Wyrok w sprawie Nangar Khel

Dzisiaj sąd wojskowy uniewinnił wszystkich siedmiu żołnierzy i oficerów oskarżonych w sprawie Nangar Khel. To bardzo dobra wiadomość. To bardzo zła wiadomość.

Wiadomość jest dobra, bo zgodnie z zasadą in dubio pro reo wszelkie wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonych. Sąd nie był w stanie odtworzyć wszystkich okoliczności zdarzenia – nie był w stanie, bo proces toczył się w Warszawie, a Nangar Khel jest w Afganistanie, wielu dowodów nie dało się zdobyć, a niektóre, utajnione, być może są w posiadaniu Amerykanów. Amerykanie nie chcą ich udostępnić. Nie wiadomo nawet, czy je mają.

Wydaje mi się jednak, że w orzeczeniu sądu brakuje istotnych elementów. Czy był słynny rozkaz „przepierdolić trzy wioski”, czy go nie było? Zapewne sąd uważa, że nie było, gdyż uniewinnił majora, który miał go wydać. W takim jednak razie dlaczego oskarżony chorąży powoływał się na taki rozkaz? Kto faktycznie wydał rozkaz strzelania? A skoro miały być „trzy wioski”, to która miała być druga i trzecia?  To wszystko przyczynia się do tego, że wiadomość o wyroku jest zła. Być może trzeba poczekać na uzasadnienie.

Jednak wiadomość jest zła głównie dlatego, że sprawa Nangar Khel jest paskudna. Skojarzenia z My Lai narzucają się same i może powstać wrażenie, że Polska, jak tyle innych państw i armii przed nią, tuszuje swoje zbrodnie wojenne i chroni ich sprawców.

Nasi ministrowie już publicznie i radośnie komentują wyrok sądu. Dziś został obroniony honor żołnierza polskiego, mówi minister Bogdan Klich. Ach, no przecież, to nie do pomyślenia, aby polski żołnierz, w przeciwieństwie do żołnierzy amerykańskich, francuskich, chińskich, kongijskich i tylu innych, świadomie strzelał do bezbronnych cywilów. Włożenie polskiego munduru tak uszlachetnia. Sądzę, że ministrowie nie powinni komentować wyroków, nawet tych, z których są zadowoleni. A już zwłaszcza komentować głupio.

Nie mam za to nic przeciwko innym rzeczom, o których mówi Klich: objęcie żołnierzy pomocą prawną, zmiany zasad użycia broni.

Z porównaniami Nangar Khel do My Lai nie należy przy tym przesadzać. O ile można przyjąć, że Amerykanie w My Lai w pierwszej chwili myśleli, iż atakują kryjówkę Vietkongu, o tyle później widzieli wyraźnie, że w wiosce są tylko starcy, kobiety i dzieci, a jednak strzelali do tych ludzi z bliskiej odległości, przez wiele godzin, zabijając kilkaset osób. Polacy ostrzelali wioskę z dużej odległości i tylko kilkoma pociskami – twierdzą, że omyłkowo, gdyż rzekomo celowali w okoliczne wzgórza, gdzie wybuchła większość pocisków – ostrzał dość szybko przerwali. Zabili sześcioro cywilów. Także z sądowego punktu widzenia sprawy są inne – w My Lai byli świadkowie, inni Amerykanie, którzy chronili resztki mieszkańców. Jednak bez względu na liczbę ofiar, jeżeli Polacy celowali w wioskę wiedząc, że nie ma w niej talibów, którzy mogliby ich zaatakować, byłaby to zbrodnia wojenna.

Dla porządku przypomnę, że Polska wypłaciła odszkodowanie rodzinom ofiar, a ranni Afgańczycy byli leczeni w Polsce.

Wiadomość jest zła także i z tego względu, że niewyjaśniona pozostaje rola Służby Kontrywiadu Wojskowego, kierowanej wówczas przez Antoniego Macierewicza. Możliwe, że chłopcy z SKW chcieli się wykazać rewolucyjną czujnością i pokazać, o ile są lepsi od rozwiązanych niedługo przedtem WSI, robiąc wielką sprawę z tragicznego, lecz przypadkowego incydentu; możliwe dodatkowo, że zrobili to w ramach konfliktu z innymi służbami wojskowymi. Możliwe jednak, iż to właśnie SKW, być może przekraczając swoje uprawnienia, zapobiegło próbom tuszowania zbrodni wojennej przez polską Żandarmerię Wojskową. A teraz przyszła mi do głowy jeszcze jedna możliwość: Ktoś w kierownictwie SKW także miał skojarzenia z My Lai, postanowił więc kosztem żołnierzy uchronić Polskę przed skandalem wynikającym z pomówień o tuszowanie zbrodni wojennej, nawet jeżeli zbrodni wojennej w ostatecznym rozrachunku nie było.

Przypuszczam, że prokuratura złoży apelację, sprawa trafi do wyższej instancji i będzie się ciągnąć przez kolejnych kilka lat. Niezależnie od tego, jakim wyrokiem się zakończy, nie sądzę, abyśmy dowiedzieli się wiele więcej o tym, co naprawdę zaszło w Nangar Khel. Może po latach, gdy odtajnione zostaną akta i archiwa.

Przekleństwo iPoda

Właśnie dowiedziałem się, że kongresmen Jesse Jackson Jr, syn znanego pastora, twierdzi, iż iPod odpowiada za utratę tysięcy miejsc pracy, zwłaszcza wśród wydawców, księgarzy, bibliotekarzy i sprzedawców muzyki. Po co kupować lub wypożyczać książkę czy płytę, powiada Jackson, skoro zawartość można sobie nagrać na iPoda? A w dodatku – cóż za zgroza! – iPody produkowane są w Chinach. Z przemówienia Jacksona i jego neoluddyzmu można się śmiać, ale szerszy problem, którego iPod jest zaledwie egzemplifikacją, jest całkiem poważny.

Dwa tygodnie temu The Guardian straszył (dziś historię tę powtarza Onet), że na skutek postępu technicznego, zwłaszcza informatycznego, e-handel stanowi poważną konkurencję dla tradycyjnych sklepów, z których wiele bankrutuje. Mało tego, wiele miejsc pracy dla ludzi wykształconych może zniknąć:

an increasing number of technology analysts believe recent developments in computing may mean that some white-collar jobs are more vulnerable to technological change than those of manual workers. Even highly skilled professions, such as law, may not be immune.

Można rzec, że to nic nowego. Sam pisałem o tym już kilka miesięcy temu. Na skutek polaryzacji rynku pracy najmniej zagrożone są zawody albo wymagające bardzo wysokich kwalifikacji, albo nierutynowe i trudno algorytmizowalne. Wszystko, co jest pośrodku, może zniknąć.

A co z programistami? Posłużę się analogią. Dawno temu każdy musiał umieć sam sobie zrobić łapcie. Później buty robili szewce a but dziurawy, uszkodzony, zanosiło się do naprawy. Dziś obuwie produkowane jest masowo w wielkich, zautomatyzowanych fabrykach. Naprawiać się butów nie opłaca, łatwiej i taniej jest kupić nowe. Oczywiście, bardzo bogaci i bardzo wymagający ludzie wciąż zamawiają buty na miarę.

To tylko analogia, z której nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Wydaje się jednak, że w przewidywalnej przyszłości większość aplikacji biznesowych i biurowych będzie składana z wytworzonych „maszynowo” klocków. Popyt na usługi programistów spadnie.

Inna rzecz, że pierwszy raz takie przepowiednie słyszałem już ponad dziesięć lat temu. Można w tym upatrywać pewnej pociechy.

Ciemnogród pseudonaukowy

W najnowszym Newsweeku prof. Jan Winiecki rozwija Teorię dwóch ciemnogrodów. Ciemnogród pierwszy, tradycyjny, zwany przez Winieckiego przednaukowym, bierze się z niewiedzy. Ale nie tylko.

Jest jeszcze hofferowska diagnoza ludzi niespełnionych, sfrustrowanych nieudaczników, którzy nigdy się nie przyznają, że zajmują się życiem innych ludzi, bo ich własne nie obfituje w osiągnięcia (mówiąc bardzo dyplomatycznie).

Polskim liderem tego ciemnogrodu jest, wedle Winieckiego, Jarosław Kaczyński, a ważną cechą tego ruchu umysłowego jest jego antyrynkowe nastawienie. Ale jest i drugi ciemnogród, ponaukowy, a jego uosobieniami są Al Gore i zwolennicy teorii antropogennego globalnego ocieplenia. Oba ciemnogrody łączy

ten sam strach przed współczesną cywilizacją, czyli liberalną demokracją i kapitalistycznym rynkiem.

[…] usprawiedliwienia niewiedzą nie mogą użyć reprezentanci środowisk ciemnogrodu ponaukowego, ponieważ z tą wiedzą już się zetknęli! Dlatego ocena tych środowisk musi być surowsza niż ocena ciemnogrodu przednaukowego. Sprzeczne z nauką twierdzenia czy zwykłe fałszerstwa znajdujemy w wielu silnie promowanych bibliach ekofundamentalizmu.

I tak dalej. Według Winieckiego „ciemnogród ponaukowy”, który

ma wiele cech wspólnych z religijnym fundamentalizmem

zajmuje się straszeniem ludzkości globalnym ociepleniem i jego skutkami.

Wiara w potrzebę ocalenia […] jest ważniejsza niż rygoryzm analizy i rezultaty badań naukowych.

Choć w znacznej części zgadzam się z tym, co Winiecki pisze na temat Kaczyńskiego, nijak nie mogę się zgodzić z jego poglądami na ekologię. Winiecki – czy kogoś to dziwi? – nie przytacza żadnych danych naukowych przeczących globalnemu ociepleniu. Nawet nie kieruje czytelnika do stosownych źródeł. Uważa istnienie takich danych za, proszę wybaczyć, oczywistą oczywistość. Tymczasem rzecz wcale oczywista nie jest. Przeciwnie, wiele publikacji naukowych i serwisów sieciowych rzetelnie wyjaśnia błędy (a nawet fałszerstwa) w danych mających świadczyć o tym, że globalne ocieplenie nie ma miejsca. W Polsce rolę taką gra blog Doskonale szare. Z jego autorem kilkakrotnie starłem się, bo nie podoba mi się jego ideologiczne zadęcie, jednak trzeba mu oddać, co cesarskie, i docenieć kompetencje, wiedzę i zaangażowanie. Jest prawdą, że niektóre działania proponentów koncepcji globalnego ocieplenia były intelektualnie wątpliwe lub zwyczajnie nieuczciwe, niemniej jednak ja sam dałem się przekonać specjalistom, do których mam zaufanie, i uważam, że globalne ocieplenie ma miejsce. Być może jest ono wywołane przez człowieka, być może działania ludzi tylko wzmacniają pewien naturalny trend (zobacz mój niegdysiejszy wpis o węglu), ale zasadnym jest rozważać co ludzkość powinna z tym fantem zrobić. To jest taki zakład pascalowski, bo jeśli okaże się, że coś się zrobić dało, a myśmy to zaniedbali, będziemy – jako globalna cywilizacja – w gorszym położeniu, niż gdybyśmy niepotrzebnie podjęli działania, a raczej pewne kategorie działań, mające zapobiec ociepleniu. Tu zresztą jest problem, bo skuteczność niektórych proponowanych „działań mitygacyjnych” jest wątpliwa, inne budzą grozę, jeszcze inne będą niesłychanie kosztowne.

Machnąłbym jednak na to wszystko ręką, gdyby nie to, iż Jan Winiecki dość osobliwie wybrał sobie negatywnego bohatera swojego felietonu:

[…] w 2008 […] główny doradca naukowy ówczesnego premiera Gordona Browna dokonał niezwykłego odkrycia. Otóż prof. John Beddington stwierdził, że to klasa średnia tego kraju jest odpowiedzialna za szkody czynione naszej planecie, ponieważ… konsumuje mięso i nabiał, czyli produkty nieefektywne z punktu zużycia energii. W domyśle: należy jeść produkty pochodzenia roślinnego, a wtedy będzie więcej żywności.

Na profesorskie aberracje można zareagować w sposób uproszczony. To znaczy ocenić, że prof. Beddington wypowiada się jak ciemniak, który nie wie, że od 8-10 tys. lat ludzie nauczyli się wykorzystywać żyźniejsze ziemie pod uprawy, a mniej żyzne jako tereny hodowlane. A mięso jest dlatego droższe od chleba, że wymaga większych nakładów.

Niestety, jak ciemniak wypowiada się właśnie Jan Winiecki – mentalnie tkwi w czasach Żyznego Półksiężyca i jest z tego niesłychanie dumny. Po pierwsze, mięso jest droższe od chleba dlatego, że jest dla człowieka pokarmem bardziej wartościowym. Po drugie, drób i świnie – a w mniejszym zakresie także krowy i owce – w przemysłowych hodowlach nie są wypasane, ale są karmione paszami produkowanymi ze zboża. Do wyprodukowania jednego kilograma mięsa trzeba zużyć kilka kilogramów zboża. Po trzecie, żeby mieć pastwiska oraz pola, na których uprawia się zboże przeznaczone na pasze, wycina się lasy i osusza torfowiska, uwalniając zgromadzony w nich węgiel. Po czwarte, mieszkańcy bogatej Północy jedzą za dużo, o wiele więcej, niż wynikałoby to z biologicznych potrzeb, czego ja sam jestem smutnym exemplum.

To zresztą dziwne, że przeciwnik „ekofundamentalistów”, jakim jest Winiecki, za swój cel obrał właśnie Beddingtona. Sir John Beddington, profesor londyńskiego Imperial College, jest Chief Scientific Adviser także dla obecnego, konserwatywno-liberalnego rządu. Obsesją Beddingtona jest zagrażająca ponoć światu klęska głodu (echa doktryny Malthusa?), zobacz tutaj, natomiast w publicznej debacie na temat globalnego ocieplenia, a raczej błędów popełnionych przez IPCC, przyjął stanowisko, które powinno zadowolić może nie tyle sceptyków, ile krytyków ideologicznego zacietrzewienia po stronie „ekofundamentalistów”. W tym artykule czytamy:

He said that public confidence in climate science would be improved if there were more openness about its uncertainties, even if that meant admitting that sceptics had been right on some hotly-disputed issues.

He said: “I don’t think it’s healthy to dismiss proper scepticism. Science grows and improves in the light of criticism. There is a fundamental uncertainty about climate change prediction that can’t be changed.”

Jan Winiecki najwyraźniej nie odrobił lekcji i nie sprawdził, kogo krytykuje. Kończy swój felieton tak:

Zachodnia cywilizacja podlega […] erozji w wyniku działań, które motywowane są […] poglądami ekoreligijnej czy moralizatorskiej natury.

Cóż, Winiecki sam uderza w tony moralizatorskie i nieledwie religijne: jego religią jest wojujący ateizm ekologiczny. Pisze bzdury rzekomo umocowane naukowo i w ten sposób sam tworzy trzeci ciemnogród, pseudonaukowy, przyczyniając się do intelektualnej erozji naszej cywilizacji. 

Inspiracje

Sporą popularność zyskała ostatnio koncepcja zbudowania pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej w postaci kolumnady ze świateł przed Pałacem Namiestnikowskim.

Pomnik światła, wizualizacja

Projekt ten poparła Marta Kaczyńska, kilka znaczących osób z obozu PiS, a nawet minister kultury, Bogdan Zdrojewski. Muszę przyznać, że i mnie początkowo projekt ten wydał się możliwy do zaakceptowania, pomimo kilku drażniących szczegółów (biało-czerwone słupy światła, „oprawki” reflektorów w kształcie ryngrafów), gdyż nie ingeruje zbytnio w substancję architektoniczną Krakowskiego Przedmieścia, nawiązuje do zapalanych tam zniczy, a wreszcie jest pomnikiem czczącym pamięć wszystkich ofiar, nie zaś tylko Lecha Kaczyńskiego. Autor projektu, pan Paweł Szychalski, mówi, że

pomnik jest moim projektem absolutnie unikalnym.

Jednak mądrzejsi ode mnie uświadomili mi, że pomysł nie jest oryginalny. Pierwszy wpadł nań nadworny architekt Hitlera, Albert Speer, projektując swoja Katedrę Świateł, Lichtdom.

Lichtdom

Projekt jest ładny. W końcu dla Hitlera pracowało kilkoro naprawdę wybitnych artystów.

Cóż my tu jednak mamy? Państwo, które jest podstawowym narzędziem „suwerenności Narodu”. Jedynego, niekwestionowanego przywódcę, w którym jest czyste dobro. Niechęć do mniejszości narodowych. Społeczno-ekonomiczny populizm w warstwie werbalnej, w praktyce zaś wspieranie bogatych kosztem pozostałych. Marsze z pochodniami. Lichtdom. Ta jedność inspiracji – jestem pewien, że nieuświadomiona; nie chodzi mi o ideowe (lub artystyczne) naśladownictwo, ale o podobny sposób myślenia – budzi we mnie i zdumienie, i przerażenie.

Nawiasem mówiąc, media nazywają autora „pomnika światła” profesorem (zobacz na przykład NewsweekTVN24Gazeta Wyborcza, która ponadto nazywa Szychalskiego „poznańskim architektem”). Baza Ludzie Nauki nie zna, niestety, kogoś takiego. Paweł Szychalski, architekt, wykładowca Uniwersytetu w Lund, widnieje natomiast w składzie Kaliskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego (chodzi o wybory prezydenckie). Pomyślałem, że to musi być ta sama osoba. Uniwersytet w Lund, owszem, zna Pawła Szychalskiego: jest on (a przynajmniej we wrześniu 2010 był) doktorantem na tamtejszym Wydziale Architektury.

Mściciel

W pierwszą rocznicę katastrofy pod Smoleńskiem Jarosław Kaczyński wygłosił – dość nieskładne i chaotyczne, jak na jego standardy – przemówienie inaugurujące Ruch Społeczny im. Lecha Kaczyńskiego. Prezes zaczął od mocnego stwierdzenia:

Niezależnie od tego jaka była przyczyna katastrofy, dzisiaj możemy powiedzieć tak, jak pisał wielki poeta: „zostali zdradzeni o świcie”

Kaczyński odwołuje się do wielkiego wiersza wielkiego poety, do Przesłania Pana Cogito Zbigniewa Herberta

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

Kaczyński mówi więc: Ja nigdy nie wybaczę, bo nie mogę wybaczać w imieniu „zdradzonych”, czyli ofiar katastrofy. Przez kogo zdradzonych, jak zdradzonych, możemy się tylko domyślać. Ważne jest jednak co innego: Jarosław Kaczyński deklaruje się tu nie jako polityk, ale jako mściciel.

Już rok temu zastanawiałem się, czy Jarosław Kaczyński jest tak bardzo cyniczny, czy tak bardzo oderwany od rzeczywistości. Myślę, że teraz już nie ma wątpliwości. Jarosław Kaczyński żyje w świecie paranoicznych urojeń. Niestety, urojenia te mogą być groźne dla nas wszystkich.

Szkoda, że Jarosław Kaczyński nie przemyślał – bo najwyraźniej nie przemyślał – tego, co Herbert pisze w następnych linijkach:

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych

To nie jest Prima Aprilis?

Gdy przeczytałem dziś w Gazecie Wyborczej, że PiS opublikował swój Raport o stanie Rzeczypospolitej, myślałem, że to jest primaaprilisowy żart. I to żart niezbyt wyszukany, bowiem omówienie Raportu wygląda na pastisz poglądów PiS, podkreślający ich absurdalność. Nieco się zaniepokoiłem odkrywszy, że PAP także donosi o tym raporcie i to z wczorajszą datą. No i wiecie co? Ten raport naprawdę można znaleźć na oficjalnej stronie PiS (link u dołu strony, wcześniej jest omówienie z PAPa). Niesamowite! Niewiarygodne! PiS całkiem na serio pisze o swoim programie, że

To swego rodzaju synteza dwóch projektów. Pierwszy dotyczył Narodu jako realnej wspólnoty połączonej więzami języka i – szerzej – całego systemu semiotycznego, kultury, historycznego losu, solidarności. Dzięki temu jednostka mogła się odnaleźć jako człowiek, jej życie nabierało sensu, a poprzez mechanizm demokratyczny państwa narodowego zyskiwała też podmiotowość we wspólnocie […]

Organizacją, która ma realizować oba projekty – i ten odnoszący się do Narodu, i ten zaspokajający potrzeby jednostek oraz rodzin – jest państwo […]

Wychodząc z tych założeń sformułowano następujące cele:

1. Zapewnienie suwerenności Narodu: po pierwsze, oznacza to suwerenność państwa narodowego wobec innych państw i podmiotów międzynarodowych; po drugie, funkcjonowanie sprawnego mechanizmu demokratycznego wewnątrz kraju […]

2. Zwiększenie zasobu kulturowego Narodu […] poprzez wzmacnianie i intensyfikację postaw patriotycznych, traktowanych jako podstawowy czynnik integracji narodowej […]

Dalej w Raporcie PiS atakuje śląskość Ślązaków i „ostentacyjną kaszubskość Tuska”. Od dawna twierdziłem, że prezes Kaczyński mentalnie tkwi w czasach gomułkowskich, kiedy to się intelektualnie ukształtował – i taki już pozostał. Ale tym razem wydaje mi się, że PiS cofnął się do lat tysiąc dziewięćset trzydziestych. Ktoś skomentował:

Pan Prezes usiłuje reniamować jakieś upiory przeszłości, sprawić, żeby Polacy czuli sie zagrożeni, pielęgnowali martyrologiczną wersję historii i nienawidzili mniejszości etnicznych.

I cóż nam to przypomina? Kiedy najbliższy Fackelzug na Krakowskim Przedmieściu?

Panie Prezesie Kaczyński! Panie i Panowie działacze PiS! Nagłaśniajcie ten Raport jak najbardziej, uczyńcie go swoim manifestem, mówcie jego językiem, a będę spokojny o wynik wyborów.

A ja tymczasem pozwoliłem sobie na żart primaaprilisowy, choć raczej hermetyczny dla tamtego forum.

APRIL is the cruellest month, breeding
Lilacs out of the dead land, mixing
Memory and desire, stirring
Dull roots with spring rain.

Kup pan cmentarz

We wczorajszej Wyborczej ukazała się taka oto wiadomość:  W 1974 pewni ludzie kupili od państwa gdzieś pod Koszalinem

działkę zakwalifikowaną jako budowlaną. Był tam cmentarz, ale w 1970 r. go zlikwidowano i wykreślono z rejestru cmentarzy.

Nic na niej nie zbudowali, a w 1987 ich nieruchomość została wpisana do rejestru zabytków, bo

na działce rzeczywiście był stary żydowski cmentarz – zresztą dobrze zachowany.

Kilka dni temu Trybunał w Starsburgu stwierdził, że ludziom tym należy się odszkodowanie, bo uznanie nieruchomości za zabytek (albo za obszar chroniony ze względu na walory przyrodnicze) jest formą wywłaszczenia.

Ta sprawa ma dwa aspekty.

Prawny: Jeżeli państwo, z powodu wyższych racji, ogranicza czyjeś prawa do władania nieruchomością, powinno to właścicielom zrekompensować. Bycie właścicielem zabytku – takiego niewielkiego zabytku – to koszmar. Sam słyszałem opowieści o ludziach, którzy posiadając chałupę uznaną za zabytkową, świadomie doprowadzali ją do ruiny i w konsekwencji do rozbiórki, bo remont przy zachowaniu reżimów konserwatorskich oznaczałaby finansową katastrofę. Tak więc, co do zasady, nie mam nic przeciwko wyrokowi Trybunału.

Ale jest też aspekt ludzki: Jak można było kupić cmentarz?! Kupić cmentarz i chcieć tam postawić dom, albo nawet traktować jako lokatę kapitału? Nie pojmuję. Ha, właściwie nie tylko kupić, ale najpierw wystawić na sprzedaż. Podobno w latach ’70 władze usuwały ślady po Żydach – stary, opuszczony cmentarz na Ziemiach Odzyskanych, nikt się o niego nie upomni, można zlikwidować. Przynajmniej na papierze. Ale nabywcy? Przecież skoro cmentarz był „dobrze zachowany” w ’87, tym bardziej w ’74 nie mogło być wątpliwości co to było. W polskiej kulturze jest silnie wpisany szacunek dla cmentarzy, ale najwyraźniej tylko dla swoich.

Nie mogę się jednak powstrzymać od innego skojarzenia. Na mocy Art. 30 Ustawy o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich Związek Gmin Żydowskich mógłby odzyskać teren tego cmentarza, gdyby tylko chciał. No, ale najwyraźniej nie chciał. Mało atrakcyjna okolica.

Artykuł 125

Ustawa reformująca szkolnictwo wyższe przeszła przez Sejm z niewielkimi zmianami w stosunku do przedłożenia rządowego i trafiła do Senatu. Całą tę nowelizację uważam za chybioną, gdyż nie dotyka źródeł największych problemów trapiących polską nauke i szkolnictwo wyższe, tym niemniej Senat wciąż może wprowadzić poprawki, które uczynią ją mniej złą.

Znaczenia symbolicznego nabrał Artykuł 125 Ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym. Artykuł ten dotyczy zwalniania pracownika naukowego „z innych ważnych przyczyn”, a więc nie wtedy, gdy otrzyma dwukrotnie ocenę negatywną, zostanie skazany prawomocnym wyrokiem itp, ale wtedy, gdy władze uczelni arbitralnie uznają, że z tym panem lub panią współpracować już nie chcą. W wersji obecnie obowiązującej odpowiedni przepis brzmi:

Stosunek pracy z mianowanym nauczycielem akademickim może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu zgody organu kolegialnego wskazanego w statucie uczelni.

Po nowelizacji w wersji rządowo-sejmowej brzmiałby on

Stosunek pracy z mianowanym nauczycielem akademickim może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu opinii organu kolegialnego wskazanego w statucie uczelni.

Zmiana jest pozornie niewielka, „zgoda” zostaje zastąpiona przez „opinię”. Recz w tym, że opinia jest niewiążąca – choćby organ kolegialny in gremio sprzeciwił się zwolnieniu danej osoby, władze mogą się z tą opinią zapoznać, a potem postąpić wedle własnego uznania. Władze uczelni zyskają więc możliwość zwolnienia każdego nielubianego pracownika, z dowolnych powodów, także politycznych. Zgadzam się, że przepis ten będzie wykorzystywany bardzo rzadko, jeśli w ogóle, sprawa ma więc niewielkie znaczenie praktyczne, ale będzie istnieć groźba nadużycia, a przynajmniej wykorzystywania go jako straszaka.

Rzecz jest tym bardziej dziwna, że w Ustawie o instytutach badawczych analogiczny przepis (Art. 45 pkt. 4) brzmi

Stosunek pracy z mianowanym pracownikiem naukowym może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu zgody rady naukowej instytutu.

Ustawę tę uchwalono 30 kwietnia 2010, weszła ona już w życie i logicznie stanowi część tej samej reformy nauki, co nowelizacja Prawa o szkolnictwie wyższym. Nie widzę merytorycznych powodów, dla których ta sama sprawa miałaby być inaczej regulowana w instytutach badawczych, inaczej na uczelniach. No, chyba że władza faktycznie postrzega wyższe uczelnie jako środowisko bardziej „wrogie”, na które należy przygotować grubszy kij. To byłoby bardzo groźne.

Jeżeli Senat – a konkretnie senatorowie Platformy, mający w Senacie większość bezwzględną – nie zmieni Artykułu 125, przywracając wymóg uzyskania zgody w miejsce niewiążącej opinii, Platforma strzeli sobie w stopę, narazi się bowiem na zarzut, iż przygotowuje sobie narzędzie do usuwania z uczelni przeciwników politycznych. Nie mam wątpliwości, że jeśli zostanie „opinia”, zarzut taki padnie – zapowiedź można zobaczyć już w stanowisku Solidarności.

Artykuł 125 jest jedną z tych pozornie drobnych spraw szczegółowych, na które Platforma nie zwraca uwagi, a które mogą kosztowac ją wiele głosów w jesiennych wyborach.

OFE i notowania

Notowania Platformy Obywatelskiej znacząco spadły. Co z Tuskiem, co z Platformą, pytają komentatorzy, i od razu odpowiadają, że notowaniom zaszkodziły Smoleńsk, MAK, OFE i wewnętrzne spory. Moim zdaniem sprawa katastrofy smoleńskiej i raportu MAK mają niewielki wpływ na obecną pozycję Platformy, co widać choćby po tym, że Platformie spada, ale PiSowi wcale nie rośnie. Rośnie SLD i, do pewnego stopnia, PJNowi. Rozwój sprawy smoleńskiej mógł zaszkodzić Platformie w tym sensie, że wyborcy uznali, iż Platforma zbytnio się nią zajmuje, szukają więc jakiejś niesmoleńskiej alternatywy.

Dla mnie nie ulega wątpliwości, iż Platformie najbardziej zaszkodziło zamieszanie wokół OFE – i to nawet nie tyle ze względów merytorycznych, ile symbolicznych. (Szkodę wywołały też spory wewnętrzne i rozpad infrastruktury, ale o tym może napiszę osobno.) Zmiana zasad przekazywania składek do OFE została odebrana jako „zamach na nasze emerytury” i jednoczesne złamanie danego kiedyś przez państwo słowa, a więc rzeczy kojarzone raczej z byłymi komunistami i populistyczną lewicą, nie z liberałami. Niestety, z byłymi liberałami. Obecna, zupełnie niezrozumiała, eskalacja batalii wokół funduszy emerytalnych kwestionuje ideologiczne podstawy rządów Platformy: liberalizm ekonomiczny, rządy prawa, minimalne państwo.

Nie jestem ekonomistą, zatem znów z pozycji czytelnika gazet postaram się usystematyzować kilka kwestii, choćby na własny użytek.

Po pierwsze, trzeba pamiętać, że osoby uczestniczące w OFE płacą niejako podwójnie, a właściwie potrójnie: raz, oszczędzają na swoje przyszłe emerytury, dwa, finansując bieżące emerytury z ZUS, a ponieważ ZUSowi pieniędzy brakuje, subsydiować go musi budżet państwa, a więc uczestnicy OFE płacą po raz trzeci, tym razem jako podatnicy.

Po drugie, OFE w założeniu miały powierzone środki inwestować, tak, aby osiągnąć jak największy zysk, jednak bez nadmiernego ryzyka. Składki w ZUS miały być tylko waloryzowane o jakiś wskaźnik powiązany z inflacją. W rzeczywistości jednak OFE wybrały strategię pasywną, w czym nie ma nic dziwnego, skoro rynek ich do większej aktywności nie zmuszał.

Po trzecie, straty generuje system emerytalny, ale nie OFE. Reforma emerytalna nie została dokończona, bo liczne grupy nie zostały nią objęte z powodów politycznych: służby mundurowe, prokuratorzy i sędziowie, rolnicy, górnicy, nauczyciele i wszyscy, którzy mają prawo emerytur pomostowych. Zaniedbania są wieloletnie i wszystkie rządy mają tu sporo na sumieniu. Przypomnę tylko, iż PiS przedłużył działanie poprzedniego systemu wcześniejszych emerytur, a poza tym obniżył składkę rentową, na czym realnie skorzystali ludzie zamożni, stracił zaś budżet państwa. Jednym z większych sukcesów Platformy było uchwalenie ustawy o emeryturach pomostowych, ograniczającej patologię wcześniejszych emerytur. Niestety, ustawę przyjęto w postaci okrojonej, gdyż antycypując weto prezydenta Kaczyńskiego (było, a jakże), Platforma musiała się porozumieć z SLD w celu jego przełamania za cenę stępienia ostrza ustawy. Poza tym Platforma nie zrobiła jednak nic, aby uporządkować system emerytalny.

Po czwarte i najważniejsze, istotą obecnie proponowanych zmian są tylko i wyłącznie zabiegi o doraźne załatanie dziury budżetowej. OFE, z mocy prawa, musiały wykupywać obligacje za co najmniej 50% powierzonych im środków (faktycznie kupowały za około 60%). Tak więc ZUS przekazywał OFE część pobranych składek, OFE zaś „zwracało” większość tych środków do budżetu, wykupując państwowe obligacje, pobierając przy tym prowizję od tak prowadzonej działalności inwestycyjnej. Budżet zaś musi obligacje emitować między innymi po to, aby pokryć deficyt ZUS. Gdyby zredukować przepływy do OFE o 50%, usuwając jednocześnie ciążący na OFE ustawowy obowiązek inwestowania w obligacje, w ZUSie zostałoby więcej pieniędzy, budżetowe subsydium mogłoby być mniejsze, mniejsze byłyby też koszty transakcyjne, choćby dlatego, iż OFE nie pobierałyby już prowizji od tej części wpływów, którą teraz muszą de facto oddawać państwu. Gdyby rząd tak to przedstawiał, spokojnie i konsekwentnie, krzyk wobec zamachu na OFE byłby mniejszy. Niestety, z niezrozumiałych powodów, rząd usiłuje nam wmówić, że zasadniczym celem obecnych zmian jest zwiększenie i wysokości, i bezpieczeństwa naszych przyszłych emerytur, co jest zupełną nieprawdą.

Po piąte bowiem, nie jest prawdą, iż „nasze emerytury” są bezpieczniejsze w ZUS niż w OFE, bądź na odwrót. I tu, i tu są one tak samo zagrożone. Jeśli, Boże uchowaj, system finansów publicznych się załamie, państwo nie będzie miało środków ani na dotowanie ZUS, ani na wykup obligacji.

Gdyby deficyt budżetowy przekroczył ustawowy próg ostrożnościowy, rząd musiałby przedstawić budżet zrównoważony, co oznaczałoby między innymi drastyczne cięcia pensji w budżetówce i obniżkę emerytur. Gdyby stało się to w roku wyborczym, Platforma bez wątpienia straciłaby władzę. Powróciłby PiS (zapewne w koalicji z SLD – tak, w koalicji z SLD – i, być może, PJN), a wówczas mielibyśmy i kryzys budżetowy, i indolencję ekonomiczną władzy, i nagonki na kolejne grupy obywateli, i krzyż smoleński na każdym rogu. Ucieleśnione paranoje i obsesje Jarosława Kaczyńskiego. Platforma ma rację ostrzegając, że jeśli do władzy wróci Kaczyński, to da nam popalić. Rzecz jednak w tym, że rozsądne i na czas podjęte reformy, choćby w jakimś wybranym, ale dobrze zrozumiałym społecznie sektorze, wcale nie musiałyby oznaczać wyborczej klęski.  

Platforma jest – wciąż jest – silna nie dzięki swoim przymiotom, ale dzięki obawie przed recydywą PiSu. Bardzo niewiele robi, gdyż boi się zrazić do siebie wpływowe grupy wyborców. Taka strategia od biedy była usprawiedliwiona do przedterminowych wyborów prezydenckich, ale teraz nie ma już najmniejszego sensu. Platforma tak jednak zafiksowała się na haśle „byle do wyborów, byle do wyborów”, że z nicnierobienia uczyniła w końcu ideologię. A ponieważ coś jednak robić trzeba, choćby dla uchronienia kraju przed natychmiastową katastrofą budżetową, Platforma podejmuje działania populistyczne, zresztą nie tylko w zakresie gospodarki. Zamiast eliminować źródła problemów, tylko klajstruje największe dziury. I zaczyna wyraźnie tracić poparcie, zapewne głównie w grupie, nazwijmy to, płatników netto do ZUS i OFE, którzy skądinąd powinni być jej naturalnymi wyborcami.

Jeżeli w obecnej sytuacji można dopatrywać się czegoś pozytywnego, to właśnie faktu, iż ujawniła się spora grupa wyborców, którym zależy na czymś realnym, nie zaś tylko na obłąkanych sporach ideologicznych.

Zima Arabów?

Nie mam jakichś szczególnych kompetencji do wypowiadania się na temat Bliskiego Wschodu. Wszystko, co poniżej, przedstawia punkt widzenia czytelnika gazet.

W krajach arabskich wrze. Czyżby po Wiośnie (1848) i Jesieni (1989) Ludów miała nastąpić Zima Arabów? Obalono już skorumpowany rząd w jednym kraju, w Tunezji, ale niepokoje są i w Jordanii, i w Jemenie, i w Libanie (tam zresztą zawsze są jakieś niepokoje), także w Sudanie. A w Egipcie trwa rewolucja.

Prezydent Hosni Mubarak czyni ustępstwa – rozwiązał rząd, powołał wiceprezydenta, syn Mubaraka nie będzie kandydował w następnych wyborach – ale kroki, które kilka miesięcy temu być może przyjętoby entuzjastycznie, dziś są spóźnione i niewystarczające. Typowy błąd upadających królów i dyktatorów.

Kraje euroatlantyckie, umownie zwane Zachodem (choć z punktu widzenia Egiptu jest to północ), chyba nie wiedzą co robić. Owszem, rząd Mubaraka był skorumpowany, policyjny i niedemokratyczny (Mubarak rządzi nieprzerwanie od prawie trzydziestu lat, kolejne referenda, w których przedłużał swoją władzę, mogły być sfałszowane), pomysł ustanowienia w Egipcie de facto monarchii dziedzicznej (w Syrii się to udało!) nie do przyjęcia, ale rząd Mubaraka był świecki, pozwalał firmom z Zachodu robić w Egipcie interesy, najważniejsze jednak, że Mubarak utrzymywał pokój i poprawne stosunki z Izraelem. Gdyby rząd Mubaraka mieli zastąpić fundamentaliści (jedyną opozycją egipską, o której słyszałem, jest Bractwo Muzułmańskie), mogłoby być bardzo niebezpiecznie z uwagi na możliwe zaostrzenie konfliktu arabsko-izraelskiego.

Rządy Zachodu stąpają po cienkiej linie, bojąc się, żeby z jednej strony nie oddać władzy fundamentalistom, z drugiej zaś nie wpaść w pułapkę, w którą wpadały już tyle razy: Wspierają „przychylnego” sobie satrapę – przychylnego, to znaczy nie otwarcie wrogiego i pozwalającego robić interesy – który jest znienawidzony przez swój lud, więc gdy satrapa upada, lud zwraca się także przeciwko Zachodowi, całkiem słusznie czyniąc go współodpowiedzialnym za występki reżimu. Najlepszym przykładem tej sytuacji była Rewolucja Islamska w Iranie. Teraz więc kraje Zachodu wypowiadają się bardzo ostrożnie. Z punktu widzenia Zachodu najlepiej byłoby, gdyby Mubarak złagodził swój reżim, ale dotrwał do planowanych na wrzesień wyborów i pozwolił na ich uczciwe przeprowadzenie. Na to jest chyba jednak za późno.

Dwie tylko rzeczy pocieszające usłyszałem na ten temat. Po pierwsze, Mohamed El Baradei, były szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który wyrasta na przywódcę opozycji, jest co najmniej równie świecki, jak Mubarak. Bractwo Muzułmańskie nie uaktywnia się zanadto, a i El Baradei, i sami uczestnicy prostestów, mówią, że nie kierują nimi pobudki religijne, ale polityczne, społeczne i ekonomiczne. Jak właśnie przeczytałem, Bractwo Muzułmańskie powiada, że El Baradei będzie negocjował w imieniu całej opozycji. Po drugie, z depesz ujawnionych przez Wikileaks podobno wynika, że USA już od kilku lat wspierały egipską świecką opozycję.

Naprawdę zaś się wzruszyłem, gdy przeczytałem, że gmachu Muzeum Egipskiego chroni nie tylko policja, ale także kordon kilku tysięcy zwykłych ludzi, aby nie doszło do nieszczęścia takiego, jak w Bagdadzie.

Nie wiem co się stanie. Chyba nikt tego nie wie. Georges Brassens, gdyby żył, pewnie mógłby dopisać nową zwrotkę do Le roi des cons (zobacz też polską wersję – wolę tę od późniejszej).

Update, 2 lutego. Prezydent Hosni Mubarak zapowiedział, że nie będzie kandydował w nadchodzących wyborach, rozpocznie reformy, przygotuje pokojowe przekazanie wladzy, ale przed wyborami nie ustąpi ze stanowiska. Jak należało się spodziewać, Egipcjanie już się na to nie godzą. Chcą, żeby Mubarak ustąpił natychmiast.

***

Na marginesie – albo i nie na marginesie – rewolucji w Egipcie zauważam, że padł jeden z mitów dotyczących Internetu. Internet, ze swoją niecentralistyczną, hierarchiczną strukturą, miał być odporny na ataki. W Egipcie ludzie zwoływali się i przekazywali sobie wiadomości za pomocą Internetu i SMSów. I oto rząd Internet po prostu… wyłączył. To znaczy wyłączyło go pięciu głównych operatorów (przedstawicieli firm zachodnich), którzy szybciutko ulegli sugestiom władz. Tak, koncerny bez wątpienia są za wolnością słowa i swobodą w dostępie do informacji, o ile tylko nie przeszkadza to władzom, bo konflikt z władzami mógłby utrudnić robienie interesów. Widać więc, że władza, jeśli tylko otrzyma wsparcie od międzynarodowych koncernów, może Internet w całym kraju zablokować.