Ukradzione przedstawienie

Opera Rara, 13 czerwca. Rodelinda Haendla, grała Capella Cracoviensis, dyrygował Jan Tomasz Adamus, śpiewali Karina Gauvin, Franco Fagioli i inni.

Rodelinda to opera o wyjątkowo prostym, jak na opery barokowe, libretcie: Zły książę napadł na dobrego króla, wszyscy myślą, że go zabił, ale król żyje i przygląda się całej historii zza krzaka. Zły książę zakochał się w żonie króla, tytułowej Rodelindzie, ona jednak wciąż kocha męża i podstępnie zwodzi złego księcia. Wszyscy knują przeciw wszystkim, ale na końcu dobry król zachowuje się szlachetnie, ratując złego księcia przed zamachem ze strony jeszcze gorszego księcia i wszystko kończy się dobrze. Nie ma w tej operze żadnych fajerwerków muzycznych, słynnych, przebojowych arii, ale całość jest przyjemna i na równym, wysokim poziomie.

Śpiewająca partię tytułową sopranistka Karina Gauvin, choć jest już śpiewaczką bardzo dojrzałą, wciąż dysponuje przepięknym, donośnym głosem i dobrą techniką. Pozostali soliści różnie: tenor Carlo Vincenzo Allemano nieco zawiódł, śpiewał obok orkiestry, w dodatku jakby nieco niechlujnie, zwłaszcza w pierwszym akcie. Alcistka Marina de Liso też nie miała dobrego dnia. Bas Ugo Guagliardo mi się nie podobał, za to kontratenor Filippo Mineccia wypadł zaskakująco dobrze – miał tylko trzy arie, w tym jedyną znaną mi dotąd arię z Rodelindy, Fra tempeste funeste, ale zaśpiewał je wybornie.

Słowa uznania należą się orkiestrze. Capella Cracoviensis, wciąż uzupełniona kilkoma muzykami z zewnątrz, grała bardzo dobrze. I nie mam tu na myśli tylko strony technicznej, ale także artystyczną. Kilkuletnie wysiłki Jana Tomasza Adamusa, który walcząc z rozmaitymi środowiskami postanowił przekształcić Capellę w zespół klasy światowej, zaczynają przynosić owoce.

Z kronikarskiego obowiązku zaznaczę, że tym razem w sprzedawanym programie były błędy, trzeci akt był źle opisany, jedną arię i końcowy chór pominięto, inne arie poprzestawiano. To jednak drobiazg, wieczór był całkiem udany.

Tyle napisał bym, gdyby nie ten solista, którego dotąd pominąłem: argentyńsko-włosko-hiszpański kontratenor Franco Fagioli. To głównie dla niego kupiłem bilety. I nie zawiodłem się. Fagioli ma wszystko: dużą skalę głosu, piękne brzmienie, głos donośny, talent aktorski, wyczucie muzyczne i niesamowitą mimikę. Nie śpiewa jak Jaroussky, który tylko otwiera usta i „samo” mu się śpiewa. Fagioli pracuje mięśniami całej twarzy, co robi duże wrażenie. Trochę przypomina Cecylię Bartoli z jej najlepszych lat: gdy już skończy śpiewać, a orkiestra jeszcze gra, on wciąż stoi, przeżywa i robi miny. Nie wiem, czy publiczność wiedziała, kto to Fagioli (ja wiedziałem), czy była totalnie zaskoczona, ale po każdej arii nagradzała go niesamowitymi brawami, zupełnie nieudawanymi, znacznie głośniejszymi i dłuższymi, niż pozostałych solistów. Franco Fagioli ukradł show pozostałym! Chyba kulminacją całej opery jest duet Bertarido (Fagioli) i Rodelindy (Gauvin) kończący drugi akt. Świetny duet, a głosy śpiewaków niemal idealnie zestrojone. Czy wspominałem już, że Haendel był arcymistrzem duetów? No więc był. Ale na mnie największe bodaj wrażenie zrobiła pierwsza aria Fagiolego. Niebywała koloratura na dove sei, śpiewana a capella, zaczynająca się prawie od szeptu, kończąca wręcz krzykiem, przy absolutnie cichej, zahipnotyzowanej sali, wciąż brzmi mi w uszach. 

Dobra muzyka, wybitny artysta, bardzo piękny koncert.

I znów w kokpicie

Tygodnik Wprost w najnowszym numerze pisze, że gen. Błasik być może jednak był w kokpicie Tupolewa 10 kwietnia 2010, ale miał prawo tam być, gdyż wykonywał „lot inspektorski”. Dla mnie to nic nowego. Już w czerwcu 2010, tuż po ogłoszeniu pierwszego transkryptu rozmów w kabinie, spekulowałem (Gdzie był generał), że gen. Błasik formalnie był dowódcą załogi i nie poszedł do kokpitu aby wywierać presję na załogę, ale by załodze pomóc. Później wyjaśniło się, że nie był dowódcą, ale najprawdopodobniej był „inspektorem” tego lotu (patrz komentarze do wpisu Trawienie raportu). Czyżby Wprost czytał mojego bloga?

Dla porządku przypomnę, co pisałem poprzednio i co się wyjaśniło:

  • Znaczną częścią wynagrodzenia pilota wojskowego jest dodatek lotniczy, który pilot uzyskuje zgromadziwszy odpowiedni „nalot”. Sztabowcy mają niewiele możliwości latania, więc wykorzystują każdą nadarzającą się okazję.
  • Jednym ze sposobów „nalatania”, choć nie jest się członkiem załogi, są loty inspektorskie. Jak twierdzi ten bloger, gen. Błasik, jako Dowódca Sił Powietrznych, wydał przepis, na podstawie którego oficer mający uprawnienia instruktorskie na jakiś typ samolotu, mógł być inspektorem na dowolnym innym samolocie. Gen. Błasik był instruktorem na SU-22 oraz na Iskrze, a zatem, na podstawie własnego rozporządzenia, mógł zostać inspektorem lotu Tupolewa.
  • Mógł, ale czy naprawdę był? Tego nie wiadomo. Niewątpliwie mianowanie się inspektorem w locie do Smoleńska było dla gen. Błasika bardzo łatwym sposobem nabicia kilku godzin do nalotu. Gdyby był inspektorem, powinno to być uwzględnione w dokumentacji. Nie ma jednak śladu takiego dokumentu. Albo dokumentacja została zniszczona (nb, ten komentarz do artykułu w Polityce jest chyba przedrukiem materiału z Nie), albo, skoro skądinąd wiadomo, jak w Pułku Specjalnym podchodzono do procedur, Błasik postanowił być inspektorem (nikt nie mógł zaprzeczyć, że tym samolotem leciał!), a papiery miano uzupełnić później. Albo wreszcie gen. Błasik nie był inspektorem tego lotu.

Ja przypuszczam, że gen. Andrzej Błasik był inspektorem prezydenckiego lotu do Smoleńska. Nie wywierał bezpośredniej presji na załogę, choć obecność inspektora, i to w osobie najwyższego dowódcy Sił Powietrznych, musiała załogę usztywnić. Gen. Błasik chciał nawet załodze pomóc. Co jednak oznacza, że w kokpicie był – był, gdyż jako inspektor, powinien był tam być.

Dzielna tygrysica

Czy ja krytykowałem kiedyś Ann Hallenberg? No tak, niezbyt podobała mi się w Alcinie u Minkowskiego ani w Przepowiedni messeńskiej u Biondiego, ale na tegorocznych Misteriach podobała mi się bardzo, gdy wystąpiła z Les Talens Lyriques Christophe’a Rousseta. Wczoraj w nocy, prokrastynując, na Mezzo trafiłem na koncert Ann Hallenberg z Berlina z 2011, znów z Les Talens Lyriques. Tytuł bodajże malo oryginalny, Farinelli il castrato. W programie arie różnych kompozytorów, głównie Porpory, nieznane mi i muzycznie nie nadzwyczajne, ale Hallenberg śpiewała je świetnie. To jest kunszt, znakomicie zaśpiewać coś, co nie jest samograjem, którego tylko nie należy zepsuć.

A na koniec Hallenberg naprawdę znakomicie zaśpiewała dwie arie Haendla: Lascia ch’io pianga z Rinalda i, przede wszystkim, myśliwską arię Ruggiera z AlcinySta nell’ircana.  

To jest inne wykonanie tej arii – też Ann Hallenberg, ale inna orkiestra. Na You Tube jest jakieś pirackie nagranie z berlińskiego koncertu, ale kiepskiej jakości, więc go tu nie umieszczam. Zupełnie siebie nie rozumiem, czemu Hallenberg nie spodobała mi się, gdy śpiewała w Krakowie całą rolę. Swoją drogą, to jest od strony technicznej piekielnie trudna aria. Haendel pisał pod konkretnych śpiewaków i ich specyficzne warunki głosowe – w tym wypadku pierwszym wykonawcą był Giovanni Carestini – a współcześni wykonawcy muszą się okrutnie męczyć, żeby to wyśpiewać. Ann Hallenberg się to znakomicie udało.

Być doktorantem

Bodaj najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest Po co doktorat. Argumentuję tam, że celem studiów doktoranckich jest zrobienie doktoratu i prowadzenie badań naukowych. Doktorat, poza bardzo nielicznymi przypadkami, nie poprawia pozycji na pozaakademickim rynku pracy. Jeśli więc ktoś nie zamierza się zajmować nauką, nie powinien się na studia doktoranckie wybierać.

Nie wycofuję się z tamtych słów. Pisałem je jednak do osób stojących przed wyborem: normalna praca czy studia doktoranckie. Teraz jednak o normalną pracę jest trudno. Jednocześnie wyraźnie rośnie popularność studiów doktoranckich, choć szanse na znalezienie pracy w instytucjach naukowych i akademickich są jeszcze mniejsze, niż dawniej. Zjawisko zauważyła już i prasa (także tutaj), i bardziej specjalistyczne opracowania. Jednak popularność studiów doktoranckich może wydawać się dziwna, skoro oznaczają one dodatkowe, niekiedy znaczne, obowiązki, zaledwie 20% doktorantów otrzymuje jakiekolwiek, zazwyczaj niskie, stypendia (choć z rzadka pojawiają się programy, które płacą doktorantom całkiem wysokie stypendia, na ogół z grantów zewnętrznych lub funduszy europejskich), a doktorat w niewielkim tylko stopniu zwiększa szanse posiadacza na znalezienie pracy adekwatnej do kwalifikacji. Czymże więc można ową popularność wytłumaczyć?

Zacznijmy od wykresu przedstawiającego wzrost liczby doktorantów w Polsce:

Liczba doktorantów i doktoratów w Polsce

Rysunek ten, opracowany w oparciu o dane GUS, świadczy, iż zainteresowanie studiami doktoranckimi jest mocno związane z sytuacją gospodarczą, a co za tym idzie, z sytuacją na rynku pracy. Liczba doktorantów szybko rosła, ale wzrost ten wyhamował w pierwszej połowie lat 2000, gdy panowała dobra koniunktura gospodarcza, wzmocniona dodatkowo absorpcją funduszy unijnych. Liczba doktorantów zaczęła nawet spadać, osiągając lokalne minimum w roku 2007. Jednak po wybuchu światowego kryzysu finansowego, gdy firmy zaczęły mniej chętnie zatrudniać nowych pracowników, zwłaszcza na normalnych umowach o pracę, liczba doktorantów zaczęła jeszcze szybciej wzrastać. W roku 2011/12 było już w Polsce ponad 40 tysięcy doktorantów. 

Rekapitulując, jeśli łatwo można znaleźć normalną pracę, liczba doktorantów nie rośnie. Jeśli o pracę jest trudno, liczba doktorantów rośnie.

Czym jednak przyciągają studia doktoranckie, jeśli nie stypendiami?

Po pierwsze, będąc doktorantem, zachowuje się większość uprawnień studenckich: prawo do zniżek, prawo do ubiegania się o pomoc materialną i wreszcie rzecz niesłychanie ważną, choć często niedocenianą: ubezpieczenie zdrowotne. Trzeba jednak pamiętać, że z punktu widzenia ZUS doktoranci różnią się pod jednym ważnym względem od zwykłych studentów. Mianowicie, pracodawca zatrudniający doktoranta na podstawie umowy-zlecenia, musi za niego odprowadzać składki ZUSowskie – zdrowotne i na ubezpieczenie społeczne. Zatrudniając w ten sposób studenta, nie musi. W każdym bądź razie doktorant (uczestnik studiów doktoranckich) nie musi obawiać się, że choroba będzie oznaczać finansową katastrofę. 

Po drugie, bycie doktorantem oznacza posiadanie dość wysokiego statusu społecznego, co z tego, że zupełnie nieadekwatnego i do statusu materialnego, i do pozycji w hierarchii akademickiej. Znacznie milej jest powiedzieć „robię doktorat z komunikacji społecznej” niż „jestem recepcjonistką na umowie śmieciowej”, nawet jeśli oba te zdania są jednocześnie prawdziwe.

Po trzecie, cóż, część absolwentów studiów magisterskich wciąż żywi całkowicie błędne przekonanie, że doktorat wzmocni ich pozycję na rynku pracy. Nie, nie wzmocni. Uczelnie ze swej strony zachęcają absolwentów do podejmowania studiów doktoranckich, gdyż na każdego doktoranta otrzymują dotację z Ministerstwa, a znacznie tańsi od asystentów doktoranci i załatwiają część dydaktyki, i podejmują liczne czynności administracyjno-organizacyjne, i wreszcie prowadzą badania naukowe, przyczyniające się do wzrostu prestiżu i zatrudniających ich wydziałów, i ich bezpośrednich opiekunów naukowych. Co w tym wszystkim najgorsze, niektóre uczelnie wprost oszukują osoby rozważające podjęcie studiów doktoranckich, mamiąc ich fałszywymi obietnicami stałego zatrudnienia na uczelni lub w instytucie naukowym po uzyskaniu doktoratu. Owszem, jeden na kilku (kilkunastu?) młodych doktorów taką pracę w końcu dostaje, ale większość może się tylko obejść smakiem.

Po czwarte, tym nielicznym, którzy naprawdę chcieliby zająć się pracą naukową, studia doktoranckie dają świetną po temu okazję. Umożliwiają one także udział w konkursach grantowych, a więc zdobywanie pieniędzy na badania, co może także obejmować dodatkowe wynagrodzenie dla doktoranta.

Studia doktoranckie są zatem kotwicą, zabezpieczeniem przed niepewnością kolejnych umów śmieciowych: choć (na ogół) nie płacą i (na ogół) wymagają, jeśli wszystko inne zawiedzie, zostanę przynajmniej z ubezpieczeniem zdrowotnym, robiąc dobrą minę do złej gry. I to, plus błędne przekonanie o wartości doktoratu na rynku pracy, stanowi o popularności studiów doktoranckich.

Zauważmy na koniec, że tylko niewielka część doktorantów zostaje w końcu doktorami. Ponieważ studia doktoranckie trwają zazwyczaj cztery lata, w Polsce co roku powinno być nadawane mniej więcej dwa razy więcej doktoratów, niż faktycznie jest. Biorąc pod uwagę, że część doktoratów wciąż powstaje „z wolnej stopy”, oraz że według GUS ponad jedna czwarta doktoratów nadawana jest w naukach medycznych – a w medycynie, w przeciwieństwie do większości innych dziedzin, doktorat uważany jest za podniesienie kwalifikacji zawodowych, ponadto szczególnie wielu lekarzy doktoryzuje się poza formalnymi strukturami studiów doktoranckich – mniej niż połowa doktorantów kończy swoje studia obroną doktoratu. Z innych szacunków wynika, że tylko 30% uczestników studiów doktoranckich uzyskuje stopień naukowy. Przypuszczam, że większość owych „niedokończonych doktorantów” to osoby, które w końcu zdobyły normalną pracę i zabezpieczenie w postaci studiów doktoranckich przestało im być potrzebne.

Mahdi

Antoni Macierewicz oświadczył, iż ma dowody na to, że trzy osoby przeżyły katastrofę smoleńską. Oczywiście nie ujawnił tych dowodów, ani nawet nie powiedział nic więcej na ten temat. Bodajże najważniejszym z domniemanych dowodów jest relacja pewnego BORowca, któremu ktoś powiedział, że widział trzy karetki odjeżdżające na sygnale z miejsca katastrofy. Mnóstwo ludzi już Macierewicza skrytykowało, przede wszystkim za to, że igra sobie z uczuciami rodzin ofiar katastrofy, ale poseł Macierewicz z pogodnym uśmiechem trwa przy swoim. Prezes Tysiąclecia, Jarosław Kaczyński, wziął stronę Macierewicza i powiedział – a to oznacza, że taka jest oficjalna linia PiSu –  że on też 10 kwietnia roku pamiętnego słyszał, że trzy osoby przeżyły, że wśród nich może być jego brat i że informacja ta pochodzi z polskiego MSZ. MSZ gwałtownie zaprzeczył, że rozpowszechniał takie informacje, ale cóż to ma za znaczenie? A mnie się przypomniało, że w czasie skandalu ekshumacyjnego, gdy okazało się, że kilka ciał ofiar źle zidentyfikowano i pochowano w „niewłaściwych” grobach, Jarosław Kaczyński powiedział, że nie rozpoznał zwłok brata po otwarciu trumny w Warszawie (choć miał je rozpoznać w Smoleńsku). A na to wszystko nakłada się rzekomo kategoryczny zakaz otwierania trumien w Polsce (zakaz był z powodów sanitarnych, wymagały tego przepisy międzynarodowe, ale polski prokurator mógł go uchylić – i w kilku przypadkach, w których rodziny o to prosiły, uchylał), żeby nie można było stwierdzić, czyje ciała – i co w ogóle – zostało sprowadzone do Polski.

Ech, te wszystkie rządowe tłumaczenia, w które wierzą tylko lemingi…

Myślę, że niewiele dzieli nas od ogłoszenia – na podstawie powyższych dowodów i poszlak! – że Lech Kaczyński przeżył zamach, został uwięziony przez Rosjan i przebywa gdzieś w ukryciu. W tej sytuacji Bronisław Komorowski jest uzurpatorem, ogłoszone przez niego wybory parlamentarne były nieważne, a wyłoniony po tych wyborach rząd – bezprawny. My więc powinniśmy cierpieć i pokutować za wydanie Prawdziwego Prezydenta w ręce wrogów, przede wszystkim jednak w głos i nieustannie protestować przeciwko uzurpacji. Gdyż Prawdziwy Prezydent gdzieś żyje, już stara się o to, aby uciec swoim oprawcom i w końcu ucieknie, wyzwoli się i tryumfalnie powróci do Polski. A wówczas przegoni ciemiężących Naród uzurpatorów, przywróci w Polsce Boży porządek, prawo i sprawiedliwość. Jak Mahdi.

Widmo ciemnej materii

Kilka dni temu zespół kosmicznego spektroskopu AMS poinformował o zaobserwowaniu nadmiaru wysokoenergetycznych pozytonów w przestrzeni kosmicznej. W Gazecie Wyborczej pisał o tym Piotr Cieśliński. Obserwacja ta może stanowić „namacalny” dowód istnienia ciemnej materii – i stąd właśnie bierze się zainteresowanie mediów.

Ciemna materia

Ciemna materia nie jest przedmiotem moich badań naukowych, ale kilka lat temu zacząłem się nią interesować, trochę ze wstydu, że ja, fizyk, tak niewiele wiem o czymś, co wydaje się tak bardzo ważne. W efekcie napisałem nawet artykuł popularnonaukowy do Fotonu (Foton 103, 16-22 (2008)). Istnienie ciemnej materii zostało pierwszy raz zasugerowane w latach ’30 XX wieku – okazało się, że musi istnieć coś, jakaś dodatkowa materia, która wywiera swój grawitacyjny wpływ na pozostałą materię, w szczególności na gwiazdy, i nadaje im obserwowane prędkości. Materia ta jest niewidoczna, nie pochłania ani nie wysyła światła bądź innego promieniowania, a zatem jest ciemna.

Obecnie wydaje się, że ciemna materia gromadzi się głównie nie tam, gdzie początkowo przypuszczano, to znaczy w galaktykach, ale w przestrzeni międzygalaktycznej, stabilizując gromady galaktyk i czyniąc z nich największe związane obiekty we Wszechświecie. Obserwacje mikrosoczewkowania grawitacyjnego w gromadach galaktyk potwierdzają (prawie na pewno) istnienie ciemnej materii. Ba, jest jej kilka razy więcej, niż materii widzialnej!

Większość fizyków uważa, że oprócz materii widzialnej i ciemnej istnieje rzecz jeszcze bardziej egzotyczna, zwana ciemną energią. Wywiera ona ujemne ciśnienie i powoduje, że ekspansja Wszechświata nieustannie przyspiesza. Mamy jednak tylko pośrednie przesłanki świadczące o istnieniu ciemnej energii.

Eksperyment AMS

Czym jest ciemna materia? Tego nie wiadomo. Zgodnie z paradygmatem fizyki przypuszcza się, że tworzą ją jakieś cząstki; zgodnie z tym samym paradygmatem cząstki te powinny oddziaływać nie tylko grawitacyjnie: Powinno występować jakieś pozagrawitacyjne – choć bardzo, bardzo słabe – oddziaływanie cząstek ciemnej materii ze sobą i z cząstkami materii zwykłej. Jednym z możliwych procesów jest anihilacja cząstek ciemnej materii, w wyniku której produkowane są strumienie elektronów i pozytonów. Elektronów jest w przestrzeni kosmicznej dużo, trudno więc odróżnić te pochodzące od ciemnej materii. Co innego pozytony – ich jest mało, a więc jeżeli gdzieś zauważymy wzrost ich liczby, może to świadczyć o tym, że dowodzą one anihilacji – a więc uprzedniego istnienia! – cząstek ciemnej materii.

Obserwacje takie prowadził już włoski satelita PAMELA, ale wyniki nie były w pełni przekonujące.

Zainstalowany na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) wielki Alpha Magnetic Spectrometer (AMS) przeznaczony jest do badania promieniowania kosmicznego. AMS zaprojektował, zbudował, a teraz obsługuje 600-osobowy zespół badawczy, kierowany przez noblistę Samuela Tinga. Pierwszym zadaniem AMS było właśnie poszukiwanie nadmiarowych pozytonów, mogących pochodzić z anihilacji ciemnej energii, i zmierzenie ich widma energetycznego. Na konferencji prasowej w CERN zaprezentowano pierwsze wyniki.

AMS data

Ten wykres stanowi niewątpliwy znak, że coś się dzieje. Są nadmiarowe pozytony i mają swoją strukturę energetyczną, ba, taką, która pasuje do pewnego modelu teoretycznego ciemnej materii. Nie ma jednak całkowitej pewności, że zarejestrowane cząstki pochodzą z anihilacji ciemnej materii – mogą też pochodzić z jakichś niezaobserwowanych pulsarów lub innych egzotycznych źródeł. Nie ma też całkowitej pewności jakie powinno być galaktyczne tło pozytonowe, a zatem ile nadmiarowych pozytonów tak naprawdę zaobserwowano. I najważniejsze, gdyby pozytony pochodziły z anihilacji cząstek ciemnej materii, ich widmo energetyczne powinno mieć wyraźny pik, odpowiadający podwojonej masie anihilujących cząstek. Być może pik taki pojawi się w wysokoenergetycznej części widma, której dotąd nie udało się zmierzyć.

Dlatego też Ting jest bardzo ostrożny i nie mówi o odkryciu cząstek ciemnej materii, ale o „zaobserwowaniu nowego zjawiska fizycznego” i zapowiada dalsze pomiary, przede wszystkim w wysokoenergetycznej części widma. Ting chciałby, aby zarejestrowane dotąd 7 milionów cząstek ostatecznie stanowiło tylko 10% całości.

Można zadać pytanie dlaczego zatem Samuel Ting zdecydował się ogłosić niepełne wyniki? Złośliwi twierdzą, że eksperyment AMS był niezwykle kosztowny (dwa miliardy dolarów wobec planowanych kilkudziesięciu milionów!), więc musiał pokazać jakieś ciekawe wyniki, żeby uzasadnić swoje istnienie. Na ten aspekt zwraca uwagę Science w swoim komentarzu.

Przewrót kopernikański

W starożytności i średniowieczu to Ziemia stanowiła centrum Wszechświata. Kopernik umieścił w centrum Słońce, a Ziemię przegnał na orbitę. Mr William Herschel pokazał, że Układ Słoneczny leży gdzieś na uboczu Galaktyki. Edwin Hubble udowodnił, że nasza Galaktyka jest tylko jedną z bardzo wielu galaktyk, które w dodatku oddalają się od siebie. Ha, cóż, okazaliśmy się zaledwie drobnym pyłkiem gdzieś wewnątrz nieogarnionego Wszechświata, ale przynajmniej wiedzieliśmy, z czego ten Wszechświat jest zbudowany. Albo tak nam się przynajmniej wydawało.

O ciemnej materii prawie na pewno wiemy, że istnieje. W kwestii ciemnej energii dysponujemy tylko niepotwierdzonymi hipotezami. Ale jeżeli ciemna energia rzeczywiście istnieje, to wedle dostępnych dziś danych, zawiera w sobie około 72% całkowitej energii Wszechświata. Mniej więcej 23% przypada na ciemną materię, niecałe 5% na zwykłą materię i wszelkie znane formy promieniowania, przy czym materia wszystkich gwiazd i ich układów planetarnych zawiera zaledwie 0,4% całkowitej energii Wszechświata (olbrzymia większość zywkłej materii występuje w postaci bardzo rozrzedzonej plazmy galaktycznej i międzygalaktycznej). To zestawienie daje pojęcie o naszej roli we Wszechświecie.

A jeśli przyjąć hipotezę Wieloświata (ang. Multiverse), cały nasz Wszechświat okaże się tylko jednym z nieprzebranej liczby wielu współistniejących wszechświatów. Tak wygląda współczesny przewrót kopernikański.

Moje dawne teksty o ciemnej materii, z nieaktywnego już bloga Świat – jak to działa:
21.08.08 Ciemna materia trochę jaśniejsza. Być może
28.08.08 PAMELA 007
 5.11.08 Galaktyczne kłopoty
 9.12.08 PAMELA i balony
12.12.08 Zważyć niewidzialne
 4.05.09 Nie widać ciemności
21.12.09 Ciemna materia, dwa trafienia
14.02.10 Zbyt jasno na ciemną materię

Mr William Herschel

Czy William Herschel, jeden z twórców nowoczesnej astronomii, miał prawo do posługiwania się tytułem „sir”? On sam to robił, a liczne podręczniki i opracowania z historii astronomii także w ten sposób Herschela tytułują. Okazuje się, że całkiem niesłusznie. Sprawę wyjaśnia artykuł w najnowszym numerze Journal for the History of Astronomy. Historia jest tak bardzo brytyjska, że postanowiłem ją tutaj przedstawić.

W latach 1714-1837 Zjednoczone Królestwo pozostawało w unii personalnej z księstwem (później królestwem) Hanoweru. Formalnie jednak oba państwa pozostawały oddzielne. William Herschel był Hanowerczykiem z urodzenia, ale w roku 1793 został poddanym brytyjskim. Po wojnach napoleońskich, rządzący oboma królestwami książę regent, późniejszy król Jerzy IV, ustanowił Royal Guelphic Order jako odznaczenie hanowerskie, a Herschel, któremu marzyło się szlachectwo, był „naturalnym” kandydatem do otrzymania tytułu rycerskiego związanego z tym orderem. Tak też się w roku 1816 stało. Jednak z brytyjskiego punktu widzenia był to tytuł zagraniczny, nie oznaczał więc uzyskania brytyjskiego szlachectwa i nie uprawniał posiadacza do posługiwania się tytułem „sir”. Co ciekawe, dla Herschela order nie oznaczał też szlachectwa hanowerskiego, gdyż otrzymał go jako Brytyjczyk, nie Hanowerczyk. Wydaje się, że ani regent, ani nikt z jego otoczenia, nie zdawali sobie sprawy z tych komplikacji, a William Herschel do końca życia posługiwał się tytułem „sir”.

W końcu rzecz się jednak wyjaśniła, przynajmniej na poziomie oficjalnym. Wdowa po Herschelu wciąż tytułowała się „Lady Herschel”. W roku 1831 syn Williama Herschela, John, także wybitny astronom i przyrodnik, znalazł się przeto w nie lada kłopocie, gdy król Wilhelm IV postanowił odznaczyć go tym samym orderem, co jego ojca. Dla matki Johna, wdowy po Williamie, musiało to oznaczać, że jej syn stanie się „sir Johnem”, a gdyby tak nie było, a być nie mogło, oznaczałoby to zakwestionowanie jej własnego statusu. Aby nie rujnować świata swojej matki, John początkowo planował odmówić przyjęcia orderu, a gdy okazało się to niemożliwe ze względów politycznych, uprosił, aby król osobnym aktem nadał mu szlachectwo brytyjskie. W ten sposób John Herschel istotnie stał się sir Johnem, ukrywając przed matką, że nie było to automatycznie związane z posiadaniem hanowerskiego Orderu Gwelfów.

Takie rzeczy to tylko w Brytanii…

Vivica triumphans

Misteria Paschalia, 31 marca – Vivica Genaux i Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi.

Bohaterów było dwoje: Europa Galante wykonująca utwory instrumentalne Vivaldiego i Geminianiego oraz Vivica Genaux w popisowych ariach Haendla, a na bis Hassego i Vivaldiego.

Zaczęło się dziwnie nijako. Pierwsze numery orkiestrowe ładne i dobrze zagrane, ale nic ponadto. Pierwsze dwie arie – z Rinalda – zaśpiewane bardzo poprawnie, ale dość cicho (oszczędzała głos?), artystycznie nic nadzwyczajnego. Trzecia, aria Bradamante Vorrei vendicarmi z Alciny, wypadła o wiele lepiej – może, jak pisze Dorota Szwarcman, temat zemsty szczególnie jej odpowiada. A po przerwie było jeszcze lepiej.

Orkiestra zaczęła od Follii Geminianiego, którą wykonała bardzo dobrze. Ja do Folii – nie tej konkretnie, ale do tematu muzycznego, więc pisanego przez jedno „l” – mam stosunek szczególny. Wiele lat temu mój przyjaciel Grześ miał nagranie Folii Marina Marais. Słuchaliśmy tego bez przerwy i, jak sądzę, było jednym z dwu powodów, dla których zainteresowałem się muzyką barokową. Potem był jeszcze koncert na lutnię i violę d’amore Vivaldiego – zamiast violi były skrzypce Fabia Biondiego, zresztą bardzo dobrego w tej partii solowej (Biondi znowu w muszce!), a publiczność, cóż, znów klaskała w nieodpowiednich momentach, i to dwukrotnie.

Vivica zaś rozgrzała się i rozśpiewała, dając zupełnie nieprawdopodobny popis swoich umiejętności technicznych. Nie da się tak szybko poruszać mięśniami twarzy. Teraz już nie oszczędzała głosu, a i artystycznie wypadła lepiej, niż w części pierwszej. Drugim bisem była aria Agitata da due venti. Vivica Genaux śpiewała to z wyraźnym zadowoleniem, ze świadomością, że publiczność ją uwielbia. Kto wie, może na swoim wielkim recitalu trzy lata temu wykonała to jeszcze lepiej, ale wczoraj tą arią też rzuciła publiczność na kolana. Przypominam mój niegdysiejszy wpis na temat Agitata.

Vivica Genaux osiągnęła, jak przypuszczam, absolutne mistrzostwo w technice śpiewu barokowego. Pod tym względem nikt nie jest w stanie jej dorównać. Artystycznie bywa różnie: nigdy nie jest źle, ale czasami jej wykonania są cudownie piękne, czasami jednak tylko porażająco doskonałe, lecz zimne. Głównym punktem drugiej części wczorajszego koncertu była aria Tu giurasti z Il trionfo… Händla. Konferansjer mówił, że stanowi to klamrę spinającą pierwszy i ostatni koncert tegorocznych Misteriów. Ja widzę to inaczej. W zeszłym roku Vivica zaśpiewała „arię o Furiach” w Juditha triumphans, a później tę samą arię śpiewała Julia Lezhneva w swoim końcowym recitalu. I nieco mnie rozczarowała. W tym roku było na odwrót: to Lezhneva pierwsza zaśpiewała Tu giurasti, a Vivica Genaux śpiewała ją jako druga. Pod względem technicznym wykonanie Viviki było absolutnie niedoścignione, a i artystycznie zupełnie dobre. Jednak, choć może to głupie i nieracjonalne, wykonanie Lezhniewej bardziej mi się podobało…

Misteria Paschalia, 28, 29 marca

Wielki Czwartek: program Mater Dolorosa, Les Talens Lyriques, dyrygował Christophe Rousset.

Wielki Piątek: dwie kantaty Bacha i Wielka Msza c-moll Mozarta, Les Musiciens du Louvre Grenoble, dyrygował Marc Minkowski.

Jest coś dziwacznego w koncertach muzyki religijnej. Rozumiem, że można rekreacyjnie słuchać muzyki religijnej – ba, sam to w tej chwili robię (średniowieczne hiszpańskie pieśni maryjne w wykonaniu Jordi Savalla i Hesperiona XX) – ale koncert to jednak coś innego. Muzyka religijna, w zamierzeniu twórców, powinna gromadzić ludzi na wspólnym przeżyciu religijnym, dać im jakiś przedsmak nieba (zawsze próbuję sobie wyobrazić, co mogli czuć ludzie, którzy z brudu, smrodu i okropności bardzo cywilizowanego skądinąd XVIII wieku na chwilę dostali się do świata skończonego piękna), a teraz to już jest głównie rozrywka. Zgoda, także podziw i uniesienie, ale już bez pierwiastka religijnego. Chyba zaczynam brzmieć jak cesarz Józef II, więc chyba lepiej będzie, jeśli zakończę ten wątek.

To, co oprócz religijnego charakteru muzyki, łączyło czwartkowy i piątkowy koncert, to mistrzostwo orkiestr. Les Talens Lyriques skłąda się z muzyków młodych, grających doskonale, ale zarazem nie znużonych muzyką, pełnych świeżości. Bardzo podobało mi się zestawienie chóru z solistów, coś jak u Minkowskiego. Z samych solistów, jak to już wskazywano w innych relacjach, najlepsza była Ann Hallenberg. Dotąd doceniałem warsztat i głos Hallenbreg, ale jakoś mi się ona nie podobała. W czwartek, w lamencie Il piando di Maria Giovanniego Battisty Ferrandiniego, była cudowna. Bardzo dobry był także bas Frederic Caton.

Gdy słuchałem rozpoczynającego koncert Salve Regina Pergolesiego, uświadomiłem sobie, że komentator wb40 miał całkowitą rację, pisząc, iż pieśni religijne, które znamy jako arcydzieła dawnych mistrzów, mają też swoje wersje na koło gospodyń wiejskich i orkiestrę strażacką.

W piątek koncert był mistrzowski od pierwszego do ostatniego dźwięku. Dwie znakomite kantaty Bacha, muzyka doskonała pod każdym względem, a po przerwie Wielka Msza c-moll Mozarta – utwór niedokończony, ale wielki i tak kunsztowny, że aż dziw bierze, że nie razi swoją złożonością. Przypomina mi się dialog z Amadeusza Milosa Formana:

– Za dużo nutek!

– Nie, Najjaśniejszy Panie, nut jest dokładnie tyle, ile trzeba.

Coś mnie dzisiaj ten Józef II prześladuje.

Jak powiadam, wykonanie było pod każdym względem doskonałe, ale duńska sopranistka Ditte Andersen była pośród solistów najdoskonalsza z doskonałych. A, i Clotilde Guyon na kontrabasie!

Z ciekawostek dodam, że w trakcie koncertu zepsuły się organy. A rano w Krakowie była śnieżyca, dzieci jeździły na sankach.

Misteria Paschalia, 27 marca

Claudio Monteverdi, L’Orfeo, La Venexiana, chór Capelli Cracoviensis, dyrygował Claudio Cavina.

Swego czasu, pisząc o Teatro d’Amore Christiny Pluhar, stwierdziłem, że Monteverdiego nie trzeba grać na klęczkach, można też szukać nowych znaczeń, nowych interpretacji. Otóż dzisiejsze wykonanie było nie tylko na klęczkach, ale w prochu i pyle, w całkowitej pokorze wobec geniuszu Monteverdiego

Mówi się, że Orfeusz to pierwsza opera. Cóż, bardzo temu dziełu daleko do tego, co my dziś rozumiemy przez operę, ale właśnie dlatego, że Monteverdi wymyślał zupełnie nową formę. Słychać tam wciąż wiele z madrygałów – na przykład w duecie pasterzy Chi ne consola – a że dużych fragmentów, na przykład całego prologu i kończącego II akt Ritornello, Monteverdi użył później w swoich niesamowitych Nieszporach, mamy też odniesienia do muzyki religijnej. Nie ma tam żadnych popisów, fajerwerków, „chwalenia się” umiejętnościami technicznymi przez solistów. W ogóle jest to muzyka wybitnie zespołowa, z bardzo znaczącą rolą orkiestry. Czasowo partia Orfeusza jest najdłuższa, ale nie dominuje. Pozostali soliści, nawet jeśli pojawiają się na krótko, są równie ważni. W porównaniu z Orfeuszem, o sto kilkadziesiąt lat późniejsze największe osiągnięcia barokowej muzyki operowej wydają się niemalże wulgarne. 

Jest to więc muzyka wymagająca skupienia. I Cavina, jego niezwykle precyzyjna orkiestra, dobry chór i świetni soliści, skupienie takie wyczarowali. Cała sala trwała w bezruchu, w milczeniu, chłonąc każdy dźwięk. Roberta Mameli jako Muzyka i Eurydyka, śpiewający Orfeusza Anisto Giustiniani i alcistka Marina de Liso jako Posłanka i Nadzieja świetni, pozostali soliści i chór (!) też dobrzy. Cavina bezgłośnie śpiewał całe libretto, jeden z teorbanistów też, pod nosem śpiewał też kornecista Doron Sherwin, a ja się zastanawiałem, czy nie wyjmie przypadkiem ciemnych okularów i nie zaśpiewa tenorem heroicznym, jak to robił na koncertach L’Arpeggiaty. Ale nie, wszystko było bardzo uroczyście i bardzo poważnie.

Jeden minus – aria Charona, a także któryś chór, były zagłuszane przez puzony. No, może w złym miejscu siedziałem.

Dobry koncert. Zupełnie inny niż ten z przedwczoraj, ale naprawdę dobry. Po zakończeniu nie wiedziałem, czy mam klaskać, czy tylko odczuwać dreszcze.