

Przede wszystkim chcę powiedzieć, że bardzo mi z tego powodu smutno. Nie tylko dlatego, że jestem chrześcijaninem. Świątyń nigdy nie powinno się niszczyć. Nawet jeśli są to obce świątynie. Nawet jeśli są to świątynie religii, do której czujemy niechęć.

Jednak skąd ta fala podpaleń? Trzeba się cofnąć ponad sto lat wstecz. Ówczesne władze Kanady, traktujące rdzenną ludność jak podludzi, postanowiły ich „cywilizować” poprzez przymusową „edukację” dzieci. Stworzono więc cały system residential schools, jak byśmy dziś powiedzieli, zamkniętych szkół z internatami, do których wysyłano dzieci Pierwszych Narodów. Szkół tych było kilkadziesiąt, rozsianych po całej Kanadzie. Od końca XIX wieku do roku 1969 prowadził je Kościół (a właściwie Kościoły – 60% katolicy, 40% protestanci różnych denominacji). To nie była żadna tajemnica, wszyscy o tych szkołach wiedzieli, a przynajmniej mogli wiedzieć, a cel, jakim była przymusowa asymilacja dzieci w głównej kulturze kanadyjskiej, był uznawany za słuszny. W 1969 zarząd nad szkołami przejął kanadyjski rząd federalny, stopniowo je likwidując lub oddając w zarząd społecznościom rdzennym – stosunek europejskich Kanadyjczyków do ludności rdzennej zaczął się zmieniać – ale i po 1969 w części szkół na jakiś czas pozostał stary personel i stare obyczaje. W ostatnich tygodniach na terenach trzech byłych szkół katolickich odkryto nieoznaczone groby łącznie ponad tysiąca dzieci, pochodzące z okresu, gdy pełną odpowiedzialność za ośrodki ponosił Kościół. Odkrycie grobów wzbudziło wielki gniew tak społeczności rdzennych, jak i europejskich Kanadyjczyków, a podpalenia kościołów są zapewne jego przejawem. Przy okazji obalono też lub pochlapano czerwoną farbą kilka pomników; pomników mi nie żal.

Los dzieci uwięzionych w ośrodkach szkolnych dla ludności rdzennej był straszny. Ich kontakty z rodzinami były bardzo ograniczone, niekiedy wręcz do zera. Ponieważ głównym celem tych ośrodków było wyrwanie dzieci z ich rodzimej kultury, „zabicie w dziecku Indianina”, karano za posługiwanie się ojczystym językiem lub praktykowanie jakichkolwiek obrzędów czy zwyczajów właściwych dla ich ludów. Karano za próby ucieczki. Oczywiście karano również za zwykłe przewinienia. Kary cielesne były bardzo surowe, wręcz okrutne, wymyślne, upokarzające. Dochodziło też do przemocy seksualnej, ale to nie ona dominowała. Największą opresją było wyrwanie ze swojego środowiska, uwięzienie i poczucie całkowitej bezradności, prowadzące do utraty poczucia własnej wartości, własnego języka i własnej kultury. Taki był cel.

Nadużyciem jest jednak stwierdzenie, jakim szafuje lewicowy internet, że odkryto groby zamordowanych dzieci. Zapewne większość zmarła na skutek braku opieki i złych warunków, w jakich przebywały. Ośrodki były źle wyposażone, niedogrzewane zimą, ze złymi warunkami sanitarnymi, kiepskim wyżywieniem. Część z ośrodków była przeludniona. Szalały choroby, w tym gruźlica, a kto by się tam kłopotał chorobą jakiegoś indiańskiego dziecka i wydawał pieniądze na jego leczenie? Śmiertelność musiała być duża, ale trudno się nawet doliczyć ile dzieci zniknęło z ewidencji, czyli najprawdopodobniej zmarło, gdyż dokumentacja była kiepsko prowadzona. Działająca w latach 2008-15 Komisja Prawdy i Pojednania, mająca na celu ujawnienie prawdy o zamkniętych ośrodkach dla dzieci ludności rdzennej, szacuje, że zniknęło około 6,000 dzieci spośród 150,000, jakie łącznie, przez te wszystkie lata, w nich przebywało.

Pamiętajmy jednak, że to nie Kościół był pomysłodawcą utworzenia tych ośrodków. To nie księża wyłapywali dzieci w rezerwatach i wysyłali je do szkół. Ta rasistowska polityka była dziełem rasistowskiego rządu Kanady, a Kościół – tak samo rasistowski, jak społeczeństwo, z którego wyrastał – tylko gorliwie, bez najmniejszych skrupułów, wręcz w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku ją realizował, dokładając od siebie nieco indywidualnego okrucieństwa. Kościół nie robił zresztą niczego nowego: Przez setki lat Kościół był instrumentalny w wynaradawianiu i eksploatacji, kulturowym ludobójstwie ludów tubylczych, których ziemie umyślili sobie zająć biali kolonizatorzy, oczywiście twierdząc, że chodziło jedynie o ewangelizację, ucywilizowanie i troskę o zbawienie dusz nieszczęsnych tubylców. A Kanada była państwem kolonialnym. Także okrucieństwo ze strony duchownych wobec ludności rdzennej było zapewne czymś powszednim, tylko że świadectwa się nie zachowały. Te z Kanady się zachowały, bo działo się to stosunkowo niedawno, a europejscy Kanadyjczycy zmienili w międzyczasie swój stosunek do ludności rdzennej, przynajmniej powierzchownie. Otwarte okazywanie rasizmu stało się passe.

Jedyną osobliwością wydarzeń kanadyjskich jest, że nie mówimy o tym, co się działo w XVI czy XVII wieku na ziemiach zwanych dziś Ameryką Łacińską czy w XIX wieku w Kongu, ale w XX wieku, niemalże współcześnie, w kraju należącym do rdzenia euroatlantyckiego świata, w społeczeństwie, które chce się widzieć jako cywilizowane i bardzo tolerancyjne. Dlatego dzisiejsi Kanadyjczycy wypierają rasizm swoich nieodległych przodków, ich odpowiedzialność za system szkół rezydencjalnych i za to, co się w nich działo. Domagając się specjalnych przeprosin od papieża Franciszka wygłoszonych na kanadyjskiej ziemi – mimo że kanadyjski episkopat i zakony, które niegdyś prowadziły te szkoły, już przepraszały, Benedykt XVI w Watykanie wyraził swój smutek i żal a katolicy spoza Kanady nie odpowiadają za to, co się tam działo – krzyczą „to nie my, to zły Kościół”.

Smutne jest to, że polityka władz Kanady okazała się skuteczna. Większość z licznych języków rdzennych mieszkańców nie przetrwa najbliższych lat, gdyż mówi nimi tylko kilkoro staruszków. Nie przekazali ich swoim dzieciom, bo te były zamknięte w ośrodkach szkolnych.

Kościół Katolicki ma dużo obrzydliwych zaszłości historycznych, ale dzisiejsi katolicy nie ponoszą winy za to, co ich współbracia kiedyś robili. Z drugiej strony niezwykle mnie drażni, gdy księża utrzymują, iż Kościół zawsze bronił sprawiedliwości, życia, praw rodziny etc, bo to jest straszna bzdura. Jednak podpalanie kościołów w dzisiejszej Kanadzie jest bolesne i bezcelowe. Nie naprawi wyrządzonych krzywd, a godzi w ludzi, którzy sami są niewinni. Parafianie ze spalonych kościołów ponoszą podobną odpowiedzialność za potworności, jakie miały miejsca w ośrodkach dla indiańskich dzieci i za samo istnienie tych ośrodków, co dzisiejsi zachodni Europejczycy za kolonializm, dzisiejsi Amerykanie za niewolnictwo czy dzisiejsi Polacy za los chłopów pańszczyźnianych. Wszyscy tak czy inaczej czerpiemy z tego ponurego dziedzictwa, nie ponosząc jednak osobistej odpowiedzialności za to, co się wtedy działo. Jeśli już kogoś symbolicznie karać, to instytucje będące następcami dawnych oprawców. Dlatego niezbyt mnie dziwi obalenie pomnika królowej Wiktorii czy pochlapanie farbą pomników JPII, bo choć sami nie odpowiadali za działalność tych szkół, stanowią symbole instytucji, które je stworzyły i prowadziły, Imperium Brytyjskiego i Kościoła Katolickiego.

Tymczasem jednak w części polskiego lewicowego internetu większa jest radość ze spalonych kościołów, niż smutek z powodu śmierci tamtych dzieci.

Płonący kościół w Morinville, Alberta, 30 czerwca 2021

Wór złota

Wszyscy politycy i publicyści piszący o środkach z europejskiego Funduszu Odbudowy jak mantrę powtarzają, że to dobrze, iż Polska te pieniądze otrzyma. Zdaje się, że nikt nawet nie śmie mieć tutaj nawet cienia wątpliwości, w tym politycy Platformy Obywatelskiej, którzy wstrzymali się w głosowaniu nad ratyfikacją FO.

Ja nie jestem politykiem ani znanym publicystą. Jestem polskim wyborcą i polskim podatnikiem i publicznie, choć raczej wobec wąskiego grona, powiem, co myślę: Jeśli pozbawiony jakiejkolwiek realnej kontroli PiS środki z Funduszu Odbudowy zmarnuje, przekształci w swój budżet wyborczy, przeznaczy na chybione inwestycje, a resztę rozkradnie legion jego działaczy i ich niewydarzonych krewnych na państwowych posadach, Polska równie dobrze mogłaby ich nie dostać. I może byłoby lepiej, gdyby nie dostała.

Zwolennicy przyjęcia środków z Funduszu Odbudowy, czyli praktycznie wszyscy, powiadają, że nawet jeśli PiS wyda te pieniądze źle i nieodpowiedzialnie, to jednak zostaną one w Polsce, rozkręcą rynek, stworzą miejsca pracy, zniwelują nierówności, zbuduje się za nie rzeczy, które będą istnieć długo po odejściu PiSu. Nie będzie więc źle, choć oczywiście szkoda, że pod rządami PiSu znaczna część tych pieniędzy zostanie wydana głupio.

Nie jestem tego pewien. Może być jeszcze gorzej. Jeśli do kraju w krótkim czasie napływają znaczne środki zewnętrzne, ich nieprzemyślane wydawanie może zrujnować gospodarkę. Daron Acemoglu i James A. Robinson analizują to na przykładach historycznych w swojej wybitnej książce Why Nations Fail. Ale mamy całkiem współczesne przykłady, w których raptowny przypływ środków zewnętrznych w postaci olbrzymich pieniędzy z UE lub środków pozyskanych przez emisję denominowanych w euro obligacji, doprowadził dwa kraje do potężnego kryzysu. Mam na myśli Grecję i Hiszpanię.

Grecy środki z UE przejedli. Kolejne rządy kupowały sobie w ten sposób poparcie. Sfera budżetowa rozrosła się niepomiernie. Greków nagle zaczęło być stać na kupowanie dóbr importowanych, więc lokalna gospodarka upadła: po co uprawiać pomidory czy produkować AGD, skoro taniej jest jedno i drugie kupić za granicą? Albo po co rozwijać taką produkcję przemysłową lub rolną, która jest naprawdę potrzebna, skoro można celować w działania wynagradzane dotacjami i zarobić na tym jeszcze więcej? Póki się dało, rząd grecki stosował sztuczki księgowe lub wręcz fałszował statystyki, by ukryć fatalną sytuację budżetu. Do tego Grecja realizowała kosztowne programy zbrojeniowe (flota na wypadek konfliktu z Turcją, formalnym sojusznikiem z NATO), więc łatwo pożyczane pieniądze szybko przepływały do zachodnioeuropejskich stoczni, a odsetki trzeba było płacić. W efekcie gospodarka załamała się, ale ponieważ Grecja była w strefie euro i lokalny kryzys mógł zainfekować pozostałe kraje, bogata europejska Północ tym się zainteresowała. Narzucono Grecji program naprawczy, forsowny i bardzo uciążliwy dla obywateli, ale nie zostawiono jej samej.

Hiszpanie z kolei postawili na rozwój infrastruktury. Zbudowali wspaniałą sieć autostrad, liczne nowoczesne lotniska i cały szereg imponujących budynków publicznych. Ale po autostradach nikt nie jeździ, więc kolejne odcinki są zamykane, nie ma pieniędzy na utrzymanie i remonty tego, co działa, na nowe lotniska nikt nie lata, a utrzymanie ich i tych wszystkich gmachów publicznych kosztuje krocie. Dusi to gospodarkę. Łatwo jest zbudować, zwłaszcza nie za swoje, utrzymać – znacznie trudniej, bo na to dotacji już nie ma. Za to napływ środków z zewnątrz przyczynił się do napompowania bańki na rynku nieruchomości, która kiedyś pękła z hukiem. Teraz Hiszpania potrzebuje środków z Funduszu Odbudowy znacznie bardziej, niż Polska.

Do tego i w Grecji, i w Hiszpanii swoje dołożyła korupcja.

Obawiam się, że Polska pod rządami PiS, wydając środki z Funduszu Odbudowy, twórczo zaadaptuje rozwiązanie greckie i hiszpańskie: korupcję, rozdawnictwo, kupowanie poparcia politycznego, patologiczny rozrost budżetówki, inwestycje infrastrukturalne bez zastanawiania się nad ich przydatnością i przyszłymi kosztami utrzymania. Do tego, jak sądzę, Polska może dołożyć coś od siebie, mianowicie megainwestycje rujnujące środowisko, jak tama na Wiśle, trasy kolejowe do CPK prowadzone przez obszary cenne przyrodniczo czy kolejna gigantyczna odkrywka. A mamy też poczynione wobec Trumpa zobowiązania odnośnie do kontraktów zbrojeniowych.

Jeśli olbrzymie środki z Funduszu Odbudowy zostaną wydane bezmyślnie, głupio, w perspektywie doraźnego efektu politycznego i w celu zaspokojenia manii wielkości rządzących, to z kosztów nie wygrzebiemy się przez całe lata, a raczej dziesięciolecia, a straty środowiskowe mogą być nieodwracalne. Wydawanie tak dużych pieniędzy musi być przemyślane, zaplanowane i kontrolowane, bo inaczej możemy wpaść w poważne tarapaty. A wtedy, ponieważ nie jesteśmy w strefie euro – do której w przewidywalnym czasie nie wejdziemy, po pierwsze z powodów politycznych, a po drugie dlatego, że coraz dalej nam do spełnienia warunków – nam nikt nie pomoże.

Polska zgodziła się na ratyfikację Funduszu Odbudowy, co było słuszne z punktu widzenia solidarności europejskiej, jednak nie zobowiązała się do przyjęcia tych funduszy, zwłaszcza w części pożyczkowej. Więc może jednak lepiej nie…?

Taka sytuacja

Należy pogodzić się z faktem, że Polska2050 Szymona Hołowni wyprzedza Platformę w sondażach; co więcej, wzrost Hołowni kosztem Platformy wydaje się być trwałym trendem. Wszyscy, którzy od lat różnymi słowy powtarzali, że warunkiem koniecznym odsunięcia PiSu jest rozmontowanie Platformy, powinni się cieszyć. No, zobaczymy.

Dlaczego Platformie idzie co raz gorzej? Przede wszystkim jest to efekt PiSowskiej propagandy sączonej uparcie, nieprzerwanie, przy każdej okazji, a właściwie nawet bez żadnej okazji, że Platforma jest nieskuteczna. Oraz PiSowskiej praktyki eliminującej Platformę z normalnej gry politycznej, nawet jeśli później część pomysłów PiS od Platformy przejmuje i przedstawia jako własne: Platforma ma być nieskuteczna, PiS skuteczność pozoruje. Ponadto w PiSowskiej propagandzie, zależnie od okoliczności, Platforma jest ultra-neoliberalna lub skrajnie lewicowa. A dla dużych grup wyborców Platforma jest nie dość liberalna lub nie dość lewicowa, więc ta propaganda zawsze do kogoś trafi.

W dodatku przy okazji ostatniego kryzysu wokół Funduszu Odbudowy przywódcy Platformy zawiedli. Mimo iż merytorycznie, jak sądzę, mieli rację, w swojej arogancji nie próbowali nawet uzgodnić spójnej strategii z innymi i wyszła z tego kompletna katastrofa.

A dlaczego akurat Hołownia? Bo on, mówiąc głównie do dotychczasowych wyborców Platformy, powtarza, że Platforma jest nieskutecznym anty-PiSem. To on, Hołownia i jego Polska 2050, będą skutecznym anty-PiSem, o czym świadczy fakt, że nie są Platformą, a Platforma jest nieskuteczna.

I do tego się, niestety, poglądy Hołowni ograniczają.

Kleptokracja

To nieprawda, że PiS rządzi wyłącznie po to, by kraść.

Jarosław Kaczyński rządzi po to, żeby zaleczyć swoje kompleksy, nasycić rozbuchane ego i napawać się upokarzaniem przeciwników.

Pan Zbyszek chciałby rządzić z dokładnie tych samych powodów.

Dla części prominentnych PiSowców sama władza jest jak narkotyk i innych gratyfikacji im nie trzeba, choć na ogół nimi nie gardzą.

Są też tacy, którzy uczestniczą we władzy, by móc wcielać swoje obłąkane i szkodliwe pomysły ideologiczne.

Dopiero pozostali rządzą lub wspierają tę władzę, by kraść. Jak zawsze nie mam na myśli wyborców PiS, którym w większości szczerze współczuję, ale polityków, działaczy, nominatów i medialnych eksponentów tej partii.

Trochę przykro

Wielki Piątek. Na Mezzo stosownie Pasja wg św. Mateusza Bacha, Ensemble Pygmalion, dyryguje Raphaël Pichon. Nagranie z 2016, oglądałem trzeci lub czwarty raz, ale oderwać się od tego nie sposób. O samej Pasji nie ma co pisać, jeden z największych szczytów europejskiej muzyki, setki stron na ten temat napisano. Ale to wykonanie jest znakomite, wybitne. Pichon to nowa gwiazda europejskiej dyrygentury, następca Marca Minkowskiego. Nawet się na niego zewnętrznie trochę stylizuje, ale go nie małpuje. Minkowski, jak kiedyś pisałem, dyryguje rękoma, łokciem, barkiem, biodrem, a Pichon tym wszystkim oraz brwiami. Serio. I dzięki temu sprawuje absolutną, totalną kontrolę nad swoim zespołem.

Skończyło się, więc sprawdzam, czy nie ma gdzieś czegoś interesującego. Jest! Na TVP Kultura Pasja wg św Jana, dyryguje Marcin Świątkiewicz, nagranie z 2020, zarejestrowane w Kościele Pokoju w Świdnicy. Niestety nie wiem, kto gra i śpiewa. Świątkiewicz elegancko dyryguje – przysiągłbym – od pozytywu, co jest o tyle dziwne, że to jest klawesynista. Wykonanie ascetyczne, z orkiestrą zredukowaną do absolutnego minimum i bez osobnego chóru: soliści tworzą chór. Historycy muzyki twierdzą, że tak było. Bacha nie było stać ani na zatrudnienie dużej orkiestry, ani tym bardziej wielu śpiewaków. Mendelssohn, który odkrył kompletnie zapomnianego Bacha, narzucił styl wykonawczy z wielką orkiestrą i przytłaczającym chórem, ale to raczej odzwierciedlało siłę i aspiracje ówczesnych Niemiec, niż to, jak ta muzyka „naprawdę”, w oryginalnym wykonaniu brzmiała. W takiej ascetycznej formule wystawiał ją ze świetnym skutkiem na przykład wspomniany wyżej Marc Minkowski. Pichon jest gdzieś po środku: orkiestra i chór są rozbudowane, ale nie monstrualne, nie ma osobnych solistów – partie solowe śpiewają członkowie chóru.

No więc posłuchałem tego wykonania ze Świdnicy, mniej więcej od połowy. Nie spodziewałem się cudów, ale w porównaniu z Ensemble Pygmalion (nb, Pasję wg św. Jana też wykonywali) to polskie wykonanie brzmi pół-amatorsko. Muzyka jest wielka, wybitna, oszałamiająca, ale poziom wykonawczy… Zrobiło mi się trochę trochę przykro.

Pluskwy

Po Narodowej Primaaprilisowej Wpadce ze Szczepieniami dla każdego powinno być już jasne, że ten rząd do niczego się nie nadaje, nic nie potrafi.

Rozwalili, co się dało: Edukację, prawo, armię, solidarność społeczną, przyspieszyli erozję systemu ochrony zdrowia. Niszczą kulturę. Mamy niestabilne, za to najwyższe w Europie ceny energii, wielki import węgla z Rosji i gwarancje zatrudnienia dla górników pracujących w strukturalnie deficytowych kopalniach. System energetyczny nam się za chwilę rozleci. Środkowa Polska wysycha i stepowieje. Lasy i reszta środowiska są dewastowane. Nawet stadniny koni i popularne stacje radiowe zniszczyli. Dla równowagi, nic dobrego dla Polski nie zrobili. Nic, literalnie nic.

Nie przygotowali kraju na epidemię. Wiedzieli, że druga i trzecia fala nadejdą, a nie zrobili dosłownie nic! Nie przygotowali procedur, zapasów, organizacji pracy i planów ewentualnościowych. Nie przemyśleli zasad wprowadzania kolejnych stopni lockdownu. Nie przygotowali nawet szkół. Pieniądze z kolejnych tarcz antykryzysowych nie trafiały do tych, co trzeba, tylko albo do wielkich firm państwowych (LOT – 3 mld), albo do krewnych i znajomych królika, albo tu i ówdzie, zupełnie przypadkowo. Pieniądze z Funduszu Inwestycji Lokalnych, w zamyśle antykryzysowego, trafiają prawie wyłącznie do samorządów PiSowskich. Samorządy nie-PiSowskie dostają mało, duże miasta – zupełnie nic. Ale za to ile samozadowolenia rządzący okazywali, jak bardzo się sami sobą chwalili, tego na wołowej skórze nie spiszesz!

Nieregularne i opóźnione dostawy szczepionek to rzeczywiście nie jest wina rządu, ale katastrofa, właściwie kompletne załamanie systemu rejestracji i wynikający stąd chaos, obciążają tylko i wyłącznie rząd PiS.

Po co nam taka władza? Po co nam taki rząd?!

PiS potrafi tylko trzy rzeczy:

1. Jeśli coś jako-tako działa, zniszczyć to, a przynajmniej popsuć.

2. Forsować, choć właściwie też głównie straszyć forsowaniem swoich obłąkanych, antyobywatelskich pomysłów ideologicznych.

3. A przede wszystkim doić ten kraj, jak nikt nigdy dotąd. Wójt Obajtek nie jest błędem systemu. Wójt Obajtek jest jego kwintesencją. Ale oprócz oligarchy in spe Obajtka mamy jeszcze tysiące pomniejszych figur na stanowiskach od ministerstw i NBP, poprzez spółki Skarbu Państwa, aż do samorządów i szeregowych stanowisk w państwowych instytucjach w gminach i powiatach – postaci zatrudnianych nie ze względu na swoje kwalifikacje, ale wyłącznie ze względu na to, że są członkami rodzin, konkubinami, kuzynami lub znajomymi kogoś z PiS. Merytoryczne kompetencje są wręcz przeciwwskazaniem do pełnienia różnych funkcji, zwłaszcza jeśli jest jeszcze jakiś PiSowiec, który potrzebuje trochę zarobić, więc trzeba go gdzieś zatrudnić. Do tego te wszystkie nowotworzone Agencje do Spraw, spółki celowe, fundacje i inne pseudo-firmy finansowane z pieniędzy publicznych, a powoływane tylko po to, żeby było gdzie zatrudniać partyjnych działaczy i ich niezbyt udanych krewnych. Te wszystkie „granty” przyznawane firmom pana Rydzyka, pana Szumowskiego, wójta Obajtka i tylu innym. Kradną nawet na dostawach sprzętu do przeciwdziałania epidemii i na budowie szpitali tymczasowych. A wszystko to w oparach kłamstwa i hipokryzji, w pełnej pogardzie dla ludzi i naszego biednego kraju.

Obsiedli Polskę i wysysają z niej krew.

Tęcza nie obraża

Księdzu Tadeuszowi Łebkowskiemu do sztambucha. Ks. Łebkowski ma całkiem ładną tradycję Solidarnościową, ale w ostatnich latach zaangażował się bez reszty prawacko: Smoleńsk, ataki na LGBT and all that jazz. To po obraźliwej dekoracji Grobu Pańskiego w kościele, w którym ks. Łebkowski był proboszczem, aktywistki rozlepiały w okolicy podobizny Tęczowej Matki Boskiej. Wkrótce potem ks. Łebkowski został przez biskupa wysłany na emeryturę, formalnie ze względu na wiek. Dziś ks. Łebkowski występuje jako oskarżyciel posiłkowy w procesie aktywistek o obrazę uczuć religijnych, a jego pełnomocniczka z Ordo Iuris domaga się dla oskarżonych kary półtora roku więzienia (surowszej, niż prokurator), jako argument przed państwowym (!) sądem mającym wydać wyrok w imieniu Rzeczypospolitej wysuwając fakt, że homoseksualizm jest grzechem wołającym o pomstę do nieba. Nawiasem mówiąc, współczesne rozumienie „grzechu sodomskiego”, jakie prezentuje na przykład o. Adam Szustak OP, mówi ogólnie o perwersjach seksualnych, które „robią z człowieka zwierzę”, bez wymieniania homoseksualizmu, oraz o… niegościnności (mieszkańcy Sodomy chcieli zgwałcić męskich aniołów, którzy przybyli do domu Lota).

A tęcza nikogo nie obraża. Tęcza jest symbolem Przymierza, jakie Bóg zawarł z ludźmi. Ze wszystkimi ludźmi. Z homoseksualistami też. Z uwagi na symbolikę Przymierza, obrazy, na których Matka Boska stoi na tęczy bądź jest otoczona tęczowym nimbem, można liczyć na pęczki. Łącznie z plakatem promującym podróż JPII do Polski w 1983.

Definicja konstytucyjna

Zwolennicy haniebnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego zakazującego aborcji z uwagi na „ciężkie i nieodwracalne upośledzenie płodu albo nieuleczalną chorobę zagrażającą jego życiu” argumentują, że wyrok nie mógł być inny, gdyż Art. 38 konstytucji stanowi, że

Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.

Rzecz w tym, iż konstytucja nie definiuje życia czy też, bardziej precyzyjnie, nie definiuje, co rozumiemy przez pojęcie człowieka, którego życie podlega bezwzględnej ochronie. A nie jest to wcale oczywiste. Ustawodawca konstytucyjny, choć były takie próby, świadomie zrezygnował z wpisania tej definicji do tekstu konstytucji.

Na początku odniosę się do stanowiska religijnego: Życie ludzkie to życie istoty posiadającej duszę nieśmiertelną. Ten argument nie może być uwzględniany w dyskusji konstytucyjnej, jako że obowiązującą konstytucję ustanawiają

wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga […], jak i niepodzielający tej wiary […], równi w prawach i powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski

Argument religijny, właściwy tylko części obywateli, obojętny zaś dla innej części, nie może zatem mieć zastosowania.

Wiele osób powiada, że życie ludzkie powinno być chronione „od poczęcia”. Cóż to jednak jest „poczęcie”? Moment wniknięcia plemnika do komórki jajowej? Połączenie się ich materiałów genetycznych? Pierwszy podział komórkowy? Zagnieżdżenie się zarodka w ścianie macicy? „Poczęcie” to termin nieprecyzyjny, gdyż jego twórcy mieli bardzo ograniczone zrozumienie fizjologii człowieka, a przez kontekst, w jakim zazwyczaj występuje, narzucający skojarzenia religijne. Te zaś, jak napisałem, nie mogą mieć zastosowania w argumentacji konstytucyjnej.

Pomińmy zatem kwestię poczęcia i początku życia. Zastanówmy się, co to jest życie ludzkie podlegające w Polsce najwyższej ochronie prawnej.

Ludzki zarodek jest genetycznie odrębny od organizmu matki, zarazem jednak zarodek i płód przez długie tygodnie są całkowicie od niego zależne biologicznie. Zapewne można spójnie argumentować, że ta właśnie genetyczna odrębność jest przedmiotem najwyższej konstytucyjnej ochrony, jednak nie wynika to z tekstu konstytucji! Ba, było to nawet oczywiste dla „obrońców życia” (grupa posłów PiS, Samoobrony, LPR i PSL), którzy – bezskutecznie – próbowali w 2007 wpisać „ochronę życia poczętego” do konstytucji. Gdyby ochrona życia „od poczęcia” wynikała z tekstu konstytucji, z jednej strony nie zachodziłaby konieczność wpisywania tego expressis verbis, z drugiej ówczesny ustawodawca konstytucyjny by przeciwko temu nie zaprotestował.

Twierdzenie, że ochrona genetycznej odrębności zarodka i płodu mieści się w ramach ochrony życia, o której mówi Art. 38, jest spójne, ale nie wynika z tekstu konstytucji, tylko z jakichś dodatkowych przesłanek. Jeśli ktoś chce tak argumentować, ich prawo, ale niech nie twierdzą, że wynika to z tekstu konstytucji. Co więcej, choć te dodatkowe przesłanki prezentuje się jako normy etyczne, w rzeczywistości redukują one ludzkie życie do najbardziej stechnicyzowanej biologii, jakiegoś genetycznego szowinizmu, pozbawiając zasadę ochrony życia wszelkiego waloru moralnego.

My zaś cenimy życie właśnie z powodów etycznych, nie genetycznych. Normy etyczne, choć niewątpliwie podlegają pewnym zmianom, powstały tysiące lat zanim zdobyliśmy chociaż elementarną wiedzę o kwasach nukleinowych. Człowiek jest zdolny do miłości i nienawiści, poczucia piękna i odrazy, poświęcenia i egoizmu, ciekawości i obojętności, a także sytości i głodu, bezpieczeństwa i strachu, dobrostanu i bólu – i dlatego ludzkie życie jest dla nas tak cenne. Ludzki zarodek i płód przez pierwsze tygodnie życia, co najmniej do czasu, gdy odpowiednio ukształtuje się układ nerwowy, nie mają tych zdolności – ale mają potencjał. I z uwagi na ten potencjał ludzie zazwyczaj cieszą się, gdy kobieta spodziewa się dziecka. To także nie jest konstytucyjna definicja życia ludzkiego, można ją przyjąć lub nie, ale w żadnym wypadku konstytucja nie skazuje nas na genetyczny szowinizm.

Jeśli płód jest ciężko upośledzony, na przykład nie ma mózgu lub nerek, tego potencjału brak. Genetycznie odrębna istota, która mogłaby być człowiekiem, nigdy nim nie będzie. Choć taka diagnoza jest rozdzierająco smutna, nic na nią nie poradzimy. W innych wypadkach upośledzone dziecko będzie co prawda krócej lub dłużej żyć ludzkim życiem, ale za cenę straszliwego cierpienia własnego, a także innego rodzaju cierpienia osób, które się nim opiekują, zazwyczaj matek. Moim zdaniem decyzja o wczesnej terminacji ciąży jest w takich wypadkach moralnie dopuszczalna. Nie jest konieczna, ale jest dopuszczalna z uwagi na współczucie dla tej istoty. W każdym razie konstytucja takiej decyzji nie zabrania.

Konstytucyjna zasada ochrony życia w praktyce realizuje się poprzez normy prawa, a właściwie przez praktykę ich stosowania. Jak już pisałem, kształtująca się linia orzecznicza Sądu Najwyższego – i to w wyrokach i postanowieniach wydanych po już orzeczeniu TK z 1997 – zdąża w stronę rozciągnięcia najwyższej ochrony na życie płodu od momentu, gdy osiągnie on zdolność do życia poza organizmem matki, ale nie wcześniej. Przez „najwyższą ochronę prawną” rozumiem tu uznanie zabójstwa takiego płodu za zabójstwo człowieka.

Nawiasem mówiąc, wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 1997 został wydany zanim w życie weszła obecna konstytucja: 28 maja 1997, konstytucja zaś weszła w życie 17 października. Zgodność zasad dopuszczalności aborcji z obecną konstytucją nie została zatem sprawdzona. Może się wydawać, że zrobił to obecny TK w wyroku z 22 października 2020, ale grupka kolesi obradująca pod przewodnictwem mgr Julii „Wolfgangowej” Przyłębskiej nie jest Trybunałem, o jakim mówi konstytucja, z uwagi na tryb powoływania jego członków.

Rekapitulując, konstytucja nie mówi, kiedy zaczyna się życie ludzkie podlegające ochronie w myśl Art. 38. Można przyjąć, że ochronie podlega wszelka ludzka odrębność genetyczna, ale konstytucja tego nie narzuca. Można też, w duchu dotychczasowego orzecznictwa SN, przyjąć, iż ochronie podlega życie od momentu, gdy płód osiągnie zdolność do życia poza organizmem matki, ale konstytucja tego też nie narzuca.