PiS wziął miliony

PiS, jego funkcjonariusze, partyjni nominaci do spółek skarbu państwa, Misiewicze, córki leśniczego i całe zastępy lokalnych działaczy i ich niezbyt udanych krewnych upchniętych na rozmaitych stanowiskach, kradnie o wiele bardziej, niż Platforma, o czym już zresztą pisałem. PiS robi to w rękawiczkach, zachowując pozory legalności, zresztą nie tylko wypłacając pensje i nagrody swojakom, ale także wyprowadzając pieniądze z przedsiębiorstw państwowych i przeznaczając je na partyjne kampanie, dotując liczne przedsiębiorstwa toruńskiego dyrektora – w zamian za poparcie zasłuchanych w pana dyrektora religijnych wyborców – i sprzyjające sobie fundacje i organizacje, pozbawiając środków te pożyteczne NGOsy, które się PiSowi nie podobają ze względów ideologicznych. Od czasu do czasu pojawiają się oskarżenia wprost kryminalne, jak te o wyłudzaniu funduszy europejskich przez partię pana Zbyszka czy o wyprowadzaniu środków z wrocławskiego oddziału PCK.

Symbolem PiSowskiej pazerności stał się krzyk pani Beaty Szydło, że te pieniądze im się po prostu należały – im, czyli ministrom i wiceministrom w jej rządzie.

Oskarżenia PiSu o pazerność i futrowanie z publicznych pieniędzy swoich działaczy mocno tę partię dotykają. Dlatego na początek oficjalnej kampanii wyborczej do samorządów Koalicja Obywatelska wystąpiła z efektowną kampanią billboardową 

PiS wziął miliony

w wariantach: „a wszystko drożeje”, „a prąd drogi jak nigdy”, „a ludzi nie stać na leki”.

Już następnego dnia PiS odpowiedział swoim hasłem

PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom

Platforma złośliwie odpowiada, że chyba swoim dzieciom i wskazuje liczne przypadki dzieci znanych członków PiSu zatrudnionych przez ten rząd i różne jego agendy na wysokopłatnych stanowiskach.

Warto jednak na to PiSowskie hasło odpowiedzieć merytorycznie.

Łatwo zgadnąć, że odwołuje się ono do dwu programów, które PiS uznaje za swój największy sukces: 500+ i uszczelnienie VATu. PiSowska narracja głosi, że rząd nie pozwala mafii VATowskiej okradać Polski, a zdobyte w ten sposób pieniądze przeznacza na dzieci.

Czy PiS daje miliony dzieciom?

Program 500+ z całą pewnością nie spełnił swojego deklarowanego celu, czyli nie doprowadził do wzrostu liczby urodzeń, ale PiS już o tym celu nie wspomina. Zamiast tego PiS podkreśla, że 500+ praktycznie wyeliminował skrajne ubóstwo wśród dzieci. To prawda, ale ten cel można było osiągnąć za mniej więcej 10% środków przeznaczanych na 500+. 90% trafia do rodzin, które sobie ekonomicznie radzą – lepiej lub gorzej, ale sobie radzą; oczywiście dodatkowymi pieniędzmi od państwa nie pogardzą. Dzieci też na tym korzystają – bardzo łatwo o anegdotyczne przykłady, w których dzięki 500+ rodziców wreszcie stać na opłacenie dzieciom wymarzonych zajęć pozalekcyjnych, ale równie łatwo o równie anegdotyczne przykłady, w których 500+ jest przepijane – ale głównie korzystają dorośli z „klasy aspirującej”, a ich dzieci tylko pośrednio, częściowo. (Rodziny zamożne wpływów z 500+ praktycznie nie dostrzegają.) A przy tym PiS z niezrozumiałych powodów wykluczył z programu jedyne dzieci samotnych rodziców, głównie samotnych matek, przekraczających próg dochodowy dosłownie o kilka złotych. Samotna matka jednego dziecka zarabiająca najniższą pensję krajową już ten próg przekracza. A jej dziecko naprawdę zasługiwałoby na wsparcie.

W dodatku za PiSu znacznie podniesiono ceny niektórych leków, w tym leków dla dzieci po przeszczepach, oraz zmniejszono refundację niektórych środków dla dzieci niepełnosprawnych; w ogóle o świadczeniach dla niepełnosprawnych nie ma co wspominać. Wycofano darmowe podręczniki. Opodatkowano niektóre usługi dotąd z podatku zwolnione (na przykład kolonie), przez co stały się one efektywnie droższe i niektórych rodziców przestało być na nie stać. Podwyżki cen żywności, wody, prądu także pośrednio dotykają dzieci.

PiS wydaje z budżetu gigantyczne środki i twierdzi, że są one „na dzieci”, a w rzeczywistości tylko z części tych środków korzystają dzieci. W dodatku PiS jedną ręką daje, a drugą zabiera.

Czy uszczelnianie VAT wystarcza?

Podatek VAT jest jednym z głównych źródeł dochodów państwa. W 2017 wpływy z tego podatku były o 40 mld wyższe, niż w 2015. To dużo, ale tylko część z tego wzrostu pochodzi z uszczelniania VAT: samo Ministerstwo Finansów przyznaje, że wpływy z uszczelniania VAT wyniosły niecałe 18 mld, a więc nieco poniżej połowy całego wzrostu. Niezależni ekonomiści są bardziej ostrożni i szacują, że wpływy z uszczelnienia wyniosły od 1/4 do 1/3 wzrostu. Większość wzrostu zawdzięczamy bardzo dobrej koniunkturze gospodarczej, nie będącej zasługą PiSu. A jeszcze trzeba pamiętać, że „wpływy z uszczelnienia” obejmują nie tylko efekty zapobiegania mafijnym wyłudzeniom, ale także sytuacje, w których przedsiębiorca, zwłaszcza niewielki, miał prawo do uczciwego zwrotu podatku VAT, ale się o niego nie ubiegał, nie chcąc narażać się na uciążliwe kontrole i inne szykany ze strony aparatu skarbowego. Takie przypadki opisywano.

Weźmy jednak ministerialne 18 mld wpływów z uszczelniania VAT za dobrą monetę. Koszt programu 500+ wyniósł w 2017 ok. 25 mld. To znaczy, że uszczelnianie VAT nie wystarczyło, rząd musiał do 500+ dołożyć z innych wpływów co najmniej 7 mld, zapewne więcej. W tym roku koszt może być jeszcze większy, a dojdzie też 1,5 mld za 300+ (wyprawki szkolne), a więc rząd do programów „dla dzieci” będzie musiał dołożyć jeszcze więcej.

Spójrzmy na to z innej strony. Jako się rzekło, w 2017 koszt programu 500+ wyniósł 25 mld. Tyle samo wyniósł deficyt budżetowy. Można więc skrótowo powiedzieć, że gdyby nie źle ukierunkowany, o wątpliwej skuteczności społecznej program 500+, Polska w 2017 nie miałaby deficytu budżetowego, co poprawiłoby sytuację finansową naszego państwa. Ale tak się nie stało. Dług zaciągnięty do sfinansowania deficytu, głównie w postaci obligacji sprzedawanych za granicą, trzeba będzie kiedyś spłacić. Z odsetkami.

Nawiasem mówiąc, w naszej sytuacji niski deficyt budżetowy uzyskany przez rząd PiS nie jest wyłącznie powodem do radości. Niski deficyt wynika bowiem nie tylko ze zwiększonych wpływów, ale i ze zmniejszonych wydatków, głównie wydatków inwestycyjnych. Inwestycje robi się z nadzieją na to, że kiedyś się zwrócą, a nawet przyniosą zysk. Dotowanie bieżącej konsumpcji, a tym jest z ekonomicznego punktu widzenia program 500+, żadnych długofalowych zysków nie przynosi. 

Podsumowując, PiSowskie programy „na dzieci” tylko w części trafiają do dzieci, a do sfinansowania tych programów nie wystarczają wpływy wynikające z zapobiegania przestępczym wyłudzeniom podatków. Długofalowo pozytywne skutki społeczne tych programów są wątpliwe, a ich efekt ekonomiczny – żaden.

Program

Wiele osób podkreśla, że PiS ma wysoką pozycję w sondażach między innymi ze względu na nieudolność opozycji. Opozycja jest co najwyżej reaktywna, sama niczego – poza oczywistym postulatem odsunięcia PiS od władzy – nie proponuje, a w wielu sprawach kluczy, robi uniki i jest niewiarygodna. Nikt nie wie, co miałoby się stać po odsunięciu obecnych władz, co PiS wykorzystuje, kłamliwie wmawiając wyborcom, że opozycji chodzi o to, „aby było tak, jak było”.

Uważam, że przyszła Zjednoczona Opozycja, bo jak sądze tylko taka koalicja będzie w stanie obalić PiS, powinna mieć program jasny i klarowny. Bez niedomówień i niejsaności. Ludzie cenią sobie to, gdy mówi im się prawdę. Zwolennicy PiS i tak nie zagłosują na Zjednoczoną Opozycję, nawet jeśli ta gdzieniegdzie troszkę zbliży się do PiSu, natomiast jej potencjalni zwolennicy mogą się zniechęcić brakiem wyraźnego stanowiska.

Ludzie niezbyt interesują się sprawami ustrojowymi, niezależnością sądów, uprawnieniami służb specjalnych. Może powinni, sądzę, że powinni, ale się nie interesują. Ważne są dla nich tematy, które często pojawiają się w mediach. Ponieważ kwestie ustrojowe są dla wyborców mniej ważne, przyszły program Zjednoczonej Opozycji nie powinien się na nich koncentrować.

Napiszę czego ja oczekuję po programie przyszłej Zjednoczonej Opozycji, poza sprawami ustrojowymi.

500+ – zostawić, ale zmienić. Nadal uważam, że wprowadzenie tego programu było błędem. Te same wielkie pieniądze można było wydać znacznie bardziej sensownie i z punktu widzenia oficjalnie deklarowanego celu (wzrost dzietności), i w celu ulżenia biednym ludziom, a bieda, rzeczywiście, często jest skorelowana z wielodzietnością. Otóż należało dofinansować system szkolny! Zbudować więcej żlobków i przedszkoli, sfinansować w nich pobyt dzieci, wraz z wyżywieniem i wszystkimi zajęciami dodatkowymi, szkołom zapewnić środki na to, za co rozdzice teraz musza płacić (komitet rodzicielski, wycieczki, zielone szkoły), wprowadzić bezpłatne posiłki i podręczniki dla wszystkich. Takie tam. No, ale PiS postanowił dawać ludziom pieniądze do ręki i tego nie da cofnąć bez wywoływania gwałtownych protestów.

Zjednoczona Opozycja powinna jasno zapowiedzieć, że z programu 500+ się nie wycofa, ale go zmodyfikuje. Po pierwsze tak, aby objął wszystkie dzieci – także pierwsze, także jedyne. Nie powinno być żadnego dolnego progu. Należy za to wprowadzić próg górny, nieprzesadnie wysoki. Za punkt odniesienia można wziąć średni dochód na osobę w rodzinie, w której oboje rodzice zarabiają medianę i mają dwoje dzieci. Próg byłby wyższy w wypadku dzieci niepełnosprawnych lub w wypadku samotnego rodzica. Jeśli średnie dochody byłyby wyższe, świadczenie byłoby obniżane liniowo, nie skokowo – „złotówka za złotówkę”, jak mówił PSL.

Update, 19 września: Okazuje się, że pomysł „500+ na każde pierwsze dziecko” byłby finansowo nie do udźwignięcia. Pozostaje więc wrócić do pomysłu „złotówka za złotówkę” przy dolnym progu, to znaczy średni dochód na osobę przekracza dolny próg o 1 zł, dostajesz świadczenie na pierwsze dziecko pomniejszone o 1 zł, przekracza o 2 zł, dostajesz pomniejszone o 2 zł i tak dalej (w praktyce schodki musiałyby być grubsze, nie 1 zł, tylko 10 zł lub nawet 50 zł). Przy przekroczeniu o 500 zł i więcej nie dostajesz świadczenia. No i należy wprowadzić górny próg, niezbyt wysoki, również ze zmniejszaniem „złotówka za złotówkę”.

Emerytury – należy przywrócić wiek emerytalny 67 lat, równy dla obu płci. Tego nawet nie trzeba specjalnie uzasadniać, jest to ekonomiczna i demograficzna konieczność, ale trzeba to otwarcie zapowiedzieć. Oczywiście jeśli ktoś już uzyskał uprawnienia emerytalne, nie straci ich, natomiast podwyższać wiek emerytalny trzeba będzie szybciej, niż to wynikało z pierwotnej propozycji PO-PSL, gdyż PiS zmarnował kilka lat. Za to trzeba będzie opracować sensowny plan dostosowania rynku pracy do potrzeb osób w, hm, późnym wieku średnim.

Sześciolatki do szkół. Konieczne – i ze względów demograficznych (te dzieci szybciej wejdą na rynek pracy), i z uwagi na dobro dzieci ze wsi i małych miejscowości. Nieszczęsna akcja „Ratujmy maluchy” miała charakter wielkomiejski, zupełnie zaniedbując potrzeby dzieci ze środowisk wiejskich i zaniedbanych edukacyjnie.

Nie będziemy przywracać gimnazjów. Nie będziemy ich przywracać nie dlatego, że likwidacja gimnazjów była słuszna (nie ma żadnych, ale to absolutnie żadnych danych, które by to potwierdzały – dla porządku dodajmy, że nie ma też wielu danych potwierdzających, że z gimnazjami byłoby lepiej), ale dlatego, że po raz kolejny wprowadziłoby to kosztowny chaos, uciążliwy dla wszystkich: uczniów, ich rodziców, nauczycieli, samorządów. Trudno, na razie niech zostanie struktura organizacyjna wprowadzona przez deformę Zalewskiej; państwo powinno jednak wyasygnować środki na usunięcie największych braków i niewygód spowodowanych przez tę deformę (brak pracowni, koszta przystosowania budynków itp). Na pewno natomiast zmienione zostaną programy szkolne, ale też nie z marszu, tylko po co najmniej rocznej, może dwuletniej dyskusji nad ich kształtem. Największe bzdury, jak na przykład ksenofobiczne teksty z podręcznika do geografii dla VII klasy, nauczyciele mogą tymczasem pomijać.

Uchodźcy – przyjmować określone kategorie, w ograniczonej ilości. Ja nadal uważam, że Polska powinna przyjmować uchodźców, tak ze względu na ogólnoludzką solidarność z cierpiącymi, jak i na solidarność z tymi krajami Europy, do których uchodźcy masowo docierają. Jednak wstrętna kampania nienawiści rozpętana przez PiS zrobiła swoje, nakładając się na naszą kulturową ksenofobię i Polacy są teraz bardzo negatywnie nastawienie do uchodźców. Gwałtownie tego zmienić się nie da. Jednak ludzkie uczucia w nas wciąż drzemią i jesteśmy gotowi pomagać najsłabszym z najsłabszych. Należy wobec tego zapowiedzieć, że Polska będzie przyjmować rannych i chorych na leczenie, małoletnie sieroty i rodziny z dziećmi, a wszystkich do jakiegoś górnego pułapu. Należy przy tym dobitnie podkreślać, że tożsamość przyjmowanych osób będzie dokładnie sprawdzana, były bowiem w innych krajach przypadki, że dwudziestoparolatkowie bez dokumentów podawali się za nieletnich kilkunastolatków, bo to im dawało pewne dodatkowe przywileje, a potem dopuszczali się przestępstw.

Jednocześnie policja i podległa rządowi (!) prokuratura powinna otrzymać polecenie szczególnie skrupulatnego prowadzenia dochodzeń w sprawach, w których może chodzić o przestępstwa motywowane rasowo. Żeby nie było tak, że swastyka jest „hinduskim symbolem szczęścia”, a jak kilku kolesi pobije Araba i nie sposób ich nie ścigać, to są ścigani za zwykłe, niekwalifikowane pobicie.

Obrona Terytorialna – natychmiast podporządkować Dowódcy Generalnemu. Reformować, naprawiać będziemy później. Ta kwestia swoim charakterem odbiega od pozostałych, ale w praworządnym państwie nie może istnieć prywatna armia ministra.

Finis Poloniae

Dwa lata temu pisałem, że Polska to wspaniały kraj i wytrzyma rządy PiSu, choć będzie ciężko. Dziś już nie jestem tego pewien. Gospodarka co prawda nadal jest rozpędzona – PO-PSL zostawiły ją w bardzo dobrym stanie, a jedyną zasługą PiS jest to, że jej natychmiast nie popsuły – bezrobocie jest niskie a program 500+ ma krótkotrwale korzystny wpływ na poziom zamożności. Jednak inwestycje zostały zahamowane, co fatalnie wróży na przyszłość, a tłumy Misiewiczów, których jedyną kompetencją jest to, że znają program PiS lub mają w PiS jakiegoś wujka, w praktyce gwarantują, że zarządzane przez nich spółki skarbu państwa i inne ważne instytucje popadną w kłopoty. PiS szykuje ukryte podwyżki podatków (abonament RTV, opłata paliwowa, zmiany w prawie wodnym). Zadłużenie rośnie tak szybko, jak chyba nigdy dotąd. Wbrew wszelkim światowym trendom, Polska stawia na energetykę węglową (co na razie skutkuje koniecznością oficjalnego importu węgla, być może z Rosji!), a PiS z premedytacją niszczy energetykę OZE. Mamieni obietnicami dostaw gazu z Ameryki, coraz bardziej uzależniamy się od dostaw z Rosji. Dalej, armia została katastrofalnie oslabiona: dowódcy pozwalniani, Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej rozbrojona, śmigłowców wielozadaniowych nie ma, o śmigłowcach szturmowych nawet nikt nie wspomina, obrony przeciwlotniczej nie ma (będzie – jeśli będzie – po 2022, ale za to ho, ho, jaka nowoczesna – i jaka droga!), za to za pieniądze przeznaczone na rozwoj sił operacyjnych powstaje prywatna armia ministra Macierewicza. Wokół Macierewicza, werbalnie niezwykle antyrosyjskiego (złodziej zawsze najgłośniej krzyczy „Łapaj złodzieja!”), kręcą się różne dziwne typki, przynajmniej pośrednio powiązane ze służbami rosyjskimi. Ostatnio padła nawet sugestia, że afera taśmowa rozgrywała się z udziałem rosyjskich służb. We wrześniu zobaczymy, do jakiego nieszczęścia doprowadziła minister Zalewska w oświacie, a w październiku, gdy zacznie działać sieć szpitali, doświadczymy załamania opieki zdrowotnej. Na płaszczyźnie międzynarodowej Polska jest izolowana (uchodźcy, rządy prawa, obawa przed rosyjską penetracją, publiczne wystąpienia antyniemieckie i antyfrancuskie naszych władz). Minister Jurgiel chce przywracać PGRy. Minister Szyszko wycina puszczę i drzewa w miastach. Nawet stadnin koni nie oszczędzili!

A gdy wejdą w życie najnowsze PiSowskie ustawy dotyczące prawa – o ustroju sądów powszechnych, o KRS, a przede wszystkim o Sądzie Najwyższym, ta ostatnia zgoszona jako projekt poselski (!), w środku nocy i w środku wakacji – będzie można oficjalnie ogłosić, że Polska przestała być demokratycznym państwem prawa. 

Teoretycznie ustawy te może jeszcze zawetować prezydent, ale raczej nie żywię złudzeń, że dr Duda się na to zdobędzie.

Przestałem w pewnym momencie komentować kolejne PiSowskie, bezprawne zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, bo stało się to zupełnie jałowe. Dla porządku więc przypomnę, że po śmierci Lecha Morawskiego, dublera, Trybunał liczy 12 sędziów (przy czym wśród sędziów są osoby nie spełniające konstytucyjnego wymogu wyróżniania się wiedzą prawniczą, jak na przykład ta pani, która nie nadawała się do orzekania w Sądzie Okręgowym, bądź nieskazitelnością moralną, jak pan, który jako adwokat brał od klientów pieniądze, zwodził ich całymi miesiącami, ale żadnych czynności w ich sprawach nie wykonywał), plus trzech sędziów wciąż niezaprzysiężonych przez dr. Dudę, plus dwóch dublerów. Konstytucyjne stanowiska prezesa i wiceprezesa TK pozostają nieobsadzone: Za prezesa uchodzi pani wybrana niezgodnie nawet z uchwalonymi przez PiS przepisami, wiceprezesem zaś mianowano pana, który nie jest sędzią, ale to oni decydują o wyznaczaniu składów i terminów rozpraw. Nie ma więc kto uznać niekonstytucyjności PiSowskich przepisów, a gdy pan Zbyszek przejmie całkowitą kontrolę nad sądami, nawet rozproszona kontrola sądowa konstytucyjności prawa stanie się niemożliwa.

Co dalej, a raczej, kiedy i w jakiej kolejności dalej? Samorządy, media prywatne, cenzura? W 2019 odbędą się jakieś wybory, ale przy tak zmienionej ordynacji i zastraszaniu opozycji, że będzie to operacja czysto fasadowa, jak w Turcji czy w Rosji.

Witaj, Euroazjatycka Unio Gospodarcza!

Dietrich Monten, Finis Poloniae, 1831

P.s. Tak, wiem, że Kościuszko nie wzniósł tego okrzyku. 

P.p.s. Polecam też notkę drakainy.

Konstytucja i mieszkania

W Polsce panuje powszechne oczekiwanie, że jeśli popierasz jakąś partię, to popierasz ją we wszystkim. A jeśli krytykujesz, to także we wszystkim. A tymczasem to tak nie działa. Głosowałem na Platformę, ale dalece nie wszystko, co ta partia robiła, mi się podobało. W działaniach PiSu z kolei nie podoba mi się większość tego, co robią, ale jakby to ująć, nie podoba mi się na różnych poziomach.

Mamy oto ustawy godzące w fundamenty państwa i praw obywatelskich: kolejne warianty ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, ustawę inwigilacyjną, ustawę antyterrorystyczną, owoce zatrutego drzewa czy znaczne części ustawy o prokuraturze. Teraz pan Zbyszek szykuje zamach na sądownictwo powszechne (ustawa o KRS już jest w Sejmie), a do tego wszyscy spodziewają się manipulacji przy ordynacji wyborczej. PiS nie ma większości konstytucyjnej, przeprowadza więc te zmiany uniemożliwiając kontrolę ich konstytucyjności, a przy okazji łamiąc regulamin Sejmu, zasady przyzwoitości i dobre obyczaje.

Jednak inne projekty i ustawy obecny rząd przeprowadza w ramach legalnie posiadanych uprawnień. Można się z tymi projektami zgadzać, a można i nie zgadzać, ale ewentualna krytyka nie ma w tym wypadku charakteru fundamentalnego, ale pragmatyczny: ile będą kosztować, czy przyniosą zakładane skutki i czy ich faktyczne skutki będą korzystne. Mam tu na myśli takie kwestie, jak podniesienie wieku szkolnego (jestem przeciw), program 500+ (jestem umiarkowanie przeciw, bo choć program ten jest ekonomicznie nieefektywny, doceniam jego znaczenie symboliczne), podatek bankowy i podatek od handlu (umiarkowanie przeciw z uwagi na nieefektywność pierwszego i szkodliwe skutki drugiego), zmuszenie energetyki do finansowania górnictwa węgla kamiennego (przeciw), atak na OZE, zwłaszcza na wiatraki (raczej przeciw), groźby obniżenia wieku emerytalnego (zdecydowanie przeciw) czy zapowiedzi podniesienia godzinowej stawki minimalnej (byłbym entuzjastycznie za, ale rząd na razie zapowiada, zapowiada, ale niewiele z tego wynika).

Ustawy o przekształceniu mediów publicznych w media partyjne, o zastąpieniu służby cywilnej krewnymi i znajomymi Królika i o poddaniu obrotu ziemią pod arbitralną, niczym nie ograniczoną kontrolę urzędników Agencji Własności Rolnej, leżą gdzieś pomiędzy biegunami ustaw szkodliwych z powodów zasadniczych, powstałych w wyniku uzurpowania sobie przez PiS uprawnień, których nie posiada, a dopuszczalnych, choć raczej szkodliwych.

Piszę to wszystko po ogłoszeniu przez premier Beatę Szydło programu mieszkaniowego, zakładającego budowę przez państwo tanich mieszkań na wynajem. Program miałby być adresowany do osób, których nie stać na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożne, aby móc liczyć na mieszkania komunalne. Niewątpliwie wdrożenie takiego programu należy do uprawnień rządu. Trudno jednak napisać coś więcej, bo jego szczegóły, zwłaszcza finansowe, są jeszcze nieznane, dlatego dość gwałtowna krytyka, z jaką ten program się spotyka, wydaje mi się przedwczesna.

Istotne jest co innego: Oto rząd stara się przekonać ludzi, że wynajmowanie mieszkania jest czymś normalnym, że mieszkanie wynajęte także może być „swoje”, że niekoniecznie każdy musi mieć dom czy mieszkanie będące jego własnością. Oczywiście, jeśli kogoś na to stać, to proszę bardzo! Ale dotąd banki, doradcy finansowi i deweloperzy przekonywali, że tylko własne się liczy, a jeśli trzeba do tego wziąć kredyt, to nie ma problemu, wszak rata kredytu jest niewiele większa od miesięcznego czynszu, a będzie się miało to własne! Wszystko pięknie, dopóki kredytobiorca zarabia tyle, że nie ma problemów ze spłatą. Gdy pojawią się kłopoty losowe lub spowodowane zmianą zewnętrznych warunków ekonomicznych, nieszczęśni kredytobiorcy, związani wieloletnią umową z bankiem, z której nie mogą się wycofać, mają potężny problem. Nie tylko finansowy, ale także psychologiczny. Prowadzący do niewolniczej wręcz zależności od toksycznej pracy. Albo uniemożliwiający rozstanie z małżonkiem, niegdyś ukochanym, a dziś już nie do zniesienia. A gdy kredytobiorca znajdzie się under water, to znaczy gdy wartość rynkowa kredytowanej nieruchomości spadnie poniżej pozostałego do spłaty kredytu, jest już bardzo źle. Dotyczy to zwłaszcza frankowiczów, ale potencjalnie może dotknąć każdego. Tymczasem najemca, jeśli pojawią się kłopoty, może z mieszkania zrezygnować, przeprowadzić się do mniejszego, przeprowadzić się do mniejszej miejscowości albo gdzieś na drugi koniec Polski czy za granicę, gdzie akurat będzie odpowiednia praca.

Tak więc to dobrze, że rząd zapowiada, iż będzie się starał zachęcić ludzi do wynajmowania mieszkań, nie tylko do kupowania ich na kredyt. Już poprzedni rząd coś takiego próbował, ale cichcem i półgębkiem, nie kwestionując zasadniczego paradygmatu, że tylko własne się liczy. Teraz powiedziano, że nie tylko. Brawo, PiS!

Tragiczny los Kopciuszka

Krytykowanie sztandarowego programu PiSu, 500+, to jak kopanie leżącego: nic się tam nie trzyma kupy. 500+ było głównym programem wyborczym PiSu, zapewne znacznie przyczyniło się do zwycięstwa wyborczego i nie można tego ot, tak porzucić, bo ludzie się wściekną. Można to ładnie opakować ideologicznie – pomagamy polskim rodzinom, to nie pomoc społeczna, ale inwestycja w przyszłość polskich dzieci, walczymy o zwiększenie dzietności Polaków – więc wśród fałszywych uśmiechów PiS prze z tym programem do przodu, nie zważając na to, że w tym roku da się go sfinansować tylko dzięki sztuczkom księgowym i zwiększonym podatkom, a z czego będzie finansowany w 2017 i później, Bóg raczy wiedzieć. PiSu nie interesuje też, że jak pokazują wszelkie badania i doświadczenia innych krajów, rozdawnictwo jest najmniej efektywnym sposobem osiągania pozytywnych celów społecznych. Nic to. Obiecali flaszkowe i flaszkowe musi być.

PiS i w kampanii wyborczej, i tuż po objęciu władzy oszukiwał, że wszystko jest przygotowane. Nic podobnego. Mieli tylko hasło i żadnych konkretów. PiS, pod wpływem powszechnej krytyki, wycofał się z niektórych najgłupszych rozwiązań (na przykład z tego, że wsparcie z 500+ może uniemożliwić najbiedniejszym otrzymywanie innych form pomocy społecznej, w tym pomocy rzeczowej, którą trudniej spieniężyć i przepić). Skoro zatem ten zły i niedopracowany projekt już musi – a najwyraźniej musi – wejść w życie, niechże wejdzie w jak najmniej szkodliwej formie. Dlatego pozwalam sobie na podniesienie następujących dwu punktów:

1. Pani Elżbieta Rafalska, minister do spraw rodziny, pracy, polityki społecznej i hamburgerów, w swojej głębokiej mądrości oświadczyła, że jeśli samotna matka z jednym dzieckiem (lub samotny mężczyzna z jednym dzieckiem, co też jest możliwe, choć rzadsze) wstąpi w związek małżeński, z którego urodzi się dziecko, rodzina taka na potrzeby programu 500+ będzie traktowana jak rodzina z jednym dzieckiem, tym małżeńskim, i pieniędzy nie dostanie.

Za to gdyby ta samotna matka z jednym dzieckiem pozostała matką samotną, ale urodziła drugie, to już do wsparcia finansowego by się kwalifikowała. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Jeśli wdowiec z jednym dzieckiem ożeni się z wdową z jednym dzieckiem – a ślub będzie katolicki, z mszą przy głównym ołtarzu, trzema księżmi i tak dalej – na potrzeby programu 500+ będą traktowani jako małżeństwo bezdzietne, choć będą wychowywać dwoje dzieci. Nawet gdy im się urodzi trzecie dziecko, wsparcia finansowego nie dostaną, bo pani minister od hamburgerów uzna, że mają jedno. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Za to jeśli ten sam wdowiec zrobi wdowie drugie dziecko, ale żadnego związku nie założą i wdowiec sobie gdzieś pójdzie, ona będzie samotną matką z dwójką dzieci i wsparcie dostanie. Wniosek – cały czas ten sam.

Niepojęta jest dla mnie ta PiSowska logika.

Podobno w Polsce już 1/3 dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich. Tymczasem pani minister od hamburgerów, pani premier Szydło, wyjątkowo arogancka pani rzecznik PiSu i reszta towarzystwa zdają się mentalnie żyć w XIX-wiecznej prowincjonalnej parafii, gdzie dzieci rodzą się tylko w małżeństwach. Owszem, od czasu do czasu trafi się jakaś samotna dziewucha z dzieckiem, ale takiej to się nic nie należy, bo to zła i niemoralna kobieta jest.

2. Drugim punktem budzącym wątpliwości jest sztywny próg dochodowy. Wsparcie na drugie i każde następne dziecko przysługuje niezależnie od dochodów. Na pierwsze tylko jeśli dochód na członka rodziny nie przekracza 800 zł (1200 w przypadku dziecka niepełnosprawnego). Zatem kobieta zarabiająca najniższą krajową na kasie w Tesco i samotnie wychowująca dziecko wsparcia nie dostanie. (Jej znacznie lepiej zarabiający przełożony, mający dwójkę, dostanie 500 zł.) Jeśli dochód na członka rodziny wyniesie 800 zł, wsparcie na pierwsze dziecko będzie. Jeśli dochód wyniesie 801 zł, wsparcia nie będzie. Taka sprawiedliwość.

Pani minister od hamburgerów zapytana o to, powiedziała, że

Jest określony próg i nie będzie indywidualnego uwzględniania takich spraw.

E, tam, po co od razu jakieś „indywidualne uwzględnianie”? Ludzkość od dawna wie, jak ten problem rozwiązać. Magicznym terminem jest interpolacja liniowa. Nie przypuszczam, żeby pani minister do spraw rodziny i hamburgerów o tym słyszała, ale to nie szkodzi. Wystarczy jedynie wiedzieć, że świadczenie należy zmniejszyć o tyle, o ile dochód na głowę przekracza ustawowy próg. Możemy to jeszcze uprościć i wprowadzić przedziały 50-złotowe: Jeśli dochód na członka rodziny przekracza 800 zł od 1 do 50 zł, świadczenie wynosi 450 zł. Jeśli dochód przekracza 800 zł od 51 do 100 zł, świadczenie wynosi 400 zł. I tak dalej, aż do dochodu przekraczającego próg o 500 (a tak naprawdę o 451) zł. Proste? Proste. Każdy urzędnik w gminie to zrozumie, a odpowiednią formułę do arkusza kalkulacyjnego powinien umieć wpisać nawet gimnazjalista.

Nie sądzę, żeby PiS wprowadził to rozwiązanie. Nie sądzę też, żeby w bardziej cywilizowany sposób podszedł do dzieci z poprzednich związków. Nie sądzę, bo to by po prostu zwiększyło wypłaty z programu 500+. A program ten, jako się rzekło, nijak się nie bilansuje.

Zrozumiałem za to, dlaczego zła macocha chciała się pozbyć Kopciuszka: Kopciuszek, jako dziecko z poprzedniego związku, nie kwalifikowała się do wsparcia z programu 500+, a gęba do wyżywienia była.