Odebrał

Prezydent Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego prezydentowi Ukrainy, Wołodymyrowi Zełenskiemu.

W odpowiedzi polskie odznaczenia zwróciło kilka znaczących osób z Ukrainy, w tym ukraiński minister spraw zagranicznych i obecny ambasador Ukrainy w Polsce, a trzej byli prezydenci, Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko, zrzekli się przyznanych im Orderów Orła Białego.

To znak, że Ukraińcy odebranie Orderu Zełenskiemu potraktowali jak gest nieprzyjazny. Skoro Polska odbiera Order naszemu walecznemu prezydentowi, ba, Order, który był traktowany jako odznaczenie dla całego narodu ukraińskiego, my nie chcemy nosić polskich odznaczeń, nawet jeśli mamy do obecnego prezydenta różne zastrzeżenia.

Nawrocki jako prezes IPN kilka lat temu mówił, że Ukraińcy sami mogą wybierać swoich bohaterów, ale teraz odebrał Zełenskiemu Order, żeby zapunktować w swoim kibolsko-nacjonalistycznym elektoracie. O to mu przecież głównie chodziło. Małostkowość, mściwość, działanie wet za wet to cecha osób niepewnych swego znaczenia. Bo jeśli odpuścisz, okażesz wielkoduszność, nie oddasz, gdy cię uderzą, inni uznają, żeś słaby! Taką Polskę Nawrocki pokazuje światu. Taką gębę nam przyprawia.

A czy Nawrocki realnie coś zyskał dla Polski? Otóż nie.

Teraz Zełenski na pewno nie cofnie decyzji o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA” – przeciwnie, można się spodziewać więcej zdarzeń tego typu. Możemy też zapomnieć o rozmowach na temat upamiętnienia Polaków pomordowanych na Wołyniu. Nastawienie do Polski i Polaków w Ukrainie pogorszyło się; rykoszetem pogorszy się też stosunek Polaków do przebywających u nas Ukraińców. Polska – polski rząd – stara się o włączenie naszego kraju do rozmów o zakończeniu wojny i o przyszłości Ukrainy. To się prawie na pewno nie uda, bo Ukraina nie będzie tym zainteresowana. Dlaczegóż mieliby włączać do rozmów kraj tak nieprzychylnie do nich nastawiony? (Nawiasem mówiąc, to mógł być trzeciorzędny cel Nawrockiego – włączenie Polski do rozmów byłoby sukcesem rządu, a tego Nawrocki nie może ścierpieć.) Wreszcie polskie firmy straciły właśnie nadzieje na wiele kontraktów na powojenną odbudowę Ukrainy. Może jakąś boczną drogę pozwolą nam wyremontować. Tak, ja wiem, że w biznesie powinny decydować wyłącznie kwestie merytoryczne – ale nie decydują. Liczy się także sympatia i zaufanie do kontrahenta. A te w wypadku Polski szorują po dnie.

Brawo, Karol Nawrocki!

Nawiasem mówiąc, prezydent Zełenski, nie czekając na publikację postanowienia Nawrockiego w Monitorze Polskim, odesłał do Polski insygnia Orderu. Tym samym problem kontrasygnaty Tuska stał się niebyły – dodatkowy plan Nawrockiego, by wpędzić Tuska w pułapkę bez wyjścia, spalił na panewce.

Nie zdziwiłbym się, gdyby to Tusk poprosił o to Zełenskiego, z którym spotkał się dzień przed decyzją Nawrockiego. Oczywiście poza protokołem. Gdyby tak było, byłby to jednocześnie przyjazny wobec polskiego rządu gest ze strony Zełenskiego oraz pokazanie, że jemu na polskich odznaczeniach nie zależy, skoro nie czekał, aż Tusk go „uratuje” odmawiając kontrasygnaty.

Brunatny chuligan

Brunatny chuligan Robert Bąkiewicz dopuścił się kolejnego ekscesu: z grupą zwolenników pojechał do Berlina, by tam „uczcić” pamięć polskich ofiar nazistowskich Niemiec. Niemiecka policja starała mu się grzecznie wytłumaczyć, że manifestację akurat w tym miejscu trzeba było zgłosić co najmniej z wyprzedzeniem 7 dni, a krzyża bez pozwolenia też stawiać nie wolno, ale Bąkiewicz nie posłuchał, więc policja zglebowała go i skuła. Brawo, niemiecka policja. Zupełnie przypadkiem była tam ekipa Telewizji Republika, która wszystko sfilmowała i teraz krzyczy, że niemiecka policja bije polskich patriotów!

Ta awantura, wycelowana, rzecz jasna, do polskich odbiorców, nie ma większego znaczenia. Ośmiesza głównie samego Roberta Bąkiewicza, choć poniekąd trochę nas wszystkich, bo spora część Niemców zrozumie jedynie, że jacyś Polacy znów zrobili histeryczną scenę.

Znacznie poważniejszą sprawą są samozwańcze bojówki, ubrane w stroje przypominające polskie mundury, zaczepiające i legitymujące na Dworcu Centralnym osoby o cudzoziemskim wyglądzie. Członkowie tych bojówek są z „Ruchu Obrony Granic” Bąkiewicza, ale ich organizatorem jest ktoś z kręgu Grzegorza Brauna. Policja początkowo stwierdziła, że się temu przygląda – i to był absolutny skandal, bo tego typu „patrole” należy rozpędzić natychmiast, bez wnikania w jakiekolwiek szczegóły. Samo tolerowanie ich obecności jest bardzo niebezpieczne. Umundurowane bojówki nazistowskiej SA, słynne brunatne koszule, też początkowo były grupami niepowiązanymi z instytucjami Republiki Weimarskiej, a policja tylko im się przyglądała. W końcu, po czterech dniach i po osobistej interwencji Tuska, polska policja i prokuratura wszczęły dochodzenie przeciwko tym bojówkarzom Brauna i Bąkiewicza. Oby ta sprawa nie rozpłynęła się po kościach. Powtórzę: tolerowanie takich zachowań, takich grup, to wstęp do jawnej faszyzacji Polski.

Przy okazji jednak ludzie znów zadają pytanie, czy Robert Bąkiewicz jest ruskim agentem. Jak już kilkakrotnie pisałem, oskarżenie kogoś o agenturalność to bardzo poważna sprawa. Myślę, że Bąkiewicz ruskim agentem nie jest. Po prostu jego cele są zbieżne z celami Rosji, więc ta go, być może, cichaczem wspiera.

Nie wiem tego, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby Bąkiewicz faktycznie był opłacany przez rosyjskie służby. Rzecz jasna nie bezpośrednio, ambasada nie wypłaca mu jurgieltu ani agent nie przekazuje koperty w nocy na stacji benzynowej, ale może jakaś dziwna firma czy fundacja a to zleci mu „analizę”, którą przepłaci, a to sowicie opłaci jego koszty podróży i uczestnictwa w jakimś bardzo patriotycznym zgromadzeniu, gdzie Bąkiewicz wygłosi przemówienie zagrzewające serca, albo przekaże środki na druk materiałów i nie będzie się domagać szczegółowego rozliczenia, no, takie tam. Ta dziwna firma czy fundacja wcale nie musi mieć pułkownika KGB jako swojego szefa – Tomasz Piątek w swoich książkach opisywał całe sieci, wielowarstwowe struktury spółek, stowarzyszeń i fundacji, które mają jakichś szefów (często są to słupy, ale niekiedy jacyś działacze średniego szczebla) i w zasadzie nic nie robią, tylko wykonują skomplikowane operacje finansowe pomiędzy sobą, a powiązanie z KGB jest tylko takie, że spółkę-korzeń tej struktury obsługuje jeden cypryjski prawnik, którego da się powiązać z kimś, kto prawie na pewno pracuje dla KGB.

Pecunia non olet, ale być może Robert Bąkiewicz wcale nie potrzebuje finansowego wsparcia ze strony Rosji, gdyż, jak donosi Gazeta Wyborcza, za rządów PiS organizacje powiązane z Bąkiewiczem otrzymały od państwa polskiego 14 mln złotych, głównie za pośrednictwem Funduszu Patriotycznego.

Natomiast głęboko wątpię, aby Bąkiewicz był przez stronę rosyjską zadaniowany, to znaczy aby ruscy wyznaczali mu cele, a tym bardziej sposoby ich realizacji. On to robi ze szczerego serca. Pewnie gdyby go zapytać, Bąkiewicz określiłby się jako typ antyrosyjski, bo Katyń i komunizm, choć zarazem rosyjska kultura jest szlachetna i nie przeżarta moralną zgnilizną, jak kultura Zachodu. Bo to ta gnijąca Europa, właściwie fuzja Gejropy, Eurabii, światowego syjonizmu i antyreligijnego lewactwa, jest prawdziwym zagrożeniem dla Polski. A do tego Europa ciągle się z Polski wyśmiewa i naigrawa, umniejsza jej rolę, szkodzi na każdy dostępny sposób, pewnie dlatego, że Polska ma szczególną misję dziejową do spełnienia, która, gdyby się udała – daj Bóg, żeby się udała! – wysadzi to plugastwo z siodła. W Polsce wszelkie ślady tej europejskiej zgnilizny należy plenić z całą mocą. No więc Bąkiewicz, polski patriota, stara się, jak umie i jak rozumie swój patriotyzm, a że poza straszeniem słabszych od siebie, niewiele umie i niewiele rozumie, robi, co robi.

Owszem, ludzie bywają tak głupi, przypominam o brzytwie Hanlona, ale dodatkowo Bąkiewicz nie bez racji sądzi, że jego działalność zyskuje mu popularność i poparcie w naszym „prawym sektorze”, co po zmianie władzy może zaowocować kolejnymi dotacjami rządowymi, a może nawet jakąś samodzielną pozycją polityczną.

Natomiast ruskie służby oczywiście obserwują, co się u nas dzieje. Widząc takiego szkodnika, jak Bąkiewicz, hołubią go i, być może, skrycie finansują, bo on robi dla nich lepszą robotę, niż specjalnie przeszkolony agent. Rozsadzanie Europy od środka i starania na rzecz wyprowadzeniu Polski ze struktur europejskich, są zbieżne z celami polityki rosyjskiej, Bąkiewiczowi zaś nie przeszkadza to, co Putin robi w Ukrainie i u siebie w Rosji też. Bąkiewicz jest autentyczny i potrafi dotrzeć do ludzi, którzy mają zbliżone do niego zapatrywania, ale nie mają na tyle charyzmy i rzutkości, aby samodzielnie wcielać je w życie.

Niestety, są tacy. Dużo takich 🙁

Robert Bąkiewicz skuty przez niemiecką policję w Berlinie

Demony przeszłe i współczesne

Prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy imię „bohaterów UPA”. W Polsce zawrzało. Polacy mają UPA za wyjątkowo okrutnych morderców, dla Ukraińców była to formacja walcząca o niepodległość Ukrainy z Sowietami, Polakami i Niemcami. Te dwie świadomości historyczne nigdy się nie spotkają. Z drugiej strony, jak pisze ten ukraiński komentator, Ukraińcy

nie interesują się zbytnio Polską i nie traktują tych spraw jako ważnych. To jest po prostu fakt… sedno problemu nie jest takie, jak to w Polsce wielu sobie wyobraża – że tam ktoś coś na złość robi Polsce. Sedno problemu polega na tym, że czynnik polski po stronie ukraińskiej po prostu nie waży. Ukraińskie tematy są cały czas widoczne w polskiej dyskusji publicznej, podczas gdy polskie po stronie ukraińskiej są gdzieś daleko na trzecim, czwartym czy jakimś szóstym miejscu.

Zełenski, choć dobrze punkt widzenia Polaków zna, niespecjalnie się nim przejął i wybrał wzmocnienie swojej pozycji w polityce wewnętrznej kosztem relacji z Polską. To bardzo przykre.

Ale co z tego dalej miałoby wynikać? Niewątpliwie Zełenski nie będzie już w Polsce ciepło przyjmowany. Nie powinno to jednak wpływać na nasz stosunek do Ukrainy i na nasze ekonomiczne, polityczne i wojskowe wsparcie dla Ukrainy w jej wojnie z Rosją, ani na nasz stosunek do przebywających w Polsce Ukraińców. Dla nas wspominanie „bohaterów UPA” jest bolesne, ale wspieranie Ukrainy jest ważniejsze, bo leży w naszym strategicznym interesie. Tamtych pomordowanych już nie wskrzesimy, ale możemy zmniejszyć liczbę współczesnych ofiar, czy to po stronie ukraińskiej, czy, nie daj Boże, polskiej. Tego się trzymajmy, mimo iż jesteśmy mocno wkurzeni.

I tu wchodzi Karol Nawrocki, cały na biało, i oświadcza, że zamierza odebrać Zełenskiemu Order Orła Białego, nadany mu w 2023 przez prezydenta – jak on się nazywał? a, tak – Andrzeja Dudę.

Choć zasadniczym celem Nawrockiego jest przypodobanie się swojemu nacjonalistycznemu elektoratowi, odebranie Orderu prezydentowi zostałoby odebrane w Ukrainie jako wielki despekt, tym bardziej, że Zełenski mówił, że traktuje nadany mu Order jak order dla całego narodu ukraińskiego. Ukraińcy potraktowaliby to jako jaśniepański, postkolonialny dyktat, jakich bohaterów wolno im czcić. Pisze o tym też cytowany wyżej komentator:

Po stronie ukraińskiej włączył się mechanizm defensywny w społeczeństwie i sytuację odebrano jako próbę tworzenia nacisku z zewnątrz i wskazywanie Ukraińcom, jak im układać życie wewnątrz ich państwa. […] Osoby, które w ogóle nie interesowały się nigdy tematem i nie wiedzą, o co chodzi z tym Wołyniem i UPA, odruchowo wspierają teraz Zełenskiego, bo „nikt nam nie będzie kazał, co mamy robić”.

Nie wiedzieć czemu polska strona demokratyczna – komentatorzy, media, a nawet członkowie rządu (Adam Szłapka dzisiaj w TVN24) – uważa, że ponieważ postanowienie prezydenta będzie wymagać kontrasygnaty premiera, Tusk, odmawiając kontrasygnaty, uratuje nas przed międzynarodową katastrofą. Znowu.

Przede wszystkim zupełnie nie jest oczywiste, że kontrasygnata premiera w ogóle byłaby wymagana. Art. 144, ust. 3 pkt. 16 Konstytucji zalicza nadawanie orderów i odznaczeń do „prerogatyw osobistych prezydenta”, niewymagających kontrasygnaty. Skoro nadawanie orderów jest prerogatywą osobistą, to Nawrocki może uznać, że ich odbieranie też, wobec czego o kontrasygnatę nie wystąpi. No i bardzo dobrze. Byłoby to zresztą zgodne z duchem dotychczasowych poczynań prezydenta, który przy każdej nadarzającej się okazji chce swoją osobistą władzę powiększać, a nie ograniczać.

Można wszakże argumentować, że skoro wyliczenie z ust. 3 jest enumeratywne i odbierania odznaczeń nie zawiera, kontrasygnata jest wymagana. Taka interpretacja wcale nie jest oczywista, ale opierając się na niej Nawrocki, żeby zrzucić z siebie część odpowiedzialności oraz zapędzić Tuska w sytuację bez wyjścia, może o kontrasygnatę wystąpić. Bo każda decyzja, jaką podejmie w tej sytuacji Tusk, będzie zła.

Jeśli premier odmówi kontrasygnaty, co prawda unikniemy bezpośredniego zgrzytu w stosunkach polsko-ukraińskich, ale prawica będzie wyła, że Tusk wspiera UPA, że wszyscy popierający Tuska wspierają UPA i właściwie są osobiście winni mordowaniu Polaków na Wołyniu. TV Republika będzie mówić o Tusku nie tylko jako o agencie Brukseli i Niemiec, ale jako o banderowcu, mile rezonując z rosyjską propagandą. I ta trucizna będzie się ludziom sączyła do ucha, aż w końcu sporo ludzi w to uwierzy. Szanse na powrót prawicy do władzy wzrosną. Polaryzacja nastrojów w Polsce jeszcze bardziej się zaostrzy, krzyki o ukrainizacji Polski staną się głośniejsze, ze wszystkimi złymi skutkami dla stosunku (niektórych, ale coraz liczniejszych) Polaków do mieszkających u nas Ukraińców, a w konsekwencji dla ogółu stosunków polsko-ukraińskich.

Jeśli zaś premier kontrasygnaty udzieli, wtedy liberałowie i lewica równie głośno będą wyli, że Tusk, w imię demonów przeszłości, stawia na szali bezpieczeństwo Polski i relacje polsko-ukraińskie. Dodatkowo przynajmniej część lewicy uzna to za argument, że Tusk jest takim samym nacjonalistą, jak Braun, co również będzie oznaczać, że szanse na powrót prawicy do władzy wzrosną.

Dlatego w najlepszym interesie Tuska będzie argumentować, że jego kontrasygnata nie jest wymagana. Skoro konstytucja pozostawia kwestię orderów i odznaczeń w wyłącznej gestii prezydenta, to on, Tusk, szanując konstytucję, nie uzurpuje sobie prawa do kontrasygnaty. Jeśli Nawrocki się uprze, że kontrasygnata jest wymagana, premier powinien się zwrócić do Trybunału Konstytucyjnego o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego. I w ten sposób sprawa umrze 😉

Choć zabrzmi to cynicznie, umycie rąk przez Tuska byłoby najlepszym możliwym wyjściem.

Oczywiście wciąż istnieje jakaś nadzieja, że prezydent Nawrocki się opamięta.

Ja się nie wybieram

24 maja w Krakowie odbędzie się referendum w celu odwołania aktualnego prezydenta miasta, Aleksandra Miszalskiego.

Nie zamierzam brać w nim udziału.

1. Jedną z zasad demokracji jest kadencyjność władz. Oznacza to nie tylko, że co z góry określony czas muszą odbywać się wybory, ale że wybrana osoba pełni swoją funkcję przez całą kadencję. Jeśli wyborcy uznają, że osoba ta sprawowała swoją funkcję źle, przegrywa ona starania o reelekcję. To jest zasada.

Możliwość przerwania kadencji jest odstępstwem od tej zasady i powinna być zarezerwowana wyłącznie do sytuacji nadzwyczajnych, typu oczywista niezdolność do pełnienia funkcji, poważne oskarżenia lub podejmowanie decyzji (a nawet zapowiedź ich podejmowania), których skutki będą długotrwałe, katastrofalne i trudne do odwrócenia. Z tego punktu widzenia sama instytucja samorządowego referendum odwoławczego jest potrzebna, bo od 2002 prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie są wybierani w wyborach bezpośrednich i bez referendum odwołać by się ich nie dało (poza przypadkiem skazania prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne, ale procedura sądowa może trwać przez całe lata).

Otóż w moim najgłębszym przekonaniu w Krakowie nie zaszło nic nadzwyczajnego, co uzasadniałoby przerwanie kadencji urzędującego prezydenta. Zgadzam się, że Aleksander Miszalski nie jest prezydentem wybitnym, może nawet jest kiepskim prezydentem, ale to, że jakaś grupa wyborców, niechby i liczna, nie jest zadowolona z jego rządów, nie uzasadnia odstępstwa od nadrzędnej zasady kadencyjności. To, że jakaś część wyborców jest z władzy niezadowolona, jest wręcz w demokracji czymś normalnym.

Tylko pomyślmy: gdyby referenda odwoławcze mogły się odbywać za każdym razem i wyłącznie dlatego, że pewna grupa wyborców jest niezadowolona, odbywałyby się praktycznie bez przerwy, a władza musiałaby dbać o dobry nastrój swoich wyborców tu i teraz, bez możliwości podejmowania decyzji, które lokalnie, chwilowo komuś się nie spodobają, bo jak nie, to odwołają.

2. Zarzuty, jakie publicznie stawia się Miszalskiemu – podwyższenie opłat za bilety komunikacji miejskiej i opłat za parkowanie, Strefa Czystego Transportu (SCT), powiększanie zadłużenia miasta, kolesiostwo i niepoważne zachowania – są w większości dęte. Rzeczywiście, zadłużenie miasta rośnie i to jest bardzo bolesne, choć w jakiejś części jest spadkiem po rządach PiS, ale w tej sytuacji jednoczesne protesty i przeciwko zadłużeniu, i przeciwko zwiększaniu wpływów poprzez podnoszenie opłat, jest cokolwiek schizofreniczne. SCT jest zupełnie bezkosztowa i korzystna dla mieszkańców Krakowa, choć pewnych korekt należałoby dokonać (na przykład, żeby parkingi P+R leżały poza SCT). Zarzuty o niepoważne zachowanie (Miszalski tańczył na dachu) same są niepoważne. Poważny jest zarzut o kolesiostwo, ale to mieści się w marginesie zachowań utrudniających/uniemożliwiających przyszłą reelekcję.

3. Jakie są zatem prawdziwe powody zwołania referendum?

Tu nastąpił splot dwu okoliczności. Z jednej strony jest to polityczna akcja PiS i Konfederacji przeciwko Koalicji Obywatelskiej, żeby wykorzystując słabość Miszalskiego pokazać, że prezydent wielkiego miasta z KO może upaść. A jeśli KO straci „platformerski” Kraków, to znak, że może stracić całą Polskę. Jak widać, nie ma to nic wspólnego z zarządzaniem Krakowem i działaniami Miszalskiego. Politycy PiS wcale się z tym nie kryją. Na przykład Beata Szydło mówiła

Mieszkańcy drugiego co do wielkości miasta w Polsce po niecałych dwóch latach mają dosyć prezydenta z partii Tuska. Referendum w Krakowie będzie największym politycznym wydarzeniem tego roku. Należy w pełni wykorzystać szansę na pokazanie partii Tuska czerwonej kartki.

W podobnym duchu wypowiadał się cytowany tamże Ryszard Terlecki.

Drugą okolicznością są niepohamowane ambicje Łukasza Gibały. Gibała już trzykrotnie ubiegał się o prezydenturę Krakowa. W 2024 przegrał z Miszalskim dosłownie o 5434 głosy na 262 tysiące głosujących w II turze. Miszalski wygrał dzięki osobistemu poparciu, jakiego udzielili mu wtedy Trzaskowski i Tusk – obaj w tym celu pofatygowali się do Krakowa. Co ciekawe, Gibała wcale nie ma gorszych kwalifikacji od Miszalskiego, biograficznie są to niemalże klony – on to wie i dlatego ambicja go zżera. Gdyby wytrzymał i poczekał do normalnego terminu wyborów w 2029, miałby olbrzymie szanse wygrać z Miszalskim. Ale nie poczekał i gotów jest oddać Kraków w ręce PiS lub Konfy, byle tylko zostać prezydentem natychmiast. Postawa Gibały stanowi dla mnie duże rozczarowanie.

Łukasz Gibała faktycznie finansuje obecną kampanię referendalną.

Do tego dołączył szereg mniejszych działaczy o takich sobie kompetencjach, ale wielkich ambicjach, którzy nie dostali posad od Miszalskiego i teraz chcą to odwrócić. No i jakaś grupa mieszkańców bona fide niezadowolonych z obecnych władz miasta.

4. Aby referendum odwoławcze było skuteczne, musi osiągnąć pewien próg frekwencji. W tegorocznym referendum krakowskim jest to nieco ponad 158 tysięcy głosów. Paradoks polega na tym, że frekwencję liczy się łącznie od wszystkich: i tych, którzy głosowali za odwołaniem, i tych, którzy głosowali przeciwko. Referenda odwoławcze w naturalny sposób mobilizują przede wszystkim tych, którzy chcą odwołania władz, ale może ich być za mało, by osiągnąć próg ważności. Zwolennicy odwołania władz starają się więc zmobilizować przeciwników odwołania, aby ich głosami osiągnąć próg ważności. Prof. Jarosław Flis mówi, że głosy uczestników referendum przeciwko odwołaniu władz mają siłę negatywną, co nazywa paradoksem bytomskim, a cały system określa jako absurdalny:

W Bytomiu doszło do sytuacji, że ci wyborcy, którzy poszli i zagłosowali za tym, żeby Rada Miejska została, przesądzili o tym, że ona musiała odejść. To jest absurdalny system. Wyborca idzie do wyborów, głosuje za opcją „A”, w rezultacie dostaje opcję „B”, której by nie dostał, gdyby został w domu.

W Polsce dotąd odbyło się ponad 400 referendów odwoławczych, z których tylko około 10% było ważnych dzięki osiągnięciu progu frekwencji. W tych nieco ponad 40 ważnych referendach tylko jeden raz udało się obronić urzędującego prezydenta miasta, gdyż głosów za odwołaniem było mniej, niż głosów przeciwko odwołaniu.

Sama ta statystyka sugeruje, że najskuteczniejszą strategią obrony odwoływanych władz jest pozostanie w domu.

Bojkot referendum o absurdalnych regułach, wedle których mój głos oddany przeciwko odwołaniu może zadecydować o tym, że odwołanie będzie skuteczne, jest racjonalną i demokratyczną decyzją.

Nie wiem, jaki będzie wynik referendum, to znaczy czy uda się osiągnąć frekwencję zapewniającą jego skuteczność. W każdym razie ja się na referendum nie wybieram.

Czy to upadek Trumpa?

Od razu odpowiem, że nie – jeszcze nie. Ale po kolei.

Gdy w listopadzie 2024 Donald Trump wygrał wybory, europejska prawica szalała z radości. Z czasem jednak Trump zaczął atakować Europę cłami, jego polityka stała się niestabilna i nieprzewidywalna, Danii groził aneksją Grenlandii, obrażał sojuszników, obrażał papieża, odgrażał się, że Stany wyjdą z NATO, a przynajmniej wycofają swoje wojska z Europy, przez irańską awanturę poważnie rozchwierutał światową gospodarkę oraz przepalił zapasy amunicji, które trzeba będzie odbudowywać przez co najmniej dwa lata, co czyni wątpliwym możliwość udzielenia wojskowego wsparcia Europie, a przez aferę Epsteina stracił legitymację moralną – resztkową, jaką jeszcze posiadał. (O braku wsparcia dla Ukrainy, ustępstwach wobec Putina i wycofaniu się z porozumień klimatycznych nie wspominam, bo prawicy to nie przeszkadza.) Kiedyś zdjęcie z Trumpem było najlepszą reklamą wyborczą prawicowców, ale teraz wsparcie Trumpa, nawet obietnica nowych amerykańskich inwestycji na Węgrzech, nie pomogły Orbanowi. Najnowszy Newsweek pisze na okładce, że

Donald Trump stał się obciążeniem dla swoich sojuszników

którzy, skonsternowani, już nie tak głośno manifestują swój podziw dla Trumpa i drżą, że jego poparcie przestaje być ich wielkim atutem.

Jednak choć Europejczycy patrzą na Trumpa z mieszanką rosnącego przerażenia i politowania, to nie Europa będzie decydować o jego politycznej przyszłości. Zdecydują wyborcy amerykańscy. W 2024 Trump wygrał ze znaczną przewagą, bo obiecywał poprawę sytuacji gospodarczej i to, że Stany nie będą rozpoczynać nowych wojen. Tymczasem miliarderzy się bogacą, ale sytuacja ekonomiczna najuboższych i średniozamożnych Amerykanów się nie poprawia, inflacja nie spada, tysiące osób straciło swoje świadczenia społeczne, cła uderzają w konsumentów, na skutek wojny w Iranie ceny benzyny rosną. Obecnie tylko 30% Amerykanów aprobuje politykę gospodarczą Trumpa. ICE szaleje – poza regularnym wewnętrznym terrorem*, wcale nie deportuje groźnych przestępców, ale osoby ciężko pracujące, choć przebywające w Stanach nielegalnie, więc ubywa rąk do pracy w rolnictwie, budownictwie i usługach i gospodarka cierpi. Na skutek wprowadzanego przez administrację chaosu, trudno stawiać jakiekolwiek prognozy odnośnie do sytuacji ekonomicznej. Wojna z Iranem – która nigdy nie została wypowiedziana, a jej cele nigdy nie zostały jasno sprecyzowane – kosztowała już dziesiątki miliardów dolarów, cieśnina Ormuz pozostaje zamknięta, sojusznicy Stanów w rejonie Zatoki krwawią, Stany utraciły niemalże całą swoją soft power, a tradycyjne sojusze się chwieją. Pojawiło się zagrożenie, że chiński juan może zastąpić dolara w roli podstawowej waluty w handlu ropą. Liczne wypowiedzi Trumpa na temat wojny są wzajemnie sprzeczne, sprawiają wrażenie, jakby prezydent nie kontrolował własnych myśli. Do tego Trump organicznie nie znosi jakiejkolwiek krytyki, bardzo wyraźnie oczekuje nieustannych hołdów i pochwał, w swoich mediach społecznościowych publikuje obrazki siebie a to w stroju papieskim, a to w postawie Jezusa-uzdrowiciela, a w ogóle najbardziej chyba interesuje się budową w Białym Domu sali balowej, Big and Beautiful.

Niektórzy poważni komentatorzy piszą wręcz o Donaldzie Trumpie jako o „upadającym prezydencie”.

W Stanach coraz liczniejsi Demokraci i – na razie – nieliczni Republikanie zaczynają mówić o odsunięciu Trumpa na mocy 25 Poprawki: jeśli wiceprezydent i większość członków gabinetu na piśmie oświadczą wobec Kongresu, że prezydent jest niezdolny do sprawowania urzędu, zostaje on odsunięty, a jego obowiązki przejmuje wiceprezydent. Jeśli odsuwany od władzy prezydent zaprotestuje (gdyby był żywy, ale, powiedzmy, sparaliżowany po udarze, nie mógłby zaprotestować, dlatego „jeśli”), decyzję o odsunięciu muszą zatwierdzić obie izby Kongresu, każda większością 2/3, a na to obecnie nie ma żadnych szans. Ale niezadowolenie, ba, wściekłość w Stanach narasta.

Na fali tego niezadowolenia Republikanie najprawdopodobniej przegrają w listopadzie wybory śródokresowe. Może to być nawet przegrana katastrofalna: Demokraci zdobędą nie tylko większość w Izbie Reprezentantów, co od dłuższego czasu wydaje się prawdopodobne, ale i w Senacie, co jeszcze kilka tygodni temu uważano za prawie niemożliwe. No i co z tego? Donald Trump i tak nie mógłby ubiegać się o trzecią kadencję (choć na początku drugiej coś o tym przebąkiwał), więc sondaże popularności nie muszą go obchodzić (a poza tym na pewno będzie miał swoje alternative facts). On sam, a zwłaszcza jego rodzina i pewna grupa kolegów na prezydenturze już zarobili miliardy (na kontraktach z klientami Stanów Zjednoczonych oraz, najprawdopodobniej, korzystając z nielegalnego insider trading), a zarobią jeszcze kolejne, i choć będzie prezydentem-kulawą kaczką (lame duck) nie mogącą przeprowadzać swoich ustaw przez Kongres, będzie próbował rządzić omijając Kongres za pomocą dekretów (Executive Orders). No i na wszystkie sposoby będzie blokował każdą inicjatywę Demokratów. To wróży kolejne dwa lata chaosu, niepokojów, niepewnego stanu gospodarki, być może z kolejnymi przedłużającymi się government shutdowns, zwłaszcza jeśli Republikanie zachowają Senat.

Dopiero wtedy, w drugiej połowie kadencji, jeśli sytuacja polityczna i ekonomiczna wyraźnie się pogorszy, członkowie administracji Trumpa i przywódcy Republikanów w Kongresie mogą dojść do wniosku, że dalsze trwanie przy Trumpie zagraża ich własnej karierze politycznej. Wyborcy bowiem nie zagłosują na ludzi, którzy do końca stali przy tym szaleńcu i niszczycielu. Wtedy zastosowanie 25 Poprawki stanie się dość prawdopodobne, ale to będzie nie wcześniej, niż za rok. Kadencję dokończy J.D. Vance, prawie na pewno uzyska wówczas nominację Republikanów, ale czy wygra wybory na swoją pierwszą kadencję, czas pokaże. W dużym stopniu zależeć to będzie od tego, kto będzie kandydował z ramienia Demokratów.

Końcówka kadencji pod rządami Vance’a przyniesie pewne uspokojenie, stosunki z Europą być może przestaną się pogarszać, ale ani na dużą poprawę stanu amerykańskiej gospodarki, ani na głębszą poprawę sytuacji międzynarodowej w tak krótkim czasie bym nie liczył.

*Nawet w drugim sezonie świetnego serialu The Pitt mamy scenę, w której na oddział ratunkowy wkraczają funkcjonariusze ICE eskortujący nielegalną imigrantkę, którą wcześniej poturbowali. Na widok ICE, z dyżuru znika kilka pielęgniarek i znaczna część pacjentów z poczekalni. Wychodząc, ICE aresztuje Bogu ducha winnego i legalnego pielęgniarza.

Skostnienie

Urodzony w 1949 Jarosław Kaczyński mentalnie ukształtował się na przełomie lat ’60 i ’70. Podobała mu się tamta epoka, więc w tym stanie umysłowym skostniał. Żadna tam demokracja, trójpodział władzy, chcecks and balances, tylko centralny ośrodek władzy politycznej i partia mająca prawo narzucać obywatelom poglądy, jako że jest emanacją woli Narodu. A kto partii nie słucha, jest albo zdrajcą, albo idiotą, albo kierują nim jakieś inne złe intencje.

Jeśli Jarosław Kaczyński miał jakieś pretensje do ustroju PRL, to nie chodziło o to, że partia rościła sobie prawo do narzucania ludziom poglądów, tylko że poglądy te były niezgodne z poglądami Kaczyńskiego. A może wręcz, że to nie on mógł te poglądy narzucać, bo poza wszystkim innym, Jarosław Kaczyński jest głęboko przekonany o swoim geniuszu i nadzwyczajnej misji dziejowej, którą Bóg lub Weltgeist, lub Historia, w to nie wnikam, mu powierzyli.

To wszystko dawno już o Jarosławie Kaczyńskim wiedziałem. Uświadomiłem sobie ostatnio, że także jego fobie antyniemieckie muszą być przejawem owego skostnienia.

Straszenie niemieckimi rewizjonistami i odwetowcami, ziomkostwami, Hupką i Czają, było najważniejszym elementem PRLowskiej propagandy. Niemcy, gdyby ich nie powstrzymywać, rzuciliby się odwracać skutki Drugiej Wojny Światowej i tylko władza PZPR, przy wsparciu ZSRR rzecz jasna, mogła uchronić Polskę przed wojną, hekatombą i utratą Ziem Zachodnich i Północnych. O tym słyszało się ciągle i wszędzie. Oficjalna kultura starała się utrwalić obraz Niemców jako „odwiecznego wroga”, stąd filmy „Krzyżacy” i „Barwy walki”, seriale „Czterej pancerni i pies” oraz „Stawka większa niż życie”, liczne filmy i opowieści o obronie Westerplatte i Poczty Polskiej, ORP Orzeł, partyzantach, szlaku bojowym od Lenino do Berlina (w późniejszych latach ’70 zaczęto też wspominać o Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie), a nawet o wojnach polsko-niemieckich z czasów pierwszych Piastów. W szkole dzieci obowiązkowo uczyły się o rugach pruskich, dzieciach z Wrześni i czytały „Placówkę” Prusa. Figura Niemca jako rewanżysty nienawidzącego Polski była wszechobecna.

Padało to na podatny grunt, bo wciąż żyło dużo ludzi, którzy wojnę i okupację dobrze pamiętali i jeśli nawet sami nie walczyli, to doznali od Niemców różnych krzywd, o których chętnie opowiadali.

W takich warunkach wychował się i ukształtował Jarosław Kaczyński i, jako się rzekło, obraz Niemca jako odwiecznego wroga czyhającego na Polskę przetrwał u niego w formie niezmiennej, skostniałej. Kaczyński zapewne rozumie, że Niemcy już nie chcą najeżdżać Polski zbrojnie (choć kto wie, przypominam, jak protestował przeciwko rozlokowaniu niemieckiej baterii rakiet Patriot w Polsce), ale na pewno chcą sobie Polskę podporządkować politycznie i gospodarczo. To, że Niemcy się zmieniły, że Polska się zmieniła, że Niemcy są naszym najważniejszym partnerem handlowym, a Polska 4-5 partnerem handlowym Niemiec, że Niemcy są naszym partnerem w UE i sojusznikiem w NATO, do niego nie dociera. To znaczy on zna te fakty i liczby, ale nie zmieniają one jego głębokiego przekonania, że Niemcy chcą Polsce zaszkodzić. Ha! Wciągnęli nas do Unii, żeby nas sobie podporządkować! Dla Kaczyńskiego gospodarka to gra o sumie zerowej, korzyść jednej strony koniecznie oznacza stratę drugiej – sytuacja, w której obie strony zyskują, jest nie do pomyślenia (to też wydaje się być pomieszaniem starej marksistowskiej doktryny ekonomicznej, którą Kaczyński wciąż wyznaje, z polską nieufnością).

Nasilenie fobii antyniemieckich u Kaczyńskiego, czy też bardziej gwałtowne ich ujawnianie, może być albo przejawem senilizmu, albo próbą odwołania się do antyniemieckich nastrojów swojego żelaznego elektoratu: ludzi poddanych za młodu tej samej propagandzie, co Kaczyński, a więc starszych, religijnych (co jest czysto instrumentalne, bo sam Kaczyński religijny nie jest), uważających się za patriotów i nieco gorzej wykształconych.

Ciekawe, co z tego wynika dla naszej bliskiej przyszłości politycznej. Kaczyński ma swój zestaw poglądów, uprzedzeń i fobii oraz przekonanie o własnym geniuszu, ale ma bardzo małe zdolności adaptacyjne. Próbuje ciągle tego samego, choć świat się zmienia. Kaczyński ma ten swój żelazny elektorat, ale on się kurczy z powodów czysto demograficznych, młodsi odpływają mu do Konfy, a ci bardziej radykalni do Korony. Desygnowanie Czarnka na kandydata na premiera ma być remedium na ten proces, ale ponieważ PiS i Kaczyński nie są w stanie zaproponować niczego nowego, a tylko więcej starego, Czarnkowi co najwyżej uda się powstrzymać dalszy odpływ na prawo, ale raczej nie odwojuje niczego, co już do Konfy uciekło, bo nie ma dla nich żadnej oferty. No i nie zyska nic w centrum – tam raczej straci to, co miał.

Nominaliści

Z dwu boskich aktów, stwarzania i nazywania, polska prawica zdecydowanie wyżej ceni ten drugi. Są skrajnymi nominalistami, twierdząc, że o tym, co jest, decyduje co oni mówią, nie to, co robią.

No bo spójrzmy: Liczni księża i biskupi potępiają „tęczową zarazę” i mają za abominację związki partnerskie, choć sami są seksualnie aktywnymi – wręcz nadaktywnymi – gejami. Ale w swoim przekonaniu są przeciwko LGBT, gdyż tak mówią.

Ordo Iuris i inni fundamentalistyczni działacze promują wartości chrześcijańskie w życiu rodzinnym, chociaż dość swobodnie zamieniają się żonami, mają kochanki i kochanków, ale promują wartości chrześcijańskie, gdyż tak mówią.

PiS broni Polski przed imigrantami, którzy chcą nas zniszczyć, kulturowo przekabacić, gwałcić i mordować, zabierać nam pracę i wyłudzać świadczenia socjalne, choć to PiS rozdał, niekiedy sprzedał, ponad 400,000 wiz pracowniczych dla osób z krajów „kulturowo obcych”, które nam tak strasznie zagrażają. Ale broni Polski przed imigrantami, gdyż tak mówi.

Podobnie Nawrocki: Twierdzi, iż uważa Putina za wroga Polski, ale jedzie wspierać największego sojusznika Putina w Europie, szkodzącego Ukrainie, którą Polska przeciwko Putinowi wspiera. Niemniej jednak Nawrocki jest przeciwnikiem Putina, gdyż tak o sobie mówi.

Karol Nawrocki nie jest raczej wielkim i przenikliwym myślicielem, ale głupi nie jest i dostrzega tę sprzeczność – być może dlatego, że nie przeszedł lekcji katolicko-PiSowskiej dialektyki, dwójmyślenia. Więc gdy ktoś mu publicznie wytknie sprzeczność, strasznie się złości, przybiera naturalną dla siebie pozę osiedlowego chuligana i chce przy*dolić biedakowi, który mu podskoczył. Bo przecież jest tak, jak Nawrocki mówi. Słuchaj Prezydenta Polski, kurła!

A czemu właściwie Karol Nawrocki pojechał wesprzeć Orbana? Bo mu ambasador Rose kazał. Czemu zaś Nawrocki posłuchał ambasadora Rose? Z powodów, o których niedawno pisałem, jak sądzę.

Jaki szantaż?!

Andrzej Stankiewicz w Newsweeku pisze, że Kaczyński szantażuje Nawrockiego, by ten zawetował ustawę o SAFE. Stankiewicz sugeruje nawet, że Kaczyńskiemu wcale nie chodzi o zablokowanie SAFE, tylko o zmuszenie Nawrockiego, który nie jest do weta przekonany, do podporządkowania się woli prezesa. Przywołuje przykłady Kazimierza Marcinkiewicza, Beaty Szydło i Andrzeja Dudy, których Kaczyński złamał.

Teraz przyszła kolej na Nawrockiego,

wieszczy Stankiewicz.

To jest jakiś nonsens. Przede wszystkim Kaczyński naprawdę jest przeciwnikiem SAFE (patrz mój poprzedni wpis). Nie wątpię przy tym, że Kaczyński chciałby Nawrockiego złamać, głównie dlatego, że Jarosław nie może ścierpieć, że wyrasta mu, właściwie już wyrósł, jakiś konkurent do przywództwa na prawicy. Ale Karol Nawrocki różni się od swojego poprzednika tym, że ma cojones i charakter, których Andrzejowi Dudzie dramatycznie brakowało. Duda wyrastał w cieniu dominującej figury ojca, o czym Jan Duda sam z dumą opowiadał, więc gdy został prezydentem, symbolicznym ojcem, groźnym i umiłowanym, stał się dla niego Kaczyński. Nic takiego nie zachodzi w przypadku Nawrockiego.

A najważniejsze, Kaczyński nie może prezydenta odwołać, ale może go postraszyć brakiem wsparcia przy reelekcji. Andrzej Duda w pierwszej kadencji panicznie się tego bał, a w drugiej żałośnie żebrał o to, aby PiS wsparł go w staraniach o jakąś funkcję międzynarodową. Karol Nawrocki dopiero rozpoczyna swoją prezydenturę, minęło zaledwie pół roku od objęcia urzędu, cieszy się (niestety) dużą popularnością osobistą, może się zwrócić do Konfederacji, by stała się jego partyjnym zapleczem w miejsce PiSu, a do reelekcji stanie z własnego komitetu, tym bardziej, że już w 2025 startował jako „kandydat obywatelski”. PiS nie będzie miał wyboru i w 2030 będzie go musiał poprzeć, gdyż w przeciwnym razie jakiś alternatywny kandydat PiSu sromotnie odpadnie w pierwszej turze, a może i sam Nawrocki przegra. Kaczyński po prostu nie ma czym szantażować Nawrockiego.

Kaczyński może Nawrockiego namówić do zawetowania SAFE, może go omamić, ale zaszantażować – niemożliwe.

Are we SAFE?

PiS z całą mocą, jaka mu jeszcze została, zaangażował się w krytykowanie europejskiego mechanizmu pożyczek na uzbrojenie, SAFE. Pieniądze z tego projektu mają być wydawane przede wszystkim u europejskich producentów uzbrojenia i pokrewnych systemów. Europejskich, czyli nie amerykańskich. USA chciałyby, żeby kraje europejskie wydawały na uzbrojenie dużo, jak najwięcej, ale aby lwia część z tych wydatków przeznaczana była na zakup amerykańskiego uzbrojenia. Rozwój europejskiego przemysłu obronnego oznacza nie tylko utratę zysków przez amerykański przemysł, ale też zmniejszenie uzależnienia Europy od Stanów, które te mogłyby wykorzystać także w innych, nie-wojennych okolicznościach. Stanom Zjednoczonym się to oczywiście nie podoba.

Nic więc dziwnego, że PiS, którego jedyną polityczną kwalifikacją jest obecnie bycie eksponentem ruchu MAGA w Polsce, sprzeciwia się udziałowi Polski w programie SAFE. Można to tłumaczyć tym, że PiS tak bardzo wielbi MAGA, że ślepo i bez zastanowienia zrobi wszystko, czego MAGA od niego oczekuje. Można dodać, że PiS tak bardzo nienawidzi Unii Europejskiej i rządu Donalda Tuska, że zrobi wszystko, aby ani UE, ani Tusk nie odnieśli sukcesu na polu obronności, nawet gdyby miało się to stać kosztem bezpieczeństwa Polski. Opowieści Kaczyńskiego i jego akolitów, że udział w SAFE wpycha nas pod niemiecki but, to tylko wyraz jego głębokich fobii i uprzedzeń, więc tym akurat bym się nie przejmował. Ktoś może wreszcie dodać, że PiS celowo chce zaszkodzić Polsce, gdyż służy interesom rosyjskim – ja akurat tak nie uważam, pisałem o tym zresztą: PiS to głupki, ale ich celem nie jest służenie Rosji (co nie wyklucza, że wśród PiSu są pojedyncze osoby, które to robią).

Ale może w PiSowskiej rezerwie wobec SAFE jest jakieś malutkie, racjonalne jądro, a przynajmniej coś, co może za takowe uchodzić?

Zacznijmy od podstawowego pytania: Gdyby wybuchła wojna w Europie, a mówiąc wprost, gdyby Rosja zaatakowała europejskie kraje NATO, czy USA wystąpiłyby w ich obronie?

Sądzę, że gdyby Rosja użyła broni jądrowej, nawet taktycznej, Stany odpowiedziałyby użyciem swojej. Nie można nikomu pozwolić na bezkarne użycie broni jądrowej, bo to drastycznie naruszyłoby równowagę sił, zachęcając tego, kto użył jej raz i uszło mu to na sucho, do ponownego użycia. Zarazem nawet lokalny konflikt jądrowy miałby wielki potencjał do przerodzenia się w konflikt globalny, którego nie wygrałby nikt, można by się co najwyżej zastanawiać, kto poniesie minimalnie mniejsze straty. W Rosji to wiedzą, w Stanach to wiedzą, więc do wojny jądrowej raczej nie dojdzie, ale ostatecznie opiera się to na amerykańskim „parasolu atomowym” nad Europą.

Co innego, gdyby Rosja przypuściła atak konwencjonalny. Nie wierzę, że w takiej sytuacji Stany pod obecnym przywództwem wyślą korpus ekspedycyjny dla obrony Polski, Rumunii czy krajów bałtyckich. Stany raczej zapewniłyby pomoc wywiadowczą i logistyczną, w tym dostawy broni i amunicji, za co musielibyśmy płacić, ale łaskawie dano by nam odroczony termin płatności, lecz bezpośredniego udziału w walce unikałyby jak ognia.

Jest jeden przypadek, w którym Stany bezpośrednio zaangażowałyby się w walkę: Gdyby w toku działań wojennych Rosja czy to celowo, czy nawet przypadkowo zaatakowała stacjonujących tutaj amerykańskich żołnierzy, co w przypadku agresji byłoby bardzo prawdopodobne. Wówczas Amerykanie odpowiedzieliby na atak, a zapewne przysłali również posiłki do obrony swoich. W ten sposób siły zbrojne Stanów Zjednoczonych zostałyby wciągnięte do konwencjonalnej wojny z Rosją.

Dlatego właśnie uważa się, że fizyczna obecność wojsk amerykańskich w Polsce czy w potencjalnie innych zagrożonych krajach jest tak ważna.

PiS i ludzie z kancelarii Nawrockiego utrzymują, że Polska jest dla Ameryki tak ważnym sojusznikiem (to nieprawda), a Nawrocki i jego ludzie mają tak dobre kontakty z Trumpem i jego administracją (co może być prawdą), iż Donald Trump, choć rozważa(ł) wycofanie amerykańskich wojsk z Europy, obiecał Nawrockiemu, że z Polski ich nie wycofa. Tego się trzymajmy, publicznie mówi PiS, jesteśmy bezpieczni!

Ale nawet w PiSie rozumieją, że Trump nie słynie ze stałości poglądów, może w każdej chwili zmienić zdanie i wojska amerykańskie z Polski wycofać. O tym, że nie jest to zagrożenie czysto hipotetyczne, świadczy wpis ambasadora Toma Rose’a, który po awanturze wywołanej odmową Czarzastego wsparcia starań Trumpa o Pokojową Nagrodę Nobla napisał, że USA mogą wycofać z Polski ludzi i sprzęt. Nie wiem, czy ambasadorowi Rose niechcący się to wypsnęło, czy też świadomie nas tym postraszył, ale powiedział wyraźnie, że jeśli Trump się na Polskę obrazi, to może amerykańskie wojsko z Polski wycofać, a wtedy bezpieczeństwo Polski drastycznie osłabnie.

A zagrożenie dla interesów amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego wraz z jednoczesną próbą zmniejszenia uzależnienia Europy od Stanów Trump mógłby uznać za zniewagę.

Za wszelką cenę nie można do tego dopuścić! Dlatego właśnie PiS sprzeciwia się udziałowi Polski w mechanizmie SAFE. To byłoby wspomniane hipotetyczne racjonalne jądro.

To przerażające, że stosunki ze wciąż najpotężniejszym krajem świata zależą od tego, czy jego przywódca obrazi się, czy też się nie obrazi, jak rozkapryszony nastolatek, ale nawet w PiS rozumieją, że taka jest rzeczywistość.

Nawiasem mówiąc, choć reżim ajatollahów jest obrzydliwy i wyjątkowo groźny tak dla Iranu, jak i dla świata, nie wydaje mi się, aby bombardowanie Iranu znacznie wspomogło Trumpa w jego zabiegach o Nagrodę Nobla.

Migiem do…?

Pamiętacie aferę z rosyjską rakietą, która spadła pod Bydgoszczą? 16 grudnia 2022 Polska otrzymała ostrzeżenie od Ukrainy, że w naszą przestrzeń powietrzną zapewne wleci ruska rakieta typu, który potencjalnie może przenosić głowice jądrowe. Wleciała. Wojsko Polskie ją śledziło, ale zgubiło, gdy zeszła zbyt nisko. Ówczesny Dowódca Operacyjny, gen. Tomasz Piotrowski, poinformował o zdarzeniu Sztab Generalny oraz MON. Choć wojsko zalecało usilne poszukiwania rakiety, minister Błaszczak zarządził poszukiwania w ograniczonym zakresie, żeby nie denerwować lokalnej ludności, a potem w ogóle kazał je przerwać. I tak rakieta przeleżała w lesie do wiosny 2023, gdy przypadkiem natknęła się na nią randomowa turystka.

Wybuchł skandal. Domagano się wyjaśnień, dlaczego wojsko nie szukało rakiety i dlaczego opinia publiczna nie została poinformowana o tym zdarzeniu. Błaszczak kręcił i próbował zwalić winę na gen. Piotrowskiego.

Dowódca Operacyjny zaniechał swoich instrukcyjnych obowiązków, nie informując mnie o obiekcie, który pojawił się w polskiej przestrzeni powietrznej,

powiedział Błaszczak. Nie jest jasne, o co mu chodziło, być może głównie o to, że on uprzednio chwalił się, iż pod rządami PiS zbudowano superszczelny system obrony powietrznej kraju, a tu okazało się, że to nieprawda i Błaszczakowi zrobiło się głupio. Oświadczenie Błaszczaka zabrzmiało jednak tak, jakby oczekiwał, iż generał powinien przyjść do niego i osobiście poinformować go o incydencie, nie zaś po prostu przekazać pilny meldunek do MON.

Otóż całkiem podobnie dzieje się obecnie w sprawie przekazania Ukrainie samolotów MiG-29, tyle że w roli Błaszczaka występuje prezydent Karol Nawrocki.

Prasa podała, że Polska chce przekazać Ukrainie kilka samolotów MiG-29, którym pod koniec grudnia kończy się tzw. resurs, więc zgodnie z prawem Wojsko Polskie i tak nie mogłoby ich używać – należało by je przekazać do muzeum lub na żyletki. A w Ukrainie wciąż mogą się przydać.

Oburzony Nawrocki oświadczył, że on sam dowiedział się o tym z mediów i że to jest skandal.

Tymczasem sprawa była dwukrotnie omawiana na posiedzeniach Komitetu Bezpieczeństwa z udziałem generała z prezydenckiego BBN. Zatem Kancelaria Prezydenta, prezydent jako urząd państwowy, była poinformowana (prezydent zresztą nie podejmuje tu żadnych decyzji, ale oczywiście powinien o sprawie wiedzieć), ale do samego Karola Nawrockiego informacja nie dotarła. Prezydent najwyraźniej ma pretensje o to, że minister Kosiniak-Kamysz nie udał się do niego w tej sprawie osobiście.

Można by na to machnąć ręką, że w Kancelarii Nawrockiego panuje taki sam bałagan komunikacyjny, jak w MON Błaszczaka. (Podobno było tak, że ten generał z BBN nie przekazał informacji Cenckiewiczowi, bo ten nie ma dopuszczenia do tajemnic państwowych, a Nawrocki z całego BBNu rozmawia wyłącznie z Cenckiewiczem.) Jednak, jak sądzę, sprawa przekazania MiG-ów Ukrainie i to, w jaki sposób prezydent powinien być o niej poinformowany, wpisuje się w szersze zagadnienie: Karol Nawrocki, uzurpując sobie prawa, których formalnie nie ma, chce, metodą faktów dokonanych, przechylić ustrój kraju w stronę ustroju prezydenckiego.

Dlatego domaga się, aby minister osobiście informował go MiG-ach. Dlatego oczekuje, że rząd będzie z nim konsultował projekty ustaw zanim skieruje je do Sejmu. Dlatego chce, aby konsultowano z nim kandydatów na ambasadorów zanim MSZ podejmie jakiekolwiek dalsze kroki w tej sprawie. Dlatego wetuje kolejne ustawy przyjęte przez parlament, choć właściwie nie wiadomo, jakie są konkretne powody kolejnych wet. Dlatego wreszcie wzywa szefów służb specjalnych na odprawę, chociaż nie jest ich przełożonym (służby specjalne podlegają premierowi, więc prezydent mógłby co najwyżej poprosić premiera, aby ten szefów służb do niego wysłał), a gdy oni nie przychodzą, w odwecie odmawia powołania na pierwszy stopień oficerski kandydatów na funkcjonariuszy ABW i SKW; to ostatnie było szczególnie szkodliwe, głupie i małostkowe.

Nie można na to pozwolić i to dla zasady, z szacunku dla obowiązującego w Polsce prawa, a nie jedynie dlatego, że Karol Nawrocki na prowadzeniu spraw państwa się zupełnie nie zna. Ustrojowa pozycja prezydenta, z silnym mandatem pochodzącym z powszechnych wyborów, ale ze słabymi kompetencjami pozytywnymi, za to z silnymi kompetencjami negatywnymi (destrukcyjnymi, hamującymi), jest dziwaczna, wręcz aberracyjna. Przynosi o wiele więcej szkód, niż pożytku. Nawet w czasie rządów wywodzących się z tej samej formacji Millera i Kwaśniewskiego mówiło się o panującej pomiędzy nimi „szorstkiej przyjaźni”, a co dopiero teraz, w czasie otwarcie wrogiej kohabitacji. Zapewne warto by to zmienić, w jedną albo w drugą stronę, ale po dogłębnej analizie i dyskusji, w dodatku pod warunkiem, że wszystkie zaangażowane strony kierować się będą dobrem państwa, a nie swoim wybujałym ego, swoimi fobiami i swoimi doraźnymi – bardzo doraźnymi – interesami, jak robi to Karol Nawrocki, a zwłaszcza ministrowie w jego Kancelarii i tylko dlatego, że Nawrocki tak chce. Tak być nie może.

MiG-29