Bo na Senackiej…

Krakowskie potwory, reżyseria Kasia Adamik i Olga Chajdas, scenariusz Magdalena Lankosz, serial Netflix, 2022.

Jeśli ktoś chce się oderwać od bardzo ponurej rzeczywistości, a przy okazji obejrzeć polski serial gorszy od „Wiedźmina” z Michałem Żebrowskim i gumowym smokiem, polecam „Krakowskie potwory”. Autorki miały nawet niezły pomysł: wobec zalewu seriali opartych na mitologii skandynawskiej i innych mitologiach, zróbmy serial oparty na mitologii słowiańskiej. To prawda, niewiele wiemy o przedchrześcijańskich wierzeniach Słowian, więc nawet jeśli trzeba mnóstwo wymyślić, dałoby się z tego zrobić coś interesującego. Niestety, kiepsko to wyszło.

Serial nie może być luźnym zbiorem niepowiązanych scen. Powinien mieć wewnętrzną wiarygodność. I nawet pomijając wpadki realizatorskie, ten element leży całkowicie.

Nawet nie wiem, od czego zacząć. Może od głównej bohaterki, studentki Alex, która kilkakrotnie podkreśla, jak bardzo zależy jej na ukończeniu studiów, ale spędza czas na łażeniu w deszczu po Krakowie, ostrym piciu, ćpaniu i przygodnym seksie. Gdy jeden koleś, zatruty lub zaczarowany przez żeńskiego potwora, odbywa z bohaterką szybki numerek w knajpianej toalecie, a potem jest mu z tego powodu nieco wstyd, Alex kwituje to mądrością Co zaszło w kiblu, zostaje w kiblu. Alex podejrzewa u siebie początki schizofrenii – picie i ćpanie z pewnością są bardzo wskazane w takim stanie – ale tak naprawdę to duchy, duchy ją nawiedzają! Alex zabija potwory posługując się żywiołami: jednego zabija wodą (okazuje się zresztą, że zabicie go było błędem, gdyż miał on powstrzymać Evil Overlorda), innego prądem elektrycznym, czyli ogniem. Obejrzałem tylko pięć z ośmiu odcinków, ale nie zdziwiłbym się, gdyby kogoś innego zdmuchnęła, kogoś zasypała ziemią, aby na końcu, na kształt Piątego Elementu, pokonać samego Evil Overlorda.

Evil Overlord zaś przybiera postać kilkuletniego chłopca ubranego w coś w rodzaju roboczego ferszalunku, z odcinka na odcinek coraz brudniejszego. Chłopiec wygląda jak Laleczka Chucky, mówi głosem Laleczki Chucky i jest tak samo wiarygodny, jak Laleczka Chucky. W chłopca wcieliło się jakieś złe bóstwo, bodaj to, które my znamy jako Smoka Wawelskiego. Nie wiem, po co Smok Wawelski przybył na ziemię, ale na razie jego głównym celem jest zgładzenie Alex, do czego zabiera się niezwykle nieudolnie, przywołując z zaświatów jakieś nieszczęsne potwory niższego rzędu. Na przykład Świtezianki, które najpierw pokracznie biegają na czworakach z gołymi dupami (naprawdę), a potem zaczynają się poruszać bardziej po ludzku i okazują się strrrasznymi kusicielkami; niestety, Alex nie zabijają ani nie doprowadzają do Evil Overlorda. Nawet nie próbują.

Jedyna naprawdę dobrze zrobiona scena to zbiorowe szaleństwo, w jakie wpadają ludzie na Placu Nowym pod wpływem demona. Evil Overlord i Alex, której takie czary nie ruszają, są wtedy dosłownie kilka kroków od siebie, ale ani ona nie próbuje go powstrzymać, ani on nie próbuje jej zgładzić. Bo nie.

Twórczynie serialu wymyśliły, że istoty nadprzyrodzone porozumiewają się językiem „magicznym”. Jest to język bez wątpienia słowiański, który dla mnie brzmi jak mieszanka rosyjskiego z serbskim; Evil Overlord do tego charczy. Ciekawe, skąd ten wybór? Pewnie dlatego, że my w językach wschodnio-, a zwłaszcza południowosłowiańskich słyszymy brzmienia archaiczne, pierwotne, a więc bliższe istoty rzeczy, niż nasza wypaczona przez kulturę Zachodu polszczyzna. Czy tylko ja dostrzegam tu orientalizm, spoglądanie z wyższością na nie-zachodnich Słowian?

A jaka w ogóle jest pora roku? Głównie pada deszcz, ale jest kilka scen ze śniegiem, widzimy potwora niszczącego bożonarodzeniową szopkę, więc są to okolice Bożego Narodzenia. To nawet pasuje, bo Gody to święty czas, zimowe święto solarne, gdy zaświaty mogą przenikać się ze światem doczesnym. Jednak gdy Alex jedzie odwiedzić babcię, autobus zatrzymuje się na tle zielonych drzew, gdy zaś ekipa spieszy zdjąć urok z kolesia zaczarowanego przez Świteziankę (nie tego kolesia z kibla, Świtezianki są dwie!), jedzie przez bujne łany dojrzałej pszenicy.

Nawiasem mówiąc, odczarowanie polega na tym, że kolesia kładzie się w kręgu runicznym i smaruje świńskim łajnem.

Na to wszystko nakładają się błędy w ciągłości (postacie komentują zdarzenia, których nie były świadkami), trywialne wpadki (ludzie są inaczej ubrani w kolejnych ujęciach), elementy kompletnie niewiarygodne (kostnica, do której może wejść każdy z ulicy; w mieście dochodzi do masowych morderstw, a policja ogranicza się do radiowych – kto dziś czerpie wiadomości z radia?! – komunikatów, żeby nie wychodzić z domu), serial ma być słowiański i krakowski, ale piosenki są po angielsku. A, nie jedna jest bodaj po białorusku (śpiewają dwie dziewczyny, nagle jedna przerywa, by zaciągnąć się papierosem, ale głos wciąż płynie). Drugoplanowe postaci są papierowe. No i podstawowy błąd wszystkich polskich seriali: nie można zrozumieć, co mówią aktorzy. Czy młodych aktorów nikt już nie uczy dykcji?! A może to polscy dźwiękowcy nie znają się na swojej robocie? Nie, to chyba nie jest problem dźwiękowców, bo postaci grane przez aktorów starszego pokolenia można zrozumieć bez problemu. Ale ponieważ większość obsady to aktorzy młodzi, radzę włączyć napisy.

Jednak najgorszy ze wszystkiego, absolutnie najgorszy, nie do zniesienia, jest sposób, w jaki pokazano Kraków. Nawet nie chodzi o to, że Kraków jest szary, brudny, pełen liszajów na murach, wstrętnego graffiti i rozpadających się bud. To wszystko w Krakowie jest, choć nie wydaje mi się, żeby decydowało o charakterze miasta, ale nie w tym rzecz. Serialowe miasto to nie jest Kraków. To są tylko krakowskie widoczki ilustrujące jakieś wymyślone miejsce. Przykład: W jednej scenie Zawadzki, stojąc na półpiętrze Collegium Novum, przygląda się Alex schodzącej po schodach. Sekundę później Zawadzki nadal przygląda się Alex, ale stoi na krużganku Collegium Maius, ona zaś przez boczną bramę wchodzi do Ogrodu Profesorskiego. Niby blisko i wszystko jedno, powiedzmy, że to są tylko dekoracje, ale ktoś, kto chociaż pobieżnie zna Kraków, widzi, że to nie jest to miasto. W innej scenie bohaterowie gonią potwora zaczynając na Grodzkiej, za chwilę są na ulicy Józefa na Kazimierzu, a pościg kończą na Kanoniczej. Z Grodzkiej do Collegium Maius jadą samochodem, przejeżdżając po drodze przez Plac Bohaterów Getta. Smocza Jama pod Wawelem okazuje się być rozległymi, nieprzeniknionymi jaskiniami. No i najważniejsze, element, który gra ważną rolę w scenariuszu: Ponieważ rzeczywistość ma być magiczna, Wawel, Kopiec Kraka i Kopiec Wandy tworzą trójkąt równoboczny, którego środek – wypadający w miejscu, w którym Senacka zakręca pod kątem prostym – stanowi Oś Świata. Lub coś takiego. Oczywiście Kopce są zupełnie gdzie indziej, niż są.

A skoro mowa o Wandzie, to bohaterowie tej legendy nie znają i muszą ją sobie przepowiedzieć. No i okazuje się, że to… nie jest legenda o Wandzie, tylko kontaminacja tej legendy z legendą o Smoku Wawelskim. Bo musi być silny element feministyczny z jednej strony no i ten Smok z drugiej? Hm.

Nie polecam.

Świtezianka

Nolite timere

Rozpoczynając przemówienie w Warszawie, prezydent Joe Biden przywołał wezwanie Nie lękajcie się!, wypowiedziane przez papieża Jana Pawła II na mszy inaugurującej jego pontyfikat w październiku 1978.

Nie ma nic dziwnego w tym, że katolik Biden, występując w trudnych czasach w kraju (nominalnie) katolickim, kurtuazyjnie nawiązuje do słów papieża pochodzącego z tego kraju. Co prawda JPII nie jest już w Polsce powszechnie uważany za autorytet i źródło narodowej dumy, może za wyjątkiem kręgów mocno kościelnych, deklaratywnie prawicowych, a także dla osób starszych, choć i ci raczej traktują go jako totem niż źródło nauk moralnych. Dla młodzieży postać JPII jest niemalże obca i choć w szkole, do której uczęszczali, papież wyzierał z każdego kąta, podobno więcej o nim wiedzą z cenzopapów, niż z jakichś rzetelnych źródeł. Osoby centrowe 40+ jakoś tam JPII doceniają, choć są świadome wagi stawianych mu zarzutów w sprawie tolerowania i tuszowania kościelnych skandali obyczajowych, a dla lewicy młodej i nieco starszej nawiązanie do papieża jest wręcz kamieniem obrazy. Wszyscy się jednak zgadzają, że prezydent Biden zacytował papieża-Polaka.

Chyba nikt nie zwrócił uwagi, że JPII sam cytował Ewangelię. Nie lękajcie się to słowa, jakimi anioł zwrócił się do pasterzy przerażonych znakami, jakie miały towarzyszyć narodzinom Jezusa (Łk 2:10). Dzieją się rzeczy wielkie, zachodzą wielkie zmiany, być może nie będzie już tak, jak dawniej, ale należy pokładać ufność w Bożej opatrzności, powie człowiek wierzący. A niewierzący może zaufać światu, który nie jest aż tak zły, jak się uważa, może liczyć na pomoc przyjaciół i stronników. W przypadku narodzin Jezusa – no, wiadomo, w przypadku pontyfikatu JPII – pierwszy nie-Włoch na tronie papieskim od 455 lat, od Klemensa VII do Jana Pawła I. Dzisiaj Putin kwestionuje powojenny porządek w Europie i straszy świat nuklearną zagładą, ale nie lękajmy się: jesteśmy w silnych sojuszach militarnych (NATO) i politycznych (UE) i wspólnie skutecznie przeciwstawimy się złu.

I ja tak chciałbym odczytywać słowa prezydenta Bidena.

Prezydent Biden na Zamku Królewskim w Warszawie

Wokół flagi

Zewsząd słyszę wezwania, aby wobec wojny w Ukrainie, zakończyć wojnę polsko-polską, bo jeśli nie będziemy zjednoczeni, to Putin łatwo nas pokona. A poza tym – choć nikt tego nie mówi wprost – jakoś nie bardzo wypada kłócić się o praworządność, gdy tam giną ludzie w bombardowanych miastach. Mamy się zebrać wokół flagi.

Odwróćmy to: Czy gdy ludzie giną w bombardowanych miastach, PiSowi wypada zwalczać praworządność? Flaga PiS to flaga Kaczyńskiego, nie Polski. Jarosław Kaczyński nie jest patriotą i nie zależy mu na dobru Polski. Zależy mu jedynie na władzy nad Polską.

Rząd PiS nadal nie radzi sobie ze wszystkim, z czym dotąd sobie nie radził; nowością jest tylko to, że rząd kiepsko radzi sobie z falą uchodźców z Ukrainy, za to wszystkie sukcesy pomagających uchodźcom wolontariuszy, organizacji pozarządowych i samorządów bez mrugnięcia okiem przypisuje sobie. TVPiS kłamie, jak kłamała, a może nawet bardziej, PiSowscy nominaci kradną, jak kradli, wojsko jest zdezorganizowane, jak było, a polski wywiad i kontrwywiad wojskowy najprawdopodobniej nie istnieją. Izba Dyscyplinarna orzeka, jak orzekała, rzekomo nawrócony na demokrację Duda mianuje kolejnych neo-sędziów, do neo-KRS ma wejść Łukasz Piebiak, jeden z najbardziej skompromitowanych współpracowników pana Zbyszka, wyroki TSUE nie są wykonywane, a już po rozpoczęciu wojny Trybunał Przyłębskiej, ustami prokuratora Piotrowicza, ogłosił, że w Polsce Europejska Konwencja Praw Człowieka obowiązuje co najwyżej częściowo. Rząd, kontynuując import rosyjskiego węgla, ropy i gazu i nie zamierzając zatrzymać potoku TIRów wiozących towary do Białorusi i Rosji, obłudnie oskarża Niemcy o sprzeciwianie się embargu na handel z Rosją. I ja miałbym o tym wszystkim zapomnieć? Dlaczego?! Bo Putin?

Owszem, choć Ukraińcy bronią się bardzo dzielnie, Putin wciąż może wygrać tę wojnę. Ba, obawiam się, że ją wygra, za cenę zburzenia ukraińskich miast i zabicia dziesiątek tysięcy ludzi. Gdyby tak się stało, po kilku latach Putin lub jakiś jego następca może stać się bezpośrednim zagrożeniem dla Polski. Jednak to nie obecny rząd obroni Polskę! Jedyną nadzieję, że Polska się obroni, pokładam we wsparciu zachodnich struktur politycznych i wojskowych, co nie nastąpi, jeżeli Zachód nie uzna nas za swoją część. A to się nie stanie, jeśli Kaczyński i jego ludzie będą nadal rządzić. UE traktują jako strukturę wrogą, nawet do NATO podchodzą nieufnie (nie należy mylić zauroczenia Trumpem z pozytywnym stosunkiem do NATO), wszelkimi wartościami europejskimi ostentacyjnie pomiatają, w polityce wewnętrznej robią dokładnie to, co robił wczesny Putin (osłabianie samorządów, podporządkowanie sądów i mediów, dławienie opinii publicznej, tworzenie własnej oligarchii, nominacje w administracji i gospodarce wyłącznie po linii politycznej). Do ostatniej chwili, do samego wybuchu wojny, PiS walczył z UE, nazywając jej flagę szmatą, mówiąc o brukselskiej okupacji i wyimaginowanej wspólnocie, a Morawiecki twierdził, że Komisja Europejska, blokując w mechanizmie pieniądze za praworządność fundusze dla Polski, chce wywołać III wojnę światową. PiS antyrosyjski był tylko w gębie, a i to głównie na użytek wewnętrzny, oskarżając przeciwników politycznych o sprzyjanie Putinowi. Złodziej najgłośniej krzyczy „łapaj złodzieja”.

To minimum, jakie dziś rząd PiS robi dla pomocy uchodźcom i powstrzymania Putina, a nawet więcej, robiłby każdy inny polski rząd, no, może za wyjątkiem rządu utworzonego – Boże, uchowaj! – przez Konfederację i partię Zmiana.

Jednym z najważniejszych celów Putina było rozbicie jedności Zachodu. To się, o dziwo, nie udało, choć Kaczyński i Morawiecki bardzo się starali Putinowi pomóc, walcząc z instytucjami europejskimi, obrażając europejskich partnerów i jeszcze w grudniu i styczniu – a o tym, że Putin napadnie na Ukrainę, wiedzieli od amerykańskiego wywiadu co najmniej od listopada! – organizując zjazdy proputinowskich partii. Takiej Polski Zachód raczej nie będzie bronić. Nawet Javelinów nie przyśle.

Uchodźcy i co dalej?

Do Polski przybyło już ponad 600 tysięcy uchodźców z Ukrainy, uciekających przed wojną. Będzie ich więcej, na pewno ponad milion. Niektórzy piszą, że może nawet cztery miliony. Skład tych uchodźców jest nietypowy, dominują nie mężczyźni, ale kobiety z dziećmi. Część z nich pojedzie dalej, do innych krajów, ale większość zapewne zostanie w Polsce. Polacy teraz ruszyli im z pomocą, dostarczają żywność, ubrania, oferują mieszkania tymczasowe, organizują transport. Państwo i samorządy też coś robią, organizując centra pomocy humanitarnej i ośrodki recepcyjne. Ale ten zryw się skończy i powstanie pytanie: co dalej?

Jeśli Putin się opamięta lub zostanie odsunięty od władzy, lub też jeśli Ukraina wygra wojnę, jakaś część z obecnych uchodźców wróci do swojego kraju. Ale nie wszyscy, część nie będzie miała do czego wrócić. Niestety, bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że Putin obróci co najmniej pół Ukrainy w morze ruin, osadzi jakąś swoją marionetkę, wprowadzi terror, na który odpowiedzią będzie lepiej lub gorzej zorganizowany ruch oporu, a wtedy zdecydowana większość uchodźców nie wróci do Ukrainy przez całe lata.

No i gdzie ci ludzie będą mieszkać, do jakich szkół poślą dzieci, gdzie będą pracować, z czego żyć? Jak ich obecność wpłynie na nas samych?

Szkoły dla dzieci wydają mi się absolutnym priorytetem: dzieci muszą chodzić do szkoły, mniejsze do przedszkola, i to najlepiej do zwykłej polskiej szkoły lub przedszkola. Nie do jakichś specjalnych szkół dla uchodźców, ale do zwykłych, polskich szkół, bo to ułatwi integrację nie tylko dzieci, ale i ich rodzin, nawet jeśli miałaby ona być tymczasowa, z perspektywą powrotu do Ukrainy za ileś tam lat. Bez integracji prędzej lub później zaczną się tarcia, bo zwarte grupy Ukraińców z osobnymi szkołami zaczną być traktowane jak ciało obce. Może nie wszędzie, ale gdzieniegdzie niestety tak. A tego naprawdę wolelibyśmy uniknąć.

Problemy z tym są dwa: Po pierwsze, polskie szkoły już są przepełnione i brakuje nauczycieli, gdzie więc umieścimy kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy dodatkowych uczniów? Trzeba też będzie zorganizować dla nich jakieś programy integracyjne, choćby po to, żeby nauczyły się podstaw polskiego, skoro mają brać udział w regularnych lekcjach. Po drugie, ludzie decydują o wyborze szkoły dla dziecka dopiero gdy wiedzą, gdzie będą mieszkać.

Część zapewne zamieszka u swoich krewnych i znajomych, którzy już wcześniej przybyli do Polski i tu pracują, ale to doprowadzi do ciasnoty i chęci poszukiwania większych lokali. Część od razu spróbuje coś wynająć. Czytam, że w Polsce dostępnych jest około 60 tysięcy mieszkań na wynajem. Nawet jeśli obniżymy standardy i założymy, że w jednym zamieszka sześć osób, oznaczać to będzie miejsce dla 360 tysięcy osób, w praktyce raczej mniej. To pokryje 1/3, 1/4, a może i mniejszy ułamek potrzeb. A co z pozostałymi? No i jeśli wszystkie dostępne mieszkania zostaną wynajęte Ukraińcom, problemy będą mieli tuziemcy także poszukujący wynajmu.

Dalej, gdzie ci ludzie będą pracować? Powtórzę, że większość dorosłych uchodźców to kobiety, a więc nie będą mogły podjąć ciężkich prac fizycznych. Nie łudźmy się, że wszystkie te kobiety podejmą „typowe” prace Ukrainek: sprzątanie i opieka nad ludźmi niedołężnymi. Część z nich tak, ale to nie jest praca dla wszystkich. z różnych względów. Część z uchodźców może mieć zresztą kwalifikacje przydatne w wielu sektorach gospodarki, ale barierą będzie znajomość języka i brak nostryfikacji dyplomów tam, gdzie formalne uprawnienia są wymagane (na przykład w zawodach medycznych).

A jeśli nie znajdą pracy, to z czego będą żyć? Jeśli znajdą marną pracę w szarej strefie, czy stać ich będzie na wynajem? A jeśli zachorują – część na pewno zachoruje, przecież Ukraińcy to zwykli ludzie, nie superbohaterowie niepodatni na choroby – za co będą się leczyć?

Ja nie znam odpowiedzi na te pytania. Ale setki tysięcy uchodźców już tu są, będzie ich więcej, i wcześniej lub później, raczej wcześniej, niż później, odpowiedź na te pytania stanie się palącą konieczności. Mamy moralny, cywilizacyjny obowiązek przyjąć uchodźców i okazać im wsparcie, ale to pociąga koszty. Napływ tak dużej liczby uchodźców wpłynie na nasz rynek mieszkaniowy, na rynek pracy i na usługi społeczne, takie jak oświata i służba zdrowia. Rząd, samorządy, think tanki już teraz powinny o tym myśleć. Nic mi jednak nie wiadomo, aby ktoś się tym zajmował. I to mnie martwi.

Jak to się skończy?

Trwa wojna w Ukrainie. Wszyscy już napisali, że Putin się przeliczył: Nie docenił siły ukraińskiej armii, determinacji, odwagi i hartu ducha Ukraińców, jedności Zachodu, siły zachodnich sankcji i zdolności Zachodu do wspierania Ukrainy informacjami wywiadowczymi i dostawami broni, natomiast przecenił zdolności i morale swojej własnej armii. Nic nie wyszło z planu: shock and awe – rozbicie ukraińskiej armii – zabicie, aresztowanie lub zmuszenie do ucieczki ukraińskich władz – osadzenie w Kijowie jakiegoś neo-Janukowycza (a może i samego Janukowycza), a wszystko w trzy dni. W rzeczywistości Putin zjednoczył naród ukraiński, zjednoczył NATO, doprowadził do radykalnej zmiany polityki Niemiec, Rosja utraciła całą soft power, jaką miała poza granicami i totalnie przegrywa w sferze symboliczno-mitotwórczej. Rosyjskim oddziałom wysłanym w bój brakuje paliwa i amunicji, morale żołnierzy jest niskie, a żywić się muszą przeterminowanymi racjami.

No i co teraz?

Putin sądzi, że nie może przegrać – i to z kim, z pogardzanymi chachłami?! – bo w jego świecie przegrana oznacza śmierć polityczną, a może i biologiczną. No, ale może jednak przegra? Jakaś szansa jest…

Technicznie rzecz biorąc, Putin wciąż jeszcze może „wygrać”. Zauważmy, że do niedzieli ostrzał ukraińskich obiektów cywilnych był raczej przypadkowy. Od poniedziałku sytuacja zmieniła się – mamy do czynienia z celowym ostrzałem, ale to, zdaje się, wciąż nie przynosi oczekiwanych przez Putina rezultatów: złamania ducha Ukraińców, sprawienia, że odwrócą się od władz i zaczną błagać Putina o pokój. Putin może nasilić ataki, nakazać systematyczne bombardowanie i ciężki ostrzał ukraińskich miast. Sprzęt ma, doświadczenie z Czeczenii i Syrii też. Co prawda zaburzy to nieco narrację o wyzwalaniu bratniego narodu, Rosjan w gruncie rzeczy, spod władzy faszystów, ale czego nie zrobi samiec alfa, by nie przegrać? Putin może więc obrócić ukraińskie miasta z ich dzielnicami mieszkaniowymi, fabrykami, szkołami i cerkwiami w perzynę – Sobór Sofijski i Ławrę Peczerską będzie sobie można pooglądać tylko na historycznych fotografiach, a tego Putinowi chyba nawet patriarcha Cyryl nie wybaczy – zabić dziesiątki tysięcy ludzi, a potem „zdobyć” tę kupę gruzów i postawić na niej Janukowycza, żeby jej pilnował, tylko co z tego? Kontrola nawet tak zdruzgotanej Ukrainy byłaby dla Putina szalenie kosztowna i ekonomicznie, i w sensie wojskowym, wizerunkowo przegrałby nawet we własnym kraju, a Rosja na długie lata stałaby się międzynarodowym pariasem. Kłopot w tym, że Putin chyba już przestał działać racjonalnie i może się tym wszystkim nie przejmuje.

Może jednak do tego nie dojdzie? Może rosyjscy generałowie, oligarchowie i urzędnicy wyższego szczebla przestraszą się czy to konsekwencji gospodarczych i politycznych dla Rosji, z jakąś perspektywą zabójczej dla tej kliki rewolty społecznej, czy raczej utraty dostępu do własnych kont, willi i jachtów na Zachodzie, tego, że ich ukochane dzieci zostaną usunięte z prestiżowych szkół i uniwersytetów a kochanki wyrzucone z luksusowych apartamentów, więc bojąc się tego wszystkiego, powstrzymają Putina? Okaże się, że Putin nagle ciężko zachorował na serce – ach, ten stres! – i musi się udać na długi odpoczynek gdzieś na Ural albo w góry Ałtaju, gdzie jest spokój i czyste powietrze, a potem wszelki ślad po nim zaginie. Ktoś inny obejmie władzę i przerwie te potworności, jakie dzieją się w Ukrainie.

Jest jeszcze jedna możliwość: Putin się wycofa, ale tak, żeby mógł udawać, że wychodzi z twarzą. Ukraina będzie musiała coś oddać, coś oprócz krwi swoich dzieci. Co?

Krym. Ukraina będzie musiała pogodzić się z utratą Krymu.

Nie jestem niemieckim admirałem i mogę to napisać nie ryzykując utraty pracy. Nie wyobrażam sobie, aby Rosja miała kiedykolwiek zrezygnować z Krymu. Krym, poza względami strategicznymi, ma dla Rosji wielkie znaczenie symboliczne. Rosja toczyła długie i ciężkie wojny aby go zdobyć i utrzymać, realizując plan zapoczątkowany jeszcze przez Piotra Wielkiego. Krym nigdy tak naprawdę nie był ukraiński. Został przyłączony do Ukraińskiej SRR decyzją administracyjną i z powodów, jak sądzę, logistyczno-administracyjnych, chociaż wybrano datę symboliczną, trzechsetną rocznicę Ugody Perejasławskiej. Krym nie ma połączenia lądowego z Rosją, więc wszelkie zaopatrzenie, łącznie z energią elektryczną i wodą (Sowieci zniszczyli system irygacyjny), musiało przychodzić z Ukrainy – łatwiej to było administracyjnie ogarnąć gdy Krym znajdował się w obrębie tej samej „republiki radzieckiej”, czyli wyższej jednostki administracyjnej w ramach ZSRR. Nikt w 1954, gdy Krym został przekazany (podporządkowany) Ukrainie, nie myślał o rozpadzie Związku Sowieckiego i powstaniu niepodległej Ukrainy.

Już od samego początku istnienia ZSRR, a zwłaszcza po wysiedleniu przez Stalina Tatarów krymskich w 1944, Rosjanie – rosyjscy osadnicy i ich potomkowie – stanowili największą grupę etniczną na Krymie. Po rozpadzie ZSRR ludność Krymu chciała się przyłączyć do Rosji, ale skończyło się na tym, że Ukraina nadała Krymowi szeroką autonomię. A w 2014 zielone ludziki Putina zajęły Krym i Rosja przyłączyła ten półwysep. Świat tego formalnie nie uznaje, ale nie wierzę, aby Rosję dało się stamtąd ruszyć inaczej, niż w wyniku kolejnej ciężkiej wojny, której wynik zresztą nie byłby pewny.

Może więc Ukraina powinna rozważyć, czy w zamian za pokój formalnie nie zrzec się Krymu, którego faktycznie nie kontroluje i raczej kontrolować nie będzie?

Ktoś może się obruszyć, że piszę o nagrodzeniu Putina Krymem za jego agresję. Choć Putin mógłby tak twierdzić, to nie jest nagroda dla Putina. To, moim zdaniem, jest cena, jaką Ukraina i tak będzie musiała zapłacić za swoje aspiracje NATOwskie (trudno sobie wyobrazić, żeby okupacja części państwa NATO nie pociągnęła za sobą dalszych konsekwencji, których obecne państwa NATO raczej sobie nie życzą), a nawet europejskie: formalnie ukraiński, czyli unijny, a faktycznie kontrolowany przez Rosję Krym mógłby stać się bramą, przez którą do Unii wlewałby się niekontrolowany strumień towarów rosyjskich, chińskich i czort wie, jakich jeszcze.

Donbas, który Putin też chciałby przyłączyć, to inna rzecz. Tutaj to Rosja powinna się wycofać. Separy niech jadą tam, gdzie rosyjski okręt.

A potem przyjdzie czas na rozliczanie winnych zbrodni wojennych.

Przesilenie

Kalendarz nam się rozjechał. Dawno, dawno temu pierwszy dzień po zimowym przesileniu oznaczał Boże Narodzenie (i wszystkie święta religijne, które je poprzedzały) oraz początek nowego roku. Pradawne, pra-indoeuropejskie święto solarne, niezwykle głęboko tkwiące w naszej kulturze, oznaczające zwycięstwo światła i nadziei nad ciemnością i trwogą. Bo światłość w ciemnościach świeci i ciemności jej nie przemogły (J 1:5).

Dla chrześcijan jest to święto przybycia Boga-Odkupiciela pod postacią bezbronnego dziecka, znak, że Bóg nie opuścił swego dzieła.

W dzisiejszym świecie jest źle, jest bardzo źle, ale nigdy nie należy tracić nadziei.

A życzenia niech będą anielskie: Pokój ludziom dobrej woli! (Lk 2:14).

Spisane będą czyny

Ni z gruchy, ni z pietruchy, PiS, łamiąc Regulamin Sejmu (a bo to pierwszy raz?), odrzucił senackie weto do ustawy lex anty-TVN, doskonale wiedząc, że Amerykanów to wkurzy, a UE zresztą też. A przecież oprócz wszystkich zagrożeń ekonomicznych, finansowych etc, mamy zagrożenie – potencjalne, potencjalny cień zagrożenia, ale jednak – ze strony Rosji i jej możliwego ataku na Ukrainę. W tej sytuacji na to, aby wkurzać Stany, mogli wpaść tylko ruscy agenci, lub też ludzie beznadziejnie głupi, lub też cynicy, którzy za nic mają sobie dobro Polski. Albo, co wydaje mi się najbardziej prawdopodobne, mieszanka tych wszystkich trzech grup.

Gdyby Polsce coś naprawdę groziło lub, nie daj Boże, coś się stało, nasi zachodni sojusznicy musieliby wykazać się pewną determinacją i ofiarnością, żeby nam pomóc, nie ograniczając się tylko do pełnych oburzenia oświadczeń. A czemu ktoś miałby ryzykować wielkie wydatki, a nawet życie swoich żołnierzy, żeby pomóc państwu, które tak ostentacyjnie odcina się od zachodnich wartości i depce amerykańskie interesy ekonomiczne?

Czemu PiS to zrobił? Przychodzą mi do głowy cztery możliwości:

  • Celowo, żeby zaszkodzić Polsce. Ruscy agenci i tak dalej. Mimo wszystko w to nie wierzę.
  • Oni są aż tak głupi, więc nie ogarniając konsekwencji, korzystając z chwilowego korzystnego rozkładu głosów, postanowili ubić TVN, którego serdecznie nienawidzą. A ruscy agenci się jedynie cieszą.
  • Chcieli pokazać, że wciąż zachowali sprawczość, że wbrew temu, co mówią media i opozycja, nie ograniczają się jedynie do trwania, że coś wciąż mogą zrobić. A że nie ogarniają konsekwencji lub liczą (!) na prezydenckie weto, korzystając z chwilowego korzystnego rozkładu głosów, postanowili ubić TVN, którego serdecznie nienawidzą. A ruscy agenci się jedynie cieszą.
  • Chcieli odwrócić uwagę publiczności od zatrważających wieści docierających z innych kierunków, żeby zachować władzę. Czyli cynicy, których dobro Polski nic a nic nie obchodzi. A ruscy agenci się jedynie cieszą.

Myślę, że zaszło to ostatnie. Bo byłoby od czego odwracać uwagę.

  • Rząd, świadom tego, że wśród jego wyborców jest wielu antyszczepionkowców, jest całkowicie bierny wobec rozwijającej się epidemii, na skutek czego codziennie umiera 500-600 chorych na COVID, plus nie wiedzieć ile osób z innymi schorzeniami, które nie mogły na czas uzyskać adekwatnej pomocy.
  • Mamy najwyższą inflację w UE. Drożyzna zaczyna coraz bardziej uwierać ludzi, zwłaszcza tych uboższych.
  • URE ogłosił dziś 25% podwyżkę cen prądu dla gospodarstw domowych i 54% podwyżkę cen gazu…
  • …a Polsce podobno i tak grożą blackouty.
  • Kryzys na granicy z Białorusią nie został rozwiązany, a jedynie zamrożony, jakkolwiek ponuro by to brzmiało. I to nie dzięki działaniom Polski, a wyłącznie dzięki decyzjom UE i postawie przywódców Niemiec i Francji.
  • Mejza, oskarżany o wyłudzanie państwowych dotacji oraz o próby żerowania na cierpieniu, ciężkich chorobach ludzi, pozostaje nieodwoływalnym wiceministrem w rządzie PiS. Bo gdyby go odwołano, to kilku innych posłów by się obraziło i PiS straciłby większość.
  • Sondaże dla PiS spadają.
  • Emerytowany funkcjonariusz BOR zeznał, że on i inni BORowcy kłamali w sprawie wypadku Szydło.
  • A w dodatku jeden żołnierz uciekł z Polski na Białoruś. Nawet jeśli był to żołnierz z problemami, który być może po pijanemu zabłąkał się na złą stronę płotu, jest to straszny cios wizerunkowy dla polskiego wojska i kontrwywiadu.

Jest więc co przykrywać. Lepiej niech więc ludzie gadają o TVNie, a o problemach, które wynikają z ataku na tę stację, PiS, niczym Scarlett O’Hara, pomyśli jutro.

Spisane będą czyny i rozmowy.

Nie ma patriotów

Kilkakrotnie na tym blogu starałem się odróżniać funkcjonariuszy, działaczy i nominatów PiS od wyborców tej partii. Myślę, że przyszedł czas, aby zmienić zdanie, aby doprecyzować, co rozumiem przez PiS.

Otóż dla mnie PiS to członkowie partii Prawo i Sprawiedliwość, posłowie, senatorowie i radni wybrani z list tej partii – przy czym nie rozróżniam tu samej partii Prawo i Sprawiedliwość i jej „koalicjantów” (w wyborach do Sejmu lista była partyjna, nie koalicyjna) – osoby wybrane w okręgach jednomandatowych z rekomendacji tej partii, ministrowie i inni urzędnicy państwowi mianowani z rekomendacji tej partii, osoby mianowane przez tę partię na stanowiska w instytucjach państwowych, w spółkach Skarbu Państwa i samorządowych, a także publiczni i medialni eksponenci i adwokaci tej partii. Od dziś do PiS zaliczam także ideowych wyborców Prawa i Sprawiedliwości: nie wyborców zbałamuconych propagandą rządową lub kościelną, nie tych niezorientowanych, ale tych, którzy wiedząc, co Prawo i Sprawiedliwość robi, uważają to za słuszne. To dla mnie jest PiS.

Otóż w tak rozumianym PiS nie ma patriotów, choć są nacjonaliści. Nie ma też chrześcijan, choć są fundamentaliści. Jest też spora grupa cwaniaków, cyników, bezideowych karierowiczów-oportunistów oraz zwykłych złodziei i innych przestępców chcących się ukryć pod skrzydłami władzy. Jest tam też duża grupa głupców. Jest wreszcie trudna do oszacowania liczba ruskich agentów. Ludzi, z którymi chciałbym odczuwać jakąkolwiek wspólnotę na poziomie bardziej szczegółowym, niż wspólnota ogólnoludzka, nie ma tam wcale.

***

Tymczasem zaś, jeśli chodzi o sytuację na granicy, będącą nie tylko granicą Polski, ale także zewnętrzną granicą Unii Europejskiej, kanclerz Merkel i prezydent Macron rozmawiają z prezydentem Putinem i prezydentem-uzurpatorem Łukaszenką. Również prezydent Biden wypowiedział się dość stanowczo na temat sytuacji na polsko-białoruskiej granicy. Natomiast Andrzej Duda bawi się na meczu piłki nożnej. Wściekły Kaczyński oświadczył, że nie podoba mu się, iż rozmowy w sprawie sytuacji na granicy toczą się nad naszymi głowami. Wobec tego, gdy następnego dnia ministrowie obrony krajów UE spotkali się w Brukseli z Sekretarzem Generalnym NATO, aby omówić sytuację na zewnętrznej granicy Unii, polski minister tam się nie pofatygował, tylko wysłał ambasadora. Obecne władze Polski nie tylko są zupełnie bierne w kwestii poszukiwania rozwiązania kryzysu granicznego, ale obrażają się, gdy inni chcą to robić.

Nikogo nie powinno to dziwić. PiSowi nie zależy na rozwiązaniu problemu, tylko na możliwie jak najdłuższym rozgrywaniu go na potrzeby polityki wewnętrznej. Przecież napisałem, że w PiS nie ma patriotów.

Wciąż na granicy

To wojna hybrydowa. To testowanie państwa polskiego na wielu poziomach, mówi wiceminister MON Maciej Ociepa, postgowinowiec. Kto wie, wiceminister Ociepa może mieć rację. Problem w tym, że państwo polskie tego testu nie zdaje.

Na razie sytuacja jest taka: Polska zgromadziła przy granicy białoruskiej 15 tysięcy funkcjonariuszy i żołnierzy, wyposażonych między innymi w broń pancerną, postawiła zasieki, twierdzi, że nikogo nie przepuszcza, a jeśli ktoś się przedostanie i zostanie złapany, jest wywożony do nadgranicznego lasu.

A granica i tak nie jest szczelna, o czym można wnosić stąd, że około 200 nielegalnych migrantów dziennie przedostaje się z Polski do Niemiec. Ludzie raz, drugi, trzeci odpychani przez polską Straż Graniczną, próbują po raz kolejny, aż w końcu niektórym z nich się to udaje. To znak dla wszystkich pozostałych, że jednak warto próbować.

W Litwie i Łotwie od września działają NATOwskie zespoły ekspertów do spraw zwalczania zagrożeń hybrydowych. W Polsce natomiast Andrzej Duda, który, jak słyszałem, pełni jakieś funkcje publiczne, oświadczył, że nie potrzebujemy wsparcia NATO. Litwa i Łotwa poprosiły też o pomoc Frontex, unijną agendę do spraw bezpieczeństwa granic; jeśli chodzi o Polskę, to przewodniczący Rady Europejskiej wręcz prosi Polskę o przyjęcie pomocy, ale Polska ją odrzuca.

PiS nie chce obecności instytucji unijnych i NATOwskich na granicy, bo one działałyby wedle procedur i reagowały na przypadki łamania prawa międzynarodowego i praw człowieka.

W Sejmie Morawiecki obłudnie wzywa wszystkich do jedności, a zaraz potem Błaszczak i Kamiński oskarżają opozycję o sprzyjanie Łukaszence. Jeśli nie chcecie nam pomagać, to przynajmniej nie przeszkadzajcie, mówi Mario Kamiński. Cóż za bezczelność! Minister skompromitowany swoimi wcześniejszymi wyskokami, nieudolnościami, stosunkiem podległych mu służb do protestujących obywateli, ekscesami alkoholowymi, a wreszcie niedawną, wstrętną konferencją prasową, zamiast milczeć, jak by mu resztki honoru powinny nakazać, ma czelność domagać się, żeby mu nie przeszkadzać. Dokładnie tego samego domagały się władze PRLu, żeby nie przeszkadzać Milicji Obywatelskiej i SB, bo one wiedzą, co robią.

Polskie służby stosują push-backi, brutalne i nielegalne w świetle ratyfikowanych przez Polskę konwencji międzynarodowych, skazując ludzi na cierpienie, poniewierkę, niekiedy śmierć, a i tak nie są w stanie uszczelnić granicy. Ponieważ PiS wypędził znad granicy dziennikarzy, co było chyba jedynym celem wprowadzenia stanu wyjątkowego, nie sposób dowiedzieć się, co się tam naprawdę dzieje. W świat idą jedynie obrazy pochodzące z Białorusi, obciążone antypolskim nastawieniem i ukrywające przemoc, jaką wobec migrantów stosują służby białoruskie. Jedyne, co na skutek działań PiS wobec migrantów zyskujemy, to fatalna, przeraźliwie zła opinia międzynarodowa kraju rasistowskiego, niehumanitarnego, kłamliwego, łamiącego prawo międzynarodowe, niechętnego do współpracy, a przy tym nieskutecznego. Żałosny, haniebny obraz. Tak oto Polska wstaje z kolan.

Jesteśmy przygotowani na wszystkie scenariusze, dodaje zadowolony z siebie wiceminister Ociepa. Czyżby?

Rządzona przez PiS Polska okazała się nieprzygotowana do tego, co się obecnie dzieje na granicy: Narasta tam kryzys humanitarny, a granica i tak nie jest szczelna. Ale obecnie sytuacja zdaje się eskalować. W pobliżu granicy zbierają się duże, liczące być może i 2-4 tysiące (nie wiadomo ilu, bo pod nieobecność mediów nie ma tego jak zweryfikować) grupy migrantów, najprawdopodobniej spędzane tam i zastraszane przez służby białoruskie. Jeśli taka zwarta grupa postanowi sforsować granicę, to ani zasieki, ani polski kordon funkcjonariuszy nie zdołają jej powstrzymać. I co wtedy? Czy Straż Graniczna będzie strzelać?

Lub też wśród migrantów znajdzie się kilku uzbrojonych prowokatorów, którzy raptem zaczną strzelać do wszystkich: do migrantów i do polskich żołnierzy. I co wtedy, panie wiceministrze Ociepo? Czy na takie scenariusze polskie władze też są przygotowane?

PiSowskim zarządcom Polski dotąd wcale nie chodziło o rozwiązanie kryzysu na granicy, tylko o rozgrywanie go na rzecz polityki wewnętrznej. Na pokazywaniu, jakim strasznym zagrożeniom musi Polska stawiać czoła i że tylko PiS potrafi im sprostać, bo totalna opozycja chciałaby wpuścić do Polski zoofilów, gwałcicieli i muzułmańskich terrorystów. Możliwe jednak, że PiS przeholował i znalazł się w punkcie, w którym już kryzysu rozwiązać nie może, nawet gdyby chciał. To wciąż byłoby zapewne możliwe przy pomocy instytucji unijnych i NATOwskich, ale PiS przecież nie poprosi ich o pomoc. Ba, wcale nie jest pewne, czy Unia chciałaby Polsce pomóc, zważywszy na to, co Polska wyprawiała przez ostatnie lata.

I co teraz?

Bezduszna nieskuteczność

Na polsko-białoruskiej granicy wciąż koczują migranci. Wciąż są przepychani z jednej strony granicy na drugą, niekiedy fizycznie przerzucani jak worki siana, głodują, marzną i cierpią. Umierają. Polska, kraj rzekomo chrześcijański, nie uważa migrantów za ludzi, którym przysługują jakieś prawa i w których chrześcijanie powinni dostrzec Chrystusa (mnieście to uczynili), tylko za pionki w jakiejś potwornej grze.

Władza, chcąc obrzydzić ludziom migrantów, a jeszcze bardziej pokazać, przed jakim strasznym zagrożeniem nas chroni, ucieka się do niebywałych podłości; mam tu na myśli tyleż słynną, co wstrętną, konferencję ministrów Kamińskiego i Błaszczaka. Wszystkiemu patronuje dziadyga przysypiający na własnej konferencji prasowej.

A przy tym wszystkim Polska, z całym swoim stanem wyjątkowym na granicy, okrucieństwem, ksenofobią i zasiekami Błaszczaka, jest dramatycznie nieskuteczna. Jak donoszą niemieckie media, od początku września do Niemiec z terenu Polski wjechało ponad 4000 nielegalnych migrantów. Obecnie dociera tam około 200 osób dziennie.

W oczach Zachodu Polska sama sobie przyprawia gębę kraju bezdusznego, rasistowskiego, gardzącego cywilizowanymi normami, a w dodatku nieskutecznego.

Połączmy to jeszcze z naszym głośnym łamaniem unijnych norm i natarczywym domaganiem się unijnych pieniędzy.

Co więc Polska, nasz kraj, powinna w tej sytuacji zrobić? Już pisałem i chętnie powtórzę: Powinniśmy ze względów humanitarnych przyjąć wszystkich migrantów koczujących obecnie w nadgranicznych lasach. Że jeśli przyjmiemy tych, to Łukaszenka skieruje tam natychmiast następnych, z którymi sam zaczyna mieć kłopot? Oczywiście. Więc tamtych też powinniśmy przyjąć. Przyjąć, umieścić w ośrodkach, odebrać od nich prośby o ochronę, analizować je, próbować odsyłać tych, którzy nie spełniają kryteriów, a w międzyczasie wszystkie dzieci posłać do szkoły. Łącznie będzie tego kilka, może kilkanaście tysięcy osób. Zgoda, przyjęcie tych ludzi i zapewnienie im choćby minimalnie przyzwoitych warunków będzie dla Polski kłopotem. Może nawet sporym kłopotem. Jednak – tylko kłopotem, który nie rozłoży ani naszej gospodarki, ani bezpieczeństwa, ani tożsamości. Pozwalanie, by ci ludzie tułali się po lasach, cierpieli i umierali, jest dla Polski hańbą.

Jednocześnie trzeba starać się, aby uszczelnić granicę, bo ani Unia Europejska, ani my czy to jako my, czy to jako część Unii, nie życzymy sobie niekontrolowanego przepływu osób. (Nie wiem, czy mur jest najlepszym rozwiązaniem; mur budowany bez zachowania warunków ochrony przyrody i bez kontroli nad wydatkami, by odpowiedni ludzie mogli zarobić, z pewnością nie.) Przy czym samo to, że po przejściu przez zieloną granicę polsko-białoruską trafia się do polskiego ośrodka dla uchodźców, nie zaś do wymarzonych Niemiec, spowoduje, że atrakcyjność tego szlaku spadnie. Informacja, że przekroczenie polskiej granicy prawie na pewno oznacza pobyt w polskim ośrodku, z pewnością rozejdzie się szybko i szeroko. W interesie Polski leży więc raczej sprawne odnajdywanie migrantów i umieszczanie ich w polskich ośrodkach, nie zaś okrutne, bezprawne push-backi, bo w końcu, po wielu wyczerpujących próbach, jakiejś części migrantów raz, drugi, trzeci odpychanych na stronę białoruską, w końcu jednak udaje się dostać do Niemiec. Tak więc z ich punktu widzenia warto próbować.

Nie można ulec szantażowi Łukaszenki i trzeba go przekonać, żeby przestał sprowadzać bezwizowych „turystów” z Bliskiego Wschodu i Afryki. Nie tylko nie wolno znieść dotychczasowych sankcji, ale raczej trzeba nałożyć nowe, jeszcze bardziej surowe – będą zniesione, gdy Łukaszenka przestanie sprowadzać migrantów – oraz naciskać na linie lotnicze, aby przestały zapewniać Łukaszence transport. Tylko że to trzeba zrobić na poziomie unijnym, nie tylko naszym, lokalnym. Polska mogłaby przekonać pozostałe kraje UE do skoordynowanych działań, w jakimś stopniu kosztownych także dla krajów unijnych, gdyby ze zdaniem i potrzebami Polski ktoś się w UE liczył. Niestety, na skutek tyleż konsekwentnej, co obłąkanej polityki naszych obecnych władz, ze stanowiskiem Polski nie liczy się już nikt. Łamiąca europejskie zasady i europejską solidarność Polska staje się niechcianym i nielubianym partnerem. Dlaczego unijne kraje miałyby być solidarne z nami, skoro my ostentacyjnie odrzucamy zasady, którymi Unia się kieruje?

Rosjanie też nie mają na Zachodzie dobrej prasy. Choć niektórzy słyszeli o wybitnych rosyjskich pisarzach, kompozytorach i innych artystach, a jakaś malusieńka mniejszość nawet o wielkich rosyjskich matematykach i fizykach, Rosja jawi się jako kraj dziki, niedostępny, niezbyt cywilizowany, trudny do zrozumienia, Rosjanie jako ludzie podejmujący bardzo ryzykowne działania, często po pijanemu, i choć ich zawadiackość może imponować, to normalni ludzie tak by się nie zachowywali. A w ogóle Rosja to kraj i wielkich możliwości – ale ostrożnie, bo jak się podpadnie władzom, można pojechać paść białe niedźwiedzie – i nieustanne źródło zagrożenia. I o to chodzi. Podobno niektórzy Rosjanie powtarzają, że skoro nas nie lubią, to niech się nas przynajmniej boją.

Polaków nikt nie lubi, ale też nikt się nas nie boi. Polska coraz bardziej staje się pośmiewiskiem Europy, a jest to śmiech pełen pogardy. A PiS, aby utrzymać się u władzy, wyciąga z nas to, co najgorsze.