Fajerwerki

Pod choinkę kupiłem sobie najnowszą płytę Viviki Genaux, Vivaldi Pyrotechnics. To jest całkiem nowa płyta, premierę europejską miała pod koniec listopada – kupiłem więc sobie w Amazonie, ale wytrzymalem, otwarłem dopiero dzisiaj. Nie jestem krytykiem muzycznym (choć ostatnio myślę, że gdybym nie był fizykiem i mógł cofnąć czas, mógłbym zostać muzykologiem), więc napiszę tylko, iż Vivica Genaux wirtuozerią techniczną bodajże przewyższa nawet Cecylię Bartoli. Niesamowite przy tym jest to, iż widać, jak technika Viviki się rozwija z płyty na płytę, z sezonu na sezon! Wystarczy porównać kolejne wrsje Qual guerriero, arii pięknej, ale niesłychanie trudnej. Na Arias for Farinelli, gdzie Vivice akompaniuje Akademie für Alte Music, ta aria jest zagrana i zaśpiewana, no, dobrze, ale nic ponad to. Na płytowym nagraniu Bajzaeta, z Biondim i Europa Galante, Vivica śpiewa to znakomicie. Ale gdy w 2008 słyszeliśmy ją na żywo, oczywiście z Biondim, brzmiała jeszcze lepiej, po prostu rewelacyjnie. Niebywałe. Ale, cholera, mnie się nie podoba brzmienie jej głosu – oczywiście jest czysty i nieskazitelny, nie ma tam nawet cienia fałszu czy zachwiania, ale jest za zimny. Wolę głos Cecylki, też zresztą mistrzyni techniki.

Vivica Genaux nagrywa dla Virgin Classic, a akompaniuje jej Fabio Biondi i jego Europa Galante. Biondi jest absolutnym mistrzem akompaniamentu, Europa Galante grają perfekcyjnie i w żadnej chwili nie dominują śpiewaka, nawet gdy grają z mniej znanymi osobami. Cecilia Bartoli nagdywa dla Decca, akompaniują jej różne orkiestry, ale i na The Vivaldi Album, i na najnowszym Sacrificium, akompaniuje Il Gardino Armonico. Giovanni Antonini też jest znakomity, ale jednak nie tej klasy, co Biondi. Ja właśnie od dłuższego czasu słucham sobie Alma opressa na przemian w wykonaniu Cecylki i Viviki. Weszła Elżbieta, posłuchała chwilę i mówi, że gdy się słucha The Vivaldi Album (Cecylka), czeka się, aż zacznie się śpiew, a przy Pyrotechnics (Vivica) przyjemność sprawia słuchanie nie tylko wokalu, ale i partii indtrumentalnych. No właśnie. Marzy mi się wysłuchanie arii śpiewanych przez Cecylkę, ale z akompaniamentem Europa Galante.

Heh, gdybym wierzył w teorie spiskowe, albo też w zmowy kartelowe, mógłbym sobie wyobrazić, że szefowie Virgin Classic dogadują się z szefami Decca, że niegdy nie pozwolą na wspólne nagrania Cecylki i Biondiego – bo wówczas cały rynek muzyczny umarłby. Nie warto byłoby nagrywać żadnych innych płyt, innych wykonań, bo nigdy nie osiągnęłyby one takiego poziomu. Wyjątkiem byłby oczywiście Philippe Jaroussky.

Dwie płyty Jaroussky’ego to ciąg dalszy mojego gwiazdkowego prezentu –  znam we fragmentach, ale w całości ich jeszcze nie przesłuchałem. Jutro.

Mysterium vitae

Myśląc o ostatnim zamieszaniu wokół zapłodnienia in vitro, zwłaszcza zaś zastanawiając się, czy powinniśmy kontynuować naszego „oficjalnego” bloga na stronach Tygodnika Powszechnego, zacząłem zastanawiać się czemu Kościół tak się uczepił tego zapładniania. Najprostsze wytłumaczenie, poprzez seksualne obsesje kleru i różnych działaczy katolickich, prowadzące do nieledwie sakralizacji heteroseksualnego stosunku płciowego (© Gazeta Wyborcza) i stwierdzenia, że prawdziwie boski ogląd człowieka dokonuje się od dupy strony, wydaje mi się jednak przesadnym uproszczeniem. Nie neguję oczywiście księżych obsesji, dobrze one już zostały opisane, ale, jak sądzę, w problemie in vitro musi chodzić o coś więcej.

Myślę, że Kościołowi chodzi o lęk przed stworzeniem życia i o odebranie w ten sposób Bogu jednej z jego prerogatyw. Dawne zakazy robienia sekcji zwłok, później operacji, do dzisiaj jeszcze pojawiająca się niechęć do przeszczepów z jednej, z drugiej zaś lęk przed inkubem, homunkulusem – wszystko to są poprzednie elementy tej linii, która dziś skupia się w zakazie zapłodnienia in vitro. A przecież to bzdura. Dokonując zapłodnienia in vitro, nawet dokonując manipulacji genetycznych, ludzkość tylko naśladuje pewne techniczne aspekty procesów naturalnych. Nie widzę tu żadnego odzierania Boga z jego boskości. Czymś takim byłoby dopiero wytworzenie sztucznego życia – całkiem sztucznego, nie poprzez jakieś manipulacje na istniejących, „naturalnych” łańcuchach DNA.

Dla takich nowych istot człowiek byłby bogiem, bo stworzył je, choć nie istniały (to coś jak u Dicka* – w którejś powieści ziemscy astronauci trafiają na ciało zmarłego boga, który stworzył nasz wszechświat; zaraz pojawia się pytanie kto stworzył tego boga). Nawet zresztą i wówczas można się uciec do św. Tomasza z Akwinu: Z Boga wypływa strumień istnienia, to Boża wola cały czas podtrzymuje istnienie świata. A bez niego nic się nie stało, co się stało. Genetyka zastosowana do leczenia bezpłodności nie może zagrozić pozycji Boga. No, ale inni, jak sądzę, czegoś takiego właśnie się obawiają.

*Wielcy wizjonerzy SF, Stanisław Lem i Philip K. Dick, wymyślili mnóstwo rzeczy, które warto sprawdzać.

Szklana pogoda

Media katolickie, w tym, niestety, Tygodnik Powszechny, na polecenie biskupów rozpoczęły kampanię mającą doprowadzić do delegalizacji zapłodnienia in vitro w Polsce. To bardzo smutna nowina, i to z szeregu powodów.

Po pierwsze, wydaje mi się, że Kościół myli się tutaj odnośnie do medycznego meritum. Argumenty podawano już wiele razy, więc nie ma potrzeby ich powtarzać. Mnie wydaje się czymś nieludzkim odmawianie parom pragnącym dziecka prawa do zastosowania znanej, sprawdzonej i stosowanej już w Polsce z powodzeniem metody. Sami przecież, ja i Elżbieta, leczyliśmy się na bezpłodność i choć aż do etapu in vitro nie doszło, rozumiem cierpienie i poczucie niespełnienia, niepełnowartościowości ludzi, którzy chcą mieć dzieci, a nie mogą. Zarazem nie będę ukrywał, iż dostrzegam coś dwuznacznego moralnie w domaganiu się prawa do posiadania dziecka – dziecko, człowiek, to nie jest rzecz, którą można posiadać. Nie ma też powodów moralnych, aby własne potrzeby i własne „prawo do czegoś” czynić najwyższą normą. Z drugiej strony ta obłędna fiksacja duchownych na sprawach seksu i prokreacji – doskonale już znana, nie piszę tu nic nowego – jest żałosna i obrzydliwa. Rekapitulując, świat nie jest czarno-biały, medycznie Kościół błądzi, ale racje moralne są podzielone. Tym niemniej Kościół ma prawo głosić, co głosi. Właśnie, głosić. Właściwym narzędziem dla Kościoła powinna być praca duszpasterska, przekonywanie wiernych do racji religijno-moralnych, nawet jeśli racje religijne, z powodów, o których także wiele napisano, są wątpliwe. Jest natomiast wielkim błędem Kościoła uciekanie się do ramienia świeckiego, próba wbudowania głoszonej normy w system prawny. Gdyby norma ta była tak niewątpliwa, wierni – a nominalni katolicy stanowią w Polsce przytłaczającą większość – zapewne in gremio byliby jej posłuszni. Skoro nie są, Kościół chce ich do tego zmusić, tym samym jednak przyznaje się do swojej klęski duszpasterskiej.

Po drugie, jest rzeczą zupełnie niedopuszczalną, iż Kościół chce swoje wartości narzucić wszystkim obywatelom, także osobom innych wyznań i niewierzącym, a także tym katolikom, którzy stanowiska Kościoła w tej materii nie podzielają. Taka próba to jawne budowanie elementów państwa wyznaniowego, co jest z gruntu sprzeczne z duchem wolności i demokracji. Nawet zakładając, że większość katolików jest posłuszna wezwaniu Kościoła, co akurat w tym wypadku jest wątpliwe, demokracja nie może być dyktaturą większości. Demokracja musi zawierać gwarancje dla uzasadnionych praw mniejszości.

Po trzecie, czy Kościół nie zauważa, że nowe prawo będzie po części martwe i że będzie to stan przez wszystkich tolerowany? Mianowicie, kogo tylko będzie na to stać, będzie jeździł stosować metodę in vitro w Niemczech, Czechach, gdziekolwiek. Niemcy będą jeździć do polskich dentystów, bo taniej, Polacy do niemieckich specjalistów od metody in vitro, bo tam to jest legalne. Taka forma wymiany transgranicznej. Ale właśnie: jeździć będą ci, których będzie na to stać, ludzie zamożni. Biedni nie. I tak oto uchwalone z inicjatywy Kościoła prawo będzie dodatkowo pogłębiać podziały na biednych i bogatych. Mówiąc z lekką przesadą, Kościół Katolicki w Polsce stara się zapomnieć o średniowiecznym Tańcu Śmierci, zasadzie, iż wobec śmierci, bólu i cierpienia wszyscy są równi. Kościół albo tego nie dostrzega, a wobec tego jest głupi, albo dostrzega i ma to gdzieś. Gdyby dostrzegał i nic go to nie obchodziło, Kościół grzeszyłby niebywałą hipokryzją i pogardą dla ubogich, cierpiących ludzi. Straszne.

Po czwarte, Kościół wzywając do delegalizacji metody in vitro, odpędza od siebie ludzi młodych, którzy przecież powinni być przyszłością Kościoła. Studentom, licealistom i tak ciężko jest zaakceptować kościelną etykę seksualną (jak rozumiem, w większości nie akceptują jej wcale), ale dopóki Kościół do czegoś namawia, nawołuje, nawet straszy karą w przyszłym życiu, część ludzi wzrusza ramionami, część podejmuje dyskusję, choć część się oczywiście zniechęca, obraża. Ale gdy Kościół stara się doprowadzić do państwowego zakazu działań, które młodym ludziom – z życiowych względów znacznie bardziej zainteresowanym tematem niż osoby w wieku słuchaczy radia Rydzyka – nie jawią się jako w sposób oczywisty naganne i szkodliwe, wręcz przeciwnie, Kościół staje się instytucją opresywną. Niezrozumiale, złośliwie opresywną. Wszelkie racje moralne, choćby cząstkowe, ale warte dyskusji, jakie stoją za stanowiskiem Kościoła, idą w cień. W oczach młodych ludzi zostaje tylko podejrzenie, że wszystko to wynika z seksualnych obsesji części kleru. W ten oto sposób Kościół stawia wielki krok na drodze do laicyzaji Polski, co stwierdzam z głębokim, bardzo głębokim smutkiem.

Stare powiedzenie głosi, że jeśli Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera. Panie Boże, nie rozumiem dlaczego zsyłając na biskupów przekleństwo głupoty, chcesz ukarać nie tylko ich, ale i zwykłych katolików w Polsce?

Hair

Klika dni temu trafiłem w telewizorze na sam początek Hair Miloša Formana. Pomyślałem, że posłucham sobie Aquariusa, ale, jak należało się spodziewać, obejrzałem do końca. Film jako całość się w ciągu tych trzydziestu lat zestarzał, poszczególne songi mniej, choreografia za to strasznie, ale w gruncie rzeczy w pamięci zostaje tylko Berger tańczący po stole i scena przedostatnia, z samolotami, które jak biblijne potwory pożerają żołnierzy lecących do Wietnamu. Ach, a te zachowania dzikich hippisów – jakie one się dziś wydają niewinne. No schowali komuś ubrania, próbowali od jednego kolesia wyłudzić pieniądze, wielkie mi mecyje. No tak, ćpali, ale nie byli za grosz agresywni (zaraz mi w komentarzach ktoś napisze, że hippisi byli ruchem pokojowym i wyrzekali się przemocy, ale ja obraz zbuntowanej młodzieży sprzed lat 30-40 porównuję z dzisiejszą ćpającą i, pożal się Boże, zbuntowaną młodzieżą).

Ale ja właściwie nie o tym. W czasach, gdy byliśmy piękni i młodzi, mój najbliższy przyjaciel – najbliższy do dziś, choć fizycznie oddalony, ale podobno zaglądający na tego bloga – miał przywiezioną bodajże z Francji płytę z piosenkami z musicalu Hair. Płyta wygięła się na słońcu, nie była więc płaska, ale wklęsło-wypukła, ale grała. Songi z Hair znałem więc na pamięć, do dzisiaj mi wersje z filmu Formana w kilku miejscach nie brzmią, bo przyzwyczaiłem się do tych z płyty-musicalu. Film Formana miał premierę w 1979 i został dosyć szybko wpuszczony do kin PRLu. Polskie premiery amerykańskich filmów bardzo się opóźniały, ale w tym wypadku zapewne władzom chodziło o to, że film sprzeciwiał się imperialistom amerykańskim toczącym swą brudną wojnę w Wietnamie czy jakoś tak. Film miał więc swoją polską premierę już w 1979 albo na początku 1980. Tak się złożyło, że Grześ, mój przyjaciel, poszedł na Hair przede mną, a potem mi ten film opowiadał. Słuchałem z zapartm tchem, bo choć piosenki znałem, libretta nie. Od tego czasu oglądałem Hair pewnie z dziesięć razy i za każdym razem, naprawdę za każym razem, słyszę i widzę Grzesia opowiadającego kolejne sceny. Tak więc po trzydziestu latach wciąż widzę Hair oczyma mego przyjaciela.

Czakram

Na Niedowiarach toczy się dyskusja zainspirowana „cudem w Sokółce” (upuszczona na ziemię hostia rzekomo zamieniła się w tkankę ludzkiego serca). Spór idzie o to, w jaki sposób władza i nauka powinny się angażować w wyjaśnianie domniemanych zdarzeń cudownych. W tym kontekscie przytoczyłem tam pewną historię krakowsko-niepołomicką. Po namyśle uznaję, że zasługuje ona na osobny wpis:

W czasie wizyty Jawaharlala Nehru w Polsce okazało się, że na Wawelu podobno znajduje się czarkram, jeden z siedmiu odłamków kamienia, który anioł zrzucił na Ziemię. Najsłynniejszym fragmentem jest święty kamień w Mekce, pozostałe mają znajdować się w Jerozolimie, Delhi, Delfach, Rzymie i Velehradzie. Turystyka czakramowa na Wawel rosła i na początku tego wieku osiągnęła całkiem spore rozmiary – ludzi różnych ras nic nie obchodziły arrasy, groby królewskie ani cała reszta oficjalnych zabytków i przedmiotów kultu, chcieli sobie postać na Dziedzińcu Arkadowym i oprzeć się plecami o jedną ścianę. Ówczesny dyrektor Państwowych (państwowych!) Zbiorów Sztuki na Wawelu, Jan Ostrowski, wespół z ówczsenym proboszczem bazyliki katedralnej, ogłosili, że takie zachowania “nie licują z powagą miejsca” czy jakoś tak, wywiesili tablicę, że czakram to fałsz i zabobon, a odpowiedni fragment dziedzińca odgrodzili płotem. W ten oto sposób przedstawiciel państwowej władzy zaangażował się w kwestię religijną.

Na tym nie koniec. Ówczesny burmistrz Niepołomic, Stanisław Kracik, od kilku dni nowy wojewoda małopolski, odgrzebał starą legendę o tym, iż gdy budowano zamek w Niepołomicach, z Wawelu wywieziono fragment kamienia z kaplicy Św. Gerona i użyto go w fundamentach niepołomickiego zamku. Ach, nieprzypadkowo użyto tego właśnie kamienia, bo już wówczas ludzie zdawali sobie sprawę z jego nadzwyczajnych właściwości! Tak więc, mówił Kracik, część czakramu znajduje się u nas – turyści, których idiota-dyrektor przepędził z Wawelu, są mile widziani w Niepołomicach! No i istotnie, przewodnicy po zamku w Niepołomicach mówią wszystkim zwiedzającym podziemia “o, tu, tu proszę stanąć, tu podobno promieniowanie jest najsilniejsze”. Byłem, słyszałem. Oto więc przedstawiciel władzy lokalnej niby-to podejmuje działania na rzecz zwiększenia ruchu turystycznego w swoim mieście, ale tak naprawdę również angażuje autorytet władzy w kwestie religijne – tyle, że w przeciwną stronę, niż dyrektor Wawelu.

Ale i na tym nie koniec! Gmina Niepołomice zaangażowała kilku naukowców, w tym znanego mi osobiście profesora fizyki z UJ, sympatycznego starszego pana, żeby dokonali pomiarów w zamku. Znany mi profesor pomierzył i na konferencji prasowej ogłosił, że tu a tu (to właśnie miejsce pokazują przewodnicy) pole elektromagnetyczne wykazuje dziwną anomalię. Nie powiedział “tu jest czakram”, ale “tu jest dziwna anomalia”. Mamy więc także naukowców, którzy pośrednio uwiarygadniają istnienie obiektu nadprzyrodzonego.

Dyrektor Ostrowski z Wawelu zrozumiał, że się ośmieszył i po jakimś czasie się ze swych kroków wycofał. Profesor z UJ tamtymi swoimi badaniami się nie chwali, ale się ich nie wypiera. Burmistrz-wojewoda Kracik jest ze swoich kroków dumny, bo ruch turystyczny do Niepołomic wzrósł.

Węgiel

Przy okazji dyskusji na temat globalnego ocieplenia, w której, w najdziwniejszym miejscu na świecie, ku swojemu zdumieniu wziąłem udział (no dobrze, sam ją wywołałem i jeszcze się włączę), przyszła mi do głowy taka oto myśl:

Natura przez setki milionów lat wycofywała z obiegu węgiel, zamykając go między innymi w skałach, które my uważamy za źródła paliw kopalnych. Spalając węgiel kamienny, ropę i gaz ziemny, przywracamy do obiegu miliardy ton węgla. Działamy w ten sposób contra naturam, wbrew naturalnym procesom przyrodniczym, a skoro tak, to nasze działania mogą długofalowo okazać się naprawdę katastrofalne w skutkach. Oczywiście nie jest to argument naukowy, lecz publicystyczny. Ale mnie daje on do myślenia.

Z tego punktu widzenia biopaliwa wydają się „lepsze”, gdyż ich spalanie nie wprowadza do obiegu „nowego” węgla, a tylko ponownie uwalnia ten, który już krążył w przyrodzie. Jednak zalety biopaliw są względne: Aby wyprodukować ich tyle, żeby miały one jakiekolwiek znaczenie, trzeba albo karczować lasy, albo ograniczać powierzchnię upraw roślin przeznaczonych do spożycia. To pierwsze jest szkodliwe z punktu widzenia obiegu węgla – las zatrzymuje go o wiele więcej, niż pole kukurydzy lub rzepaku – to drugie skutkuje wzrostem cen żywności, boleśnie dotykającym tysiące ubogich. Niestety, na skutek lobbyingu producentów biopaliw i zapewne pełnych dobrej woli, lecz zaślepionych wrogów globalnego ocieplenia, jedno i drugie już miało miejsce.

Majcherek da capo

We wczorajszej Gazecie Wyborczej prof. Janusz A. Majcherek znowu pisze o nauczaniu matematyki i fizyki w szkole. Majcherkowi tym razem niby to chodzi o etykę – i spieszę przyznać, że z jego końcową tezą

Jeśli etyka miałaby zostać wprowadzona do szkoły jako kolejna porcja dogmatycznej wiedzy i autorytatywnych ustaleń normatywnych, opartych na jednej doktrynie aksjologicznej, to może lepiej, że jej tam nie ma. Bo w etyce autonomia moralna jest równie istotna jak wiedza.

jestem skłonny się zgodzić. Ale ta argumentacja! Samej etyce Majcherek poświęca niewielką część swojego tekstu, pisze zaś głównie o tym, że polska szkoła przedstawia wiedzę w sposób dogmatyczny i tłumi wszelką dyskusję. Zaczyna Majcherek, a jakże, od matematyki i fizyki:

Na lekcjach fizyki uczeń nie dowie się o istnieniu różnych i rozbieżnych interpretacji mechaniki kwantowej ani o jej niespójności z mechaniką relatywistyczną (teorią względności), podobnie jak z lekcji matematyki – o twierdzeniach limitacyjnych, wykazujących niespójność czy niezupełność wiedzy matematycznej. Ma wkuć definicje i umieć rozwiązywać równania, które – jakżeby inaczej – mają tylko jedno właściwe rozwiązanie.

O tym, że nauka nie powinna polegać na „wkuwaniu definicji”, ale że, niestety, w wielu szkołach się do tego sprowadza, pisałem wielokrotnie. To wielka tragedia polskiego systemu szkolnego, ale dotycząca nie tylko przedmiotów ścisłych i przyrodniczych, humanistycznych też. Odnośnie do „jednego właściwego rozwiązania” mógłbym złośliwie zauważyć, że uczniowie, choćby przy okazji nauki równań kwadratowych, jak najbardziej uczą się, iż niekiedy rozwiązanie jest więcej, niż jedno, ale rozumiem, że Majcherkowi chodzi o coś innego, a mianowicie o to, że w szkole uczy się, iż istnieje „jedynie słuszna” (według Majcherka) czy też „jednoznaczna” (według mnie) droga od sformułowania zadania do znalezienia zbioru rozwiązań. Jednak to, co Majcherek najwyraźniej uważa za defekt matematyki, w istocie stanowi o jej potędze i użyteczności. Żeby nie szukać daleko, ani komputer, na którym Majcherek napisał swój tekst, ani wiadukt, przez który dojeżdża do pracy, ani samolot, którym lata na konferencje, nie mogłyby działać, gdyby narzędzia matematyczne, których użyto do ich zaprojektowania, nie dawały jednoznacznych odpowiedzi na postawione pytania.

Przejdźmy jednak do pierwszego, ważniejszego zdania z zamieszczonego cytatu. Majcherek powiada, że istnieje wiele interpretacji mechaniki kwantowej, ponadto zaś mechanika kwantowa jest niespójna z teorią względności. Obawiam się, że wiedza Janusza Majcherka na te tematy jest cokolwiek przestrzała. Po pierwsze, rzeczywiście istnieją rozmaite interpretacje mechaniki kwantowej, przy czym dwie dominujące, kopenhaska (z wariantami i współczesnymi modyfikacjami) oraz nielokalna teoria zmiennych ukrytych, czyli mechanika Bohma (z braku miejsca nie wyjaśniam tu znaczenia kluczowego przymiotnika „nielokalna”), choć są kompletnie różne w warstwie pojęciowej i interpretacyjnej – pierwsza bowiem głosi indeterminizm, druga zaś całkowity determinizim na poziomie fundamentalnym – prowadzą do dokładnie takich samych przewidywań obserwacyjnych, a zatem nie mogą być odróżnione na drodze eksperymentalnej. Po drugie, co z rzekomą sprzecznością mechaniki kwantowej z relatywistyką? Nie jestem pewien, o co Majcherkowi chodzi, ale domyślam się, że ma on na myśli tak zwany paradoks EPR. Akronim ten pochodzi od nazwisk trzech gigantów fizyki, Alberta Einsteina, Borisa Podolsky’ego i Nathana Rosena, którzy we wspólnym artykule opublikowanym w roku 1935 przewidzieli istnienie pewnego zjawiska kwantowego i jednocześnie postawili tezę, iż zjawisko to łamie zasadę przyczynowości, będącą podstawą mechaniki relatywistycznej. Otóż okazuje się, że przewidziane zjawisko naprawdę zachodzi, ale zasady przyczynowości nie łamie. Obecnie są na to tak bardzo silne dowody eksperymentalne, jak i głębokie wyjaśnienia teoretyczne, a cały ten krąg zagadnień jest polem intensywnych badań w ciągu ostatnich lat. Historia paradoksu EPR dowodzi, że mechanika kwantowa była pojęciowo trudna nawet dla geniusza pokroju Einsteina. Czyżby prof. Majcherek chciał to wprowadzić do programu szkolnego, jak się należy domyślać, wraz z całym niezbędnym aparatem matematycznym? Nie sądzę, żeby był to szczególnie udany postulat.

Na pociechę Majcherkowi wspomnę jednak, iż wciąż nie udało się pogodzić mechaniki kwantowej ze współczesną teorią grawitacji, czyli z Ogólną Teorią Względności. Jest to jednak zagadnienie tak trudne, że wykracza poza kompetencje większości zawodowych fizyków, nie ma też żadnych danych doświadczalnych, na których moglibyśmy oprzeć postulowaną nową teorię łączącą. Nie wyobrażam sobie, jak mogłaby wyglądać próba wprowadzenia tej problematyki do programu szkolnego.

Co zaś się tyczy zacytowanych poglądów Majcherka na temat matematyki, to, jako żywo, nic mi nie wiadomo o twierdzeniach na temat niespójności (wewnętrznej sprzeczności) matematyki. Owszem, istnieją za to twierdzenia o tym, iż pewne teorie matematyczne są niezupełne (w ściśle określonym sensie). Zagadnień w rodzaju teorii prawdy Tarskiego czy twierdzenia Gödla uczą się studenci bardzo elitarnych kierunków studiów. Wprowadzenie ich do programu szkolnego miałoby podobny sens, jak posadzenie młodzieńca, który właśnie odbył pierwsze lekcje w szkółce Nauki Jazdy, za kierownicą bolidu Kubicy lub – może ten przykład do profesora Majcherka bardziej przemówi – wymaganie, aby uczniowie, w ramach szkolnego kursu etyki, przygotowali krytyczną analizę poglądów Emmanuela Lévinasa na temat myśli Martina Heideggera.

W dalszej części artykułu Janusz A. Majcherek polemizuje z poglądami Jana Hartmana (o którym też zresztą pisałem):

W przeciwieństwie do prof. Hartmana nie uważam, że dopuszczenie do dyskusji wymaga uprzedniego przyswojenia obfitego zasobu wiedzy, a więc dyskutować mogą tylko ci, którzy dużo wiedzą. Tak powinno być na konferencjach i sympozjach naukowych. W nauczaniu szkolnym, a nawet akademickim, może i powinno być inaczej: to ciekawa dyskusja ma zachęcić do szukania argumentów, a więc sięgania po opracowania i do źródeł, czyli poszerzenia wiedzy na dany temat.

Rozumiem intencje Majcherka. Szkoła nie powinna zabijać dociekliwości, nie może też przedstawiać interpretacji i systemów wartości jako danych z góry, niewzruszonych, musi za to uczyć krytycyzmu. Ale szkoła powinna też nauczyć, że kompetentna dyskusja musi być oparta na rzetelnej wiedzy rzeczowej, dyskutant zaś musi niekiedy uznać wyższość wiedzy i argumentacji swojego oponenta. „Gentlemani nie dyskutują o faktach, gentlemani je znają”. Jak można dyskutować hipotetyczne sprzeczności pomiędzy mechaniką kwantową a Szczególną Teorią Względności nie znając tych teorii? Jak można dyskutować różnice pomiędzy Lévinasem a Heideggerem nie przeczytawszy dzieł tych filozofów? Wiadomo przy tym, że dyskusja inaczej będzie wyglądać na różnych poziomach nauczania. Inaczej pisze się o paradoksie EPR na blogu i w komentarzach do wpisu, inaczej mówi się o nim na kursowym wykładzie z mechaniki kwantowej, inaczej w najnowszym artykule w Nature. Dyskusja o Lévinasie i Heideggerze także wygląda inaczej na seminarium studenckim, inaczej wśród specjalistów zajmujących się analizą myśli tych filozofów. Zawsze jednak trzeba wiedzieć, o czym się mówi, żeby mówić sensownie, przy czym poziom wiedzy dyskutantów jest jednym z najważniejszych czynników determinujących poziom dyskusji.

Nie można obecnie od nikogo oczekiwać, aby był kompetentny we wszystkich dziedzinach wiedzy, jednak czynienie ze swojego braku kompetencji argumentu w dyskusji publicznej jest całkowicie niewłaściwe. To dość obrzydliwa nowa, świecka tradycja.

Trzy ryzy papieru

Nasz wydział ma szczęście, otrzymał dwa granty z unijnego Funduszu Operacyjnego Kapitał Ludzki z trzech, o które wystąpił, w tym grant na „kierunki zamawiane”. Jestem zaangażowany w oba i dziś organizowałem kolokwium wstępne dla około setki studentów na sponsorowane przez jeden z grantów zajęcia wyrównawcze z matematyki (obecni maturzyści prawie nic z matematyki na poziomie szkoy średniej nie umieją). W tym celu musiałem wydrukować z nagłówkiem zawierającym logo Unii i inne ozdobniki

  • sto egzemplarzy zadań
  • sto kartek na odpowiedzi (pustych, jeśli nie liczyć nagłówków)
  • sto deklaracji przystąpienia do programu
  • sto formularzy zgody na przetwarzanie danych osobowych

Zadania studenci i tak musieliby dostać, więc pierwsze sto kartek musiałbym drukować tak czy siak. Studenci mogliby dawać odpowiedzi na kartkach dowolnych (a więc zużywać trującego tonera i energii na druk drugiej setki nie byłoby trzeba, ale papieru nie ubywa), a pozostałe dwa formularze to już czyste marnotrawstwo. W dodatku ci studenci, których na podstawie kolokwium wstępnego nie będzie mozna zwolnić z obowiązku uczestnictwa w zajęciach, będą musieli jeszcze wypełnić deklarację przystąpienia do zajęć (poprzednia była do programu), a zatem czeka mnie druk

  • około 80 deklaracji przystąpienia do zajęć!

Razem zmarnotrawię więc całą ryzę papieru. Wszystko to dla zaspokojenia sprawozdawczości Unii Europejskiej, tej samej Unii, która tak się angażuje w walkę o ochronę środowiska, przeciwstawia antopogennemu globalnemu ociepleniu etc. Ach, ja mówię tylko o studentach pierwszego roku informatyki, a przecież są jeszcze studenci fizyki, których jest mniej, ale którzy mają dwa repetytoria, z matematyki i z fizyki. Czyli druga ryza papieru idzie do diabła.

Na tym nie koniec. Mamy jeszcze drugi grant, obejmujący tę samą grupę studentów, a zatem deklaracja przystąpienia do programu, zgoda na przetwarzanie danych osobowych (zgoda wydana w ramach jednego unijnego programu jest oczywiście nieważna w ramach drugiego, potrzebna jest druga zgoda), deklaracja przystąpienia do zajęć. Tyle że tam nie ma kolokwium wstępnego, więc może rzecz uda się opędzić tylko jedną ryzą?

Mity i tradycje

Pewne symbole i odniesienia, które kiedyś w kulturze były oczywiste, dziś wypadają z kanonu. Niedługo będą je znać tylko starzy profesorowie i ich doktoranci, i sama ta wiedza będzie wielką nauka, jak znajomość hieroglifów czy pisma Hetytów. W ósmej księdze madrygałów Monteverdiego znajduje się cykl Bitwa Tankreda z Kloryndą (Il combattimento di Tancredi e Clorinda). Muzycznie znam to bardzo dobrze, ale literacko dość słabo kojarzyłem to z czasami wypraw krzyżowych. Dzisiaj postanowiłem sprawdzić. Okazuje się, że libretto nawiązuje do szesnastowiecznego poematu Torquata Tassa Jerozolima wyzwolona. Tankred był uczestnikiem pierwszej krucjaty, Klorynda Saracenką-wojowniczką, zakochali się w sobie. Jednak w nocnej bitwie krzyżowców z Saracenami Tankred śmiertelnie rani Kloryndę, nie wiedząc, z kim walczy. Klorynda umiera w jego ramionach, przed śmiercią zdąża przejść na chrześcijaństwo (w przeciwnym razie dla czytelników Tassa i słuchaczy Monteverdiego musiałaby być potępiona). Giniesz śliczna Kloryndo od miłosnej dłoni, a twój Tankred nad własnym zwycięstwem łzy roni. Zdaje się, że poloniści owszem, o poemacie tym słyszeli, ale nikt go już nie czyta. To samo chyba dotyczy i italianistów. Kiedyś sceny z tego poematu często pojawiały się w sztuce. Delacroix jeszcze w XIX wielu malował Kloryndę ratującą Olinda i Sofronię (Sofronia została skazana na spalenie na stosie, zakochany w niej Olindo dobrowolnie poszedł wraz z nią na stos), ale to znaczy, że i Delacroix, i odbiorcy jego sztuki legendę tę musieli znać. A dziś?

Ja się dopiero prze chwilą dowiedziałem, że król Stanisław August Poniatowski zamówił rzeźbę Tankreda i Kloryndy do Łazienek; dziś rzeźba ta znajduje się w Puławach. Nie pamiętałem też, że Tankred pojawia się w Krzyżowcach Zofii Kossak-Szczuckiej (historyczny Tankred naprawdę był jednym z wodzów pierwszej krucjaty). Cóż, Krzyżowców czytałem bardzo, bardzo, bardzo dawno temu.

Trzeba sobie będzie nabyć drogą kupna słynny słownik Kopalińskiego. Coś sobie będzie można przypomnieć, coś przeczytać i udawać, że się to „od zawsze” wiedziało.

Znaj proporcją, mocium panie

„Afera hazardowa” jest najgorętszym tematem politycznym ostatnich dni. PiS krzyczy w głos, że sprawa jest znacznie poważniejsza od afery Rywina i afery starachowickiej razem wziętych. Nie ulega wątpliwości, że Chlebowski  – i Drzewiecki? – zachował się skandalicznie i powinien ponieść karę polityczną w postaci zdymisjonowania ze wszystkich pełnionych funkcji i, zapewne, niekandydowania w najbliższych wyborach do parlamentu. Trzeba jednak zauważyć, że porównania z aferami z czasów rządu Millera są bardzo mocno naciągane. Podobieństwa – ustawa u Rywina i w kwestii hazardu, domniemany przeciek z operacji specjalnej w sprawie ze Starachowic i teraz – są powierzchowne.

  • Rywin domagał się pieniędzy (dużych pieniędzy) za przyjęcie ustawy w kształcie odpowiadającym prywatnemu przedsiębiorstwu (Agorze). Teraz nie słyszymy, żeby Chlebowski czy któryś z jego rządowych kolegów pieniędzy się domagali czy też że owi przedsiębiorcy, Rysio i kolega, pieniądze Chlebowskiemu proponowali. Gdyby Mariusz Kamiński i jego CBA miało choć cień dowodów na potwierdzenie tej tezy, trąbiliby o tym tak głośno, że umarłych by to obudziło. Cisza jest zatem najlepszym dowodem niewinności Chlebowskiego. Mówienie zatem, że Chlebowski i inni zostali skorumpowani jest, w świetle tego, co dotąd ujawniono, zwykłą nieprawdą.
  • Aleksandra Jakubowska wraz z podległym sobie personelem nielegalnie zmieniła kształt ustawy: rząd przyjął jedno, Jakubowska zapisała drugie. Teraz Chlebowski, Drzewiecki i Szejnfeld naciskali, aby w projekcie ustawy zapisać rozwiązania korzystne dla przedsiębiorców. Nawet jeśli przyjąć, że robili to w złej wierze – nie sądzę zresztą, aby tak było, patrz niżej – robili to w sposób legalny i oficjalny. Nie ma zatem mowy o sfałszowaniu projektu ustawy.
  • W sprawie starachowickiej przeciek o operacji specjalnej, pochodzący od wiceministra spraw wewnętrznych, dotarł do skorumpowanych samorządowców, współpracujących z gangsterami i, potencjalnie, mógł doprowadzić do dekonspiracji agentów policji, którzy przeniknęli do gangu, co mogłoby się nawet wiązać z zagrożeniem ich życia. To było – słusznie – przedstawiane jako największe zło afery przeciekowej. Obecnie nie ma agentów, którym groziłaby dekonspiracja, nie wydaje się, żeby w ogóle doszło do jakiegoś przestępstwa, które służby starały się wykryć, nie jest nawet jasne, kiedy nastąpił przeciek, i jaki. Opozycja daje do zrozumienia, że źródłem przecieku był sam Tusk, który, poinformowany przez Mariusza Kamińskiego, że coś cuchnie wokół ustawy hazardowej, „ostrzegł” swoich współpracowników. Tymczasem mogło być zupełnie inaczej: Tusk, w istocie przestraszywszy się, że coś cuchnie i że smród ten zaszkodzi jego planom prezydenckim, polecił Drzewieckiemu wycofać wszelkie zastrzeżenia do projektu ustawy hazardowej, który powstał w Ministerstwie Finansów, Chlebowskiemu zaś zerwać wszelkie kontakty z przedstawicielami branży hazardowej. Tusk wcale nie musiał mówić, że rozmówcy Chlebowskiego są na podsłuchu. I ostatnia rzecz w tym punkcie: wiceminister Sobotka o operacji z udziałem zakonspirowanych agentów przeciwko SLD-owskim działaczom dowiedział się przypadkiem i użył wiedzy, której nie powinien był mieć, do ostrzeżenia niewątpliwych przestępców. Tusk miał usłyszeć, co usłyszał, a następnie skorzystał z posiadanej wiedzy do ukrócenia nieetycznych działań swoich współpracowników i do – przyjmijmy chwilowo to założenie – ochrony interesów państwa. Można się tu nawet dopatrywać ukrytej gry CBA: Tusk zareaguje – oskarżymy go o przeciek. Tusk nic nie zrobi – oskarżymy go o bezczynność i sprzyjanie lobby hazardowemu.

Czy interes państwa był zagrożony?

I CBA, i media ekscytują się tym, że Chlebowski naciskał na przyjęcie rozwiązań korzystnych dla przedsiębiorców, w wyniku czego dochody skarbu państwa spadłyby o pół miliarda złotych. Tymczasem argument tychże przedsiębiorców – jeśli wyznaczycie zbyt duże podatki, interes przestanie nam się opłacać, więc się z niego wycofamy i państwo guzik z tego będzie miało – brzmi rozsądnie. Krzywa Laffera, te rzeczy. (Powiada się też, że akurat ta forma opodatkowania, którą wybrało Ministerstwo Finansów, mniej korzystna dla przedsiębiorców, sprzyjałaby rozwojowi szarej strefy – szczegóły są dla mnie zbyt skomplikowane, żeby je tu dyskutować, ale odnotowuję taki fakt.) Nie wiem, czy akurat w tym wypadku tak by musiało być (jest podobno jakaś analiza PAN potwierdzająca ten punkt widzenia), ale przynajmniej warte to było rzetelnego rozpatrzenia. Nie ma, in principio, niczego złego w zgłaszaniu rozwiązań korzystnych dla przedsiębiorców. Pogląd, iż prywatny przedsiębiorca z pewnością chce oszukać państwo, wydrzeć nienależne sobie dochody, zubożając wdowy i sieroty, jest archaiczny, acz, niestety, typowy dla rozumienia polityki w Polsce. Tymczasem możliwe są sytuacje, w których większy zysk przedsiębiorcy oznaczać będzie także większy zysk dla budżetu państwa, natomiast obciążenie przedsiębiorcy podatkiem nominalnie wyższym będzie oznaczać niższe dochody państwa. Dlatego właśnie – i dlatego, że nie ma dowodów na łapownictwo – przypuszczam, że Chlebowski działał w dobrej wierze. Tyle, że robił to bardzo głupio.

Co złego zrobił Zbigniew Chlebowski?

Nie ma dowodów ani na łapownictwo, ani na nielegalne machinacje przy projekcie ustawy. Działania Chlebowskiego, gdyby okazały się skuteczne, nie musiałyby być szkodliwe dla finansów państwa. Cóż zatem złego zrobił Zbigniew Chlebowski? Kontaktował się z zainteresowanymi przedsiębiorcami pokątnie, ukrywał swoje kontakty, nie ujawniał, że stara się reprezentować czyjeś interesy. To zawsze musi rodzić podejrzenia o nieczystą grę, nawet jeśli wszystko było formalnie w porządku. Uczestniczył w rozmowach w stylu „ja ci to, Rysiu, na 90% załatwię”, w dodatku przeplatanej kurwami, nawet jeśli kurwił nie Chlebowski, lecz jego rozmówca. Tak to sobie mogą rozmawiać faceci w prowincjonalnej restauracji, nie szef największego klubu parlamentarnego i szef jednej z ważniejszych komisji sejmowych w jednej osobie z interesantem. W dodatku Chlebowski utrzymywał z Rysiem spektakularne kontakty towarzyskie (spędził Sylwestra w jego luksusowym pensjonacie), mimo iż tenże Rysio był skazany za jakieś przestępstwa gospodarcze. Wedle mojego rozeznania Chlebowski nie złamał prawa, ale złamał liczne zasady etyczne, jakie winny obowiązywać elity polityczne. Ponadto wykazał się brakiem odwagi cywilnej, bo zamiast się do wszystkiego przyznać, kręcił i udawał że nie wie, kto to są Miro i Grzesiu. Swoim nierozważnym, bezmyślnym postępowaniem osłabił rząd i premiera, a zatem, pośrednio, zaszkodził Polsce. Za to wszystko Zbigniew Chlebowski powinien ponieść odpowiedzialność – nie karną, ale polityczną. Powinien zrezygnować z wszystkich sejmowych i partyjnych funkcji, nie powinien już więcej kandydować do parlamentu.

Nie wiem, jaka w całej aferze była rola ministra Drzewieckiego. To podobno jest, a raczej był, całkiem dobry minister, ale jego ostatnia konferencja prasowa przekreśliła wszystkie jego zasługi. Minister stwierdził bowiem, że podpisał słynne pismo do Ministerstwa Finansów nie wiedząc, co tam jest napisane. Albo minister łże, a wobec tego nie powinien być ministrem, albo on, konstytucyjny minister, podpisuje dokumenty nie wiedząc, o co w nich chodzi i jakie skutki może nieść jego podpis,  a wobec tego nie powinien być ministrem.

Dlaczego Chlebowski i Drzewiecki to zrobili?

Gdyby politycy Platformy jawnie występowali w interesie branży hazardowej, tłumacząc zarazem, że zysk branży nie musi oznaczać umniejszenia dochodów budżetu, nic złego by się nie stało. Czemu tego nie robili? Myślę, że się po prostu wstydzili. Może wstydliwe wydało im się samo występowanie w imieniu przedsiębiorców, ale może chodziło o to, że hazard źle się kojarzy. Pewnie z tego samego względu wszystkie media, zamiast tylko informować lub analizować, po prostu rzuciły się na nieszczęsnych platformersów. Tymczasem z punktu widzenia podatkowego hazard to taka sama branża, jak wszystkie inne, a nawet lepsza, bo może przynosić duże dochody państwu. Nie powinno zarzynać się kury znoszącej złote jajka.

Gdyby za przestępstwo uznać samo występowanie w interesie przedsiębiorców, w dodatku skutkujące znacznymi wydatkami budżetowymi, do więzienia powinni trafić wszyscy politycy sprzeciwiający się reformie KRUSu. Tyle, że oni robią to jawnie.