24 maja w Krakowie odbędzie się referendum w celu odwołania aktualnego prezydenta miasta, Aleksandra Miszalskiego.
Nie zamierzam brać w nim udziału.
1. Jedną z zasad demokracji jest kadencyjność władz. Oznacza to nie tylko, że co z góry określony czas muszą odbywać się wybory, ale że wybrana osoba pełni swoją funkcję przez całą kadencję. Jeśli wyborcy uznają, że osoba ta sprawowała swoją funkcję źle, przegrywa ona starania o reelekcję. To jest zasada.
Możliwość przerwania kadencji jest odstępstwem od tej zasady i powinna być zarezerwowana wyłącznie do sytuacji nadzwyczajnych, typu oczywista niezdolność do pełnienia funkcji, poważne oskarżenia lub podejmowanie decyzji (a nawet zapowiedź ich podejmowania), których skutki będą długotrwałe, katastrofalne i trudne do odwrócenia. Z tego punktu widzenia sama instytucja samorządowego referendum odwoławczego jest potrzebna, bo od 2002 prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie są wybierani w wyborach bezpośrednich i bez referendum odwołać by się ich nie dało (poza przypadkiem skazania prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne, ale procedura sądowa może trwać przez całe lata).
Otóż w moim najgłębszym przekonaniu w Krakowie nie zaszło nic nadzwyczajnego, co uzasadniałoby przerwanie kadencji urzędującego prezydenta. Zgadzam się, że Aleksander Miszalski nie jest prezydentem wybitnym, może nawet jest kiepskim prezydentem, ale to, że jakaś grupa wyborców, niechby i liczna, nie jest zadowolona z jego rządów, nie uzasadnia odstępstwa od nadrzędnej zasady kadencyjności. To, że jakaś część wyborców jest z władzy niezadowolona, jest wręcz w demokracji czymś normalnym.
Tylko pomyślmy: gdyby referenda odwoławcze mogły się odbywać za każdym razem i wyłącznie dlatego, że pewna grupa wyborców jest niezadowolona, odbywałyby się praktycznie bez przerwy, a władza musiałaby dbać o dobry nastrój swoich wyborców tu i teraz, bez możliwości podejmowania decyzji, które lokalnie, chwilowo komuś się nie spodobają, bo jak nie, to odwołają.
2. Zarzuty, jakie publicznie stawia się Miszalskiemu – podwyższenie opłat za bilety komunikacji miejskiej i opłat za parkowanie, Strefa Czystego Transportu (SCT), powiększanie zadłużenia miasta, kolesiostwo i niepoważne zachowania – są w większości dęte. Rzeczywiście, zadłużenie miasta rośnie i to jest bardzo bolesne, choć w jakiejś części jest spadkiem po rządach PiS, ale w tej sytuacji jednoczesne protesty i przeciwko zadłużeniu, i przeciwko zwiększaniu wpływów poprzez podnoszenie opłat, jest cokolwiek schizofreniczne. SCT jest zupełnie bezkosztowa i korzystna dla mieszkańców Krakowa, choć pewnych korekt należałoby dokonać (na przykład, żeby parkingi P+R leżały poza SCT). Zarzuty o niepoważne zachowanie (Miszalski tańczył na dachu) same są niepoważne. Poważny jest zarzut o kolesiostwo, ale to mieści się w marginesie zachowań utrudniających/uniemożliwiających przyszłą reelekcję.
3. Jakie są zatem prawdziwe powody zwołania referendum?
Tu nastąpił splot dwu okoliczności. Z jednej strony jest to polityczna akcja PiS i Konfederacji przeciwko Koalicji Obywatelskiej, żeby wykorzystując słabość Miszalskiego pokazać, że prezydent wielkiego miasta z KO może upaść. A jeśli KO straci „platformerski” Kraków, to znak, że może stracić całą Polskę. Jak widać, nie ma to nic wspólnego z zarządzaniem Krakowem i działaniami Miszalskiego. Politycy PiS wcale się z tym nie kryją. Na przykład Beata Szydło mówiła
Mieszkańcy drugiego co do wielkości miasta w Polsce po niecałych dwóch latach mają dosyć prezydenta z partii Tuska. Referendum w Krakowie będzie największym politycznym wydarzeniem tego roku. Należy w pełni wykorzystać szansę na pokazanie partii Tuska czerwonej kartki.
W podobnym duchu wypowiadał się cytowany tamże Ryszard Terlecki.
Drugą okolicznością są niepohamowane ambicje Łukasza Gibały. Gibała już trzykrotnie ubiegał się o prezydenturę Krakowa. W 2024 przegrał z Miszalskim dosłownie o 5434 głosy na 262 tysiące głosujących w II turze. Miszalski wygrał dzięki osobistemu poparciu, jakiego udzielili mu wtedy Trzaskowski i Tusk – obaj w tym celu pofatygowali się do Krakowa. Co ciekawe, Gibała wcale nie ma gorszych kwalifikacji od Miszalskiego, biograficznie są to niemalże klony – on to wie i dlatego ambicja go zżera. Gdyby wytrzymał i poczekał do normalnego terminu wyborów w 2029, miałby olbrzymie szanse wygrać z Miszalskim. Ale nie poczekał i gotów jest oddać Kraków w ręce PiS lub Konfy, byle tylko zostać prezydentem natychmiast. Postawa Gibały stanowi dla mnie duże rozczarowanie.
Łukasz Gibała faktycznie finansuje obecną kampanię referendalną.
Do tego dołączył szereg mniejszych działaczy o takich sobie kompetencjach, ale wielkich ambicjach, którzy nie dostali posad od Miszalskiego i teraz chcą to odwrócić. No i jakaś grupa mieszkańców bona fide niezadowolonych z obecnych władz miasta.
4. Aby referendum odwoławcze było skuteczne, musi osiągnąć pewien próg frekwencji. W tegorocznym referendum krakowskim jest to nieco ponad 158 tysięcy głosów. Paradoks polega na tym, że frekwencję liczy się łącznie od wszystkich: i tych, którzy głosowali za odwołaniem, i tych, którzy głosowali przeciwko. Referenda odwoławcze w naturalny sposób mobilizują przede wszystkim tych, którzy chcą odwołania władz, ale może ich być za mało, by osiągnąć próg ważności. Zwolennicy odwołania władz starają się więc zmobilizować przeciwników odwołania, aby ich głosami osiągnąć próg ważności. Prof. Jarosław Flis mówi, że głosy uczestników referendum przeciwko odwołaniu władz mają siłę negatywną, co nazywa paradoksem bytomskim, a cały system określa jako absurdalny:
W Bytomiu doszło do sytuacji, że ci wyborcy, którzy poszli i zagłosowali za tym, żeby Rada Miejska została, przesądzili o tym, że ona musiała odejść. To jest absurdalny system. Wyborca idzie do wyborów, głosuje za opcją „A”, w rezultacie dostaje opcję „B”, której by nie dostał, gdyby został w domu.
W Polsce dotąd odbyło się ponad 400 referendów odwoławczych, z których tylko około 10% było ważnych dzięki osiągnięciu progu frekwencji. W tych nieco ponad 40 ważnych referendach tylko jeden raz udało się obronić urzędującego prezydenta miasta, gdyż głosów za odwołaniem było mniej, niż głosów przeciwko odwołaniu.
Sama ta statystyka sugeruje, że najskuteczniejszą strategią obrony odwoływanych władz jest pozostanie w domu.
Bojkot referendum o absurdalnych regułach, wedle których mój głos oddany przeciwko odwołaniu może zadecydować o tym, że odwołanie będzie skuteczne, jest racjonalną i demokratyczną decyzją.
Nie wiem, jaki będzie wynik referendum, to znaczy czy uda się osiągnąć frekwencję zapewniającą jego skuteczność. W każdym razie ja się na referendum nie wybieram.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.