Azyl

Dwa tygodnie temu premier Donald Tusk zaskoczył wszystkich, zapowiadając „czasowe, terytorialne zawieszenie prawa do azylu”. Zaraz podniósł się rwetes po demokratycznej stronie, że Tusk chce ograniczyć prawa zapisane w naszej konstytucji i wynikające z przyjętych przez Polskę konwencji międzynarodowych. Zrazu nie było jednak wiadomo, o co Tuskowi chodziło, dziś zresztą też nie jest to w pełni jasne, ale z późniejszych wypowiedzi premiera, zwłaszcza z odpowiedzi na „orędzie” Andrzeja Dudy wynika, że zapewne to ludzie przekraczający w sposób nielegalny polsko-białoruską granicę pozbawieni zostaną prawa do składania wniosków o azyl. O azyl w Polsce nadal będzie można występować w polskich placówkach dyplomatycznych i, być może, na legalnych czynnych przejściach granicznych.

Z praktycznego punktu widzenia niewiele to zmieni. Migranci szturmujący graniczny płot przecież nie chcą składać wniosków o azyl w Polsce. Oni chcą się dostać do Niemiec i dalej, do innych krajów Zachodu, a złożony w Polsce wniosek azylowy mógłby im to wręcz uniemożliwić. Owszem, od czasu do czasu ktoś o azyl prosi, ale są to desperaci wykończeni kolejnymi pushbackami, zmęczeni, zmarznięci i przemoczeni, często chorzy, z małymi dziećmi, którzy chcą się w końcu wyrwać z nadgranicznego piekła.

Ja zresztą niezmiennie uważam, że Polska powinna tych migrantów wpuszczać, osadzać w zamkniętych ośrodkach i przyjmować od nich wnioski azylowe. Presja na naszą wschodnią granicę nie ustanie, dopóki kanał przerzutowy przez Polskę do Niemiec będzie drożny – a najwyraźniej wciąż jest. Niemcy co prawda wprowadziły kontrole na swoich granicach zewnętrznych, ale doniesienia o tym, czy te kontrole działają, są sprzeczne: jedni mówią, że tak, inni, że to pic na wodę. W naszym interesie byłoby humanitarne wyłapywanie i zatrzymywanie nielegalnych migrantów, nie zaś wypychanie na bagna tych grup, które udało się złapać. I nadal podejrzewam, że organizatorzy procederu granicznego ze strony białoruskiej, być może na niskim szczeblu, jakaś część polskich służb i kurierzy operujący po polskiej stronie ze sobą współpracują. Jeśli mowa o polskich służbach, to przecież wystarczy powiedzieć komu trzeba jaki jest „rozkład” polskich patroli, aby grupa migrantów mogła przejść przez płot w momencie, w którym na danym odcinku nikogo nie ma. Nasze władze donoszą, że po stworzeniu strefy buforowej „spadła liczba prób nielegalnego przekroczenia granicy”. To może być prawda, ale jakimś ludziom granicę wciąż jednak udaje się przekroczyć. Spadła liczba nieskutecznych prób przekroczenia granicy, bo skutecznych policzyć nie umiemy. Ile osób się przez granicę przedostaje? No tego właśnie nie wiemy. Nie wiemy też, kim oni są.

Wracając jednak do słów Tuska, to udały mu się dwie rzeczy: Po pierwsze, nikt już nie pamięta, co powiedziano na odbywającej się tego samego dnia konwencji PiS, bo azylowa bomba Tuska zupełnie ją przesłoniła. Po drugie i ważniejsze, Tusk odebrał część paliwa politycznego antyimigranckiej prawicy, PiSowi i Konfie.

Czy tylko o to chodziło? Mogło chodzić o jeszcze jedno: skoro Polska ogłasza – właściwie formalnie dopiero ogłosi – że wnioski azylowe od osób nielegalnie przekraczających granicę nie będą przyjmowane, inne kraje, przede wszystkim Niemcy, nie będą mogły odesłać do Polski tych nielegalnych imigrantów, których sami złapią, a którzy dotarli do nich przez Polskę. A tu może chodzić o tysiące osób, które musielibyśmy przyjąć: pushback przez Odrę nie miałby wielkiego sensu.

Edit: Pierwszy raz o migrantach pisałem jedenaście lat temu. Nawet system relokacji wówczas wymyśliłem :-/

Fantomowe ciało Dudy

W powszechnym przekonaniu prezydent Andrzej Duda jest obrońcą PiSowskich „reform”, zwłaszcza w zakresie wymiaru sprawiedliwości i polityki zagranicznej. Bronił Kamińskiego i Wąsika, uważa Dariusza Barskiego za Prokuratora Krajowego, broni neosędziów, sprzeciwia się jakimkolwiek zmianom w Trybunale Konstytucyjnym i KRS, odmawia mianowania nowych ambasadorów. Dziś Bartosz T. Wieliński, czołowy komentator Gazety Wyborczej, pisze

prezydent nie działa w kategoriach dobra państwa, a partii, z której się wywodzi. Współdziała razem z zabetonowanymi przez PiS instytucjami, by sabotować państwo.

A komentatorzy dodają:

Pan Duda to popychadło Prezesa i PiS

Otóż nie. Andrzej Duda nie działa w interesie PiSu, tylko dla obrony swojego prestiżu i „monarszego” statusu. Duda powiada, że jest konserwatystą, ale tak naprawdę nie ma chyba żadnych poglądów, a w szczególności nie podziela przekonania Kaczyńskiego o byciu namaszczonym przez Boga Zbawcą Narodu. Dobrze wie, że Kaczyński nim pogardza – Jarosław Kaczyński przyznał ostatnio, że nie rozmawiał osobiście z Dudą od ponad czterech lat i bardzo mocno krytykował go za niegdysiejsze zawetowanie ustaw sądowych – a PiS nie może nic Dudzie dać, bo trzecia kadencja jest niemożliwa, a odsunięty od władzy PiS nie będzie mógł go realnie wspierać w jego staraniach o wymarzoną karierę międzynarodową. W tej ostatniej kwestii Duda liczy na wygraną Trumpa, gdyż sądzi, że ten ułatwi mu objęcie jakiejś w miarę prestiżowej posady. I tu Andrzej Duda srodze się zawiedzie. Donald Trump nie ma przyjaciół, nie ma empatii, ma tylko swoje ego i interesy. Dla Trumpa Duda liczył się jako prezydent mający wpływ na to, czy Polska podpisze gigantyczne kontrakty zbrojeniowe ze Stanami, a także mogący zachęcić konserwatywną Polonię do głosowania na pomarańczowego Donalda. Duda jako były prezydent, pozbawiony samodzielnej pozycji politycznej, będzie dla Trumpa bezwartościowy, więc dlaczego miałby mu pomagać? Przecież nie z lojalności. Donald Trump i lojalność? Dobre sobie.

O cóż więc Andrzejowi Dudzie chodzi?

Duda jest przeciętnym, niezbyt błyskotliwym prawnikiem, grzecznym i lojalnym wobec swoich przełożonych, ale niczym więcej. Duda chyba nawet zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń, lecz raptem, dziwnym zrządzeniem losu – a raczej na skutek wyjątkowo nieudolnej kampanii Bronisława Komorowskiego oraz lenistwa i wypalenia Platformy Obywatelskiej – został prezydentem, choć miał tylko z honorem lec. I wtedy uwierzył w swoją wielkość, uwierzył, że naprawdę jest kimś, kogo Naród wyróżnił z bezimiennego tłumu i postawił przed wszystkimi. Oczywiście grzecznie podpisywał większość PiSowskich ustaw, bo musiał mieć poparcie PiSu na drugą kadencję. Zawetował dwie z trzech PiSowskich ustaw sądowych, bo wedle nich to Ziobro, nie on, zyskiwał pełną władzę nad sądami, po czym przedstawił własne projekty, równie niezgodne z konstytucją jak te autorstwa Ziobry, ale to on, Andrzej Duda, stawał się teraz suwerenem wymiaru sprawiedliwości.

Od dawna podejrzewałem, że Andrzej Duda widzi się niemalże w roli monarchy, i to w jej sakralnym aspekcie. Ostatnio, w przedziwnym przemówieniu do Sądu Najwyższego, Duda powiedział to wprost. W 16:40 nagrania wywodzi pozycję prezydenta z uprawnień monarszych, by chwilę później dodać, że prezydent – czyli obecnie on – „uosabia państwo polskie”, z czego wynika, że każda decyzja prezydenta jest ipso facto decyzją polskiego państwa, a więc nie można jej podważać, bo państwo nie może podważać samo siebie. Choć w ustroju republikańskim, jaki mamy w Polsce, prezydent rzeczywiście spełnia funkcje, jakie dawniej przysługiwały monarsze, nie robi tego wedle własnego widzimisię, a jedynie jako najwyższy urzędnik państwowy, związany prawem. Jeśli wykracza poza to prawo, łamie je, a tego nawet prezydentowi nie wolno. (Nie jest więc prawdą, że – jak twierdzi Duda w 20:58 powyższego nagrania – prezydent mógłby sam z siebie, bez żadnego wniosku KRS, powoływać sędziów.) Duda, zapewne nieświadomie (on nie jest ani szczególnie bystry, ani oczytany), odwołuje się do idei „dwu ciał króla” Ernsta Kantorowicza (1957). Jednym ciałem, fizycznym, jest biologiczne ciało króla, drugim, mistycznym i politycznym, jest zbiorowość stanowiąca ogół poddanych króla. Gdy biologiczne ciało króla umiera, ciało mistyczne trwa i natychmiast przechodzi na prawowitego sukcesora. Wedle Dudy, który sądzi, że „uosabia państwo polskie”, mistyczne ciało Narodu nie dość, że istnieje, to jeszcze jego, Andrzeja Dudę, wręcz uświęca. Dlatego jakiekolwiek kwestionowanie decyzji prezydenta jest niedopuszczalne, jest abominacją, nieledwie świętokradztwem. Przeciętny prawnik Duda ubrdał sobie to wszystko, aby zaspokoić swoje narcystyczne ego.

Zwróćmy uwagę na destrukcyjne działania Andrzeja Dudy po objęciu władzy przez rząd Donalda Tuska: Bronił Kamińskiego i Wąsika, bo uważał, że on ich skutecznie ułaskawił, dlatego nie stracili mandatów poselskich, więc nie można ich było zatrzymać, a Sejm bez ich udziału był „niewłaściwie obsadzony”. Uznaje Dariusza Barskiego za Prokuratora Krajowego, bo on go nie odwołał. Nie powołuje ambasadorów, bo on nie odwołał ich poprzedników. Broni neosędziów, bo on ich powołał. Nie zgadza się na zmiany w Sądzie Najwyższym, KRS i Trybunale Konstytucyjnym, bo on podpisał ustawy nadające im obecny, niekonstytucyjny kształt, a nawet to on był ich inicjatorem. Nawet powołanie dwutygodniowego rządu Morawieckiego można tłumaczyć tym, że on chciał pokazać, że może to zrobić. Tu tak naprawdę nie ma żadnej PiSowskiej ideologii, jest tylko on, on i on. Jest Andrzej Duda i jego prestiż, jedyne, co definiuje go jako człowieka.

Zawetowanie ustawy o tabletce dzień po to chyba jedyny przypadek wynikający z głoszonej ideologii, a nie z obrony własnego ego. Zarazem podpisuje ustawy i w ogóle wygłasza słowa, które wydają się całkiem przyjazne, tam, gdzie jego osobisty, prezydencko-monarszy prestiż nie wchodzi w grę.

Tak się zastanawiam, czy trochę nie szkoda, że koalicja demokratyczna w porę nie rozpoznała tej słabości i narcystycznego charakteru Dudy. Czy gdyby publicznie podkreślali jego status jako „najwyższego przedstawiciela Polski”, grzecznie przy tym prosząc o decyzje, których dziś Duda odmawia, dałoby się coś ugrać? Z sędziami, Trybunałem Konstytucyjnym, Sądem Najwyższym i KRS nie, bo to by godziło w rzekome „monarsze” kompetencje Dudy, który ich powołał, ale z Prokuratorem Krajowym? Duda nie miał żadnego powodu, by bronić akurat Barskiego, bliskiego znajomego Ziobry, który też przecież Dudą ostentacyjnie gardził, nie mogąc mu wybaczyć, że to on, Ziobro, wciągnął go do polityki, a Duda go przeskoczył i jeszcze zaczął fikać. Gdyby więc Bodnar raz i drugi przyszedł do Dudy, zachowywał się uprzedzająco grzecznie i tłumaczył, że Barski to przecież nieprzychylny prezydentowi ziobrysta, więc Pan Prezydent może zechcieć skorzystać z danych przez Naród uprawnień i odwołać szkodnika, to może Duda by to zrobił. A może i nie, już się tego nie dowiemy, ale okazja na możliwe uporządkowanie sytuacji i deeskalację napięć przepadła. Podobnie z ambasadorami. Schnepfa i Klicha Duda by pewnie nie powołał, tu chyba też są jakieś osobiste zaszłości, ale innych? Tak zresztą podobno się początkowo Tusk z Dudą dogadał, ale Duda zmienił zdanie. Wówczas nie należało publicznie strofować Dudy za pośrednictwem mediów, co robił Sikorski, lecz należało być rekoncyliacyjnym i podkreślając, że tylko prezydent może odwoływać i powoływać ambasadorów, grzecznie prosić, żeby dla dobra Polski i tak dalej. A przy okazji obiecać jakieś poparcie w staraniach o stanowisko międzynarodowe, a do tego status pełnoprawnych ambasadorów mógłby się przydać. Ja wiem, że sama myśl o łaszeniu się do Dudy jest obrzydliwa, ale w imię wyższego dobra…? Paryż wart jest mszy, jak powiedział król Francji, Henryk IV.

No, ale mleko się rozlało. Tusk, Bodnar i Sikorski – moim zdaniem, błędnie – potraktowali Dudę jak PiSowskiego aparatczyka, nie byli wobec niego dość grzeczni i Duda się obraził. Przez niecałe 300 dni, jakie mu zostały do końca kadencji, będzie dalej bruździł, śmiesznie się nadymał, podkreślając swój wydumany status, realnie szkodząc Polsce. Może niech raczej spróbuje leczenia skrofułów, co też należy do kompetencji monarszych? A po zakończonej kadencji czeka go coś w rodzaju stanowiska dziekana Akademii Nauk Stosowanych im. Księcia Mieszka I w Poznaniu, Wydział Zamiejscowy w Nowym Tomyślu. Andrzej Duda tam wykładał, łamiąc zasady obowiązujące posłów zawodowych i wyłudzając kilometrówki z Kancelarii Sejmu.

Louis Licherie de Beuron, Św. Ludwik uzdrawia ze skrofułów

Żelazny elektorat

Profesor Marcin Matczak w swoim symetryzmie popada w sprzeczność. Gazeta Wyborcza dziwnie Matczaka lubi i często publikuje jego felietony, dwa, a niekiedy wręcz trzy na tydzień. W najnowszym Marcin Matczak słusznie pisze, że

w każdym społeczeństwie jest około 30 procent unikaczy różnorodności, którzy chcą świata uporządkowanego i jednolitego.

To samo w sobie nie byłoby złe, wolno przecież być konserwatystą, gorzej jest, gdy „unikacze”, podburzani przez kłamliwą propagandę, zaczynają „nowinkarzy”, nawet bardzo umiarkowanych, nienawidzić. „Nowinkarze” bowiem nie tyle się mylą, co może sprowadzić na nas nieszczęścia, więc trzeba ich naprostować, wyborców zaś przekonać, by na nich nie głosowali, ile celowo chcą burzyć, niszczyć, przeszkadzać, spotwarzać i wyszydzać, gdyż namówił ich do tego szatan oraz obce mocarstwa. W Polsce tacy „nienawistni unikacze” stanowią trzon wyborców PiSu, jego żelazny elektorat, a głównym obiektem ich nienawiści są środowiska demokratyczne. Matczak powiada, że między żelaznym elektoratem PiSu a samą partią istnieje „relacja rodzinna”, każąca bronić PiSu za wszelką cenę, bo to są swoi. Taka konstrukcja jest zbędna. Wystarczy obserwacja, że PiS ogłosił się reprezentantem wartości konserwatywnych, mimo iż większość działaczy i funkcjonariuszy PiSu to są albo złodzieje, albo cyniczni karierowicze, albo obłudnicy, albo fanatycy jakichś ponurych ideologii, albo wszystkiego po trochu, ale wyborcy PiSu uwierzyli w ich gołosłowne deklaracje patriotyzmu i przywiązania do tradycyjnych wartości. I ci wyborcy, niestety, nie przestaną głosować na PiS dopóki będą wierzyć, że ich wybrańcy są wybawicielami Narodu. Matczak mówi, że PiSowski żelazny elektorat należy racjonalnie przekonywać, gdyż on

potrafi wyciągać wnioski.

I tu właśnie prof. Matczak popada w sprzeczność. Jak sam pisze,

Elektorat utożsamia się z politykami […] nie racjonalnie, ale emocjonalnie. To utożsamianie jest szczególnie mocne po prawej stronie,

a zatem racjonalna argumentacja wobec nich nie zadziała. Nawet jeśli się dowiedzą, że jeden czy drugi kradł i oszukiwał, zdradzał i bił żonę, prowadził niejasne interesy i w ogóle szargał świętości, to powiedzą, że to są czarne owce, suche gałęzie, które prezes Kaczyński będzie obcinał, ale PiS jako taki jest dobry. Nie odwrócą się od PiSu, bo to by wymagało przyznania, iż uwierzyli kłamcom, że dotychczasowe wybory były błędne i oparte tyleż na przywiązaniu do tradycji, ile na nienawiści do innych. Takie przyznanie jest psychologicznie bardzo trudne.

Nie twierdzę wprost, że żelazny elektorat PiSu jest głupi i niemoralny. Jednak uporczywe zaprzeczanie złu, jakie PiS nieustannie, strukturalnie wręcz czyni i popieranie ludzi niemoralnych, sprawia, że żelazny elektorat PiSu wygląda, jakby był głupi i niemoralny. To nie jest zniewaga, to jest konstatacja. Skądinąd Biblia uczy, że po owocach poznacie go…

Jedyna pociecha, że żelazny elektorat nie wystarcza do wygrania wyborów, a w dodatku powoli, ale stale się wykrusza, gdy odciąć go od jadu serwowanego dzień w dzień, godzina po godzinie przez monopolistyczny aparat propagandy.

Na zakończenie dwie uwagi.

„Nienawistni unikacze” stanowią żelazny elektorat PiSu. A co z „unikaczami”-konserwatystami nie żywiącymi nienawiści do przeciwników? Na nich najwyraźniej stawiała swego czasu partia Hołowni, a teraz PSL – że gdy okażemy swój konserwatyzm, prawicowi wyborcy nie czujący nienawiści do innych, odwrócą się od PiSu i zwrócą się ku konserwatystom-demokratom. Nic nie wskazuje, żeby coś takiego miało stać się statystycznie istotne, widać nie-nienawistnych konserwatystów jest w Polsce mało i to jest smutne. Jednocześnie środowiska mocno lewicowe zaczynają demonstrować jeśli nie już nienawiść, to przynajmniej głęboką niechęć do TD i okolic za samą czelność bycia konserwatystami. I to jest równie smutne.

Poza tym głupio mi pisać o polityce w dniach, w których cała Polska z napięciem i współczuciem śledzi zmagania Kotliny Kłodzkiej i Opolszczyzny ze straszną powodzią. No ale właśnie… nie cała. Na wczoraj czołowy nienawistnik, czyli Jarosław Kaczyński, zwołał swój wiec, na którym wieszczył koniec Polski, gdyż Tusk dąży do naszej zguby na polecenie Niemiec i Rosji. No i szatana. Dzisiaj zaś, mniej więcej o tej porze, gdy pękała tama w Stroniu Śląskim i walił się most w Głuchołazach, dr Andrzej Duda świętował „dożynki prezydenckie” w ogrodach zajmowanego przez siebie pałacu.

Trzeba powiedzieć, że oni mają niesłychane wyczucie chwili :-/

Zabić drozda

Harper Lee, To Kill A Mockingbird

Zabić drozda to klasyka literatury amerykańskiej, ale wydaje mi się, że w Polsce znacznie więcej osób o tej książce słyszało, niż ją przeczytało. Ja do niedawna nie. Dziadersi i miłośnicy kina pamiętają też film Roberta Mulligana z Gregory Peckiem w roli głównej (jak to się często w historii kina zdarzało, Gregory Peck, dla którego była to jedna z najważniejszych ról w karierze, nie był pierwszym wyborem – wcześniejszymi kandydatami do roli byli James Stewart i Rock Hudson).

Jakoś więc mnie naszło, aby to w końcu przeczytać. Fabuła jest mniej więcej znana: w połowie lat ’30 XX wieku, w wymyślonym miasteczku Maycomb w Alabamie, lokalny adwokat, oczywiście biały, Atticus Finch, człowiek nieskazitelnie wręcz prawy i uczciwy, błyskotliwie inteligentny, a przy tym czuły i troskliwy ojciec, zostaje wyznaczony przez sąd jako obrońca z urzędu młodego Czarnego1, Toma Robinsona, niesłusznie oskarżonego o gwałt na białej dziewczynie. Toma oskarżają członkowie białej hołoty, white trash, pogardzani przez pozostałych mieszkańców miasteczka, no ale jednak biali. Atticus w sądzie roznosi oskarżenie w pył, udowadnia oskarżycielom, że kłamią, ale Tom zostaje mimo to skazany, bo członkom białej (i składającej się z samych mężczyzn) ławy przysięgłych w głowie się nie mieści, że można by przyznać rację Czarnemu przeciwko białym. Atticus planuje apelację, ale Tom zostaje zastrzelony w więzieniu, rzekomo w czasie próby ucieczki. Jednocześnie toczy się druga historia: dzieci Atticusa, dziewięcioletnia Jean Louise zwana Scout, jej starszy brat Jem i ich kolega Dill, próbują rozwikłać tajemnicę sąsiada, który od wielu lat nie wychodzi z domu.

Powieść jest kapitalnym portretem małomiasteczkowej społeczności Południa w czasach spokoju i prosperity (temat Wielkiego Kryzysu praktycznie się nie pojawia), ale jednocześnie bardzo ważnym głosem w debacie o nadaniu Czarnym pełni praw obywatelskich. Tylko pomyślmy: Nikt nie ma wątpliwości, że Tom Robinson został niesprawiedliwie skazany z powodów rasistowskich, powieść ukazała się w 1960, film w 1962, a Martin Luther King wygłosił przemówienie I Have a Dream w 1963. Przy czym, co ważne, Zabić drozda adresowane było do białych, nie do Czarnych, gdyż to białych trzeba było wówczas przekonywać, aby przyznali prawa Czarnym. Nic dziwnego, że Zabić drozda jest ciągle atakowane przez amerykańską prawicę, domagającą się usunięcia powieści z listy lektur w poszczególnych okręgach szkolnych i z publicznych bibliotek (oficjalnym pretekstem do ataku jest kwestia gwałtu i dwóch morderstw, czyli rzeczy, o których niewinna amerykańska młodzież nie powinna słyszeć). Jest jednak paradoksem, że Drozda równie zaciekle atakuje amerykańska lewica z kultury woke, gdyż tematyka powieści „skupia się na białości”, no a poza tym często pojawia się tam najbardziej obraźliwe słowo na „n” (nigger; neutralnym określenie Czarnych używanym przez autorkę jest Negro).

Ukazały się tysiące analiz tej powieści, także po polsku, więc nie będę o tym pisał dużo. Drozda czyta się bardzo przyjemnie, jest tam sporo humoru, a pomysł, aby narratorką uczynić Scout, jest wprost genialny! Scout widzi świat w sposób nieskażony dorosłą wiedzą, przekonaniami, które zostały wpojone w nas tak głęboko, że stały się wręcz przezroczyste. Scout z równą intensywnością opowiada o tym, jak przez przypadek wpadli do ogrodu tajemniczego sąsiada, jak wyglądał jej pierwszy dzień w szkole, relacjonuje rozmowy z różnymi nobliwymi mieszkankami miasteczka oraz rozprawę przeciwko Tomowi Robinsonowi. Wszystko to jest dla niej równie ważne i równie ciekawe. Kapitalne!

Jako ciekawostkę, coś w rodzaju malutkiego peeve, powiem, że książkę kupiłem w Amazonie, nie bardzo patrząc się na to, jakie to było wydanie. No i trafiłem na wydanie brytyjskie 🙂 Mamy więc napisaną przez Amerykankę amerykańską powieść dotyczącą amerykańskiej prowincji, dzieci mówią językiem niepoprawnym, połykając zgłoski (narracja Scout jest gramatycznie poprawna), Czarni mówią swoim dialektem, ale wszędzie jest colour, neighbour i inne brytyizmy, co niemalże budzi dysonans poznawczy. Czy nieznośnym Brytyjczykom nie przyszło do głowy, że po prostu wypadało zostawić amerykańską wersję języka w tej arcy-amerykańskiej powieści?

Tak naprawdę przeczytałem Zabić drozda, gdyż postanowiłem przeczytać drugą (i jedyną obok Drozda) powieść Harper Lee, Go Set A Watchman. Ale o tym będzie następnym razem.

Okładka pierwszego wydania, autorstwa Shirley Smith
  1. Piszę „Czarni”, bo termin „Afroamerykanie” byłby kompletnie ahistoryczny. ↩︎

Gender i sex w sporcie

W lewicowych mediach, w liberalno-lewicowych środowiskach przyjęło się, że kwestionowanie prawa dwóch złotych medalistek olimpijskich w boksie, jednej z Algierii, drugiej z Tajwanu, do udziału w igrzyskach dowodzi mizoginii, transfobii, jaskiniowego prawactwa, wysługiwania się Putinowi, a już na pewno ogólnego buractwa i braku dobrych manier. No, trudno.

Zamieszczam tu mój komentarz z pewnej internetowej dyskusji. Za sukces poczytuję sobie to, że nie zostałem zań odsądzony od czci i wiary i zwyzywany od najgorszych.

***

Nauczyliśmy się, że gender i sex, płeć kulturowa i płeć biologiczna, to różne pojęcia. U większości ludzi jedno zgadza się z drugim, ale istnieją osoby, u których ta zgodność nie zachodzi. Są kobiety uwięzione w męskich ciałach, są mężczyźni uwięzieni w ciałach kobiecych, są osoby, u których współistnieją cechy kobiece i męskie. Niektóre z tych osób poddają się procesowi tranzycji, niektóre nie, ale wszyscy oni oczekują, żeby traktować ich zgodnie z płcią, którą sami odczuwają. I tak my, ludzie, powinniśmy robić przez szacunek dla ich człowieczeństwa: uznawać odczuwaną przez nich płeć kulturową wszędzie tam, gdzie to kultura decyduje. Takie osoby naprawdę zasługują na wsparcie, bo ich sytuacja społeczna bywa nie do pozazdroszczenia.

Są jednak konteksty, w których decyduje sex, płeć biologiczna – mianowicie wtedy, gdy odwołujemy się do cech biologicznych, nie zaś tych kształtowanych kulturowo. Skoro odróżniamy gender od sex, to powinniśmy przyznać, że w przypadku niezgodności jednego z drugim niekiedy decyduje to, niekiedy tamto. Prawacy traktują gender jako fanaberię i powiadają, że zawsze i wyłącznie decyduje sex. Czyżby lewica jako fanaberię traktowała sex, domagając się pełnego prymatu ducha nad materią? Niestety, taka sytuacja nie zachodzi.

Otóż, moim zdaniem, tak właśnie jest w przypadku sportu wyczynowego, gdzie nie decyduje to, jak ktoś o sobie samym myśli i jak samego siebie odczuwa, ale budowa anatomiczna. Cechy takie, jak budowa kostno-szkieletowa, proporcje ciała, pojemność płuc, zasięg ramion i takie tam, mogą mieć charakter męski, nawet jeśli osoba została (błędnie) uznana po urodzeniu za dziewczynkę i tak wychowana. Sportowe kategorie kobiece utworzono dlatego, że kobiety miałyby nikłe szanse w rywalizacji z mężczyznami (zapewne najsprawniejsze kobiety bez trudu wygrywałyby z męskimi średniakami, nawet ze sporą grupą gości powyżej średniej, ale z najlepszymi nie miałyby szans) i to wcale nie dlatego, że jedni ludzie mają penisy, a inni pochwy, ale dlatego, że jedni ludzie są genetycznie predysponowani do posiadania innej gęstości tkanki mięśniowej i innych proporcji ciała, niż ci o innym genotypie.

Sprawę dodatkowo komplikuje to, że na poziomie genetycznym mogą występować inne układy chromosomów, niż XX/XY – spektrum płci nie jest dychotomiczne – a nawet jeśli występuje XY, to na skutek pewnych mutacji zewnętrzne męskie narządy płciowe mogą nie zostać wykształcone (stąd błędna atrybucja płci przy porodzie i wynikająca stąd genderowa identyfikacja z dziewczynką), ale ten Y i tak wpływa na zmiany w budowie ciała w okresie pokwitania. W interesującej nas sytuacji oznacza to, że biologiczny nie-mężczyzna niekoniecznie jest biologiczną kobietą. Gdy raz zgodziliśmy się, że nie ma dychotomii, zasada wyłączonego środka nie obowiązuje.

I dlatego osoby, które nie są biologicznymi kobietami, nie powinny w wyczynowym sporcie rywalizować w kategoriach kobiecych (trzeba tu przyznać, że stosowane w sporcie metody sprawdzania, kto jest biologiczną kobietą, nie są doskonałe i budzą wiele kontrowersji – patrz Wikipedia). Zaburzenia w rozwoju płciowym w niczym nie umniejszają człowieczeństwa tych osób, więc we wszelkich kategoriach społecznych zależnych od kultury, z całą pewnością powinniśmy traktować ludzi zgodnie z płcią, którą oni sami sobie przypisują – tego wymaga szacunek dla tych osób i zwykła przyzwoitość. Ale w wyczynowym sporcie nie, bo tu nie chodzi o kulturę, ale o biologię.

Czy jest to krzywdzące dla osób, które, całkowicie bez własnej winy, mają męskie ciała (i powtórzę po raz kolejny, nie chodzi mi o penisa!), choć zostały wychowane jak dziewczynki i czują się kobietami? Z pewnością tak. Ale równie krzywdzące dla uprawiających sport kobiet byłoby skazywanie ich z góry na porażkę, gdyby musiały rywalizować z osobami, które swą męską budowę ciała zawdzięczają genetyce. Proszę pomyśleć o zawodniczkach, które zajęły czwarte i dalsze miejsca w biegu na 800 metrów na olimpiadzie w Rio. Od czasów starożytnych, od Ajschylosa i Eurypidesa, wiadomo, że niekiedy coś trzeba wybrać, mimo iż każdy wybór będzie w jakimś sensie zły, gdyż pewnych racji pogodzić się nie da. Z dwóch kiepskich rozwiązań ja wybieram wykluczenie biologicznych nie-kobiet z rywalizacji w sporcie wyczynowym, gdyż potencjalnie skrzywdzonych kobiet-zawodniczek jest o wiele więcej, niż zawodników z zaburzeniami rozwoju płciowego. Jeśli ktoś wybiera inaczej, ich prawo, ale niech przynajmniej przyznają, że dokonali wyboru, nie zaś, że nie ma problemu. Udawanie, że tu nie ma żadnego problemu, dowodzi ideologicznego zaślepienia, a może nawet zakłamania.

Z udziału w igrzyskach wykluczona została amerykańska osoba pływacka, Lia Thomas. World Aquatic dożywotnio wykluczył ją z zawodów kobiecych, gdyż przeszła męskie dojrzewanie, w czym nie ma nic dziwnego: Lia Thomas urodziła się jako chłopiec, była wychowywana jako chłopiec, stała się mężczyzną, regularnie startowała w zawodach pływackich w kategoriach męskich, po czym już jako osoba dorosła postanowiła ujawnić swój żeński gender (lub też dokonać genderowej konwersji – w tym kontekście nie ma to znaczenia). Aby móc dalej startować, farmakologicznie obniżyła sobie poziom androgenów, przede wszystkim testosteronu, w wyniku czego znacznie spadły jej najlepsze osiągnięcia. I bodaj raz wystartowała w zawodach w kategorii kobiecej, wygrywając z wielką przewagą. Wtedy World Aquatic ją zdyskwalifikował stwierdzając, że to nie poziom testosteronu, ale męskie dojrzewanie płciowe decyduje. Lia Thomas odwołała się do Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu (CAS), ale ten oddalił jej skargę, a MKOl uszanował stanowisko federacji pływackiej.

Natomiast dwie osoby pięściarskie stojące w centrum obecnej kontrowersji zostały w 2023 wykluczone z udziału w mistrzostwach świata przez International Boxing Association (IBA), gdyż uznano je za biologicznych mężczyzn (nie jest jednak jasne, jakiego rodzaju testy przeprowadzono). MKOl, który z bardzo wielu poważnych powodów (podejrzenia korupcji, zarzuty odnośnie do bezstronności sędziowania, brak transparentności finansowej) przestał współpracować z IBA i nie uznaje jej decyzji, zakwalifikował te osoby do udziału w igrzyskach nie dlatego, że przeprowadzono jakieś inne badania (MKOl, wbrew protestom zawodniczek, zaniechał badań genetycznych), ale dlatego, że płeć żeńską miały wpisaną do paszportów, a poziom testosteronu miały w dopuszczalnych granicach. W Polsce w dyskusji publicznej kwestionuje się decyzję IBA wyłącznie dlatego, że szefostwo tej federacji jest powiązane z Putinem. To rzeczywiście nie przydaje im wiarygodności, ale też nie dowodzi, że wszystko, co oni mówią, jest nieprawdą.

Ocean cytatów

Ktoś ze znajomych wspomniał film Atlas, że Jennifer Lopez i w ogóle. Inni krytykowali, że film słaby. Obejrzałem. Film jak film, taki sobie, ale też nic specjalnego. Obejrzeć można, ale zdecydowanie nie trzeba 🙂 Jedno, co jest ciekawe, to liczba nawiązań do mnóstwa innych filmów SF i nie tylko:

Terminator (oczywiste, a zwłaszcza miażdżona głowa złego androida), Na skraju jutra (zaatakowany okręt desantowy, żołnierze w egzoszkieletach, bohaterka nie umie go obsługiwać), Obcy 2 (walka wręcz za pomocą egzoszkieletu), mnie marsz egzoszkieletem przez nieprzyjazny teren mocno kojarzy się z minipowieścią Fiasko Stanisława Lema, ale tego pewnie twórcy nie znają, Interstellar (sarkastyczny robot), Blade Runner (łzy w deszczu, skaner do wykrywania androidów), Avatar (dziwna planeta z dziwnymi krajobrazami), Gra o tron (armia robotów porywa uszkodzony statek kosmiczny, żeby go użyć przeciwko Ziemianom, tak jak White Walkers zabitego smoka), King Kong (ranna kobieta na dłoni olbrzyma), a nawet Desperado (strzelająca walizeczka), plus 100 filmów klasy B, w których początkowo lekceważona naukowczyni ratuje świat. No i oczywiście 2001: Odyseja kosmiczna (umierający komputer – gasnące oko). Czego jeszcze nie zauważyłem?

Ciekawe, czy autorom zwyczajnie brakowało pomysłów, czy w tym nagromadzeniu cytatów był jakiś wyższy cel?

Brzytwa Hanlona

Platforma Obywatelska wypuściła nowy spot wyborczy, oskarżający PiS jeśli nie wprost o agenturalność, to o to, że de facto działa na korzyść Rosji.

Mnie się ten spot nie podoba ze względów estetycznych, ale o to mniejsza. On jest jak przeciągnięcie kijem po prętach klatki. Bardzo wątpię, aby mógł przyciągnąć do Platformy nowych wyborców, raczej ma na celu zmobilizowanie tej części anty-PiSu, która uważa, że nie musi brać udziału w eurowyborach, gdyż PiS jest bezzębny i już przegrał. Nie wiem jednak, czy spot nie okaże się przeciwskuteczny, antagonizując, a tym samym mobilizując jeszcze większą grupę bardziej „miękkich” wyborców PiSu, którzy też mogli rozważać pozostanie w domu.

Spot wprost nawiązuje do słynnego wywiadu gen. Piotra Pytla. Powraca pytanie czy PiS jest agenturą Rosji, aktualne zwłaszcza w kontekście sprawy Tomasza Szmydta, który robił karierę za PiS – a konkretnie, za Ziobry – żeby ostatecznie poprosić o azyl na Białorusi.

O tym, czy PiS to rosyjska agentura, pisałem już kilkakrotnie: tutaj, bezpośrednio po wywiadzie Pytla, i tutaj, po wywiadzie udzielonym przez Tomasza Piątka. Powtórzę, parafrazując, co pisałem poprzednio:

Moim zdaniem PiS nie jest partią putinowską w tym sensie, że nie został założony przez ruskich agentów, nie jest z Moskwy zadaniowany, ani nawet nie jest przez Moskwę finansowany (PiS, żerując na polskich zasobach, zgromadził, na drodze różnych machinacji, tak duży majątek, że zewnętrznego finansowania nie potrzebuje). Natomiast Jarosław Kaczyński i cała masa PiSowców od samej góry do samego dołu podzielają putinowską wizję świata: demokracja to zło, ale fasadowe formy demokracji (wybory, parlament) można formalnie zachować, pozbawiając je faktycznej treści. Dalej, wolności obywatelskie to zło, swobody obyczajowe to zło, Zachód to moralna zgnilizna, państwo ma być centralistyczne, w gospodarce własność państwowa jest lepsza od własności prywatnej, która zawsze jest podejrzana, partia ma prawo narzucać ludziom co mają myśleć i jak mają postępować, ludzie mają partii słuchać, bo partia wie lepiej, gdyż wola partii ucieleśnia wolę Narodu, a wolę partii ucieleśnia wola przywódcy, wreszcie Bóg wyznaczył naszemu krajowi (według Kaczyńskiego Polsce, według Putina Rosji) jakąś szczególną misję dziejową, którą tylko przywódca w pełni pojmuje. Obce kraje knują i spiskują przeciwko nam, gdyż zazdroszczą nam naszej pozycji i szczególnej roli w Boskim planie. 1:1 to samo. Putin oczywiście taki PiS wspiera, traktując go jako konia trojańskiego, jedno z narzędzi do rozwalania Unii Europejskiej od wewnątrz. Jarosław Kaczyński, zaślepiony żądzą władzy – nie dla własnych korzyści, ale dla dobra Narodu! – nie ma przy tym najmniejszych skrupułów, by korzystać z tego wsparcia, tym bardziej, że wydaje mu się, że jest tak inteligentny, błyskotliwy i przebiegły, że koniec końców on tych Ruskich przechytrzy. Sam Jarosław Kaczyński, ze względów sentymentalnych, może uważać, że ma poglądy antyrosyjskie lub też może coś takiego udawać ze względów politycznych, ale to jest bez znaczenia: w korzystaniu z ruskiego wsparcia nie ma nic osobistego, to jest czysty biznes.

To oczywiście nie wyklucza, że w otoczeniu Kaczyńskiego i przywództwa PiSu nie ma rosyjskich agentów wpływu. Oczywiście, że są, agenci, a także zwykłe głupki, które niczego nie ogarniają. Jak Adam Glapiński, który za pół-darmo kupuje willę od facia powiązanego z ruską mafią, a więc z ruskimi służbami, i nawet do głowy mu nie przyjdzie, kto i w jaki sposób ten jego interes życia będzie mógł wykorzystać.

Jedno tylko mnie niepokoi. PiS w czasie swoich rządów demontował służby nastawione na ochronę Polski przed zagrożeniami zewnętrznymi. To jasne, że w optyce rządów PiSu to opozycja stanowiła prawdziwe niebezpieczeństwo, nie zaś jakieś, wydawało się, abstrakcyjne zagrożenie ze strony Rosji, więc zadaniem służb była przede wszystkim inwigilacja i dokuczanie opozycji, jednak stopień celowego osłabienia ABW i kontrwywiadu jest zatrważający. To albo jest wyjątkowa głupota, albo, hm, coś gorszego.

Na to jednak pada odpowiedź, że osłabienie ABW i kontrwywiadu to wynik niekompetencji Maria Kamińskiego, który ufał jedynie „swojej” służbie, CBA, więc próbował jej przekazywać dotychczasowe kompetencje tamtych. A ponieważ one w ten sposób okazywały się „niepotrzebne”, to on je, jako koordynator służb, redukował. Jest to wyjaśnienie w duchu brzytwy Hanlona: nigdy nie dopatruj się złej woli w sytuacjach, które mogą być w sposób zadowalający wyjaśnione przez głupotę.

I to jest wersja optymistyczna: PiS to nie są agenci. PiS to zgraja niekompetentnych, zadufanych w sobie głupców. Nawet bym się nad nimi użalił, gdyby nie to, że ich głupota, megalomania, pycha, brak rozeznania w świecie, kompleksy i zacietrzewienie nie szkodziły mojemu krajowi, Polsce.

Mąż Małej Emi

Jak grom z jasnego nieba buchnęła wiadomość, że sędzia Tomasz Szmydt poprosił o azyl na Białorusi. Sędzia Szmydt robił karierę za czasów Ziobry, a najbardziej jest znany z tego, że był jednym z głównych bohaterów afery hejterskiej w ziobrowskim Ministerstwie Sprawiedliwości.

Gdyby uciekł na Bermudy lub choćby do Włoch, znaczyłoby, że chce uniknąć polskiego wymiaru sprawiedliwości, a przy tym miło pożyć za to, co zarobił. Ale na Białoruś?! To albo jest obłęd i przypływ szaleństwa, albo skrajna desperacja. Na szaleńca pan sędzia nie wygląda, zostaje więc desperacja. A narzucającą się interpretacją jest, że on był z tamtego kierunku sterowany, zorientował się, że kontrwywiad depcze mu po piętach, więc uciekł tam (podobno przez Turcję), gdzie czuje się bezpiecznie. A przynajmniej tak mu się wydaje. W Polsce groziłoby mu więzienie, hańba i wieloletni wyrok, obawiał się zaś, że we Włoszech, na Bermudach i innych pięknych zakątkach planety czekała na niego herbata z polonem lub inne tego typu specjały. Zostaje tylko Białoruś, zawsze to odrobinę lepiej, niż Rosja.

Oficjalnym powodem ucieczki Szmydta było, iż

Władze Polski pod wpływem USA i Wielkiej Brytanii prowadzą kraj do wojny. Naród Polski opowiada się za pokojem i dobrosąsiedzkimi stosunkami z Białorusią i Rosją

a całe wygłoszone w Mińsku oświadczenie Szmydta zawierało błędy (rusycyzmy), których nigdy nie popełniłaby osoba, dla której język polski jest pierwszym językiem. Zwłaszcza osoba wykształcona.

Bliski współpracownik prawej ręki Ziobry, wiceministra Łukasza Piebiaka, kiedyś szkalował sędziów sprzeciwiających się „reformom sądownictwa”, a dziś okazuje się białoruskim agentem. To jest dewastujące dla wizerunku Ziobry i jego kamaryli – i bardzo dobrze. Należy to podkreślać, trąbić o tym przy każdej możliwej okazji.

Wyborcza pisze, że przed dojściem PiS do władzy dużo spraw sędziego Szmydta w warszawskim WSA dotyczyło odmów dostępu do informacji niejawnych. Ba, gdy sędzia po karierze w ziobrowskich strukturach, przerwanej aferą hejterską, wrócił do orzekania w WSA, nadal wiele jego spraw dotyczyło dostępu do informacji niejawnych. Skoro sędzia się tym zajmował, musiał wiedzieć, jak przyznawanie dostępu do spraw niejawnych przebiega: znać procedury, nazwiska oficerów, zasady obiegu dokumentów. Mógł wiedzieć, dlaczego akurat jakiemuś Kowalskiemu odmówiono dostępu (czyli: jeśli Kowalski był potencjalnym szpiegiem, gdzie jego mocodawcy zawalili). To cenna wiedza dla naszych braci-Słowian ze wschodu i oni mogli zainteresować się sędzią już dawno temu, zanim PiS doszedł do władzy. Gdy awansował w ziobrowskich strukturach, to z agenta-informatora zmienił się w agenta wpływu. Pewnie już wtedy nie miał wyboru – jeśli sędzia dał się skusić obcemu wywiadowi, to miał już prze*bane i nie mógł się wycofać. A teraz szczegółowo opowiada białoruskim służbom jak procedury wyglądają obecnie, być może mówi też, co pamięta z akt poszczególnych spraw. I będzie to robił dopóki na jego wygodnej daczy ofiarowanej mu przez Łukaszenkę nie zawieje go wiatr, od czego dostanie śmiertelnego zapalenia płuc lub nie zatruje się wilczą jagodą, pomyliwszy ją z borówką(*). To potrwa kilka miesięcy, może rok, może i dwa. Nawet trochę żal mi faceta, ale sam się zagrzebał w najciemniejszym miejscu d… ciemnej.

To są oczywiście tylko spekulacje. Nie mam żadnych dowodów, że tak się stało, choć to, że białoruskie służby teraz sędziego maglują, a on im mówi wszystko, co wie, to oczywista oczywistość. Ale podejrzenie, że on się dał zwerbować jeszcze przed dojściem PiSu do władzy i dlaczego już wówczas był dla braci-Słowian interesujący, wyjaśnia działania sędziego. Znamienne, że on w 2022 próbował oskarżać Ziobrę i Piebiaka o aferę hejterską – dziś widzę to tak, że zeznając przeciwko Ziobrze, próbował zyskać przychylność post-ziobrowskiej prokuratury, której nadejście przewidywał. Ale afera hejterska to nic w porównaniu ze szpiegostwem na rzecz Białorusi, czyli Rosji. Aferę hejterską od biedy można by mu było wybaczyć, szpiegostwa nie. Zapewne kontrwywiad wyrwał się z paraliżu spowodowanego nadzorem Mario Kamińskiego i był o krok od aresztowania sędziego. W tej sytuacji sędzia uciekł lub też jego opiekunowie postanowili go ewakuować, żeby po zatrzymaniu nie wsypał innych.

(*)Z borówką, drodzy przyjaciele z Kongresówki.

Naiwny szkodnik

Andrzej Duda, ten wielki szkodnik polskiej polityki, spotka się dziś z Donaldem Trumpem, ubiegającym się o powrót do Białego Domu. Będzie to jednoznacznie odebrane jako poparcie Polski dla kandydatury Trumpa, tym bardziej, że Duda nie spotka się z prezydentem Joe Bidenem.

Ukraina zaczyna przegrywać wojnę, bo brakuje jej amunicji, a brakuje, gdyż zwolennicy Trumpa od miesięcy blokują w amerykańskim Kongresie pomoc dla Ukrainy. I w tej sytuacji Andrzej Duda jedzie wspierać Trumpa w jego kampanii. Brawo, on.

Dudzie rzecz jasna chodzi o osobisty interes. Liczy na to, że Trump wygra wybory i jako prezydent zapewni mu jakieś w miarę prestiżowe stanowisko w instytucjach międzynarodowych.

Jednak wygrana Trumpa wcale nie jest pewna. Owszem, jest dość prawdopodobna, ale pewności nie ma, gdyż całkiem sporo Republikanów, tych bardziej centrowych i nie sfanatyzowanych, ma Trumpa po prostu dość. Z kolei liczne procesy Trumpa mogą do niego zniechęcić wyborców „swingujących” (w pierwszym przybliżeniu, wahających się), którzy jeśli nawet nie zagłosują na Bidena, to zostaną w domu.

Ale nawet jeśli Trump wygra, to dlaczego miałby Dudzie pomóc? Trump to wyjątkowy egocentryk, nie ma przyjaciół, nie jest lojalny, ma tylko interesy, a liczy się wyłącznie z silnymi. Andrzej Duda, gdy skończy się jego kadencja prezydenta Polski, będzie dla Donalda Trumpa nikim. Zresztą nawet jako prezydent Polski nie jest dla Trumpa szczególnie ważny. O Polsce Trump po prostu nie myśli, ma ją zapewne głęboko w d*pie. No, chyba żeby Polska wyskoczyła z jakimiś kolejnymi megazakupami amerykańskiego uzbrojenia i technologii, to by się Trump nią na chwilę zainteresował. Ale Polska tego nie zrobi, bo w kasie pusto. Naiwny Andrzej Duda zostanie z kolejną fotką z Trumpem jak Himilsbach z angielskim.

A jeśli wygra Biden, to międzynarodowa kariera Dudy znajdzie się w d*pie ciemnej. Czego i Bidenowi, i Dudzie serdecznie życzę.

Krakowskie wybory

Możny by pomyśleć, że po rezygnacji prof. Jacka Majchrowskiego z kandydowania na kolejną kadencję prezydenta Krakowa, kampania wyborcza będzie ciekawa. Kandydaci będą się spierać na programy, przedstawiać konkurencyjne wizje rozwoju miasta i pomysły na wyjście ze ślepego zaułka, w jakim Kraków ostatnio się znalazł. Bo choć podczas ponad dwudziestoletnich rządów Majchrowskiego Kraków zmienił się bardzo, i to pozytywnie, jest bardzo mocno zadłużony, Urząd Miejski i zależne od niego firmy trwonią pieniądze, kilka trupów aż podryguje w szafach, żeby w końcu wypaść, a pomysły na rozwój miasta, a choćby tylko komunikację miejską i organizację ruchu, są w najlepszym razie chaotyczne. Można by się zatem spodziewać, że pretendenci do prezydentury będą się ścigać na pomysły. Nic z tych rzeczy.

Dwóch głównych kandydatów to Łukasz Gibała i Aleksander Miszalski. Obaj to krakowscy biznesmeni, jednemu i drugiemu biznesowi można coś tam zarzucić, ale o to mniejsza. Obaj mają doktoraty. Łukasz Gibała kiedyś był posłem PO, potem Ruchu Palikota, potem wycofał się z polityki ogólnopolskiej, koncentrując się na swoim wieloletnim marzeniu by zostać prezydentem Krakowa. Jemu naprawdę na tym zależy. Jest wieloletnim radnym, osobistym wrogiem Jacka Majchrowskiego, deklaruje walkę z patodeweloperką i betonowaniem Krakowa i od lat bardzo regularnie angażuje się w sprawy miasta. Przed pierwszą turą był liderem sondaży (zresztą część z nich sam zamawiał!) i trochę sprawiał wrażenie, że wygrana w pierwszej turze należy mu się jak psu miska, więc przespał tę część kampanii.

Aleksander Miszalski też kiedyś był radnym, z klubu Majchrowskiego. Jest drugą kadencję posłem PO, ale w sprawy Krakowa angażuje się akcyjnie, przed wyborami. Mnie do Miszalskiego zniechęca głównie rejterada z Sejmu. Otóż ja na Aleksandra Miszalskiego głosowałem. 15 października. Aleksander Miszalski przekonał mnie, że to właśnie on, spośród wszystkich kandydatów KO, najlepiej będzie mnie reprezentował w Sejmie. Miszalski wydał mi się uczciwym i kompetentnym kandydatem na posła drugiego szeregu, który sprawnie wykona to, co mu jego ugrupowanie powierzy. I teraz Miszalski mówi mi „no fajnie, że mnie poparłeś, ale już nie chcę z twojego poparcia korzystać, moje miejsce w Sejmie zajmie ktoś, na kogo nie głosowałeś. Ja mam widoki na lepszą robotę, więc poprzyj mnie znowu, tym razem już cię na pewno nie zawiodę”. Otóż ja się taką postawą czuję zawiedziony, wręcz oszukany.

Największym atutem Miszalskiego jest poparcie, jakiego przed pierwszą turą udzielił mu Donald Tusk, a przed drugą Rafał Trzaskowski. Miszalski zyskał też na tym, że tuż przed pierwszą turą wycofał się dość popularny kandydat niezależny, przekazując mu swoje poparcie. I Miszalski niespodziewanie pierwszą turę wygrał! Wygrał, choć nie widać, żeby miał jakąś wizję rozwoju miasta ani żeby w ogóle wykazywał się jakąkolwiek samodzielnością. To zrozumiałe, że przywódcy PO popierają kandydata ze swojej partii. Przywódcy PO zwyczajnie popierają najlepszego kandydata, jakiego Platforma w Krakowie miała, ale to nie daje gwarancji, że ma on kwalifikacje na prezydenta miasta. Jedynym „oryginalnym” pomysłem Miszalskiego jest budowa metra. Wszyscy chcieliby metrem wjechać do magistratu – także Łukasz Gibała, choć najmniej entuzjastycznie – a ja uważam, że metro to byłaby dla Krakowa katastrofa. Klasyczny biały słoń, piękny i elegancki, ale tak kosztowny w utrzymaniu, że pogrążyłoby to finanse miasta. W dodatku absolutnie nic nie wskazuje na to, aby linia NH-Bronowice rozwiązała jakiekolwiek problemy komunikacyjne Krakowa.

Gibała był w trakcie kampanii przed pierwszą turą dość brutalnie atakowany. Zarzucano mu nieprawidłowości finansowe w jego firmach, a przede wszystkim atakowali go deweloperzy, uznający go za wroga. No to przed drugą turą to Gibała zaczął atakować Miszalskiego, Miszalskiego-człowieka, także za finanse. Przyznać trzeba, że Miszalski sam się o to prosił. On dorobił się pokaźnego majątku na hotelarstwie, a właściwie na hoStelarstwie, czyli promowaniu i organizowaniu tego segmentu masowej turystyki, który jest najbardziej uciążliwy dla Krakowa. To jest legalna działalność i w żadnym wypadku nie twierdzę, że Miszalski, prowadząc ją, dopuścił się jakichś przestępstw – po prostu ten rodzaj biznesu nie pasuje mi do sylwetki gospodarza miasta, dbającego o jego harmonijny rozwój. Zdaje się, że Miszalski lub jego doradcy zorientowali się, że coś tu wizerunkowo nie pasuje, więc na samym początku kampanii Miszalski pozbył się udziałów w swojej firmie. Pozbył się, ale, jak czytam, na rzecz członków swojej najbliższej rodziny. No to jest numer godny Morawieckiego.

Gibałę z kolei obciąża poparcie, jakiego przed drugą turą udzieliła mu… Beata Szydło. Lecz Łukasz Gibała o poparcie PiSu ani nie prosił, ani nie zabiegał, ani niczego w zamian za nie nie obiecywał. PiS, który w Krakowie sromotnie przegrał, poparłby w II turze każdego, kto byłby realnym konkurentem kandydata PO.

No i żadnej dyskusji o programach, o proponowanych kierunkach rozwoju miasta, o sposobach na wybrnięcie z trudnej sytuacji finansowej nie ma. Platforma popiera Miszalskiego, bo jest z Platformy. PiS popiera Gibałę, bo nie jest z Platformy. Gibała podkreśla swoją niezależność.

I dla mnie ta niezależność ma decydujące znaczenie. Aleksander Miszalski to równy gość, ale niesamodzielny. Dostrzegam niebezpieczeństwo, że stanie się on zależny od istniejących układów urzędniczo-biznesowych, a to by dla miasta oznaczało stagnację. Zważywszy na to oraz na stopień dotychczasowego zaangażowania obu kandydatów w sprawy Krakowa, zagłosuję na Łukasza Gibałę.