Należy pogodzić się z faktem, że Polska2050 Szymona Hołowni wyprzedza Platformę w sondażach; co więcej, wzrost Hołowni kosztem Platformy wydaje się być trwałym trendem. Wszyscy, którzy od lat różnymi słowy powtarzali, że warunkiem koniecznym odsunięcia PiSu jest rozmontowanie Platformy, powinni się cieszyć. No, zobaczymy.
Dlaczego Platformie idzie co raz gorzej? Przede wszystkim jest to efekt PiSowskiej propagandy sączonej uparcie, nieprzerwanie, przy każdej okazji, a właściwie nawet bez żadnej okazji, że Platforma jest nieskuteczna. Oraz PiSowskiej praktyki eliminującej Platformę z normalnej gry politycznej, nawet jeśli później część pomysłów PiS od Platformy przejmuje i przedstawia jako własne: Platforma ma być nieskuteczna, PiS skuteczność pozoruje. Ponadto w PiSowskiej propagandzie, zależnie od okoliczności, Platforma jest ultra-neoliberalna lub skrajnie lewicowa. A dla dużych grup wyborców Platforma jest nie dość liberalna lub nie dość lewicowa, więc ta propaganda zawsze do kogoś trafi.
W dodatku przy okazji ostatniego kryzysu wokół Funduszu Odbudowy przywódcy Platformy zawiedli. Mimo iż merytorycznie, jak sądzę, mieli rację, w swojej arogancji nie próbowali nawet uzgodnić spójnej strategii z innymi i wyszła z tego kompletna katastrofa.
A dlaczego akurat Hołownia? Bo on, mówiąc głównie do dotychczasowych wyborców Platformy, powtarza, że Platforma jest nieskutecznym anty-PiSem. To on, Hołownia i jego Polska 2050, będą skutecznym anty-PiSem, o czym świadczy fakt, że nie są Platformą, a Platforma jest nieskuteczna.
I do tego się, niestety, poglądy Hołowni ograniczają.
To nieprawda, że PiS rządzi wyłącznie po to, by kraść.
Jarosław Kaczyński rządzi po to, żeby zaleczyć swoje kompleksy, nasycić rozbuchane ego i napawać się upokarzaniem przeciwników.
Pan Zbyszek chciałby rządzić z dokładnie tych samych powodów.
Dla części prominentnych PiSowców sama władza jest jak narkotyk i innych gratyfikacji im nie trzeba, choć na ogół nimi nie gardzą.
Są też tacy, którzy uczestniczą we władzy, by móc wcielać swoje obłąkane i szkodliwe pomysły ideologiczne.
Dopiero pozostali rządzą lub wspierają tę władzę, by kraść. Jak zawsze nie mam na myśli wyborców PiS, którym w większości szczerze współczuję, ale polityków, działaczy, nominatów i medialnych eksponentów tej partii.
Wielki Piątek. Na Mezzo stosownie Pasja wg św. Mateusza Bacha, Ensemble Pygmalion, dyryguje Raphaël Pichon. Nagranie z 2016, oglądałem trzeci lub czwarty raz, ale oderwać się od tego nie sposób. O samej Pasji nie ma co pisać, jeden z największych szczytów europejskiej muzyki, setki stron na ten temat napisano. Ale to wykonanie jest znakomite, wybitne. Pichon to nowa gwiazda europejskiej dyrygentury, następca Marca Minkowskiego. Nawet się na niego zewnętrznie trochę stylizuje, ale go nie małpuje. Minkowski, jak kiedyś pisałem, dyryguje rękoma, łokciem, barkiem, biodrem, a Pichon tym wszystkim oraz brwiami. Serio. I dzięki temu sprawuje absolutną, totalną kontrolę nad swoim zespołem.
Skończyło się, więc sprawdzam, czy nie ma gdzieś czegoś interesującego. Jest! Na TVP Kultura Pasja wg św Jana, dyryguje Marcin Świątkiewicz, nagranie z 2020, zarejestrowane w Kościele Pokoju w Świdnicy. Niestety nie wiem, kto gra i śpiewa. Świątkiewicz elegancko dyryguje – przysiągłbym – od pozytywu, co jest o tyle dziwne, że to jest klawesynista. Wykonanie ascetyczne, z orkiestrą zredukowaną do absolutnego minimum i bez osobnego chóru: soliści tworzą chór. Historycy muzyki twierdzą, że tak było. Bacha nie było stać ani na zatrudnienie dużej orkiestry, ani tym bardziej wielu śpiewaków. Mendelssohn, który odkrył kompletnie zapomnianego Bacha, narzucił styl wykonawczy z wielką orkiestrą i przytłaczającym chórem, ale to raczej odzwierciedlało siłę i aspiracje ówczesnych Niemiec, niż to, jak ta muzyka „naprawdę”, w oryginalnym wykonaniu brzmiała. W takiej ascetycznej formule wystawiał ją ze świetnym skutkiem na przykład wspomniany wyżej Marc Minkowski. Pichon jest gdzieś po środku: orkiestra i chór są rozbudowane, ale nie monstrualne, nie ma osobnych solistów – partie solowe śpiewają członkowie chóru.
No więc posłuchałem tego wykonania ze Świdnicy, mniej więcej od połowy. Nie spodziewałem się cudów, ale w porównaniu z Ensemble Pygmalion (nb, Pasję wg św. Jana też wykonywali) to polskie wykonanie brzmi pół-amatorsko. Muzyka jest wielka, wybitna, oszałamiająca, ale poziom wykonawczy… Zrobiło mi się trochę trochę przykro.
Po Narodowej Primaaprilisowej Wpadce ze Szczepieniami dla każdego powinno być już jasne, że ten rząd do niczego się nie nadaje, nic nie potrafi.
Rozwalili, co się dało: Edukację, prawo, armię, solidarność społeczną, przyspieszyli erozję systemu ochrony zdrowia. Niszczą kulturę. Mamy niestabilne, za to najwyższe w Europie ceny energii, wielki import węgla z Rosji i gwarancje zatrudnienia dla górników pracujących w strukturalnie deficytowych kopalniach. System energetyczny nam się za chwilę rozleci. Środkowa Polska wysycha i stepowieje. Lasy i reszta środowiska są dewastowane. Nawet stadniny koni i popularne stacje radiowe zniszczyli. Dla równowagi, nic dobrego dla Polski nie zrobili. Nic, literalnie nic.
Nie przygotowali kraju na epidemię. Wiedzieli, że druga i trzecia fala nadejdą, a nie zrobili dosłownie nic! Nie przygotowali procedur, zapasów, organizacji pracy i planów ewentualnościowych. Nie przemyśleli zasad wprowadzania kolejnych stopni lockdownu. Nie przygotowali nawet szkół. Pieniądze z kolejnych tarcz antykryzysowych nie trafiały do tych, co trzeba, tylko albo do wielkich firm państwowych (LOT – 3 mld), albo do krewnych i znajomych królika, albo tu i ówdzie, zupełnie przypadkowo. Pieniądze z Funduszu Inwestycji Lokalnych, w zamyśle antykryzysowego, trafiają prawie wyłącznie do samorządów PiSowskich. Samorządy nie-PiSowskie dostają mało, duże miasta – zupełnie nic. Ale za to ile samozadowolenia rządzący okazywali, jak bardzo się sami sobą chwalili, tego na wołowej skórze nie spiszesz!
Nieregularne i opóźnione dostawy szczepionek to rzeczywiście nie jest wina rządu, ale katastrofa, właściwie kompletne załamanie systemu rejestracji i wynikający stąd chaos, obciążają tylko i wyłącznie rząd PiS.
Po co nam taka władza? Po co nam taki rząd?!
PiS potrafi tylko trzy rzeczy:
1. Jeśli coś jako-tako działa, zniszczyć to, a przynajmniej popsuć.
2. Forsować, choć właściwie też głównie straszyć forsowaniem swoich obłąkanych, antyobywatelskich pomysłów ideologicznych.
3. A przede wszystkim doić ten kraj, jak nikt nigdy dotąd. Wójt Obajtek nie jest błędem systemu. Wójt Obajtek jest jego kwintesencją. Ale oprócz oligarchy in spe Obajtka mamy jeszcze tysiące pomniejszych figur na stanowiskach od ministerstw i NBP, poprzez spółki Skarbu Państwa, aż do samorządów i szeregowych stanowisk w państwowych instytucjach w gminach i powiatach – postaci zatrudnianych nie ze względu na swoje kwalifikacje, ale wyłącznie ze względu na to, że są członkami rodzin, konkubinami, kuzynami lub znajomymi kogoś z PiS. Merytoryczne kompetencje są wręcz przeciwwskazaniem do pełnienia różnych funkcji, zwłaszcza jeśli jest jeszcze jakiś PiSowiec, który potrzebuje trochę zarobić, więc trzeba go gdzieś zatrudnić. Do tego te wszystkie nowotworzone Agencje do Spraw, spółki celowe, fundacje i inne pseudo-firmy finansowane z pieniędzy publicznych, a powoływane tylko po to, żeby było gdzie zatrudniać partyjnych działaczy i ich niezbyt udanych krewnych. Te wszystkie „granty” przyznawane firmom pana Rydzyka, pana Szumowskiego, wójta Obajtka i tylu innym. Kradną nawet na dostawach sprzętu do przeciwdziałania epidemii i na budowie szpitali tymczasowych. A wszystko to w oparach kłamstwa i hipokryzji, w pełnej pogardzie dla ludzi i naszego biednego kraju.
Księdzu Tadeuszowi Łebkowskiemu do sztambucha. Ks. Łebkowski ma całkiem ładną tradycję Solidarnościową, ale w ostatnich latach zaangażował się bez reszty prawacko: Smoleńsk, ataki na LGBT and all that jazz. To po obraźliwej dekoracji Grobu Pańskiego w kościele, w którym ks. Łebkowski był proboszczem, aktywistki rozlepiały w okolicy podobizny Tęczowej Matki Boskiej. Wkrótce potem ks. Łebkowski został przez biskupa wysłany na emeryturę, formalnie ze względu na wiek. Dziś ks. Łebkowski występuje jako oskarżyciel posiłkowy w procesie aktywistek o obrazę uczuć religijnych, a jego pełnomocniczka z Ordo Iuris domaga się dla oskarżonych kary półtora roku więzienia (surowszej, niż prokurator), jako argument przed państwowym (!) sądem mającym wydać wyrok w imieniu Rzeczypospolitej wysuwając fakt, że homoseksualizm jest grzechem wołającym o pomstę do nieba. Nawiasem mówiąc, współczesne rozumienie „grzechu sodomskiego”, jakie prezentuje na przykład o. Adam Szustak OP, mówi ogólnie o perwersjach seksualnych, które „robią z człowieka zwierzę”, bez wymieniania homoseksualizmu, oraz o… niegościnności (mieszkańcy Sodomy chcieli zgwałcić męskich aniołów, którzy przybyli do domu Lota).
A tęcza nikogo nie obraża. Tęcza jest symbolem Przymierza, jakie Bóg zawarł z ludźmi. Ze wszystkimi ludźmi. Z homoseksualistami też. Z uwagi na symbolikę Przymierza, obrazy, na których Matka Boska stoi na tęczy bądź jest otoczona tęczowym nimbem, można liczyć na pęczki. Łącznie z plakatem promującym podróż JPII do Polski w 1983.
Zwolennicy haniebnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego zakazującego aborcji z uwagi na „ciężkie i nieodwracalne upośledzenie płodu albo nieuleczalną chorobę zagrażającą jego życiu” argumentują, że wyrok nie mógł być inny, gdyż Art. 38 konstytucji stanowi, że
Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.
Rzecz w tym, iż konstytucja nie definiuje życia czy też, bardziej precyzyjnie, nie definiuje, co rozumiemy przez pojęcie człowieka, którego życie podlega bezwzględnej ochronie. A nie jest to wcale oczywiste. Ustawodawca konstytucyjny, choć były takie próby, świadomie zrezygnował z wpisania tej definicji do tekstu konstytucji.
Na początku odniosę się do stanowiska religijnego: Życie ludzkie to życie istoty posiadającej duszę nieśmiertelną. Ten argument nie może być uwzględniany w dyskusji konstytucyjnej, jako że obowiązującą konstytucję ustanawiają
wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga […], jak i niepodzielający tej wiary […], równi w prawach i powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski
Argument religijny, właściwy tylko części obywateli, obojętny zaś dla innej części, nie może zatem mieć zastosowania.
Wiele osób powiada, że życie ludzkie powinno być chronione „od poczęcia”. Cóż to jednak jest „poczęcie”? Moment wniknięcia plemnika do komórki jajowej? Połączenie się ich materiałów genetycznych? Pierwszy podział komórkowy? Zagnieżdżenie się zarodka w ścianie macicy? „Poczęcie” to termin nieprecyzyjny, gdyż jego twórcy mieli bardzo ograniczone zrozumienie fizjologii człowieka, a przez kontekst, w jakim zazwyczaj występuje, narzucający skojarzenia religijne. Te zaś, jak napisałem, nie mogą mieć zastosowania w argumentacji konstytucyjnej.
Pomińmy zatem kwestię poczęcia i początku życia. Zastanówmy się, co to jest życie ludzkie podlegające w Polsce najwyższej ochronie prawnej.
Ludzki zarodek jest genetycznie odrębny od organizmu matki, zarazem jednak zarodek i płód przez długie tygodnie są całkowicie od niego zależne biologicznie. Zapewne można spójnie argumentować, że ta właśnie genetyczna odrębność jest przedmiotem najwyższej konstytucyjnej ochrony, jednak nie wynika to z tekstu konstytucji! Ba, było to nawet oczywiste dla „obrońców życia” (grupa posłów PiS, Samoobrony, LPR i PSL), którzy – bezskutecznie – próbowali w 2007 wpisać „ochronę życia poczętego” do konstytucji. Gdyby ochrona życia „od poczęcia” wynikała z tekstu konstytucji, z jednej strony nie zachodziłaby konieczność wpisywania tego expressis verbis, z drugiej ówczesny ustawodawca konstytucyjny by przeciwko temu nie zaprotestował.
Twierdzenie, że ochrona genetycznej odrębności zarodka i płodu mieści się w ramach ochrony życia, o której mówi Art. 38, jest spójne, ale nie wynika z tekstu konstytucji, tylko z jakichś dodatkowych przesłanek. Jeśli ktoś chce tak argumentować, ich prawo, ale niech nie twierdzą, że wynika to z tekstu konstytucji. Co więcej, choć te dodatkowe przesłanki prezentuje się jako normy etyczne, w rzeczywistości redukują one ludzkie życie do najbardziej stechnicyzowanej biologii, jakiegoś genetycznego szowinizmu, pozbawiając zasadę ochrony życia wszelkiego waloru moralnego.
My zaś cenimy życie właśnie z powodów etycznych, nie genetycznych. Normy etyczne, choć niewątpliwie podlegają pewnym zmianom, powstały tysiące lat zanim zdobyliśmy chociaż elementarną wiedzę o kwasach nukleinowych. Człowiek jest zdolny do miłości i nienawiści, poczucia piękna i odrazy, poświęcenia i egoizmu, ciekawości i obojętności, a także sytości i głodu, bezpieczeństwa i strachu, dobrostanu i bólu – i dlatego ludzkie życie jest dla nas tak cenne. Ludzki zarodek i płód przez pierwsze tygodnie życia, co najmniej do czasu, gdy odpowiednio ukształtuje się układ nerwowy, nie mają tych zdolności – ale mają potencjał. I z uwagi na ten potencjał ludzie zazwyczaj cieszą się, gdy kobieta spodziewa się dziecka. To także nie jest konstytucyjna definicja życia ludzkiego, można ją przyjąć lub nie, ale w żadnym wypadku konstytucja nie skazuje nas na genetyczny szowinizm.
Jeśli płód jest ciężko upośledzony, na przykład nie ma mózgu lub nerek, tego potencjału brak. Genetycznie odrębna istota, która mogłaby być człowiekiem, nigdy nim nie będzie. Choć taka diagnoza jest rozdzierająco smutna, nic na nią nie poradzimy. W innych wypadkach upośledzone dziecko będzie co prawda krócej lub dłużej żyć ludzkim życiem, ale za cenę straszliwego cierpienia własnego, a także innego rodzaju cierpienia osób, które się nim opiekują, zazwyczaj matek. Moim zdaniem decyzja o wczesnej terminacji ciąży jest w takich wypadkach moralnie dopuszczalna. Nie jest konieczna, ale jest dopuszczalna z uwagi na współczucie dla tej istoty. W każdym razie konstytucja takiej decyzji nie zabrania.
Konstytucyjna zasada ochrony życia w praktyce realizuje się poprzez normy prawa, a właściwie przez praktykę ich stosowania. Jak już pisałem, kształtująca się linia orzecznicza Sądu Najwyższego – i to w wyrokach i postanowieniach wydanych po już orzeczeniu TK z 1997 – zdąża w stronę rozciągnięcia najwyższej ochrony na życie płodu od momentu, gdy osiągnie on zdolność do życia poza organizmem matki, ale nie wcześniej. Przez „najwyższą ochronę prawną” rozumiem tu uznanie zabójstwa takiego płodu za zabójstwo człowieka.
Nawiasem mówiąc, wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 1997 został wydany zanim w życie weszła obecna konstytucja: 28 maja 1997, konstytucja zaś weszła w życie 17 października. Zgodność zasad dopuszczalności aborcji z obecną konstytucją nie została zatem sprawdzona. Może się wydawać, że zrobił to obecny TK w wyroku z 22 października 2020, ale grupka kolesi obradująca pod przewodnictwem mgr Julii „Wolfgangowej” Przyłębskiej nie jest Trybunałem, o jakim mówi konstytucja, z uwagi na tryb powoływania jego członków.
Rekapitulując, konstytucja nie mówi, kiedy zaczyna się życie ludzkie podlegające ochronie w myśl Art. 38. Można przyjąć, że ochronie podlega wszelka ludzka odrębność genetyczna, ale konstytucja tego nie narzuca. Można też, w duchu dotychczasowego orzecznictwa SN, przyjąć, iż ochronie podlega życie od momentu, gdy płód osiągnie zdolność do życia poza organizmem matki, ale konstytucja tego też nie narzuca.
Śniło mi się, że jestem bogiem. Nie Bogiem, ale bogiem, stwórcą jakiegoś świata, jakiegoś uniwersum. Było to uniwersum dość ograniczone, bo choć ja dla niego byłem bogiem, to jednak moje faktyczne możliwości są skończone, zwłaszcza we śnie. Byłem w tym świecie osobą ważną, choć moja boska natura nie była przez nikogo rozpoznana. Miałem się spotkać z królową brytyjską. A może z królową Jadwigą? Nie pamiętam. Jednak do spotkania nie doszło, bo zostałem fałszywie oskarżony o jakieś przestępstwo i miałem zostać ukarany. Nie przejąłem się zbytnio, bo przecież byłem bogiem i mogłem zmienić bieg rzeczy. Nie zainterweniowałem i patrzyłem, co z tego wyniknie. Wymierzenie mi kary zbliżało się coraz bardziej i wtedy zrozumiałem, że ja nie mogę zainterweniować, a raczej mogę, ale tylko w jeden sposób: Skoro stworzyłem ten świat, mogę go również unicestwić.
Jedną z najważniejszych postaci Starego Testamentu jest król Dawid. Wybraniec Boży, jako młody chłopak pokonał olbrzyma Goliata – to wszyscy pamiętają. Ale ponieważ my już nie czytamy Biblii, pewnie sporo osób nie wie, że Dawid przeżywał wiele przygód, ukrywał się, walczył z królem Saulem i jego siepaczami, stopniowo zdobywał stronników, aż w końcu sam został królem Izraela. Był władcą skutecznym, prowadził mnóstwo wojen i uczynił z Izraela lokalne mocarstwo, ale z drugiej strony był kochliwy, miał bodaj osiem żon i jeszcze kilka nałożnic, z którymi miał liczne dzieci. Dzieci te dość zawzięcie walczyły między sobą, a także chwilami z własnym ojcem. No, ale wszystko się dobrze skończyło.
Bodaj najbardziej znaną przygodą miłosną króla Dawida jest jego związek z Betszebą; historia jest tak znana, że Leonard Cohen nawiązał do niej w jednej ze swoich najpiękniejszych ballad.
Betszeba była żoną Uriasza Hetyty, ten zaś był dzielnym żołnierzem, jednym z trzydziestu siedmiu „sławnych wojowników” Dawida, czegoś w rodzaju jego gwardii. Musiał być dość blisko związany z królem, bo jego dom stał w pobliżu pałacu królewskiego. Betszeba była piękna, a musiała niedawno wyjść za Uriasza, bo chyba nie mieli dzieci – w każdym razie Biblia nic o nich nie wspomina – a Dawid jej nie znał, choć dobrze znał Uriasza.
Uriasz pod dowództwem generała Joaba wyruszył na długotrwałą wojnę z Ammonitami (2Sm 11:2-27). Pewnej nocy król Dawid zobaczył z tarasu swojego pałacu nagą Betszebę kąpiącą się na dachu swojego domu. Zapragnął jej, dowiedział się, jak ona się nazywa i kazał ją do siebie sprowadzić.
A gdy przyszła do niego, spał z nią
po czym odesłał ją do domu. Jednak Betszeba zaszła w ciążę. Dawid wezwał więc Uriasza, niby-to żeby wypytać się o przebieg działań wojennych, a tak naprawdę żeby nakłonić go do spania ze swoją żoną, bo wtedy to on zostałby uznany za ojca dziecka. Uriasz jednak odmówił, dwukrotnie, powołując się na to, że nie godzi się, aby on spał z żoną, gdy Arka jest pod namiotem a Joab i reszta armii obozują w polu. Dawid odesłał więc Uriasza do armii, przekazując przez niego list do Joaba:
Postawcie Uriasza tam, gdzie walka będzie najbardziej zażarta, potem odstąpcie go, aby został ugodzony i zginął.
Tak się stało. Cóż za perfidia ze strony Dawida! Nie dość, że uwiódł – a może zgwałcił? – Uriaszowi żonę, to jeszcze uczynił go posłańcem swej własnej śmierci. Po okresie żałoby Dawid wziął Betszebę za swą kolejną żonę.
Obowiązującą interpretację tej historii podał prorok Natan (2Sm 12:1-25). Porównał on króla Dawida do bogacza, który zabrał biedakowi jego jedyną owieczkę. Król Dawid zabrał Uriaszowi żonę, a jego samego
zamordował mieczem Ammonitów
Natan postanowił wyjawić grzech Dawida całemu ludowi i choć Dawid żałował, Natan zapowiedział, że dziecko jego i Betszeby umrze. Istotnie, dziecko ciężko zachorowało i mimo iż Dawid rozpaczał, pościł i prosił Boga o zachowanie życia synka, chłopczyk zmarł. A potem Betszeba i Dawid mieli kolejne dzieci.
Jednego nie rozumiem: Skoro król Dawid planował wzięcie Betszeby jako swojej żony, czemu najpierw próbował wmanewrować Uriasza w uznanie dziecka? Przecież Dawid mógł od razu kazać Uriasza zabić, jak to w końcu uczynił.
Jest też oczywiście interpretacja, wedle której to Betszeba uwiodła Dawida. Specjalnie dała mu się podejrzeć w kąpieli, żeby ten zapałał do niej żądzą. Dlaczego? Jej mąż, Uriasz, mógł co najwyżej liczyć na to, że jeśli nie zginie w którejś kolejnej wojnie, zostanie generałem i ważną postacią na dworze. A Betszebie marzyło się coś więcej: chciała, żeby jej syn został królem. I tak się stało – synem jej i Dawida był Salomon. Ale w tym celu należało uwieść króla i pozbyć się Uriasza…
Jednak w pamięci Izraela Betszeba na zawsze pozostała żoną Uriasza: nawet w genealogii Jezusa czytamy (Mt 1:6)
David autem rex genuit Salomonem ex ea, quae fuit Uriae. Dawid miał syna Salomona z Uriaszowej.
Ale ja nie o tym. Przyszła mi bowiem do głowy całkiem inna interpretacja historii Betszeby i króla Dawida.
Najpierw trzeba przypomnieć okrutny rytuał kapłańskiego oczyszczenia kobiety posądzonej o zdradę małżeńską (Lb 5:11-31), coś w rodzaju pierwowzoru Sądu Bożego. Otóż jeśli mężczyzna podejrzewa, że żona zdradziła go z innym, ma złożyć przepisaną ofiarę i przyprowadzić żonę do kapłana. Ten, wypowiadając rytualne formuły, ma dać kobiecie do wypicia truciznę. Jeśli kobieta nie zdradziła męża, nic jej się nie stanie, ale jeśli zdradziła, poroni i zostanie trwale bezpłodna. Jeśli mąż podejrzewający żonę o zdradę nie dopełni tego obowiązku i nie przyprowadzi kobiety do kapłana w celu rytualnego oczyszczenia, wina spadnie na niego. A katalog klątw, jakie Bóg zsyła na nieprzestrzegających Prawa, jest obfity (Pwt 28:15-68).
Jaki może być lepszy powód podejrzeń o zdradę, niż żona w ciąży, podczas gdy męża przez wiele miesięcy nie było w domu? Uriasz był człowiekiem religijnym i zapewne dopełniłby rytuału kapłańskiego oczyszczenia Betszeby, z dość oczywisty skutkiem, bo jeśli nie, sam by zgrzeszył.
Otóż Dawid chciał Betszebę przed tym uchronić. Gdy dowiedział się, że Betszeba jest w ciąży, było jasne, że jej zdrady nie da się ukryć. Wezwał więc Uriasza i starał się go nakłonić, by spał ze swoją żoną, bo wtedy dziecko można by przypisać jemu. Gdy to się nie udało, kazał Uriasza zabić, ale nie po to, by mógł sobie wziąć Betszebę, ale dlatego, że w braku świadków – a któż by świadczył przeciwko królowi?! – tylko mąż mógł oskarżyć żonę o niewierność. A gdy już Uriasz zginął, a Betszeba dopełniła rytualnej żałoby, Dawid rzeczywiście wziął ją jako swoją kolejną żonę. Bo Dawid naprawdę się w Betszebie zakochał! I dlatego tak rozpaczał, gdy ich pierwszy synek, ten spłodzony w akcie zdrady małżeńskiej, umierał.
Śmierć tego dziecka zastępuje poronienie przewidziane przez kapłański rytuał oczyszczenia. Bóg mógł wybaczyć Dawidowi i Betszebie, nie skazując jej na bezpłodność, ale dziecko będące owocem zdrady musiało umrzeć.
Wenceslaus Hollar, Dawid i Uriasz, 1638
Glosa: Jeżeli Bożym zamiarem było, aby następcą króla Dawida został syn jego i Betszeby, nie mógł to być bezimienny chłopiec poczęty w akcie zdrady: z pewnością znaleźliby się tacy, którzy kwestionowaliby ojcostwo Dawida tylko po to, aby podważyć prawa chłopca do jego dziedzictwa. Z drugiej strony gdyby następcą miał zostać Salomon, znaleźliby się tacy, którzy kwestionowaliby prawa Salomona z uwagi na prawa Bezimiennego. Chłopiec musiał się urodzić, by Betszeba została żoną Dawida, ale też musiał umrzeć, aby któryś syn tej pary mógł odziedziczyć tron. Bezimienny urodziwszy się spełnił Boski plan i stał się już niepotrzebny, wręcz szkodliwy. Bardzo to smutne.
Na propozycję przeprowadzenia referendum w sprawie dopuszczalności aborcji i jej zakresu, działaczki Strajku Kobiet – ostatnio Klementyna Suchanow w TVN24 – i lewicowi aktywiści arogancko odpowiadają, że Nad prawami człowieka się nie głosuje. To oczywiste pomieszanie pojęć. To, czy coś jest prawem człowieka, czy nie, należy do obszaru przekonań etycznych, a nad nimi się nie głosuje. Natomiast prawa człowieka realizowane są przez ustanawianie i egzekwowanie przepisów prawa stanowionego. Nad wszystkimi przepisami, o których dziś mówimy, że wynikają z praw człowieka lub że je urzeczywistniają, ktoś kiedyś głosował. Nad zniesieniem niewolnictwa, nad zakazem pracy dzieci, nad zakazem tortur i poniżającego traktowania, nad ośmiogodzinnym dniem pracy, przyznaniem praw wyborczych kobietom, usunięciem z kodeksów karnych przestępstwa zdrady małżeńskiej, zniesieniem segregacji rasowej i zakazem dyskryminacji, nad przyznaniem prawa do rozwodów – nad tym wszystkim ktoś kiedyś głosował.
Gdy w 2018 Irlandki i Irlandczycy odrzucili w drodze referendum artykuł konstytucji zakazujący aborcji, polskie środowiska feministyczne i lewicowe – liberalne zresztą też, ale nie o nich tu mowa – świętowały to jako tryumf demokracji oraz praw człowieka. Gdy 30 grudnia zeszłego roku argentyński senat przegłosował prawo do aborcji do 14 tygodnia ciąży, polskie lewicowe posłanki cieszyły się:
Gratulacje, Argentyno! My też to sobie wywalczymy.
Cóż więc sprawia, że polskie feministki cieszą się ze zwycięskich głosowań w innych krajach, ale odmawiają tego prawa polskim wyborczyniom i wyborcom? Niepewność odnośnie do wyniku. Każde skuteczne głosowanie na przepisami ucieleśniającymi prawa człowieka poprzedzało przekonanie odpowiednio dużej części społeczeństwa, że taka zmiana jest etycznie słuszna i społecznie pożądana. A w Polsce pogląd, że aborcja bez określania przyczyn powinna być dostępna do, powiedzmy, 12 tygodnia ciąży, jest wciąż wyraźnie mniejszościowy.
Badania opinii publicznej nie wskazują, że większość popiera prawo do aborcji na życzenie. Co prawda wiele zależy od sposobu zadania pytania, ale wygląda na to, że jedynie kilkanaście procent jest za pełną liberalizacją dostępu do aborcji, wyraźnie poniżej 10% jest za jej zakazaniem, bądź to całkowitym, bądź w duchu wyroku Trybunału pani Wolfgangowej, większość zaś opowiada się za jakąś formą „kompromisu aborcyjnego”. Połączonego, niestety, z hipokryzją: Przecież wszyscy po jednej i drugiej stronie wiedzą, co oznaczają ogłoszenia „AAAAA przywracanie miesiączki, pełne znieczulenie” i udają, że tego nie widzą
To, że z innych badań wynika, że większość naszych współobywateli popiera protesty Strajku Kobiet, nie oznacza, że są oni za przyznaniem prawa do aborcji na życzenie. Przecież protesty nie wybuchły pod hasłem żądania liberalizacji dostępu do aborcji, tylko jako reakcja na nieludzki, haniebny – i bezprawny – wyrok ciała uważającego się za Trybunał Konstytucyjny, zakazujący aborcji z powodu ciężkich i nieodwracalnych wad płodu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy rządząca formacja i Kościół wiele wzniosłych słów mówią o ochronie życia, ale realna pomoc z ich strony dla niepełnosprawnych, głęboko upośledzonych dzieci i ich rodzin – a najczęściej dla matek; wielu ojców tego nie wytrzymuje i odchodzi – jest czysto iluzoryczna. Ostatni pomysł Solidarnej Polski, obrzydliwej partyjki pana Zbyszka, to hospicja perinatalne, służące chyba do tego, żeby uwięzić kobiety noszące głęboko uszkodzone płody, zmusić je do rodzenia i pozwolić im przyglądać się, jak ich dzieci umierają. Ludzie protestują przeciwko takiemu okrucieństwu i nawet jeśli część rzeczywiście jest za prawem do wyboru, obecnego poparcia dla Strajku Kobiet nie można utożsamiać z poparciem żądania liberalizacji dopuszczalności aborcji.
Nasza lewica i działaczki Strajku Kobiet obawiają się, że w wyniku referendum większość opowiedziałaby się za przywróceniem status quo ante, co z ich punktu widzenia byłoby porażką.
Ironią losu jest, że w zasadzie z tych samych powodów, co lewica dziś, na początku lat ’90 to religijna prawica nie zgadzała się na referendum w sprawie dopuszczalności aborcji. Jak ujęła to ówczesna posłanka ZChN, Halina Nowina-Konopczyna, wchodząc tym samym do historii polskiego parlamentaryzmu i polskiej aforystyki,
O prawie do przerywania ciąży nie może decydować przypadkowe społeczeństwo.
Na co więc liczą liderki Strajku Kobiet? Szanse na to, że pod wpływem protestów obecna większość sejmowa ogarnie się i powie Ojej, skoro tylu ludzi protestuje, to my im ten dostęp do aborcji zliberalizujmy, jest znikomo mała. W przyszłym Sejmie, nawet jeśli PiS przegra wybory – na co liczę – lewica nie będzie miała większości, aby samodzielnie zliberalizować dostęp do aborcji. Będzie dużo takich, którzy będą przeciw, będzie prezydent i Trybunał Konstytucyjny. Natomiast wynik referendum, prawdziwy głos ludu, będzie znacznie trudniej zakwestionować. Oczywiście referendum musi być odpowiednio przygotowane i musi je poprzedzić głęboka publiczna dyskusja. Nie sądzę, aby sensownie można było zorganizować referendum w tej sprawie wcześniej, niż za trzy, cztery lata.
Protesty Strajku Kobiet i wywołana nimi dyskusja przyczyniają się natomiast do zmiany postaw społecznych. Jeszcze w 2016 nawet w najmłodszej grupie wyborców, 18-29, poparcie dla pełnej liberalizacji aborcji nie sięgało 50%. Dziś wyraźnie przekracza w tej grupie 70%, a powoli rośnie też w pozostałych grupach, być może poza najstarszą. Z kolei brutalność policji, arogancja Kościoła i serwilizm władz, grających dla celów czysto politycznych na nastrojach klerykalnych i nacjonalistycznych, zniechęcają do stanowiska integrystycznego. Klika lat mądrej kampanii, wpływania na nastroje, połączonych z postępującą deklerykalizacją i, no cóż, zmianami demograficznymi, być może doprowadzą do odwrócenia nastrojów. Tak trzymać! Tym bardziej, że, moim zdaniem, kompromis aborcyjny jest już martwy.
Tymczasem jednak odnoszę przykre wrażenie, że tak jak Kościół i prawica, które dużo mówią o ochronie życia, realnie nie robią w tym kierunku prawie nic, przywódczynie Strajku Kobiet dużo mówią o prawach kobiet i, podkreślam, robią bardzo dużo w warstwie perswazyjnej i symbolicznej, realnie robią bardzo niewiele, aby prawa te urzeczywistnić. I chyba nawet nie mają pomysłu, jak mogłyby tego dokonać. Obrażanie (się na) tych współobywateli, którzy łatwo mogliby się stać sojusznikami, nawet jeśli jeszcze nimi nie są, chyba nie jest najlepszą możliwą strategią 😦
Jarosław Kaczyński to jest zły człowiek. Zły w każdym sensie, także metafizycznym. Kościół uczy o realności szatana. No to proszę: oto jest. Kaczyński, oprócz zadziwiającego zamiłowania do tańczenia na grobach, ostatnio na grobie własnej matki, ma niesamowitą zdolność wyciągania z ludzi tego, co w nich najgorsze. Ci, którzy głosują na PiS, robią to z wielu powodów. Nie podzielam ich i nie pochwalam, ale po części jakoś rozumiem. Ale ci, którzy świadomie się w tę organizację angażują, zostają posłami, ministrami, działaczami, apologetami, funkcjonariuszami władzy w sądach, mediach i gospodarce, jeśli nawet nie mają na początku jawnie złych motywacji, jak pewien rodzaj fanatyzmu lub zdrada (bo oczywiście w PiS rosyjscy agenci są, i to na dosyć prominentnych stanowiskach, a o obecności narodowo-religijnych fanatyków nie ma potrzeby przypominać), muszą mieć w sobie coś złego, przykrego, smutnego, jakieś kompleksy, zadawnione urazy, resentymenty, zawiść. Niespełnione ambicje, oparte głównie o własne przekonanie o swojej wielkości. Pamięć jakichś mniemanych zniewag i upokorzeń, jak Kaczyński, latami międlący w sobie, że Kuroń zajął mu krzesło a Mazowiecki nie zrobił go ministrem. Takich Kaczyński przyciąga i daje im możliwość zaspokojenia ambicji, zaleczenia kompleksów, odegrania się. Zachłyśnięcia się pozornym znaczeniem. Zarobienia paru złotych. Znalezienia posad dla żon, mężów, dzieci i mniej udanych kuzynów. A dalej działa mechanizm, który został już przecież opisany w tylu innych przypadkach: władza, bezkarność plus poczucie bycia wybranym, w połączeniu z niskimi kwalifikacjami intelektualnymi i moralnymi, korumpują coraz bardziej.
Jednak najmniej rozumiem tych, którzy z całej siły zaciskają oczy i zatykają uszy, żeby nie zobaczyć i nie usłyszeć, jaki naprawdę jest PiS.
Informuje się żołnierzy, że korzystnym dla zdrowia jest częste mycie stóp i rąk, a także twarzy świeżą wodą, a jeszcze lepiej wodą ciepłą z dodatkiem kilku kropli octu lub wódki. (Desgenettes, naczelny lekarz Armii Orientu podczas epidemii dżumy, 1799)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.