Afery Amber Gold nie byłoby, gdyby nie naiwność ludzi. Nie pamiętali afery BKO, nie nauczyli się, że ekonomiczne cuda są niemożliwe – tu zresztą winę ponosi i szkoła, i media, które wcale tego nie uczą – być może zaufali magii złota, a wreszcie zademonstrowali brak zaufania do banków, które z premedytacją chcą szkodzić ludziom. Ten ostatni pogląd podziela też, jak się okazuje, całkiem sporo posłów, którzy stwierdzali z trybuny sejmowej, że banki „z niepolskim kapitałem” – cóż za zgroza! – oferują oprocentowanie nieprzekraczające inflacji. Państwo posłowie sądzą zapewne, że Sejm powinien wydać ustawę narzucającą bankom oprocentowanie co najmniej dwa razy wyższe od inflacji. To dopiero byłoby zabawne.
Niektórzy, nieświadomi ryzyka, powierzyli Amber Gold „oszczędności całego życia”. Cóż, w polskiej, chłopskiej kulturze, nieznane są mądrości mieszczańsko-kupieckie, don’t put all eggs in one basket (jest to raczej rada dla handlarza niż hodowcy). To ciekawa obserwacja.
Ale afery Amber Gold nie byłoby także wtedy, gdyby nie dało się jej jakoś mniej lub bardziej karkołomnie połączyć z Platformą. Tu syn Tuska, tam politycy ciągnący samolot na linie, ówdzie legendarny „układ trójmiejski”. To znaczy wszyscy rytualnie załamywaliby ręce nad nieszczęściem oszukanych inwestorów, ale nie byłoby kilkunastogodzinnej debaty sejmowej i publicznego biadania nad upadkiem państwa.
A, w istocie, jest nad czym biadać. Mnie najbardziej uderza to, iż sprawa Amber Gold pokazuje, że w Polsce ludzie nie są równi wobec prawa. Nasz cały system – biurokratyczny, nieufny, domagający się od zwykłego obywatela nieustannych dowodów, że nie jest przestępcą – w przypadku Amber Gold całkowicie zawiódł. Zwykły podatnik zalegający z wpłatą do Urzędu Skarbowego zaraz będzie miał na karku kontrolę. Facet stający do przetargu na naprawę chodnika lub pomalowanie szkoły musi przedstawić zaświadczenie o niekaralności. Tymczasem spółki pana Plichty z podatkami zalegały, sprawozdań finansowych nie składały, samego pana Plichtę, karanego za przestępstwa gospodarcze, sąd rejestrowy wpisywał do władz kolejnych spółek prawa handlowego – i nic. Zdumiewające. Owszem, mogę sobie wyobrazić, że szeregowy prokurator na przestępstwach finansowych się nie zna (bo się nie zna, bo to trudne jest), więc dla świętego spokoju sprawę umarza. Mogę sobie wyobrazić, że zwykły urzędnik jest władczy i bezwzględny wobec bezbronnego obywatela, ale gdy pełen tupetu facet, w towarzystwie wygadanego prawnika, na urzędnika nastaje, ten, sam słabo przygotowany, nie mogący liczyć na merytoryczne wsparcie swojej instytucji i także pożądający przede wszystkim świętego spokoju, ustępuje. Mogę sobie także wyobrazić, że różne agendy państwa polskiego, tak zaciekle zbierające informacje o obywatelach, nie chcą się nimi między sobą wymieniać. Że polskie służby specjalne, podsłuchujące nas na niespotykaną gdzie indziej skalę, akurat nie obserwowały pana Plichty i jego interesów, bo im on umknął w natłoku innych spraw. Ale…
Ale tych wszystkich dziwnych zbiegów okoliczności jest za dużo. Jak to się stało, że przy tak rozległych interesach i tak licznych uchybieniach, żaden urzędnik skarbówki, prokurator, pracownik Urzędu Lotnictwa Cywilnego lub UOKiK choćby przypadkiem nie wykrył jakiegoś szwindlu? To jest możliwe, ale mało prawdopodobne. Może jednak ktoś pilnował, aby panu Plichcie krzywda się nie stała? Gdyby to było prawdą, nie musiałoby to od razu oznaczać spisków mafijno-rządowych, mogłaby to być zaledwie „zwykła” korupcja. Jednak warto by to było wyjaśnić.
Pozostaje wreszcie osoba samego pana Plichty. Nie wątpię, że jest to facet, który mógł wpaść na pomysł, by uciec z pieniędzmi klientów Multikasy lub wyłudzać kredyty. Ale wymyślić i zrealizować ogólnopolską piramidę finansową, z masywną kampanią medialną i wątkiem pobocznym w postaci dużych linii lotniczych? Czy on to był w stanie sam – z żoną i ulubionym prawnikiem – zrealizować, czy też był tylko figurantem kogoś innego, znacznie sprytniejszego i bogatszego? Też warto by się tego dowiedzieć.
Uważam, że w sprawie Amber Gold sejmowa komisja śledcza byłaby nie od rzeczy, choć jej skuteczność podważałyby uwarunkowania formalne – nie mogłaby na przykład badać śledztw prokuratorskich, gdyż prokuratura nie podlega kontroli sejmowej, a sami prokuratorzy mogliby się chronić immunitetami.
Jednak musiałaby to być komisja działająca w dobrej wierze. Tymczasem z samego uzasadnienia PiSowskiego wniosku o powołanie komisji śledczej, z wypowiedzi Macierewicza, Dudy, Kaczyńskiego i pomniejszych posłów PiS wynika, że o żadnej bezstronności i dobrej wierze nie byłoby mowy. PiS i okolice, w tym SLD (patrz skandaliczna wypowiedź Grzegorza Napieralskiego o tym, że skoro Tusk spłaca kredyt mieszkaniowy syna, który pracował w OLT, sam Tusk jest powiązany z Amber Gold), używałyby komisji wyłącznie do atakowania Platformy, do wmawiania ludziom z góry przyjętej tezy, że to wszystko wina Tuska, Platforma dawałaby odpór, więc o żadnym wyjaśnianiu czy dążeniu do ustalenia prawdy nie byłoby w ogóle mowy.
Dobrze, że taka komisja nie powstała.


Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.