Zabić drozda

Harper Lee, To Kill A Mockingbird

Zabić drozda to klasyka literatury amerykańskiej, ale wydaje mi się, że w Polsce znacznie więcej osób o tej książce słyszało, niż ją przeczytało. Ja do niedawna nie. Dziadersi i miłośnicy kina pamiętają też film Roberta Mulligana z Gregory Peckiem w roli głównej (jak to się często w historii kina zdarzało, Gregory Peck, dla którego była to jedna z najważniejszych ról w karierze, nie był pierwszym wyborem – wcześniejszymi kandydatami do roli byli James Stewart i Rock Hudson).

Jakoś więc mnie naszło, aby to w końcu przeczytać. Fabuła jest mniej więcej znana: w połowie lat ’30 XX wieku, w wymyślonym miasteczku Maycomb w Alabamie, lokalny adwokat, oczywiście biały, Atticus Finch, człowiek nieskazitelnie wręcz prawy i uczciwy, błyskotliwie inteligentny, a przy tym czuły i troskliwy ojciec, zostaje wyznaczony przez sąd jako obrońca z urzędu młodego Czarnego1, Toma Robinsona, niesłusznie oskarżonego o gwałt na białej dziewczynie. Toma oskarżają członkowie białej hołoty, white trash, pogardzani przez pozostałych mieszkańców miasteczka, no ale jednak biali. Atticus w sądzie roznosi oskarżenie w pył, udowadnia oskarżycielom, że kłamią, ale Tom zostaje mimo to skazany, bo członkom białej (i składającej się z samych mężczyzn) ławy przysięgłych w głowie się nie mieści, że można by przyznać rację Czarnemu przeciwko białym. Atticus planuje apelację, ale Tom zostaje zastrzelony w więzieniu, rzekomo w czasie próby ucieczki. Jednocześnie toczy się druga historia: dzieci Atticusa, dziewięcioletnia Jean Louise zwana Scout, jej starszy brat Jem i ich kolega Dill, próbują rozwikłać tajemnicę sąsiada, który od wielu lat nie wychodzi z domu.

Powieść jest kapitalnym portretem małomiasteczkowej społeczności Południa w czasach spokoju i prosperity (temat Wielkiego Kryzysu praktycznie się nie pojawia), ale jednocześnie bardzo ważnym głosem w debacie o nadaniu Czarnym pełni praw obywatelskich. Tylko pomyślmy: Nikt nie ma wątpliwości, że Tom Robinson został niesprawiedliwie skazany z powodów rasistowskich, powieść ukazała się w 1960, film w 1962, a Martin Luther King wygłosił przemówienie I Have a Dream w 1963. Przy czym, co ważne, Zabić drozda adresowane było do białych, nie do Czarnych, gdyż to białych trzeba było wówczas przekonywać, aby przyznali prawa Czarnym. Nic dziwnego, że Zabić drozda jest ciągle atakowane przez amerykańską prawicę, domagającą się usunięcia powieści z listy lektur w poszczególnych okręgach szkolnych i z publicznych bibliotek (oficjalnym pretekstem do ataku jest kwestia gwałtu i dwóch morderstw, czyli rzeczy, o których niewinna amerykańska młodzież nie powinna słyszeć). Jest jednak paradoksem, że Drozda równie zaciekle atakuje amerykańska lewica z kultury woke, gdyż tematyka powieści „skupia się na białości”, no a poza tym często pojawia się tam najbardziej obraźliwe słowo na „n” (nigger; neutralnym określenie Czarnych używanym przez autorkę jest Negro).

Ukazały się tysiące analiz tej powieści, także po polsku, więc nie będę o tym pisał dużo. Drozda czyta się bardzo przyjemnie, jest tam sporo humoru, a pomysł, aby narratorką uczynić Scout, jest wprost genialny! Scout widzi świat w sposób nieskażony dorosłą wiedzą, przekonaniami, które zostały wpojone w nas tak głęboko, że stały się wręcz przezroczyste. Scout z równą intensywnością opowiada o tym, jak przez przypadek wpadli do ogrodu tajemniczego sąsiada, jak wyglądał jej pierwszy dzień w szkole, relacjonuje rozmowy z różnymi nobliwymi mieszkankami miasteczka oraz rozprawę przeciwko Tomowi Robinsonowi. Wszystko to jest dla niej równie ważne i równie ciekawe. Kapitalne!

Jako ciekawostkę, coś w rodzaju malutkiego peeve, powiem, że książkę kupiłem w Amazonie, nie bardzo patrząc się na to, jakie to było wydanie. No i trafiłem na wydanie brytyjskie 🙂 Mamy więc napisaną przez Amerykankę amerykańską powieść dotyczącą amerykańskiej prowincji, dzieci mówią językiem niepoprawnym, połykając zgłoski (narracja Scout jest gramatycznie poprawna), Czarni mówią swoim dialektem, ale wszędzie jest colour, neighbour i inne brytyizmy, co niemalże budzi dysonans poznawczy. Czy nieznośnym Brytyjczykom nie przyszło do głowy, że po prostu wypadało zostawić amerykańską wersję języka w tej arcy-amerykańskiej powieści?

Tak naprawdę przeczytałem Zabić drozda, gdyż postanowiłem przeczytać drugą (i jedyną obok Drozda) powieść Harper Lee, Go Set A Watchman. Ale o tym będzie następnym razem.

Okładka pierwszego wydania, autorstwa Shirley Smith
  1. Piszę „Czarni”, bo termin „Afroamerykanie” byłby kompletnie ahistoryczny. ↩︎

Gender i sex w sporcie

W lewicowych mediach, w liberalno-lewicowych środowiskach przyjęło się, że kwestionowanie prawa dwóch złotych medalistek olimpijskich w boksie, jednej z Algierii, drugiej z Tajwanu, do udziału w igrzyskach dowodzi mizoginii, transfobii, jaskiniowego prawactwa, wysługiwania się Putinowi, a już na pewno ogólnego buractwa i braku dobrych manier. No, trudno.

Zamieszczam tu mój komentarz z pewnej internetowej dyskusji. Za sukces poczytuję sobie to, że nie zostałem zań odsądzony od czci i wiary i zwyzywany od najgorszych.

***

Nauczyliśmy się, że gender i sex, płeć kulturowa i płeć biologiczna, to różne pojęcia. U większości ludzi jedno zgadza się z drugim, ale istnieją osoby, u których ta zgodność nie zachodzi. Są kobiety uwięzione w męskich ciałach, są mężczyźni uwięzieni w ciałach kobiecych, są osoby, u których współistnieją cechy kobiece i męskie. Niektóre z tych osób poddają się procesowi tranzycji, niektóre nie, ale wszyscy oni oczekują, żeby traktować ich zgodnie z płcią, którą sami odczuwają. I tak my, ludzie, powinniśmy robić przez szacunek dla ich człowieczeństwa: uznawać odczuwaną przez nich płeć kulturową wszędzie tam, gdzie to kultura decyduje. Takie osoby naprawdę zasługują na wsparcie, bo ich sytuacja społeczna bywa nie do pozazdroszczenia.

Są jednak konteksty, w których decyduje sex, płeć biologiczna – mianowicie wtedy, gdy odwołujemy się do cech biologicznych, nie zaś tych kształtowanych kulturowo. Skoro odróżniamy gender od sex, to powinniśmy przyznać, że w przypadku niezgodności jednego z drugim niekiedy decyduje to, niekiedy tamto. Prawacy traktują gender jako fanaberię i powiadają, że zawsze i wyłącznie decyduje sex. Czyżby lewica jako fanaberię traktowała sex, domagając się pełnego prymatu ducha nad materią? Niestety, taka sytuacja nie zachodzi.

Otóż, moim zdaniem, tak właśnie jest w przypadku sportu wyczynowego, gdzie nie decyduje to, jak ktoś o sobie samym myśli i jak samego siebie odczuwa, ale budowa anatomiczna. Cechy takie, jak budowa kostno-szkieletowa, proporcje ciała, pojemność płuc, zasięg ramion i takie tam, mogą mieć charakter męski, nawet jeśli osoba została (błędnie) uznana po urodzeniu za dziewczynkę i tak wychowana. Sportowe kategorie kobiece utworzono dlatego, że kobiety miałyby nikłe szanse w rywalizacji z mężczyznami (zapewne najsprawniejsze kobiety bez trudu wygrywałyby z męskimi średniakami, nawet ze sporą grupą gości powyżej średniej, ale z najlepszymi nie miałyby szans) i to wcale nie dlatego, że jedni ludzie mają penisy, a inni pochwy, ale dlatego, że jedni ludzie są genetycznie predysponowani do posiadania innej gęstości tkanki mięśniowej i innych proporcji ciała, niż ci o innym genotypie.

Sprawę dodatkowo komplikuje to, że na poziomie genetycznym mogą występować inne układy chromosomów, niż XX/XY – spektrum płci nie jest dychotomiczne – a nawet jeśli występuje XY, to na skutek pewnych mutacji zewnętrzne męskie narządy płciowe mogą nie zostać wykształcone (stąd błędna atrybucja płci przy porodzie i wynikająca stąd genderowa identyfikacja z dziewczynką), ale ten Y i tak wpływa na zmiany w budowie ciała w okresie pokwitania. W interesującej nas sytuacji oznacza to, że biologiczny nie-mężczyzna niekoniecznie jest biologiczną kobietą. Gdy raz zgodziliśmy się, że nie ma dychotomii, zasada wyłączonego środka nie obowiązuje.

I dlatego osoby, które nie są biologicznymi kobietami, nie powinny w wyczynowym sporcie rywalizować w kategoriach kobiecych (trzeba tu przyznać, że stosowane w sporcie metody sprawdzania, kto jest biologiczną kobietą, nie są doskonałe i budzą wiele kontrowersji – patrz Wikipedia). Zaburzenia w rozwoju płciowym w niczym nie umniejszają człowieczeństwa tych osób, więc we wszelkich kategoriach społecznych zależnych od kultury, z całą pewnością powinniśmy traktować ludzi zgodnie z płcią, którą oni sami sobie przypisują – tego wymaga szacunek dla tych osób i zwykła przyzwoitość. Ale w wyczynowym sporcie nie, bo tu nie chodzi o kulturę, ale o biologię.

Czy jest to krzywdzące dla osób, które, całkowicie bez własnej winy, mają męskie ciała (i powtórzę po raz kolejny, nie chodzi mi o penisa!), choć zostały wychowane jak dziewczynki i czują się kobietami? Z pewnością tak. Ale równie krzywdzące dla uprawiających sport kobiet byłoby skazywanie ich z góry na porażkę, gdyby musiały rywalizować z osobami, które swą męską budowę ciała zawdzięczają genetyce. Proszę pomyśleć o zawodniczkach, które zajęły czwarte i dalsze miejsca w biegu na 800 metrów na olimpiadzie w Rio. Od czasów starożytnych, od Ajschylosa i Eurypidesa, wiadomo, że niekiedy coś trzeba wybrać, mimo iż każdy wybór będzie w jakimś sensie zły, gdyż pewnych racji pogodzić się nie da. Z dwóch kiepskich rozwiązań ja wybieram wykluczenie biologicznych nie-kobiet z rywalizacji w sporcie wyczynowym, gdyż potencjalnie skrzywdzonych kobiet-zawodniczek jest o wiele więcej, niż zawodników z zaburzeniami rozwoju płciowego. Jeśli ktoś wybiera inaczej, ich prawo, ale niech przynajmniej przyznają, że dokonali wyboru, nie zaś, że nie ma problemu. Udawanie, że tu nie ma żadnego problemu, dowodzi ideologicznego zaślepienia, a może nawet zakłamania.

Z udziału w igrzyskach wykluczona została amerykańska osoba pływacka, Lia Thomas. World Aquatic dożywotnio wykluczył ją z zawodów kobiecych, gdyż przeszła męskie dojrzewanie, w czym nie ma nic dziwnego: Lia Thomas urodziła się jako chłopiec, była wychowywana jako chłopiec, stała się mężczyzną, regularnie startowała w zawodach pływackich w kategoriach męskich, po czym już jako osoba dorosła postanowiła ujawnić swój żeński gender (lub też dokonać genderowej konwersji – w tym kontekście nie ma to znaczenia). Aby móc dalej startować, farmakologicznie obniżyła sobie poziom androgenów, przede wszystkim testosteronu, w wyniku czego znacznie spadły jej najlepsze osiągnięcia. I bodaj raz wystartowała w zawodach w kategorii kobiecej, wygrywając z wielką przewagą. Wtedy World Aquatic ją zdyskwalifikował stwierdzając, że to nie poziom testosteronu, ale męskie dojrzewanie płciowe decyduje. Lia Thomas odwołała się do Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu (CAS), ale ten oddalił jej skargę, a MKOl uszanował stanowisko federacji pływackiej.

Natomiast dwie osoby pięściarskie stojące w centrum obecnej kontrowersji zostały w 2023 wykluczone z udziału w mistrzostwach świata przez International Boxing Association (IBA), gdyż uznano je za biologicznych mężczyzn (nie jest jednak jasne, jakiego rodzaju testy przeprowadzono). MKOl, który z bardzo wielu poważnych powodów (podejrzenia korupcji, zarzuty odnośnie do bezstronności sędziowania, brak transparentności finansowej) przestał współpracować z IBA i nie uznaje jej decyzji, zakwalifikował te osoby do udziału w igrzyskach nie dlatego, że przeprowadzono jakieś inne badania (MKOl, wbrew protestom zawodniczek, zaniechał badań genetycznych), ale dlatego, że płeć żeńską miały wpisaną do paszportów, a poziom testosteronu miały w dopuszczalnych granicach. W Polsce w dyskusji publicznej kwestionuje się decyzję IBA wyłącznie dlatego, że szefostwo tej federacji jest powiązane z Putinem. To rzeczywiście nie przydaje im wiarygodności, ale też nie dowodzi, że wszystko, co oni mówią, jest nieprawdą.

Ocean cytatów

Ktoś ze znajomych wspomniał film Atlas, że Jennifer Lopez i w ogóle. Inni krytykowali, że film słaby. Obejrzałem. Film jak film, taki sobie, ale też nic specjalnego. Obejrzeć można, ale zdecydowanie nie trzeba 🙂 Jedno, co jest ciekawe, to liczba nawiązań do mnóstwa innych filmów SF i nie tylko:

Terminator (oczywiste, a zwłaszcza miażdżona głowa złego androida), Na skraju jutra (zaatakowany okręt desantowy, żołnierze w egzoszkieletach, bohaterka nie umie go obsługiwać), Obcy 2 (walka wręcz za pomocą egzoszkieletu), mnie marsz egzoszkieletem przez nieprzyjazny teren mocno kojarzy się z minipowieścią Fiasko Stanisława Lema, ale tego pewnie twórcy nie znają, Interstellar (sarkastyczny robot), Blade Runner (łzy w deszczu, skaner do wykrywania androidów), Avatar (dziwna planeta z dziwnymi krajobrazami), Gra o tron (armia robotów porywa uszkodzony statek kosmiczny, żeby go użyć przeciwko Ziemianom, tak jak White Walkers zabitego smoka), King Kong (ranna kobieta na dłoni olbrzyma), a nawet Desperado (strzelająca walizeczka), plus 100 filmów klasy B, w których początkowo lekceważona naukowczyni ratuje świat. No i oczywiście 2001: Odyseja kosmiczna (umierający komputer – gasnące oko). Czego jeszcze nie zauważyłem?

Ciekawe, czy autorom zwyczajnie brakowało pomysłów, czy w tym nagromadzeniu cytatów był jakiś wyższy cel?

Brzytwa Hanlona

Platforma Obywatelska wypuściła nowy spot wyborczy, oskarżający PiS jeśli nie wprost o agenturalność, to o to, że de facto działa na korzyść Rosji.

Mnie się ten spot nie podoba ze względów estetycznych, ale o to mniejsza. On jest jak przeciągnięcie kijem po prętach klatki. Bardzo wątpię, aby mógł przyciągnąć do Platformy nowych wyborców, raczej ma na celu zmobilizowanie tej części anty-PiSu, która uważa, że nie musi brać udziału w eurowyborach, gdyż PiS jest bezzębny i już przegrał. Nie wiem jednak, czy spot nie okaże się przeciwskuteczny, antagonizując, a tym samym mobilizując jeszcze większą grupę bardziej „miękkich” wyborców PiSu, którzy też mogli rozważać pozostanie w domu.

Spot wprost nawiązuje do słynnego wywiadu gen. Piotra Pytla. Powraca pytanie czy PiS jest agenturą Rosji, aktualne zwłaszcza w kontekście sprawy Tomasza Szmydta, który robił karierę za PiS – a konkretnie, za Ziobry – żeby ostatecznie poprosić o azyl na Białorusi.

O tym, czy PiS to rosyjska agentura, pisałem już kilkakrotnie: tutaj, bezpośrednio po wywiadzie Pytla, i tutaj, po wywiadzie udzielonym przez Tomasza Piątka. Powtórzę, parafrazując, co pisałem poprzednio:

Moim zdaniem PiS nie jest partią putinowską w tym sensie, że nie został założony przez ruskich agentów, nie jest z Moskwy zadaniowany, ani nawet nie jest przez Moskwę finansowany (PiS, żerując na polskich zasobach, zgromadził, na drodze różnych machinacji, tak duży majątek, że zewnętrznego finansowania nie potrzebuje). Natomiast Jarosław Kaczyński i cała masa PiSowców od samej góry do samego dołu podzielają putinowską wizję świata: demokracja to zło, ale fasadowe formy demokracji (wybory, parlament) można formalnie zachować, pozbawiając je faktycznej treści. Dalej, wolności obywatelskie to zło, swobody obyczajowe to zło, Zachód to moralna zgnilizna, państwo ma być centralistyczne, w gospodarce własność państwowa jest lepsza od własności prywatnej, która zawsze jest podejrzana, partia ma prawo narzucać ludziom co mają myśleć i jak mają postępować, ludzie mają partii słuchać, bo partia wie lepiej, gdyż wola partii ucieleśnia wolę Narodu, a wolę partii ucieleśnia wola przywódcy, wreszcie Bóg wyznaczył naszemu krajowi (według Kaczyńskiego Polsce, według Putina Rosji) jakąś szczególną misję dziejową, którą tylko przywódca w pełni pojmuje. Obce kraje knują i spiskują przeciwko nam, gdyż zazdroszczą nam naszej pozycji i szczególnej roli w Boskim planie. 1:1 to samo. Putin oczywiście taki PiS wspiera, traktując go jako konia trojańskiego, jedno z narzędzi do rozwalania Unii Europejskiej od wewnątrz. Jarosław Kaczyński, zaślepiony żądzą władzy – nie dla własnych korzyści, ale dla dobra Narodu! – nie ma przy tym najmniejszych skrupułów, by korzystać z tego wsparcia, tym bardziej, że wydaje mu się, że jest tak inteligentny, błyskotliwy i przebiegły, że koniec końców on tych Ruskich przechytrzy. Sam Jarosław Kaczyński, ze względów sentymentalnych, może uważać, że ma poglądy antyrosyjskie lub też może coś takiego udawać ze względów politycznych, ale to jest bez znaczenia: w korzystaniu z ruskiego wsparcia nie ma nic osobistego, to jest czysty biznes.

To oczywiście nie wyklucza, że w otoczeniu Kaczyńskiego i przywództwa PiSu nie ma rosyjskich agentów wpływu. Oczywiście, że są, agenci, a także zwykłe głupki, które niczego nie ogarniają. Jak Adam Glapiński, który za pół-darmo kupuje willę od facia powiązanego z ruską mafią, a więc z ruskimi służbami, i nawet do głowy mu nie przyjdzie, kto i w jaki sposób ten jego interes życia będzie mógł wykorzystać.

Jedno tylko mnie niepokoi. PiS w czasie swoich rządów demontował służby nastawione na ochronę Polski przed zagrożeniami zewnętrznymi. To jasne, że w optyce rządów PiSu to opozycja stanowiła prawdziwe niebezpieczeństwo, nie zaś jakieś, wydawało się, abstrakcyjne zagrożenie ze strony Rosji, więc zadaniem służb była przede wszystkim inwigilacja i dokuczanie opozycji, jednak stopień celowego osłabienia ABW i kontrwywiadu jest zatrważający. To albo jest wyjątkowa głupota, albo, hm, coś gorszego.

Na to jednak pada odpowiedź, że osłabienie ABW i kontrwywiadu to wynik niekompetencji Maria Kamińskiego, który ufał jedynie „swojej” służbie, CBA, więc próbował jej przekazywać dotychczasowe kompetencje tamtych. A ponieważ one w ten sposób okazywały się „niepotrzebne”, to on je, jako koordynator służb, redukował. Jest to wyjaśnienie w duchu brzytwy Hanlona: nigdy nie dopatruj się złej woli w sytuacjach, które mogą być w sposób zadowalający wyjaśnione przez głupotę.

I to jest wersja optymistyczna: PiS to nie są agenci. PiS to zgraja niekompetentnych, zadufanych w sobie głupców. Nawet bym się nad nimi użalił, gdyby nie to, że ich głupota, megalomania, pycha, brak rozeznania w świecie, kompleksy i zacietrzewienie nie szkodziły mojemu krajowi, Polsce.

Mąż Małej Emi

Jak grom z jasnego nieba buchnęła wiadomość, że sędzia Tomasz Szmydt poprosił o azyl na Białorusi. Sędzia Szmydt robił karierę za czasów Ziobry, a najbardziej jest znany z tego, że był jednym z głównych bohaterów afery hejterskiej w ziobrowskim Ministerstwie Sprawiedliwości.

Gdyby uciekł na Bermudy lub choćby do Włoch, znaczyłoby, że chce uniknąć polskiego wymiaru sprawiedliwości, a przy tym miło pożyć za to, co zarobił. Ale na Białoruś?! To albo jest obłęd i przypływ szaleństwa, albo skrajna desperacja. Na szaleńca pan sędzia nie wygląda, zostaje więc desperacja. A narzucającą się interpretacją jest, że on był z tamtego kierunku sterowany, zorientował się, że kontrwywiad depcze mu po piętach, więc uciekł tam (podobno przez Turcję), gdzie czuje się bezpiecznie. A przynajmniej tak mu się wydaje. W Polsce groziłoby mu więzienie, hańba i wieloletni wyrok, obawiał się zaś, że we Włoszech, na Bermudach i innych pięknych zakątkach planety czekała na niego herbata z polonem lub inne tego typu specjały. Zostaje tylko Białoruś, zawsze to odrobinę lepiej, niż Rosja.

Oficjalnym powodem ucieczki Szmydta było, iż

Władze Polski pod wpływem USA i Wielkiej Brytanii prowadzą kraj do wojny. Naród Polski opowiada się za pokojem i dobrosąsiedzkimi stosunkami z Białorusią i Rosją

a całe wygłoszone w Mińsku oświadczenie Szmydta zawierało błędy (rusycyzmy), których nigdy nie popełniłaby osoba, dla której język polski jest pierwszym językiem. Zwłaszcza osoba wykształcona.

Bliski współpracownik prawej ręki Ziobry, wiceministra Łukasza Piebiaka, kiedyś szkalował sędziów sprzeciwiających się „reformom sądownictwa”, a dziś okazuje się białoruskim agentem. To jest dewastujące dla wizerunku Ziobry i jego kamaryli – i bardzo dobrze. Należy to podkreślać, trąbić o tym przy każdej możliwej okazji.

Wyborcza pisze, że przed dojściem PiS do władzy dużo spraw sędziego Szmydta w warszawskim WSA dotyczyło odmów dostępu do informacji niejawnych. Ba, gdy sędzia po karierze w ziobrowskich strukturach, przerwanej aferą hejterską, wrócił do orzekania w WSA, nadal wiele jego spraw dotyczyło dostępu do informacji niejawnych. Skoro sędzia się tym zajmował, musiał wiedzieć, jak przyznawanie dostępu do spraw niejawnych przebiega: znać procedury, nazwiska oficerów, zasady obiegu dokumentów. Mógł wiedzieć, dlaczego akurat jakiemuś Kowalskiemu odmówiono dostępu (czyli: jeśli Kowalski był potencjalnym szpiegiem, gdzie jego mocodawcy zawalili). To cenna wiedza dla naszych braci-Słowian ze wschodu i oni mogli zainteresować się sędzią już dawno temu, zanim PiS doszedł do władzy. Gdy awansował w ziobrowskich strukturach, to z agenta-informatora zmienił się w agenta wpływu. Pewnie już wtedy nie miał wyboru – jeśli sędzia dał się skusić obcemu wywiadowi, to miał już prze*bane i nie mógł się wycofać. A teraz szczegółowo opowiada białoruskim służbom jak procedury wyglądają obecnie, być może mówi też, co pamięta z akt poszczególnych spraw. I będzie to robił dopóki na jego wygodnej daczy ofiarowanej mu przez Łukaszenkę nie zawieje go wiatr, od czego dostanie śmiertelnego zapalenia płuc lub nie zatruje się wilczą jagodą, pomyliwszy ją z borówką(*). To potrwa kilka miesięcy, może rok, może i dwa. Nawet trochę żal mi faceta, ale sam się zagrzebał w najciemniejszym miejscu d… ciemnej.

To są oczywiście tylko spekulacje. Nie mam żadnych dowodów, że tak się stało, choć to, że białoruskie służby teraz sędziego maglują, a on im mówi wszystko, co wie, to oczywista oczywistość. Ale podejrzenie, że on się dał zwerbować jeszcze przed dojściem PiSu do władzy i dlaczego już wówczas był dla braci-Słowian interesujący, wyjaśnia działania sędziego. Znamienne, że on w 2022 próbował oskarżać Ziobrę i Piebiaka o aferę hejterską – dziś widzę to tak, że zeznając przeciwko Ziobrze, próbował zyskać przychylność post-ziobrowskiej prokuratury, której nadejście przewidywał. Ale afera hejterska to nic w porównaniu ze szpiegostwem na rzecz Białorusi, czyli Rosji. Aferę hejterską od biedy można by mu było wybaczyć, szpiegostwa nie. Zapewne kontrwywiad wyrwał się z paraliżu spowodowanego nadzorem Mario Kamińskiego i był o krok od aresztowania sędziego. W tej sytuacji sędzia uciekł lub też jego opiekunowie postanowili go ewakuować, żeby po zatrzymaniu nie wsypał innych.

(*)Z borówką, drodzy przyjaciele z Kongresówki.

Naiwny szkodnik

Andrzej Duda, ten wielki szkodnik polskiej polityki, spotka się dziś z Donaldem Trumpem, ubiegającym się o powrót do Białego Domu. Będzie to jednoznacznie odebrane jako poparcie Polski dla kandydatury Trumpa, tym bardziej, że Duda nie spotka się z prezydentem Joe Bidenem.

Ukraina zaczyna przegrywać wojnę, bo brakuje jej amunicji, a brakuje, gdyż zwolennicy Trumpa od miesięcy blokują w amerykańskim Kongresie pomoc dla Ukrainy. I w tej sytuacji Andrzej Duda jedzie wspierać Trumpa w jego kampanii. Brawo, on.

Dudzie rzecz jasna chodzi o osobisty interes. Liczy na to, że Trump wygra wybory i jako prezydent zapewni mu jakieś w miarę prestiżowe stanowisko w instytucjach międzynarodowych.

Jednak wygrana Trumpa wcale nie jest pewna. Owszem, jest dość prawdopodobna, ale pewności nie ma, gdyż całkiem sporo Republikanów, tych bardziej centrowych i nie sfanatyzowanych, ma Trumpa po prostu dość. Z kolei liczne procesy Trumpa mogą do niego zniechęcić wyborców „swingujących” (w pierwszym przybliżeniu, wahających się), którzy jeśli nawet nie zagłosują na Bidena, to zostaną w domu.

Ale nawet jeśli Trump wygra, to dlaczego miałby Dudzie pomóc? Trump to wyjątkowy egocentryk, nie ma przyjaciół, nie jest lojalny, ma tylko interesy, a liczy się wyłącznie z silnymi. Andrzej Duda, gdy skończy się jego kadencja prezydenta Polski, będzie dla Donalda Trumpa nikim. Zresztą nawet jako prezydent Polski nie jest dla Trumpa szczególnie ważny. O Polsce Trump po prostu nie myśli, ma ją zapewne głęboko w d*pie. No, chyba żeby Polska wyskoczyła z jakimiś kolejnymi megazakupami amerykańskiego uzbrojenia i technologii, to by się Trump nią na chwilę zainteresował. Ale Polska tego nie zrobi, bo w kasie pusto. Naiwny Andrzej Duda zostanie z kolejną fotką z Trumpem jak Himilsbach z angielskim.

A jeśli wygra Biden, to międzynarodowa kariera Dudy znajdzie się w d*pie ciemnej. Czego i Bidenowi, i Dudzie serdecznie życzę.

Krakowskie wybory

Możny by pomyśleć, że po rezygnacji prof. Jacka Majchrowskiego z kandydowania na kolejną kadencję prezydenta Krakowa, kampania wyborcza będzie ciekawa. Kandydaci będą się spierać na programy, przedstawiać konkurencyjne wizje rozwoju miasta i pomysły na wyjście ze ślepego zaułka, w jakim Kraków ostatnio się znalazł. Bo choć podczas ponad dwudziestoletnich rządów Majchrowskiego Kraków zmienił się bardzo, i to pozytywnie, jest bardzo mocno zadłużony, Urząd Miejski i zależne od niego firmy trwonią pieniądze, kilka trupów aż podryguje w szafach, żeby w końcu wypaść, a pomysły na rozwój miasta, a choćby tylko komunikację miejską i organizację ruchu, są w najlepszym razie chaotyczne. Można by się zatem spodziewać, że pretendenci do prezydentury będą się ścigać na pomysły. Nic z tych rzeczy.

Dwóch głównych kandydatów to Łukasz Gibała i Aleksander Miszalski. Obaj to krakowscy biznesmeni, jednemu i drugiemu biznesowi można coś tam zarzucić, ale o to mniejsza. Obaj mają doktoraty. Łukasz Gibała kiedyś był posłem PO, potem Ruchu Palikota, potem wycofał się z polityki ogólnopolskiej, koncentrując się na swoim wieloletnim marzeniu by zostać prezydentem Krakowa. Jemu naprawdę na tym zależy. Jest wieloletnim radnym, osobistym wrogiem Jacka Majchrowskiego, deklaruje walkę z patodeweloperką i betonowaniem Krakowa i od lat bardzo regularnie angażuje się w sprawy miasta. Przed pierwszą turą był liderem sondaży (zresztą część z nich sam zamawiał!) i trochę sprawiał wrażenie, że wygrana w pierwszej turze należy mu się jak psu miska, więc przespał tę część kampanii.

Aleksander Miszalski też kiedyś był radnym, z klubu Majchrowskiego. Jest drugą kadencję posłem PO, ale w sprawy Krakowa angażuje się akcyjnie, przed wyborami. Mnie do Miszalskiego zniechęca głównie rejterada z Sejmu. Otóż ja na Aleksandra Miszalskiego głosowałem. 15 października. Aleksander Miszalski przekonał mnie, że to właśnie on, spośród wszystkich kandydatów KO, najlepiej będzie mnie reprezentował w Sejmie. Miszalski wydał mi się uczciwym i kompetentnym kandydatem na posła drugiego szeregu, który sprawnie wykona to, co mu jego ugrupowanie powierzy. I teraz Miszalski mówi mi „no fajnie, że mnie poparłeś, ale już nie chcę z twojego poparcia korzystać, moje miejsce w Sejmie zajmie ktoś, na kogo nie głosowałeś. Ja mam widoki na lepszą robotę, więc poprzyj mnie znowu, tym razem już cię na pewno nie zawiodę”. Otóż ja się taką postawą czuję zawiedziony, wręcz oszukany.

Największym atutem Miszalskiego jest poparcie, jakiego przed pierwszą turą udzielił mu Donald Tusk, a przed drugą Rafał Trzaskowski. Miszalski zyskał też na tym, że tuż przed pierwszą turą wycofał się dość popularny kandydat niezależny, przekazując mu swoje poparcie. I Miszalski niespodziewanie pierwszą turę wygrał! Wygrał, choć nie widać, żeby miał jakąś wizję rozwoju miasta ani żeby w ogóle wykazywał się jakąkolwiek samodzielnością. To zrozumiałe, że przywódcy PO popierają kandydata ze swojej partii. Przywódcy PO zwyczajnie popierają najlepszego kandydata, jakiego Platforma w Krakowie miała, ale to nie daje gwarancji, że ma on kwalifikacje na prezydenta miasta. Jedynym „oryginalnym” pomysłem Miszalskiego jest budowa metra. Wszyscy chcieliby metrem wjechać do magistratu – także Łukasz Gibała, choć najmniej entuzjastycznie – a ja uważam, że metro to byłaby dla Krakowa katastrofa. Klasyczny biały słoń, piękny i elegancki, ale tak kosztowny w utrzymaniu, że pogrążyłoby to finanse miasta. W dodatku absolutnie nic nie wskazuje na to, aby linia NH-Bronowice rozwiązała jakiekolwiek problemy komunikacyjne Krakowa.

Gibała był w trakcie kampanii przed pierwszą turą dość brutalnie atakowany. Zarzucano mu nieprawidłowości finansowe w jego firmach, a przede wszystkim atakowali go deweloperzy, uznający go za wroga. No to przed drugą turą to Gibała zaczął atakować Miszalskiego, Miszalskiego-człowieka, także za finanse. Przyznać trzeba, że Miszalski sam się o to prosił. On dorobił się pokaźnego majątku na hotelarstwie, a właściwie na hoStelarstwie, czyli promowaniu i organizowaniu tego segmentu masowej turystyki, który jest najbardziej uciążliwy dla Krakowa. To jest legalna działalność i w żadnym wypadku nie twierdzę, że Miszalski, prowadząc ją, dopuścił się jakichś przestępstw – po prostu ten rodzaj biznesu nie pasuje mi do sylwetki gospodarza miasta, dbającego o jego harmonijny rozwój. Zdaje się, że Miszalski lub jego doradcy zorientowali się, że coś tu wizerunkowo nie pasuje, więc na samym początku kampanii Miszalski pozbył się udziałów w swojej firmie. Pozbył się, ale, jak czytam, na rzecz członków swojej najbliższej rodziny. No to jest numer godny Morawieckiego.

Gibałę z kolei obciąża poparcie, jakiego przed drugą turą udzieliła mu… Beata Szydło. Lecz Łukasz Gibała o poparcie PiSu ani nie prosił, ani nie zabiegał, ani niczego w zamian za nie nie obiecywał. PiS, który w Krakowie sromotnie przegrał, poparłby w II turze każdego, kto byłby realnym konkurentem kandydata PO.

No i żadnej dyskusji o programach, o proponowanych kierunkach rozwoju miasta, o sposobach na wybrnięcie z trudnej sytuacji finansowej nie ma. Platforma popiera Miszalskiego, bo jest z Platformy. PiS popiera Gibałę, bo nie jest z Platformy. Gibała podkreśla swoją niezależność.

I dla mnie ta niezależność ma decydujące znaczenie. Aleksander Miszalski to równy gość, ale niesamodzielny. Dostrzegam niebezpieczeństwo, że stanie się on zależny od istniejących układów urzędniczo-biznesowych, a to by dla miasta oznaczało stagnację. Zważywszy na to oraz na stopień dotychczasowego zaangażowania obu kandydatów w sprawy Krakowa, zagłosuję na Łukasza Gibałę.

Misteria Paschalia 2024

Kiedyś chodziliśmy na dużo koncertów w ramach Misteriów. Wymuszona przez miasto zmiana kierownictwa artystycznego, a co za tym poszło, inny dobór artystów, później pandemia, a wreszcie fakt, że, niestety, nie młodniejemy, sprawiły, że chodzimy coraz rzadziej. W tym roku byliśmy tylko na dwóch koncertach.

24 marca, Jan Sebastian Bach, Pasja według św. Jana, La Capella Reial de Catalunya, Le Concert des Nations, dyrygował Jordi Savall

Pasja św. Jana Bacha to jedno z największych dokonań całej muzyki europejskiej. Arcydzieło. Pozostające w zapomnieniu przez kilkadziesiąt lat po śmierci Bacha, zaczęło być ponownie wykonywane po tym, gdy Mendelssohn „odkrył” Bacha pod koniec lat ’20 XIX wieku. Od tego czasu było grane, a później nagrywane, przez wiele orkiestr i wielu dyrygentów, ostatnio na szczęście już nie w stylu mendelssohnowskim, z monumentalnymi chórami, tylko znacznie skromniej. Prawie każdy z wykonawców chciał wykonując Pasję zabłysnąć lub pokazać coś szczególnego.

Nie Savall. Jego wykonanie Pasji było wybitnie nie-wirtuozowskie: spokojne, bez indywidualnych popisów, udziwnień, skoncentrowane na muzyce takiej, jaka ona jest. Samo poprowadzenie akompaniamentu do arii tak, aby akompaniament nie zagłuszał ani nie dominował solisty, ale był czysty i wyraźny, jest sztuką. I choć można mieć pewne zastrzeżenia (Ewangelista odrobinę za słaby, kontratenor zepsuł pierwszą arię, ale świetnie zaśpiewał drugą), wykonanie Savalla było niemalże perfekcyjne. Jordi Savall i jego muzycy po prostu pozwolili wybrzmieć tej wspaniałej muzyce. Siedziałem przez te dwie godziny jak zaczarowany.

Sam Savall już się postarzał. To już nie jest ten skupiony, a zarazem ognisty gambista, którego pamiętam. Ma blisko 83 lata, jest drobny, bardzo szczupły, chodzi o lasce. Gdy akompaniował na violi do jednej z arii, miał chyba nawet trudności z podniesieniem instrumentu.

Niestety, drugi koncert, na jakim byliśmy, był zaprzeczeniem tego pierwszego.

31 marca, Claudio Monteverdi, Vespro della Beata Vergine, La Tempête, dyrygował i koncepcję artystyczną opracował Simon-Pierre Bestion

Zaczęło się nieźle, od dwóch chórów śpiewających z dwóch przeciwległych balkonów ICE. Koncepcyjnie nawiązywało to do układu Bazyliki Św. Marka, gdzie też też są dwa chóry-balkony, więc dwa chóry-śpiewacy ze sobą dialogują. Co prawda nieszczególna akustyka ICE sprawiała, że część dźwięków ginęła, ale było to do zniesienia. Zaraz jednak się okazało, że będzie gorzej. Chóry zeszły na scenę, ale cały czas zmieniały pozycje śpiewając w marszu (!), niektórzy soliści też śpiewali chodząc, do tego pojawiły się jakieś świece, białe kwiaty a to rozdawane chórzystom, a to rzucane przez nich na podłogę, a to ciskane w powietrze. Wreszcie chórzyści wnieśli coś w rodzaju kwietnego ołtarzyka, który potem przemieszczali po całej scenie. Kulminacja nastąpiła w czasie suplikacji Sancta Maria, ora pro nobis. Jest to modlitwa błagalna, ale u Monteverdiego nie jest jakoś bardzo smutna, można ją wręcz wykonywać jako pieśń radosną. Śpiewają same soprany, więc pozostali chórzyści są wolni, a u Bestiona zaczęli pląsać po całej scenie. Simon-Pierre Bestion chciał się odwołać do jakichś głęboko przedchrześcijańskich, lecz wciąż tkwiących w naszej kulturze obrzędów ku czci żeńskiego bóstwa opiekuńczego, z których – to prawda – z czasem wyewoluowała pobożność maryjna. Stąd te tańce, pochody, świece, kwiaty i kwietne ołtarze.

Taki, jak sądzę, był zamiar, pomysł na wystawienie Nieszporów. Tyle że nasza kultura ewoluowała od tych dawnych obrzędów, sublimując je. Nie widzę wielkiej wartości artystycznej w sztucznym ich przywracaniu, „profanowanie sacrum” samo w sobie nie jest niczym godnym uwagi. Claudio Monteverdi podchodził do swojej muzyki sakralnej bardzo poważnie. Znam ludzi, którzy Monteverdiego pozwalają słuchać wyłącznie na klęczkach, ale mnie to, co, na przykład, Christina Pluhar robiła z jego muzyką świecką, zupełnie nie przeszkadza. Ale z muzyką sakralną? To jest ewidentnie wbrew intencji twórcy i wbrew szkole, aby grać tak, jak kompozytor to sobie wyobrażał.

Zwłaszcza, że chórzyści, zajmujący się zapalaniem świec, przemarszami, ciskaniem kwiecia i noszeniem „ołtarzyka”, śpiewali po prostu gorzej, niż gdyby koncentrowali się na muzyce. Moim zdaniem, głównym efektem realizacji „koncepcji artystycznej” było przede wszystkim to, że dzieło wypadło gorzej, niż mogło było przy tych wykonawcach. Bestion chciał się pochwalić swoją wizją, a zaszkodził muzyce.

Zdarzały się też zwykłe niedoróbki. Na przykład w będącym hymnem ku czci Trójcy Świętej Duo Seraphim konieczne jest, aby dwukrotne unum sunt było zaśpiewane jako doskonałe unisono trzech głosów. No, nie wyszło. Jeden z tenorów lekko spóźniał, więc było prawie dobrze, ale „prawie” robi różnicę.

Na plus wyróżnili się właściwie tylko bas-baryton René Ramos Premier, Kubańczyk śpiewający na co dzień w Ensamble Pygmalion Raphaëla Pichona, oraz tenor Edouard Monjanel.

Czas wreszcie powiedzieć o największej katastrofie tego koncertu: było nią wprowadzenie dwóch chórów w przejścia pomiędzy krzesłami, skąd śpiewali Nisi Dominus. Ze słuchaniem chóru jest tak, że gdy stoi on w pewnej odległości, wszystkie głosy słyszy się równo. Lecz gdy chór praktycznie wmiesza się w widownię, siedzący blisko słuchacz słyszy różne głosy w różnym natężeniu: śpiewaków stojących bliżej bardzo głośno, tych dosłownie metr dalej ciszej, a tych dalszych praktycznie nie słychać. To jest czysta fizyka. Efektem jest kakofonia. No cóż, Bestion ze swojego stanowiska dyrygenta zapewne słyszał wszystko dobrze, bo raz, że był oddalony, dwa, że te same głosy obu chórów miał w tej samej odległości. Tak więc on słyszał dobrze, a najwyraźniej do głowy mu nie przyszło, jak źle odbiera to publiczność. Całkowita porażka.

Publiczność skądinąd była zachwycona. Zgotowała muzykom bardzo długą owację na stojąco, a internety pełne są komentarzy o „wspaniałym wykonaniu” i „mistycznym przeżyciu”. Słuchacze siedzący na balkonach lub na gorszych (!) miejscach parteru zapewne nie doświadczyli udręki wynikającej z wprowadzenia chórów pomiędzy publiczność (to też jest fizyka). Przede wszystkim jednak przypuszczam, że ludzie po prostu byli szczęśliwi mogąc uczestniczyć w wykonaniu tak wielkiego dzieła. Słuchanie muzyki na żywo to zupełnie inne przeżycie, niż słuchanie z płyt. Ja zresztą też jestem zadowolony, że byłem na tym koncercie, bo Nieszpory to jest wspaniała muzyka i Monteverdi ostatecznie wygrał z Bestionem, choć ten się bardzo starał. Ale samo wykonanie było co najwyżej poprawne, „koncepcja artystyczna” nietrafiona, a pomysł z wprowadzaniem chórów pomiędzy publiczność bardzo, bardzo zły.

„Ołtarzyk” i chórzyści ze świecami. Zdjęcie zrobione przez uczestnika koncertu.

Pierwsza duża awantura

Dwie rzeczy najbardziej teraz szkodzą rządowi Koalicji 15 Października: protesty rolników i awantura o liberalizację prawa antyaborcyjnego.

Skuteczna liberalizacja prawa antyaborcyjnego byłaby symbolicznym zerwaniem z kościelno-patriarchalnym, autorytarnym sposobem myślenia, charakterystycznym dla PiS i okolicy. Kobiety zyskałyby wolność i autonomię.

Na pierwszy rzut oka sprawa jest prosta: Lewica i Koalicja Obywatelska zapowiadały uchwalenie prawa do aborcji na życzenie do 12 tygodnia. Od wyborów minęło już blisko pięć miesięcy i nic się w tej sprawie nie wydarzyło, więc kobiety, które na taką liberalizację przepisów liczyły, mogą się czuć zawiedzione, wręcz oszukane.

Jednak lewica i KO nie mają większości w Sejmie. Większość daje dopiero uwzględnienie posłów Trzeciej Drogi, ta zaś konsekwentnie, od czasów kampanii wyborczej aż do teraz, powiada, że powinno się wrócić do sytuacji sprzed wyroku Trybunału Przyłębskiej, a poza tym wyeliminować często zbrodnicze stosowanie klauzuli sumienia, lecz do przeprowadzenia pełnej liberalizacji potrzebne byłoby referendum. Lewica kategorycznie nie zgadza się na referendum (co może skomentuję osobno) i domaga się debaty nad swoim projektem teraz, zaraz, natychmiast, co jest o tyle dziwne, że w obecnym Sejmie trudno – nie jest to niemożliwe, ale z pewnością bardzo trudne – będzie znaleźć większość za pełną liberalizacją, a już na pewno zabraknie większości potrzebnej do obalenia nieuchronnego weta Andrzeja Dudy. W odwodzie jest jeszcze Trybunał Przyłębskiej, który już w sprawie aborcji orzekał, a ustawę może do niego zaskarżyć „grupa posłów” z PiS i Konfy. Słowem, na pełną liberalizację dostępu do aborcji na drodze procedury parlamentarnej szans nie ma, co lewica przecież musi widzieć, o ile nie jest ślepa, głucha i oderwana od rzeczywistości.

Szymon Hołownia powiada przy tym, że boi się sytuacji, w której lewica odrzuci projekty TD jako zbyt zachowawcze, TD zaś odrzuci projekty lewicy i KO jako zbyt radykalne – PiS i Konfa będą głosować przeciwko wszystkim – i żaden projekt liberalizujący, nawet w najmniejszym zakresie, dostępu do aborcji, nie wyjdzie poza pierwsze czytanie i zostaniemy ze stanem prawnym jak po wyroku Trybunału Przyłębskiej. Dlatego Hołownia chce debatę sejmową odsunąć na czas po wyborach samorządowych, przeciwko czemu protestuje lewica i to właśnie jest esencją obecnej awantury. Hołownia być może przyspieszyłby debatę, gdyby wszystkie kluby koalicji rządzącej zgodziły się na przepuszczenie wszystkich projektów liberalizujących przez pierwsze czytanie. Do środy rano lewica nie chciała się na to zgodzić, ale być może w środę po południu zaczęła się łamać, co daje jakąś nadzieję.

Gdyby Lewicy i TD naprawdę zależało na poprawie sytuacji kobiet, poszukaliby jakichś punktów wspólnych, takich jak lewicowy projekt dekryminalizacji pomocy przy aborcji lub też pochodzący od TD projekt powrotu do status quo ante wyroku Przyłębskiej. Ale nie, obie strony najwyraźniej się uparły.

O cóż w tym chodzi? Niestety, o politykę. Prawa kobiet traktowane są czysto instrumentalnie.

Zacznijmy od Hołowni i Kosiniaka-Kamysza. Nie wiem, czy oni osobiście są za dopuszczeniem aborcji na życzenie, może tak, może nie, całkiem możliwe, że sporo posłów TD prywatnie jest za, ale z pewnością liczą na to, że do PL2050/PSL przejdzie jakaś część dotychczasowych wyborców PiSu w sytuacji, gdy PiS stracił sprawczość, całkiem się pogubił i nie ma żadnego pomysłu na przyszłość. Ci zaś wyborcy są raczej religijni i konserwatywni, więc otwarte opowiedzenie się za możliwością „zabijania dzieci nienarodzonych” bardzo ich do TD zniechęci. Albo pozostaną przy PiSie, albo przy jakimś post-PiSie, który prędzej lub później się wyłoni, albo zostaną w domu. Nie przysporzą PL2050 ani PSLowi głosów.

Co innego, gdyby liberalizację uchwalono w drodze referendum. Część dotychczasowych wyborców PiSu mogłaby się z tym pogodzić, przecież vox populi, vox Dei, i wobec rozpadu PiSu, przejść do obozu TD. To jest czysta polityka.

Z lewicą jest jeszcze gorzej. W dużej mierze na własne życzenie stała się słabo widoczna, kolejne badania opinii publicznej pokazują spadek poparcia, więc liberalizacja dostępu do aborcji to jest niemalże jedyna rzecz, która może zmobilizować jej uciekający elektorat. I to nie w jakiejś przyszłości, ale już teraz, w kwietniu, w czasie najbliższych wyborów samorządowych. Magdalena Biejat co najmniej dwukrotnie, w tym dziś w TVN24, mówiła, że w wyborach samorządowych należy głosować na tych, którzy „popierają prawa kobiet”, choć samorząd nie ma nic wspólnego z dopuszczeniem aborcji na życzenie. Podobnie mówią inni działacze lewicy. I dlatego lewica domaga się debaty – czytaj: awantury – na temat aborcji w Sejmie jeszcze przed wyborami. Żeby było widać, kto jest kto, żeby lewica mogła się zaprezentować jako postępowa i ideologicznie słuszna, a TD i jakaś cząstka KO pokazały się jako kościółkowi wstecznicy. Zdenerwowany marszałek Czarzasty powiedział wręcz, że niech TD odrzuci projekty lewicy, a lewica odrzuci projekty TD, bo „wtedy będzie wiadomo, kto jak głosował”. A to zmobilizuje prokobiecych, antykościelnych wyborców lewicy, innych zaś zniechęci do głosowania na KO i TD.

Nawiasem mówiąc, tylko kwestia aborcji na życzenie jest sporna. Wszystkie składowe Koalicji 15 Października odrzucają wyrok Przyłębskiej i nie zgadzają się, aby lekarze mogli odmówić jakiejś kobiecie aborcji w przypadku ustawowo dopuszczalnym czy to powołując się na klauzulę sumienia, czy to z tego względu, że w szpitalu znajdują się relikwie JPII, jak było w Nowym Targu, co doprowadziło do śmierci ciężarnej. Tu nie ma sporu i dlatego eksponowanie przez lewicę w polemice z TD podobnych przypadków jest nieuczciwe. Sporna jest tylko aborcja na życzenie, ale lewica chce albo wszystko, albo nic: jeśli nie uda się przeprowadzić pełnej liberalizacji – a w obecnym Sejmie raczej się nie uda – godzą się, aby został stan prawny jak po wyroku Przyłębskiej, gdyż jakiekolwiek ustępstwo mogłoby lewicę ideologicznie skazić. Lewicy nie zależy na skutecznym zapewnieniu Polkom pełni praw reprodukcyjnych. Lewicy zależy, by mówiąc o nich, zapewnić sobie głosy wyborców.

Czarny protest, 3 października 2016

Traktat dataistyczny

Nauka o danych, data science, staje się ważniejsza od tradycyjnej informatyki – tak przynajmniej niektórzy twierdzą. Na tej bazie powstał nawet nowy ruch filozoficzny, dataism, twierdzący, że najwyższą wartością jest przepływ informacji. Prorokiem tego ruchu jest izraelski historyk Yuval Noah Harari. Pisał on:

The universe consists of data flows, and the value of any phenomenon or entity is determined by its contribution to data processing.
Yuval Noah Harari, Homo Deus. Krótka historia jutra, 2016

Gdy tylko poznałem ten cytat, natychmiast skojarzył mi się z najsłynniejszym tekstem Wittgensteina:

1. Świat jest wszystkim, co jest faktem.
2. To, co jest faktem – fakt – jest istnieniem stanów rzeczy.

Ludwig Wittgenstein, Traktat logiczno-filozoficzny, 1922

Oczywiście związki (i różnice) pomiędzy Wittgensteinem a Hararim były już dyskutowane – patrz na przykład pierwszy link wyrzucany przez wyszukiwarkę – mnie jednak uderzyła dzieląca ich różnica w postrzeganiu świata. Świat Wittgensteina jest statyczny, jest zbiorem ustalonych faktów odzwierciedlających stany rzeczy. Faktów co prawda przybywa, ale gdy już raz zaistniały, to są. Możemy je oglądać, badać, zastanawiać się nad nimi, ale one same trwają, niezmienne. U Harariego jest zupełnie inaczej: nie ma niczego trwałego, są jedynie przepływy.

Wydaje mi się to bardzo głęboką zmianą w obrazie świata.

Fizyka jest Wittgensteinowska, gdyż świetnie radząc sobie z opisem stanów, ma kłopoty z opisem procesów (tam, gdzie to w ogóle robi, ucieka się do podawania ciągu stanów pośrednich, nawet jeśli są one konstruktem całkowicie abstrakcyjnym – można tak powiedzieć i o procesach kwazistatycznych w termodynamice, i o interpretacji grafów Feynmana w kwantowej teorii pola, i o całkach po trajektoriach, i o bądź czym jeszcze). Data science, niejako z definicji, opiera się na przepływach informacji, ale to samo można by powiedzieć o współczesnej biologii (przepływy informacji i energii; tu dotykamy podstaw termodynamiki, gdzie pokazuje się, że przepływ informacji może być źródłem przepływu energii), a także psychologii.

Ha, wychodzi na to, że fizyka jest przestarzała! Ale ja i tak cenię Wittgensteina, a Harariego nie bardzo, choć obserwacja, iż świat opiera się na przepływach informacji, jest odkrywcza, nawet jeśli jest tylko uogólnieniem tego, co już wiemy z termodynamiki.

By Title etc. uncopyrightable; layout by Harcourt Brace. - Wittgenstein, Tractatus Logico-Philosophicus, New York: Harcourt, Brace, 1922. (via Google books), Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=11830531