Jak to się skończy?

Trwa wojna w Ukrainie. Wszyscy już napisali, że Putin się przeliczył: Nie docenił siły ukraińskiej armii, determinacji, odwagi i hartu ducha Ukraińców, jedności Zachodu, siły zachodnich sankcji i zdolności Zachodu do wspierania Ukrainy informacjami wywiadowczymi i dostawami broni, natomiast przecenił zdolności i morale swojej własnej armii. Nic nie wyszło z planu: shock and awe – rozbicie ukraińskiej armii – zabicie, aresztowanie lub zmuszenie do ucieczki ukraińskich władz – osadzenie w Kijowie jakiegoś neo-Janukowycza (a może i samego Janukowycza), a wszystko w trzy dni. W rzeczywistości Putin zjednoczył naród ukraiński, zjednoczył NATO, doprowadził do radykalnej zmiany polityki Niemiec, Rosja utraciła całą soft power, jaką miała poza granicami i totalnie przegrywa w sferze symboliczno-mitotwórczej. Rosyjskim oddziałom wysłanym w bój brakuje paliwa i amunicji, morale żołnierzy jest niskie, a żywić się muszą przeterminowanymi racjami.

No i co teraz?

Putin sądzi, że nie może przegrać – i to z kim, z pogardzanymi chachłami?! – bo w jego świecie przegrana oznacza śmierć polityczną, a może i biologiczną. No, ale może jednak przegra? Jakaś szansa jest…

Technicznie rzecz biorąc, Putin wciąż jeszcze może „wygrać”. Zauważmy, że do niedzieli ostrzał ukraińskich obiektów cywilnych był raczej przypadkowy. Od poniedziałku sytuacja zmieniła się – mamy do czynienia z celowym ostrzałem, ale to, zdaje się, wciąż nie przynosi oczekiwanych przez Putina rezultatów: złamania ducha Ukraińców, sprawienia, że odwrócą się od władz i zaczną błagać Putina o pokój. Putin może nasilić ataki, nakazać systematyczne bombardowanie i ciężki ostrzał ukraińskich miast. Sprzęt ma, doświadczenie z Czeczenii i Syrii też. Co prawda zaburzy to nieco narrację o wyzwalaniu bratniego narodu, Rosjan w gruncie rzeczy, spod władzy faszystów, ale czego nie zrobi samiec alfa, by nie przegrać? Putin może więc obrócić ukraińskie miasta z ich dzielnicami mieszkaniowymi, fabrykami, szkołami i cerkwiami w perzynę – Sobór Sofijski i Ławrę Peczerską będzie sobie można pooglądać tylko na historycznych fotografiach, a tego Putinowi chyba nawet patriarcha Cyryl nie wybaczy – zabić dziesiątki tysięcy ludzi, a potem „zdobyć” tę kupę gruzów i postawić na niej Janukowycza, żeby jej pilnował, tylko co z tego? Kontrola nawet tak zdruzgotanej Ukrainy byłaby dla Putina szalenie kosztowna i ekonomicznie, i w sensie wojskowym, wizerunkowo przegrałby nawet we własnym kraju, a Rosja na długie lata stałaby się międzynarodowym pariasem. Kłopot w tym, że Putin chyba już przestał działać racjonalnie i może się tym wszystkim nie przejmuje.

Może jednak do tego nie dojdzie? Może rosyjscy generałowie, oligarchowie i urzędnicy wyższego szczebla przestraszą się czy to konsekwencji gospodarczych i politycznych dla Rosji, z jakąś perspektywą zabójczej dla tej kliki rewolty społecznej, czy raczej utraty dostępu do własnych kont, willi i jachtów na Zachodzie, tego, że ich ukochane dzieci zostaną usunięte z prestiżowych szkół i uniwersytetów a kochanki wyrzucone z luksusowych apartamentów, więc bojąc się tego wszystkiego, powstrzymają Putina? Okaże się, że Putin nagle ciężko zachorował na serce – ach, ten stres! – i musi się udać na długi odpoczynek gdzieś na Ural albo w góry Ałtaju, gdzie jest spokój i czyste powietrze, a potem wszelki ślad po nim zaginie. Ktoś inny obejmie władzę i przerwie te potworności, jakie dzieją się w Ukrainie.

Jest jeszcze jedna możliwość: Putin się wycofa, ale tak, żeby mógł udawać, że wychodzi z twarzą. Ukraina będzie musiała coś oddać, coś oprócz krwi swoich dzieci. Co?

Krym. Ukraina będzie musiała pogodzić się z utratą Krymu.

Nie jestem niemieckim admirałem i mogę to napisać nie ryzykując utraty pracy. Nie wyobrażam sobie, aby Rosja miała kiedykolwiek zrezygnować z Krymu. Krym, poza względami strategicznymi, ma dla Rosji wielkie znaczenie symboliczne. Rosja toczyła długie i ciężkie wojny aby go zdobyć i utrzymać, realizując plan zapoczątkowany jeszcze przez Piotra Wielkiego. Krym nigdy tak naprawdę nie był ukraiński. Został przyłączony do Ukraińskiej SRR decyzją administracyjną i z powodów, jak sądzę, logistyczno-administracyjnych, chociaż wybrano datę symboliczną, trzechsetną rocznicę Ugody Perejasławskiej. Krym nie ma połączenia lądowego z Rosją, więc wszelkie zaopatrzenie, łącznie z energią elektryczną i wodą (Sowieci zniszczyli system irygacyjny), musiało przychodzić z Ukrainy – łatwiej to było administracyjnie ogarnąć gdy Krym znajdował się w obrębie tej samej „republiki radzieckiej”, czyli wyższej jednostki administracyjnej w ramach ZSRR. Nikt w 1954, gdy Krym został przekazany (podporządkowany) Ukrainie, nie myślał o rozpadzie Związku Sowieckiego i powstaniu niepodległej Ukrainy.

Już od samego początku istnienia ZSRR, a zwłaszcza po wysiedleniu przez Stalina Tatarów krymskich w 1944, Rosjanie – rosyjscy osadnicy i ich potomkowie – stanowili największą grupę etniczną na Krymie. Po rozpadzie ZSRR ludność Krymu chciała się przyłączyć do Rosji, ale skończyło się na tym, że Ukraina nadała Krymowi szeroką autonomię. A w 2014 zielone ludziki Putina zajęły Krym i Rosja przyłączyła ten półwysep. Świat tego formalnie nie uznaje, ale nie wierzę, aby Rosję dało się stamtąd ruszyć inaczej, niż w wyniku kolejnej ciężkiej wojny, której wynik zresztą nie byłby pewny.

Może więc Ukraina powinna rozważyć, czy w zamian za pokój formalnie nie zrzec się Krymu, którego faktycznie nie kontroluje i raczej kontrolować nie będzie?

Ktoś może się obruszyć, że piszę o nagrodzeniu Putina Krymem za jego agresję. Choć Putin mógłby tak twierdzić, to nie jest nagroda dla Putina. To, moim zdaniem, jest cena, jaką Ukraina i tak będzie musiała zapłacić za swoje aspiracje NATOwskie (trudno sobie wyobrazić, żeby okupacja części państwa NATO nie pociągnęła za sobą dalszych konsekwencji, których obecne państwa NATO raczej sobie nie życzą), a nawet europejskie: formalnie ukraiński, czyli unijny, a faktycznie kontrolowany przez Rosję Krym mógłby stać się bramą, przez którą do Unii wlewałby się niekontrolowany strumień towarów rosyjskich, chińskich i czort wie, jakich jeszcze.

Donbas, który Putin też chciałby przyłączyć, to inna rzecz. Tutaj to Rosja powinna się wycofać. Separy niech jadą tam, gdzie rosyjski okręt.

A potem przyjdzie czas na rozliczanie winnych zbrodni wojennych.

Przesilenie

Kalendarz nam się rozjechał. Dawno, dawno temu pierwszy dzień po zimowym przesileniu oznaczał Boże Narodzenie (i wszystkie święta religijne, które je poprzedzały) oraz początek nowego roku. Pradawne, pra-indoeuropejskie święto solarne, niezwykle głęboko tkwiące w naszej kulturze, oznaczające zwycięstwo światła i nadziei nad ciemnością i trwogą. Bo światłość w ciemnościach świeci i ciemności jej nie przemogły (J 1:5).

Dla chrześcijan jest to święto przybycia Boga-Odkupiciela pod postacią bezbronnego dziecka, znak, że Bóg nie opuścił swego dzieła.

W dzisiejszym świecie jest źle, jest bardzo źle, ale nigdy nie należy tracić nadziei.

A życzenia niech będą anielskie: Pokój ludziom dobrej woli! (Lk 2:14).

Spisane będą czyny

Ni z gruchy, ni z pietruchy, PiS, łamiąc Regulamin Sejmu (a bo to pierwszy raz?), odrzucił senackie weto do ustawy lex anty-TVN, doskonale wiedząc, że Amerykanów to wkurzy, a UE zresztą też. A przecież oprócz wszystkich zagrożeń ekonomicznych, finansowych etc, mamy zagrożenie – potencjalne, potencjalny cień zagrożenia, ale jednak – ze strony Rosji i jej możliwego ataku na Ukrainę. W tej sytuacji na to, aby wkurzać Stany, mogli wpaść tylko ruscy agenci, lub też ludzie beznadziejnie głupi, lub też cynicy, którzy za nic mają sobie dobro Polski. Albo, co wydaje mi się najbardziej prawdopodobne, mieszanka tych wszystkich trzech grup.

Gdyby Polsce coś naprawdę groziło lub, nie daj Boże, coś się stało, nasi zachodni sojusznicy musieliby wykazać się pewną determinacją i ofiarnością, żeby nam pomóc, nie ograniczając się tylko do pełnych oburzenia oświadczeń. A czemu ktoś miałby ryzykować wielkie wydatki, a nawet życie swoich żołnierzy, żeby pomóc państwu, które tak ostentacyjnie odcina się od zachodnich wartości i depce amerykańskie interesy ekonomiczne?

Czemu PiS to zrobił? Przychodzą mi do głowy cztery możliwości:

  • Celowo, żeby zaszkodzić Polsce. Ruscy agenci i tak dalej. Mimo wszystko w to nie wierzę.
  • Oni są aż tak głupi, więc nie ogarniając konsekwencji, korzystając z chwilowego korzystnego rozkładu głosów, postanowili ubić TVN, którego serdecznie nienawidzą. A ruscy agenci się jedynie cieszą.
  • Chcieli pokazać, że wciąż zachowali sprawczość, że wbrew temu, co mówią media i opozycja, nie ograniczają się jedynie do trwania, że coś wciąż mogą zrobić. A że nie ogarniają konsekwencji lub liczą (!) na prezydenckie weto, korzystając z chwilowego korzystnego rozkładu głosów, postanowili ubić TVN, którego serdecznie nienawidzą. A ruscy agenci się jedynie cieszą.
  • Chcieli odwrócić uwagę publiczności od zatrważających wieści docierających z innych kierunków, żeby zachować władzę. Czyli cynicy, których dobro Polski nic a nic nie obchodzi. A ruscy agenci się jedynie cieszą.

Myślę, że zaszło to ostatnie. Bo byłoby od czego odwracać uwagę.

  • Rząd, świadom tego, że wśród jego wyborców jest wielu antyszczepionkowców, jest całkowicie bierny wobec rozwijającej się epidemii, na skutek czego codziennie umiera 500-600 chorych na COVID, plus nie wiedzieć ile osób z innymi schorzeniami, które nie mogły na czas uzyskać adekwatnej pomocy.
  • Mamy najwyższą inflację w UE. Drożyzna zaczyna coraz bardziej uwierać ludzi, zwłaszcza tych uboższych.
  • URE ogłosił dziś 25% podwyżkę cen prądu dla gospodarstw domowych i 54% podwyżkę cen gazu…
  • …a Polsce podobno i tak grożą blackouty.
  • Kryzys na granicy z Białorusią nie został rozwiązany, a jedynie zamrożony, jakkolwiek ponuro by to brzmiało. I to nie dzięki działaniom Polski, a wyłącznie dzięki decyzjom UE i postawie przywódców Niemiec i Francji.
  • Mejza, oskarżany o wyłudzanie państwowych dotacji oraz o próby żerowania na cierpieniu, ciężkich chorobach ludzi, pozostaje nieodwoływalnym wiceministrem w rządzie PiS. Bo gdyby go odwołano, to kilku innych posłów by się obraziło i PiS straciłby większość.
  • Sondaże dla PiS spadają.
  • Emerytowany funkcjonariusz BOR zeznał, że on i inni BORowcy kłamali w sprawie wypadku Szydło.
  • A w dodatku jeden żołnierz uciekł z Polski na Białoruś. Nawet jeśli był to żołnierz z problemami, który być może po pijanemu zabłąkał się na złą stronę płotu, jest to straszny cios wizerunkowy dla polskiego wojska i kontrwywiadu.

Jest więc co przykrywać. Lepiej niech więc ludzie gadają o TVNie, a o problemach, które wynikają z ataku na tę stację, PiS, niczym Scarlett O’Hara, pomyśli jutro.

Spisane będą czyny i rozmowy.

Nie ma patriotów

Kilkakrotnie na tym blogu starałem się odróżniać funkcjonariuszy, działaczy i nominatów PiS od wyborców tej partii. Myślę, że przyszedł czas, aby zmienić zdanie, aby doprecyzować, co rozumiem przez PiS.

Otóż dla mnie PiS to członkowie partii Prawo i Sprawiedliwość, posłowie, senatorowie i radni wybrani z list tej partii – przy czym nie rozróżniam tu samej partii Prawo i Sprawiedliwość i jej „koalicjantów” (w wyborach do Sejmu lista była partyjna, nie koalicyjna) – osoby wybrane w okręgach jednomandatowych z rekomendacji tej partii, ministrowie i inni urzędnicy państwowi mianowani z rekomendacji tej partii, osoby mianowane przez tę partię na stanowiska w instytucjach państwowych, w spółkach Skarbu Państwa i samorządowych, a także publiczni i medialni eksponenci i adwokaci tej partii. Od dziś do PiS zaliczam także ideowych wyborców Prawa i Sprawiedliwości: nie wyborców zbałamuconych propagandą rządową lub kościelną, nie tych niezorientowanych, ale tych, którzy wiedząc, co Prawo i Sprawiedliwość robi, uważają to za słuszne. To dla mnie jest PiS.

Otóż w tak rozumianym PiS nie ma patriotów, choć są nacjonaliści. Nie ma też chrześcijan, choć są fundamentaliści. Jest też spora grupa cwaniaków, cyników, bezideowych karierowiczów-oportunistów oraz zwykłych złodziei i innych przestępców chcących się ukryć pod skrzydłami władzy. Jest tam też duża grupa głupców. Jest wreszcie trudna do oszacowania liczba ruskich agentów. Ludzi, z którymi chciałbym odczuwać jakąkolwiek wspólnotę na poziomie bardziej szczegółowym, niż wspólnota ogólnoludzka, nie ma tam wcale.

***

Tymczasem zaś, jeśli chodzi o sytuację na granicy, będącą nie tylko granicą Polski, ale także zewnętrzną granicą Unii Europejskiej, kanclerz Merkel i prezydent Macron rozmawiają z prezydentem Putinem i prezydentem-uzurpatorem Łukaszenką. Również prezydent Biden wypowiedział się dość stanowczo na temat sytuacji na polsko-białoruskiej granicy. Natomiast Andrzej Duda bawi się na meczu piłki nożnej. Wściekły Kaczyński oświadczył, że nie podoba mu się, iż rozmowy w sprawie sytuacji na granicy toczą się nad naszymi głowami. Wobec tego, gdy następnego dnia ministrowie obrony krajów UE spotkali się w Brukseli z Sekretarzem Generalnym NATO, aby omówić sytuację na zewnętrznej granicy Unii, polski minister tam się nie pofatygował, tylko wysłał ambasadora. Obecne władze Polski nie tylko są zupełnie bierne w kwestii poszukiwania rozwiązania kryzysu granicznego, ale obrażają się, gdy inni chcą to robić.

Nikogo nie powinno to dziwić. PiSowi nie zależy na rozwiązaniu problemu, tylko na możliwie jak najdłuższym rozgrywaniu go na potrzeby polityki wewnętrznej. Przecież napisałem, że w PiS nie ma patriotów.

Wciąż na granicy

To wojna hybrydowa. To testowanie państwa polskiego na wielu poziomach, mówi wiceminister MON Maciej Ociepa, postgowinowiec. Kto wie, wiceminister Ociepa może mieć rację. Problem w tym, że państwo polskie tego testu nie zdaje.

Na razie sytuacja jest taka: Polska zgromadziła przy granicy białoruskiej 15 tysięcy funkcjonariuszy i żołnierzy, wyposażonych między innymi w broń pancerną, postawiła zasieki, twierdzi, że nikogo nie przepuszcza, a jeśli ktoś się przedostanie i zostanie złapany, jest wywożony do nadgranicznego lasu.

A granica i tak nie jest szczelna, o czym można wnosić stąd, że około 200 nielegalnych migrantów dziennie przedostaje się z Polski do Niemiec. Ludzie raz, drugi, trzeci odpychani przez polską Straż Graniczną, próbują po raz kolejny, aż w końcu niektórym z nich się to udaje. To znak dla wszystkich pozostałych, że jednak warto próbować.

W Litwie i Łotwie od września działają NATOwskie zespoły ekspertów do spraw zwalczania zagrożeń hybrydowych. W Polsce natomiast Andrzej Duda, który, jak słyszałem, pełni jakieś funkcje publiczne, oświadczył, że nie potrzebujemy wsparcia NATO. Litwa i Łotwa poprosiły też o pomoc Frontex, unijną agendę do spraw bezpieczeństwa granic; jeśli chodzi o Polskę, to przewodniczący Rady Europejskiej wręcz prosi Polskę o przyjęcie pomocy, ale Polska ją odrzuca.

PiS nie chce obecności instytucji unijnych i NATOwskich na granicy, bo one działałyby wedle procedur i reagowały na przypadki łamania prawa międzynarodowego i praw człowieka.

W Sejmie Morawiecki obłudnie wzywa wszystkich do jedności, a zaraz potem Błaszczak i Kamiński oskarżają opozycję o sprzyjanie Łukaszence. Jeśli nie chcecie nam pomagać, to przynajmniej nie przeszkadzajcie, mówi Mario Kamiński. Cóż za bezczelność! Minister skompromitowany swoimi wcześniejszymi wyskokami, nieudolnościami, stosunkiem podległych mu służb do protestujących obywateli, ekscesami alkoholowymi, a wreszcie niedawną, wstrętną konferencją prasową, zamiast milczeć, jak by mu resztki honoru powinny nakazać, ma czelność domagać się, żeby mu nie przeszkadzać. Dokładnie tego samego domagały się władze PRLu, żeby nie przeszkadzać Milicji Obywatelskiej i SB, bo one wiedzą, co robią.

Polskie służby stosują push-backi, brutalne i nielegalne w świetle ratyfikowanych przez Polskę konwencji międzynarodowych, skazując ludzi na cierpienie, poniewierkę, niekiedy śmierć, a i tak nie są w stanie uszczelnić granicy. Ponieważ PiS wypędził znad granicy dziennikarzy, co było chyba jedynym celem wprowadzenia stanu wyjątkowego, nie sposób dowiedzieć się, co się tam naprawdę dzieje. W świat idą jedynie obrazy pochodzące z Białorusi, obciążone antypolskim nastawieniem i ukrywające przemoc, jaką wobec migrantów stosują służby białoruskie. Jedyne, co na skutek działań PiS wobec migrantów zyskujemy, to fatalna, przeraźliwie zła opinia międzynarodowa kraju rasistowskiego, niehumanitarnego, kłamliwego, łamiącego prawo międzynarodowe, niechętnego do współpracy, a przy tym nieskutecznego. Żałosny, haniebny obraz. Tak oto Polska wstaje z kolan.

Jesteśmy przygotowani na wszystkie scenariusze, dodaje zadowolony z siebie wiceminister Ociepa. Czyżby?

Rządzona przez PiS Polska okazała się nieprzygotowana do tego, co się obecnie dzieje na granicy: Narasta tam kryzys humanitarny, a granica i tak nie jest szczelna. Ale obecnie sytuacja zdaje się eskalować. W pobliżu granicy zbierają się duże, liczące być może i 2-4 tysiące (nie wiadomo ilu, bo pod nieobecność mediów nie ma tego jak zweryfikować) grupy migrantów, najprawdopodobniej spędzane tam i zastraszane przez służby białoruskie. Jeśli taka zwarta grupa postanowi sforsować granicę, to ani zasieki, ani polski kordon funkcjonariuszy nie zdołają jej powstrzymać. I co wtedy? Czy Straż Graniczna będzie strzelać?

Lub też wśród migrantów znajdzie się kilku uzbrojonych prowokatorów, którzy raptem zaczną strzelać do wszystkich: do migrantów i do polskich żołnierzy. I co wtedy, panie wiceministrze Ociepo? Czy na takie scenariusze polskie władze też są przygotowane?

PiSowskim zarządcom Polski dotąd wcale nie chodziło o rozwiązanie kryzysu na granicy, tylko o rozgrywanie go na rzecz polityki wewnętrznej. Na pokazywaniu, jakim strasznym zagrożeniom musi Polska stawiać czoła i że tylko PiS potrafi im sprostać, bo totalna opozycja chciałaby wpuścić do Polski zoofilów, gwałcicieli i muzułmańskich terrorystów. Możliwe jednak, że PiS przeholował i znalazł się w punkcie, w którym już kryzysu rozwiązać nie może, nawet gdyby chciał. To wciąż byłoby zapewne możliwe przy pomocy instytucji unijnych i NATOwskich, ale PiS przecież nie poprosi ich o pomoc. Ba, wcale nie jest pewne, czy Unia chciałaby Polsce pomóc, zważywszy na to, co Polska wyprawiała przez ostatnie lata.

I co teraz?

Bezduszna nieskuteczność

Na polsko-białoruskiej granicy wciąż koczują migranci. Wciąż są przepychani z jednej strony granicy na drugą, niekiedy fizycznie przerzucani jak worki siana, głodują, marzną i cierpią. Umierają. Polska, kraj rzekomo chrześcijański, nie uważa migrantów za ludzi, którym przysługują jakieś prawa i w których chrześcijanie powinni dostrzec Chrystusa (mnieście to uczynili), tylko za pionki w jakiejś potwornej grze.

Władza, chcąc obrzydzić ludziom migrantów, a jeszcze bardziej pokazać, przed jakim strasznym zagrożeniem nas chroni, ucieka się do niebywałych podłości; mam tu na myśli tyleż słynną, co wstrętną, konferencję ministrów Kamińskiego i Błaszczaka. Wszystkiemu patronuje dziadyga przysypiający na własnej konferencji prasowej.

A przy tym wszystkim Polska, z całym swoim stanem wyjątkowym na granicy, okrucieństwem, ksenofobią i zasiekami Błaszczaka, jest dramatycznie nieskuteczna. Jak donoszą niemieckie media, od początku września do Niemiec z terenu Polski wjechało ponad 4000 nielegalnych migrantów. Obecnie dociera tam około 200 osób dziennie.

W oczach Zachodu Polska sama sobie przyprawia gębę kraju bezdusznego, rasistowskiego, gardzącego cywilizowanymi normami, a w dodatku nieskutecznego.

Połączmy to jeszcze z naszym głośnym łamaniem unijnych norm i natarczywym domaganiem się unijnych pieniędzy.

Co więc Polska, nasz kraj, powinna w tej sytuacji zrobić? Już pisałem i chętnie powtórzę: Powinniśmy ze względów humanitarnych przyjąć wszystkich migrantów koczujących obecnie w nadgranicznych lasach. Że jeśli przyjmiemy tych, to Łukaszenka skieruje tam natychmiast następnych, z którymi sam zaczyna mieć kłopot? Oczywiście. Więc tamtych też powinniśmy przyjąć. Przyjąć, umieścić w ośrodkach, odebrać od nich prośby o ochronę, analizować je, próbować odsyłać tych, którzy nie spełniają kryteriów, a w międzyczasie wszystkie dzieci posłać do szkoły. Łącznie będzie tego kilka, może kilkanaście tysięcy osób. Zgoda, przyjęcie tych ludzi i zapewnienie im choćby minimalnie przyzwoitych warunków będzie dla Polski kłopotem. Może nawet sporym kłopotem. Jednak – tylko kłopotem, który nie rozłoży ani naszej gospodarki, ani bezpieczeństwa, ani tożsamości. Pozwalanie, by ci ludzie tułali się po lasach, cierpieli i umierali, jest dla Polski hańbą.

Jednocześnie trzeba starać się, aby uszczelnić granicę, bo ani Unia Europejska, ani my czy to jako my, czy to jako część Unii, nie życzymy sobie niekontrolowanego przepływu osób. (Nie wiem, czy mur jest najlepszym rozwiązaniem; mur budowany bez zachowania warunków ochrony przyrody i bez kontroli nad wydatkami, by odpowiedni ludzie mogli zarobić, z pewnością nie.) Przy czym samo to, że po przejściu przez zieloną granicę polsko-białoruską trafia się do polskiego ośrodka dla uchodźców, nie zaś do wymarzonych Niemiec, spowoduje, że atrakcyjność tego szlaku spadnie. Informacja, że przekroczenie polskiej granicy prawie na pewno oznacza pobyt w polskim ośrodku, z pewnością rozejdzie się szybko i szeroko. W interesie Polski leży więc raczej sprawne odnajdywanie migrantów i umieszczanie ich w polskich ośrodkach, nie zaś okrutne, bezprawne push-backi, bo w końcu, po wielu wyczerpujących próbach, jakiejś części migrantów raz, drugi, trzeci odpychanych na stronę białoruską, w końcu jednak udaje się dostać do Niemiec. Tak więc z ich punktu widzenia warto próbować.

Nie można ulec szantażowi Łukaszenki i trzeba go przekonać, żeby przestał sprowadzać bezwizowych „turystów” z Bliskiego Wschodu i Afryki. Nie tylko nie wolno znieść dotychczasowych sankcji, ale raczej trzeba nałożyć nowe, jeszcze bardziej surowe – będą zniesione, gdy Łukaszenka przestanie sprowadzać migrantów – oraz naciskać na linie lotnicze, aby przestały zapewniać Łukaszence transport. Tylko że to trzeba zrobić na poziomie unijnym, nie tylko naszym, lokalnym. Polska mogłaby przekonać pozostałe kraje UE do skoordynowanych działań, w jakimś stopniu kosztownych także dla krajów unijnych, gdyby ze zdaniem i potrzebami Polski ktoś się w UE liczył. Niestety, na skutek tyleż konsekwentnej, co obłąkanej polityki naszych obecnych władz, ze stanowiskiem Polski nie liczy się już nikt. Łamiąca europejskie zasady i europejską solidarność Polska staje się niechcianym i nielubianym partnerem. Dlaczego unijne kraje miałyby być solidarne z nami, skoro my ostentacyjnie odrzucamy zasady, którymi Unia się kieruje?

Rosjanie też nie mają na Zachodzie dobrej prasy. Choć niektórzy słyszeli o wybitnych rosyjskich pisarzach, kompozytorach i innych artystach, a jakaś malusieńka mniejszość nawet o wielkich rosyjskich matematykach i fizykach, Rosja jawi się jako kraj dziki, niedostępny, niezbyt cywilizowany, trudny do zrozumienia, Rosjanie jako ludzie podejmujący bardzo ryzykowne działania, często po pijanemu, i choć ich zawadiackość może imponować, to normalni ludzie tak by się nie zachowywali. A w ogóle Rosja to kraj i wielkich możliwości – ale ostrożnie, bo jak się podpadnie władzom, można pojechać paść białe niedźwiedzie – i nieustanne źródło zagrożenia. I o to chodzi. Podobno niektórzy Rosjanie powtarzają, że skoro nas nie lubią, to niech się nas przynajmniej boją.

Polaków nikt nie lubi, ale też nikt się nas nie boi. Polska coraz bardziej staje się pośmiewiskiem Europy, a jest to śmiech pełen pogardy. A PiS, aby utrzymać się u władzy, wyciąga z nas to, co najgorsze.

Hiacynt

Hiacynt, reż. Piotr Domalewski, 2021, a przy okazji
Rysa, serial polski, 2021

W kultowej scenie „Rejsu” Marka Piwowskiego (czy któraś scena tego filmu nie jest kultowa?) Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz szydzą z polskich filmów, w tym z tej sceny, którą właśnie grają 🙂 Czego by nie powiedzieć o ówczesnych polskich filmach, było słychać, co aktorzy mówią. Współczesne polskie produkcje łączy, jak mi się wydaje, to, że nie słychać. Aktorzy coś niewyraźnie mamroczą, mówią przez zasznurowane usta, nosują, słowem, dramat. Do tego jeszcze zdarza się złe ustawienie poziomu dźwięków tła do tekstu wypowiadanego przez aktorów i wtedy nie słychać już kompletnie nic. O, jeśli jakąś rolę gra aktor starszego pokolenia, jak Zbigniew Zamachowski w „Rysie”, zrozumieć można wszystko, nawet jeśli aktor jest ustawiony tyłem albo znajduje się w jakiejś nienaturalnej pozycji. A młodych aktorów bardzo trudno jest zrozumieć. Czy ich nikt już nie uczy dykcji?!

Spojlery!

Dostępny na Netfliksie „Hiacynt” opowiada, jak w latach ’80 młody, dobry milicjant (postać na kształt żelaznego wilka) odkrywa lawendową mafię na szczytach SB i swoją gejowską tożsamość. W PRLu w latach 1985-87 prowadzono akcję masowej inwigilacji środowisk homoseksualnych, zapewne głównie po to, aby zdobyć materiały obciążające „figurantów”, umożliwić ich szantaż i pozyskanie jako Tajnych Współpracowników. W filmie TW nie inwigiluje jednak swojego środowiska, ale dostarcza młodych studentów na gejowskie orgie z udziałem wierchuszki SB. Aby zatrzeć ślady, superzabójca, niemalże jak Specjalista (Asset) z filmów o Jasonie Bourne, zabija kolejnych uczestników orgii; dochodzenie w tej sprawie stanowi kryminalną osnowę filmu. Proszę się nie martwić, w finałowej scenie nasz dobry milicjant zabija Specjalistę.

Najlepszymi fragmentami filmu jest obraz imprez schyłkowego PRLu: oficjalnej milicyjnej (ówczesne przeboje „Daj mi tę noc” i coś Beaty Kozidrak śpiewa z offu wokalistka jak z weselnej kapeli – poprawnie i całkowicie płasko) oraz prywatki w bloku (w tle „Chcę ci powiedzieć coś” Maanamu – no naprawdę, czy potrzebna jest taka dosłowność?).

Jest zresztą w filmie ciekawa aluzja do współczesności: Oto Specjalista zabija w więzieniu jakiegoś nieszczęsnego geja, którego milicja chce wrobić w zabójstwa, pozorując, że w biały dzień powiesił się w celi. Strażnik niczego nie zauważył, bo akurat wyszedł na siku. To jest nawiązanie do smutnej historii boksera Dawida Kosteckiego.

Za to serial „Rysa” opowiada dziwaczną historię współczesną, kręcącą się wokół mafii pedofilskiej ulokowanej – a jakże! – w dowództwie policji i innych kręgach władzy. Scenariusz jest chaotyczny, pełen dziur i niekonsekwencji, a przede wszystkim zupełnie nieprawdopodobny: Oto okazuje się, że komisarzem policji jest kobieta nie pamiętająca swojej przeszłości sprzed kilkunastu lat, swojego ówczesnego ciężkiego nałogu narkotykowego i odwyku, nadal paląca marihuanę, regularnie kontaktująca się z podejrzanymi dealerami i mająca tajemniczego przyjaciela, który od pierwszej sceny wygląda co najmniej na szpiega. I ktoś taki miał przejść weryfikację, żeby zostać komisarzem policji? Proszę nie żartować. A, może dlatego, że ta pani ma jeszcze być ikoną feminizmu.

W dodatku, jak napisałem, trzeba się mocno natężać, żeby w ogóle zrozumieć, co aktorzy mówią.

Okazuje się, że „Rysa” jest ekranizacją pierwszej części trylogii autorstwa Igora Brejdyganta. Teraz któraś stacja nadaje właśnie część drugą, ale nie będę się męczył oglądaniem.

„Hiacynta” zresztą też, w gruncie rzeczy, nie polecam.

Giorgio Parisi

Tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki przyznano za przełomowy wkład w zrozumienie układów złożonych. Otrzymali ją Syukuro Manabe i Klaus Hasselmann (po 1/4) za fizyczne modelowanie klimatu Ziemi, ilościowe określanie jego zmienności i wiarygodne przewidywanie globalnego ocieplenia oraz Giorgio Parisi (1/2) za odkrycie wzajemnego wpływu nieporządku i fluktuacji w układach fizycznych od skali atomowej do planetarnej. Część klimatyczna zapewne budzi większe zainteresowanie, ale ją komentowano już gdzie indziej i ja nie mam tu nic do dodania. Ale Giorgio Parisi, a, to co innego!

Giorgio Parisi zajmuje się tak wieloma obszarami fizyki teoretycznej, że czuję się w miarę kompetentny do wypowiadania się tylko o części z nich, zupełnie pomijając jego wkład w teorię cząstek elementarnych.

Nagroda Nobla dla Giorgio Parisiego to wielka radość dla osób zaangażowanych we współczesną fizykę statystyczną.

Uważa się, że fizyka daje informację pewną: przy takich a takich warunkach stanie się to a to. Jednak w układach złożonych, obejmujących olbrzymie ilości składników, których nie sposób śledzić indywidualnie, fizyka musi ograniczyć się do przewidywania, jakie jest prawdopodobieństwo, że stanie się to a to. Trzeba bowiem uwzględniać szum, zaburzenia losowe, przypadkowe fluktuacje, czyli odchylenia od średniej, pochodzące od licznych nieobserwowalnych stopni swobody. Tradycyjnie uważało się, że zaburzenia losowe mają wyłącznie charakter destruktywny – niszczą powstające struktury, zniekształcają przekazywane sygnały. Okazuje się, że to nieprawda: w niektórych układach nieliniowych obecność szumu może prowadzić do jakościowo nowych zjawisk.

Jedna z wielkich prac Giorgio Parisiego w tym zakresie dotyczyła rezonansu stochastycznego [1]. Otóż ludzie próbowali zrozumieć, dlaczego zlodowacenia na półkuli północnej pojawiały się dość regularnie, co mniej więcej sto tysięcy lat. Okazało się, że na skutek naturalnych zjawisk astronomicznych, oś obrotu Ziemi zmienia swoje nachylenie – o niewielki kąt, ale z takim właśnie okresem, jak zlodowacenia. Jednak szczegółowe obliczenia pokazały, że nie prowadzi to do zmian nasłonecznienia Ziemi mogących wywołać zlodowacenia. Parisi i współpracownicy postanowili uwzględnić zjawiska losowe, takie jak wybuchy wulkanów, wpływające na zmianę albedo Ziemi. Udowodnili, że połączenie tych dwu zjawisk prowadzi do okresowego przerzucania klimatu Ziemi od stanu bez zlodowacenia do stanu ze zlodowaceniem. Co więcej, istnieje pewne optymalne natężenie zjawisk losowych (przypadkowych zmian albedo Ziemi), powodujące, że wpływ astronomicznego procesu okresowego (zmiana nachylenia osi Ziemi) jest najmocniej widoczny. Zjawisko to nazwano rezonansem stochastycznym. Dziś rezonans stochastyczny używany jest nie tylko do wyjaśniania zjawisk klimatycznych (oprócz epok lodowcowych, także zjawiska El Niño), lecz również do zrozumienia pewnych fundamentalnych reakcji biochemicznych, detekcji sygnałów podprogowych, a wreszcie w terapii pewnych schorzeń neurologicznych.

Inna słynna praca Parisiego [2] dotyczyła ewolucji powierzchni w obecności zaburzeń losowych. Nawet pod nieobecność zaburzeń losowych problem jest wysoce skomplikowany, opisywany przez układ nieliniowych równań różniczkowych, a autorom, dzięki zastosowaniu grupy renormalizacji, udało się znaleźć wykładniki krytyczne dla modelu stochastycznego. Ten model ma znaczenie i w mikrobiologii, można bowiem w ten sposób opisywać rozwój kolonii bakterii, i w fizyce nanomateriałów, gdzie kluczowe jest zrozumienie, jak powstają mikroskopowe powierzchnie, których chcielibyśmy użyć do budowy superczułych nano-detektorów, w opisie powstawania struktur fraktalnych, a sama klasa uniwersalności KPZ pojawia się, jak królik z kapelusza, w przeróżnych miejscach stochastycznej teorii pola. Dzięki teorii skalowania i grupie renormalizacji wyjściowy model pozwala w spójnym języku opisać zjawiska zachodzące w wielu skalach, od rozmiarów mikroskopowych aż po astronomiczne.

Każda z tych prac z osobna przyniosła autorom wielką sławę, a Giorgio Parisi jest przecież także gigantem teorii szkieł spinowych! Szkła spinowe to pewne nieuporządkowane układy magnetyczne i, co ciekawe, są pojęciowym prekursorem sieci neuronowych, używanych dziś w uczeniu maszynowym – można więc powiedzieć, że Giorgio Parisi pośrednio wniósł wkład i do tej dyscypliny. Matematyczne modele szkieł spinowych są kluczowe w wielu działach fizyki teoretycznej. Wreszcie szkła spinowe, przez pewne podobieństwa formalne, są powiązane ze zwykłymi szkłami, od których zresztą biorą nazwę, a zrozumienie natury przejścia szklistego do dziś jest dalekie od doskonałości. W największym artykule przeglądowym z tej dziedziny prace Parisiego są cytowane bodaj 50 razy.

Parisi zajmował się ponadto teorią obliczeń Monte Carlo, analizą i modelowaniem ruchu stad ptaków, a ostatnio analizowaniem przebiegu epidemii COVID-19.

[1] Stochastic Resonance in Climatic Change, R Benzi, G Parisi, A Sutera, A Vulpiani, Tellus 34, 10, 1982
[2] Dynamic scaling of growing interfaces, M Kardar, G Parisi, YC Zhang, Physical Review Letters 56, 889, 1986

Widzialna ciemność

Zdjęcie dziewczynki, wobec której polska Straż Graniczna zastosowała „procedurę z rozporządzenia” – to znaczy po wielu dniach tułaczki, wywiozła ją do lasu na granicy polsko-białoruskiej. Bez jedzenia, bez picia, gdy temperatury spadają do +5oC.

Rozporządzenie MSW nakazujące push-backi jest nielegalne, niezgodne i z polskim prawem, i z przyjętymi przez Polskę konwencjami międzynarodowymi. Nawiasem mówiąc, pewna publicystka Polityki napisała, że wobec oficerów w Katyniu też zastosowano „procedurę z rozporządzenia”.

To zdjęcie niech będzie naszym, Polaków, wyrzutem sumienia. Oto, co nasz kraj robi z dziećmi. Nasz kraj!

A zdjęcie z koniem niech będzie symbolem podłości i moralnej degeneracji obecnej władzy.

Tymczasem w Polsce

Na granicy polsko-białoruskiej umierają ludzie. Nie „nielegalni imigranci”, nie pionki w jakiejś strategicznej grze Łukaszenki z Polską czy Putina z Unią Europejską, ale ludzie. Ludzie.

Media ujawniają monstrualną skalę nepotyzmu i kolesiostwa, wręcz mafijnych powiązań, jakimi złodzieje z PiS opletli Polskę.

A minister Mariusz Kamiński, przestępca skazany za nadużywanie uprawnień, ułaskawiony później przez Andrzeja Dudę, robi konferencję prasową, na której pokazuje zdjęcia, rzekomo pochodzące z telefonów komórkowych migrantów, mające dowodzić, że migranci ci są terrorystami, wyszkolonymi w Rosji agentami, pedofilami i zoofilami. Wszystko na raz.

Jest oczywiście całkowicie zrozumiałe, że osoby pragnące nielegalnie przedostać się do Unii Europejskiej zabierają ze sobą dowody świadczące o ich udziale w egzekucjach, o przebytym szkoleniu bojowym i agenturalnym, o skłonnościach pedofilskich i zoofilnych. Każdy na ich miejscu by tak zrobił. Nie budzi to najmniejszych wątpliwości.

Otóż:

  • minister Mariusz Kamiński jest osobą kompletnie niewiarygodną. Nie wierzę w ani jedno jego słowo. Jest to przestępca, kłamca, a co najgorsze, fanatyk.
  • nie ma żadnego sposobu, aby zweryfikować słowa Mariusza Kamińskiego, w szczególności aby sprawdzić, czy pokazane dziś zdjęcia rzeczywiście pochodzą z telefonów komórkowych migrantów
  • nawet jeśli te zdjęcia pochodzą z telefonów komórkowych migrantów, na jakiej podstawie polskie służby uzyskały do nich dostęp?
  • nawet jeśli te zdjęcia pochodzą z telefonów komórkowych migrantów, ujawnianie ich bez zgody sądu stanowi przestępstwo. Mogę prosić o podanie sygnatury?

Mariuszu Kamiński, Mariuszu Błaszczaku i ty, nieszczęsny generale Tomaszu Praga, komendancie główny Straży Granicznej: jesteście plugawi i odrażający. Jesteście zakałą tego narodu. W dodatku macie nas wszystkich za idiotów. Rzygać mi się chce na samą myśl o was.

Edit, 28 września: Jak podaje OKO Press, zdjęcie mężczyzny z kozą, w które z taką lubością wpatrują się konstytucyjni ministrowie rządu RP, pochodzi z jakiegoś starego filmu pornograficznego. Tyle na temat wiarygodności ministrów Kamińskiego i Błaszczaka. Jest taka, jak zawsze twierdziłem, że jest: nie ma jej wcale.