Najsłabsze ogniwo

PiSowska afera wizowa wybucha jak granat w szambie. Wszyscy zainteresowani wiedzą, o co poszło, więc tylko w skrócie: W wielu krajach Afryki i Azji, aby dostać wystawioną przez Polskę wizę schengeńską, koniecznie trzeba było skorzystać z pośrednictwa agencji outsourcingowej, za co zainteresowani płacili kilka tysięcy dolarów. Bez tego pośrednictwa uzyskanie polskiej wizy było praktycznie niemożliwe, za to skorzystanie z niego było najłatwiejszym sposobem na zdobycie prawa wjazdu do strefy Schengen.. Agencja kompletowała dokumenty kandydata i przedstawiała je konsulowi, który często tylko przybijał pieczątkę. Są doniesienia, że w niektórych krajach afrykańskich gotowe polskie dokumenty wizowe można było kupić na straganie przed ambasadą. Nie wiadomo, ile wiz w ten sposób Polska wystawiła, ale szacuje się na około 250 tysięcy dla mieszkańców Azji i Afryki w ciągu ostatnich trzydziestu miesięcy. Polskie MSZ z różnych źródeł od kilku miesięcy dostawało sygnały, że system jest wybitnie korupcjogenny, ale nic z tym nie zrobiło. Cały proceder nie byłby możliwy bez współpracy (korupcji) w polskim MSZ i w polskich służbach specjalnych, które system wizowy powinny ochraniać.

Nawet decyzja o utworzeniu Centrum Decyzji Wizowych MSZ w Łodzi, którą PiS na wiosnę bardzo się chwalił i związany z tym projekt rozporządzenia o przeniesieniu obsługi wizowej obywateli 20 krajów z lokalnych konsulatów do tego centrum – mówiło się o 400 tysiącach wiz rocznie; przy tej okazji afera zaczęła wychodzić na światło dzienne – retrospektywnie wygląda na próbę wyeliminowania pośredników i przejęcia całości nielegalnych zysków, a także obejścia obstrukcji niektórych konsulów, którzy poważnie podchodzili do swoich obowiązków i odmawiali wydawania wiz byle komu, choć byli to płacący klienci!

Wisienką na torcie byli „filmowcy z Bollywood” ministra Piotra Wawrzyka. Minister Wawrzyk, całkowicie bezprawnie, wydawał polecenia konsulatowi w Mumbaju, aby poza wszelką kolejnością wystawiać wielokrotne (to ważne) wizy schengeńskie imiennie wymienionym obywatelom Indii, rzekomo filmowcom, choć z filmem mieli oni wspólnego tyle, że pewnie kilka widzieli w kinie. Okazało się, że osobom tym zależało na wjeździe… do Meksyku. Otóż posiadacz wielokrotnej wizy schengeńskiej może na tej podstawie wjechać do Meksyku, a stamtąd jakimś zwykłym szlakiem przemytniczym do Stanów, bo to USA były ostatecznym celem tych ludzi. Ten kanał odkryły amerykańskie służby imigracyjne, wszczęły raban i w Polsce coś zaczęło się dziać.

Najpierw posadę i miejsce na listach PiS stracił nadzorujący departament wizowy wiceminister Wawrzyk, ale formalnie nie wiadomo, dlaczego. No, współpraca przestała się układać. Myślano, że chodziło o (odwołane) rozporządzenie o 400 tysiącach wiz rocznie, ale dziennikarze stopniowo zaczęli ujawniać kolejne elementy afery. Innymi słowy, skutki wybuchu granatu wiadomo gdzie zaczęły ochlapywać coraz więcej wysoko postawionych osób w PiSie. Po drodze aresztowano jednego współpracownika Wawrzyka, ale szybko zwolniono – rzekomo ma nagrania kompromitujące wyższych funkcjonariuszy PiSowskiego MSZ. Dziś zrobiło się już na tyle źle, że MSZ zaczął wdrażać damage control i zwolnił z pracy kilka osób, o których jeszcze dwa dni temu PiS miał jak najlepsze zdanie.

Powtórzmy, że centralnym punktem skandalu jest fakt, że polskie wizy schengeńskie można było dostać wyłącznie za łapówkę, że Polska faktycznie utraciła kontrolę nad całą procedurą i że mowa być może aż o ćwierci miliona wiz.

W tym systemie polskie służby konsularne nie miały nawet możliwości sprawdzenia, komu wydawane są wizy, jaka jest historia i powiązania tych osób. Polska nawet nie wie, kogo do strefy Schengen wpuściła. Zapewne większość to są bona fide migranci, którzy chcieli wyjechać ze swojego kraju i dostać się do bogatej, bezpiecznej i dosyć chłodnej Europy, by tutaj żyć i pracować, a byli na tyle poinformowani i na tyle zamożni, by wybrać wygodną drogę z wystawioną przez Polskę wizą zamiast marszu przez pustynię i rejsu w jakimś dziurawym pontonie przez Morze Śródziemne. Polska stała się ważnym szlakiem przerzutowym nielegalnych (choć formalnie legalizowanych) imigrantów do Europy. Jednak z dużym prawdopodobieństwem są w tej grupie także ofiary handlu ludźmi, przestępcy, którzy chcą rozwijać swój proceder – handel narkotykami, kradzieże, wyłudzenia, drugi koniec handlu żywym towarem i podobne aktywności – w Europie, a mogą też być terroryści. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby terrorysta wysadził się w kolejce do muzeum, w kawiarni czy na stadionie gdzieś w Europie, służby badają jego tożsamość i okazuje się, że miał on wizę schengeńską wystawioną za łapówkę przez Polskę. Jesteśmy słabym, żałosnym kraikiem, który na użytek wewnętrzny epatuje swoją ksenofobią i „obroną cywilizacji łacińskiej”, ale gdy w grę wchodzą pieniądze, to proszę bardzo, panie Talibeczku, oto wystawiona przez Polskę wiza schengeńska, skoro szanowny pan płaci, bo tak naprawdę ochronę bezpieczeństwa Europy mamy w dupie. Utraciliśmy reputację. Niepohamowana pazerność, krańcowy cynizm i niebotyczny brak kompetencji rządu PiS doprowadziły do tego, że Polska utraciła wiarygodność i to Polska będzie musiała ciężko pracować, by ją odzyskać. Dziś jesteśmy najsłabszym ogniwem europejskiego systemu bezpieczeństwa. Może dojść do tego, że Polska zostanie wykluczona ze strefy Schengen, a przynajmniej że wystawiane przez Polskę wizy przestaną być honorowane.

Jezu, jaki wstyd! Jakie upokorzenie!

A zarazem wciąż mamy mur na granicy z Białorusią i polską Straż Graniczną z sadystyczną przyjemnością wypychającą ludzi na bagna. Już w tym komentarzu pisałem:

Może pushbaki, oprócz wymiaru propagandowego, są skierowane przeciwko klientom chcącym uniknąć opłaty?

Teraz jestem już właściwie pewien, że pushbaki dotykały osoby, które nie zapłaciły lub zapłaciły jakiejś nieautoryzowanej konkurencji. A polską wizę można było kupić nawet w Mińsku 😦 Więc jeśli ktoś jeszcze raz będzie chciał napisać, że mur Błaszczaka jest słuszny, sprawiedliwy i skuteczny, niech się dobrze zastanowi, czy ma za tym jakieś argumenty.

Fizyka: wykształcenie ogólne

Będąc na Zjeździe Fizyków Polskich, przysłuchiwałem się dzisiaj dyskusji na temat nauczania fizyki w szkołach. Powiedziano tam wiele ważnych rzeczy, z których nic nie wyniknie. Niestety, nasi współobywatele nie są zainteresowani poziomem edukacji. Większości szkoła nic nie obchodzi, a ci, którzy mają dzieci w szkołach, chcą, żeby dzieci były „zaopiekowane”, jeśli są małe i żeby dostały odpowiednio dobre świadectwo, jeśli są starsze. To, czego dzieci się nauczą, jest niemalże bez znaczenia. I nie dotyczy to tylko fizyki, ale nauczania szkolnego jako takiego. Interesuje się tym tylko grupka zapaleńców. Tymczasem świadectwo może wypisać woźny, sekretarka przystawi pieczątkę, dyrektor podpisze i voilà! To, że ze szkoły będą wychodzić funkcjonalni analfabeci, prawie nikogo nie martwi.

Jeśli ludzie nie są zainteresowani poziomem nauczania, nie zainteresują się też władze, bo i po co, skoro nie o to chodzi wyborcom? A już fizyką, mającą opinię najtrudniejszego i najgorzej nauczanego przedmiotu szkolnego, nie zainteresują się na pewno.

Wyobraźmy sobie jednak, że żyjemy w świecie no, może nie idealnym, ale trochę lepszym od naszego. Takim, w którym to, czego dzieci się nauczą, ma znaczenie. Otóż patrząc z tej perspektywy, byłem nieco zasmucony podejściem dzisiejszych dyskutantów. Choć jednym z proponowanych haseł dyskusji było fizyka jako część wykształcenia ogólnego, oni się martwili, że tak mało uczniów wybiera fizykę jako przedmiot maturalny. Co zrobić, żeby uczniów do wyboru fizyki zachęcić. I żeby ta matura była ciekawsza, bardziej miarodajna.

Tymczasem nawet w najlepszym z możliwych światów fizykę jako przedmiot maturalny będzie wybierać mniejszość. Natomiast dobrze by było, żeby wszyscy absolwenci wiedzieli, że rozliczne zjawiska przyrodnicze daje się zbadać i opisać, że są prawa, które nimi rządzą i że zjawiska można i powinno się mierzyć ilościowo, zgodnie z pewnymi zasadami, a nie tylko widzimisię eksperymentatora, a mimo to błędy pomiarowe są nieuniknione. Że samochód nie może zatrzymać się w miejscu. Że nie potrzeba aniołów, żeby planety poruszały się po swoich orbitach, nie zatrzymały się i nie pospadały na Słońce. Że w ruchu wirowym nie ma nic magicznego (już dawno proponowałem, żeby jako materiał dydaktyczny wykorzystywać filmy z występów Anity Włodarczyk: gdy puszcza młot, ten nie leci po spirali). Że mikroskop, lornetka, teleskop, radio i GPS to nie są diabelskie sztuczki, tylko wynalazki, które powstały w oparciu o prawa natury, które każdy, kto chce i kto się odpowiednio przyłoży, może poznać, ale też że urządzenia te nie mogą działać lepiej, niż prawa przyrody pozwalają. Że burza, gradobicie, powódź i trzęsienie ziemi nie są oznaką gniewu Istoty Nadprzyrodzonej, tylko że są zjawiskami naturalnymi, które można zrozumieć i opisać, nawet jeśli (jeszcze?) nie potrafimy nad nimi zapanować. Że nie ma nic za darmo, bo obowiązują zasady zachowania i inne prawa ograniczające, jak Druga Zasada Termodynamiki (choć nie upieram się, że ta nazwa koniecznie musi padać). Że wszystkie znane nam silniki pracują na przepływach energii, z której my możemy wykorzystać tylko jakiś ułamek (znowu ta Druga Zasada, bo mnie wydaje się ona niesłychanie ważna). Że – i to chyba jest najbardziej zaawansowany i najtrudniejszy koncept, który jak najwięcej osób powinno, moim zdaniem, zrozumieć – ważna jest skala: coś, co ma charakerystyczny rozmiar rzędu ułamków milimetra, zazwyczaj nie wpływa na rzeczy o rozmiarach kilometra i vice versa; to samo ze skalą czasową (te dwie skale, przestrzenna i czasowa, wystarczą, żeby zrozumieć ogólną zasadę). Czym innym jest fizyka jako część wykształcenia ogólnego, czym innym zaś nauczenie fizyki tych uczniów, którym będzie ona potrzebna w czasie przyszłych studiów. Tej perspektywy mi u dzisiejszych panelistów zabrakło.

Ja nie wiem, jak to zorganizować. Ba, ja nie wiem, jakie treści powinny wejść do kanonu nauczania ogólnego, jakie zaś wystarczy zostawić dla tej grupki, która potem będzie studiować nauki ścisłe, inżynierskie i przyrodnicze. Wiem natomiast dwie rzeczy: Tego wykształcenia ogólnego nie za się zdobyć ucząc się na pamięć regułek i wzorów, tudzież rozwiązując zadania o rybaku-fajtłapie, który ciągle gubi swoje koło ratunkowe i trzeba mu powiedzieć, dokąd ma popłynąć, by je wyłowić. To po pierwsze. Po drugie, konieczne jest robienie jak największej ilości doświadczeń. Nawet bez wzorów (tłumaczenie jakościowe, niekoniecznie ilościowe), bez dobrej statystyki i analizy błędów, ale żeby huczało, świeciło i się ruszało, bo tylko wtedy uczniowie będą mieli szanse uwierzyć, że to, o czym mówi nauczyciel, to nie jest bajka o żelaznym wilku.

A kto wie, może się zdarzyć, że te doświadczenia zachęcą kogoś do uczenia się fizyki aż do matury i dalej.

Referendum 4 razy Nie

I oto poznaliśmy czwarte pytanie w referendum Kaczyńskiego. Ogłosił je Mariusz Błaszczak, który chyba szczerze myśli, że radzi sobie jako Minister Obrony Narodowej:

Czy popierasz likwidację bariery na granicy Rzeczypospolitej Polskiej z Republiką Białorusi?

No cóż, ja o tym murze sporo pisałem – ostatnio tutaj i w tym komentarzu – więc chyba nikogo nie zdziwi, że ja owszem, jestem za likwidacją tej haniebnej i nieskutecznej bariery. Ale i tak nie zamierzam brać udziału w referendum Kaczyńskiego.

PiS tak ułożył pytania, aby wszystkie pożądane przez niego odpowiedzi były negatywne. Referendum 4 razy NIE. Nie wiem, czy oni świadomie nawiązują do referendum 3 razy TAK z 1946, którego sfałszowanie było jednym z pierwszych kroków do utrwalenia władzy komunistów w powojennej Polsce, czy tak im po prostu wyszło. To ciekawe, że PiS oczekuje odpowiedzi negatywnych, mimo że ludzie na ogół wolą być za czymś, niż przeciw czemuś. Takie oczekiwanie nieświadomie ujawnia prawdziwą twarz PiSu: PiS nie ma żadnego pozytywnego programu, nie jest za niczym szczególnym, nie jest za rozwojem i pomyślnością Polski, nie ma żadnego świeżego pomysłu, któremu można by powiedzieć TAK. PiS jest na NIE. PiS jest przeciw zmianom, przeciw wolności gospodarczej, przeciw dobrobytowi, przeciw europejskości. To jest esencja PiSu.

A poza tym przypominam, że PiS za bezcen oddał kontrolę nad Rafinerią Gdańską Saudi Aramco.

Drugie i trzecie pytanie Kaczyńskiego

Beata Szydło ogłosiła drugie pytanie w PiSowskim referendum:

Czy jesteś za podwyższeniem wieku emerytalnego wynoszącego dziś 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn?

Pytanie jest puste w tym sensie, że nikt dziś nie planuje podniesienia wieku emerytalnego, a szkoda. Platforma straciła władzę po tym, gdy wiek emerytalny podniosła (a ściślej, gdy rozpoczęła proces podnoszenia wieku emerytalnego) i jak diabeł święconej wody boi się wrócić do tego tematu. Lewica, zajmująca się „ważniejszymi” tematami, niż jakaś tam gospodarka, takiego libkowego pomysłu, jak podniesienie wieku emerytalnego, nie poprze, Konfa zapewne chciałaby państwowe emerytury znieść, ale głośno tego w kampanii wyborczej nie przyzna, PiS wreszcie zdobył władzę między innymi dzięki temu, że obiecał obniżenie wieku emerytalnego do czasów sprzed 2013 i zrobił to, czego efektem jest malejąca realna wartość emerytur (w 2015 przeciętna emerytura wynosiła 60% przeciętnego wynagrodzenia, w 2022 – 50%) i szybko rosnąca liczba „emerytur głodowych”.

A przecież wiek emerytalny trzeba będzie podnieść. Niższy wiek emerytalny oznacza dłuższy czas wypłacania świadczenia i jednoczesne wypłacanie świadczeń większej liczbie osób. Trzeba więc albo przeznaczyć więcej środków na świadczenia, czyli mocniej obciążyć pracujących podatkami i składkami, albo obniżyć wysokość wypłacanych świadczeń. Raczej stanie się to drugie, tym bardziej, że PiS przejada Fundusz Rezerwy Demograficznej na bieżące potrzeby. Platforma w 2013 postąpiła merytorycznie słusznie rozpoczynając proces podnoszenia wieku emerytalnego, ale, jak to ówczesna Platforma, przeprowadziła rzecz arogancko, bez odpowiedniej kampanii wyjaśniającej konieczność zmian i przebieg samego procesu. Poza tym podniesienie wieku emerytalnego powinno oznaczać przystosowanie rynku pracy dla ludzi niemłodych i raczej nie w pełni zdrowych, a w każdym razie nie mających takiej wydolności fizycznej, jak 40-latkowie, a tym to się już zupełnie nikt nie zajmował. Jakoś to będzie to nasze narodowe motto.

Polskich emerytów, a zwłaszcza polskie emerytki, czeka biedna starość.

***

A dzisiaj Mateusz Morawiecki podał trzecie pytanie:

Czy popierasz przyjęcie tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, zgodnie z przymusowym mechanizmem relokacji narzucanym przez biurokrację europejską?

To jest to pytanie, które pierwotnie Jarosław Kaczyński zapowiadał jako jedyne. Jak już pisałem, pytanie to jest bezprzedmiotowe, gdyż wyjaśniło się, że nikt czegoś takiego od Polski nie wymaga. Przeciwnie, to Polska, która przyjęła milion migrantów z Ukrainy, mogłaby się zwrócić do UE o wsparcie.

Ale to PiSowskie pytanie można by rozszerzyć:

Czy oczekując solidarności europejskiej, sami jesteśmy gotowi okazać solidarność innym członkom UE?

Jeśli mowa o nielegalnych imigrantach, to kraje południa Europy, zwłaszcza Włochy i Grecja, zmagają się z ich poważnym zalewem. Brakuje im zasobów dla „obsługi” tych imigrantów i wielokrotnie już zwracały się do pozostałych członków UE o pomoc. Czy Polska – co do zasady, abstrahując od obecnej sytuacji z migrantami z Ukrainy – byłaby gotowa do okazania wsparcia tym krajom, przejmując od nich część migrantów, lub płacąc coś na ich obsługę, albo okazując jakieś inne wsparcie, poza modlitewnym? Moim zdaniem należałoby okazać taką solidarność naszym partnerom, tym bardziej, że my oczekujemy od nich solidarności w innych kwestiach. Bo gdy Włochy – zwłaszcza pod obecnym rządem – dojdą do wniosku, że obsługa tych migrantów zbyt wiele ich kosztuje, mogą na przykład doprowadzić do zniesienia sankcji nałożonych na Rosję, bo tani rosyjski gaz i inne korzyści z handlu ułatwią włoskiemu rządowi finansowanie obsługi migrantów. Polska będzie protestować, ale skoro my nie byliśmy gotowi okazać solidarności Włochom, to właściwie czemu oni mieliby okazywać solidarność nam? Ja bym na miejscu polskiego rządu i polskich narodowych nawiedzeńców poważnie się nad tym zastanowił… A, nie, przepraszam, polscy narodowi nawiedzeńcy na ogół są prorosyjscy 😦

Tak, czy siak, ja w referendum Kaczyńskiego nie zamierzam wziąć udziału. I proszę pamiętać, że PiS za bezcen oddał kontrolę nad Rafinerią Gdańską Saudi Aramco!

Pierwsze pytanie Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński planuje przeprowadzić 15 października, wraz z wyborami parlamentarnymi, referendum, którego głównym celem ma być mobilizacja elektoratu antymodernizacyjnego oraz oszukańcze podniesienie limitów na wydatki kampanijne. Początkowo referendum miało dotyczyć tylko zgody na przymusową relokację uchodźców do Polski. Temat jednak nie chwycił, tym bardziej, że szybko okazało się, że nikt od Polski takiej relokacji nie wymagał. Wobec czego Jarosław Kaczyński zapowiedział, że będzie więcej pytań.

Dziś ogłosił pierwsze z nich:

Czy popierasz wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw?

To paradne, że akurat takie pytanie chce zadać partia, która zasłynęła parcelacją Lotosu i oddaniem za bezcen kontroli nad Rafinerią Gdańską Saudyjczykom, a której premier, pod hasłem „repolonizacji”, zajmował się wyprowadzaniem zysków do podmiotów zagranicznych: Pekao SA, EDF, Polskie Koleje Linowe, Fundacja Czartoryskich (to nawet nie były zyski, tylko darowizna rządu polskiego dla grupki arystokratów!) i jeszcze kilka innych. Była to typowa działalność kompradorska, czyli to, co Morawiecki umie robić najlepiej poza publicznym mówieniem kłamstw.

A ten Lotos trzeba będzie PiSowi wypominać w czasie kampanii referendalnej aż do znudzenia, bez przerwy, przy każdej nadarzającej się okazji, a nawet częściej.

Ja oczywiście w referendum Kaczyńskiego nie zamierzam wziąć udziału.

Ale skoro mnie pytają, to tutaj chętnie odpowiem: Tak, popieram wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw. Uważam, że państwo (i samorządy) w ogóle nie powinny się zajmować działalnością gospodarczą nastawioną na zysk. Nie widzę niczego, w czym własność państwowa miałaby być lepsza od prywatnej, widzę natomiast kilka powodów, dla których własność państwowa jest gorsza:

  • Prowadzenie działalności gospodarczej nie jest celem państwa ani samorządu (ten samorząd będę w dalszych punktach pomijał, ale on tam cały czas w ukryciu w swoim zakresie jest).
  • Państwo nie ma szczególnych kompetencji do prowadzenia działalności gospodarczej.
  • Państwo prowadzące działalność gospodarczą może psuć rynek, wprowadzając regulacje korzystne dla podmiotów państwowych i niekorzystne dla konkurencji. Państwowe instytucje kontrolne i nadzorcze mogą inaczej traktować podmioty państwowe i prywatne.
  • Sympatie polityczne mogą mieć wpływ – a w Polsce obecnie wręcz decydują – o nominacjach na stanowiska menedżerskie w przedsiębiorstwach państwowych. Osoby kompetentne, ale politycznie niesłuszne, są odrzucane, ze szkodą dla przedsiębiorstwa.
  • Istnienie przedsiębiorstw państwowych pozwala na kreowanie tysięcy stanowisk dla pomniejszych działaczy partii rządzącej i ich krewnych oraz lukratywnych synekur dla polityków „chcących sprawdzić się w biznesie”.
  • Państwo może wymuszać na zależnych od siebie przedsiębiorstwach podejmowanie działań motywowanych wyłącznie politycznie, jak kierowanie reklam do mediów sprzyjających rządowi i pozbawianie ich mediów krytycznych wobec władz, zakaz sponsorowania jednych wydarzeń i nakaz sponsorowania innych, a także nakazywać podejmowanie innych działań, zbędnych lub wręcz szkodliwych z punktu widzenia samego przedsiębiorstwa.
  • Istnienie przedsiębiorstw państwowych sprzyja zachowaniom korupcyjnym: My cię mianujemy na lukratywne stanowisko, a ty wpłacisz, formalnie ze swojej prywatnej kieszeni, dotację na fundusz partyjny. Jeśli nie wpłacisz, to cię odwołamy.
  • Przedsiębiorstwo państwowe, jeśli ma pozostać państwowe, nie może być wsparte przez inwestora zewnętrznego, który wniósłby kapitał, know-how i dostęp do nowych rynków, nawet jeśli to przedsiębiorstwo przeżywałoby trudności.

Powyższe odnosi się nie tylko do nominalnych przedsiębiorstw państwowych, których jest bodaj 18 (jak czytam, w 2017 było ich 34 – PiS wyprzedał 16), ale także do przedsiębiorstw formalnie prywatnych, w tym giełdowych, nad którymi państwo jednak zachowuje kontrolę, takich jak Orlen i inne koncerny energetyczne, a także ich spółki zależne.

Ktoś pewnie powie, że państwo powinno zachować kontrolę nad przedsiębiorstwami o znaczeniu strategicznym. No cóż, jeśli nawet, to po pierwsze trzeba by ustalić, które to przedsiębiorstwa. Lista raczej nie byłaby długa. Po drugie, państwo może sobie zabezpieczyć taką kontrolę na inny sposób, za pomocą złotej akcji lub czegoś podobnego, ale bez wpływu na bieżące zarządzanie przedsiębiorstwem, w tym na nominacje na stanowiska od prezesa do sprzątaczki, oraz rezygnując w udziałach z zysku.

I pamiętajcie: PiS za bezcen oddał kontrolę nad Rafinerią Gdańską Saudi Aramco!

Rafineria Gdańska

Gdzie ci mężczyźni

Wydaje się, że Konfederacja może okazać się największym wygranym tegorocznej kampanii wyborczej. Schowała, a przynajmniej niezbyt ostentacyjnie eksponuje swoją mizoginię, rusofilię i konserwatyzm obyczajowy, podkreśla (bardzo uproszczony) liberalizm gospodarczy z domieszką eurosceptycyzmu i nastrojów antyukraińskich. Konfa przyciąga rozmaite grupy wyborców, ale bodaj najwięcej zyskuje wśród młodych mężczyzn.

Dzieje się tak dlatego, że nikt inny, a już zwłaszcza strona liberalno-lewicowa, nie ma dla młodych mężczyzn żadnej szczególnej oferty, żadnej opowieści, która mogłaby ich porwać, zmobilizować.

A dla kobiet wszyscy coś mają.

Prawica: kobieto, dbaj o dzieci i o rodzinę, bo to jest twoje powołanie i twój sposób na okazywanie patriotyzmu. Wszak dzieci to prezenty dla Polski.

Skrajna prawica narodowo-religijna: nie noś spodni, tylko spódnicę, nie idź do pracy, zostań w domu, zajmij się dziećmi, a mąż i Pan Bóg zadbają, żebyście mieli co jeść.

Lewica: walcz o prawa kobiet, niszcz patriarchat, rozbijaj szklany sufit, a także dbaj o planetę i prawa grup wykluczonych.

Liberałowie dość podobnie: samorealizuj się, walcz o prawa człowieka, dbaj o środowisko, rozbijaj szklany sufit.

Wybór jest całkiem spory, a opowieść o walce o prawa człowieka, w wersji lewicowej rozdzielone na prawa kobiet i prawa grup wykluczonych i do nich zresztą ograniczone, może być całkiem porywająca. Ale także docenienie pozytywnej roli macierzyństwa w narracji prawicowej z pewnością dla wielu osób jest budujące.

A co politycy mają do zaproponowania mężczyznom?

Skrajna prawica narodowo-religijna: Bijcie ciapatego, geja, transa i innych zboków, a także lewaka, feminazistkę, libka i ateistę, a jeśli nie bijcie, to na wszelkie sposoby powstrzymujcie, bo oni zagrażają naszym wartościom.

Populistyczna prawica: Bądźcie patriotami, czyli głoście, że Polska zawsze była dzielna, szlachetna i niewinna, niestety, padała ofiarą podstępnych wrogów, którzy od tysiąca lat przeciwko niej knują. Powstrzymujcie ciapatego, geja, transa i innych zboków, a także lewaka, feministkę, libka, Niemca, komunistę, amerykańskich Żydów i brukselskich eurokratów, bo to oni teraz knują.

Liberałowie (Koalicja Obywatelska i okolice): bądź dobrym obywatelem, czyli pracuj wydajnie, przestrzegaj prawa, płać podatki i składki, bo bez tego ten kraj się zawali, no i nie przesadzaj z przemocą. Za to wszystko otrzymasz kiedyś głodową emeryturę, jeśli jej dożyjesz – sorry, taką mamy demografię. Tak, kobiety i niektóre grupy zawodowe mają przywileje emerytalne, dla kobiet są one zresztą per saldo szkodliwe, ale nie, nie ruszymy ich, bo jużeśmy raz próbowali i straciliśmy przez to władzę. Tak więc, drogi mężczyzno, ciężko pracuj i szykuj się na biedną starość, w dodatku raczej krótką.

Lewica: Mężczyźni powinni się swej męskości wstydzić. W męskości nie ma niczego pozytywnego. Męskość jako taka jest patriarchalna, toksyczna i przemocowa. Jedyną rzeczą godną mężczyzny jest stać się sojusznikiem kobiet w walce o ich prawa.

Skrajna lewica: mężczyźni powinni zaniknąć.

A Konfa na to wszystko: mężczyzno, tradycyjne wzorce męskości są dobre, bądź sobą, możesz być, kim chcesz, osiągnąć, co zechcesz, nie słuchaj ideologów z lewa ani z prawa, bo oni chcą cię zbałamucić, wyśmiać, a w dodatku wykorzystać. A jeśli chodzi o emeryturę, to gdy państwo przestanie cię okradać w postaci podatków, ZUSów, FUSów i Bóg wie czego jeszcze, sam sobie na tę emeryturę zarobisz, nie ma żadnego problemu. Jest to prymitywna frazeologia pseudo-liberalna na poziomie Janusza Korwin-Mikke, który nigdy ekonomii nie rozumiał a wolność mylił z anarchią, ale nie przeszkodziło mu się to ogłosić największym liberałem w Polsce, w co niektórzy, niestety, uwierzyli. Ci, którzy uwierzyli Korwinowi w latach ’90, w większości już z tego wyrośli, przychodzą jednak nowe pokolenia, które dają się uwieść tej samej propagandzie w nieco zmienionym entourage’u.

Konfederacja w 2023 uwodzi mężczyzn tak samo, jak PiS w 2015 uwiódł prowincję, mówiąc: jesteście dobrzy, jacy jesteście, nie słuchajcie tych, którzy wam mówią, że musicie się zmienić, to wy jeszcze im wszystkim pokażecie! Tylko zagłosujcie na nas, a my wam zapewnimy błogosławiony spokój trwania w tym wszystkim, co dotąd było.

Jest to możliwe, bo ani liberałowie, ani lewica nie mają żadnej spójnej, ciekawej i akceptowalnej oferty dla mężczyzn, tak, jak nie mieli (i w zasadzie nadal nie mają) żadnej oferty dla polskiej prowincji. I coś z tym trzeba zrobić.

Niestety, nic się nie da zrobić przed najbliższymi wyborami, na to jest już za późno. Ale nie chodzi nawet o najbliższe wybory. Chodzi o coś znacznie ważniejszego: o przyszłość Polski.

Raz jeszcze, migranci

Wszystkie dotychczasowe pomysły PiS na kampanię wyborczą spaliły na panewce. Nie udało się zmobilizować suwerena do obrony Świętego Jana Pawła II przed haniebnymi atakami lewaków (zresztą lewica też się ogarnęła i przestała przesadnie eksponować słabości JPII), ataki na LGBT+, ze szczególnym naciskiem na transseksualistów, budziły raczej śmiech i zażenowanie, nie stając się paliwem wyborczym, 800+, rozbrojone przez Tuska, nie zrobiło na nikim wrażenia, Lex Tusk mające udowodnić, że lider Platformy był ruskim agentem, praktycznie nie weszło w życie. Wojna w Ukrainie nie jest dla PiS „politycznym złotem”, gdyż nasi współobywatele widzą, że pomoc Polski dla Ukrainy jest właśnie pomocą Polski, nie rządu. Wreszcie opowieści o tym, jak potężną armię buduje (na kredyt) PiS, rozbiła jedna rosyjska rakieta, która doleciała aż pod Bydgoszcz i tam sobie przeleżała przez kilka miesięcy, dopóki nie znalazła jej osoba odbywająca konną przejażdżkę po lesie.

PiSowi zostaje tylko straszenie migrantami.

PiS zrobił to już w 2015, skutecznie, ale wówczas sytuacja była zupełnie inna: Przez Europę szła fala 1,5 mln migrantów i zupełnie nie było wiadomo, jak to się zakończy. Strach, że oni dojdą i do nas, mógł być realny. Pisałem wówczas:

Europa zmaga się z największym od wielu lat kryzysem migracyjnym. W Polsce, jak zawsze, nie ma na ten temat żadnej rozmowy. Są tylko manifestacje trybalizmów.

Jeden głosi, że „ciapaci pchają się do Europy, żeby za niemiecki socjal wprowadzać tu szariat”. Według drugiego, „mamy moralny obowiązek przyjąć absolutnie wszystkich, którzy zechcą tu przyjechać, a jeśli ktoś ma co do tego najmniejsze zastrzeżenia, jest odrażającym rasistą”. W Polsce, która jest bardzo ksenofobiczna i nietolerancyjna, ten pierwszy głos słychać donośniej. Ale też zwolennicy drugiego stanowiska są tym bardziej pryncypialni i nie oddadzą nawet guzika. Głosów pośrednich niemalże nie słychać.

Teraz nic takiego się nie dzieje. Pretekstem do rozpętania przez PiS antyuchodźczej histerii był plan UE relokowania imigrantów pomiędzy krajami unijnymi. Polska nie musiałaby nim być objęta, przeciwnie, sama mogłaby na nim skorzystać, gdyż przebywa u nas około miliona migrantów z Ukrainy. Tymczasem, na co słusznie zwróciła uwagę Platforma, rząd PiS wydał dziesiątki tysięcy – o wiele więcej, niż poprzedni rząd PO-PSL – pozwoleń na pracę osobom spoza UE (i spoza Ukrainy), a planował wręcz wydać 400 tysięcy dalszych. PiS, jak we wszystkim innym, wprost ocieka hipokryzją i mam nadzieję, że kwestia migracji nie stanie się dla PiS paliwem wyborczym. Widać jednak, że Polska powinna odbyć poważną dyskusję na temat imigracji.

Od 2015 miały miejsce co najmniej dwa zjawiska, które powinny były przewartościować nasz stosunek do imigracji. Jednym jest wojna w Ukrainie, na skutek której przez Polskę przewinęło się klika milionów uchodźców, z których około miliona wciąż tu jest, a znaczna część z nich zostanie u nas na długo bądź na stałe. Drugim – haniebny płot na granicy białoruskiej i zbrodnicze, niezgodne z prawem międzynarodowym postępowanie naszej Straży Granicznej wobec migrantów usiłujących dostać się do UE z tamtej strony. Część naszych obywateli chwali postawę władz chroniących nas przed „zalewem nielegalnych imigrantów”, część oburza się na nieludzkie postępowanie, ale większości chyba to w ogóle nie obchodzi. A żadnej debaty na temat imigracji, szans i zagrożeń, jakie ona potencjalnie rodzi, w Polsce nie ma.

PiS wzmacnia swój przekaz relacjami z ostatnich zamieszek we Francji, sugerując, że ich sprawcami są niedawni imigranci. To kolejny fałsz.

Faktyczni imigranci, osoby które – oni sami – przybyli do Europy uciekając przed prześladowaniami, wojnami, głodem, katastrofami klimatycznymi czy tylko zwykłą biedą, nie wywołują zamieszek. Jak w każdej dużej grupie zdarzają się wśród nich przestępcy, mogą też być emisariusze radykalnych organizacji religijno-politycznych, ale to są wyjątki. Większość tych ludzi ciężko pracuje, starając się żyć bezpiecznie i w jako-takim dobrobycie. I jeśli nawet dostrzegają, że ich pozycja w kraju osiedlenia jest gorsza, niż pozycja „rdzennych” mieszkańców, to i tak jest ona o wiele lepsza, niż w kraju pochodzenia, więc nie protestują.

Protestują ich urodzone w Europie dzieci i wnuki, mające obywatelstwo swoich nowych ojczyzn, jak teraz i wcześniej we Francji i w innych zachodnich krajach. Wykształcone w publicznych szkołach, gdzie niby-to mówiono im liberté, égalité, fraternité, że wszyscy ludzie są równi, że prawa człowieka i demokracja, po czym okazało się, że w rzeczywistości ich dzielnica jest biedna i zaniedbana, a miasto czy państwo nie widzi sposobu, by to naprawić, szkoła kiepska, o pracę osobom o ich kolorze skóry jest bardzo trudno, doświadczają wykluczenia, perspektyw na zmianę tej sytuacji właściwie nie ma, policja jest do nich uprzedzona i traktuje ich brutalnie, więc większości, której nie uda się zrobić kariery sportowej, artystycznej czy, niekiedy, naukowej, biznesowej lub politycznej, zostaje tylko drobna przestępczość, co potęguje konflikty z policją, a także wykorzystywanie do maksimum publicznych systemów wsparcia, co z kolei budzi niechęć „rdzennych”

Donald Tusk mówi o konieczności prowadzenia przez Polskę świadomej polityki imigracyjnej, bo na razie wszystko idzie na żywioł. A nawet gorzej, panuje chaos. Tusk ma oczywiście rację, ale, powiedzmy, ustalanie kwot zawodowych – tyle pielęgniarek, tyle programistek, tylu budowlańców itd – czy narodowych – tyle osób z Indii, tyle z Kazachstanu, tyle z Azerbejdżanu – nie wystarczy. Nie wolno też popadać w szkodliwe złudzenie, że przybysze „popracują i wrócą do siebie”. Jedni wrócą, inni pojadą gdzieś dalej, ale całkiem dużo z nich zostanie i sprowadzi swoje rodziny. Nie wystarczy też wyrażanie oczekiwania, że przybysze mają się asymilować, co niekiedy, w zależności od kontekstu, brzmi albo idealistycznie, albo ksenofobicznie. To my, „rdzenni”, musimy być przygotowani na przyjęcie obcych.

Nikt tego nigdy wprost nie wypowiedział, ale zdaje się, że ludzie zaczynają rozumieć, że imigracja jest konieczna dla podtrzymania naszej gospodarki, jednak wyobrażają sobie, że naszymi Obcymi będą Ukraińcy i Białorusini, dość łatwi dla nas do zaakceptowania. Także dla nich Polska może być naturalnym kierunkiem emigracji, bo jest blisko, bo oni się od nas fizycznie nie różnią, bo dość łatwo jest im się porozumiewać, bo nasze kultury są bardzo bliskie, bo mamy wspólnego nieprzyjaciela, Rosję. Jednak nie łudźmy się: nie-biali imigranci też się u nas pojawią. Nie tylu, co we Francji, Wielkiej Brytanii czy krajach skandynawskich, ale tylu, że staną się zauważalni. A tym bardziej zauważalne będą ich dzieci. Choćby PiS, Konfa, a nawet niektórzy ludzie uważający się skąd inąd za liberałów, nie wiem jak się nadęli, nic tego nie powstrzyma. Zwłaszcza, że obiektywne powody skłaniające ludzi do emigracji – wojny, katastrofa klimatyczna – nie ustaną, a wręcz będą się nasilać.

I my, Polska, musimy się na to przygotować. Musimy bardzo się starać, aby nie popełnić błędów państw „starej UE”, które doprowadziły do tego, że drugie, trzecie pokolenie imigrantów czuje się wykluczone. Będzie bardzo trudno, bo znacznie łatwiej jest dopuścić do powstania etnicznego getta, niż powstaniu takiego getta zapobiec. Będzie bardzo trudno, bo „rdzennym” mieszkańcom, którzy też mogą mieć problemy z pracą, ze znalezieniem odpowiedniego mieszkania i w ogóle z poruszaniem się w skomplikowanym systemie społecznym, szalenie łatwo jest wmówić, że o, to ci Obcy są wini twojej niedoli. Będzie bardzo trudno, bo Polacy są uprzedzeni do ludzi nie-białych. Będzie bardzo trudno, ale musimy spróbować, musimy się postarać, więc już dziś powinniśmy o tym dyskutować, bo inaczej będzie bardzo źle. Nie za rok, nie za pięć, ale za dwadzieścia, trzydzieści?

A przybysze, zapewne, w jakimś stopniu będą chcieli się asymilować. Zachowując swoją odrębność i swoją kulturę (na co trzeba się zgodzić; problemy mogą pojawić się głównie w obszarze, nazwijmy to, etyki seksualnej: wielożeństwo, zabójstwa honorowe, aranżowane małżeństwa z kuzynami z kraju pochodzenia, obrzezanie dziewczynek – i na żadną z tych rzeczy nie może być pozwolenia), będą się chcieli poczuć częścią tego społeczeństwa. I obawiam się, że to my, „rdzenni”, możemy im to utrudniać. Ze wszystkimi złymi konsekwencjami takiego wyboru.

Bolszewizm

W Polsce oskarżenie kogoś o agenturalność, zwłaszcza na rzecz Rosji, ma najcięższy kaliber moralny. Dlatego strona antypisowska, demokratyczna, wzdraga się przeciwko podnoszeniu takich oskarżeń wobec PiSu, choć sugestie, ale bez stawiania kropek nad i, pojawiły się już w wywiadach z byłymi szefami SKW, generałami Piotrem Pytlem i Januszem Noskiem.

Zdaje się, że Tomasz Piątek wprost oskarża Kaczyńskiego o agenturalność w swojej najnowszej książce Wielkie łowy Kaczyńskiego. Książkę kupiłem, ale nawet jeszcze nie zacząłem jej czytać – mam zaległości na innych polach – więc opieram się na rozmowie Piątka z Jackiem Pałasińskim, będącej promocją tej książki.

Tomasz Piątek mówi, że Andrzej Lepper i Tadeusz Rydzyk byli największymi konkurentami Jarosława Kaczyńskiego do objęcia roli głównego agenta Rosji w Polsce. Z Lepperem Kaczyński stoczył walkę i ją wygrał, z Rydzykiem musiał zawrzeć coś w rodzaju rozejmu czy sojuszu. No ale skoro Lepper i Rydzyk byli konkurentami Kaczyńskiego, to znaczy, że on sam do pozycji głównego agenta Rosji aspirował, by w końcu ją objąć.

Według Piątka, Kaczyński w trakcie swoich rozmów z agentem KGB Alatolijem Wasinem na początku lat ’90 miał uzyskać obietnicę, może wręcz nominację, że w zamian za finlandyzację Polski, czyli strategiczne, geopolityczne podporządkowanie Polski interesom rosyjskim, dostanie on prawo do rządzenia Polską jak chce. Osobiście on, Jarosław Kaczyński, nikt inny (modulo konkurenci, którym pewnie obiecano to samo, a Rosja tylko się przyglądała, który z nich wygra). I próby realizacji tego planu, według Piątka, wyjaśniają wszelkie późniejsze działania polityczne Jarosława Kaczyńskiego.

W tej interpretacji są słabe punkty: po pierwsze, akcesja Polski do militarnych i politycznych struktur Zachodu, NATO i UE, po drugie, werbalna antyrosyjskość Kaczyńskiego. Tomasz Piątek nie mówi o tym w przywoływanej rozmowie, a czy pisze w książce, nie wiem. Ja jednak uważam, że te wątpliwości można łatwo rozwiać.

Jeśli chodzi o deklarowaną antyrosyjskość, sprawa jest wręcz trywialna. Jarosław Kaczyński jest cynikiem, który bez zmrużenia oka powie cokolwiek, nieważne, czy sam w to wierzy, czy nie, byleby uważał, że to mu przyniesie władzę. Polacy są antyrosyjscy, jest to wręcz rdzeń naszej kultury, więc Kaczyński jest werbalnie antyrosyjski. Proste, a na Kremlu to zrozumieją. Przecież to są cyniczni pragmatycy, nie wrażliwi intelektualiści.

Co do przystąpienia Polski do UE, to PiS bardzo długo unikał jednoznacznych deklaracji. Kaczyński poparł akcesję dopiero gdy expressis verbis poparł ją papież, a więc sprawa stała się przesądzona, a sprzeciwianie się słowom największego ówczesnego autorytetu Polaków mogłoby być szkodliwe.

Z NATO rzecz wydaje się bardziej skomplikowana. Z jednej strony PiS chwali się, że to politycy z tego środowiska jako pierwsi zadeklarowali, że celem Polski jest przystąpienie do NATO (Jan Parys, minister w rządzie Olszewskiego), z drugiej Rosja uważa NATO za wroga, więc przystąpienie Polski do NATO jest, na pierwszy rzut oka, trudne do pogodzenia z planami finlandyzacji Polski. No tak, ale w latach ’90 ówcześni przywódcy Rosji doskonale wiedzieli, że NATO Rosji nie zagraża, sama Rosja nie przejawiała tendencji ekspansjonistycznych i podejmowała jakieś próby demokratyzacji, a rosyjscy analitycy zapewne przewidywali stopniowy uwiąd NATO. (I kto wie, może i NATO by uwiędło, gdyby nie napaść Rosji na Ukrainę.) W tej sytuacji przystąpienie państw środkowoeuropejskich, które wyrwały się spod dominacji ZSRR, do NATO mogło być dla Rosji porażką prestiżową, ale nie stanowiło realnego zagrożenia, więc można było odpuścić. (Dla porządku przypomnę, że Tadeusz Rydzyk i jego media konsekwentnie, aż do samego końca, sprzeciwiały się przystąpieniu Polski tak do NATO, jak i UE.) Widzimy zresztą obecnie na przykładzie Węgier, że można jednocześnie być członkiem NATO i prowadzić prorosyjską politykę. I to w sytuacji wojny w Ukrainie.

Tak więc język Kaczyńskiego i postawa PiS wobec akcesji Polski do UE i NATO tak naprawdę nie pozostają w sprzeczności z hipotetycznym planem finlandyzacji w zamian za pełnię władzy nad Polską.

Były to jednak argumenty adwokata diabła. Ja bowiem nie uważam, że PiS to rosyjska agentura, a Kaczyński jest zadaniowany z Moskwy. Po prostu cele Kaczyńskiego są zbieżne z interesami Kremla, a on bez najmniejszych skrupułów z rosyjskiego wsparcia korzysta, być może szczerze uważając się przy tym za przeciwnika Rosji. Jarosław Kaczyński ma się za człowieka tak inteligentnego, bystrego i przebiegłego, że sądzi, iż on zawsze Rosję przechytrzy.

Kaczyński, jak Putin, jest przeciwnikiem demokracji, wolności, westernizacji, którą utożsamiają z zachodnią zgnilizną, równouprawnienia, rządów prawa i obywatelskiej kontroli nad poczynaniami władzy. Kaczyński jest przeciwnikiem Unii Europejskiej a nawet NATO, bezpieczeństwa Polski upatrując wyłącznie w gwarancjach amerykańskich. Kaczyński, jak Putin, jest za centralizmem i uważa, że władza ma prawo narzucać obywatelom co mają myśleć i jak żyć, obywatele zaś powinni być władzy posłuszni, bo przecież władza wie lepiej i robi wszystko dla dobra Narodu. Nie wiem, czy Kaczyński myśli, że Polska ma jakąś szczególną rolę dziejową do odegrania, ale nie sprzeciwia się takim głosom wychodzącym z kręgów kościelno-nacjonalistycznych, gdyż w swojej nieogarnionej pysze uważa, że to jemu jednemu, Jarosławowi Kaczyńskiemu, Pan Bóg, Weltgeist lub jego własna wybitna inteligencja objawiły, jak Polska ma być urządzona i jaką rolę ma odegrać i żadne wahania ani wątpliwości w tym zakresie wręcz nie mogą być dopuszczalne. To nie jest przesada ani figura retoryczna. On naprawdę tak myśli.

Kaczyński myślałby to wszystko i bez Putina, gdyż wychował się i mentalnie ukształtował w czasach gomułkowskich. Rozumiał je i dobrze się w nich czuł, miał jedynie pretensje, że władza narzuca obywatelom poglądy szkodliwe, ale już to, że władza w ogóle rości sobie prawo do narzucania innym poglądów, nie budziło jego oporów. Niestety, Kaczyński w tym stanie umysłowym skostniał, zamarł. Jarosław Kaczyński jest antykomunistycznym bolszewikiem.

Kaczyński rozmawiał z Wasinem nie po to, aby otrzymywać instrukcje czy nawet obietnice, ale dlatego, że go to dowartościowywało. Jarosław Kaczyński jest bowiem człowiekiem straszliwie zakompleksionym. Uważa się za bardziej inteligentnego i wartościowego od innych i nie może znieść, że nie jest powszechnie doceniany. Skoro więc Wasin, uchodzący za głównego agenta KGB w Polsce, chciał rozmawiać właśnie z nim, to znaczy, że Wasin go docenił! Kaczyński zapewne racjonalizował sobie rozmowy z agentem KGB w ten sposób, że myślał, iż to on od niego wyciąga informacje. Kaczyński jest przecież taki bystry, taki chytry, cóż to dla niego taki Wasin.

Z tego kompleku Kaczyńskiego wynika i to, że obecnie tak wielką przyjemność sprawia mu pomiatanie przeciwnikami, upokarzanie ich.

Kaczyński byłby więc, jaki jest, i bez Putina, a Putin Kaczyńskiego jedynie wykorzystuje. Jednym ze strategicznych celów putinowskiej Rosji jest osłabienie, docelowo wręcz rozbicie Unii Europejskiej, a Polska rządzona przez Kaczyńskiego i jego PiS doskonale się do tego nadaje. Putin wspiera rządy PiS, bo wie, że drugiego takiego faktycznie prorosyjskiego rządu w Polsce nie będzie, no chyba, że powstałby rząd złożony z Grzegorza Brauna, Janusza Korwin-Mikke, Antoniego Macierewicza, zmartwychwstałego Kornela Morawieckiego i Tadeusza Rydzyka jako kierownika Urzędu Do Spraw Wyznań, na co się jednak nie zanosi. Rosja wspiera więc rząd PiS pomagając dyskredytować jego przeciwników, uruchamiając farmy trolli działające przeciwko polskim ugrupowaniom demokratycznym, podrzucając taśmy kelnerów, pozwala jednemu czy drugiemu dorobić się na handlu surowcami i robi mniejsze prezenty, w rodzaju podarowania Glapińskiemu willi za pół-darmo. Kaczyński, jak przypuszczam, zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę, ale bez oporów wszystkie te podarki przyjmuje, o ile tylko pomagają mu zdobyć i utrzymać władzę. Pecunia non olet. On by z samym diabłem zawarł pakt w zamian za władzę, myśląc, że koniec końców on tego diabła przechytrzy.

Co oczywiście nie oznacza, że w rządzie PiS i w otoczeniu Kaczyńskiego nie ma prawdziwych rosyjskich agentów – szpiegów i agentów wpływu. Rzecz jasna są. Kategorię samą w sobie stanowi tu Antoni Macierewicz, zresztą też nie rosyjski agent, który nie jest człowiekiem PiSu, a jedynie uznał PiS za wehikuł do realizacji swojej obłąkanej agendy; może napiszę o tym oddzielnie. Jednak PiS jako całość i osobiście Jarosław Kaczyński nie są tworami Rosji, agentami Rosji, nie są z Rosji zadaniowani. Po prostu cele PiS i cele Rosji są zbieżne, gdyż wynikają z tej samej wizji świata, chorej i anachronicznej. Przy czym werbalnie Kaczyński i inni wyżsi działacze PiS są antyrosyjscy, po pierwsze dlatego, że polskie społeczeństwo jest antyrosyjskie, po drugie, gdyż są skrajnymi nominalistami. Dla nich liczy się to, co zostanie nazwane, nie to, co się dzieje. Dlatego nie przeszkadza im robienie interesów z Rosją, przeszkadza zaś, że Tusk i Sikorski starali się blokować pewne antyzachodnie poczynania Rosji, oficjalnie odnosząc się do Rosji jak do normalnego państwa.

***

Powiada się, że kryterium prorosyjskości/antyrosyjskości rządu PiS jest jego stosunek do wojny w Ukrainie. O tym z pewnością napiszę oddzielnie.

Krzywoprzysiężca

Polska przestaje być krajem demokratycznym. Podpisując Lex Tusk, pan Andrzej Duda złamał swoją przysięgę na wierność Konstytucji w najbardziej jaskrawy, wręcz wyuzdany sposób w swojej dotychczasowej karierze. A pamiętajmy, że on już wcześniej wysoko postawił poprzeczkę. Od dziś w Polsce pan Andrzej Duda zasługuje wyłącznie na wieczystą hańbę i pogardę, a w przyszłości, mam nadzieję, na Trybunał Stanu.

Przy okazji rozwiały się chyba wszystkie nadzieje pana Andrzeja Dudy na jakieś istotne stanowiska międzynarodowe po zakończeniu kadencji. No, chyba że coś w Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej się znajdzie, lub w Szanghajskiej Organizacji Współpracy.

Randomowy obrazek z internetów

A ty, Zosiu…

Moja mama, Mama Zosia, była redaktorem w Wydawnictwie Literackim. Brała dużo dodatkowej pracy do domu i siedziała nad nią do późna, choć jej się strasznie nie chciało. Zaganiała samą siebie do pracy frazą A ty, Zosiu, do książeczki!, co było cytatem z wiersza Marii Konopnickiej:

Zosia i jej mopsy

Nie wiem z jakiego przypadku
Wzięła Zosia mopsy w spadku.

Odtąd niema nic dla Zosi,
Tylko mopsy. To je nosi,
To je goni, to zabawia,
To je na dwóch łapkach stawia,
To przystroi oba pieski
W fontaź suty i niebieski.
To im niesie przysmak świeży,
A książeczka — w kącie leży.

Mama prosi, mama łaje…
Zosia nic… Jak tylko wstaje,
Zaraz w domu pełno pisku:
Mops umaczał nos w półmisku,
Mops Julkowi porwał grzankę,
Mops stłukł nową filiżankę,
Mops na łóżko skoczył taty,
Mops zjadł szynkę do herbaty.

Aż też mama rzekła: — basta!
I wysłała mopsy z miasta
W dużym koszu pełnym sieczki…
— A ty, Zosiu, do książeczki!

Moja mama jeszcze zanim ja się urodziłem. Potem to dopiero było!