Portret rektora we wnętrzu

Jeśli wierzyć internetowi, Uniwersytet Wrocławski żyje wielką aferą. Zaczęło się od portretu ustępującego rektora, prof. Leszka Pacholskiego, który zawisnąć ma w galerii portretów rektorów w sali senatu Uniwersytetu. Nie w gronostajach, ale w koszuli z krótkimi rękawami, z rektorską togą przewieszoną przez ramię. Wywołało to wielkie poruszenie. Jedni mówili, że portret świetny (mnie się bardzo podoba), inni, że to despekt i zniewaga dla Uniwersytetu. Od portretu dyskutanci przeszli do oceniania samych rządów prof. Pacholskiego – musiał ustąpić po pierwszej kadencji, niewybrany na drugą – i kondycji samej uczelni. Inni wreszcie uznają cały spór za zastępczy i gorszący.

Szczególnie głośno zabrzmiał artykuł dr. Andrzeja Dybczyńskiego, w którym ogłosił się uniwersyteckim baronem i poddał swoją uczelnię totalnej krytyce.

…określił system funkcjonowania naszego Uniwersytetu jako mieszankę feudalizmu, kapitalizmu i socjalizmu. Mieszankę najgorszych cech każdego z tych systemów. Uczelnia utrwala feudalną zależność młodszych pracowników naukowych od pracowników samodzielnych, nie oferuje jednak opieki seniora nad wasalem. Oczekuje się kapitalistycznej wydajności przy zachowaniu socjalistycznych wynagrodzeń. Konserwuje się socjalistyczne wzorce biurokratyczne, jednocześnie likwidując socjalistyczne przywileje socjalne (z trwałością zatrudnienia na czele).

Funkcjonujemy pod kloszem, utrzymywanym przez rodziców naszych studentów. Marnotrawimy pieniądze liczone w dziesiątkach milionów złotych i użalamy się nad sobą, żyjąc zastępczymi tematami i w głębi duszy nie wierząc już chyba w żadną z wartości, które lata temu, gdy opuszczaliśmy licea, kojarzyły nam się ze słowem „Uniwersytet”. Na uczelnianych bankietach przepychamy się do stołów jak wygłodniała paryska tłuszcza. Z fałszywym uśmiechem mijamy na Hali Targowej lekceważących swoje obowiązki pracowników administracji. Za cóż ich winić, skoro sami lekceważymy zajęcia, a studenci śmieją się z naszych pożółkłych kartek z dwudziestoletnimi konspektami wykładów? Dla wygody bądź z politycznej kalkulacji przymykamy oczy na nieprawidłowości przy wyborach do samorządu studenckiego, demoralizując dzieciaki, których rodzice naiwnie wierzą, że trafiły one pod skrzydła elity tego kraju. Rozpisujemy grafik, by zmusić się do chodzenia na oficjalne akademickie uroczystości, bo przecież czas nam pochłania załatwianie naszych małych interesików.

(Zauważmy, że Andrzej „baron” Dybczyński postrzega funkcję uniwersytetu wyłącznie w kategoriach edukacyjnych i elitotwórczych. O badaniach naukowych nie ma mowy.)

…my nie chcemy zmian. Nasz system jest doskonały. Mamy świetnie funkcjonujące mechanizmy samooczyszczania środowiska. Wszystkie brudy skutecznie pierzemy wewnątrz, na zewnątrz chroniąc dobre imię uczelni. Nasze problemy to jakiś portret lub nazwa jakiejś sali. Debaty, które rozpalają nasze emocje, dotyczą kształtu orła w uniwersyteckim godle, malowania wizerunków profesorów na uniwersyteckim ogrodzeniu czy różnicy między słowem parametr i kryterium przy tworzeniu systemu oceny pracowników.

Rektorowi Pacholskiemu, informatykowi, też się dostało:

Rektor Pacholski próbował, z polityczną ślepotą godną informatyka i menedżerską nieudolnością godną profesora zmienić elementy tego do gruntu chorego systemu[…] jego pomysły były po prostu złe, lansowany – podobno – przez niego „anglosaski model szkolnictwa wyższego” zakończył się totalną klapą, czego najlepszym przykładem jest dramatyczna sytuacja tego szkolnictwa w Wielkiej Brytanii, najlepsze uczelnie świata wcale nie funkcjonują w sposób, który usiłuje się nam wmówić, zaś przede wszystkim funkcjonują w innym niż nasze środowisku zewnętrznym.

Atak i zarazem spowiedź Dybczyńskiego zostały w mediach przyjęte bardzo przychylnie (zobacz na przykład tutaj). Że rewolucjonista, który ryzykując nawet własną karierę ośmielił się wyjawić wstydliwą prawdę. Pewien komentator wyjaśnia jednak, że

Pacholski chciał wprowadzić na całym Uniwersytecie system, który jest na Wydziale Mat&Inf (oraz na paru innych ścisłych wydziałach), tzn. system oceny pracowników, zwalnianie nieaktywnych naukowo, zatrudnianie w ramach konkursów. Niestety wydziały humanistyczne na to się nie zgodziły, bo mają dużo studentów i pracę naukową w dupie [podkreślenie moje – pfg], w przeciwieństwie do wydziałów ścisłych. Te z kolei mają problem z naborem, nawet pomimo studiów zamawianych, mnóstwa grantów, dodatków do pensji za publikacje. Nastąpił konflikt interesów.

Nie jest przy tym jasne, czy posada samego doktora Dybczyńskiego nie jest zagrożona wobec mizerii jego dorobku naukowego i czasu, jaki upłynął od jego zatrudnienia. Być może chroni go fakt, że jest wicedyrektorem instytutu i zegar mu nie tyka z racji wypełniania obowiązków administracyjnych, być może jednak wie, że i tak będzie musiał z uczelni odejść. A skoro tak, chce to zrobić with a bang, not with a whimper.

Bardzo mi to przypomina casus Marka Migalskiego.

I znów Agitata

Cóż byśmy zrobili bez YouTube? Kilka miesięcy temu zamieściłem link do wspaniałego wykonania arii Agitata da due venti, śpiewanej przez Vivikę Genaux. Na świecie są teraz dwie śpiewaczki śpiewające barokowe arie na tym poziomie: Vivica i Cecilia Bartoli. Na YouTube znałem tylko jedno stare nagranie tej arii w wykonaniu Cecilii. Śpiewa pięknie, ale nigdy mnie to wykonanie nie porywało – może dlatego, że kapela bardzo słaba, może dlatego, że choć śpiew piękny, interpretacja jednak dosyć konwencjonalna.

Dzisiaj jednak znalazłem nagranie z koncertu, który widziałem kiedyś w Mezzo:



Nie da się ukryć, Cecilii przybyło kilogramów, głos ma też jakby nieco słabszy niż na tym dawniejszym nagraniu, ale to wykonanie robi na mnie wielkie wrażenie przez żywiołowość, z jaką Cecilia śpiewa, przez radość, jaką jej sprawia ta muzyka. I choć nie robi fajerwerków, jak Vivica, gorąco polecam!

P.s. Nie da się słuchać tych dwóch wykonań, Viviki i Cecilii, jednocześnie, ale ja je słyszę jednocześnie. I nie wiem, które mi się bardziej podoba.

 

Opera Rara, 20 stycznia

W programie L’Olympiade Giovanniego Battisty Pergolesiego. Grała Accademia Bizantina, dyrygował Ottavio Dantone.

Po pierwszym akcie stwierdziliśmy, że jesteśmy zmanierowani. Orkiestra bardzo dobra, soliści na poziomie, który bardzo niewielu śpiewaków jest w stanie osiągnąć, a my nie byliśmy zadowoleni. Wręcz lekko znudzeni. Ładnie grali i śpiewali, ale nic ponadto. Ponieważ dość dobrze znamy osiągnięcia Cecilii Bartoli, Viviki Genaux i Philippe’a Jaroussky’ego w odtwarzaniu barokowej techniki śpiewu, zwłaszcza arii pisanych dla kastratów, wykonania tradycyjne, takie jak (w większości) wczoraj, wydały nam się płaskie, archaiczne.

W drugim i trzecim akcie było lepiej. Usłyszeliśmy piękne dwie arie w znakomitym wykonaniu Yetzabel Arias Fernandez (żeby tylko dobrała sobie lepszego stylistę) i po jednej całkiem dobrej śpiewanej przez Robertę Mameli i Mirka Guadagniniego. Grecka sopranista Mary-Ellen Nesi trzymała najbardziej wyrównany poziom przez cały koncert i śpiewała z największą swobodą.

Końcowy chór bardzo rozczarował, ale to już pewnie wina kompozytora, który chyba nie miał czasu na napisanie czegoś ciekawszego. Pergolesi żył krótko – zmarł w wieku 26 lat na gruźlicę – ale pisał dużo.

L’Olympiade była rekonstruowana przez Ottavia Dantone na podstawie bodaj dwudziestu wariantów, fragmentów, pasticcio krążących po Europie. Nie jestem muzykologiem, pamiętam jednak, że przy rekonstrukcji Bajazeta dokonanej przez Fabia Biondiego, wielką uwagę zwracano na to, że wszystkie partie wokalne powinny być równo rozłożone. Dominują prima donna i primo uomo, ale pozostałe partie muszą być odpowiednio potraktowane. Dantone pod tym względem, jak mi się wydaje, wypadł gorzej. Partie rozłożone były bardzo nierówno, część solistów długi czas siedziała i się nudziła, a Alkander w ogóle nie pojawił(a) się w pierwszym akcie.

Po zapoznaniu się z librettami kilku oper barokowych, już wiem, skąd czerpią inspirację scenarzyści seriali wenezuelskich. Młodzieniec przybywa z dalekiego kraju i już-już ma się ożenić z pewną panną, aż tu raptem okazuje się, że jest jej zaginionym w niemowlęctwie bratem-bliźniakiem. Typowe.

Wysokościomierz

Najgorętszym tematem ostatnich dni jest bez wątpienia raport MAK. Mnie najdziwniejszy wydał się fakt, iż każdy z trzech wysokościomierzy zainstalowanych w kabinie Tupolewa pokazywał co innego: Radiowysokościomierz, z którego – wbrew zasadom! – korzystał nawigator, pokazywał fizyczną wysokość nad gruntem, czyli nad dnem jaru. Wysokościomierz baryczny nawigatora pokazywał prawidłową wysokość nad poziomem lotniska. Wysokościomierz baryczny kapitana pokazywał wysokość zawyżoną o ponad sto metrów. Ten wysokościomierz nie miał prawidłowo ustawionego ciśnienia zerowego, czyli ciśnienia na poziomie lotniska. Sabotaż? Awaria? Tragiczna pomyłka? Totalna niekompetencja załogi?

W telewizorze któryś z ekspertów lotniczych sugerował, że załoga mogła w ten sposób oszukiwać system TAWS. Moim zdaniem znajduje to bezpośrednie potwierdzenietranskrypcie rozmów z kokpitu:

10:31:11, 2P: Wychodzi, że aaa… TAWS, wystarczy, żeby Ziętas wprowadził.

Ziętas to por. Artur Ziętek, nawigator. I wszystko staje się jasne.

Dane lotniska Smoleńsk-Siewiernyj nie były wprowadzone do bazy danych, z której korzysta system TAWS. Wobec tego przy podejściu do lądowania TAWS nie wiedziałby, że samolot podchodzi do lotniska i ostrzegałby „TERRAIN AHEAD” tak, jakby samolot zbliżał się do pola pośrodku kontynentu. TAWS korzysta z wysokościomierza barycznego kapitana – jeśli ten będzie podawał wyniki zawyżone, TAWS nie będzie wiedział, że ziemia jest blisko i nie będzie przeszkadzał załodze niepotrzebnymi ostrzeżeniami. Wobec tego załoga (drugi pilot, przy milczącej aprobacie kapitana) świadomie, na chłodno, za to łamiąc obowiązujące procedury, zdecydowała o nieustawieniu prawidłowego ciśnienia na wysokościomierzu kapitana – prawidłowe ciśnienie na swoim wysokościomierzu, z którego zresztą później nie korzystał, ustawił tylko nawigator.

Mnie zaś przechodzi dreszcz na myśl o tym, jak łatwo można było uniknąć katastrofy – i to na skutek okoliczności, która jeszcze chyba nikomu ni przyszłą do głowy, a w każdym razie ja o niej w tym kontekście nie czytałem. Nie wylądował transportowy IŁ, który wiózł „sprzęt” potrzebny do przyjęcia delegacji, między innymi samochody. Kontrolerzy w Smoleńsku wiedzieli, co transportuje IŁ i gdy ten nie wylądował, byli pewni, że „polski 101” odleci na lotnisko zapasowe. Załoga Tupolewa wiedziała od załogi Jaka, że IŁ nie wylądował, ale zapewne nie wiedziała co on transportował – bo przecież wystarczyło powiedzieć dyrektorowi Kazanie, że nie ma po co lądować, a samolot odleciałby na zapasowe lub zawrócił do Warszawy.

Co najdziwniejsze, także ambasador Jerzy Bahr nie zdawał sobie sprawy z tego, co wynika z nieprzyjęcia IŁ-a, w każdym razie w znanym wywiadzie opisuje, jak czekał na prezydenta, tak jakby wizyta miała się odbyć normalnie. Gdyby ambasador wiedział, zapewne skontaktowałby się, poprzez MSZ, z samolotem, że prezydent po prostu nie ma czego w Smoleńsku szukać.

Poprzednio na ten temat:
Gdzie był generał
Ciąg przyczyn

Produktywność naukowa

Komentator whiteskies zadał sobie trud przeczytania najnowszego raportu Ernsta i Younga Produktywność naukowa wyższych szkół publicznych w Polsce. Okazuje się, że wcześniejsze omówienia prasowe tego raportu były właściwie jego karykaturą (uczciwie przyznaję, że artykuł w Wyborczej był bardziej rzetelny), więc opinia osób – w tym i mnie – które nie przeczytały oryginału, a tylko opierały się na relacjach medialnych, była nieuzasadniona.

Okazuje się, że w raporcie można znaleźć sporo rzeczy, które są raczej zgodne z opinią tzw. środowiska niż z opinią pani minister.

polskie uczelnie są niedofinansowane w porównaniu do standardów europejskich (str. 66)

Wyniki estymacji ekonometrycznej wskazują, iż, ceteris paribus, w przypadku polskich uczelni wzrost finansowania na pracownika o 1% może być powiązany ze wzrostem efektywności badawczej aż o 4%. Dopiero po uwzględnieniu wpływu innych dodatkowych czynników na produktywność naukową, elastyczność cząstkowa związana z poziomem finansowania uczelni polskich i zagranicznych jest porównywalna i wynosi około 0.7 (str. 67-68)

Polskie uczelnie charakteryzują się najwyższym udziałem środków przeznaczanych na działalność dydaktyczną (średnio 83%, a najwięcej 99%), podczas gdy w Wielkiej Brytanii współczynnik ten jest najniższy (średnio 28%), co oznacza, że w przypadku Polski mamy do czynienia z sytuacją, w której bardzo mała część ogółu środków jest przeznaczana na cele badawcze (str. 69)

Można zaobserwować negatywną korelację pomiędzy liczbą studentów a liczbą publikacji na NA – taka korelacja została potwierdzona zarówno w próbie polskich uniwersytetów i politechnik, jak również w całej grupie uczelni z siedmiu europejskich krajów poddanych analizie […] działalność badawcza i dydaktyka są w rzeczywistości raczej działaniami konkurencyjnymi niż czynnościami komplementarnymi (str. 71).

przychody [uczelni] na pracownika w Polsce są dwukrotnie niższe niż w krajach takich, jak Włochy czy Szwajcaria (po uwzględnieniu różnic w poziomach cen), a przychody na studenta są w polskich uczelniach publicznych nawet pięciokrotnie niższe (str. 87)

E&Y, oprócza samego tekstu, udostępnia też prezentację głównych tez raportu.

Badania czy nauczanie

Pisałem ostatnio, że pracownicy polskich uczelni wyższych nie mają czasu i sił na prowadzenie badań, gdyż muszą dorabiać kształceniem wielkiej liczby studentów. Pracownicy rozliczani są przede wszystkim z tego, czy „generują dochód”, to znaczy czy prowadzą dostatecznie dużo zajęć. To jest sytuacja typowa na wydziałach pedagogicznych i społecznych. Na wydziałach przyrodniczych, zwłaszcza zaś na ścisłych, jest inaczej: studentów jest mniej i większy nacisk kładzie się na prowadzone badania. (Ujemna korelacja pomiędzy liczbą studentów a pozycją w światowym rankingu danej dyscypliny jest w Polsce ewidentna.) Jednak także na kierunkach ścisłych nauczanie jest raison d’être tych kierunków, choćby w ten sposób, że pensje podstawowe pochodzą z dotacji dydaktycznej, ta zaś zależy od liczby studentów. Jak wspominałem, manifestuje się to także w wewnątrzuczelnianych bojach o pozycję wydziału, gdy fizycy czy matematycy słyszą „wy macie pięć razy mniej studentów, niż my, więc nie macie nic do gadania”.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na artykuł w najnowszym numerze Science:

Professors have two primary charges: generate new knowledge and educate students. The reward systems at research universities heavily weight efforts of many professors toward research at the expense of teaching. […] Teaching is rarely judged and appreciated from the outside and often minimally from within.

Bardzo mi to przypomina sytuację na znanych mi polskich wydziałach ścisłych: nauczanie na ogół nie jest w cenie, ludzie się nie przykładają, niechętnie biorą nowe kursy lub gruntownie zmieniają program starych – bo i po co, skoro ktoś, kto się stara, zostanie potraktowany tak samo jak ten, co przynudza, jeśli tylko nie dojdzie do jakiegoś skandalu w prowadzeniu czy ocenianiu zajęć lub do ostentacyjnego ich lekceważenia. Sytuacja nieco poprawia się na starszych latach, gdy przedmiot wykładu bardziej zbliża się do zainteresowań naukowych prowadzącego. Studenci, owszem, wiedzą swoje, ale niechętnie oceniają prowadzących, niekiedy ulegając przy tym stereotypowi „zajęcia trudne, egzaminator wymagający” = „zajęcia źle prowadzone”.

Studenci na wykłady nie chodzą, bo nudne, a wykładowcom nie zależy na poprawieniu wykładu, bo niska frekwencja działa zniechęcająco. I tak oto obie strony popadają w błędne koło.

Profesorowie piszący w Science deklarują, że

excellence in research and teaching need not be mutually exclusive but are instead interwined and can act synergetically to increase the effeciveness of both

ale wygląda mi to na politycznie poprawne zaklinanie rzeczywistości.

PHD Comics: School Break

Teoria względności na wolnym rynku – polemika

W Gazecie Świątecznej z 18-19 grudnia Adam Leszczyński, pisząc o reformie nauki (Teoria względności na wolnym rynku), słusznie zauważa, że oto szykują się zmiany mogące mieć kolosalne znaczenie dla przyszłego rozwoju cywilizacyjnego Polski, a tymczasem opinia publiczna,

która często wydaje się bardziej interesować majtkami Dody niż przyszłością uniwersytetu,

nic o nich nie wie lub je lekceważy. Leszczyński kreśli więc na potrzeby czytelników Gazety obraz współczesnej polskiej nauki i choć stara się wyważać racje, cytować przeciwników reformy, przedstawia obraz sporządzony z punktu widzenia minister Barbary Kudryckiej,

silnego polityka, który wie, czego chce, który wie, że wygrywa.

W tej wizji polskie szkoły wyższe są skostniałym skansenem PRLu, niechętne wszelkiej konkurencji, odmawiają rynkowej weryfikacji, są niechętne do współpracy z gospodarką. Coś w rodzaju mieszanki KRUS ze spółdzielniami mieszkaniowymi.

Po takim wprowadzeniu Leszczyński pokrótce przedstawia główne elementy wdrażanej właśnie reformy. Adam Leszczyński myli się w kilku punktach szczegółowych, ja jednak chciałbym się zająć czterema kwestiami natury bardziej ogólnej.

Po pierwsze, uczelnie prowadzą dwa rodzaje działalności, badawczą i dydaktyczną. Artykuł Adama Leszczyńskiego skupia się prawie wyłącznie na tej pierwszej, tymczasem nie sposób mówić o badaniach w oderwaniu od dydaktyki. Przychody z działalności dydaktycznej – państwowa dotacja zależna od liczby studentów na studiach stacjonarnych na uczelniach publicznych, czesne na pozostałych typach studiów – stanowią główne źródło przychodów uczelni. Uczelnie odczuwają wobec tego presję na przyjmowanie jak największej liczby kandydatów. W Polsce studiuje prawie dwa miliony osób, z czego nieco mniej niż połowa na studiach stacjonarnych. Statystyka jest imponująca, ale zobaczmy, co się za nią kryje. Wiele osób studiuje nie dla wiedzy, ale dlatego, że nie może znaleźć pracy po maturze. Albo z braku lepszego pomysłu na życie. Przyjęte 16.10.2009 rządowe Założenia do nowelizacji ustawy – prawo o szkolnictwie wyższym stwierdzają:

Gwałtowny rozwój szkolnictwa wyższego spowodował, ze formalny dokument potwierdzający wykształcenie na poziomie wyższym stał się warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym do osiągnięcia sukcesu na rynku pracy. Efektem tego zjawiska stało się nieproporcjonalnie szerokie rozbudowanie segmentu kierunków humanistycznych oraz społecznych, które zasadniczo uznawane są za mniej pracochłonne i absorbujące dla studentów.

Gazeta też o tym pisała, na przykład w artykule Kierunek pedagogika – wylęgarnia bezrobotnych (zobacz także mój ówczesny komentarz). Pedagogika jest jednym z najpopularniejszych kierunków, studiuje ją w Polsce 240 tysięcy osób. Pracę jest po niej znaleźć bardzo trudno, kandydaci to wiedzą, ale pchają się na pedagogikę drzwiami i oknami. A potem niemogący znaleźć pracy absolwenci domagają się, aby państwo sfinansowało im studia podyplomowe (Nie ma pracy dla magistrów). Można odnieść wrażenie, że masowość studiów służy kamuflowaniu bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich.

Choć awans zawodowy pracowników uczelni zależy od działalności naukowej, ich pensje zależą przede wszystkim od dydaktyki. Wynagrodzenia podstawowe bywają niskie, a wysokie dochody, o których pisze Gazeta, uzyskiwane są dzięki płatnym nadgodzinom dydaktycznym. Ktoś musi prowadzić zajęcia z rzeszami studentów, uczelniom zaś bardziej opłaca się płacić za nadgodziny niż zatrudniać dodatkowych wykładowców. W ten sposób jednak dramatycznie spada czas, który pracownicy uczelni mogą poświęcić na badania naukowe. Obowiązek publikowania często załatwiają artykułami w lokalnych pisemkach, których nie czyta nikt poza redaktorem, rodziną i nieszczęsnymi studentami autora.

Przeprowadzana właśnie reforma nie dotyka żadnego z tych problemów.

Tymczasem sytuację łatwo możnaby zmienić. W dużym uproszczeniu, gdyby państwo podniosło dotację wypłacaną per capita za każdego studenta, przynajmniej uczelnie publiczne mogłyby, zachowując dotychczasowy poziom przychodów, zmniejszyć rekrutację, zadbać o jakoś dydaktyki, nie tylko o ilość przeprowadzonych zajęć, zwiększyć pensje wykładowców, ci zaś, nie odczuwając presji do brania nadgodzin, mogliby zająć się nauką. Nie należy się przy tym łudzić, iż cała zwiększona dotacja dydaktyczna zostałaby wydana sensownie: Część zostałaby zmarnowana, a możliwe skutki pozytywne byłyby odłożone w czasie o rok, dwa, a może nawet więcej. Tym niemniej należałoby przynajmniej spróbować.

Ale do żadnego powiększenia dotacji dydaktycznej nie dojdzie. Ci, którzy teraz idą na studia z braku lepszych perspektyw życiowych – ostrożnie załóżmy, że jest to 1/5 studentów studiów stacjonarnych – nie zostałaby przyjęta. Nie znalazłszy pracy – bo satysfakcjonującej pracy dla absolwentów szkół średnich nie ma – zarejestrowaliby się jako bezrobotni. Oznaczałoby to wzrost bezrobocia o prawie 200 tysięcy osób. Państwo jednym ruchem popsułoby sobie statystyki i bezrobocia, i scholaryzacji.

Po drugie, jak zawsze, chodzi o pieniądze. Leszczyński niewiele o tym pisze. Cytuje prof. Witolda Orłowskiego, który przekonuje, że

inne kraje europejskie wydają na naukę z budżetu więcej [niż Polska], ale niewiele – ok. 1-1,5% PKB.

Polska na samą naukę (bez szkolnictwa wyższego) wydaje niecałe 0,4% PKB i wzrostu do 1% PKB wcale nie należałoby uznać za „niewielki” – przeciwnie, za olbrzymi. Nieco bałamutne jest jednak operowanie wyłącznie procentami PKB, gdyż liczy się także sama wielkość PKB. Gdyby jakiś kraj miał dwa razy wyższe PKB, niż Polska, na naukę zaś przeznaczał 0,8% PKB, przeznaczałby na naukę nie dwa, ale cztery razy więcej pieniędzy. Liczy się nie procent PKB, ale realny strumień pieniędzy płynący do nauki, gdyż aparatura naukowa, literatura, odczynniki, komputery, usługi telekomunikacyjne etc kosztują w Polsce tyle samo, co w innych krajach Europy (w Polsce nawet, bywa, więcej niż gdzie indziej). W Polsce tylko jedno jest tańsze: praca naukowców.

Pani minister uważa, że po reformie

nasze uczelnie mają być konkurencyjne w świecie.

Trzeba się porównywać z najlepszymi. Uniwersytet Harvarda uczy 21 tysiące studentów i osiągnął w 2009 łączne przychody, ze wszystkich źródeł, wynoszące (po przeliczeniu) 620 tysięcy złotych na jednego studenta. Uniwersytet Cambridge – 17 tysięcy studentów i 203 tysiące złotych przychodu na studenta. Największy w Polsce Uniwersytet Warszawski – 56 tysięcy studentów i 15 tysięcy złotych przychodu na studenta. Wedle cytowanych już rządowych Założeń, w 2006 całość państwowych nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę w przeliczeniu na jednego studenta była najniższa spośród wszystkich krajów OECD. Nasze uczelnie mają być konkurencyjne w świecie?

Po trzecie, szczupłe nakłady państwowe mają być uzupełnione pieniędzmi płynącymi z gospodarki. Dotąd było z tym źle.

Dziś polskiej firmie dużo łatwiej kupić technologię za granicą, niż zamówić ją u polskich naukowców.

Brzmi to tak, jakby polscy naukowcy byli niechętni lub niezdolni do współ-pracy z przemysłem, jakby powodowali jakąś obstrukcję. Tymczasem chodzi o coś zupełnie innego. Polska gospodarka jest bardzo mało innowacyjna, powstaje u nas bardzo niewiele nowoczesnych produktów. Na skutek zapóźnienia cywilizacyjnego Polski, sukces rynkowy może odnieść produkt, który był nieobecny w Polsce, choć jest już dobrze znany w świecie. Także na rynkach międzynarodowych konkurujemy raczej niższymi kosztami wytwarzania produktów typowych niż unikalnymi produktami zaawansowanymi technologicznie. W tej sytuacji jest jasne, że przedsiębiorcy łatwiej i taniej jest kupić gotową technologię za granicą, niż inwestować i czekać, aż polscy uczeni wyważą jakieś otwarte drzwi. Inwestujące u nas międzynarodowe koncerny także mają swoje centra badawcze zlokalizowane gdzie indziej. Samo nakłanianie uczelni do współpracy z przemysłem nie sprawi cudu, gdyż także przemysł musi widzieć konieczność takiej współpracy, tego zaś nie załatwi się zmianą organizacji nauki.

W dodatku nie wszystko da się skomercjalizować. Leszczyński pisze, że skoro

biznes nie będzie zainteresowany humanistyką,

ministerstwo uruchamia Narodowy Program Rozwoju Humanistyki, ale

przedstawiciele rządu mówią […] o świetlanej przyszłości, która ma czekać fizyków, biologów czy chemików.

Tymczasem nie można oczekiwać szybkiej komercjalizacji wyników badań podstawowych w dyscyplinach ścisłych, w których akurat Polska osiąga największe sukcesy i bez których po jakimś czasie więdną badania stosowane. Leszczyński cytuje prof. Karola Modzelewskiego, który mówi, że

teoria względności nie ma żadnego sensu handlowego. Nie można powiedzieć, że się opłaca.

Profesor się myli – dzisiaj teoria względności jak najbardziej się opłaca. Gdybyśmy nie znali teorii względności, wiele urządzeń, których na co dzień używamy, jak choćby lokalizatory GPS, nie mogłoby działać, Francja zaś, która wytwarza 90% energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, stanęłaby w obliczu gigantycznego kryzysu. Jednak gdy nieco ponad sto lat temu Albert Einstein formułował teorię względności, nie robił tego aby na niej zarobić, ale by lepiej zrozumieć świat. Zastosowania i zyski, krociowe zyski, przyszły później, w obszarach, których sam Einstein nie mógł przewidzieć. Przypomina mi się anegdota: Gdy w połowie XIX wieku brytyjski kanclerz skarbu zwiedzał pracownię Michaela Faradaya, bodaj najbardziej genialnego eksperymentatora wszechczasów, ten pokazał mu swój wynalazek: maszynę służącą do wytwarzania prądu elektrycznego. Kanclerz był bardzo sceptyczny i zapytał do czego to się może przydać. „Nie mam pojęcia, sir”, odparł Faraday, „ale pewnego dnia będzie pan to mógł opodatkować”.

Mnie zaś – i to jest mój czwarty punkt – najbardziej oburza inny element reformy, a mianowicie znaczne zmniejszenie puli stypendiów za wyniki w nauce i przeznaczenie uzyskanych środków na stypendia socjalne. Moim zdaniem przekonanie, iż w Polsce są rzesze młodych ludzi, którzy chcieliby studiować i byliby dobrymi studentami, ale nie mogą z powodów materialnych, to mit. Na pewno są tacy ludzie, ale nie ma ich wielu. Obecnie – przypominam – w Polsce studiuje prawie dwa miliony osób i jest to raczej za dużo, niż za mało. Wielu studentów pracuje, i to od najmłodszych lat studiów. Nasz system stypendialny na pewno nie jest doskonały, z całą pewnością bywa nadużywany, ale powiększanie puli stypendiów socjalnych kosztem stypendiów za wyniki w nauce to absurd! Taka decyzja będzie miała charakter wybitnie demotywujący. Będzie to jasny sygnał, iż państwo polskie bardziej od studentów dobrych, osiągających wysokie wyniki, ceni sobie studentów, którzy zrobią jakikolwiek dyplom. Czy naprawdę to chcemy powiedzieć naszym studentom? Czy jest w tym ukryte przesłanie, że końcowa ocena na dyplomie i tak się nie liczy, więc państwo nie ma do czego zachęcać? Czy hipotetyczne powiększenie (wbrew trendom demograficznym!) liczby potencjalnych studentów ma utrzymać wysoki poziom rekrutacji do „wylęgarni bezrobotnych”, tak państwowych, jak i prywatnych, które na tym zarabiają?

Na zakończenie chciałbym zadać pani minister pytanie. Według planów Ministerstwa,

rywalizacja o granty i ciągłe oceny jakości pracy mają stać się kręgosłupem kariery w nauce.

MNiSW organizowało dotąd każdego roku dwa konkursy grantowe na projekty własne, doktoranckie i habilitacyjne, w styczniu i w lipcu. Jak do deklaracji Ministerstwa ma się fakt, iż styczniowy (2011) konkurs nie odbędzie się, podobnie jak nie było listopadowego naboru na granty rozwojowe? Zapewne usłyszę, że konkursy grantowe będą organizowane na nowych, lepszych zasadach, po wejściu w życie reformy. Oznaczałoby to, że przez rok grantów nie będzie. I to byłaby najlepsza pointa działań pani minister.

Gdy trwoga, to…

Ludwik Dorn postanowił wrócić do PiS, co prawda nie jako członek partii, ale jako socius et amicus populi pisei. No, ładnie. Tak, jakby populus pisis cokolwiek z tego rozumiał. To takie mruganie okiem do wykształciuchów (czy to nie aby sam pan Dorn spopularyzował to słowo w polityce?): patrzcie, ja też jestem wykształcony, znam łacinę, mam poczucie humoru, a jednak popieram Prawo i Sprawiedliwość.

Motywy Dorna mnie nie dziwią – jest typem na wskroś politycznym i bez zaangażowania w politykę byłoby mu ciężko (niekoniecznie w sensie materialnym, ale na pewno duchowym). A ponieważ tylko start z wysokiego miejsca na liście PiS daje mu szanse na reelekcję, mamy, co mamy. Trzeba podwinąć ogon, robić dobrą minę do złej gry, udawać, że nie kontestowało się Jarosława jako kandydata na prezydenta, i tylko robiąc oko podkreślać, że nie ma mowy o żadnej Canossie. Bardziej interesują mnie motywy Jarosława Kaczyńskiego, który renegatów z własnej partii przyjmował ponownie tylko jeśli upokorzyli się bardziej od Henryka IV. Myślę, że w głównej mierze łagodne przyjęcie Dorna wynika ze straszliwej samotności Jarosława, o której zresztą pisałem wkrótce po katastrofie pod Smoleńskiem. Po śmierci brata i wcześniejszym wygnaniu Dorna, Jarosław nie miał już z kim rozmawiać. Mógł wydawać decyzje, obwieszczać swoją wolę, której w PiS nikt nie śmie zakwestionować pod karą ekskomuniki. Nie mógł rozmawiać, dyskutować, głośno myśleć, konfrontować swoich idei z kimś innym, choćby dlatego, że nie miał żadnych godnych siebie partnerów czy też osób, które za takowych uważa. Do tego właśnie, jak sądzę, Jarosławowi potrzebny jest Ludwik Dorn. Także jako oparcie i przeciwwaga w czasie spodziewanej (choć zapewne dopiero po wyborach parlamentarnych) próby przewrotu pałacowego w wykonaniu Zbigniewa Ziobry.

Mówiąc uczciwie, Ludwik Dorn też może myśleć, że choć Jarosław jest fatalny, jednowymiarowy i autokratyczny, to PiS kierowany przez narcystycznego karierowicza Ziobrę byłby jeszcze gorszy. Ze strony Dorna powrót do PiSu jest więc, być może, podwójnym zagraniem „ratujmy co się da”: Raz, ratujmy własną karierę polityczną, dwa, ratujmy PiS przed Ziobrą, gdyż PiS, jako partia opozycyjna, jest potrzebny Polsce.

Senator Ludwiczuk i amerykańscy dyplomaci

Nic mi nie wiadomo na temat aktywności senatora Romana Ludwiczuka w polityce międzynarodowej. Pan senator i amerykańscy dyplomaci mają jednak ze sobą coś wspólnego. Mianowicie i jeden, i drudzy zostali publicznie skompromitowani przez ujawnienie czegoś, co było par excellence polityczne, lecz miało pozostać prywatne. Senator, klnąc jak szewc i obiecując różne stanowiska, namawiał lokalnego działacza z Wałbrzycha do politycznej dezercji. Dyplomatów zaś ugodziły ich własne depesze ujawnione przez WikiLeaks. Nie chodzi mi nawet o to, że Amerykanie traktują swoich partnerów – także oficjalnych i bliskich sojuszników – z arogancją i wyższością, bo czegóż innego należało się spodziewać? Chodzi mi o to, że piszą oni o swoich politycznych partnerach niepochlebnie, nieledwie obraźliwie, takim językiem, jakby głównym celem autorów depesz było zrobienie wrażenia na ich czytelnikach, innych amerykańskich dyplomatach, zgrabnie dobranym kalamburem.

Świadomie pomijam tu pozostałe apekty obu tych spraw, zwłaszcza zaś szkody, jakie WikiLeaks mogło wyrządzić amerykańskiej dyplomacji (któż zechce szczerze z amerykańskimi dyplomatami rozmawiać, ryzykując, że poufna w domniemaniu rozmowa zostanie upubliczniona?). Chcę zwrócić uwagę na dwa elementy:

  1. Na skutek postępu technicznego nie ma już mowy o prywatności. Wszystko, co powiesz, tym bardziej napiszesz, przede wszystkim zaś opublikujesz w Internecie (tu na myśl przychodzi asystent ministra Sikorskiego, który na prywatnym profilu zamieścił zdjęcie z majtkami na głowie, czy też córka ministra Rostowskiego, która również na prywatnym profilu umieśła zdjęcie, na którym pozuje na tle wulgarnego plakatu), staje się publiczne. Powiedzenie scripta manent nabrało nowego znaczenia. Jeśli sam jesteś osobą publiczną, ktoś może to przeciwko tobie wykorzystać. 
  2. Jeśli coś piszesz – w korespondencji służbowej, na blogu, komentując na forum – pisz tak, jakby to mogło być w każdej chwili ujawnione i żebyś wówczas nie musiał się tego wstydzić.

Ja od lat podpisuję się „pfg”, ale nie kryję się za złudną zasłoną anonimowości. Zazwyczaj dwa kliknięcia (w wypadku tego bloga tylko jedno) pozwalają mnie w pełni zidentyfikować. Pewien użytkownik forum Gazety uznał mnie za wroga i atakuje mnie ujawniając na forum moją tożsamość. Biedak nie może pojąć, że skoro moja tożsamość jest jawna, ja zaś staram się pisać tak, abym nie miał się czego wstydzić, nie może mnie w ten sposób ugodzić.

Poza wszystkim innym, pisanie w ten sposób dobrze wpływa na styl.

Lady Gaga

Byłem na koncercie Lady Gaga.

Byłem osobą towarzyszącą mojej córce i jej dwu koleżankom. Wbrew pozorom wcale nie byłem najstarszym uczestnikiem tego koncertu ani jedynym rodzicem w tej sytuacji.

„Koncert” to w ogóle jest niewłaściwy termin. To był wielki show, którego częścią – ważną częścią – była muzyka, ale który nie istniałby bez scenografii, kostiumów, charakteryzacji, choreografii, wyświetlanych elementów video. To zdecydowanie nie jest „moja” muzyka, ale jakość, profesjonalizm, dopracowanie szczegółów całości, zwłaszcza wszystkich elementów wizualnych, zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Początkowo raziła mnie sztuszność niektórych elementów – reżyserowana „spontaniczna” akcja fanów, reżyserowane wzruszenie gwiazdy w odpowiedzi na spontaniczną akcję, wulgarna oprawa jednej z piosenek (ale nie raziły mnie odniesienia religijne w innych miejscach!) – jednak jestem pełen podziwu dla całości. Nie zachwytu, ale właśnie podziwu. Wielki show!

Podobało, tak, podobało mi się także, że show miał swoje przesłanie ideologiczne. To nie była wielka ideologia, przeciwnie, raczej infantylna, ani ideologia, która jakoś przemawiałaby do mnie odsobiście, ale sądzę, że taka lepsza, niż żadna, sztuka bowiem musi coś znaczyć, musi wypowiadać się w jakiejś sprawie, nie zaś być tylko dekoracją, przerywnikiem. „If you have been bullied in a high school, one day you are going to have a big, shining scene to perform on, and the bully will be watching”. Przede wszystkim zaś „Be proud of what you are”.

No a poza tym miałem okazję przypomnieć sobie polską rzeczywistość kolejową. Ekspres, który spóźnia się dwie godziny. Ruiny, chaszcze, gruzy i rozwalańce widziane od wstydliwej strony, z okien pociągu. W Gdyni dworzec tymczasowy (główny w przebudowie), bez poczekalni ani elementarnych wygód, lodowato zimny, z którego o pierwszej w nocy usiłował wyrzucić nas SOKista. Polska.