Hair

Klika dni temu trafiłem w telewizorze na sam początek Hair Miloša Formana. Pomyślałem, że posłucham sobie Aquariusa, ale, jak należało się spodziewać, obejrzałem do końca. Film jako całość się w ciągu tych trzydziestu lat zestarzał, poszczególne songi mniej, choreografia za to strasznie, ale w gruncie rzeczy w pamięci zostaje tylko Berger tańczący po stole i scena przedostatnia, z samolotami, które jak biblijne potwory pożerają żołnierzy lecących do Wietnamu. Ach, a te zachowania dzikich hippisów – jakie one się dziś wydają niewinne. No schowali komuś ubrania, próbowali od jednego kolesia wyłudzić pieniądze, wielkie mi mecyje. No tak, ćpali, ale nie byli za grosz agresywni (zaraz mi w komentarzach ktoś napisze, że hippisi byli ruchem pokojowym i wyrzekali się przemocy, ale ja obraz zbuntowanej młodzieży sprzed lat 30-40 porównuję z dzisiejszą ćpającą i, pożal się Boże, zbuntowaną młodzieżą).

Ale ja właściwie nie o tym. W czasach, gdy byliśmy piękni i młodzi, mój najbliższy przyjaciel – najbliższy do dziś, choć fizycznie oddalony, ale podobno zaglądający na tego bloga – miał przywiezioną bodajże z Francji płytę z piosenkami z musicalu Hair. Płyta wygięła się na słońcu, nie była więc płaska, ale wklęsło-wypukła, ale grała. Songi z Hair znałem więc na pamięć, do dzisiaj mi wersje z filmu Formana w kilku miejscach nie brzmią, bo przyzwyczaiłem się do tych z płyty-musicalu. Film Formana miał premierę w 1979 i został dosyć szybko wpuszczony do kin PRLu. Polskie premiery amerykańskich filmów bardzo się opóźniały, ale w tym wypadku zapewne władzom chodziło o to, że film sprzeciwiał się imperialistom amerykańskim toczącym swą brudną wojnę w Wietnamie czy jakoś tak. Film miał więc swoją polską premierę już w 1979 albo na początku 1980. Tak się złożyło, że Grześ, mój przyjaciel, poszedł na Hair przede mną, a potem mi ten film opowiadał. Słuchałem z zapartm tchem, bo choć piosenki znałem, libretta nie. Od tego czasu oglądałem Hair pewnie z dziesięć razy i za każdym razem, naprawdę za każym razem, słyszę i widzę Grzesia opowiadającego kolejne sceny. Tak więc po trzydziestu latach wciąż widzę Hair oczyma mego przyjaciela.

Czakram

Na Niedowiarach toczy się dyskusja zainspirowana „cudem w Sokółce” (upuszczona na ziemię hostia rzekomo zamieniła się w tkankę ludzkiego serca). Spór idzie o to, w jaki sposób władza i nauka powinny się angażować w wyjaśnianie domniemanych zdarzeń cudownych. W tym kontekscie przytoczyłem tam pewną historię krakowsko-niepołomicką. Po namyśle uznaję, że zasługuje ona na osobny wpis:

W czasie wizyty Jawaharlala Nehru w Polsce okazało się, że na Wawelu podobno znajduje się czarkram, jeden z siedmiu odłamków kamienia, który anioł zrzucił na Ziemię. Najsłynniejszym fragmentem jest święty kamień w Mekce, pozostałe mają znajdować się w Jerozolimie, Delhi, Delfach, Rzymie i Velehradzie. Turystyka czakramowa na Wawel rosła i na początku tego wieku osiągnęła całkiem spore rozmiary – ludzi różnych ras nic nie obchodziły arrasy, groby królewskie ani cała reszta oficjalnych zabytków i przedmiotów kultu, chcieli sobie postać na Dziedzińcu Arkadowym i oprzeć się plecami o jedną ścianę. Ówczesny dyrektor Państwowych (państwowych!) Zbiorów Sztuki na Wawelu, Jan Ostrowski, wespół z ówczsenym proboszczem bazyliki katedralnej, ogłosili, że takie zachowania “nie licują z powagą miejsca” czy jakoś tak, wywiesili tablicę, że czakram to fałsz i zabobon, a odpowiedni fragment dziedzińca odgrodzili płotem. W ten oto sposób przedstawiciel państwowej władzy zaangażował się w kwestię religijną.

Na tym nie koniec. Ówczesny burmistrz Niepołomic, Stanisław Kracik, od kilku dni nowy wojewoda małopolski, odgrzebał starą legendę o tym, iż gdy budowano zamek w Niepołomicach, z Wawelu wywieziono fragment kamienia z kaplicy Św. Gerona i użyto go w fundamentach niepołomickiego zamku. Ach, nieprzypadkowo użyto tego właśnie kamienia, bo już wówczas ludzie zdawali sobie sprawę z jego nadzwyczajnych właściwości! Tak więc, mówił Kracik, część czakramu znajduje się u nas – turyści, których idiota-dyrektor przepędził z Wawelu, są mile widziani w Niepołomicach! No i istotnie, przewodnicy po zamku w Niepołomicach mówią wszystkim zwiedzającym podziemia “o, tu, tu proszę stanąć, tu podobno promieniowanie jest najsilniejsze”. Byłem, słyszałem. Oto więc przedstawiciel władzy lokalnej niby-to podejmuje działania na rzecz zwiększenia ruchu turystycznego w swoim mieście, ale tak naprawdę również angażuje autorytet władzy w kwestie religijne – tyle, że w przeciwną stronę, niż dyrektor Wawelu.

Ale i na tym nie koniec! Gmina Niepołomice zaangażowała kilku naukowców, w tym znanego mi osobiście profesora fizyki z UJ, sympatycznego starszego pana, żeby dokonali pomiarów w zamku. Znany mi profesor pomierzył i na konferencji prasowej ogłosił, że tu a tu (to właśnie miejsce pokazują przewodnicy) pole elektromagnetyczne wykazuje dziwną anomalię. Nie powiedział “tu jest czakram”, ale “tu jest dziwna anomalia”. Mamy więc także naukowców, którzy pośrednio uwiarygadniają istnienie obiektu nadprzyrodzonego.

Dyrektor Ostrowski z Wawelu zrozumiał, że się ośmieszył i po jakimś czasie się ze swych kroków wycofał. Profesor z UJ tamtymi swoimi badaniami się nie chwali, ale się ich nie wypiera. Burmistrz-wojewoda Kracik jest ze swoich kroków dumny, bo ruch turystyczny do Niepołomic wzrósł.

Węgiel

Przy okazji dyskusji na temat globalnego ocieplenia, w której, w najdziwniejszym miejscu na świecie, ku swojemu zdumieniu wziąłem udział (no dobrze, sam ją wywołałem i jeszcze się włączę), przyszła mi do głowy taka oto myśl:

Natura przez setki milionów lat wycofywała z obiegu węgiel, zamykając go między innymi w skałach, które my uważamy za źródła paliw kopalnych. Spalając węgiel kamienny, ropę i gaz ziemny, przywracamy do obiegu miliardy ton węgla. Działamy w ten sposób contra naturam, wbrew naturalnym procesom przyrodniczym, a skoro tak, to nasze działania mogą długofalowo okazać się naprawdę katastrofalne w skutkach. Oczywiście nie jest to argument naukowy, lecz publicystyczny. Ale mnie daje on do myślenia.

Z tego punktu widzenia biopaliwa wydają się „lepsze”, gdyż ich spalanie nie wprowadza do obiegu „nowego” węgla, a tylko ponownie uwalnia ten, który już krążył w przyrodzie. Jednak zalety biopaliw są względne: Aby wyprodukować ich tyle, żeby miały one jakiekolwiek znaczenie, trzeba albo karczować lasy, albo ograniczać powierzchnię upraw roślin przeznaczonych do spożycia. To pierwsze jest szkodliwe z punktu widzenia obiegu węgla – las zatrzymuje go o wiele więcej, niż pole kukurydzy lub rzepaku – to drugie skutkuje wzrostem cen żywności, boleśnie dotykającym tysiące ubogich. Niestety, na skutek lobbyingu producentów biopaliw i zapewne pełnych dobrej woli, lecz zaślepionych wrogów globalnego ocieplenia, jedno i drugie już miało miejsce.

Majcherek da capo

We wczorajszej Gazecie Wyborczej prof. Janusz A. Majcherek znowu pisze o nauczaniu matematyki i fizyki w szkole. Majcherkowi tym razem niby to chodzi o etykę – i spieszę przyznać, że z jego końcową tezą

Jeśli etyka miałaby zostać wprowadzona do szkoły jako kolejna porcja dogmatycznej wiedzy i autorytatywnych ustaleń normatywnych, opartych na jednej doktrynie aksjologicznej, to może lepiej, że jej tam nie ma. Bo w etyce autonomia moralna jest równie istotna jak wiedza.

jestem skłonny się zgodzić. Ale ta argumentacja! Samej etyce Majcherek poświęca niewielką część swojego tekstu, pisze zaś głównie o tym, że polska szkoła przedstawia wiedzę w sposób dogmatyczny i tłumi wszelką dyskusję. Zaczyna Majcherek, a jakże, od matematyki i fizyki:

Na lekcjach fizyki uczeń nie dowie się o istnieniu różnych i rozbieżnych interpretacji mechaniki kwantowej ani o jej niespójności z mechaniką relatywistyczną (teorią względności), podobnie jak z lekcji matematyki – o twierdzeniach limitacyjnych, wykazujących niespójność czy niezupełność wiedzy matematycznej. Ma wkuć definicje i umieć rozwiązywać równania, które – jakżeby inaczej – mają tylko jedno właściwe rozwiązanie.

O tym, że nauka nie powinna polegać na „wkuwaniu definicji”, ale że, niestety, w wielu szkołach się do tego sprowadza, pisałem wielokrotnie. To wielka tragedia polskiego systemu szkolnego, ale dotycząca nie tylko przedmiotów ścisłych i przyrodniczych, humanistycznych też. Odnośnie do „jednego właściwego rozwiązania” mógłbym złośliwie zauważyć, że uczniowie, choćby przy okazji nauki równań kwadratowych, jak najbardziej uczą się, iż niekiedy rozwiązanie jest więcej, niż jedno, ale rozumiem, że Majcherkowi chodzi o coś innego, a mianowicie o to, że w szkole uczy się, iż istnieje „jedynie słuszna” (według Majcherka) czy też „jednoznaczna” (według mnie) droga od sformułowania zadania do znalezienia zbioru rozwiązań. Jednak to, co Majcherek najwyraźniej uważa za defekt matematyki, w istocie stanowi o jej potędze i użyteczności. Żeby nie szukać daleko, ani komputer, na którym Majcherek napisał swój tekst, ani wiadukt, przez który dojeżdża do pracy, ani samolot, którym lata na konferencje, nie mogłyby działać, gdyby narzędzia matematyczne, których użyto do ich zaprojektowania, nie dawały jednoznacznych odpowiedzi na postawione pytania.

Przejdźmy jednak do pierwszego, ważniejszego zdania z zamieszczonego cytatu. Majcherek powiada, że istnieje wiele interpretacji mechaniki kwantowej, ponadto zaś mechanika kwantowa jest niespójna z teorią względności. Obawiam się, że wiedza Janusza Majcherka na te tematy jest cokolwiek przestrzała. Po pierwsze, rzeczywiście istnieją rozmaite interpretacje mechaniki kwantowej, przy czym dwie dominujące, kopenhaska (z wariantami i współczesnymi modyfikacjami) oraz nielokalna teoria zmiennych ukrytych, czyli mechanika Bohma (z braku miejsca nie wyjaśniam tu znaczenia kluczowego przymiotnika „nielokalna”), choć są kompletnie różne w warstwie pojęciowej i interpretacyjnej – pierwsza bowiem głosi indeterminizm, druga zaś całkowity determinizim na poziomie fundamentalnym – prowadzą do dokładnie takich samych przewidywań obserwacyjnych, a zatem nie mogą być odróżnione na drodze eksperymentalnej. Po drugie, co z rzekomą sprzecznością mechaniki kwantowej z relatywistyką? Nie jestem pewien, o co Majcherkowi chodzi, ale domyślam się, że ma on na myśli tak zwany paradoks EPR. Akronim ten pochodzi od nazwisk trzech gigantów fizyki, Alberta Einsteina, Borisa Podolsky’ego i Nathana Rosena, którzy we wspólnym artykule opublikowanym w roku 1935 przewidzieli istnienie pewnego zjawiska kwantowego i jednocześnie postawili tezę, iż zjawisko to łamie zasadę przyczynowości, będącą podstawą mechaniki relatywistycznej. Otóż okazuje się, że przewidziane zjawisko naprawdę zachodzi, ale zasady przyczynowości nie łamie. Obecnie są na to tak bardzo silne dowody eksperymentalne, jak i głębokie wyjaśnienia teoretyczne, a cały ten krąg zagadnień jest polem intensywnych badań w ciągu ostatnich lat. Historia paradoksu EPR dowodzi, że mechanika kwantowa była pojęciowo trudna nawet dla geniusza pokroju Einsteina. Czyżby prof. Majcherek chciał to wprowadzić do programu szkolnego, jak się należy domyślać, wraz z całym niezbędnym aparatem matematycznym? Nie sądzę, żeby był to szczególnie udany postulat.

Na pociechę Majcherkowi wspomnę jednak, iż wciąż nie udało się pogodzić mechaniki kwantowej ze współczesną teorią grawitacji, czyli z Ogólną Teorią Względności. Jest to jednak zagadnienie tak trudne, że wykracza poza kompetencje większości zawodowych fizyków, nie ma też żadnych danych doświadczalnych, na których moglibyśmy oprzeć postulowaną nową teorię łączącą. Nie wyobrażam sobie, jak mogłaby wyglądać próba wprowadzenia tej problematyki do programu szkolnego.

Co zaś się tyczy zacytowanych poglądów Majcherka na temat matematyki, to, jako żywo, nic mi nie wiadomo o twierdzeniach na temat niespójności (wewnętrznej sprzeczności) matematyki. Owszem, istnieją za to twierdzenia o tym, iż pewne teorie matematyczne są niezupełne (w ściśle określonym sensie). Zagadnień w rodzaju teorii prawdy Tarskiego czy twierdzenia Gödla uczą się studenci bardzo elitarnych kierunków studiów. Wprowadzenie ich do programu szkolnego miałoby podobny sens, jak posadzenie młodzieńca, który właśnie odbył pierwsze lekcje w szkółce Nauki Jazdy, za kierownicą bolidu Kubicy lub – może ten przykład do profesora Majcherka bardziej przemówi – wymaganie, aby uczniowie, w ramach szkolnego kursu etyki, przygotowali krytyczną analizę poglądów Emmanuela Lévinasa na temat myśli Martina Heideggera.

W dalszej części artykułu Janusz A. Majcherek polemizuje z poglądami Jana Hartmana (o którym też zresztą pisałem):

W przeciwieństwie do prof. Hartmana nie uważam, że dopuszczenie do dyskusji wymaga uprzedniego przyswojenia obfitego zasobu wiedzy, a więc dyskutować mogą tylko ci, którzy dużo wiedzą. Tak powinno być na konferencjach i sympozjach naukowych. W nauczaniu szkolnym, a nawet akademickim, może i powinno być inaczej: to ciekawa dyskusja ma zachęcić do szukania argumentów, a więc sięgania po opracowania i do źródeł, czyli poszerzenia wiedzy na dany temat.

Rozumiem intencje Majcherka. Szkoła nie powinna zabijać dociekliwości, nie może też przedstawiać interpretacji i systemów wartości jako danych z góry, niewzruszonych, musi za to uczyć krytycyzmu. Ale szkoła powinna też nauczyć, że kompetentna dyskusja musi być oparta na rzetelnej wiedzy rzeczowej, dyskutant zaś musi niekiedy uznać wyższość wiedzy i argumentacji swojego oponenta. „Gentlemani nie dyskutują o faktach, gentlemani je znają”. Jak można dyskutować hipotetyczne sprzeczności pomiędzy mechaniką kwantową a Szczególną Teorią Względności nie znając tych teorii? Jak można dyskutować różnice pomiędzy Lévinasem a Heideggerem nie przeczytawszy dzieł tych filozofów? Wiadomo przy tym, że dyskusja inaczej będzie wyglądać na różnych poziomach nauczania. Inaczej pisze się o paradoksie EPR na blogu i w komentarzach do wpisu, inaczej mówi się o nim na kursowym wykładzie z mechaniki kwantowej, inaczej w najnowszym artykule w Nature. Dyskusja o Lévinasie i Heideggerze także wygląda inaczej na seminarium studenckim, inaczej wśród specjalistów zajmujących się analizą myśli tych filozofów. Zawsze jednak trzeba wiedzieć, o czym się mówi, żeby mówić sensownie, przy czym poziom wiedzy dyskutantów jest jednym z najważniejszych czynników determinujących poziom dyskusji.

Nie można obecnie od nikogo oczekiwać, aby był kompetentny we wszystkich dziedzinach wiedzy, jednak czynienie ze swojego braku kompetencji argumentu w dyskusji publicznej jest całkowicie niewłaściwe. To dość obrzydliwa nowa, świecka tradycja.

Trzy ryzy papieru

Nasz wydział ma szczęście, otrzymał dwa granty z unijnego Funduszu Operacyjnego Kapitał Ludzki z trzech, o które wystąpił, w tym grant na „kierunki zamawiane”. Jestem zaangażowany w oba i dziś organizowałem kolokwium wstępne dla około setki studentów na sponsorowane przez jeden z grantów zajęcia wyrównawcze z matematyki (obecni maturzyści prawie nic z matematyki na poziomie szkoy średniej nie umieją). W tym celu musiałem wydrukować z nagłówkiem zawierającym logo Unii i inne ozdobniki

  • sto egzemplarzy zadań
  • sto kartek na odpowiedzi (pustych, jeśli nie liczyć nagłówków)
  • sto deklaracji przystąpienia do programu
  • sto formularzy zgody na przetwarzanie danych osobowych

Zadania studenci i tak musieliby dostać, więc pierwsze sto kartek musiałbym drukować tak czy siak. Studenci mogliby dawać odpowiedzi na kartkach dowolnych (a więc zużywać trującego tonera i energii na druk drugiej setki nie byłoby trzeba, ale papieru nie ubywa), a pozostałe dwa formularze to już czyste marnotrawstwo. W dodatku ci studenci, których na podstawie kolokwium wstępnego nie będzie mozna zwolnić z obowiązku uczestnictwa w zajęciach, będą musieli jeszcze wypełnić deklarację przystąpienia do zajęć (poprzednia była do programu), a zatem czeka mnie druk

  • około 80 deklaracji przystąpienia do zajęć!

Razem zmarnotrawię więc całą ryzę papieru. Wszystko to dla zaspokojenia sprawozdawczości Unii Europejskiej, tej samej Unii, która tak się angażuje w walkę o ochronę środowiska, przeciwstawia antopogennemu globalnemu ociepleniu etc. Ach, ja mówię tylko o studentach pierwszego roku informatyki, a przecież są jeszcze studenci fizyki, których jest mniej, ale którzy mają dwa repetytoria, z matematyki i z fizyki. Czyli druga ryza papieru idzie do diabła.

Na tym nie koniec. Mamy jeszcze drugi grant, obejmujący tę samą grupę studentów, a zatem deklaracja przystąpienia do programu, zgoda na przetwarzanie danych osobowych (zgoda wydana w ramach jednego unijnego programu jest oczywiście nieważna w ramach drugiego, potrzebna jest druga zgoda), deklaracja przystąpienia do zajęć. Tyle że tam nie ma kolokwium wstępnego, więc może rzecz uda się opędzić tylko jedną ryzą?

Mity i tradycje

Pewne symbole i odniesienia, które kiedyś w kulturze były oczywiste, dziś wypadają z kanonu. Niedługo będą je znać tylko starzy profesorowie i ich doktoranci, i sama ta wiedza będzie wielką nauka, jak znajomość hieroglifów czy pisma Hetytów. W ósmej księdze madrygałów Monteverdiego znajduje się cykl Bitwa Tankreda z Kloryndą (Il combattimento di Tancredi e Clorinda). Muzycznie znam to bardzo dobrze, ale literacko dość słabo kojarzyłem to z czasami wypraw krzyżowych. Dzisiaj postanowiłem sprawdzić. Okazuje się, że libretto nawiązuje do szesnastowiecznego poematu Torquata Tassa Jerozolima wyzwolona. Tankred był uczestnikiem pierwszej krucjaty, Klorynda Saracenką-wojowniczką, zakochali się w sobie. Jednak w nocnej bitwie krzyżowców z Saracenami Tankred śmiertelnie rani Kloryndę, nie wiedząc, z kim walczy. Klorynda umiera w jego ramionach, przed śmiercią zdąża przejść na chrześcijaństwo (w przeciwnym razie dla czytelników Tassa i słuchaczy Monteverdiego musiałaby być potępiona). Giniesz śliczna Kloryndo od miłosnej dłoni, a twój Tankred nad własnym zwycięstwem łzy roni. Zdaje się, że poloniści owszem, o poemacie tym słyszeli, ale nikt go już nie czyta. To samo chyba dotyczy i italianistów. Kiedyś sceny z tego poematu często pojawiały się w sztuce. Delacroix jeszcze w XIX wielu malował Kloryndę ratującą Olinda i Sofronię (Sofronia została skazana na spalenie na stosie, zakochany w niej Olindo dobrowolnie poszedł wraz z nią na stos), ale to znaczy, że i Delacroix, i odbiorcy jego sztuki legendę tę musieli znać. A dziś?

Ja się dopiero prze chwilą dowiedziałem, że król Stanisław August Poniatowski zamówił rzeźbę Tankreda i Kloryndy do Łazienek; dziś rzeźba ta znajduje się w Puławach. Nie pamiętałem też, że Tankred pojawia się w Krzyżowcach Zofii Kossak-Szczuckiej (historyczny Tankred naprawdę był jednym z wodzów pierwszej krucjaty). Cóż, Krzyżowców czytałem bardzo, bardzo, bardzo dawno temu.

Trzeba sobie będzie nabyć drogą kupna słynny słownik Kopalińskiego. Coś sobie będzie można przypomnieć, coś przeczytać i udawać, że się to „od zawsze” wiedziało.

Znaj proporcją, mocium panie

„Afera hazardowa” jest najgorętszym tematem politycznym ostatnich dni. PiS krzyczy w głos, że sprawa jest znacznie poważniejsza od afery Rywina i afery starachowickiej razem wziętych. Nie ulega wątpliwości, że Chlebowski  – i Drzewiecki? – zachował się skandalicznie i powinien ponieść karę polityczną w postaci zdymisjonowania ze wszystkich pełnionych funkcji i, zapewne, niekandydowania w najbliższych wyborach do parlamentu. Trzeba jednak zauważyć, że porównania z aferami z czasów rządu Millera są bardzo mocno naciągane. Podobieństwa – ustawa u Rywina i w kwestii hazardu, domniemany przeciek z operacji specjalnej w sprawie ze Starachowic i teraz – są powierzchowne.

  • Rywin domagał się pieniędzy (dużych pieniędzy) za przyjęcie ustawy w kształcie odpowiadającym prywatnemu przedsiębiorstwu (Agorze). Teraz nie słyszymy, żeby Chlebowski czy któryś z jego rządowych kolegów pieniędzy się domagali czy też że owi przedsiębiorcy, Rysio i kolega, pieniądze Chlebowskiemu proponowali. Gdyby Mariusz Kamiński i jego CBA miało choć cień dowodów na potwierdzenie tej tezy, trąbiliby o tym tak głośno, że umarłych by to obudziło. Cisza jest zatem najlepszym dowodem niewinności Chlebowskiego. Mówienie zatem, że Chlebowski i inni zostali skorumpowani jest, w świetle tego, co dotąd ujawniono, zwykłą nieprawdą.
  • Aleksandra Jakubowska wraz z podległym sobie personelem nielegalnie zmieniła kształt ustawy: rząd przyjął jedno, Jakubowska zapisała drugie. Teraz Chlebowski, Drzewiecki i Szejnfeld naciskali, aby w projekcie ustawy zapisać rozwiązania korzystne dla przedsiębiorców. Nawet jeśli przyjąć, że robili to w złej wierze – nie sądzę zresztą, aby tak było, patrz niżej – robili to w sposób legalny i oficjalny. Nie ma zatem mowy o sfałszowaniu projektu ustawy.
  • W sprawie starachowickiej przeciek o operacji specjalnej, pochodzący od wiceministra spraw wewnętrznych, dotarł do skorumpowanych samorządowców, współpracujących z gangsterami i, potencjalnie, mógł doprowadzić do dekonspiracji agentów policji, którzy przeniknęli do gangu, co mogłoby się nawet wiązać z zagrożeniem ich życia. To było – słusznie – przedstawiane jako największe zło afery przeciekowej. Obecnie nie ma agentów, którym groziłaby dekonspiracja, nie wydaje się, żeby w ogóle doszło do jakiegoś przestępstwa, które służby starały się wykryć, nie jest nawet jasne, kiedy nastąpił przeciek, i jaki. Opozycja daje do zrozumienia, że źródłem przecieku był sam Tusk, który, poinformowany przez Mariusza Kamińskiego, że coś cuchnie wokół ustawy hazardowej, „ostrzegł” swoich współpracowników. Tymczasem mogło być zupełnie inaczej: Tusk, w istocie przestraszywszy się, że coś cuchnie i że smród ten zaszkodzi jego planom prezydenckim, polecił Drzewieckiemu wycofać wszelkie zastrzeżenia do projektu ustawy hazardowej, który powstał w Ministerstwie Finansów, Chlebowskiemu zaś zerwać wszelkie kontakty z przedstawicielami branży hazardowej. Tusk wcale nie musiał mówić, że rozmówcy Chlebowskiego są na podsłuchu. I ostatnia rzecz w tym punkcie: wiceminister Sobotka o operacji z udziałem zakonspirowanych agentów przeciwko SLD-owskim działaczom dowiedział się przypadkiem i użył wiedzy, której nie powinien był mieć, do ostrzeżenia niewątpliwych przestępców. Tusk miał usłyszeć, co usłyszał, a następnie skorzystał z posiadanej wiedzy do ukrócenia nieetycznych działań swoich współpracowników i do – przyjmijmy chwilowo to założenie – ochrony interesów państwa. Można się tu nawet dopatrywać ukrytej gry CBA: Tusk zareaguje – oskarżymy go o przeciek. Tusk nic nie zrobi – oskarżymy go o bezczynność i sprzyjanie lobby hazardowemu.

Czy interes państwa był zagrożony?

I CBA, i media ekscytują się tym, że Chlebowski naciskał na przyjęcie rozwiązań korzystnych dla przedsiębiorców, w wyniku czego dochody skarbu państwa spadłyby o pół miliarda złotych. Tymczasem argument tychże przedsiębiorców – jeśli wyznaczycie zbyt duże podatki, interes przestanie nam się opłacać, więc się z niego wycofamy i państwo guzik z tego będzie miało – brzmi rozsądnie. Krzywa Laffera, te rzeczy. (Powiada się też, że akurat ta forma opodatkowania, którą wybrało Ministerstwo Finansów, mniej korzystna dla przedsiębiorców, sprzyjałaby rozwojowi szarej strefy – szczegóły są dla mnie zbyt skomplikowane, żeby je tu dyskutować, ale odnotowuję taki fakt.) Nie wiem, czy akurat w tym wypadku tak by musiało być (jest podobno jakaś analiza PAN potwierdzająca ten punkt widzenia), ale przynajmniej warte to było rzetelnego rozpatrzenia. Nie ma, in principio, niczego złego w zgłaszaniu rozwiązań korzystnych dla przedsiębiorców. Pogląd, iż prywatny przedsiębiorca z pewnością chce oszukać państwo, wydrzeć nienależne sobie dochody, zubożając wdowy i sieroty, jest archaiczny, acz, niestety, typowy dla rozumienia polityki w Polsce. Tymczasem możliwe są sytuacje, w których większy zysk przedsiębiorcy oznaczać będzie także większy zysk dla budżetu państwa, natomiast obciążenie przedsiębiorcy podatkiem nominalnie wyższym będzie oznaczać niższe dochody państwa. Dlatego właśnie – i dlatego, że nie ma dowodów na łapownictwo – przypuszczam, że Chlebowski działał w dobrej wierze. Tyle, że robił to bardzo głupio.

Co złego zrobił Zbigniew Chlebowski?

Nie ma dowodów ani na łapownictwo, ani na nielegalne machinacje przy projekcie ustawy. Działania Chlebowskiego, gdyby okazały się skuteczne, nie musiałyby być szkodliwe dla finansów państwa. Cóż zatem złego zrobił Zbigniew Chlebowski? Kontaktował się z zainteresowanymi przedsiębiorcami pokątnie, ukrywał swoje kontakty, nie ujawniał, że stara się reprezentować czyjeś interesy. To zawsze musi rodzić podejrzenia o nieczystą grę, nawet jeśli wszystko było formalnie w porządku. Uczestniczył w rozmowach w stylu „ja ci to, Rysiu, na 90% załatwię”, w dodatku przeplatanej kurwami, nawet jeśli kurwił nie Chlebowski, lecz jego rozmówca. Tak to sobie mogą rozmawiać faceci w prowincjonalnej restauracji, nie szef największego klubu parlamentarnego i szef jednej z ważniejszych komisji sejmowych w jednej osobie z interesantem. W dodatku Chlebowski utrzymywał z Rysiem spektakularne kontakty towarzyskie (spędził Sylwestra w jego luksusowym pensjonacie), mimo iż tenże Rysio był skazany za jakieś przestępstwa gospodarcze. Wedle mojego rozeznania Chlebowski nie złamał prawa, ale złamał liczne zasady etyczne, jakie winny obowiązywać elity polityczne. Ponadto wykazał się brakiem odwagi cywilnej, bo zamiast się do wszystkiego przyznać, kręcił i udawał że nie wie, kto to są Miro i Grzesiu. Swoim nierozważnym, bezmyślnym postępowaniem osłabił rząd i premiera, a zatem, pośrednio, zaszkodził Polsce. Za to wszystko Zbigniew Chlebowski powinien ponieść odpowiedzialność – nie karną, ale polityczną. Powinien zrezygnować z wszystkich sejmowych i partyjnych funkcji, nie powinien już więcej kandydować do parlamentu.

Nie wiem, jaka w całej aferze była rola ministra Drzewieckiego. To podobno jest, a raczej był, całkiem dobry minister, ale jego ostatnia konferencja prasowa przekreśliła wszystkie jego zasługi. Minister stwierdził bowiem, że podpisał słynne pismo do Ministerstwa Finansów nie wiedząc, co tam jest napisane. Albo minister łże, a wobec tego nie powinien być ministrem, albo on, konstytucyjny minister, podpisuje dokumenty nie wiedząc, o co w nich chodzi i jakie skutki może nieść jego podpis,  a wobec tego nie powinien być ministrem.

Dlaczego Chlebowski i Drzewiecki to zrobili?

Gdyby politycy Platformy jawnie występowali w interesie branży hazardowej, tłumacząc zarazem, że zysk branży nie musi oznaczać umniejszenia dochodów budżetu, nic złego by się nie stało. Czemu tego nie robili? Myślę, że się po prostu wstydzili. Może wstydliwe wydało im się samo występowanie w imieniu przedsiębiorców, ale może chodziło o to, że hazard źle się kojarzy. Pewnie z tego samego względu wszystkie media, zamiast tylko informować lub analizować, po prostu rzuciły się na nieszczęsnych platformersów. Tymczasem z punktu widzenia podatkowego hazard to taka sama branża, jak wszystkie inne, a nawet lepsza, bo może przynosić duże dochody państwu. Nie powinno zarzynać się kury znoszącej złote jajka.

Gdyby za przestępstwo uznać samo występowanie w interesie przedsiębiorców, w dodatku skutkujące znacznymi wydatkami budżetowymi, do więzienia powinni trafić wszyscy politycy sprzeciwiający się reformie KRUSu. Tyle, że oni robią to jawnie.

Dziwny kraj

Gazeta Wyborcza chwali się 100 000 000 milionami wpisów na swoim forum. Wiadomo, że część z nich jest wartościowa, większość pod każdym względem obojętna, jakaś zaś część przynależy do obszaru „chamstwa w internecie”. Jakoś się w tym wszystkim nasza zbiorowa (pod)świadomość odbija. Dla przykładu, wczoraj Gazeta napisała, że polska reprezentacja kobieca w tenisie stołowym awansowała do finału Mistrzostw Europy. Dwie z polskich zawodniczek są Chinkami od lat mieszkającymi i trenującymi w Polsce. I co na to forum, internetowy Polaków portret własny? Co prawda nikt nie nawołuje do przemocy, ale i tak większość komentarzy ocieka rasizmem. Zamiast cieszyć się, że Polska będzie w cywilizacji wymieniana w pozytywnym kontekscie, ludzie wylewają swoje uprzedzenia. Nasze, słowiańskie, prapolskie geny są jakoś lepsze czy co? Skoro my ludzi innej rasy uważamy za z góry gorszych, to czemu oczekujemy, że to samo nie spotka nas? W Stanach, Wielkiej Brytanii czy Holandii kolor skóry zawodnika naprawdę prawie nikogo nie interesuje.

Przy okazji, dzisiaj Gazeta donosi, jakie to filmy najchętniej ściągano z serwisów torrentowych. Pozornie jest to informacja, de facto propagowanie piractwa: No, skoro poważny portal o tym pisze, podaje nazwy serwisów i recenzje filmów, to znaczy, że torrenty są OK. Nie są. Wiadomo, że piractwo sieciowe istnieje, ale pojąć nie mogę, jakim sposobem wielki portal może do niego zachęcać.

I czemu się dziwić, że w cywilizacji Polska wciąż uchodzi za dziwny, podejrzany, dziki kraj?

P.s. Polska reprezentacja przegrała finałowy mecz z Holandią 3:1, ale i tak gratuluję srebra! Reprezentantka Polski Li Qian jest jedyną zawodniczką turnieju drużynowego, która nie przegrała żadnego spotkania i ma duże szanse w turnieju indywidualnym.

Wouldn’t he?

Wczorajsza Gazeta Wyborcza poświęca pierwszą stronę analizie wyników międzynarodowego sondażu, z którego jakoby miało wynikać, iż

Polacy są nie tylko (…) coraz bardziej sceptyczni wobec Ameryki, ale też stali się jednym z najbardziej pacyfistycznych narodów Europy.

Sondaż jak sondaż, krytyce podlegać jednak mogą jego interpretacje. Zacznijmy od tego, że w Europie Zachodniej prezydentowi Obamie ufa 80% więcej osób, niż ufało George’owi W. Bushowi.

„Europa Zachodnia wróciła w objęcia Ameryki”, mówi Gazecie Ron Asmus [znajomy Radka Sikorskiego], szef brukselskiego ośrdodka German Marshall Fund.

A cóż innego mógł powiedzieć prominentny polityk Partii Demokratycznej? Gdy w trakcie afery Profumo brytyjski minister wojny wypierał się wszelkich kontaktów z Christine Keeler, ta skomentowała: The minister would say that, wouldn’t he? Podobnie, Ron Asmus, amerykański polityk, powiada, że Europa pokochała Amerykę, gdy tymczasem Europa po prostu raduje się z odejścia skrajnie tu niepopularnego Busha. Inna rzecz, że Barack Obama ma w tej chwili o wiele większe poparcie w Europie niż w swoim własnym kraju. A Polska popiera Obamę słabiej niż Europa Zachodnia dokładnie z tych samych powodów, dla których ta popiera go szczególnie mocno: Obama chce „poprawić stosunki z Rosją” kosztem interesów Europy Środkowej.

Nawiasem mówiąc, choć politykę zagraniczną Obamy popiera procentowo o wiele mniej Polaków niż Niemców czy Francuzów, to jednak i w Polsce sposób, w jaki Obama radzi sobie ze sprawami międzynarodowymi, jest postrzegany wyraźnie lepiej, niż międzynarodowa polityka Busha. Jak więc Gazeta może pisać, że Polacy stają się coraz bardziej sceptyczni wobec Ameryki?

Pacyfizm Polaków Gazeta komentuje tak:

To zapewne nasz udział w wojnach w Iraku i w Afganistanie sprawił, że w ostatnich latach wśród Polaków mocno wzrosły postawy pacyfistyczne.

Irak i Afganistan, zapewne tak, ale niebezpośrednio. Na pewno krętactwa Busha w uzasadnianiu ataku na Irak i początkowa indolencja Amerykanów w okupowanym Iraku nie przyczyniły się do poparcia dla udziału Polski w tej wojnie. Moim wszakże zdaniem ważniejsze jest co innego: Polscy politycy, w jeszcze większym zaś stopniu polskie media, tak spodziewali się amerykańskiego cargo w zamian za udział w ekspedycjach i tak nam to wszystkim wmówili, że brak bezpośrednich profitów zaczyna być uznawany za dobry powód do wycofania się z Afganistanu. Tymczasem nikt uczciwie nie powiedział po co nam to było: po pierwsze, aby zapewnić sobie przychylność Ameryki w perspektywie długofalowej i, po drugie, aby nasze koszarowe wojsko mogło przekształcić się w prawdziwą armię. Pisze o tym także Bartosz Węglarczyk na swoim blogu (tekst ukazał się również w papierowym wydaniu Gazety).

Taksonomia Blooma

Nie studiowałem pedagogiki, więc pewne rzeczy w świecie znane odkrywam na własny użytek dopiero teraz. Wyważam otwarte drzwi. I tak oto czytając ten oto list do Science dowiedziałem się o istnieniu tytułowej taksonomii Blooma. Otóż Benjamin Bloom (jednak nie Leopold) już w roku 1956 wprowadził podział celów edukacyjnych w trzech kategoriach: afektywnej, psychomotorycznej i kognitywnej (poznawczej). W tej trzeciej kategorii Bloom wprowadził hierarchię

  • Remember
  • Understand
  • Apply
  • Analyze
  • Evaluate
  • Create

przy czym trzy ostatnie znajdują się na tym samym poziomie. Według Blooma, poziom drugi nie może być osiągnięty bez pierwszego, trzeci bez drugiego, czwarty, piąty i szósty bez trzeciego.

Polska szkoła w nauczaniu przedmiotów ścisłych ogranicza się do najbardziej podstawowego poziomu, remember. Ze strachem myślę, że często tak też jest na poziomie studiów wyższych. Wszyscy reformatorzy głośno domagają się poziomu trzeciego, apply, mitycznego stosowania wiedzy w praktyce. I jakoś to nie wychodzi, bo powszechnie pomija się poziom drugi, zrozumienie.

Nawiasem mówiąc, na wszystkich polskich stronach, które sprawdzałem – na przykład tutaj – najniższy szczebel hierarchii tłumaczony jest jako wiedza. To jest zupełnie błędne tłumaczenie, „wiedza” bowiem zakłada nie tylko zapamiętanie, ale zrozumienie, a nawet więcej, pewnego rodzaju zinterioryzowanie wiadomości i powiązań między nimi. Czy zastępowanie remember przez wiedzę to tylko kwestia złego tłumaczenia, czy gorzej, złej interpretacji doktryny Blooma? Create też jest niewłaściwie przekładane jako synteza – no, tu już wprost widzę naleciałości myśli marksistowskiej. Ponieważ w przekładach uzus rulez, gdy błędny przekład raz wszedł do obiegu, tak już zostało. Ale czy nikt nie zadał sobie trudu zajrzenia do oryginału lub do źródeł anglojęzycznych?!

Poprawka: Okazuje się, że pierwotna taksonomia Blooma istotnie zawierała knowledge oraz synthesis. hierarchia podana powyżej nosi nazwę „zrewidowanej” i została podana w roku 2001 przez L. W. Andersona i D. R. Krathwohla. Tutaj jest artykuł Krathwohla z omówiniem tej zmodyfikowanej taksonomii.