Zagraniczni recenzenci

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawiane są polskiej nauce, jest to, iż zamyka się ona przed kontaktami z zagranicą. Dużo jest w tym prawdy, zwłaszcza w dziedzinach, w których „lokalność” tematyki stanowi niekiedy alibi dla uprawiania nauki na niskim poziomie. Wielu idzie jednak dalej, próbując wykpić to, że nawet laureat nagrody Nobla, jeśli nie ma polskiej habilitacji, nie może zostać recenzentem polskiego doktoratu – polski doktorat to coś tak niesłychanie prestiżowego, że zwykły Nobel mu nie dorówna. Ostatnio zarzut ten padł na tym blogu i został powtórzony na blogu Kulczyckiego.

Otóż zarzut ten jest nieprawdziwy. Zagraniczni uczeni, nieposiadający polskiej habilitacji lub polskiego tytułu naukowego, mogą być promotorami, a także recenzentami polskich doktoratów i habilitacji.

W obecnym stanie prawnym mówi o tym Art. 20 ust. 8 Ustawy o stopniach naukowych etc:

Promotorem w przewodzie doktorskim oraz recenzentem rozprawy doktorskiej lub członkiem komisji habilitacyjnej może być osoba będąca pracownikiem zagranicznej szkoły wyższej lub instytucji naukowej, niespełniająca wymogów określonych w ust. 6, jeżeli rada jednostki organizacyjnej przeprowadzająca przewód doktorski lub, w przypadku postępowania habilitacyjnego, rada jednostki organizacyjnej, o której mowa w art. 18a ust. 2 lub 3 lub Centralna Komisja, uzna, że osoba ta jest wybitnym znawcą problematyki, której dotyczy rozprawa doktorska lub postępowanie habilitacyjne.

Jak widać, wymagane jest uznanie za „wybitnego znawcę”, ale w tym nie ma niczego nadzwyczajnego. Także przy powoływaniu całkowicie polskich profesorów doktorów habilitowanych na promotorów czy recenzentów, Rada Wydziału/Rada Naukowa głosuje nad powołaniem takiej osoby, a więc stwierdza, że jest ona wystarczająco kompetentna do promowania lub recenzowania tej konkretnej pracy. Jak widać, na potrzeby promowania i recenzowania doktoratów, a także uczestniczenia w komisjach habilitacyjnych, ustawodawca całkowicie zrównał uczonych zagranicznych z polskimi samodzielnymi pracownikami naukowymi.

Odpowiedni przepis istnieje od 2003. Poprzednia ustawa, z roku 1990, bezwzględnie wymagała od promotora i recenzenta posiadania polskiej habilitacji lub tytułu naukowego. Opisana na blogu prof. Hamana historia miała miejsce w ostatnich miesiącach działania starej ustawy.

Natomiast zagraniczni „wybitni znawcy”, nawet nobliści, nie mogą recenzować polskich wniosków profesorskich. Tytuł naukowy, nadawany uroczyście przez głowę państwa, jest bowiem odpowiednikiem szlachectwa, więc tylko szlachta może w tym brać udział.

Tak więc przepis pozwalający zagranicznym uczonym na promowanie i recenzowanie doktoratów w Polsce istnieje, ale jest słabo znany i rzadko wykorzystywany. Warto istnienie tego przepisu uświadamiać jak największej liczbie osób. Oczywiście w praktyce może on odnosić się do dyscyplin o charakterze „międzynarodowym”, takich jak nauki ścisłe, przyrodnicze, część nauk społecznych. Jednak i w tych dyscyplinach nie spodziewam się wysypu recenzentów zagranicznych. Po pierwsze, jakoś nie widzę tabunów uczonych zagranicznych, którzy garnęliby się do recenzowania doktoratów akurat w Polsce. Po drugie, promowanie doktoratów i pisanie recenzji są ważnymi etapami w polskiej karierze naukowej, zwłaszcza po ostatniej zmianie przepisów. Trudno się spodziewać, że możliwość napisania recenzji zostanie „zmarnowana” na uczonego zagranicznego, podczas gdy mogłaby być wykorzystana przez kogoś z Polski, kto myśli o ubieganiu się o tytuł profesora. Koncepcja, że na recenzentów bierzemy zawsze najlepszych specjalistów, bez zwracania uwagi na ich obywatelstwo i afiliacje, jest piękna i pożądana ze względu na dobro nauki, ale cokolwiek naiwna i idealistyczna… 

Misteria Paschalia, 25 marca

Georg Friedrich Händel, Il trionfo del Tempo a del Disinganno, Roberta Invernizzi, Julia Lezhneva, Sara Mingardo, Krystian Adam Krzeszowiak, Il Giardinio Armonico, dyrygował (i grał na flecie prostym) Giovanni Antonini.

Il trionfo to młodzieńcze oratorium Händla, nie mające właściwie nic wspólnego z jego późniejszymi, wielkimi oratoriami. Nie jest to nawet oratorium w sensie ścisłym, a więc utwór o charakterze modlitewno-religijnym. Jest to moralizatorska opowiastka o tym, że rozkosz i doczesne piękno przemijają, a prawdziwe piękno człowiek winien mieć w duszy. Nuda. Ale jak wykonana!

Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego, choć byłem ciekaw, jak Lezhneva zaśpiewa arię Lascia la spina. Zaczęło się niewinnie, ale z czasem soliści śpiewali coraz lepiej, orkiestra się też rozkręcała, a od duetu Il voler nel fior degl’anni właściwie mieliśmy fajerwerk za fajerwerkiem. Roberta Invernizzi, jak już kilkakrotnie pisałem, miewa lepsze i gorsze dni. Wczoraj miała wyjątkowo dobry. Lezhneva, która jest wciąż bardzo młoda, 23 lata, ma wspaniałe warunki głosowe, ale widać, że jej technika ciągle się rozwija i nie osiągnęła jeszcze poziomu arcymistrzowskiego. Proszę mnie dobrze zrozumieć: Julia Lezhneva śpiewa lepiej i i ma o wiele lepszą technikę, niż 99,9% procent ludzi, którzy kiedykolwiek myśleli o śpiewie. Teraz chodzi o to, żeby dostać się na poziom 99,99%. Gdy ją pierwszy raz słyszałem na żywo, bardzo mi się podobała, rok temu podobała mi się nieco mniej, ale wczoraj była bardzo, bardzo dobra. Ma jeszcze drobne braki dykcyjne, co słychać była zwłaszcza w szybkiej, przebojowej arii Un pensiero nemico di pace. Technicznie najlepsza i artystycznie najbardziej wysublimowana była wielka alcistka, Sara Mingardo, zwłaszcza w cudownej arii Crede l’uom ch’egli riposi, przy akompaniamencie samego klawesynu i wiolonczeli, z włączającym się z rzadka fletem.

Polski tenor Krystian Krzeszowiak, choć starał się bardzo, był słabszy od śpiewających wczoraj dam. Najsłabiej wypadł kwartet Voglio Tempo per risolvere, gdyż głosy wysokie (Invernizzi, Lezhneva) i niskie (Mingardo, Krzeszowiak) jakoś do siebie nie pasowały. Oba duety – wspomniany już Il voler nel fior degl’anni na głosy wysokie i Il bel pianto dell’aurora che s’indora na niskie – wypadły świetnie, a kwartet nie. Szkoda, gdyż Händel był absolutnym mistrzem operowych form zbiorowych.

Osobna uwaga należy się arii Lascia la spina. Händel był także mistrzem recyklingu i swoje udane pomysły wykorzystywał w kolejnych dziełach, nieco je tylko modyfikując. I tak ta aria zaczęła życie jako sarabanda, taniec (!) w pierwszej operze Händla Almira, królowa Kastylii. W Il trionfo jest już arią, ale najbardziej sławna jest jest trzecia postać, aria Almireny Lascia ch’io pianga z Rinalda. Wczoraj Julia Lezhneva przystąpiła do tej arii nieco spięta, jakby się bała, czy udźwignie ten wielki przebój Cecylii Bartoli, z którą jest porównywana – tym bardziej, że Bartoli nagrywała właśnie z tą orkiestrą i tym dyrygentem, którzy występowali wczoraj w Krakowie. Tak więc Lezhneva zaczęła nieco spięta, ale potem się rozśpiewała, napięcie z niej opadło i zaśpiewała znakomicie, choć publiczność usilnie starała się jej przeszkodzić, zaczynając brawa w nieodpowiednim momencie.

Julia Lezhneva była wczoraj ubrana w jakiś idiotyczny żupanik i to była chyba najsłabsza część wczorajszego przedstawienia. Bardzo dobry koncert!

Wampirzyca?

Dominika Wielowieyska pyta się Kto stanie w obronie wampirzycy, nieszczęsnej Katarzyny W?

Obowiązuje zasada: matka Madzi została już praktycznie skazana przez tabloidy, można napisać o niej wszystko, niezależnie od tego, czy to prawda, czy nie. No bo kto stanie w obronie wampirzycy?

W Stanach obrona argumentowałaby zapewne, że doszło do trial by media i sędzia mógłby unieważnić proces (mistrial). Media przez cały rok żerowały na tej smutnej sprawie – OK, w jakimś stopniu na życzenie samej oskarżonej – i, doprawdy, jest to trudne do zniesienia.

Każde morderstwo jest straszne. Szczególnie straszne jest, gdy matka zostaje oskarżona o zabicie własnego dziecka, gdyż łamie to bardzo silne tabu. Ale pomyślmy – ile kobiet też marzy o tym, by jeździć w bikini na koniu, a w rzeczywistości tkwią w pieluchach, bez wykształcenia, bez pracy, bez perspektyw, z jakimś niezbyt ciekawym mężem, z teściami, którzy mają pretensje o wszystko, z poczuciem zmarnowanych szans, same ze swoimi problemami, bez pomocy skądkolwiek: ani od własnej rodziny, ani od przyjaciół, ani od państwa, ani od Kościoła. Niewiele, mam nadzieję, ucieka się do zbrodni, raczej żyją sfrustrowane, coraz bardziej zgorzkniałe, nieubłaganie zaszczepiające tę frustrację i zgorzknienie swoim dzieciom, które odziedziczą po nich ich status społeczny, czy też raczej jego brak. I to jest wielki problem.

Andrzej Mleczko - Matce Madzi wdzięczne media

Not with a bang but a whimper

Nie zamierzam bronić Janusza Palikota. Trzeba jednak przyznać, że po raz kolejny nikt z licznych komentatorów nawet nie próbował się zastanowić, co ten nieszczęśnik chciał powiedzieć.

Wszystko zaczęło się od sprawy wicemarszałek Wandy Nowickiej. Gdy wyszło na jaw, że marszałkowie Sejmu przyznali sobie nawzajem wielotysięczne premie – co, nawiasem mówiąc, było wielkim PR-owym błędem marszałek Kopacz – Palikot nie chciał nawet słuchać żadnych wyjaśnień Nowickiej, ale ogłosił, że cofa dla niej rekomendację na funkcję wicemarszałka. Myślę, że w pierwszym odruchu było to zagranie czysto populistyczne, bez jakiegoś głębszego planu, choć któryś z dziennikarzy TVN sugerował, że część posłów Palikota autentycznie Nowicką znielubiła, gdyż ta rzekomo zaczęła się wywyższać, prowadzić własną politykę. Marszałkowskie premie miałyby być tylko pretekstem. Ale historia szybko nabrała własnej dynamiki, zwłaszcza gdy Palikot zapowiedział, że następczynią Nowickiej ma zostać Anna Grodzka. Przypuszczam, że od tego momentu Palikot już grał na zaszkodzenie Platformie – mianowicie spodziewał się, że konserwatywna część Platformy zagłosuje przeciwko Grodzkiej i Palikot znów będzie mógł atakować Platformę jako zachowawczą, nieledwie reakcyjną siłę polityczną, niewiele różniącą się od PiSu.

Platforma to przewidziała i postanowiła Palikota ubiec: zagłosować przeciwko odwołaniu Nowickiej. Marszałek Kopacz nie bez racji argumentowała, że Janusz Palikot, który na sztandary wpisał sobie walkę o prawa kobiet, teraz potraktował Wandę Nowicką i Annę Grodzką, dwie najbardziej rozpoznawalne kobiety ze swojej formacji, czysto instrumentalnie. Oto znów, mówiła Kopacz, kobiety-polityczki mają bezwolnie odgrywać role wyznaczone im przez politycznego samca, tym bardziej, że okazało się, iż Palikot próbował targów politycznych z Nowicką, obiecując jej biorące miejsce na liście do Europarlamentu, byle tylko nie sprzeciwiała się odwołaniu jej z funkcji. Domyślam się jednak, że dla Platformy prawdziwym powodem była chęć uniknięcia głosowania nad kłopotliwą kandydaturą Grodzkiej. SLD ochoczo się do tego pomysłu przyłączył żeby zaszkodzić Palikotowi, który jest dla niego bezpośrednim politycznym konkurentem. PiS i jego odłam, Solidarna Polska, też postanowiły zagłosować przeciwko odwołaniu Nowickiej. Oni nie głosowali na Nowicką, gdy ta była wybierana na funkcję wicemarszałka i na pewno nie zagłosowaliby na Grodzką, ale dokuczyć Palikotowi – bezcenne. Palikot takiego rozwoju wydarzeń nie przewidział, ale zamiast w porę się wycofać, powiedzieć, że wszystko jeszcze raz przemyślał i że skoro Nowicka przeznaczyła większość swej premii na cele charytatywne, on już nie żąda jej głowy, nadal chciał odwołania Wandy Nowickiej.

Doszło do głosowania i Nowicka nie dość, że nie została odwołana, to za wnioskiem Palikota głosowała tylko niewielka część posłów. Janusz Palikot liczył na to, że Nowicka zachowa się „honorowo”, to znaczy po wygraniu głosowania sama zrezygnuje z funkcji. Ta jednak rezygnacji nie złożyła – niektórzy komentują, że „wybrała intratną posadę i fajny gabinet”. Palikot uznał, że już nie może się wycofać i zażądał wyrzucenia Nowickiej ze swojego klubu parlamentarnego. Szybko okazało się, że i z tym może mieć problemy (głosowanie w przyszłym tygodniu). Nowicka przeszła do kontrataku. Powiedziała, że Palikot ją straszył i jej groził, że jeśli sama nie ustąpi, to będzie w polityce skończona. Janusz Palikot się wściekł i odnosząc się do tych słów Nowickiej powiedział (ok. 2:35 minuty filmu), że

W naszych czasach nawet twardej wymiany poglądów nie uważa się za formę przemocy. A czytając to, podświadomie, czyli psychoanalitycznie, być może Wanda Nowicka chce być zgwałcona […]

No i rozpętało się piekło. Wszyscy uznali wypowiedź Palikota za skandaliczną, tak jakby wzywał on do faktycznego zgwałcenia Nowickiej lub pomawiał ją o chęć odbycia wymuszonego stosunku seksualnego. Tymczasem Palikotowi chodziło nie o gwałt w sensie seksualnym, ale o gwałt rozumiany jako zadanie brutalnej przemocy i jednoczesne upokorzenie, o to, że Nowicka (w domyśle: bezpodstawnie) przedstawia się jako ofiara takiego traktowania. Palikot powinien był więc powiedzieć coś takiego wprost, nie zaś uciekać się do przenośni, którą bardzo łatwo jest zinterpretować prima facie. Odpowiedzialność za to, czy czyjaś wypowiedź zostanie prawidłowo zrozumiana, spoczywa w głównej mierze na jej autorze. Palikot, na swoje nieszczęście, ma wyraźną skłonność do nadużywania bardzo ryzykownych porównań seksualnych. Słynne wystąpienie ze sztucznym penisem czy skandal po uwagach o „politycznej prostytucji” – w obu przypadkach Palikot miał rację, ale co z tego, skoro forma, dla wielu osób obraźliwa, całkowicie zdominowała treść – powinny go były nauczyć, żeby ich unikać, ale widać ta skłonność jest silniejsza od niego. Anuszka nazywa Palikota „erotomanem-gawędziarzem”.

Janusz Palikot sprawdzał się w roli osobistego wroga Lecha Kaczyńskiego. Po jego tragicznej śmierci, Palikot stracił raison d’être, kompletnie się pogubił i zaczął się miotać od ściany do ściany. Wszedł do Sejmu, choć nigdy nie było wiadomo co on tak naprawdę proponuje. Próbował epatować antyklerykalizmem, ale nie przełożyło się to na wzrost jego poparcia. Teraz boleśnie strzelił sobie w stopę, i to dwukrotnie: Pierwszy raz kompletnie przegrywając sprawę Wandy Nowickiej, drugi wygłaszając ten piramidalnie głupi komentarz. Myślę, że Palikot już się z tego nie pozbiera, że jesteśmy świadkami jego politycznego demise. Biorąc pod uwagę panujące nastroje, nie bardzo sobie wyobrażam, żeby któryś z jego posłów miał teraz odwagę publicznie go bronić, tłumaczyć, że Palikot wcale nie chciał powiedzieć tego, co wszyscy usłyszeli. Każdy, kto by to zrobił, ryzykuje, że zostanie nazwany już nie mizoginem, ale poplecznikiem kultury gwałtu. (Dotyczy to także mnie.) Ba, chyba nikt nie będzie chciał się z Palikotem publicznie pokazywać. Część jego posłów odejdzie do SLD, jakieś pojedyncze sztuki do Platformy, reszta zostanie jako posłowie niezależni i odejdą z polityki po zakończeniu kadencji. 

Janusza Palikota w życiu publicznym już właściwie nie ma. Oznacza to, że Polska to kraj bez lewicy. A szkoda.

P.s. No proszę, okazuje się jednak, że najwierniejsi z wiernych jednak próbują Janusza Palikota bronić. Cóż, nie mają nic do stracenia.

Poseł Tomasz Głogowski

Poseł Platformy Obywatelskiej Tomasz Głogowski, poseł, bloger i wykładowca akademicki w jednym, głosował za odrzuceniem wszystkich projektów ustawy o związkach partnerskich. Na swoim blogu obwieścił, że 

Jeśli ktoś uważa, że Polacy wybierali Platformę po to, żeby wprowadziła małżeństwa gejowskie, powinien puknąć się w głowę.

Chciałem odpowiedzieć panu posłowi-blogerowi w komentarzu, niestety, nie doczekałem się zaszczytu publikacji. Pan poseł tłumaczy, że to Onet zmienił zasady publikacji komentarzy, teraz wszystkie wymagają moderacji a on nie będzie cenzorem, więc komentarzy nie będzie. Korzystając zatem z tego, iż mam własny blog, zamieszczam tu odpowiedź, której nie udało mi się zamieścić na blogu pana posła.

Szanowny Panie Pośle,

Myślę, że to, co charakteryzuje wyborców Platformy jako zbiorowość, to chęć modernizacji i cywilizowania Polski. Ale to jest kategoria bardzo szeroka. Dla jednych najważniejsze są sprawy gospodarcze, dla innych obyczajowe i, nazwijmy to, symboliczne. Pan, jak mi się wydaje, odwołuje się do osób, które chcą modernizacji gospodarczej, ale zarazem przejawiają dość skrajny konserwatyzm obyczajowy. Niewątpliwie tacy ludzie są, ale przypuszczam, że jest to grupa na tyle wąska, że nie warto dla zachowania ich poparcia ryzykować utraty poparcia innej grupy, mianowicie tych, dla których swobody obyczajowe i prawa człowieka są sprawą fundamentalną. Akcentowanie obyczajowego konserwatyzmu nie przyciągnie do Platformy nowych wyborców, a może zniechęcić znaczną część tych, którzy dotąd na Platformę głosowali. Ci ludzie nie przerzucą swych głosów na kogoś innego – na PiS i okolice z powodów oczywistych, na SLD i Palikota z powodów stosunku tych partii do spraw gospodarczych – ale po prostu zostaną w domu. Proszę się nad tym zastanowić.

Kryzysową sytuację spowodowało nie „uparte lansowanie” bardzo łagodnego projektu autorstwa grupy posłów PO, ale uparta ślepota polityczna wewnątrzplatformianych przeciwników tego projektu. To, że ludzie w Polsce żyją w związkach partnerskich – i hetero-, i homoseksualnych – jest faktem. Można tych ludzi w chamski sposób znieważać, jak posłanka Pawłowicz, można w dość naiwny sposób wyobrażać sobie, że co nie jest publicznie nazwane, nie istnieje, a można wreszcie starać się w jakimś stopniu ułatwiać życie tym ludziom, jak apelował premier Tusk. Jednak polityczne pytanie sprowadza się do tego: Kto was wybrał i kto w przyszłości na was zagłosuje. Pan zdaje się żywić przekonanie, że dla znacznej grupy wyborców Platformy obyczajowy konserwatyzm jest tak ważny, że nie zagłosują na was jeśli poprzecie związki partnerskie. Jest Pan w błędzie. Większość wyborców Platformy gotowa jest tolerować pewną swobodę obyczajową i pewne prawa dla mniejszości obyczajowych w imię modernizacji Polski. Tych wyborców Platformy, którzy gotowi są poświęcić modernizację w imię obrony tradycyjnej moralności jest znacznie mniej, niż tych, którzy głosowali na was gdyż łączyliście plany modernizacyjne ze zwiększaniem swobód obywatelskich. Piątkowe głosowanie odstręcza od Platformy tych drugich.

Przy okazji, mam nadzieję, że rozumie Pan, iż utożsamianie związków partnerskich z małżeństwami gejowskimi jest nadużyciem. Związki partnerskie nie mają mieć tych samych praw i przywilejów, co małżeństwa (choćby wspólnego opodatkowania, skoro chce Pan mówić o gospodarce, a także wielu innych). Jeśli Pan tego nie rozumie, dziwię się Panu. Jeśli Pan udaje, że tego nie rozumie, powinien się Pan wstydzić. 

Prawica niepostsmoleńska

Gdy kilka miesięcy temu Sejm w pierwszym czytaniu odrzucił pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich, mówiło się, że projekt autorstwa posła Biedronia był bardzo radykalny, a Platforma obiecywała własny. Gdy jakiś czas później platformiani konserwatyści głosowali za projektem Ziobry zaostrzającym przepisy antyaborcyjne, ubolewałem nad polityczną ślepotą tej grupy, niepomnej na to, kto całą Platformę, a więc i ich samych, wyniósł do władzy. W piątek Sejm odrzucił kolejne projekty ustawy o związkach partnerskich: złagodzony projekt Biedronia, projekt SLD i bardzo, bardzo zachowawczy projekt grupy posłów Platformy. Za odrzuceniem dwóch pierwszych była chyba cała Platforma, a platformiani konserwatyści pod przywództwem Jarosława Gowina zdecydowali o odrzuceniu trzeciego. O popisach arogancji, obskurantyzmu i chamstwa posłów PiS i okolic nie ma co się rozpisywać – nikt chyba niczego innego się po nich nie spodziewał. Ważne jest zachowanie prawego skrzydła Platformy.

Tym razem nie mogło być mowy o żadnej pomyłce, o niepewności jak głosować (tak tłumaczyła się część posłów PO, w tym Gowin, po głosowaniu nad projektem Ziobry). W Sejmie doszło do bezpośredniego starcia Gowina i Tuska. Ten pierwszy mówił, że zdaniem ministra sprawiedliwości (sic!) wszystkie trzy projekty są sprzeczne z artykułem 18 Konstytucji, na co Tusk w dobrym, improwizowanym przemówieniu odpowiadał, że jego zdaniem niezgodności z Konstytucją nie ma, że istnienie związków partnerskich jest faktem, a skoro tak, on, Tusk, prosi o wprowadzenie prawa, które uczyni życie tych ludzi bardziej godnym. Po czym 46 posłów Platformy zagłosowało przeciw – także przeciw projektowi, który związkom partnerskim dawał tylko minimalne prawa i w żadnym razie nie utożsamiał ich z małżeństwem.

Komentatorzy widzą wyraźny spór pomiędzy grupą Gowina a resztą Platformy i zastanawiają się, co z tego wyniknie dla praxis rządzenia. Ja jednak myślę, że chodzi o coś politycznie głębszego.

Myślę, że piątkowe głosowanie było przede wszystkim manifestacją polityczną: Oto jesteśmy. Jesteśmy prawicą niepisowską, nie jesteśmy owiani smoleńską mgłą, jesteśmy prokościelni, ale nierydzykowi, nie jesteśmy mesjanistami, nie jesteśmy nieufni wobec Europy. Wybór deklaracji antygejowskiej jako aktu założycielskiego miał mieć, jak rozumiem, znaczenie symboliczne – miał być zrozumiały dla konserwatywnej części wyborców.

Po ’89 kilkakrotnie sprawdzano, czy da się w Polsce stworzyć lewicę niepostkomunistyczną. Dotąd to się nie udawało. Teraz Gowin i koledzy chcą sprawdzić, czy da się zbudować prawicę niepostsmoleńską. Myślę, że i to się teraz nie uda. Wyborców, którzy gotowi są tolerować integrację europejską byle tylko pognębić homoseksualistów (a taka właśnie jest polityczna postawa Gowina), jest zbyt mało, aby dać Gowinowi samodzielną pozycję polityczną – więcej jest takich, którzy będą tolerować prawa gejów byle tylko Polska mogła ściślej wiązać się z Europą. Natomiast ci, dla których samo przyjęcie jakichkolwiek wzorców z Europy (do pieniędzy jakoś nie mają wstrętu) jest ostateczną abominacją, raczej słuchają dyrektora Rydzyka, znacznej części biskupów i Prezesa Tysiąclecia, Gowina potraktują w najlepszym razie jak farbowanego lisa, więc i tak na jego formację nie zagłosują.

Publiczna dezintegracja partii władzy, jaką stała się Platforma Obywatelska, jest faktem. Odium gniewu „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, dla których prawa człowieka i żywiołowa niechęć do nakazów obyczajowych, wynikających z archaicznego pojmowania religii, są sprawami fundamentalnymi, spada jednak na całą Platformę. PiS i okolice, a także dyrektor Rydzyk, muszą skakać z zachwytu.

Cykl rozwojowy leminga

Pan biskup

Biskup Adam Dydycz na pogrzebie śp. Jadwigi Kaczyńskiej, matki Jarosława i Lecha, nazwał ją „matką męczennika”. Jest to zniewaga dla prawdziwych chrześcijańskich męczenników. I nie myślę nawet o „historycznych” męczennikach, uwiecznionych w ikonografii i publicznie czczonych jako święci, ale o całkiem współczesnych ludziach gdzieś w Indiach, Chinach czy Afryce, którzy są mordowani tylko dlatego, że są chrześcijanami. Jeśli ktoś nawet jest na tyle szalony, głupi czy zaślepiony, żeby myśleć, iż Lech Kaczyński został zamordowany, przecież sam przyznaje, że został on zamordowany nie za wiarę, ale ze względów politycznych. Dla Dydycza lokalna polityka jest widać ważniejsza od ostatecznego świadectwa wiary w Chrystusa, jakie dają bezimienni dla nas ludzie na obcych kontynentach. Takie słowa biskupa oburzające. Odrażające. Wstrętne.

Panie, nie poczytaj mu tego grzechu.

O nauce na koniec roku

Pod koniec 2012 w Gazecie Wyborczej ukazało się kilka ważnych tekstów już to poświęconych nauce, już to mimochodem dotykających kwestii nauki.

Zacznijmy od dwu felietonów z Gazety Świątecznej z 29-30 grudnia. Witold Gadomski w Najtrudniejszym polskim roku pisze:

Przez ostatnie pięć lat nie rozwiązaliśmy żadnego problemu strukturalnego obniżającego potencjalny wzrost gospodarczy. Mamy powszechną edukację wyższą na niskim poziomie i niedostosowaną do potrzeb rynku, niski poziom innowacyjności, źle funkcjonującą i wrogą przedsiębiorcom administrację, gasnący wzrost demograficzny, ogromne fundusze publiczne wpadające do „czarnych dziur” […], fatalną infrastrukturę […], system podatkowy zniechęcający do podejmowania pracy i działania na własny rachunek.

Nie bardzo rozumiem czego Gadomski chce od systemu podatkowego – chyba tego, że jest przesadnie skomplikowany, zwłaszcza jeśli chodzi o VAT. Natomiast przedsiębiorcy mogą korzystać z dobrodziejstw podatku liniowego (i dobrze!). Ja w katalogu Gadomskiego wyróżniam źle funkcjonującą i wrogą administrację, bo to jest – moim zdaniem – kolosalna bariera; pisałem zresztą o tym osobno. O innowacyjności napiszę kiedy indziej. Istotne jest, że dla Gadomskiego edukacja wyższa powszechna, ale na niskim poziomie zalicza się do obciążeń, nie do zalet. Też tak uważam. Powtarzam wszakże, że taki stan rzeczy jest tolerowany, ba, konserwowany przez państwo, gdyż służy do ukrywania bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich.

Inaczej widzi to piszący obok Adam Leszczyński. W artykule Polacy, sklejmy się pisze:

Kiedy zaczynałem studia w pierwszej połowie lat 90., studiowało tylko 10 procent moich rówieśników. Teraz studiuje co drugi młody Polak, często za własne pieniądze. To gigantyczna prywatna i publiczna inwestycja, z której mamy święte prawo być dumni, nawet jeśli ta edukacja nie zawsze była najwyższych lotów.

Otóż nie. Byle jaka edukacja, pozór edukacji, nie jest inwestycją, a może rodzić – i rodzi – frustrację wśród absolwentów. Jak to, tyle się uczyłem, tyle za to zapłaciłem, a teraz Tesco lub zmywak u Turka w Birmingham?! No tak, bo to nie były – i nigdy nie miały być – studia dobre. Miały być łatwe, a ich celem nie była wiedza, ale dyplom. I taka właśnie okazuje się rynkowa wartość tego dyplomu.

Ważniejsza jest jednak inna myśl Leszczyńskiego:

Nasi politycy, kiedy dziś mówią o inwestycjach, mają na myśli przede wszystkim drogi, mosty i budynki […]. Obserwuję ten ponury mechanizm na przykładzie nauki polskiej, o której reformowaniu piszę. Wiele uczelni postawiło nowe, imponujące budynki i wybudowało wielkie nowoczesne laboratoria badawcze. Idea, że ludziom, którzy w nich pracują, należą się godziwe warunki pracy, została jednak wyparta przez przekonanie, że wydajność lepiej wymusić przystawionym do głowy ekonomicznym pistoletem. Zamiast podwyżek pensji naukowcy dostali kontrakty terminowe, które odebrały im pewność zatrudnienia (dziś to już norma w polskiej nauce).

Wiele osób – choć dalece nie wszystkie – dyskutujące o kondycji polskiej nauki zgadza się, że bez zwiększenia finansowania nie tylko infrastruktury naukowej, ale także samych badaczy polska nauka będzie się raczej zwijać niż rozwijać. Też jestem tego zdania. Zarazem jestem przeciw blankietowym podwyżkom dla wszystkich: Dodatkowe środki na badania oraz dodatkowe wynagrodzenie za prowadzenie badań powinni otrzymywać ci, którzy faktycznie robią coś wartościowego. Najlepszym sposobem takiego finansowania są granty. Ale i tu trzeba uważać.

Tej właśnie kwestii poświęcony jest list otwarty prof. Adama Płaźnika do minister Barbary Kudryckiej. Autorowi nie podoba się, że Polska dość gwałtownie przestawia się na granty jako podstawowy sposób finansowania nauki. Prof. Płaźnik uważa, że w system grantowy powinniśmy wchodzić miękko, z początkowym success ratio rzędu 90% (sic!) i docelowym rzędu 50-60%. Efektywnie oznaczałoby to, że każde badania, które ktoś zaproponuje, powinny być finansowane. To jest oczywisty absurd. Żaden kraj na świecie – może za wyjątkiem małych, ale bajecznie bogatych sułtanatów naftowych – nie może, nie mógł i nie będzie mógł sobie pozwolić na finansowanie wszystkiego. Nauka stała się dziedziną w zasadzie masową, w Polsce formalnie zajmują się nią dziesiątki tysięcy ludzi. Niektóre z tych badań są na dobrym poziomie, inne na przyzwoitym, jeszcze inne są, co tu dużo mówić, wtórne, kiepskie i niepotrzebne. Państwa nie stać na sfinansowanie wszystkiego, a finansować tych kiepskich po prostu nie warto. System grantowy nie jest doskonały (nobody’s perfect), można i trzeba poprawiać rozwiązania szczegółowe, ale co do zasady, od grantów nie uciekniemy.

Jednak Płaźnik podnosi kilka bardzo zasadnych punktów szczegółowych.

  • System grantowy został przeniesiony z krajów zachodnich, głównie anglosaskich, ale tam jest tylko częścią całego systemu finansowania nauki. Cała reszta pozostała bez zmian i dlatego system grantowy u nas wydaje się być dalece niewydolny.
    • Oprócz systemu rządowego, tam – głównie w Ameryce – jest cała masa prywatnych źródeł finansowania, programów badawczych, milionerów-dobroczyńców i różnych fundacji; to ostatnie jest szczególnie istotne w dziedzinie badań biomedycznych. Są naukowe fundusze finansujące badania nowatorskie, obarczone sporym ryzykiem, których wynik nie jest z góry znany, podczas gdy polski grantodawca w zasadzie oczekuje gwarancji sukcesu.
    • Jest przemysł, który część (to prawda: coraz mniejszą) badań finansuje, dostarcza inspiracji, kupuje pewne odkrycia, których nawet nie zamawiał, ale uważa je za korzystne, niekiedy zleca naukowcom wykonanie jakichś badań, pomiarów, a przede wszystkim zatrudnia absolwentów. Duże firmy wciąż mają własne działy R&D i prowadzą badania, co prawda nie o charakterze podstawowym, jak dawniej, ale aplikacyjnym.
    • Całkowity poziom finansowania badań naukowych jest na Zachodzie znacznie wyższy, niż w Polsce. Ba, samo finansowanie ze źródeł publicznych jest wyższe!
    • Zachodnie systemy grantowe są znacznie mniej zbiurokratyzowane, niż w Polsce, procedura przyznawania i rozliczania grantów jest znacznie bardziej przyjazna. Administracja uczelniana jest pomocna, nie zaś wroga.
    • W Polsce nie ma w zasadzie grantów „na kontynuację”, co jest szczególnie bolesne, gdy w ramach grantu kupowana lub wytwarzana jest kosztowna aparatura lub jest zatrudniany wykwalifikowany personel techniczny.
  • W Polsce spore wydatki na płace są bardzo źle widziane we wnioskach grantowych. Tymczasem granty powinny pozwalać na zatrudnianie – co najmniej – postdoków i personelu technicznego na kilka lat, za odpowiednie pensje.
  • Z kręgów NCN wciąż płyną sygnały, że najlepiej byłoby, gdyby granty nie przewidywały żadnych wynagrodzeń, a już w szczególności wynagrodzeń kierowników i głównych wykonawców. Tymczasem podstawowe pensje w nauce są w Polsce niskie i ludzie szukają dodatkowych dochodów. Lepiej, żeby badacze zarabiali na prowadzonych badaniach, niż na płatnej dydaktyce lub na chałturach. Na Zachodzie P.I. nie otrzymuje z grantu wynagrodzenia jeżeli jego podstawowe miejsce pracy zapewnia mu odpowiednio wysoką pensję.

Adam Płaźnik nie ma jednak racji protestując przeciwko osobnej puli na granty dla „młodych”. Od dawna narzekało się, że niskie pensje podstawowe, kiepskie warunki pracy i ogólnie kiepskie możliwości zniechęcały młodych do podejmowania pracy naukowej. Jeśli ktoś tylko miał możliwości znalezienia „normalnej” pracy, szedł tam, a nie zostawał na uczelni. W niektórych dyscyplinach, takich co bardziej rynkowych, już teraz brakuje kandydatów na młodych adiunktów lub też o stanowiska takie ubiega się drugi, trzeci garnitur kandydatów, których rynek nie chciał. Żeby więc zachęcić młodych ludzi do podejmowania pracy naukowej, a zarazem żeby finansowo premiować nie wszystkich-młodych, ale tylko młodych-naukowo aktywnych, stworzono im specjalną ścieżkę finansowania – w konkursie ogólnym mieliby mniejsze szanse w starciu z badaczami bardziej doświadczonymi – dzięki której i mogą dostać więcej na rękę, i mogą prowadzić ciekawsze i bardziej niezależne badania. Ja uważam, że byłoby o wiele lepiej, gdyby same pensje podstawowe i warunki pracy zachęcały najzdolniejszych do zostawania w nauce – ze świadomością, że pewne firmy rynkowe i tak będą płacić więcej, ale za cenę mniejszego komfortu psychicznego, bardziej stresującej pracy etc etc – no, ale najwyraźniej tak się nie da. Warunki brzegowe, czyli w tym wypadku sytuacja finansowa, na to nie pozwalają. Wydzielona pula grantów dla młodych jest więc jakąś protezą, ale i tak lepsze to, niż nic, gdyż w przeciwnym razie za kilkanaście-dwadzieścia lat uczelniom groziłaby całkowita katastrofa.  

Płaźnik niesłusznie też atakuje habilitację, popadając przy tym w wewnętrzną sprzeczność:

Utrzymywanie habilitacji jest żenującym przeżytkiem, XIX-wiecznym anachronizmem (podobnie belwederskie profesury). Upierając się przy tym, ośmieszamy się w oczach światowej opinii. Chociaż, ostatnio, wysyp tzw. profesur uczelnianych (np. dr hab. prof. UW) skutecznie dewaluuje tytuł naukowy.

Profesury uczelniane są czymś wyraźnie niższej rangi, niż tytuł naukowy (profesura belwederska), więc go nie dewaluują. A gdyby nie habilitacja, która wciąż stanowi jakąś barierę, małe i słabe uczelnie swobodnie czyniłyby profesorami także słabych i naukowo nieaktywnych doktorów.

Pomyłką ze strony Płaźnika jest też zestawianie sytuacji nauki z sytuacją służby zdrowia. Owszem, NFZ można wiele zarzucać, ale to są jednak zupełnie inne grupy zagadnień. Dziwna jest wreszcie obrona JBR, których poziom naukowy uchodzi na ogół za słaby.

Tuż po nowym roku pojawiła się odpowiedź minister Barbary Kudryckiej. Pani minister serwuje co prawda sporo urzędniczego żargonu i oficjalnego optymizmu, ale muszę przyznać, że jej odpowiedź jest i tak na dość wysokim poziomie, jak na ministerialne standardy. Po części zapewne dlatego, że prof. Płaźnik, domagając się 90% success ratio teraz i 60% docelowo, wystawił się na wyjątkowo łatwy strzał.

Niech konkluzją tego długiego wpisu będzie inny cytat z artykułu Adama Leszczyńskiego:

Na pytanie: w co inwestować w czasie kryzysu, odpowiadam: w ludzi. […] Potrzebujemy innej inwestycji w ludzi: w zaufanie – do siebie wzajemnie, do instytucji i do przyszłości. Bez tego Polska nigdy nie stanie się krajem bogatym i przyjaznym […]

Przy innej okazji odniosę się też do artykułu Andrzeja Lubowskiego.

Higgs i co dalej?

Kilka blogów naukowych (Of Particular Significance, Screw Cable, Résonaances, wreszcie należący do Economista Babbage) doniosło ostatnio, że odkryta w CERN cząstka Higgsa być może ma inne własności, niż przewiduje Model Standardowy. Sami autorzy studzą nastroje i podkreślają, że nie można jeszcze mówić o przełomowym odkryciu, jednak gdyby doniesienia te się potwierdziły, byłaby to bardzo dobra wiadomość dla fizyki.

Czym jest cząstka Higgsa? Na ogół powiada się, że „bez bozonu Higgsa materia nie miałaby w ogóle masy”. Nie jest to w pełni poprawne. Zgodnie z Modelem Standardowym teorii cząstek, cała przestrzeń wypełniona jest polem Higgsa. Stan o najniższej energii odpowiada niezerowej gęstości tego pola. Cząstki elementarne nieustannie z nim oddziałują, przedzierają się przez nie, i na skutek tego oddziaływania nabierają bezwładności, czyli masy. Taki mechanizm zaproponował 48 lat temu brytyjski fizyk Peter Higgs. Fundamentalnym fermionom (kwarkom i leptonom) w zasadzie można by przypisać masę arbitralnie, choć byłoby to nieeleganckie; lepiej jest to zrobić poprzez mechanizm Higgsa. Gorzej jest z bozonami Z i W, przenoszącymi oddziaływania słabe: dobrze wiemy, że są one masywne (sto razy bardziej, niż proton), ale poza mechanizmem Higgsa nie znamy innego sposobu, w jaki mogłyby one uzyskać masę. Dlatego właśnie istnienie pola Higgsa jest tak ważne dla Modelu Standardowego.

Pola Higgsa nie możemy bezpośrednio zaobserwować – właśnie dlatego, że, w pewnym sensie, obserwujemy je bez przerwy. Jest ono naturalnym tłem dla całej znanej nam fizyki. Możemy obserwować odstępstwa od stanu naturalnego. Takimi odstępstwami są wzbudzenia pola Higgsa, pojawiające się na skutek wysokoenergetycznych zderzeń, manifestujące się jako osobne cząstki elementarne. Bozon Higgsa jest takim właśnie wzbudzeniem. Używając oklepanej (i naciąganej) analogii, pole Higgsa jest oceanem, a cząstki Higgsa niewielkimi falami na powierzchni bardzo, bardzo, bardzo spokojnego oceanu. Można powiedzieć, że fizycy tak bardzo chcieli odkryć cząstkę Higgsa nie z uwagi na nią samą, ale po to, aby uzyskać pośredni dowód na istnienie pola Higgsa.

Model Standardowy dość dokładnie przewiduje własności cząstki Higgsa. Co by się stało, gdyby odkryta cząstka dokładnie spełniała przewidywania modelu? Byłby to wielki tryumf przenikliwości fizyków pracujących nad Modelem Standardowym. Cały gmach fizyki cząstek byłby wreszcie kompletny, skończony, wszystko by do siebie pasowało. Ludzkość dysponowałaby perfekcyjnym modelem, zdolnym przewidywać wszystkie zjawiska ze świata cząstek elementarnych. I to właśnie byłby problem. Nie byłoby już nic do odkrycia. Owszem, zostałoby jeszcze dużo faktów szczegółowych do ustalenia i wyjaśnienia, ale nic fundamentalnie nowego, nieznanego, a przez to wartego zbadania. Sytuacja byłaby podobna do tej z końca XIX wieku, gdy gmach ówczesnej fizyki wydawał się skończony, a fizyka zdawała się nie nieść żadnych poważnych wyzwań intelektualnych. Na szczęście dla fizyki kilka drobnych, jak się wydawało, problemów doprowadziło do przełomowych odkryć i teorii: mechaniki kwantowej, fizyki relatywistycznej i teorii procesów stochastycznych.

Wielu fizyków uważa, że fizyka cząstek elementarnych jest w takiej sytuacji, jak cała fizyka sto kilkadziesiąt lat temu. Potrzeba nowych, zaskakujących, nie dających się przewidzieć na gruncie istniejącej teorii faktów doświadczalnych, aby pchnąć całą dyscyplinę do przodu. W przeciwnym razie popadnie ona w stagnację. Wciąż mamy skąpe ilości danych, ale wydaje się, że odkryta latem cząstka Higgsa jest prawie dokładnie taka, jak to wynika z Modelu Standardowego. Właściwie zaobserwowano tylko dwa odchylenia. Po pierwsze – i o tym właśnie donoszą przywołane wyżej blogi – dane z detektora ATLAS zdają się świadczyć, że istnieją dwie różne cząstki Higgsa. No, to byłoby coś! Cząstki Higgsa nie można obserwować bezpośrednio, jest ona bardzo niestabilna i rozpada się na cząstki potomne, też zresztą niestabilne – dopiero produkty ich rozpadu daje się zarejestrować. Na tej podstawie można w szczególności wyznaczyć masę cząstki pierwotnej, domniemanej cząstki Higgsa. Otóż grupa ATLAS twierdzi, że w zależności od tego, czy obserwuje się cząstkę rozpadającą się na dwa fotony, czy na dwa bozony W  lub Z, można wyznaczyć inne masy. Różnica mas dwu hipotetycznych cząstek Higgsa (126.6 GeV/c2 vs 123.5 GeV/c2) wyraźnie przekracza zdolność rozdzielczą detektora, choć nie można z całą pewnością wykluczyć jakiegoś źle skalibrowanego urządzenia (pamiętajmy o źle podłączonym kablu, który rok temu doprowadził do spekulacji na temat nadświetlnych neutrin). Z drugiej strony danych jest wciąż tak niewiele, że prawdopodobieństwo, iż zaobserwowany efekt tak naprawdę jest fluktuacją statystyczną – dziwną, ale możliwą – jest duże. I tak zapewne jest, tym bardziej, że siostrzany detektor, CMS, prowadzący analogiczne pomiary, jak ATLAS, ale nieco innymi technikami, żadnych „dwu Higgsów” nie widzi. Oba detektory, ATLAS i CMS, badają tę samą wiązkę wytworzoną w LHC.

Po  drugie, obserwuje się nieco więcej rozpadów cząstek Higgsa na dwa fotony, niż przewiduje Model Standardowy (jest za to niedomiar rozpadów na dwa bozony W  lub Z). W tym wypadku dane z ATLASa i CMS są zgodne, a im więcej danych doświadczalnych gromadzimy, tym efekt staje się wyraźniejszy, choć wciąż nie można z całą pewnością orzec, że nie jest to fluktuacja statystyczna. Zakładając jednak, że efekt jest prawdziwy, nie umiemy go wytłumaczyć – i to właśnie ekscytuje fizyków zajmujących się cząstkami elementarnymi. Skoro czegoś nie rozumiemy, wciąż jest co badać! Kto wie, może ten efekt – choć niewielki i wciąż nie w pełni potwierdzony – otworzy drogę do obserwacji zupełnie nieznanych zjawisk?

Rekapitulując, odkrycie cząstki Higgsa dokładnie takiej, jak to przewiduje Model Standardowy, byłoby jednocześnie i wielkim sukcesem, i zdarzeniem nieciekawym. Oznaczałoby kres teorii cząstek elementarnych. Z tego względu fizycy z wielkimi nadziejami spoglądają na – niewielkie, nieliczne i w dodatku wciąż niepotwierdzone – odstępstwa zebranych wyników od przewidywań modelu. Ja, nie będąc cząstkowcem, jestem raczej sceptyczny, ale…

Opera Rara, 19 grudnia

Attilio Ariosti, La fede ne’ tradimenti, grała Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi.

Koncert dobry, zagrany i zaśpiewany bez zarzutu, ale nic ponadto. Cóż, chyba dlatego, że materiał muzyczny nie jest wybitny. Typowa, niskobudżetowa produkcja z przełomu XVII i XVIII wieku, chciałoby się rzec. Niskobudżetowa, gdyż występuje tylko czworo solistów, a i orkiestra niezbyt liczna, rzecz więc była tania do wystawienia tak 300 lat temu, jak i teraz. Niestety, w Krakowie mamy wyłącznie wykonania koncertowe. Obejrzawszy (w telewizorze i na DVD) kilka wykonań teatralnych znanych oper barokowych, zaczynam widzieć, jak wiele wystawienia teatralne zyskują w porównaniu z koncertowymi.

Libretto przewiduje dwie pary rodzeństwa, które, w konfiguracji krzyżowej, stają się dwiema parami zakochanych. (W ogóle libretto, jak na operę barokową, jest bardzo proste. Najbardziej śmiałym pomysłem jest to, że pewna księżniczka wyrusza na pomoc swemu zaginionego bratu w nierzucającym się w oczy przebraniu czarnoksiężnika poszukującego ukrytych skarbów.) Z takiej konstrukcji wynika, że długie sceny rozgrywają się pomiędzy tymi samymi osobami, a zatem mamy pod rząd po kilka arii tej samej postaci, plus recytatywy. Jest to pewna osobliwość tej opery, zresztą dość wymagająca dla śpiewaków, którzy dłuższy czas nie mogą odpocząć. Muzycznie najciekawszy był akt III, gdyż tam ariom na ogół towarzyszą tylko skromne grupy instrumentów – jest to więc dialog głosu z koncertującymi instrumentami – albo nawet samo continuo. Od strony wykonawczej wszystko, jak powiadam, bez zarzutu – soliści równi, dobrzy, może tylko Roberta Invernizzi momentami wypadała nieco blado. Fabio Biondi zmienił wygląd, nosi muszkę zamiast golfu, co mi się nie podoba. Nieco też zmienił sposób dyrygowania, na bardziej miękki, łagodny – co broń Boże nie znaczy, że gorszy! –  no, ale może to tekst muzyczny tak mu dyktował? Właściwie tylko w arii Care pupille arciere (Fernando – Marianne Beate Kielland, mezzosopran) zobaczyłem takiego Biondiego, jak dawniej.

P.s. Końca świata nie było 🙂