Podobno sporo osób ma jakąś drobnostkę, która ich w sposób niezrozumiały, ponad wszelką miarę irytuje. Dla mnie czymś takim jest słowo gościni. Boże, jak ja nie znoszę tego słowa!
Nie mam nic przeciwko feminatywom, prezydentkom, naukowczyniom, chirurżkom czy kierowczyniom. Mnie jedynie drażni to konkretne słowo, gościni.
Ze smutkiem przyznaję, że to słowo uznawane jest za poprawne i że występuje w Słowniku Warszawskim – ale chyba tylko tam. W dodatku jako druga forma żeńska rzeczownika gość; pierwszą formą jest gościa, która nie budzi we mnie żadnego sprzeciwu, ba, wydaje mi się ładna. W języku rosyjskim mamy słowo гостья, określające gościa-kobietę. Być może komuś wydało się, że tworząc ten pokraczny neologizm, gościni, uniknie rusycyzmu, jakim rzekomo byłaby gościa, podczas gdy gościa istniała w polszczyźnie od dawna, nie była naleciałością z czasów zaborów.
W języku polskim istnieją liczne rzeczowniki rodzaju żeńskiego z końcówkami -ini, -yni. Mistrzyni, zdobywczyni, zwyciężczyni, łowczyni, naukowczyni, morderczyni, kniahini, bogini. Czemu więc nie gościni? Bo rzeczowniki rodzaju męskiego, od których utworzono powyższe formy żeńskie, mają inne formy, tymczasem wyraz gość ma budowę taką, jak znane rzeczowniki rodzaju żeńskiego: kość, złość, miłość i wiele podobnych. Siłowe, bezmyślne utworzenie formy żeńskiej od rzeczownika, który sam z siebie brzmi jakby był rodzaju żeńskiego, budzi mój sprzeciw.
Rzeczownik gość oznacza też faceta, bliżej nieokreślonego mężczyznę. Gdy byłem chłopcem, w okolicach mojego podwórka funkcjonował żeński odpowiednik gościa w tym znaczeniu: gościówa.
To słowo wydaje mi się tysiąc razy zgrabniejsze od katastrofalnej gościni.
Opozycja, z wyjątkiem grupki PL2050, właśnie wstrzymała się od głosu i pozwoliła PiSowi uchwalić niekonstytucyjną nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym, rzekomo służącą do odblokowania pieniędzy z KPO.
Za było 203 posłów z PiS, przeciw 52 od pana Zbyszka, Konfederacji i PL2050, 189 osób się wstrzymało od głosu. Gdyby opozycja głosowała przeciw, nowelizacja by nie przeszła.
Borys Budka i mnóstwo innych posłów PO, którzy od kilku dni biegali po mediach i krzyczeli, że rząd, skoro nie ma w Sejmie większości dla uchwalenia tej ustawy, powinien się podać do dymisji, właśnie wyszli na błaznów. Oto bowiem rząd ma większość, dzięki kunktatorstwu opozycji.
Można teraz dywagować, czy opozycja szczerze chciałaby jak najszybciej obalić rząd PiS, czy też może wygodnie się czuje w roli nie biorącej za nic odpowiedzialności opozycji. A Polska? Co tam Polska…
Co ważniejsze, choć ustawa jest w sposób oczywisty niekonstytucyjna, opozycja się jej nie sprzeciwiła. Sprzeciw to sprzeciw, nie uchylanie się od zajęcia stanowiska. Jak teraz opozycja będzie mogła piętnować inne niekonstytucyjne ustawy PiSu? Jak będzie się tłumaczyć, że choć mogła zablokować szkodliwą ustawę, a może wręcz doprowadzić do dymisji szkodliwego rządu, to tego nie zrobiła? Jak będzie się tłumaczyć, że sprzedała konstytucyjne zasady za srebrniki?
Senat oczywiście ustawę poprawi, ale poprawki zostaną odrzucone w Sejmie, bo PiS nie będzie do tego potrzebował głosów opozycji. Ludzie pana Zbyszka i zapewne Konfa zagłosują za odrzuceniem poprawek, bo ustawa w wersji PiSowskiej to dla nich będzie mniejsze zło. Czy idioci z opozycji tego nie widzą?!
Duda podpisze, ustawa wejdzie w życie i teraz pytanie, co zrobi Komisja Europejska.
Jeśli KE uzna, że ustawa przywraca w Polsce jakieś elementy praworządności, odblokuje pieniądze, a wtedy PiS będzie tryumfował i puszył się, jak skutecznie potrafi dyskutować z KE. Natomiast PiS ze środków z KPO zrobi sobie swój fundusz wyborczy, trochę ukradnie, a resztę zmarnuje. Polska i opozycja g… będą z tego miały.
Jeśli KE pieniędzy nie odblokuje, jeszcze głośniejsza stanie się narracja PiSu, że UE jest Polsce nieprzychylna, wręcz wrogo nastawiona. To wśród elektoratu wahającego się, labilnego, wzmocni nastroje antyeuropejskie, czyli propisowskie, osłabi proeuropejskie, czyli antypisowskie.
Zapytam jeszcze raz: Czy idioci z opozycji tego wszystkiego nie widzą?!
Może się okazać, że dzisiejsze głosowanie zapewniło PiSowi trzecią kadencję. Ręce opadają.
Fizycy strasznie nie lubią wyjaśnienia „bo tak”. Na ogół nie zadowalają się stwierdzeniem, że jest, jak jest, tylko pytają dlaczego jest, jak jest.
Swego czasu fizyka ograniczała się do odkrywania nowych zjawisk, katalogowania ich i coraz staranniejszego mierzenia. Tak było w czasach antycznych i wczesnych nowożytnych, ale jeszcze w latach ’70 XIX wieku, gdy Philipp von Jolly odradzał Maxowi Planckowi studiowanie fizyki, w której „prawie wszystko zostało już odkryte” i zadaniem fizyki pozostawało tylko robienie coraz dokładniejszych pomiarów, było to podejście bardzo popularne. I choć wyjaśnienia teoretyczne, jak zasady dynamiki Newtona, powszechne prawo ciążenia czy równania Maxwella, były znane i doceniane, ówczesna fizyka koncentrowała się na katalogowaniu i mierzeniu różnych wielkości. Pod koniec XIX ludzkość zgromadziła w ten sposób multum danych. Na szczęście ludziom uważanym dziś za twórców współczesnej fizyki nie wystarczało stwierdzenie, że skoro takie oto są wyniki precyzyjnych pomiarów, to znaczy, że takie są własności Natury, a ludziom nic do tego, tylko próbowali zrozumieć, z czego one wynikają. Żeby wyjaśnić widmo promieniowania ciała doskonale czarnego, Max Planck położył podwaliny pod mechanikę kwantową. Albert Einstein zapostulował istnienie fotonów aby wyjaśnić zjawisko fotoelektryczne. Po niedługim czasie okazało się, że kombinacja tych dwóch podejść prowadzi do zrozumienia widm emisyjnych atomów, precyzyjnie pomierzonych jeszcze w XIX wieku. Gdy Loránd Eötvös doświadczalnie wykazał równość masy ciężkiej (źródła siły ciężkości) i bezwładnej (tej, która występuje w II zasadzie dynamiki), Einstein zadał sobie pytanie dlaczego są one równe, co doprowadziło go do sformułowania Ogólnej Teorii Względności. Przykłady można mnożyć.
Widać, że próby zrozumienia, wyjaśnienia przyczyn zjawisk, a nie samo ograniczanie się do ich zmierzenia i opisu, były w fizyce bardzo płodne. Stało to się wręcz paradygmatem rozwoju fizyki. Fizycy upierają się, by za każdym razem dociekać dlaczego coś jest, jakie jest.
Niestety, są sytuacje, w których fizycy są bezradni i nie znajdują odpowiedzi na pytanie dlaczego. Mam na myśli wyznaczanie wartości fundamentalnych stałych przyrody. No cóż, one są, jakie są i (na razie?) nie widać powodów, dla których nie mogłyby one mieć jakichś innych wartości. Weźmy Model Standardowy oddziaływań fundamentalnych (bez grawitacji). Opisuje on w sposób praktycznie doskonały elektromagnetyzm i oddziaływania jądrowe (silne i słabe), wszystkie jego przewidywania, na czele z istnieniem cząstki Higgsa, udało się potwierdzić doświadczalnie, ale fizycy go nie lubią. Nie lubią go, gdyż zawiera on bodaj 19 parametrów swobodnych, to znaczy wielkości, które potrafimy bardzo dokładnie wyznaczyć eksperymentalnie, ale zupełnie wie wiemy, dlaczego te wartości są takie, jakie są. Potencjalnie mogłyby być inne, ale nawet niewielka modyfikacja zmieniałaby własności sił jądrowych, co mogłoby z kolei wpływać na stabilność jąder atomowych. Dlatego fizycy zajmujący się cząstkami elementarnymi usilnie poszukują „nowej fizyki”, „fizyki poza Modelem Standardowym”, licząc na to, że w ramach takiej szerszej, bardziej ogólnej teorii, wartości parametrów Modelu Standardowego uda się wyliczyć w oparciu o prawa fundamentalne. Fizycy nie musieliby się już ograniczać do doświadczalnego wyznaczania tych parametrów, nie rozumiejąc, skąd się one biorą.
Efekty tych poszukiwań są na razie mizerne, ale fizycy wciąż mają nadzieję na wyjaśnienie wartości parametrów Modelu Standardowego w ramach jakiejś szerszej teorii.
Inaczej jest z fundamentalnymi stałymi przyrody, charakteryzującymi Wszechświat jako taki: stałą Plancka, prędkością światła, ładunkiem elementarnym i stałą grawitacji. Nie dość, że nie wiadomo, dlaczego mają one takie wartości, jakie mają, to zauważono, że gdyby ich wartości były nawet odrobinę inne, zupełnie inne byłyby własności Wszechświata. Wszechświaty byłyby puste (bez materii, jedynie z promieniowaniem), lub przeciwnie, supergęste, lub istniałyby krótko, lub zmiany w charakterze sił jądrowych drastycznie wpłynęłyby na ewolucję gwiazd, lub zmiany w charakterze sił elektromagnetycznych uniemożliwiłyby powstanie stabilnych atomów, lub coś jeszcze innego, równie nieprzyjemnego. W szczególności życie w formie zbliżonej do nam znanej, oparte na chemii złożonych związków, nie mogłoby powstać. Zaburzenie własności Wszechświata uniemożliwiające powstanie życia byłoby możliwe na bardzo wielu poziomach! A jednak życie istnieje. Jest to znane jako problem dostrojenia Wszechświata (ang. fine-tuned Universe).
A fizycy chcieliby wiedzieć dlaczego stałe fundamentalne mają wartości, jakie mają. To pragnienie zrozumienia, połączone z problemem dostrojenia, doprowadziło do powstania zasady antropicznej, której jedno ze sformułowań brzmi
Wszechświat musi mieć takie własności, aby wewnątrz niego, w pewnych okresach jego historii, mogło rozwijać się życie.
Nacisk położony jest na słowo musi. Własności świata nie są przypadkowo takie, że mogło w nim powstać życie, ale istnieje jakaś kosmiczna zasada, która to powoduje. Przeczytałem kiedyś, że Wszechświat potrzebuje inteligentnego życia aby mógł opisać sam siebie. Inni w niezrozumiałej zdolności Wszechświata do podtrzymywania życia dopatrują się dowodu na istnienie jakiegoś Stwórcy lub Projektanta – tak zdaje się sądzić na przykład prof. Marek Abramowicz, autor mocno ostatnio dyskutowanego (i krytykowanego) artykułu w Gazecie Wyborczej. Należy przy tym od razu zaznaczyć, że gdyby taki Stwórca istniał, wcale nie musiałby być podobny do osobowego Boga wielkich religii monoteistycznych. Mógłby, ale nie byłoby to konieczne.
Ja tymczasem w przyjęciu zasady antropicznej, zwłaszcza w formie postulatu istnienia Stwórcy/Projektanta, dopatruję się błędu logicznego petitio principii, założenia tezy, którą chcemy udowodnić. Spójrzmy: Zakładamy, że musi być jakiś powód, dla którego stałe fizyczne mają swoje wartości, a po skonstatowaniu, że te akurat wartości umożliwiają powstanie życia, dochodzimy do wniosku, że Coś specjalnie nadało im wartości takie, aby życie mogło powstać. No ale przecież założyliśmy, że istnieje jakiś powód, więc nie powinniśmy się dziwić, że z tego założenia wywodzimy, że powód w istocie był. To jest błędne koło.
Jeśli założymy istnienie Stwórcy, to możemy spekulować, że istnienie życia było dla Stwórcy w jakimś sensie korzystne, stworzył więc taki świat, w którym życie mogło powstać. Myśmy jednak chcieli pójść w przeciwną stronę i z istnienia życia wywnioskować istnienie Stwórcy, a taka implikacja najwyraźniej nie działa. Jeżeli S, to ż, z tym mógłbym się zgodzić bez większych oporów, ale stwierdziwszy, że ż, nie mogę na tej podstawie wnioskować, że S.
Na pozór wydaje się, że byłoby prościej, gdyby zasada antropiczna wynikała z jakiegoś prawa, meta-prawa przyrody, na przykład regulującego Wielki Wybuch. Jak pisałem poprzednio, nie rozumiemy momentu Wielkiego Wybuchu. W Wielkim Wybuchu znane prawa fizyki załamują się, ewolucja staje się nieunitarna. Może kiedyś lepiej zrozumiemy Wielki Wybuch? Na to z pewnością liczymy. Ba, może uda się pokazać, że fundamentalne stałe przyrody powstającego w Wielkim Wybuchu Wszechświata muszą przyjmować wartości z jakiegoś wąskiego zakresu. Może okaże się, że jest jakieś prawo przyrody, które coś takiego gwarantuje? Nie mam pojęcia. Ale nawet jeśli tak się stanie, będzie to tylko odsunięcie problemu o jeden krok do tyłu. Bo z czego miałoby takie meta-prawo wynikać? Z jakiegoś meta-meta-prawa. A ono z kolei? Wygląda to jak początek regresji do nieskończoności 🙂 Brzytwa Ockhama sugerowałaby rozwiązanie najprostsze: Stałe fizyczne przyjęły swoje wartości zupełnie przypadkowo. Bez żadnego powodu. Bo tak.
Jeśli przyjąć, że wartości stałych fizycznych mogły być dowolne, stwierdzamy jedynie, że okazały się one takie, iż życie mogło powstać. Jeśli Wszechświat jest jedyny, to wartości stałych przyrody po prostu są, jakie są, bez żadnego kosmicznego powodu, bez żadnej generalnej zasady rządzącej powstaniem Wszechświata. Po prostu tak się stało, a my – i być może także inne istoty w innych układach planetarnych i galaktykach – mogliśmy zaistnieć. Ot tak, przypadkowo, nie dla wypełnienia jakiegoś kosmicznego celu. Gdyby wartości stałych były choć odrobinę inne, życie by nie powstało, ale wówczas nie miałby kto się nad tym faktem użalać.
Inną ucieczką od kłopotów, jakie rodzi arbitralne przyjmowanie zasady antropicznej jako „rozwiązania” problemu dostrojenia, jest hipoteza Wieloświata, Multiverse. Ale o tym napiszę osobno.
Każdemu wolno jest szukać uzasadnienia swojej wiary, a komu innemu swojej niewiary, w dokonaniach nauki. Czym innym wszakże jest dowód, czym innym zaś uzasadnienie. Rzecz w tym, że nauka nie dowodzi istnienia Boga ani w ogóle żadnej rzeczywistości nadprzyrodzonej. I w drugą stronę: z nauki nie wynika, że Boga lub innej rzeczywistości nadprzyrodzonej nie ma.
Autor doszukuje się
niemożliwego do zaprzeczenia splątania fizyki z metafizyką
w dokonaniach fizyki współczesnej: względności czasu i przestrzeni, mechaniki kwantowej z nierównościami Bella, splątaniem i teleportacją kwantową, a także astrofizyki i kosmologii. Cóż, pokazuje to, że naiwny, mechanistyczny materializm, charakterystyczny dla fizyki końca XIX wieku, gdy poważni ludzie twierdzili, że w fizyce „wszystko już zostało odkryte”, a później choćby dla myśli stalinowskiej, która w imię tak pojmowanego materializmu sprzeciwiała się mechanice kwantowej i teorii względności, nie ma racji bytu. Fizyka, gdy zaczyna mówić o obiektach bardzo małych lub bardzo dużych i procesach bardzo szybkich lub bardzo powolnych, wykraczających poza nasz „zwykły” obszar poznania, staje się mocno nieintuicyjna. Nasze zmysły, a za nimi nasze narzędzia poznawcze, powstały (lub wyewoluowały, to jest w tym kontekście bez znaczenia) do radzenia sobie z obiektami i procesami jako-tako przystającymi do ludzkiej skali rozmiarów i czasów trwania, od mikrometrów po tysiące kilometrów i od mikrosekund po tysiąclecia. Im bardziej oddalamy się od tej skali w jedną lub w drugą stronę, tym trudniej nam prowadzić pomiary i choć mamy – lub przynajmniej wydaje nam się, że mamy – adekwatny język opisu takich zjawisk, matematykę, uzyskane rezultaty są dla nas trudne do wtłoczenia do codziennej, intuicyjnie dla nas zrozumiałej skali. Wiemy też doskonale, że pewnych zjawisk wciąż nie umiemy ani zmierzyć, ani opisać i domyślamy się, że istnieje gazylion obiektów, o których nawet nie wiemy, że istnieją. We wszystkich tych przypadkach naiwny materializm zawodzi. Mamy nadzieję, że z czasem udoskonalimy nasze teorie naukowe i narzędzia badawcze i kiedyś, choć być może nieprędko, znacząco rozszerzymy dostępny nam obszar poznania. Zarazem wydaje mi się oczywiste, że ludzkość, jak długo by istniała, nie zdoła poznać i zrozumieć wszystkiego. Nie wynika z tego jednak, że musi istnieć jakiś wszechogarniający Bóg. Nie wynika z tego także, że wszechogarniającego Boga nie ma.
Ciekawe, że Abramowicz tylko pobieżnie odnosi się do najpoważniejszej, moim zdaniem, kontrowersji związanej z mechaniką kwantową: koncepcji obserwatora. Rzeczywiście, granica pomiędzy fizyką kwantową a klasyczną, a konkretnie sposób, w jaki obiekty kwantowe przekształcają się we wskazania klasycznych urządzeń pomiarowych, jest źle zdefiniowany. Autor cytuje tu austriackiego fizyka Antona Zeilingera, laureata Nagrody Nobla:
Będziemy się chyba musieli pożegnać z naiwnym realizmem, zgodnie z którym świat istnieje sam z siebie, bez naszego udziału i niezależnie od naszych obserwacji
Skoro obiekty kwantowe dopiero w akcie pomiaru przybierają swoje klasyczne wartości – cząstka zostaje zlokalizowana w jakimś tu, choć przed pomiarem była, w pewnym sensie, wszędzie, kot Schrödingera okazuje się być żywy bądź martwy, choć przed pomiarem nie był ani taki, ani taki (nie, mechanika kwantowa nie twierdzi, że był jednocześnie żywy i martwy), a właściwie w ogóle nie było odrębnego kota – bez obserwatora świat nie może istnieć. Czy to miałoby oznaczać, że bez ludzi cały Wszechświat by nie istniał? Przecież to bzdura, skoro wiemy, że ludzie pojawili się dopiero miliardy lat po powstaniu Wszechświata. Stąd rzekomo miałaby wynikać konieczność istnienia Boga jako „pierwszego obserwatora”. Ot, taka modyfikacja arystotelesowskiej koncepcji pierwszego poruszyciela. Ale to jest fałszywa implikacja. My, ludzkość, po prostu wciąż niedostatecznie dobrze rozumiemy koncepcję pomiaru kwantowego – jest to jeden z tych problemów, które, jak liczymy, kiedyś uda nam się wyjaśnić, choć dziś nam on wciąż umyka. Są już zresztą pierwsze koncepcje teoretyczne, jak choćby teoria dekoherencji. Podobnie zresztą nie rozumiemy samego momentu Wielkiego Wybuchu. Naiwnie interpretuje się go jako akt stworzenia, ale to po prostu jest kolejna rzecz, której jeszcze nie rozumiemy i może kiedyś zrozumiemy. A może nie. Podobnie jak nie wiemy, co dzieje się pod horyzontem zdarzeń czarnej dziury.
Innymi słowy, fizyka wciąż jest – i zapewne zawsze pozostanie – niedoskonała, a im więcej na poziomie formalnym rozumiemy, nawet mogąc to poprzeć eksperymentami, tym bardziej nasze wywiedzione z ludzkiej skali intuicje zawodzą. Ale to niestety, na szczęście, niepotrzebne skreślić, nie dowodzi istnienia Boga.
Marek Abramowicz dość dużo miejsca poświęca temu, że dzięki, jak się wydaje, starannie dobranym wartościom stałych fizycznych,
Wszechświat jest bardzo wyjątkowy, gdyż wyraźnie zdaje się sprzyjać naszemu istnieniu.
Autor kończy swój artykuł podając wyniki głosowania na pewnej konferencji fizycznej w Uppsali. Otóż na pytanie: Czy twoim zdaniem istnieją poważne powody na to, by uznać, że Bóg istnieje? trzy czwarte głosujących odpowiedziało twierdząco. No i fajnie. Nie ma w tym niczego dziwnego. Podobnie bowiem jak naiwny materializm jest nie do utrzymania, błędne jest przekonanie, że wiara religijna i „światopogląd naukowy” pozostają w sprzeczności. Światopogląd naukowy wymaga, aby wszystkie obserwowane zjawiska wyjaśniać odwołując się do znanych praw naukowych, a jeśli to się nie udaje, to najpewniej dlatego, że jakichś praw wciąż jeszcze nie znamy lub nie rozumiemy. Jednak postulat, że wszystko potencjalnie da się wyjaśnić w oparciu o prawa naukowe, jest tylko postulatem, założeniem o charakterze filozoficznym, nie zaś prawem naukowym per se. Tym bardziej, że jak napisałem wyżej, zapewne nigdy nie poznamy wszystkich praw naukowych. I nadal nic nie wynika z tego w kwestii istnienia bądź nieistnienia Boga.
Jarosław Kaczyński, w związku z aferą z niemieckimi rakietami Patriot, powiedział, że
Jeśli to będą rakiety rosyjskie, to dotychczasowa postawa Niemiec nie daje żadnych podstaw do tego, żeby sądzić, że oni zdecydują się na ingerencję, żeby strzelać do rosyjskich rakiet
Ten chory z nienawiści starzec, zły człowiek, wprost oskarża naszego sojusznika z NATO, Niemcy, że nie broniliby nas przed rosyjską agresją. Ma do tego jakieś podstawy? A skąd! A czy serio tak uważa? Tego nie wiem. Do niedawna sądziłem, że nie, że on sam w te wszystkie antyniemieckie brednie nie wierzy, a mówi to wszystko z czystego cynizmu, żeby wygrać wybory pod hasłem obrony przed „odwiecznym wrogiem”. Ale może senilizm, starcza degeneracja mózgu tak już się u niego posunęła, że sam zaczął w to wierzyć. A jego partia i jego wyborcy to powtarzają. Straszne.
Trzeba tego osobnika jak najszybciej odsunąć od władzy, bo to jest jeden z największych szkodników i jedna z największych zakał polskiej polityki w całej (sic!) naszej historii. Precz, precz!
Ten blog nie ma wielu czytelników, ale od czasu do czasu trafiają tu zwolennicy PiSu i symetryści. I co wy na to, Przyjaciele?
Wielka woda, reż. Jan Holoubek i Bartłomiej Ignaciuk, Netflix, 2022.
Wszyscy chwalą ten serial, bo i jest za co. Pod wszystkimi względami technicznymi – zdjęcia, efekty specjalne, montaż, dźwięk – ze względu na reżyserię, a przede wszystkim ze względu na aktorstwo, to jest pozycja zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych polskich produkcji. Tym bardziej, że akcja dotyczy wielkiej powodzi z 1997, wydarzenia o kapitalnym znaczeniu dla Polski późnych lat ’90, którego skutki w jakimś sensie odczuwamy do dziś: gdyby nie tamta powódź, być może inaczej myślelibyśmy o regulacji rzek, a gdyby ówczesnemu premierowi Cimoszewiczowi na zawsze nie zapamiętano słów, że trzeba się było ubezpieczyć, wynik wyborów prezydenckich 2005 mógł był być inny. Komentatorzy zgodnie rozpływają się w zachwytach, skądinąd dosyć sztampowych. Myślę, że nie wszyscy komentujący serial obejrzeli.
A ja mam z „Wielką wodą” problem. O czym ona właściwie jest?
Rzecz zaczyna się standardowo, jak sto współczesnych amerykańskich filmów katastroficznych. Oto grozi wielka katastrofa naturalna, władze lekceważą zagrożenie, utytułowani naukowcy nie ogarniają, jedyną nadzieją ludzkości jest zbuntowana naukowczyni, outsiderka. Nie dziwi nas, gdy wkrótce okazuje się, że bohaterka ma przy okazji jakąś prywatną sprawę do załatwienia, bo we wszystkich amerykańskich filmach tak jest: trzeba uratować planetę, związek, dziecko i ukochanego pieska.
W tym punkcie zaczyna się opowieść o Polsce sprzed wstąpienia do Unii, a nawet do NATO. Mapy są nieaktualne, podział kompetencji niejasny, łączność nie działa, nikt nie wie, gdzie jest wojewoda, zastępujący go wicewojewoda próbuje jakoś wszystkim sterować, ale nikt go nie słucha. Wojsko zdobywa worki na piasek tylko dlatego, że szwagier jednego podpułkownika ma hurtownię, w której takich worków się używa. Zbliżają się wybory, więc lokalni politycy dbają czy dobrze wypadną w mediach, nieważne, że podejmowane przez nich działania będą nieskuteczne lub wręcz szkodliwe. Wszyscy przedstawiciele władz są cyniczni i aroganccy. Dowódca policji z rozczuleniem wspomina, jak w stanie wojennym opracowywał nowe metody rozpraszania tłumu, po czym nie radzi sobie z tłumem A.D. 1997, bo to już, panie, są wolni ludzie, nie zastraszeni mieszkańcy PRLu.
Komentatorzy piszą, że w serialu mamy bohatera zbiorowego, mieszkańców Wrocławia jednoczących się w obliczu klęski żywiołowej. Bohater zbiorowy, owszem, jest, ale nie są to mieszkańcy Wrocławia, ale podwrocławskiej wsi, którzy bronią swojej miejscowości przed wysadzeniem wałów, co być może mogłoby uratować miasto. Mieszkańcy Wrocławia są zatomizowani, coś tam niby robią, jakieś worki z piaskiem układają, ale są tylko statystami, żadnego zjednoczenia, poczucia odpowiedzialności za wspólnotę nie widać. Jakoś tak w połowie serial przestaje być serialem o powodzi, stając się historią o problemach i przemianach głównych bohaterów, zwłaszcza bohaterki, jedynie ilustrowaną scenami z powodzi, w tym scenami, które musiały być oparte o wydarzenia rzeczywiste; żaden scenarzysta by tego nie wymyślił. Bohaterka jednak nie ratuje świata, Wrocław zostaje zalany. Pojawia się kilka niedokończonych wątków pobocznych i postaci, które nie wiedzieć skąd i nie wiedzieć po co się przyplątały. A w ostatnim odcinku następuje taka kumulacja zdarzeń wprost cudownych i nieoczekiwanych zbiegów okoliczności, a wszystkie mają charakter umoralniający, że jest to więcej, niż niewiarygodne. Zupełnie nie wiem dlaczego reżyserzy postanowili odtworzyć scenę z Titanica na zalanych ulicach Wrocławia: Jaśmina, jak Rose, gwizdkiem przyzywa łódź ratunkową, w serialowej wersji NATOwską, obsługiwaną przez francuskich żołnierzy: ha, tylko NATO może nas uratować. Wyjaśnia się przynajmniej, dlaczego ważne było, iż dziewczyna widoczna na zdjęciu zdobyła gwizdek, to jest jedna z tych nieoczekiwanych koincydencji. Gdy żywioł ustępuje, zbuntowana naukowczyni doznaje wewnętrznej przemiany i znoszoną kurtkę military surplus zamienia na pastelowy żakiecik. Słowem, dramat.
Jednak jeszcze raz podkreślam, że pod wszelkimi względami technicznymi serial jest zrobiony bardzo porządnie. No i przyjemnie się go ogląda, bo właściwie wszyscy aktorzy grają lepiej, niż dobrze, a rola Anny Dymnej jest wręcz wybitna. Gdyby nie ten nieszczęsny ostatni odcinek, mógłbym Wielką wodę z czystym sumieniem zarekomendować.
Ciągle wraca pytanie, czy i co JPII wiedział o seksualnych przestępstwach księży, a jeśli wiedział, czemu to tolerował?Po niedawnym filmie Macieja Gutowskiego, zwłaszcza po wypowiedziach osób, które znały JPII osobiście, kwartalnik Więź baja coś o
na wskroś autentycznym klerykalizmie Karola Wojtyły.
Bo to dobry klerykalizm był. O ile dobrze zrozumiałem, redakcja Więzi sądzi, że JPII uważał kapłaństwo za stan wyróżniony, święty. Kapłaństwo to
niezasłużone i niespodziewane wybranie (dar) do szczególnej roli, służby, do ekskluzywnego świata pomocników Boga
a zatem
każdy przejaw niechęci do duchownego, obarczanie go odpowiedzialnością za czyny niemoralne, a nawet tylko nieadekwatne do pełnionej roli, każda informacja o naruszeniach kościelnej dyscypliny i etycznego porządku w pierwszej kolejności mogły wywoływać [u JPII] dystans do sformułowanego zarzutu i osoby, która ten zarzut formułowała
Słowem, wedle Więzi JPII nie wierzył w oskarżenia księży o przestępstwa seksualne, bo ksiądz jest święty i wybrany, a więc do takich podłych czynów niezdolny. Przecież to jest teologiczna bzdura. Kościół uczy, że wszyscy ludzie są grzeszni, a z historii znamy mnóstwo przykładów księży, biskupów i papieży, którzy dopuszczali się rzeczy strasznych. Wmawianie JPII takiej naiwnej teologii – ksiądz jest święty i do grzechu niezdolny – wręcz uwłacza jego pamięci.
Z pewnością JPII wiedział, że pewna liczba duchownych popełnia przestępstwa seksualne, ale być może nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska. Z tym, że aż do początku lat 2000 nikt nie zdawał sobie z tego sprawy, ujawniane tu i ówdzie przypadki opinia publiczna traktowała jako zjawiska odosobnione. Możliwe, że sam JPII tak myślał, no, zdarzają się czarne owce, ale to są sporadyczne przypadki, nie rzutujące na obraz Kościoła jako takiego.
Nie chodzi zresztą o to, jak JPII odnosił się do szeregowych księży, a nawet pomniejszych prałatów, ale do kościelnych „grubych ryb”, którzy potem okazali się seksualnymi drapieżcami. Mam na myśli w szczególności kard. Hansa Hermanna Groëra, abp. Juliusza Paetza, kard. Theodore McCarricka, kard. Henryka Gulbinowicza i o. Marciala Maciela Degollado.
Jeśli mowa o czterech pierwszych, to, moim zdaniem, JPII dobrze wiedział, że molestują oni kleryków. Wiedział, bo miał liczne doniesienia od duchownych i, horribile dictu, świeckich z odpowiednich diecezji, a Gulbinowicza i Paetza sam miał okazję wiele lat obserwować. Wiedział, ale tolerował ich zachowanie, dopóki nie stało się ono źródłem publicznego zgorszenia. Być może myślał, że no owszem, nieładnie postępują grzesząc cieleśnie, ale klerycy byli ludźmi pełnoletnimi (za życia JPII nikt wymienionych biskupów nie oskarżał o pedofilię, a było to też na długo przed powstaniem ruchu #metoo, zwracającego uwagę na problem seksualnego wykorzystywania podwładnych przez przełożonych), no więc trudno. Jednocześnie Groër, Paetz, McCarrick i Gulbinowicz byli niezwykle skuteczni jako fundraiserzy i organizatorzy życia kościelnego, głosili poglądy konserwatywne, mieli też bardzo duży wpływ na władze świeckie, korzystny z punktu widzenia Kościoła. Dopóki nie było skandalu, JPII traktował tych biskupów jakby dobrze służyli Kościołowi. Jednak gdy wybuchły skandale – wielkie, publiczne skandale – najpierw z Groërem, potem z Paetzem, JPII usunął ich z urzędów (Groëra poniekąd na raty), ale nie nałożył na nich innych kar kościelnych. McCarricka nawet awansował, bo skandalu jeszcze nie było. O występkach Gulbinowicza dowiedzieliśmy się dopiero wiele lat po śmierci JPII i tuż przed śmiercią samego Gulbinowicza. McCarricka i Gulbinowicza kościelnie ukarał dopiero Franciszek.
[Edit: inna kościelna gruba ryba, kard. Bernard Law – patrz komentarze.]
Nieco inaczej wygląda sprawa Marciala Maciela, chyba najbardziej wyuzdanego przestępcy z nich wszystkich. Był seksualnym potworem-pedofilem, ale był wyjątkowo skuteczny jako fundraiser, a założony przez niego Legion Chrystusa cieszył się z całej masy powołań. W przeciwieństwie do Groëra, Paetza, McCarricka, nie ma udokumentowanych doniesień o tym, że inni duchowni słali alarmistyczne informacje na jego temat do papieża. Maciel, wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi, płacił łapówki watykańskim urzędnikom – na przykład to Legion Chrystusa miał sfinansować wystawne przyjęcie wydane przez Stanisława Dziwisza po podniesieniu go do godności biskupa – którzy, zapewne, w podzięce blokowali przynajmniej część niekorzystnych dla Maciela informacji, o ile takie dochodziły, a teraz niczego już nie pamiętają. Podobnie zresztą postępował McCarrick. No i pytanie: ile JPII wiedział o Macielu? Czy wiedział o jego notorycznej pedofilii i ją tolerował? Niestety, tego nie wiemy. Kościół rozpoczął dochodzenie w prawie Marciala Maciela, ale przerwał je po śmierci tego zakonnika, a akta utajnił. Ówcześni współpracownicy JPII, którzy mieli z Macielem regularne kontakty, niczego nie pamiętają – nawet tego, że się z Macielem w ogóle znali.
No i tak Możemy jedynie spekulować czy JPII wiedział o pedofilii Maciela. Dowodów – ani takich, które mogłyby pogrążyć papieża, ani takich, które mogłyby go oczyścić – brak.
Gen. Piotr Pytel, były szef SKW, w wywiadzie udzielonym Gazecie Wyborczej sugeruje, że PiS jest przeżarty rosyjską agenturą:
PiS działa tak, jakby byli szkoleni przez Rosjan albo mieli rosyjskich doradców od wojny psychologicznej
mówi generał. Sam wywiad jest za długi, generał wyraźnie zgorzkniały, niepotrzebnie pozuje też na Rambo biegającego z własnoręcznie wykonanym łukiem po puszczy, ale nad tezą stawianą przez gen. Pytla trzeba się poważnie zastanowić. Cała polityka PiSu, choć werbalnie antyrosyjska, realizuje cele Putina: rozbicie Zachodu i osłabienie naszych związków z Unią Europejską i NATO, a nawet ze Stanami Zjednoczonymi, wobec których ustawiamy się zaledwie w pozycji klienta, i to nie o pierwszorzędnym znaczeniu. Czy PiS rzeczywiście jest sterowany przez rosyjskich agentów, czy po prostu jest głupi?
Moim zdaniem PiS nie robi tego, co robi, z czystej głupoty. Głupotą jest podejmowanie działań sprzecznych z zakładanymi celami, nie żeby je sabotować, ale nie umiejąc przewidzieć konsekwencji tego, co się robi.
My patrzymy się na skutki działań PiSu i mówimy „przecież to szkodzi Polsce, oni muszą być głupi”.
Otóż nic podobnego. To my popełniamy błąd zakładając, że PiS chce dobra Polski. W rzeczywistości PiS ma dobro Polski w d… Celem PiSu, jako formacji, jest utrzymanie władzy nad Polską. Co jednak nie oznacza, że partia ta w całości jest sterowana przez Moskwę.
Motywacje poszczególnych działaczy PiSu są różne. Kaczyński chce władzy dla władzy, władza jest dla niego jak narkotyk, gdyż uwierzył, że Pan Bóg jemu i tylko jemu objawił, jak Polska powinna być urządzona. Kaczyński chce, żeby jego słowo stawało się ciałem, a ponadto czerpie satysfakcję z pomiatania przeciwnikami. Jarosław Kaczyński to jest zły człowiek.
Pan Zbyszek chce władzy, żeby zaspokoić swoje niezwykle wybujałe ego. Niektórym innym PiSowcom też najbardziej zależy na zaspokajaniu swoich kompleksów poprzez sprawowanie władzy w jakimś kąciku państwa.
Pewna grupa nieco bardziej ogarniętych PiSowców chce utrzymania władzy, bo boją się – zresztą całkiem słusznie – że po utracie władzy pójdą do więzienia.
Natomiast większość posłów, działaczy, nominatów PiSu chce władzy, gdyż chce się, mówiąc brzydko, nachapać lub też realizować amoralny familizm: skoro ja jestem posłem, to firma mojego brata otrzyma intratny kontrakt, a miła, ale niezbyt rozgarnięta kuzynka pracę w urzędzie wojewódzkim. Ci działacze w większości rzeczywiście są głupi i nie ogarniają konsekwencji, co jednak nie znaczy, że głupia jest cała formacja. Struktura to więcej, niż suma części.
Wszystkie chwyty służące utrzymaniu władzy, i to władzy niekontrolowanej, są dozwolone. Trzeba udawać, że jesteśmy sojusznikami lewaka Bidena, to udajemy najbardziej lojalnego sojusznika. Trzeba realizować cele Putina, zarazem głośno krzycząc, że Putin to wróg, no to realizujemy. Nie ma problemu. Agenci wpływu dość łatwo mogą podsuwać bezideowej, cynicznej PiSowskiej większości, jaka jest aktualna mądrość etapu. Za to z Unią i z NATO współpracujemy niechętnie, bo oznacza to kontrolę w imię jakichś „wartości”. Jakie znów „wartości”? Wartości można wykorzystywać czysto instrumentalnie, w imię zaś naszej władzy współpracę unijną należy wręcz sabotować.
Inna duża grupa PiSowców to fundamentaliści religijni, ksenofobi, zwolennicy bardzo tradycyjnej moralności (przynajmniej w słowie), ludzie bojący się nowoczesności i wyznawcy patriotyzmu archaiczno-martyrologicznego, upiększającego historyczny wizerunek Polski, zawsze niewinnej i zawsze szlachetnej ofiary, zwłaszcza tacy, którzy niewiele robili, gdy demonstrowanie takich poglądów było ryzykowne. Te postawy zresztą się swobodnie mieszają i są bodaj dominujące w elektoracie PiSu. Otóż dla tych osób Zachód, ze swoją tolerancją, demokracją, rządami prawa, feminizmem, laicyzacją, prawami mniejszości, wolnościami osobistymi, prawami człowieka, inkluzywnością, niechęcią do nacjonalizmów, szacunkiem dla środowiska (przynajmniej deklarowanym ) i liberalizmem jest największym wrogiem, utrzymanie zaś władzy przez PiS jedyną gwarancją, że Polska nie zostanie skażona zachodnią zgnilizną. Osłabienie i zdezawuowanie Zachodu, odgrodzenie się od niego murem nie do przebycia, jest wspólnym celem i głoszących to samo putinowców, i powyżej opisanych PiSowców. Putinowska Rosja jest ich naturalnym sojusznikiem. Żadnych ruskich agentów działających od wewnątrz tu nie trzeba.
Wreszcie jest w PiSie grupa ruskich agentów. Agentów operacyjnych i agentów wpływu. Liczbowo nie dominują, ale są i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Jakie jest ich rzeczywiste znaczenie, nie wiem, choć w niektórych obszarach wydaje się być kolosalne. Jakie są ich motywacje – a, pewnie wielorakie, za dużo by pisać. Może kiedy indziej.
Jarosław Kaczyński doskonale wie, że Polska nie zobaczy ani centa z reparacji za Drugą Wojnę Światową. Po cóż więc stawia tę sprawę?
Mówi się, że żądanie reparacji ma „przykryć” koszmarne wpadki PiSu, od inflacji, poprzez grożący brak opału, aż do zatrucia Odry. Wyborcy mają zobaczyć, że PiS się stara, a Platforma i inni się nie starali, pewnie dlatego, że Tusk reprezentuje interesy niemieckie i miał dziadka w Wehrmachcie.
Moim zdaniem jest gorzej. Otóż Kaczyński i jego spin-doktorzy wymyślili, że jedyną szansą na skonsolidowanie elektoratu jest figura wroga. A któż, jak nie Niemcy, się na tego symbolicznego wroga nadaje? Odwieczny wróg, co pluje nam w twarz i dzieci germani, dziś odmawia Polsce pieniędzy unijnych, nie chce dzielić się gazem i zatruł Odrę. No i przede wszystkim wywołał wojnę, która zrujnowała nam kraj, tym razem naprawdę, a teraz nie chce za to zapłacić!!!
Ogłaszanie, że nasi sąsiedzi i najważniejsi partnerzy gospodarczy tak naprawdę są naszymi wrogami to bardzo kiepski pomysł z naszego narodowego i państwowego punktu widzenia. Zamiast starać się zdobywać przyjaciół, a przynajmniej przyjaznych i lojalnych partnerów, polski rząd ustawia Niemcy w pozycji wroga. O, to z pewnością sprawi, że Niemcy będą popierać polski punkt widzenia w różnych europejskich debatach, chętnie u nas inwestować i wspierać militarnie, gdyby – oby nie! – zaszła taka konieczność.
Polacy są jednym z najmniej lubianych narodów europejskich, a jedną z naszych wad jest nieufność. Nie ufamy sobie wzajemnie, nie ufamy sąsiadom, nie ufamy państwu, nie ufamy instytucjom, nie ufamy innym narodom. Podkreślanie, że wszyscy wokół na nas czyhają, chcą nam zaszkodzić, wzmacnia naszą narodową paranoję i czyni nas jeszcze mniej sympatycznymi dla innych.
Głoszony nachalnie pogląd, iż jesteśmy otoczeni przez wrogów, nie poprawia naszego położenia międzynarodowego, Kaczyńskiemu wydaje się jednak, że może to poprawić jego pozycję wewnętrzną. Przedstawianie Niemiec jako wroga nie ma służyć zdobyciu przez PiS nowych zwolenników, z tego ta formacja już dawno zrezygnowała, a jedynie skonsolidować żelazny, przerażony światem elektorat. Kaczyński myśli, że to może wystarczyć. W najgorszym wypadku zapewni duży klub parlamentarny, a więc dużą dotację wyborczą, wiele diet poselskich i jeszcze więcej etatów dla działaczy PiSu w biurach parlamentarnych. A przy odrobinie szczęścia, to znaczy jeśli opozycja się skłóci, a jej elektorat uda się zdemobilizować, kto wie, może to wystarczyć do utrzymania władzy; najwyżej podkupi się kilku brakujących posłów z innych klubów. Przecież PiS ćwiczył już ten manewr w obecnej kadencji.
Otóż nie, panie Kaczyński! Nie damy się zdemobilizować, zagłosujemy i utraci pan władzę. To będzie jeden z najszczęśliwszych dni w historii Polski. Ciekawe, jak się pan będzie czuł, gdy nie będzie pana bez przerwy pilnować kilkunastu policjantów?
Wczoraj papież Franciszek po raz kolejny wypowiedział się o wojnie w Ukrainie.
Myślę o olbrzymim okrucieństwie wobec tak wielu niewinnych, którzy płacą za szaleństwo, szaleństwo po wszystkich stronach, bo wojna to szaleństwo.
No, przypuśćmy, że zgoda.
Tak wiele ukraińskich dzieci i rosyjskich dzieci zostało sierotami. Sieroty nie mają narodowości, straciły ojca lub matkę. Nieważne, czy to Rosjanie, czy Ukraińcy.
Śmierć rodziców to dla małego dziecka straszna trauma i z punktu widzenia dziecka zapewne nie ma znaczenia, jak do niej doszło. Ale zewnętrzny obserwator, a już szczególnie światowy przywódca religijny, przez wielu uważany za autorytet moralny, powinien zauważyć, że jest różnica pomiędzy śmiercią ofiary mordu a śmiercią niedoszłego mordercy, zabitego przez napadniętego w obronie własnej. Że to nie wszystko jedno, czy rodzice jednego dziecka zginęli, gdy ich dom trafiła rakieta, czy ojciec drugiego zginął, gdy jego czołg, uczestniczący w zbrojnej napaści na inny kraj, został zniszczony przez obrońców. Czułostkowość „och, biedne sierotki, nieważne, jak zginęli ich tatusiowie, bo sierotki tak czy siak są biedne” zakłamuje obraz wojny, zamazuje różnicę pomiędzy agresorem a niewinną ofiarą. Tak się nie godzi, Franciszku.
Lecz najgorsze miało dopiero nadejść:
Myślę o biednej dziewczynie, która wyleciała w powietrze przez bombę umieszczoną pod jej siedzeniem w samochodzie w Moskwie. Niewinni za wojnę płacą, niewinni.
Daria Dugina była niewinna?! Ta sama Daria Dugina, która gorliwie wspierała ojca, gdy ten nawoływał, by Ukraińców zabijać, zabijać, zabijać i która publicznie mówiła, że Ukraińcy to są podludzie?! W dodatku śmierć Duginy wygląda raczej na jakieś porachunki KGBowskie, KGBowską prowokację. Ale tu jest coś znacznie gorszego. Czemu papież Franciszek znalazł słowa współczucia dla Duginy, a nie znalazł ich dla dzieci zabitych w zbombardowanym szpitalu położniczym w Mariupolu, dla dzieci zabitych w teatrze w Mariupolu, gdzie usiłowały się schronić, dla kobiet i dzieci gwałconych i zabijanych w Buczy i innych miejscowościach okupowanych przez Rosjan, dla dzieci i dorosłych ginących w ruinach swoich domów ostrzeliwanych rakietami? Nie rozumiem cię, papieżu Franciszku. Jest mi wstyd za ciebie. Jest mi bardzo, bardzo przykro.
Byłem wychowany jako katolik i długie lata czułem się katolikiem – kiepskim, ale jednak katolikiem. Wciąż czuję się chrześcijaninem, wierzącym chrześcijaninem, ale z instytucjonalnym Kościołem Katolickim chcę mieć jak najmniej wspólnego.
P.s. Wiem, że już nie ma KGB, tylko jest FSB. Fi donc!
Informuje się żołnierzy, że korzystnym dla zdrowia jest częste mycie stóp i rąk, a także twarzy świeżą wodą, a jeszcze lepiej wodą ciepłą z dodatkiem kilku kropli octu lub wódki. (Desgenettes, naczelny lekarz Armii Orientu podczas epidemii dżumy, 1799)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.