Gdy trwoga, to…

Ludwik Dorn postanowił wrócić do PiS, co prawda nie jako członek partii, ale jako socius et amicus populi pisei. No, ładnie. Tak, jakby populus pisis cokolwiek z tego rozumiał. To takie mruganie okiem do wykształciuchów (czy to nie aby sam pan Dorn spopularyzował to słowo w polityce?): patrzcie, ja też jestem wykształcony, znam łacinę, mam poczucie humoru, a jednak popieram Prawo i Sprawiedliwość.

Motywy Dorna mnie nie dziwią – jest typem na wskroś politycznym i bez zaangażowania w politykę byłoby mu ciężko (niekoniecznie w sensie materialnym, ale na pewno duchowym). A ponieważ tylko start z wysokiego miejsca na liście PiS daje mu szanse na reelekcję, mamy, co mamy. Trzeba podwinąć ogon, robić dobrą minę do złej gry, udawać, że nie kontestowało się Jarosława jako kandydata na prezydenta, i tylko robiąc oko podkreślać, że nie ma mowy o żadnej Canossie. Bardziej interesują mnie motywy Jarosława Kaczyńskiego, który renegatów z własnej partii przyjmował ponownie tylko jeśli upokorzyli się bardziej od Henryka IV. Myślę, że w głównej mierze łagodne przyjęcie Dorna wynika ze straszliwej samotności Jarosława, o której zresztą pisałem wkrótce po katastrofie pod Smoleńskiem. Po śmierci brata i wcześniejszym wygnaniu Dorna, Jarosław nie miał już z kim rozmawiać. Mógł wydawać decyzje, obwieszczać swoją wolę, której w PiS nikt nie śmie zakwestionować pod karą ekskomuniki. Nie mógł rozmawiać, dyskutować, głośno myśleć, konfrontować swoich idei z kimś innym, choćby dlatego, że nie miał żadnych godnych siebie partnerów czy też osób, które za takowych uważa. Do tego właśnie, jak sądzę, Jarosławowi potrzebny jest Ludwik Dorn. Także jako oparcie i przeciwwaga w czasie spodziewanej (choć zapewne dopiero po wyborach parlamentarnych) próby przewrotu pałacowego w wykonaniu Zbigniewa Ziobry.

Mówiąc uczciwie, Ludwik Dorn też może myśleć, że choć Jarosław jest fatalny, jednowymiarowy i autokratyczny, to PiS kierowany przez narcystycznego karierowicza Ziobrę byłby jeszcze gorszy. Ze strony Dorna powrót do PiSu jest więc, być może, podwójnym zagraniem „ratujmy co się da”: Raz, ratujmy własną karierę polityczną, dwa, ratujmy PiS przed Ziobrą, gdyż PiS, jako partia opozycyjna, jest potrzebny Polsce.

Senator Ludwiczuk i amerykańscy dyplomaci

Nic mi nie wiadomo na temat aktywności senatora Romana Ludwiczuka w polityce międzynarodowej. Pan senator i amerykańscy dyplomaci mają jednak ze sobą coś wspólnego. Mianowicie i jeden, i drudzy zostali publicznie skompromitowani przez ujawnienie czegoś, co było par excellence polityczne, lecz miało pozostać prywatne. Senator, klnąc jak szewc i obiecując różne stanowiska, namawiał lokalnego działacza z Wałbrzycha do politycznej dezercji. Dyplomatów zaś ugodziły ich własne depesze ujawnione przez WikiLeaks. Nie chodzi mi nawet o to, że Amerykanie traktują swoich partnerów – także oficjalnych i bliskich sojuszników – z arogancją i wyższością, bo czegóż innego należało się spodziewać? Chodzi mi o to, że piszą oni o swoich politycznych partnerach niepochlebnie, nieledwie obraźliwie, takim językiem, jakby głównym celem autorów depesz było zrobienie wrażenia na ich czytelnikach, innych amerykańskich dyplomatach, zgrabnie dobranym kalamburem.

Świadomie pomijam tu pozostałe apekty obu tych spraw, zwłaszcza zaś szkody, jakie WikiLeaks mogło wyrządzić amerykańskiej dyplomacji (któż zechce szczerze z amerykańskimi dyplomatami rozmawiać, ryzykując, że poufna w domniemaniu rozmowa zostanie upubliczniona?). Chcę zwrócić uwagę na dwa elementy:

  1. Na skutek postępu technicznego nie ma już mowy o prywatności. Wszystko, co powiesz, tym bardziej napiszesz, przede wszystkim zaś opublikujesz w Internecie (tu na myśl przychodzi asystent ministra Sikorskiego, który na prywatnym profilu zamieścił zdjęcie z majtkami na głowie, czy też córka ministra Rostowskiego, która również na prywatnym profilu umieśła zdjęcie, na którym pozuje na tle wulgarnego plakatu), staje się publiczne. Powiedzenie scripta manent nabrało nowego znaczenia. Jeśli sam jesteś osobą publiczną, ktoś może to przeciwko tobie wykorzystać. 
  2. Jeśli coś piszesz – w korespondencji służbowej, na blogu, komentując na forum – pisz tak, jakby to mogło być w każdej chwili ujawnione i żebyś wówczas nie musiał się tego wstydzić.

Ja od lat podpisuję się „pfg”, ale nie kryję się za złudną zasłoną anonimowości. Zazwyczaj dwa kliknięcia (w wypadku tego bloga tylko jedno) pozwalają mnie w pełni zidentyfikować. Pewien użytkownik forum Gazety uznał mnie za wroga i atakuje mnie ujawniając na forum moją tożsamość. Biedak nie może pojąć, że skoro moja tożsamość jest jawna, ja zaś staram się pisać tak, abym nie miał się czego wstydzić, nie może mnie w ten sposób ugodzić.

Poza wszystkim innym, pisanie w ten sposób dobrze wpływa na styl.

Lady Gaga

Byłem na koncercie Lady Gaga.

Byłem osobą towarzyszącą mojej córce i jej dwu koleżankom. Wbrew pozorom wcale nie byłem najstarszym uczestnikiem tego koncertu ani jedynym rodzicem w tej sytuacji.

„Koncert” to w ogóle jest niewłaściwy termin. To był wielki show, którego częścią – ważną częścią – była muzyka, ale który nie istniałby bez scenografii, kostiumów, charakteryzacji, choreografii, wyświetlanych elementów video. To zdecydowanie nie jest „moja” muzyka, ale jakość, profesjonalizm, dopracowanie szczegółów całości, zwłaszcza wszystkich elementów wizualnych, zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Początkowo raziła mnie sztuszność niektórych elementów – reżyserowana „spontaniczna” akcja fanów, reżyserowane wzruszenie gwiazdy w odpowiedzi na spontaniczną akcję, wulgarna oprawa jednej z piosenek (ale nie raziły mnie odniesienia religijne w innych miejscach!) – jednak jestem pełen podziwu dla całości. Nie zachwytu, ale właśnie podziwu. Wielki show!

Podobało, tak, podobało mi się także, że show miał swoje przesłanie ideologiczne. To nie była wielka ideologia, przeciwnie, raczej infantylna, ani ideologia, która jakoś przemawiałaby do mnie odsobiście, ale sądzę, że taka lepsza, niż żadna, sztuka bowiem musi coś znaczyć, musi wypowiadać się w jakiejś sprawie, nie zaś być tylko dekoracją, przerywnikiem. „If you have been bullied in a high school, one day you are going to have a big, shining scene to perform on, and the bully will be watching”. Przede wszystkim zaś „Be proud of what you are”.

No a poza tym miałem okazję przypomnieć sobie polską rzeczywistość kolejową. Ekspres, który spóźnia się dwie godziny. Ruiny, chaszcze, gruzy i rozwalańce widziane od wstydliwej strony, z okien pociągu. W Gdyni dworzec tymczasowy (główny w przebudowie), bez poczekalni ani elementarnych wygód, lodowato zimny, z którego o pierwszej w nocy usiłował wyrzucić nas SOKista. Polska.

Prezes listy pisze

Jarosław Kaczyński napisał list do premiera w sprawie szczytu NATO, wystąpił w reklamówce wyborczej stylizowanej na orędzie do narodu i od kilku dni aktywnie włączył się w kampanię samorządową.

Bardzo ciekawe. Przecież Kaczyński kilka tygodni temu zrezygnował z udziału w RBN. Tuż przed posiedzeniem, na którym miało być dyskutowane stanowisko Polski na szczyt NATO. Innymi słowy, Kaczyński świadomie zrezygnował z udziału w przygotowywaniu tego stanowiska. Mało tego, kilka dni temu Jarosław Kaczyński demonstracyjnie zlekceważył odbywające się w Warszawie posiedzenie Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. Oficjalnie dlatego, że – jak to ogłosił Błaszczak – w Zgromadzeniu nie uczestniczył Sekretarz Generalny NATO, a zwykli parlamentarzyści byli niegodni obecności Prezesa. Może Prezes znowu był na proszkach, bez kontaktu z rzeczywistością? Kampanię samorządową natomiast Kaczyński osobiście zrujnował, wyrzucając z partii Kluzik-Rostkowską i Jakubiak, doprowadzając do rozłamu (?) w PiSie i przedstawiając partię jako skupioną na kulcie wodza sektę, której nic sprawy lokalne nie obchodzą.

A może właśnie prezes Kaczyński nie był na proszkach? 

Może gdyby prezes nie zlekceważył NATOwskich parlamentarzystów, jego wysłannicy, Macierewicz i Fotyga, nie musieliby teraz w tak upokarzający sposób dopraszać się o spotkanie z jakimkolwiek kongresmenem?

Może gdyby prezes nie zlekceważył NATOwskich parlamentarzystów, jego wysłannicy, Macierewicz i Fotyga, nie musieliby teraz w tak upokarzający sposób dopraszać się o spotkanie z jakimkolwiek kongresmenem?

Może kilka dni temu któryś z wyznawców dosypał Kaczyńskiemu proszków do herbaty? Prezes chwilowo odzyskał świadomość rzeczywistości i teraz wykonuje ruchy typu damage control, usiłując odzyskać twarz w sprawie NATO i uratować kampanię samorządową. Kaczyńskiemu na samorządach nie zależy, zawsze traktował je pogardliwie, ale ci sztabowcy, którzy prezesowi proszki podali, wiedzą, że totalna klęska w samorządach oznacza brak pracy dla szeregowych działaczy, a więc ich rozczarowanie i rozżalenie, a bez struktur lokalnych kampanii parlamentarnej prowadzić się nie da.

Ja zaś nadal nie bronię Joanny. Spotkałem się z opinią, że „rozłam” w PiSie jest częścią planu Genialnego Stratega, który chce odebrać część głosów Platformie udając, że PiS już nie jest groźny, więc wyborcy o nastawieniu konserwatywnym, którzy (słusznie!) są rządami Tuska rozczarowani, zagłosują na POPIS-bis. Nie sądzę, aby taki był plan. Uważam, że wyrzucenie Kluzik-Rostkowskiej i Jakubiak to efekt osobistych ambicji Ziobry, który żadnych skomplikowanych planów – poza usunięciem potencjalnych przeszkód na drodze do przejęcia przywództwa w PiSie – nie snuje, bo nie jest do tego intelektualnie zdolny.

Tymczasem pierwsze wystąpienie programowe Joanny Kluzik-Rostkowskiej nie nastraja optymistycznie. Cóż bowiem tam czytamy? Po pierwsze, Polska prowadzi fatalną politykę prorodzinną. To prawda i na tym Kluzik-Rostkowska się akurat zna, ale to za mało na program nowego ugrupowania. Po drugie, Polsce grozi załamanie finansów publicznych. To też jest, niestety, prawda, ale jakie pomysły na uratowanie finansów ma Kluzik-Rostkowska i jej towarzysze? O tym ani słowa, a dotychczasowe pomysły PiS, które obecni dysydenci wszak popierali bez zastrzeżeń, byłyby jeszcze gorsze od tego, co robią Tusk i Rostowski. Po trzecie, mamy pochwałę, pożal się Boże, polityki zagranicznej Lecha Kaczyńskiego, tego narodowego zadęcia, widzącego Polskę w roli przedmurza i lokalnego lidera, nieledwie hegemona. Lasciate ogni speranza.

No i to towarzystwo. Joanna Kluzik-Rostkowska, która albo z politycznej naiwności, albo z cynizmu, kazała nam wierzyć w cudowną przemianę Jarosława Kaczyńskiego. Elżbieta Jakubiak, której główną zaletą była fascynacja Lechem Kaczyńskim i która Jarosława wychwalała pod niebiosa do ostatniej chwili przed wyrzuceniem z partii. Paweł Kowal, który z kamienną twarzą bronił polityki Fotygi. Michał Kamiński, obecny obrońca honoru w polityce, niegdyś jeździł z ryngrafem do Pinocheta, o firmowaniu i organizowaniu przeszłych kampanii PiSu nie wspominając. Ech…

Nie bronię Joanny

Prezes Jarosław Kaczyński wyrzucił dziś z PiS Joannę Kluzik-Rostkowską i Elżbietę Jakubiak. Prezes potraktował je bardzo źle, nie ulega to wątpliwości, ale to nie oznacza, że obie panie posłanki stają mi się politycznie bliskie. Przeciwnie, ich poglądy – wyrażające się choćby w szczerej chęci zapewnienia prezesowi prezydentury Polski, w PiSowskim etatyźmie – dalej są mi obce, podobnie jak poglądy wyrzuconego-choć-nie-wyrzuconego wcześniej Marka Migalskiego.

Oglądałem konferencję prasową posła Mariusza Błaszczaka ogłaszającego decyzję PiS. Jezus, Maria! Dorosły, normalnie wyglądający mężczyzna, nieźle posługujący się językiem polskim, a stanął przed dziennikarzami i bez mrugnięcia okiem głosił jakieś farmazony, unikając odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie dotyczące konkretów. Za co Kluzik-Rostkowska i Jakubiak zostały wyrzucone? Bo szkodziły partii. Jak szkodziły? Bo Kluzik-Rostkowska udzieliła wywiadów prasie. Ale przecież Kluzik-Rostkowska odpowiadała – przynajmniej początkowo – na ataki Ziobry. Milczenie. A Kurski mówił podobne rzeczy, co Kluzik-Rostkowska, to nie szkodziło? Nie, to, co mówił Kurski nie szkodziło. Więc dlaczego Kluzik-Rostkowska i Jakubiak zostały wyrzucone? Bo szkodziły. I tak w kółko Macieju. Że też Błaszczak nie spalił się tam ze wstydu…

Ciekawe jest natomiast dlaczego prezes naprawdę je wyrzucił.

Oficjalnym powodem było to, że szkodzą PiSowi w czasie samorządowej kampanii wyborczej. Antycypując sromotną porażkę, PiS, ustami Zbigniewa Ziobry, ogłosił, że wszystkiemu winna jest Kluzik-Rostkowska. Jest to więc wyprzedzające tworzenie usprawiedliwień i wskazywanie kozła ofiarnego. Naprawdę jednak chodzi o to, że obie panie ośmieliły się zaatakować Zbigniewa Ziobrę.

Jarosławowi Kaczyńskiemu nie zależy na wyniku wyborów samorządowych. On samorząd uważa tylko za „pas transmisyjny” władzy centralnej na poziom lokalny. Władza centralna nie jest jego, więc i na transmisji mu nie zależy. Kaczyńskiemu zależy wyłącznie na ukaraniu, upokorzeniu, zniszczeniu Donalda Tuska i „pana Komorowskiego”, na wywarciu na nich pomsty za śmierć Lecha Kaczyńskiego i na niczym więcej. Do tego Jarosławowi potrzebny jest zakon wiernych i nieprzejednanych wyznawców. A że Jarosław Kaczyński, mentalnie ukształtowany w czasach Gomułki, antykomunistyczny bolszewik, jak go nazwałem, dla którego tamta siatka pojęć i sposoby rozumowania są naturalne i zrozumiałe, uważa, że partia polityczna powinna się kierować zasadami centralizmu demokratycznego, wobec czego nie toleruje żadnej niesubordynacji. Skąd jednak Jarosław Kaczyński wie, że zachowanie pań Jakubiak i Kluzik-Rostkowskiej było niesubordynacją? Bo powiedział mu to Zbigniew Ziobro.

Jestem przekonany, że Ziobro uważa, iż Kaczyński jest politycznie skończony, bo nic, oprócz chęci zemsty, nie ma Polsce do zaproponowania. Ziobro wie, że wybory samorządowe PiS przegra, najbliższe wybory parlamentarne zapewne też, czeka więc na moment, w którym będzie mógł przejąć po Kaczyńskim polityczną schedę, po dobrowolnym lub wymuszonym odejściu Jarosława na polityczną emeryturę. Zebrać pod swoimi skrzydłami twardy elektorat PiSu i ze wsparciem pana Rydzyka walczyć o pierwszą pozycję polityczną w Polsce. Kluzik-Rostkowska i Jakubiak deklarowały swoje niewzruszone poparcie dla Jarosława, ale politycznie atakowały Zbigniewa i kto wie, może w samym PiSie mogłyby znaleźć jakieś poparcie. Ziobro walczy teraz o pozycję niekwestionowanego delfina i pozycję Numeru Dwa w partii, więc dąży do zniszczenia wszystkich, którzy mu wewnątrz partii zagrażają.

Jak widzę, prof. Radosław Markowski, politolog, twierdzi nawet, że to Zbigniew Ziobro de facto rządzi PiSem. 

Amerykańskie bezrobocie

2 listopada, w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada, w Stanach Zjednoczonych odbędą się wybory, które Demokraci prezydenta Obamy najprawdopodobniej przegrają, tracąc większość w co najmniej jednej izbie Kongresu. Największym zmartwieniem Demokratów jest bezrobocie, utrzymujące się na wyjątkowo wysokim, jak na Amerykę, poziomie 10%, i to pomimo tego, że amerykański produkt narodowy dzielnie odrabia straty spowodowane kryzysem finansowym. Wszystkim dotychczasowym kryzysom towarzyszył wzrost bezrobocia, jednak obecnie w USA zatrudnienie wzrasta znacznie wolniej, niżby to wynikało z historycznych trendów. Wzrost gospodarczy przestał być skorelowany ze wzrostem zatrudnienia. Jak pisze Martin Wolf, czołowy komentator The Financial Times,

unemployment rose far faster in the US than elsewhere. The explanation is that US productivity growth was exceptionally fast, above all in 2009.

Produkt krajowy można zwiększyć albo zwiększając zatrudnienie, albo wydajność pracy. Gospodarka amerykańska „wybrała” tę drugą drogę. Tymczasem, jak właśnie stwierdził Dominique Strauss-Kahn, dyrektor generalny Międzynarodowego Funduszu Walutowego (i być może przyszły prezydent Francji),

Kryzys światowy zniszczył 30 milionów miejsc pracy, podczas gdy w najbliższych latach należy stworzyć 400 milionów nowych miejsc pracy.

W stanach Zjednoczonych ujawniło się zjawisko, które obejmuje rynki pracy w innych krajach wysokorozwiniętych, a kiedyś zapewne dojdzie do Polski: Bezrobocie ma charakter strukturalny i jest związane z polaryzacją rynku pracy.

Ponad miesiąc temu ukazał się artykuł Witolda Gadomskiego, z którego przebija cicha satysfakcja, że lewicowy program gospodarczy nielubianego w Polsce Obamy nie działa. Wydłużenie zasiłków dla bezrobotnych zniechęca do przyjmowania niskopłatnych ofert pracy, za część kryzysu odpowiedzialna jest administracja Obamy, która zlikwidowała ulgi podatkowe wprowadzone przez George W. Busha, które pozwoliły pokonać kryzys z roku 2001, no a poza tym

Zwolennicy Baracka Obamy często porównują go z demokratą Franklinem Delano Rooseveltem, który wygrał wybory w 1932 r. i – według wciąż popularnej legendy – wyprowadził USA z recesji, zwiększając aktywność państwa w gospodarce. Ale analogia ta jest zupełnie chybiona. Gdy Roosevelt obejmował w styczniu 1933 r. urząd, Ameryka wychodziła już z recesji. Pakiet stymulacyjny wprowadził jego poprzednik, republikanin Herbert Hoover. Komentatorzy przypominają jego słynne powiedzenie: „Ożywienie jest tuż za rogiem” […] „Stimulus” Hoovera przyniósł efekt po czterech latach. Owoce ożywienia zebrał następca, który do dziś uchodzi za zbawcę amerykańskiej gospodarki.

O takich poglądach cytowany już Martin Wolf powiada

The Republicans have convinced many voters that the intervention by the Democrats, not the catastrophe George W. Bush bequeathed, explains the malaise. It is a propaganda coup.

A jak wyliczył Bank Rezerwy Federalnej w San Francisco, wydłużenie zasiłków spowodowało wzrost bezrobocia o 0.4 punktu procentowego.

Skąd się bierze bezrobocie?

The Economist w jednym z sierpniowych wydań identyfikuje trzy najważniejsze źródła amerykańskiego bezrobocia:

Po pierwsze, ceny nieruchomości spadły w Ameryce tak bardzo, że bardzo wielu (25%, jak podaje Dziennik-Gazeta Prawna) amerykańskich kredytobiorców jest winnych w formie hipotek więcej, niż wynosi aktualna wartość ich domów. Albo przestaną spłacać raty, a wówczas stracą wszystko i zrujnują sobie historię kredytową, albo sprzedadzą dom ze znaczną stratą, albo wreszcie będą jakoś usiłowali udźwignąć raty kredytu, pozostając w swoich dotychczasowych domach. Jednak w ten sposób Ameryka traci jedną ze swoich tradycyjnych przewag: mobilność, pozwalającą ludziom przemieszczać się na drugi koniec kontynentu w poszukiwaniu pracy.

Po drugie, ta sama mobilność bardzo cierpi na upadku tradycyjnego podziału na breadwinner i homemaker w amerykańskich rodzinach. Coraz więcej rodzin utrzymuje dzięki pracy zawodowej obojga małżonków. To jednak powoduje, że decyzja o przeprowadzce staje się o wiele trudniejsza, gdyż pracę w nowym miejscu musiałyby znaleźć dwie osoby. Oba te czynniki sprawiają, że Amerykanom znacznie trudniej jest zmieniać miejsce zamieszkania w poszukiwaniu pracy. Nie mogąc przenieść się do regionów, gdzie praca jest, pozostają uwięzieni w miejscach, gdzie pracy już nie ma.

Po trzecie,

A bigger worry is that jobseekers no longer have the skills demanded by employers.

Częściowo tłumaczy się to faktem, iż znaczna część utraconych miejsc pracy przypadła na budownictwo, co jest zrozumiałe wobec załamania rynku nieruchomości. Liczni construction workers nie mają kwalifikacji do podjęcia innej pracy. Temu przeciwdziałać ma ogłoszony przez Obamę wielki program robót publicznych, modernizacji autostrad, lotnisk i kolei. Problem jednak jest o wiele poważniejszy.

Polaryzacja rynku pracy

Jak wskazuje The Economist w kolejnym komentarzu, w latach ’70 i ’80 zatrudnienie rosło głównie w sektorach wymagających średnich kwalifikacji i dających średnie zarobki: wśród robotników wykwalifikowanych i operatorów maszyn, niższego i średniego personelu zarządzającego, sekretarek i urzędników bankowych, sprzedawców. Na początku lat ’90 sytuacja się zmieniła: rosnąć zaczął udział pracy wykonywanej tak przez ludzi o najwyższych, jaki i najniższych kwalifikacjach (i zarobkach), kosztem pracy tych ze środka stawki. Pojawiła się polaryzacja rynku pracy. Tłumaczy się to globalizacją (część miejsc pracy podlego outsourcingowi do Indii i na Daleki Wschód, na razie także do Europy Wschodniej), przede wszystkim jednak informatyzacją, automatyzacją, postępem technologicznym. W ten sposób w krajach wysokorozwiniętych praca będzie łatwo dostępna dla osób zwanych w Ameryce professionals – lekarzy, prawników, terapeutów, także nauczycieli czy konstruktorów – oraz dla sprzątaczy lub osób wykonujących rozliczne McJobs, a także w zawodach, które nie wymagają wielkich kwalifikacji, nie są zbyt dobrze płatne, ale są klasyfikowane jako nie-rutynowe, a zatem trudne do zautomatyzowania: rehabilitantów, opiekunów dzieci, organizatorów czasu wolnego, kierowców, osób wykonujących drobne naprawy lub remonty czy strażaków. Pracy dla tych ze środka, której dotąd było najwięcej i która cieszyła się prestiżem społecznym i znacznym statusem ekonomicznym, będzie ubywać.

Uczestnicy dyskusji zaproszeni przez Economista w zasadzie zgadzają się z tym obrazem, ale obecnie nie są w stanie przedstawić żadnych spójnych recept. Jest jednak jasne, że przedstawiony tu stan rzeczy musi mieć głębokie konsekwencja dla naszego systemu społecznego, w tym także dla interesującej mnie sfery edukacji.

Czy nie zbliżamy się do świata przewidywanego przez Kurta Vonneguta w Pianoli, skądinąd jednej z jego słabszych powieści?

Wracając zaś do polityki i amerykańskich wyborów, kryzys finansowy z roku 2008 był tylko katalizatorem, ujawniającym już dawno istniejące zjawisko. A Obama i Demokraci, cóż, częściowo nie sprostali wyzwaniu, częściowo zaś mieli pecha, że ich to właśnie dotknęło.

Nie podpiszę deklaracji

PiS wzywa do podpisywania Deklaracji łódzkiej nie tylko polityków, ale też zwykłych obywateli, w tym mnie. Deklarację przeczytałem. Rodzinie zamordowanego Marka Rosiaka współczuję, ciężko rannemu pracownikowi biura PiS i jego rodzinie też. Nie życzę nikomu śmierci ani nie wzywam do przemocy. Niemniej jednak

  • zdanie jaka wizyta, taki zamach nie było szyderstwem z sytuacji zagożenia życia, tylko ironicznym stwierdzeniem, że w czasie incydentu na granicy gruzińskiej żadnego zagrozenia życia prezydenta właśnie nie było;
  • wezwanie, aby nikogo nie zrównywać z KPP pan prezes do siebie chyba powinien odnieść, któż bowiem nazywał nieprzychylne sobie środowisko Wyborczej spadkobiercami KPP?
  • porównanie PiSowskich marszów z pochodniami do Fackelzugów narzuca się samo;
  • samo też narzuca się porównanie języka i kultury umysłowej prezesa Kaczyńskiego do PZPR z czasów Gomułki, kiedy to pan prezes mentalnie się ukształtował. W ogóle od dawna uważam Jarosława Kaczyńskiego za antykomunistycznego bolszewika.

W związku z tym oficjalnie oświadczam, że Deklaracji łódzkiej nie podpiszę.

Nowy rok bieży

…nowy rok akademicki. Z tej okazji znani krakowscy profesorowie piszą o sytuacji na uczelniach. Jan Hartman o doktorantach, Andrzej Jajszczyk zaś o zaniechanej (sic!) reformie.

Z Hartmanem mam problem. To jest odważny i mądry człowiek, cenię sobie jego publicystykę, ale od czasu do czasu zdarza mu się palnąć głupstwo. Komu zresztą się nie zdarza? Tym razem nie umiem jednoznacznie ocenić jego artykułu. W wielu miejscach ma niewątpliwie rację: studia doktoranckie stają się bez mała masowe – o powodach tego stanu rzeczy pisałem już kilkakrotnie – a wobec tego nie starcza pieniędzy na stypendia dla wszystkich. Doktorant to nie uczony, to dopiero kandydat na uczonego, a przeciętny poziom prac doktorskich, niestety, spada.

Trzeba wszakże pamiętać o drugiej stronie medalu: doktoranci pracują na rzecz uczelni. Prowadzą zajęcia, wykonują rozliczne czynności organizacyjne, przygotowują artykuły, które, owszem, liczą się później do ich dorobku naukowego, ale także do dorobku instytucji, w której pracują. Gdyby instytucja ta chciała zatrudnić do wykonywania tych prac asystentów, musiałaby zapłacić im o wiele więcej, niż wynosi stypendium doktoranckie. Ja akurat nie uważam, że w sposób konieczny oznacza to wyzysk doktorantów – wiele zależy od tego, co (i czy cokolwiek) doktoranci otrzymują w zamian i jak są traktowani przez swoich promotorów i innych zwierzchników (wszelkie formy mobbingu są, rzecz jasna, godne najwyższego potępienia); możliwość pracy nad ciekawym projektem, zwiększająca szanse na znalezienie pracy po zrobieniu doktoratu, można uznać za formę „wynagrodzenia niepieniężnego” – jednak uczciwość intelektualna każe przyznać, że uprawniony jest także pogląd przeciwny.

Nie chodzi zresztą o same stypendia wypłacane doktorantom, ale także o środki potrzebne na wyjazdy terenowe, kwerendy biblioteczne czy choćby udział w konferencjach. Wiele uczelni oczekuje tego od swoich doktorantów, ale nie daje im na to nawet złamanego grosza. Rację ma Hartman pisząc, iż potencjalnie dostępne są różne możliwości finansowania poza stypendiami rozdawanymi przez uczelnie, ale, z najrozmaitszych powodów, nie są one dostępne dla wszystkich, poza tym zaś ubiegając się o takie stypendia, na ogół już trzeba popisać się jakimiś wynikami.

Być może w filozofii praca nad doktoratem polega głównie na pisaniu książki. Jednak w wielu krajach i dyscyplinach doktoranci są wołami roboczymi nauki, przy czym wcale nie musi chodzić o wyzysk będący sprawką konkretnych szefów. W naukach ścisłych i społecznych dla dalszej kariery akademickiej liczy się nie tylko praca doktorska (dysertacja), ale też pozostały dorobek naukowy doktoranta – ba, dość często sama praca doktorska ma znaczenie mniejsze, niż zbiór pozostałych artykułów doktoranta, to, jakie techniki badawcze (eksperymentalne, matematyczne, obliczeniowe, statystyczne) opanował w trakcie studiów, z jakimi problemami się zapoznał. W naukach eksperymentalnych fizyczna obecność doktorantów na uczelni jest konieczna i doktorant, który z czegoś żyć przecież musi, ma bardzo skromne możliwości dorobienia do stypendium. Skoro filozof Jan Hartman tak autorytatywnie wypowiada się na temat statusu doktorantów, możnaby oczekiwać, iż zapoznał się ze specyfiką tych studiów także w innych, niż filozofia, dziedzinach.

A już paternalistyczne rozważania o małych smuteczkach doktorantów, zalewanych piwem, są po prostu nie na miejscu. Panie profesorze Hartman! Powinno nam zależeć na przyciąganiu na studia doktoranckie najlepszych kandydatów. Niestety, ze względu na niskie stypendia i kiepskie warunki pracy, wielu z tych najlepszych rezygnuje ze studiów, wybierając pracę za prawdziwe pieniądze w innych firmach lub instytucjach. Czy musimy wyśmiewać się z tych, którzy zostają?

Natomiast artykuł Andrzeja Jajszczyka jest po prostu zły. Autor ma rację w kilku punktach szczegółowych, na przykład kpiąc z tytułomanii naukowców i napuszonych nazw zatrudniających ich uczelni, zwracając uwagę na nietrafione inwestycje czy na trudności w zarządzaniu uczelniami z ich samorządowymi Senatami i Radami Wydziałów, generalnie jednak powtarza po prostu tezy raportu Ernst&Young, nie dając przy tym żadnych nowych argumentów. Nic dziwnego, prof. Jajszczyk był członkiem zespołu przygotowującego ten raport. W szczególności Jajszczyk ubolewa, iż nie przepędzono czarnego luda, jakim jest habilitacja. Teza, iż obowiązek habilitacji hamuje rozwój nauki, w żaden sposób nie daje się utrzymać. Całkowicie nietrafiony jest też pomysł, aby przyznawać więcej stypendiów socjalnych kosztem funduszy przeznaczanych dotąd na stypendia naukowe. Idea, że oto mamy w Polsce zastępy zdolnych, lecz biednych młodych ludzi, którzy mogliby zostać wybitnymi lekarzami, inżynierami lub poetami, lecz nie mogą, gdyż nie stać ich na studiowanie, a więcej stypendiów socjalnych rozwiąże ten problem, to mit. Owszem, ubodzy a zdolni ludzie istnieją, lecz proponowana przez Jajszczyka zmiana przede wszystkim doprowadzi do jeszcze wspanialszego rozkwitu „wylęgarni bezrobotnych” i będzie oznaczać dalsze brnięcie w masowość studiów kosztem ich poziomu.

Jedynym oryginalnym osiągnięciem prof. Jajszczyka, prezentowanym w omawianym artykule, jest odejście od oklepanego porównania stosunków panujących na polskich uczelniach do feudalizmu. Zamiast tego autor porównuje je do schyłkowego sarmatyzmu. Ho, ho!

Studiować pedagogikę

Minister Barbara Kudrycka snuje mocarstwowe plany:

Minister […] uważa, że przygotowywana przez jej resort reforma szkolnictwa wyższego sprawi, iż polskie uczelnie w ciągu pięciu lat znajdą się w czołówce najlepszych europejskich szkół.

Ponieważ nic nie zapowiada zwiększenia nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe, raczej wręcz przeciwnie, pani minister najwyraźniej wyznaje teorię, iż herbata robi się słodsza od samego mieszania. Zapewne samopoczucie minister Kudryckiej podbudowuje doniesienie o tym, iż w Polsce, licząc procentowo, studia kończy więcej osób niż w Wielkiej Brytanii! Ale jakie są to studia? Tu sięgnąć trzeba do artykułu sprzed mniej więcej miesiąca: W Polsce wiele osób wybiera studia, po których trudno jest znaleźć pracę, na przykład pedagogikę. Ba, wiedzą to sami kandydaci, a jednak wybierają je, kierując się głównie tym, że są to studia łatwe, które można skończyć bez wielkiego wysiłku.

Miłosz Rudnicki, absolwent pedagogiki resocjalizacyjnej, to potwierdza. – Fajnie się studiowało ten kierunek, bo daje dużo wiedzy przydatnej w życiu, w relacjach z partnerem, w wychowaniu dzieci – mówi. – To proste studia i tym się kierowałem. Dziś jestem barmanem w Płocku. Pracy w zawodzie nie znalazłem, choć próbowałem i w szkole, i w więzieniu.

Na kierunki pedagogiczne na uczelniach państwowych jest trzy-cztery razy więcej kandydatów, niż miejsc. Ale także uczelnie prywatne, płatne, nie narzekają na brak kandydatów. Przeciwnie, wspomniana w Gazecie Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa w Bydgoszczy

co roku przyjmuje ponad tysiąc nowych studentów pedagogiki. Tyle samo wypuszcza absolwentów. – Nigdy nie ma problemów z naborem – przyznaje Monika Żuchlińska, rzeczniczka KPSW. – I z roku na rok chętnych jest więcej. 

Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne. Po co płacić za coś, co do niczego się nie przyda?  Jednak chwila zastanowienia pokazuje, że decyzja o wyborze takich studiów jest całkiem racjonalna. Policzmy. Semestr studiów licencjackich na wspomnianej bydgoskiej uczelni kosztuje 1690 złotych, zatem za sześć semestrów zapłacimy 10140 zł. W tym czasie zyskujemy

  • ubezpieczenie zdrowotne o rynkowej wartości (wg najniższych składek ZUS) 8399,52 zł
  • zniżki na komunikację miejską
  • pozostałe zniżki komunikacyjne
  • pozostałe zniżki studenckie (bilety do kina itp.)
  • możliwość ubiegania się o stypendia (socjalne, dopłatę do wynajmu mieszkania/akademika, dopłatę do wyżywienia, za wyniki w nauce, za wyniki sportowe, dla niepełnosprawnych)
  • prawo do dalszego otrzymywania świadczeń z ZUS (np. renta rodzinna) lub z Funduszu Alimentacyjnego, jeśli ktoś takowe otrzymuje
  • możliwość uzyskiwania zniżek przy prowadzeniu konta w niektórych bankach lub ubiegania się o preferencyjne kredyty
  • zadowolenie rodziny (bezcenne!)
  • możliwość dorabiania na czarno (pracodawca nie musi za nas płacić ZUS, my zaś mamy czas na pracę, bo studia są łatwe)
  • jako bonus dostajemy szansę, iż czegoś się jednak nauczymy.

W Bydgoszczy studencki bilet na tramwaj lub autobus jest o 1,30 zł tańszy od biletu normalnego. Jak łatwo wyliczyć, same składki ZUS, których nie musimy płacić, i mniej niż dwa przejazdy komunikacją miejską dziennie, równoważą całkowity koszt czesnego. Cała reszta jest naszym czystym zyskiem. Jasne, darmowe studia na uczelni państwowej są jeszcze bardziej opłacalne, ale także płatne studia na uczelni prywatnej oznaczają dla studenta zysk.

Nawiasem mówiąc, wspomniany w Gazecie fakt, iż uczelnia wypuszcza tyle samo absolwentów, co przyjmuje kandydatów, jest statystycznie niemożliwy – no, chyba że na tej uczelni nie ma możliwości niezaliczenia roku. Studia są łatwe, gdyż ich poziom jest marny, wypuszczają więc tabuny źle przygotowanych absolwentów, którzy nie mogą przez to znaleźć pracy. Niestety, obraz ten jest klarowny i spójny.

Wróćmy jeszcze do finansów. Z punktu widzenia państwa ubezpieczenie zdrowotne studentów nie jest wydatkiem (za studentów nikt składek nie płaci, podobnie jak za uczące się niepełnoletnie dzieci), ale utraconym zyskiem, zubażającym kasę NFZ, co w jakimś stopniu przyczynia się do złej sytuacji publicznej służby zdrowia. Podobnie, ułatwianie pracy na czarno oznacza uszczuplenie dochodów podatkowych. Wydatki na stypendia są natomiast realnym wydatkiem z budżetu państwa. Jeśli pominąć dotację budżetową do uczelni publicznych, państwo ponosi takie same wydatki i traci takie same wpływy niezależnie od tego, czy student uczy się w szkole publicznej, czy prywatnej. Oznacza to wszakże, że studia na uczelniach prywatnych de facto są dotowane przez państwo, choć same uczelnie prywatne dotowane nie są. Skierowanie, jak tego chcą zwolennicy planowanej reformy, państwowej dotacji dydaktycznej do uczelni prywatnych, oznaczałoby nieuzasadnione faworyzowanie tych uczelni kosztem uczelni państwowych – uczelnie prywatne otrzymywałyby bowiem i państwową dotację dydaktyczną, i zachowałyby prawo do pobierania czesnego. Wobec braku realnych perspektyw zwiększenia budżetowego finansowania szkolnictwa wyższego, dotowanie uczelni prywatnych musiałoby się odbywać kosztem zmniejszenia finansowania uczelni publicznych. Bardzo wątpię, aby takie rozproszenie środków mogło się przysłużyć do zwiększenia poziomu polskich uczelni.

Kierunki, na których student niewiele się uczy i które nie dają realistycznych perspektyw znalezienia zatrudnienia, w Polsce nie dość, że kwitną, to są dotowane przez państwo (na uczelniach publicznych bardziej, na prywatnych mniej, ale też prywatnych jest o wiele więcej). To zastanawiające. Muszą spełniać jakąś ważną społeczną funkcję, choć nigdy nie została ona jawnie nazwana. Otóż te dotowane przez państwo „fabryki bezrobotnych” opóźniają wejście na rynek pracy tysięcy młodych ludzi. Usuwają z rynku pracy znaczne części roczników, zmniejszając oficjalne statystyki bezrobocia, poprawiając zarazem oficjalne statystyki wykształcenia.

Dodatkowo, przez ułatwianie pracy na czarno, „fabryki bezrobotnych” zmniejszają globalne koszty pracy, które są w Polsce horrendalnie wysokie.

Czy to ma być oficjalna polityka edukacyjna państwa?

Koniec z wyzyskiem studentów!

Rząd przyjął dzisiaj pakiet ustaw, w tym ustawy reformujące organizację nauki i szkolnictwa wyższego. Trafią one teraz do Sejmu, który, miejmy nadzieję, poprawi niektóre szczególnie szkodliwe rozwiązania. Na konferencji prasowej poświęconej proponowanym ustawom, premier Tusk zapowiedział ustawowy zakaz pobierania opłat za egzaminy powtórkowe i komisyjne.

To powinno zlikwidować taki swoisty przemysł, który generował środki dla uczelni poprzez przesadzanie z rygorami przy egzaminach w pierwszych terminach – tłumaczył premier.

Otóż ja przeciwko takiemu sformułowaniu protestuję. Po pierwsze, na niektórych uczelniach opłat za egzaminy powtórkowe i komisyjne nie ma – nie ma ich na przykład na UJ i na znanych mi uczelniach państwowych. Po drugie, nawet wziąwszy pod uwagę, że na niektórych uczelniach (prywatnych?) opłaty takowe istnieją, trzeba mieć dowód albo przynajmniej przekonujące argumenty, iż egzaminatorzy z bezprawnego zawyżania wymagań egzaminacyjnych w pierwszym terminie uczynili sobie źródło dochodu. Blankietowe i nieuzasadnione oskarżanie całego środowiska o nieetyczne praktyki, sugerowanie, że owe praktyki są tak powszechne, że aż godne publicznego napiętnowania przez samego premiera, było dotąd domeną PiSu, nie Platformy. Tę wypowiedź premiera Donalda Tuska odnotowuję z prawdziwą przykrością.

Dla porządku wspomnę, że inne rozwiązania, spoza pakietu „naukowego”, o których premier i pani minister Fedak wspominali na tej konferencji – ułatwienia w zakładaniu żłobków, zwłaszcza w zakładaniu żłobków dla dzieci jakiejś firmy lub instytucji, także „nianie samorządowe” – uważam za całkiem rozsądne.