Embodied cognition

W najnowszej Gazecie Wyborczej (Świątecznej) ciekawy wywiad z dr. Dawidem Wienerem z Zakładu Logiki i Kognitywistyki UAM. O tym, że dziś, w czasach natłoku informacyjnego, nasze mózgi działają inaczej, niż dotąd: mózg „oszczędza siły” i przetwarzając informacje, nie uruchamia struktur odpowiedzialnych za empatię, o ile informacja nie dotyczy nas osobiście. Podejrzewa się także, iż mózgi dzieci, wychowywanych przez telewizor, komórkę i komputer podłączony do sieci, rozwijają się inaczej, pod pewnymi względami działają jak mózgi osób dotkniętych autyzmem. Wszystko to jest bardzo frapujące, mnie jednak zainteresował pewien poboczny fragment:

…kontakt z książką, która pachnie i szeleści, jest dużo bardziej stymulujący. Czytanie to poniekąd poznanie ucieleśnione – embody cognition [tak w oryginale] – najbardziej naturalny i skuteczny sposób poznawania świata. Dowodem może być prosty eksperyment: dwie klasy, ten sam program. W jednej korzystano z książek, w drugiej z laptopów i tablicy świetlnej. I co? Uczniowie z elektronicznej klasy mieli problemy z wykorzystaniem wiedzy w praktyce.

„Embody” to chyba pomyłka, to nawet nie ma sensu gramatycznie. Zapewne chodzi o Embodied cognition. O ile kognitywistyka budziła dotąd u mnie podejrzliwość, gdyż podczas moich – nielicznych – kontaktów z tą dyscypliną odniosłem wrażenie, że jest to jakieś ponowoczesne bicie piany (sieci neuronowe dowodem na to, że Boga nie ma), o tyle wskazany tekst wygląda sensownie i będę się musiał z nim lepiej zapoznać (a także z tym). Mnie jednak zafrapował króciutki opis eksperymentu z dwiema klasami, „konwencjonalną” i „elektroniczną”. Widzę to bowiem w kontekscie dyskusji na temat nauczania (wykładania) przedmiotów informatycznych w dobie prezentacji komputerowych. Wykładowca przygotowuje swoje wykłady w postaci elektronicznej, wyświetla je studentom, potem udostępnia w sieci – w efekcie studenci często na wykładzie się nudzą, chodzi ich niewielu, ale potem egzamin zdaje o wiele więcej. W zeszłym roku dochodziło już nawet na naszym Wydziale do scysji pomiędzy pewnymi wykładowcami (na szczęście – jeszcze? – nie dotyczyło to mnie-wykładowcy) a studentami, którzy twierdzili, że takie wykłady to strata czasu. Ja nawet studentów poniekąd rozumiem, po co słuchać czegoś, co można in extenso przeczytać w sieci. Wykład prezentowany z komputera to nowoczesna forma przysłowiowego odczytywania skryptu przez wykładowcę; jedyna różnica polega na tym, że skrypt nie jest stary, może być (i często jest) co roku uaktualniany. Z drugiej strony trzeba spróbować zrozumieć i wykładowcę: starał się, zrobił slajdy najlepiej, jak umiał, zawarł w nich potrzebą wiedzę, wyświetlił slajdy, a potem opublikował je w sieci. Cóż jeszcze można było zrobić?! No, ja na swoich wykładach zawsze staram się mówić więcej i inaczej, niż jest na slajdach, staram się tłumaczyć, ale czy mam prawo oczekiwać tego od wszystkich wykładowców, także tych, którzy przygotowując swoje elektroniczne wykłady, naprawdę, naprawdę się przyłożyli?

Teraz jednak czytam, że w klasie „konwencjonalnej” wyniki były lepsze, niż w klasie „elektronicznej”. Czy w kontekscie wykładów na studiach wyższych miałoby to oznaczać, że studenci, którzy muszą słuchać i notować, więcej zrozumieją? Że ten element fizycznej interakcji z rzeczywistością (embodied cognition!), jaką jest zapisywanie, pozwala więcej zrozumieć? Natomiast bierne śledzenie gotowych prezentacji sprawia, że do słuchaczy mniej dociera? A może raczej chodzi o to, że wykładowca, który nie ogranicza się do wyświetlania następnych slajdów (ekranów), łapie lepszy kontakt ze słuchaczami i czuje, co powinien lepiej wytłumaczyć? Jedno i drugie brzmi sensownie. Prof. Staruszkiewicz zawsze twierdził, że na wykładach kursowych wszystko powinno się przeliczać ręcznie, tylko kreda i tablica. No dobrze, ale co z rysunkami (moja pierwotna motywacja do przygotowywania wykładów w formie elektronicznej) i skomplikowanymi przykladami, których nie można zrobić na bieżąco podczas wykładu? Nie wiem. Wiem natomiast, że nad dydaktyką w dobie komputera, beamera (i „klikera„), trzeba się poważnie zastanowić.

Pomysł: a może nasz Wydział mógłby zorganizowac konferencję na temat nowoczesnej dydaktyki informatyki na poziomie wyższym?

Chamstwu w życiu…

Prasa pełna jest dyskusji o chamstwie w polskim internecie. Zaczęła Polityka, ale później wielkie poruszenie wywołała sprawa Doroty Świeniewicz. W związku z tą sprawą dzisiaj w Wyborczej Jacek Żakowski domaga się jakichś form kontroli nad wypowiedziami na forach największych portali; Michał Olszewski i Paweł Wujec odpowiadają, że byłaby to forma cenzury, z którą to konstatacją ja się zgadzam. Swoje dokłada też Newsweek. Słowem, jest strasznie, donoszą media.

Jest prawdą, iż internetowe chamy są w polskim internecie aż nadto widoczne i w każdej dłuższej dyskusji pewna ilość wyzwisk i obelg musi się pojawić. Warte przeanalizowania – poważnego przeanalizowania – byłoby to, czy polski internet jest pod tym względem szczególnie osobliwy (powszechna opinia jest, że tak, ale łatwo można znaleźć przykłady straszliwego chamstwa i obelg na forach anglojęzycznych), a jeśli tak, to dlaczego. Moim zdaniem jest to pochodna tego, iż Polaków nikt nie uczy dyskusji, więcej, że dyskusja, ścieranie się racji, nie cieszy się w Polsce szacunkiem. Nie chodzi mi nawet o formalne ćwiczenia grzecznych uczniów elitarnych liceów czy studentów prawa. Chodzi o samą zasadę. W Polsce „dyskusja” oznacza próbę całkowitej dyskredytacji, nieledwie unicestwienia przeciwnika. Nie można wymieniać argumentów, to bowiem zakłada, że przeciwnik może mieć jakąś cząstkową rację, przyznanie zaś choć takiej racji oponentowi byłoby strasznym dyshonorem, oznaką słabości, czymś nie-do-po-myś-le-nia. Nie możemy też zakładać dobrej woli naszego oponenta, przecież on nas pragne zniszczyć równie mocno, jak my jego. W dodatku nagminnie stosowana jest zasada pars pro toto: My, cokolwiek „my” oznacza, jesteśmy doskonali w każdym calu, najmniejsze uchybienie naszej doskonałości zburzyłoby cały nasz argument. Na odwrót, „oni” nie dość, że nie mają racji, to na dodatek są fizycznie i moralnie obrzydliwi. Dla komuny przeciwnik polityczny nie był po prostu przeciwnikiem, musiał być „zaplutym karłem”. Ale ośmiel się powiedzieć, że za komuny zdarzyło się coś pozytywnego – cokolwiek, typu likwidacja analfabetyzmu – a ipso facto ogłosisz się zwolennikiem Stalina, mordu katyńskiego, zabójstwa księdza Popiełuszki i ubeckiego donosicielstwa.

Celem dyskusji jest więc zniszczenie, a co najmniej zohydzenie oponenta. Często brakuje argumentów, pozostaje jedynie bogaty arsenał środków zohydzających, a że argumenty się, w gruncie rzeczy, nie liczą, pozostają zniewagi. I takie właśnie osoby są szczególnie widoczne w internecie. W efekcie jeśli jesteś przeciwnikiem PiS, jesteś platfusem, popaprańcem, sprzedawczykiem, brak ci patriotyzmu. Rzecz jasna, jeśli jesteś zwolennikiem PiS, jesteś pisiorem, kartoflem, moherem i liżesz d… Rydzykowi. Tylko skrajności są dopuszczalne.

Na to nakłada się polskie przewrażliwienie, związane, moim zdaniem, z bardzo niskiem poziomem zaufania i z obroną integralności naszego wizerunku. Podświadomie każdą uwagę krytyczną, nawet uprawnioną i wygłoszoną bez złych intencji, traktuje się jak obelgę. Dla przykładu, autorka artykułu w Newsweeku powiada, że pani Świeniewicz, która po przerwie wróciła do kadry siatkarek, poczuła się niezwykle dotknięta internetowym komentarzem

Absolutnie nie rozumiem tej decyzji. Budowanie kadry trener rozpoczyna od wypalonej zawodniczki?!

Komentarz nie jest dla pani Świeniewicz przychylny, ale nie jest chamski ani obraźliwy; ja go w każdym tak nie odbieram. Ktoś uważał, że pani Świeniewicz jest psychicznie lub fizycznie wypalona, więc to napisał. Miał do tego prawo. A gdy pani Świeniewicz w końcu z płaczem zrezygnowała z gry w reprezentacji i pojawił się komentarz (wciąż cytuję za Newsweekiem)

Jest słaba psychicznie i dobrze, że sobie poszła

pani Świeniewicz nazywa to „maniakalnymi atakami”. Bez przesady. Komentarz, znów, jest nieprzychylny, krytyczny, ale nie jest chamski, wulgarny czy też maniakalny.

Przy czym nic do pani Świeniewicz nie mam, nie oceniam ani jej gry, ani osoby, używam tego przykładu tylko do zilustrowania tezy, iż niewątpliwe chamstwo potęgowane jest przez przewrażliwienie, każące za chamstwo brać wszelką krytykę.

Tym niemniej, chamstwo w polskim internecie jest. Chamstwu w życiu należy się przeciwstawaić siłom i godnościom osobistom, jak głosi klasyk polskiego kabaretu. Proponuję godność. Pisuję w sieci już od tak dawna, że niejedno widziałem, niejednego doświadczyłem i mogę się podzielić moimi światłymi uwagami.

  1. Jeśli chcesz kogoś – osobę publiczną lub współuczestnika dyskusji – skrytykować, do czego masz prawo, nie uciekaj się do obelg. Niech twoja polemika będzie merytoryczna. Nie porównuj przeciwnika do Hitlera, Stalina, Rydzyka et consortes. Niech twoim celem będzie przekonanie przeciwnika lub milczącej publiczności, nie zaś unicestwienie go.
  2. Nie odpowiadaj na zaczepki. Jeżeli ktoś rzuci w ciebie stekiem obelg, zignoruj to. Nie odpowiadaj podobnymi obelgami. Nie wdawaj się w pissing contest.  Ale też nie wylewaj żalów w równoległych wypowiedziach. Wszysto to sprawia radość temu, kto cię zaatakował, świadczy o tym, że zaczepka cię dotknęła. Nie dawaj mu tej satysfakcji. Jest szansa, że atakujący, którego ataki trafiają w próżnię, zabierze swoje zabawki i pójdzie do domu. Możesz natomiast zgłosić abuse, ale nie trąb o tym na forum.
  3. Broń kultury dyskusji. Jeżeli ktoś chamsko atakuje kogoś innego, nie ciebie, stanowczo, ale grzecznie i bez obelg napisz, że nie życzysz sobie takich wypowiedzi. Jeśli pissing contest już się rozpoczął, napisz to pod adresem wszystkich uczestników „sporu”, także tych, z którymi skądinąd sympatyzujesz. Zrób to raz, a potem cały ten wątek ignoruj. Możesz zgłosić abuse.
  4. Jeżeli ktoś habitualnie atakuje twoje wypowiedzi, co prawda nie używając wyzwisk, ale robiąc to przy każdej nadarzającej się okazji, należy się domyślać, że celem tej osoby nie jest polemika, tylko zniszczenie ciebie. Zaatakowany (bez wyzwisk!), raz i drugi możesz podjąć dyskusję, zakładając dobrą wolę przeciwnika. Uparte ataki mogą jednak świadczyć o braku dobrej woli. W takim wypadku wyjście jest tylko jedno: ignoruj tę osobę.
  5. Nigdy nie dyskutuj z trolami!
  6. Jeśli prowadzisz dyskusje na Usenet lub też otrzymujesz wrogie listy na prywatny adres, naucz się obsługiwać kill file, filtrujący wypowiedzi osób próbujących cię zaatakować. To bardzo poprawia samopoczucie i jest zinstytucjonalizowaną formą ignorowania tych, którzy cię niesprawiedliwie atakują. W wypadku otrzymywania wielu obelżywych listów prywatnych, zgłoś abuse.
  7. Nie domagaj się wprowadzenia cenzury po każdym ataku skierowanym przeciwko tobie.

  8. PS. Dopuszczaj możliwość przegranej w dyskusji. Może dasz się przekonać? A może i ty, i twoi oponenci pozostaniecie przy swoim zdaniu? Nic wielkiego się nie stanie.

No cargo

To zadziwiające, ale odkąd Anuszka napisała o kulcie cargo, a ja wdałem się z nią w dyskusję, coraz częściej dostrzegam coś, co da się w tych kategoriach zakwalifikować. Oto w dzisiejszym Newsweeku Grzegorz Kostrzewa-Zorbas pisze (Newsweek jeszcze nie daje tego w wersji elektronicznej):

Sprawę tarczy antyrakietowej rozegraliśmy źle. Nie powiedzieliśmy jasno, że nie chodzi nam o instalację militarną, ale o amerykańskie gwarancje dla Polski.

To moja teza. Liczą się długoterminowe gwarancje amerykańskie, zgoda na tarczę miała tylko przekonać Amerykanów do udzielenia takowych gwarancji. Pisałem też, że kładzenie przez władze Polski całego nacisku na tarczę antyrakietową, może okazać się chybioną inwestycją. No i proszę, Amerykanie się z budowy tarczy – a przynajmniej z budowy tarczy w Polsce – wycofują, a myśmy nie uzyskali ani gwarancji długoterminowych, ani korzyści doraźnych, cargo. Przy czym powtarzam, długoterminowe gwarancje amerykańskie dla Polski to nie jest cargo, tylko najżywotniejszy strategiczny polski interes narodowy, tu zdania nie zmieniłem. I Polska będzie na te gwarancje musiała ciężko zapracować.

Kostrzewa-Zorbas pisze dalej

Wstrząsem dla Polaków może okazać się koniec epoki nieustannego, wręcz należącego się nam – prymusom Europy Środkowej – rozwoju i awansu.

No właśnie, jest jasne, ba, jest oczywistą oczywistością, że przedstwiciele cywilizacji bardziej rozwiniętej (Stany, Europa Zachodnia) powinni – i będą! – dostarczać przedstawicielom cywilizacji gorzej rozwiniętej dóbr wszelakich, tylko dlatego, że oni to oni, a my to my. To jest kult cargo w postaci czystej.

Widzę, że przynajmniej część polskich polityków zaczyna myśleć o międzynarodowej roli Polski i czekających ją zadaniach w sposób nie-magiczny. To dobrze.

Rosja w NATO?!

Informacja z paska w TVN24:

Administracja Obamy nie wyklucza członkostwa Rosji w NATO.

O proszę, tu jest link:

W ten sposób Waszyngton chce doprowadzić do poprawy relacji z Moskwą.

Pomijam już anglicyzm „relacje” (tylko proszę się mnie nie czepiać, że niekiedy to słowo nie jest anglicyzmem – wszystko zależy od kontekstu), chodzi o meritum. Rosja w NATO to byłby chichot historii – przypomnijmy sobie formalny powód powstanie Układu Warszawskiego (odrzucenie kandydatury ZSRR do NATO, czego Sowieci zażądali po przyjęciu do NATO Niemiec Zachodnich). Zarazem postawa „administracji Obamy” dowodzi, że – jak wielu się obawiało – they don’t have a clue odnośnie do roli Rosji w Europie Środkowej i Wschodniej. Choć z drugiej strony, czy oczywisty dla nas pogląd, że Stany powinny zawsze i bez wyjątku zwracać uwagę na nasze oczekiwania, jeśli chodzi o ich politykę zagraniczną, nie jest przejawem kultu cargo

Kult cargo

Anuszka dwa razy napisała ostatnio o kulcie cargo: raz na Młodym Fizyku, drugi raz na prywatnym blogu swoim i męża. W tym drugim wypadku Ani chodzi o zabiegi polskich polityków mające na celu instalację amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce. Ania uważa to za bezsensowny objaw kultu cargo, magiczny apel do Stanów, aby

zaczęły znów przystawać do [polskich] kolorowych marzeń z lat komunizmu: By były dla nas bezinteresownym dobrym wujkiem, dawcą wszelkich łask i ziemią obiecaną.

Dla Anuszki jest to

coś w rodzaju zabobonnej wiary w bóstwo, które uchroni nas od katastrof, jeżeli złożymy mu odpowiednio dużo darów ofiarnych, wypalimy odpowiednio dużo kadzidła i spełnimy jego rytualne oczekiwania.

Ja, jak to pisałem i w komentarzach do wpisu Anuszki, i wcześniej na tym blogu, uważam, że zabieganie przez Polskę o militarną przychylność Ameryki jest uzasadnione, choć nie jestem pewien, czy akurat tarcza antyrakietowa (nie działa, sami Amerykanie nie wiedzą, czy jej chcą, nawet gdyby działała) jest najlepszym na to sposobem. Ania się ze mną nie zgadza i nie widzi powodów, dla których akurat Polska miałaby o szczególne względy Ameryki zabiegać. Ja obstaję przy swoim, aczkolwiek zastanowiwszy się nad tym chwilę, muszę przyznać, że Anuszka po części ma rację.

Kult cargo pojawia się po zetknięciu cywilizacji rozwiniętej i prymitywnej; przedstawiciele tej prymitywnej oczekują, że ci rozwinięci zapewnią im wszystkie dobra. Otóż niektórzy politycy i znaczna część opinii publicznej w Polsce zachowuje się tak, jakby w istocie wyznawali kult amerykańskiego cargo – przypomnijmy sobie to irracjonalne oczekiwanie, a potem głośno wyrażane uczucie bolesnego zawodu, że Amerykanie nas dozbroją, wyszkolą, za bezcen sprzedadzą super nowoczesną broń, zniosą wizy i jeszcze zainwestują w offset. Dlaczego? Jak to, czyż trzeba jakichś powodów?! Przecież oni są A-m-e-r-y-k-a-n-a-m-i, a my Polakami! Tylko tyle i aż tyle.

Paradoksalnie, to ci polscy politycy, którzy są świadomi, iż na przychylność i wojskową pomoc Ameryki trzeba sobie zasłużyć – wysyłając polskich żołnierzy do Iraku i Afganistanu, nie zważając na wściekłość Rosji okazując gotowość do przyjęcia tarczy antyrakietowej – nie są wyznawcami kultu cargo. 

A najlepiej się sprawie Polski przysłuży przekształcenie Polski w kraj cywilizowany – do czego nam, niestety, wciąż daleko.

NBP i jego miliardy

Dzisiejsza prasa donosi, że Tusk obiecuje nie podnosić podatków, jeżeli prezydent nie będzie czynił obstrukcji. Jak rozumiem, spornym problemem jest między innymi wypłata zysku z NBP. Tusk liczy na 10 miliardów dla budżetu, ale prezes Skrzypek powiada, że wpłaty nie będzie, bo nie będzie zysku. NBP musi bowiem tworzyć rezerwy na stabilizację kursu złotego, do czego zobowiązuje go ustawa. Tusk chciałby więc ustawę zmienić, a prezydencka obstrukcja, której Tusk chciałby uniknąć, miałaby polegać na zawetowaniu zmian.

Podatki to sprawa trudna i ja nie umiem merytorycznie powiedzieć kto ma rację, Tusk czy Skrzypek. Podniesienie podatków jest z jednej strony przykre i, co ważniejsze, tłumi popyt wewnętrzny i inwestycje, ale z drugiej strony może ta rezerwa stabilizacyjna by się jednak przydała? Gdyby bowiem, uchowaj Boże, Polska padła ofiarą kolejnego ataku spekulacyjnego, słono byśmy za to zapłacili. Czy informacja o tym, że NBP rezygnuje z tworzenia rezerw nie jest zachętą do takiego ataku? Tak sobie tylko gdybam, jestem wszak fizykiem, nie ekonomistą.

Boję się trochę, że Tusk chce uniknąć podnoszenia podatków głównie dlatego, żeby nie osłabić swoich szans w wyborach prezydenckich, a to już byłoby niebezpieczne. No, nie wiem, nie wiem…

Nonsensy Majcherka

We wczorajszej Gazecie Wyborczej Janusz A. Majcherek, publicysta, którego dotąd bardzo ceniłem, napisał nonsensowny artykuł o szkodliwości nauczania matematyki i fizyki. Polecam komentarze do tego artykułu na Młodym Fizyku i w blogu Edwina Bendyka.

Zapisuję w dziale „kryzys”, bo tekst Majcherka dowodzi poważnego kryzysu myślowego u tego autora.

P.s. Po wprowadzeniu nowej kategorii, przeniosłem do działu Edukacja.

Panie Premierze Tusk!

Odejście Olechowskiego z Platformy zdaje się przesądzać sprawę: Kandydatem Platformy Obywatelskiej na urząd prezydenta będzie Donald Tusk. Tak to przedstawiają media, na przykład dzisiaj Onet, który cytuje Palikota, relacjonującego swoją rozmowę z Olechowskim:

Jedyne, czego oczekiwał Olechowski, to otrzymanie propozycji kandydowania na urząd prezydenta z list Platformy Obywatelskiej.

Ja to rozumiem. Sam także sugerowałem, że Olechowski mógłby być dobrym kndydatem Platformy, myślę, że lepszym, niż Tusk, choć nie tak dobrym, jak Buzek. Olechowski zapewne sam przeprowadził podobną analizę (może pomijając ostatnią część zdania). Niestety, cytując dalej Onet,

Start Olechowskiego w wyborach prezydenckich [z poparciem Platformy] wykluczyłby z nich Donalda Tuska. Odpowiedź Platformy była więc oczywista.

Wygląda więc na to, iż start Donalda Tuska traktuje się w Platformie jako oczywistą oczywistość. To bardzo niedobrze. Pisałem już, dlaczego uważam, iż znacznie lepiej byłoby, gdyby Tusk był premierem przez dwie kolejne kadencje Sejmu (i ewentualnie później kandydował na prezydenta), niż gdyby miał kandydować już w roku 2010.

Jacek Żakowski w dzisiejszym komentarzu także pisze, że Tusk nie powinien kandydować na prezydenta, może natomiast być premierem także przez następną kadencję parlamentarną. Żakowski argumentuje inaczej niż ja, pisze, że wiele osób głosuje na Platformę nie dlatego, że popierają tę partię, ale dlatego, że Platforma jest jedyną zaporą przez powrotem PiSu.

Nawet ci, którzy rok temu byli za Platformą i Tuskiem całym rozumem i sercem, dziś uzasadniając swój wybór, mówią zwykle: „A co, mam głosować na PiS?”. Punktem zwrotnym była tu wymiana ministra sprawiedliwości. Wtedy wiara w PO zaczęła się rozrzedzać. Platforma może jednak rządzić jeszcze długo. Może wygrywać wybory i formować rządy. Nawet jeżeli będzie rządziła w sposób tak niezborny jak dotąd. Ale przywilej bezalternatywności nie dotyczy jej szefa jako kandydata w wyborach prezydenckich.

Żakowski celnie zauważa, że wyrzucenie Ćwiąkalskiego (ze strachu przed krytyką ze strony PiSu) było największym błędem Tuska. Sam Tusk natomiast może przegrać z „tym trzecim”, jeśli tylko będzie to kandydat dostatecznie poważny.

Hasło: „Odsunąć Kaczora” do zwycięstwa nie starczy.

Żakowski nie wyciąga jednak ze swojej analizy ostatecznych wniosków. Otóż możliwa przegrana Tuska w wyborach prezydenckich byłaby dla niego osobistym upokorzeniem (którego mu nie życzę!), ale podcięłaby skrzydła nie tylko jemu, ale i całej Platformie. To zaś zaszkodziłoby Polsce, bo Platforma, jak pisałem, stanowi jedyną tarczę przed arcyszkodliwym PiSem. No i wciąż można mieć nadzieję, że Platforma jest, mimo wszystko, partią promodernizacyjną. Tusk, kandydując na prezydenta, ryzykuje więcej niż swoją osobistą karierę.

Dlatego apeluję: Panie Premierze Tusk! Może Pan być dobrym premierem jeszcze przez sześć lat. To byłoby dla Polski lepsze, niż Pański start w wyborach prezydenckich w przyszłym roku. To byłoby także lepsze dla Pana, bo historia zapamiętałaby Panu, że poświęcił Pan swoje osobiste ambicje dla dobra Polski. Panie Premierze! Niech się Pan zastanowi, póki nie jest jeszcze za późno, proszę…

Rozbieżność skal

Przeczytałem wywiad, jakiego GW udzielił George Soros (internetowa Gazeta daje w tej chwili tylko skrót), a także rozważania nad zgubnymi skutkami matematycznego analfabetyzmu. Soros straszy i zaleca dodatkowe regulacje rynku, co w ustach niegdysiejszego czołowego spekulanta brzmi nieco zabawnie (czyżby Szaweł stał się Pawlem?), artykuł o matematycznym analfabetyzmie powiela pewne fałszywe schematy, w obu miejscach zwraca się jednak uwagę na bardzo ważną rzecz: ślepą, niczym niuzasadnioną wiarę w to, że trendy rynkowe będą trwałe. Trend is your friend, ale przecież wzrost nie może być nieograniczony, każdy trend musi się kiedyś załamać. Powinno to było być jasne dla każdego, i kredytobiorcy, i kredytodawcy, no, ale nie było.

Zauważyłem, że źródłem kryzysu finansowego, na które chyba nikt jeszcze nie zwrócił uwagi, jest rozbieżność skal czasowych, w jakich operują banki, giełda i inne instytucje finansowe z jednej strony, realna zaś gospodarka z drugiej. Gdy bierzesz kredyt hipoteczny, twoją charakterystyczną skalą czasową jest 20-30 lat. Gdy przedsiębiorstwo podejmuje dużą decyzję inwestycyjną, myśli w skali kilku-kilkunastu lat, w zależności od rozmiaru inwestycji. Ale dla banku charakterystyczną skalę czasową wyznacza data najbliższego sprawozdania kwartalnego, dlatego też bank nie dba o to, czy ty lub twoja firma będzie w stanie spłacać kredyt za lat dziesięć, ale czy teraz, natychmiast zarobi na marży i czy teraz, natychmiast da się zły kredyt wyegzekwować lub czy teraz, natychmiast nie trzeba będzie utworzyć rezerwy na pokrycie złych kredytów, co obniży zysk. Zarządy firm giełdowych są w sytuacji zgoła schizofrenicznej: Z jednej strony muszą podejmować decyzje w perspektywie wielu lat, z drugiej są pod presją aktualnego kursu firmy, bo tylko to się liczy dla akcjonariuszy, którymi zresztą bardzo często są instytucje finansowe, prowadzące „agresywną politykę finansową”, czytaj, spekulujące na akcjach i innych papierach wartościowych. Ponadto CEO doskonale wie, że za kilkanaście lat najprawdopodobniej nie będzie już w tej firmie pracował, liczy się dla niego pensja, którą straci, jeśli akcjonariusze go zwolnią, sam zaś jest wynagradzany akcjami, a więc i jemu samem zależy na krótkoterminowej zwyżce kursu. W tej sytuacji CEO podejmuje dycyzje wpływające na los firmy za wiele lat, ale naprawdę ważna dla niego jest perspektywa co najwyżej kilku miesięcy. Na domiar złego nieumiejętnie stosowane produkty inżynierii finansowej dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Nieumiejętnie stosowane: inżynieria finansowa jest bardzo trudna i większość menedżerów i bankowców jej po prostu nie rozumie. W tej formie inżynieria finansowa staje się kolejnym narzędziem spekulacji.

Opis ten dotyczy sytuacji sprzed kryzysu, ale teraz, gdy kryzys już trwa, nikt bodajże nie wie, jak działają rynki finansowe i gospodarka. Ba, one same zdają się tego nie wiedzieć. Dotychczasowy modus operandi załamał się, nowy się jeszcze nie pojawił. Jest też jasne, że krótka skala czasowa, charakterystyczna dla rynków i instytucji finansowych, z jednej sgtrony wynika z krótkowzrocznej chciwości, z drugiej ma swoją teoretyczną podbudowę w jednoczesnej wierze w trend (zaróbmy na trendzie!) i na wpół uświadomionej obawie, że trend kiedyś się załamie (zaróbmy teraz!).

Z fizyki wiadomo, że jeżeli w układzie zachodzą procesy o różnych skalach, to jeżeli skale te są ze sobą – w jakimś sensie – zgodne, procesy mogą się do siebie dostosować. Jeżeli skale są wyraźnie rozseparowane, procesy w jednej z nich efektywnie przebiegają w warunkach ustalonych wartości procesów w drugiej skali, same będąc tylko źródłem zaburzenia dla tych drugich. W przypadku styku rynków finansowych i rzeczywistej gospodarki, sytuacja jest bodajże najgorsza z możliwych. Skale czasowe są rozseparowane, więc procesy nie mogą się do siebie dostosować, ale nie są na tyle rozseparowane, żeby przestać się „widzieć”. Wiadomo, że w układach dynamicznych sytuacja taka może prowadzić do różnorakich niestabilności.

Ciekawe, czy dałoby się sformułować jakiś formalny model w tym duchu.

 

Kierunki zamawiane

Konsorcjum trzech wydziałów UJ – Matematyki i Informatyki, Chemii oraz Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej – znalazło się wśród zwycięzców konkursu na „kierunki zamawiane”. Super, rewelacja, cieszmy się i weselmy, ale program ruszy tylko pod warunkiem zapisania odpowiednio dużej liczby studentów na I rok. Fizyka ma kłopot, bo rokiem bazowym, od którego liczy się „odpowiednio dużo”, jest rok 2007/08, tymczasem w roku 2008/09 studia fizyki na UJ podzieliły się na fizykę i biofizykę. Całkowita liczba studentów pozostała bez zmian, ale to oznacza, że liczbę sudentów fizyki na UJ trzeba podwoić w stosunku do roku 2008/09. Cóż, cuda się zdarzają. Jedyną nie-cudowną możliwoscią byoby to, gdyby wszyscy ludzie, którzy wybierali się studiować fizyke na AGH lub Uniwersytecie Pedagogicznym (brzmi dumnie, nieprawdaż?) poszli na UJ, bo na UJ najlepsi mogą liczyć na wysokie stypendia (1000 PLN), a na tamtych uczelniach, które „kierunków zamawianych” nie zdobyły, nie.

Informatyka też ma kłopot, bo na UJ informatyki są dwie – na FAIS i na MII – obie mają status „zamawianych”, obie niezależnie muszą zwiększyć liczbę studentów, więc będą ze sobą konkurować. Znów, jedyną szansą jest odpływ kandydatów z uczelni, które uczą informatyki, ale nie zdobyły statusu „zamawianego”. W ogóle sama idea przekupywania kandydatów wysokimi stypendiami, żeby studiowali na kierunkach ścisłych i technicznych, jest chybiona w założeniu. Wysokie stypendia mogą co najwyżej powodować przepływy pomiędzy pokrewnymi kierunkami, natomiast nie zwiększą globalnej ilości studentów tych kierunków, a taki cel rzekomo miał ten program osiągnąć.

Przy tym prasa, jak to prasa, rozwodzi się głównie nad tym, kto kierunków zamawianych nie zdobył (AGH nie zdobyła, Politechnika Warszawska nie zdobyła, inne wielkie uczelnie nie zdobyły – czarna rozpacz). Uczelnie wygrane wymieniane są gdzieś pod koniec, drobnym drukiem. Najczęściej zresztą wymieniae są uczelnie na tyle dziwne – bo wśród wygranych są i takie – że poziom wykładanych przedmiotów budzi wątpliwości. Ale wśród wygranych jest i UJ, i UW, i UAM, i Politechnika Wrocławska – e, po co o nich pisać. To nieciekawe. News jest wtedy, gdy człowiek pogryzie psa, albo gdy konkursu o nauczanie informatyki nie wygra AGH, ale Wyższa Szkoła Czegoś Dziwnego.

Ja tymczasem zapraszam na stronę naszego Wydziału:

www.fais.uj.edu.pl

Pijcie mleko! Bevete piu’ latte! Studiujcie kierunki zamawiane!