Upadek

Jestem ciężko przerażony. Platforma Obywatelska z niezwykłą determinacją toruje PiSowi drogę do władzy.

Nie chodzi mi o to, że PiS wyprzedził Platformę w sondażach. Myślałem, żeby napisać na ten temat komentarz, ale tyle ich się pojawiło, lepszych i gorszych, że nie było sensu dokładać następnego.

Chodzi mi o dzisiejsze głosowanie w Sejmie – projekt ziobrystów, zaostrzający przepisy antyaborcyjne, przeszedł do dalszych prac sejmowych; 40 posłów Platformy było za tym projektem, 28 wstrzymało się od głosu; do odrzucenia zabrakło 19 głosów (tu są szczegółowe wyniki głosowania) – a raczej co ono oznacza. Otóż oznacza ono, że, po pierwsze, w Platformie jest bardzo silna silna grupa o poglądach skrajnie konserwatywnych, po drugie, grupa ta demonstruje całkowitą ślepotę polityczną.

Nie mam pretensji do Platformy, że nie zarządziła dyscypliny w tym głosowaniu – dyscypliny w sprawach światopoglądowych nie powinno być. Nie mam pretensji do posłów, że mają poglądy, jakie mają. Ich prawo. To w gruncie rzeczy dobrze, że te poglądy tak demonstracyjnie ujawnili. Zdumiewa mnie jednak, że przedkładają kwestie ideologiczne nad sprawę ważniejszą: dobro Polski. I że są tak ślepi na poglądy ludzi, którzy wynieśli ich do władzy.

Platforma ma niebywały dar zrażania do siebie swoich dotychczasowych stronników: Internautów sprawą ACTA. Lekarzy zamieszaniem wokół refundacji leków. Pracowników wyższych uczelni popsutą – i przede wszystkim chybiającą celu – reformą szkół wyższych. Ludzi o poglądach liberalnych ujawnioną skalą inwigilacji i utrudnianiem dostępu do informacji publicznej („poprawka Rockiego„). Tychże ludzi i większość młodych kunktatorstwem w sprawie in vitro i odrzuceniem ustawy o związkach partnerskich (zgoda, projekt posła Biedronia był kiepski, ale odrzucić go już w pierwszym czytaniu i nie zaproponować nic w zamian?), a dzisiejsze głosowanie, zmierzające do zmuszania kobiet do rodzenia dzieci z ciężkimi wadami wrodzonymi, przepełnia czarę goryczy. Wszyscy ci, jak się wydawało, naturalni zwolennicy Platformy, potem przez nią odrzuceni, mogą już na Platformę nie zagłosować. Na pewno nie zagłosują na PiS, może zagłosują na SLD, Palikota lub kto tam się pojawi, a najpewniej po prostu zostaną w domu. „Młodzi, wykształceni, z wielkich miast”, którzy w 2007 i ponownie w 2011, choć wtedy z zaciśniętymi zębami, dali władzę Platformie, w 2015 zabiją Platformę śmiechem, a na nią nie zagłosują. Czy Platforma naprawdę tego nie dostrzega?!

Zniechęcenie do Platformy może utorować drogę PiSowi, na który zagłosuje jego zdyscyplinowany i zmobilizowany przez dyrektora Rydzyka elektorat. A PiS w sprawach światopoglądowych jest jeszcze bardziej na prawo, niż skrajnie prawe skrzydło Platformy, jego pomysły gospodarcze są groźne, a w dodatku PiS dyszy żądzą zemsty za Smoleńsk i mocną niechęcią do inaczej myślących. Z perspektywy dzisiejszego głosowania wybór pomiędzy Platformą a PiSem wciąż nie jest wyborem pomiędzy dżumą a cholerą, ale zaczyna wyglądać jak wybór pomiędzy zapaleniem płuc a cholerą.

Ciszej, głośniej…

Dwa i pół roku po katastrofie smoleńskiej wróciliśmy niemalże do punktu wyjścia. Oto pod pretekstem wyjaśniania bardzo nieprzyjemnego i smutnego faktu zamiany kilku ciał ofiar, odbywa się sejmowo-medialne pastwienie się nad rządem. Wina Tuska, Kancelarii Premiera, a już zwłaszcza Ewy Kopacz.

Minister – obecnie marszałek – Ewa Kopacz mówiła tuż po katastrofie i powtarzała to później, że jeśli nawet nie była osobiście przy identyfikacji, sekcjach i wkładaniu do trumien wszystkich ciał, to na pewno byli tam polscy lekarze i prokuratorzy. Dzisiaj okazuje się, że to nieprawda, a pani Kopacz swoje jednoznaczne w tej materii wypowiedzi z 2010 nazywa „nieszczęśliwą zbitką słowną”. Zbitka słowna, dobre sobie. To zupełnie tak samo, jak nazwanie swego czasu przez Antoniego Macierewicza wszystkich ministrów spraw zagranicznych sowieckimi agentami okazało się „skrótem myślowym”.

Sekcji i identyfikacji zwłok dokonywali Rosjanie, identyfikacji przy udziale rodzin zabitych. (Od razu dodam, że mieli do tego prawo – przecież katastrofa wydarzyła się w Rosji, więc obowiązywało rosyjskie prawo i procedury.) Wydaje mi się, że rozumiem, czemu Ewa Kopacz mówiła, co mówiła: Chodziło, jak sądzę, o uspokojenie opinii publicznej, żywiącej irracjonalną nieufność do Rosjan – to nie Rosjanie, ale nasi specjaliści to wszystko robili. No i po raz kolejny okazało się, że kłamstwo – nawet czynione w dobrych intencjach – ma krótkie nogi. Pani Kopacz jest w naprawdę niewesołej sytuacji.

Trzeba też pamiętać, że Polska nie mogła demonstrować nieufności do rosyjskich służb, bo to strasznie utrudniłoby współpracę i wspólne śledztwo.

Jak dowodził prokurator generalny Andrzej Seremet, ponury fakt pomylenia kilku zwłok wynikał z błędnej identyfikacji dokonanej przez rodziny zmarłych. Cóż, rodziny były w wielkim stresie, ciała były bardzo uszkodzone, pomyłki mogły się zdarzyć. Jednak nie rozumiem, dlaczego na wyniki badań DNA trzeba było tak długo czekać. Takiej przyczyny pomyłki nie sposób wykorzystać do atakowania Platformy, zaczęto więc zaraz mówić o czymś zupełnie innym. O Kopacz – no, nie bez racji. Ale pan Andrzej Duda z PiS zaczął wywijać „ruską trumną”, do której Rosjanie chcieli włożyć ciało Marii Kaczyńskiej i nie wiedzieć czemu atakował tą trumną ministra Arabskiego z Kancelarii Premiera. Żenujące.

Nie sposób też nie zauważyć, że choć wielu Polaków – a już w szczególności Polacy z obozu PiS – uwielbia podkreślać swój katolicyzm, szczery ból, z jakim niektórzy krewni zmarłych zadają pytania w rodzaju

Czy w grobie, na który chodzę z kwiatami i zniczami, leży naprawdę moja żona?

a także współczucie, jakie ja sam czuję do tych osób, zdradzają pozostałości jakiegoś głęboko przedchrześcijańskiego kultu zmarłych. Z chrześcijańskiego punktu widzenia jest przecież wszystko jedno, gdzie ktoś jest pochowany. Wydawać by się mogło, że także w świeckiej obrzędowości palenie zniczy, noszenie kwiatów ma głównie wymiar symboliczny. Jednak gdy okazuje się, że nie jest pewne, że w tym grobie leży to konkretne ciało, nie jakieś inne, ale to konkretne, ból jest straszny. Tysiąc lat to za mało? 

Ojej

W magazynie świątecznym dzisiejszej Gazety Wyborczej (tekst na pewno jest płatny, więc nawet nie będę próbował go linkować) Klaus Bachman narzeka, iż polska inteligencja „hołduje dziewiętnastoweicznej szlacheckiej misji oświecania narodu”, „wie lepiej”, wobec wsi żywi, w gruncie rzeczy, pogardę i stosuje wobec niej przemoc symboliczną. Bachmana fascynuje

skąd się bierze ta arogancja miejskiej, postszlacheckiej inteligencji.

Jednak o wsi Bachman ma wyobrażenia raczej idealistyczne:

W 2004 roku polski chłop wziął pieniądze z Brukseli, kupił klimatyzowany ciągnik najwyższej jakości [to była ta część idealistyczna – pfg] i nadal nie czyta ani „Łaskawych”, ani „Cząstek elementarnych”. Jego dzieci będą to czytać [znów ten profesorski idealizm – pfg], ale na tablecie albo na czytniku […]

Ja zaś mam problem: Co prawda nie należę do inteligencji postszlacheckiej, lecz postchłopskiej, ale Łaskawe (znakomite) i Cząstki elementarne (takie sobie) czytałem. No i teraz nie wiem, czy to uchodzi, czy też mam się tego wstydzić?

W kolorze bursztynu

Afery Amber Gold nie byłoby, gdyby nie naiwność ludzi. Nie pamiętali afery BKO, nie nauczyli się, że ekonomiczne cuda są niemożliwe – tu zresztą winę ponosi i szkoła, i media, które wcale tego nie uczą – być może zaufali magii złota, a wreszcie zademonstrowali brak zaufania do banków, które z premedytacją chcą szkodzić ludziom. Ten ostatni pogląd podziela też, jak się okazuje, całkiem sporo posłów, którzy stwierdzali z trybuny sejmowej, że banki „z niepolskim kapitałem” – cóż za zgroza! – oferują oprocentowanie nieprzekraczające inflacji. Państwo posłowie sądzą zapewne, że Sejm powinien wydać ustawę narzucającą bankom oprocentowanie co najmniej dwa razy wyższe od inflacji. To dopiero byłoby zabawne.

Niektórzy, nieświadomi ryzyka, powierzyli Amber Gold „oszczędności całego życia”. Cóż, w polskiej, chłopskiej kulturze, nieznane są mądrości mieszczańsko-kupieckie, don’t put all eggs in one basket (jest to raczej rada dla handlarza niż hodowcy). To ciekawa obserwacja.

Ale afery Amber Gold nie byłoby także wtedy, gdyby nie dało się jej jakoś mniej lub bardziej karkołomnie połączyć z Platformą. Tu syn Tuska, tam politycy ciągnący samolot na linie, ówdzie legendarny „układ trójmiejski”. To znaczy wszyscy rytualnie załamywaliby ręce nad nieszczęściem oszukanych inwestorów, ale nie byłoby kilkunastogodzinnej debaty sejmowej i publicznego biadania nad upadkiem państwa.

A, w istocie, jest nad czym biadać. Mnie najbardziej uderza to, iż sprawa Amber Gold pokazuje, że w Polsce ludzie nie są równi wobec prawa. Nasz cały system – biurokratyczny, nieufny, domagający się od zwykłego obywatela nieustannych dowodów, że nie jest przestępcą – w przypadku Amber Gold całkowicie zawiódł. Zwykły podatnik zalegający z wpłatą do Urzędu Skarbowego zaraz będzie miał na karku kontrolę. Facet stający do przetargu na naprawę chodnika lub pomalowanie szkoły musi przedstawić zaświadczenie o niekaralności. Tymczasem spółki pana Plichty z podatkami zalegały, sprawozdań finansowych nie składały, samego pana Plichtę, karanego za przestępstwa gospodarcze, sąd rejestrowy wpisywał do władz kolejnych spółek prawa handlowego – i nic. Zdumiewające. Owszem, mogę sobie wyobrazić, że szeregowy prokurator na przestępstwach finansowych się nie zna (bo się nie zna, bo to trudne jest), więc dla świętego spokoju sprawę umarza. Mogę sobie wyobrazić, że zwykły urzędnik jest władczy i bezwzględny wobec bezbronnego obywatela, ale gdy pełen tupetu facet, w towarzystwie wygadanego prawnika, na urzędnika nastaje, ten, sam słabo przygotowany, nie mogący liczyć na merytoryczne wsparcie swojej instytucji i także pożądający przede wszystkim świętego spokoju, ustępuje. Mogę sobie także wyobrazić, że różne agendy państwa polskiego, tak zaciekle zbierające informacje o obywatelach, nie chcą się nimi między sobą wymieniać. Że polskie służby specjalne, podsłuchujące nas na niespotykaną gdzie indziej skalę, akurat nie obserwowały pana Plichty i jego interesów, bo im on umknął w natłoku innych spraw. Ale…

Ale tych wszystkich dziwnych zbiegów okoliczności jest za dużo. Jak to się stało, że przy tak rozległych interesach i tak licznych uchybieniach, żaden urzędnik skarbówki, prokurator, pracownik Urzędu Lotnictwa Cywilnego lub UOKiK choćby przypadkiem nie wykrył jakiegoś szwindlu? To jest możliwe, ale mało prawdopodobne. Może jednak ktoś pilnował, aby panu Plichcie krzywda się nie stała? Gdyby to było prawdą, nie musiałoby to od razu oznaczać spisków mafijno-rządowych, mogłaby to być zaledwie „zwykła” korupcja. Jednak warto by to było wyjaśnić.

Pozostaje wreszcie osoba samego pana Plichty. Nie wątpię, że jest to facet, który mógł wpaść na pomysł, by uciec z pieniędzmi klientów Multikasy lub wyłudzać kredyty. Ale wymyślić i zrealizować ogólnopolską piramidę finansową, z masywną kampanią medialną i wątkiem pobocznym w postaci dużych linii lotniczych? Czy on to był w stanie sam – z żoną i ulubionym prawnikiem – zrealizować, czy też był tylko figurantem kogoś innego, znacznie sprytniejszego i bogatszego? Też warto by się tego dowiedzieć.

Uważam, że w sprawie Amber Gold sejmowa komisja śledcza byłaby nie od rzeczy, choć jej skuteczność podważałyby uwarunkowania formalne – nie mogłaby na przykład badać śledztw prokuratorskich, gdyż prokuratura nie podlega kontroli sejmowej, a sami prokuratorzy mogliby się chronić immunitetami.

Jednak musiałaby to być komisja działająca w dobrej wierze. Tymczasem z samego uzasadnienia PiSowskiego wniosku o powołanie komisji śledczej, z wypowiedzi Macierewicza, Dudy, Kaczyńskiego i pomniejszych posłów PiS wynika, że o żadnej bezstronności i dobrej wierze nie byłoby mowy. PiS i okolice, w tym SLD (patrz skandaliczna wypowiedź Grzegorza Napieralskiego o tym, że skoro Tusk spłaca kredyt mieszkaniowy syna, który pracował w OLT, sam Tusk jest powiązany z Amber Gold), używałyby komisji wyłącznie do atakowania Platformy, do wmawiania ludziom z góry przyjętej tezy, że to wszystko wina Tuska, Platforma dawałaby odpór, więc o żadnym wyjaśnianiu czy dążeniu do ustalenia prawdy nie byłoby w ogóle mowy.

Dobrze, że taka komisja nie powstała.

Idee starego barona

Olimpiada zbliża się do końca. Polska wypadła na niej kiepsko – w chwili, gdy to piszę, 9 medali i 28. miejsce w klasyfikacji medalowej – i zaraz się zaczną, a właściwie już się zaczęły, straszne narzekania na poziom polskiego sportu olimpijskiego. Złość nie byłaby tak głęboka, gdyby nie dwa fakty: Po pierwsze, polska reprezentacja olimpijska jest najliczniejsza w historii, a zdobyła mniej medali, niż na poprzednich igrzyskach. Po drugie, wielu sportowców buńczucznie zapowiadało, że jadą po medale, najpewniej złote, po czym odpadali na bardzo wczesnych etapach rywalizacji. To doprawdy było żałosne. Nasze media też pompowały ten balon, z góry ciesząc się sukcesami, więc gdy się okazało, że sukcesów brak, media rzuciły się do bicia w cudze piersi.

Ja nie mam pretensji do zawodników, którzy zajęli czwarte miejsca czy w ogóle się starali. Mam pretensje do tych, którzy zapowiadali nie wiedzieć co, a sromotnie przegrali.

Tymczasem Wielka Brytania cieszy się z niezagrożonego trzeciego miejsca w klasyfikacji medalowej. Dziennikarz BBC przytomnie zauważa, że kraj ten dużo zapłacił za zdobyte medale. W Atlancie Brytyjczycy zdobyli 15 medali, w tym jeden złoty. W następnym roku przygotowania olimpijskie zaczęły być finansowane z wpływów z National Lottery. Na przygotowania do Sydney brytyjscy olimpijczycy mieli już 60 milionów funtów i zdobyli 28 medali. Na przygotowania do Aten – 70 milionów i 30 medali. Rok później MKOl przyznał Londynowi prawo organizacji igrzysk. Finansowanie przygotowań do olimpiady w Pekinie wzrosło do 235 milionów, a Brytyjczycy zdobyli tam 47 medali. BBC cytuje specjalizującego się w ekonomii sportu prof. Davida Forresta z Uniwersytetu w Salford, który powiada

We spent an extra £165m and got 17 more medals, so that’s about £10m a medal.

Przygotowanie brytyjskiej ekipy do igrzysk w Londynie kosztowało 264 miliony funtów (60% pokryto z wpływów z National Lottery), a Wielka Brytania zdobyła dotąd 55 medali, w tym 25 złotych, co daje około pięciu milionów funtów za medal. Jest to jednak szacunek zaniżony: zauważmy, że Wielka Brytania, chcąc się pokazać na igrzyskach u siebie, trzykrotnie zwiększyła finansowanie już siedem lat przed londyńskimi igrzyskami. Podane kwoty nie uwzględniają też kosztów organizacji samych igrzysk (około 12 miliardów funtów), a przecież brytyjscy sportowcy mogli używać nowo wybudowanych obiektów olimpijskich jako obiektów treningowych.

Wróćmy do naszych poolimpijskich rozliczeń. Na pewno będzie się mówić, że na sport przeznacza się w Polsce zbyt mało pieniędzy. Podobno zła jest też organizacja przygotowań, a w wielu związkach sportowych wciąż rządzą „leśne dziadki”. To pewnie prawda, ale to nie jest jedyna przyczyna. Któryś z naszych dawnych mistrzów olimpijskich, obecnie trener, narzekał, że 

rodzice nie przyprowadzają dzieci, żeby zostały mistrzami, ale żeby się poruszały i były zdrowsze.

Cóż, z punktu widzenia zdrowia publicznego o to w sporcie chodzi, czyż nie? Ale zgadzam się, że polskim sportowcom chyba brakuje motywacji. Osiągnięcie poziomu mistrzowskiego to wiele lat potwornie ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Tymczasem w Polsce sport wyczynowy przestał być jedynym wehikułem pozwalającym wyrwać się z nizin społecznych, jak to było „za komuny” i jak dalej jest wśród mniejszości etnicznych na Zachodzie. Wydaje się także, że wśród polskich sportowców częste jest, że zadowalają się wysoką pozycją w Polsce i sam wyjazd na Olimpiadę traktują jak spełnienie marzeń. Jeśli ktoś tylko spełni minima, wyjazd na igrzyska należy mu się jak psu zupa, choćby z góry było wiadomo, że tam będą gdzieś na dole klasyfikacji. I to jest bardzo niepokojące.

Coubertinowska idea, że liczy się udział, stosuje się już tylko do krajów małych, biednych, takich, które niedawno uzyskały niepodległość i w ogóle chcą zaistnieć na międzynarodowych arenach sportowych. Kraje, które – jak Polska – sukcesami sportowymi chciałyby podnieść nastroje własnych obywateli i pokazać się z dobrej strony na świecie, nie powinny wysyłać licznych reprezentacji tylko po to, żeby tam sobie chwilę pobyły, bez realnych szans na sukcesy. Takie działania przynoszą, moim zdaniem, więcej szkody niż pożytku.

Pozorna erudycja

W dyskusjach nad szkolnictwem wszystkich szczebli, edukacją, nieustannie powraca teza, że nie trzeba zmuszać uczniów do zapamiętywania faktów, dat, autorów, tekstów, bo przecież wszystko można znaleźć w Internecie i jeśli komuś coś będzie potrzebne, bez trudu to sobie wyszuka. Erudycyjny model wykształcenia stał się obiektem kpin, najważniejsze są bowiem umiejętności. Tym niemniej fajnie jest czasem błysnąć erudycją, o czym będzie za chwilę. Nie neguję, że oczekiwanie, iż ludzie mają zapamiętywać wszystko, jak sawanci, jest nierozsądne; sam swego czasu pomstowałem na wymaganie, abym pamiętał rozmaite dane z tabel Małego Rocznika Statystycznego. Coś jednak trzeba wiedzieć, bo jeśli się tego nie wie, to nie wie się nawet, że coś innego można (lub trzeba) wyszukać, że dana informacja jest potrzebna. Brakuje kontekstu i niezbędnej podbudowy wszelkiej dalszej wiedzy. Bardzo trudno jest zdefiniować co wobec tego wiedzieć trzeba – i ja się nie podejmę próby określenia takiego minimum – ale sytuacja, w której można nie wiedzieć prawie nic, oznacza, że informacja co prawda jest potencjalnie dostępna, ale nikt nie będzie wiedział jak z niej skorzystać. I po co. I że w ogóle warto.

Piszę o tym po lekturze wywiadu Piotra Najsztuba z Robertem Gwiazdowskim w najnowszym Wprost (tekst nie jest jeszcze dostępny w sieci). Otóż Gwiazdowski mówi tak:

Sektor finansowy stał się synonimem rynku. Nie interesuje nas, co się dzieje na rynku kartofli […] natomiast sektorem finansowym maję się interesować wszyscy. A jak mówił pan Papkin, „zważ proporcjum, mocium panie” [podkreślenie moje – pfg], niestety, na te proporcje nie zważaliśmy i z symbiozy doszliśmy do stanu, niestety, pasożytnictwa.

Gwiazdowski najwyraźniej chce się pokazać jako człowiek kulturalny, znający literaturę, nie jakiś zimny technokrata. Odwołuje się do Zemsty, a więc do kanonu lektur szkolnych, który znać powinni wszyscy absolwenci liceów (obecnie gimnazjów). Cóż, dobre i to. Gwiazdowski pamięta, że trzeba zachowywać odpowiednie proporcje, że zgrabny cytat jest u Fredry, a jak u Fredry, to chyba Papkin (to jedyna osoba, którą się „z imienia” z Zemsty pamięta?), a „proporcja” miała dziwną końcówkę. Kłopot w tym, że i cytat, i atrybucja są błędne.

Oto Akt I, Scena 1 Zemsty. Cześnik zastanawia się, czy starać się o rękę Klary, czy Podstoliny i skłania się ku tej drugiej, tym bardziej, że sam już jest niemłody:

Jeszczeć młoda jest i ona,
Ależ wdowa – doświadczona,
Zna proporcją, mocium panie,
I nie każe fircykować,
Po kulikach balansować.

Gwiazdowski nie sprawdził cytatu. Najsztub nie sprawdził cytatu. Redakcja Wprost nie sprawdziła cytatu. Po co, skoro wszyscy wiedzą, o co chodzi? A kto powiedział, że cytat ma być poprawny? Cóż to za dziwaczne wymaganie?! Ale teraz, gdy „zważ proporcjum” juz się pojawiło w druku, a wkrótce pojawi się w internecie, stanie się źródłem wiedzy dla wielu następców.

Brak wiedzy, niewiedza o tym braku i brak poczucia, że wiedzę, fakty należy weryfikować, rodzi pseudo-wiedzę, wiedzę pozorną, nieprawdziwą. Tak, jak pozorna i nieprawdziwa jest erudycja, która w ten sposób odnosi się do cytatów.

Wszystkim adwokatom podejścia „nie trzeba nic zapamiętywać, skoro wszystko można sprawdzić”, dedykuję następującą parafrazę Parmenidesa, Jose Ortegi y Gasseta, Stanisława Lema i pewnie wielu innych:

  • Po pierwsze, nikt niczego nie sprawdza.
  • Po drugie, jeśli sprawdza, to nie weryfikuje źródeł.
  • Po trzecie, jeśli sprawdza i weryfikuje, to i tak nie umie tego wykorzystać. 

Mieczysław Grydzewski, ha, ten to wszystko sprawdzał! A nie miał internetu. 

Fantom polski

Robert Krasowski w swojej najnowszej książce Po południu pisze tak:

[…]upadek komunizmu był zjawiskiem dziwnym. Upadł on wcześniej, niż to zauważono, długo przed 4 czerwca; upadł nie tylko w Polsce, ale w całym imperium. Tyle że nikt o tym nie wiedział.

I dalej:

[Komunizm] trwał więc, słabł powoli, a życie uchodziło z niego niepostrzeżenie. Jego śmierć przesłoniły codzienna krzątanina i kilkuletni zastój, który sprawił, że komunizm nigdzie nie musiał stanowczo reagować. Nie było zatem okazji, aby dostrzec, że stracił on zdolność zarówno do ataku, jak i do obrony. Dlatego nie wiedziały o tym ani opozycja, ani społeczeństwo, ani sami rządzący, z Gorbaczowem włącznie.

Narzuca mi się skojarzenie ze znakomitą książką Jana Sowy, Fantomowe ciało króla. Sowa powiada, że I Rzeczpospolita tak naprawdę nie istniała od śmierci Zygmunta Augusta – była urojeniem, konstrukcją symboliczną, bytem fantomowym, nieledwie upiorem, który musiał w końcu zniknąć. Jeśli posłużymy się tym językiem, zobaczymy, że Krasowski twierdzi, iż pod koniec lat ’80 mieliśmy w Polsce fantomowy komunizm. Z tej perspektywy wybory 4 czerwca były dla komunizmu manifestacją Lacanowskiego Realnego, tak jak dla I Rzeczpospolitej manifestacją Realnego były rozbiory.

Mamy więc jakąś narodową skłonność do bytów fantomowych. Ciekawe.

Uzupełnienie, 27 maja: Żeby nie było wątpliwości, książkę Sowy uważam za znakomitą, a książkę Krasowskiego za bez wątpienia wartą przeczytania, ale nie znakomitą. 

Lista hańby

Powiem wprost: W piątek prezes Jarosław Kaczyński całkiem się zdekompensował, nazwał Tuska łgarzem, wpisał go na listę hańby i obarczył winą za katastrofę smoleńską:

To jest pańska wina. To wszystko, co wydarzyło się przed katastrofą, ta wojna, rozdzielenie wizyt, to jest z pańskiej winy. Nie byłoby katastrofy, gdyby nie było rozdzielenia wizyt. To jest wynik waszej polityki.

Cała relacja tutaj. Tak, premier Donald Tusk jest temu winien. Jest winien w takim samym stopniu, jak prezes Jarosław Kaczyński. 

Jarosław Kaczyński wydelegował swojego brata, prezydenta, do zajmowania się polityką zagraniczną. Pchał się więc Lech Kaczyński tam, gdzie go nie proszono, choć merytorycznie nie miał wiele do powiedzenia. Trzeba uczciwie powiedzieć, że rząd Platformy też rozgrywał to nieumiejętnie, Tusk zachowywał się małostkowo – te wszystkie kłótnie o samolot przed szczytem UE – w końcu jednak polityka zagraniczna, zwłaszcza zaś to, kto i kiedy może reprezentować Polskę na zewnątrz, stały się elementami politycznego sporu wewnętrznego. I wówczas nadeszła rocznica zbrodni katyńskiej.

Premier Putin zaprosił premiera Tuska do wspólnego uczczenia pamięci zamordowanych oficerów. W narracji PiSowskiej Putin chciał w ten sposób „rozegrać” Tuska przeciwko Kaczyńskiemu ze szkodą dla Polski. Może tak, może nie – skądinąd to, że polska polityka zagraniczna nie była wówczas monolitem, było oczywiste dla każdego, nie było więc potrzeby „rozgrywania” skłóconych polskich polityków. Z drugiej strony jasne jest i to, że rosyjscy politycy Lecha Kaczyńskiego nie znosili i nie widzieli powodów, aby go wzmacniać w jego staraniach o reelekcję. Ale można się na to popatrzyć w ten sposób: najważniejszy polityk Rosji zaprosił swojego polskiego odpowiednika do wspólnych obchodów z szacunku dla Polski. Lecha Kaczyńskiego powinien był zaprosić prezydent Miedwiediew, ale wówczas zaraz podniosłyby się głosy, że Miedwiediew wykorzystuje polskiego prezydenta do swoich wewnętrznych rozgrywek z Putinem i że rosyjski gest był nieważny, bo to faktycznie rządzący Rosją Putin powinien był wystosować zaproszenie. Może tak, może nie.

Jakiekolwiek były motywy rosyjskich polityków, to rosyjski premier zaprosił premiera polskiego. Prezes Jarosław Kaczyński uważa, że Tusk powinien był zaproszenie Putina odrzucić i oświadczyć, że Polskę reprezentować będzie prezydent Kaczyński. A ja się pytam, dlaczego właściwie Tusk miałby to zrobić? Dlaczego miałby raptem ustąpić Kaczyńskiemu w polskim politycznym sporze wewnętrznym? I, przede wszystkim, dlaczego miałby, obrażając Putina, umniejszyć zarazem rangę uroczystości katyńskich – umniejszyć, bo odbyłyby się one w trakcie prywatnej wizyty Lecha Kaczyńskiego, bez najwyższych władz Rosji składających hołd pamięci polskich oficerów? Kaczyńskiego nikt przecież do Rosji nie zaprosił i trudno się było spodziewać, że na afront ze strony Polski Rosja odpowiedziałaby oficjalnym zaproszeniem wystosowanym przez Miedwiediewa. W dodatku obrażony Putin miałby niejedną okazję, żeby w przyszłości Polsce realnie zaszkodzić.

Stosowanie symbolicznych zniewag i dopatrywanie się takowych z każdej strony to polityczna specjalność Jarosława Kaczyńskiego. Może ten człowiek inaczej nie potrafi? Może uważa, że wszyscy tak postępują i że tak postępować muszą?

Tak więc Władimir Putin zaprosił Donalda Tuska, a Tusk tego zaproszenia nie odrzucił. W tej sytuacji Lechowi Kaczyńskiemu albo pozostawało przełknąć gorzką pigułkę, albo – niewiarygodne! – zrobić własne obchody, z liczniejszym orszakiem i wielką pompą, co, w zamierzeniu, miało przyćmić wizytę Tuska, skądinąd bardzo udaną (świetne przemówienie Tuska, premier Rosji klękający przed pomnikiem polskich oficerów!), i, zapewne, stać się początkiem kampanii wyborczej Lecha Kaczyńskiego. Wiadomo, że w początkach roku 2010 reelekcja Lecha Kaczyńskiego była najważniejszym celem politycznym braci.

Rekapitulując, Donald Tusk ponosi winę za „rozdzielenie wizyt”, gdyż tak z uwagi na rywalizację z Lechem Kaczyńskim, jak i ze względu na prestiż Polski, nie odrzucił zaproszenia Władimira Putina. Taką samą winę ponosi jednak Lech Kaczyński, gdyż z uwagi na rywalizację z Donaldem Tuskiem postanowił zorganizować własne, konkurencyjne obchody rocznicy katyńskiej. Lech Kaczyński na pewno nie zrobiłby tego wbrew bratu; można przypuszczać, że brat go do tego nakłonił. Zatem odpowiedzialność za „rozdzielenie wizyt” – za to, że druga wizyta w ogóle miała się odbyć – spada także na Jarosława Kaczyńskiego.

Tak, odmawiam Kaczyńskim działania ze względu na prestiż Polski. Przypuszczam, że bracia myśleli, że Tusk „nie jest godzien”, że „godzien jest” tylko Lech Kaczyński. Ale to są tylko urojenia i niebywale rozdęte ego braci Kaczyńskich.

***

W dalszym ciągu swojego sejmowego wystąpienia prezes Kaczyński mówił

Ponosicie – zwrócił się do Tuska i Palikota – stuprocentową odpowiedzialność za to, że w kilka dni po tym rzeczywistym zjednoczeniu narodu rozpoczęliście kampanię, by go skłócić i spotwarzyć tych, którzy zginęli.

Spotwarzania tych, którzy zginęli, nie było – poza, być może, incydentalnymi wystąpieniami jakichś chamów i idiotów, jakich nigdzie nie brakuje. Była – była, jest i będzie – krytyka polityczna zmarłego prezydenta, to jednak nie jest żadne „spotwarzanie”. Przeciwnie, to strona PiSowska systematycznie spotwarza tych, którzy przeżyli. Prawdą jest jednak, że chwilowe uczucie zjednoczenia wszystkich obywateli wokół trumny zmarłego prezydenta zostało zerwane. Zostało zerwane wraz z decyzją o wawelskim pochówku i apoteozie Lecha Kaczyńskiego.

To zaś, dlaczego do owego uczucia zjednoczenia doszło, wymaga osobnej refleksji.

Misteria Paschalia, 9 kwietnia

Na zakończenie tegorocznych Misteriów Ensemble Matheus, prowadzony od skrzypiec przez Jeana-Christophe’a Spinosiego i lekki, rozrywkowy koncert: dwa koncerty Vivaldiego, na flet dzióbkowy i na dwoje skrzypiec, koncert na dwa flety Telemanna, zagrany dosłownie z przytupem, a na bis współczesna muzyka afrykańska o barokowej strukturze (część radosna i szybka, potem powolna, potem znów szybka) – niby spontan, ale nuty mieli. Orkiestra grała dobrze, muzyka przyjemna, Spinosi robił miny i podskakiwał a to grając, a to dyrygując. Słowem, wszystko w porządku, żadnych zastrzeżeń.

Julia Lezhneva na próbie

Jako solistka z wyborem arii Vivaldiego wystąpiła młodziutka rosyjska sopranistka Julia Leżniewa (Lezhneva). Leżniewa urodziła się w Jużno-Sachalińsku, kształciła w Moskwie, na dużych scenach występuje bodaj trzeci sezon, a media się nią zachwycają, nazywają drugą Cecilią Bartoli. Ja pamiętam Leżniewą ze znakomitego występu w Przepowiedni messeńskiej i spodziewałem się kolejnej rewelacji. Ekscytowałem się zwłaszcza myślą, że Leżniewa wykona „arię o Furiach”, którą kilka dni temu tak świetnie zaśpiewała Vivica Genaux. Trochę się rozczarowałem. Julia Leżniewa ma bardzo piękny, czysty głos o ciepłej barwie, w śpiewie rzeczywiście nieco przypomina Bartoli, ale wczoraj zaśpiewała jakby bez przekonania, na pół gwizdka. W niższych rejestrach nieco zawodziła ją technika. Proszę zrozumieć: Leżniewa śpiewa wyśmienicie, wiele bardziej dojrzałych śpiewaczek może o takim poziomie i takich warunkach tylko pomarzyć, ale ja ją porównuję do najlepszych, skądinąd dwa razy starszych od niej śpiewaczek. No więc to jeszcze nie jest ten poziom. Jeszcze nie.

Na zakończenie pozwolę sobie na meta-uwagę. Jeszcze rok temu Europa Galante jako wykonawca/akompaniator muzyki barokowej była na poziomie nieosiągalnym dla nikogo innego. W tym roku Biondi i jego zespół zagrali tak dobrze, jak dawniej, ale i Accademia Bizantina, i Ensembe Matheus, na które kiedyś narzekałem, grali równie dobrze. Każda orkiestra inaczej, ale równie dobrze. I to mi się podoba.

Ha! A tu jest nagranie Julii z Przepowiedni z Krakowa: Linka

Misteria Paschalia, 6 kwietnia

Matthäus-Passion Jana Sebastiana Bacha i Marc Minkowski.

Cóż powiedzieć? Nie jestem muzykiem. Nie jestem krytykiem muzycznym. Jestem tylko amatorem. Mnie wczorajsze wykonanie wydało się skończenie doskonałe. Bardzo odpowiada mi rezygnacja z osobnego chóru – powody, dla których Bach na wielki chór nie mógł sobie pozwolić, wyjaśniano przy okazji wykonania przed dwoma laty Pasji Janowej – partie chóralne śpiewają soliści. Właściwie jest jeszcze  inaczej: w interpretacji Minkowskiego nie ma solistów poza Ewangelistą i Jezusem. To chór jest głównym wykonawcą, a poszczególni chórzyści dostają do odśpiewania partie solowe. To, że Minkowski zestawił chór ze śpiewaków, którzy na co dzień występują jako soliści, to już jest inna historia.

Przeszkadzała mi tylko fatalna akustyka Filharmonii Krakowskiej. W miejscu, w którym siedziałem (nieco gorszym niż poprzednio) wyraźnie słychać było tworzące się pogłosy.

Pasja Mateuszowa to utwór monumentalny pod każdym względem. I właściwie nie do słuchania, ale do studiowania. Głęboko kontemplacyjny, konfesyjny, nie ma nic z przebojowości, żadnych ładnych arii napisanych tak, żeby wpadały w ucho. Choć finałowy chór ciągle słyszę…