Budżet i OFE

London Bridge is falling down. Tegoroczny budżet trzeba znowelizować – obciąć wydatki i powiększyć deficyt; żeby to ostatnie było prawnie możliwe, trzeba zlikwidować, pardon, zawiesić jeden z progów ostrożnościowych zapisanych w Ustawie o finansach publicznych.

To nie jest radosna perspektywa, ale też, samo w sobie, nie jest to katastrofa. Skoro dochody są zdecydowanie niższe od planowanych, trzeba to uwzględnić w budżecie, a zarazem, aby nie ciąć zbyt drastycznie wydatków, trzeba zwiększyć deficyt. 2/3 wpływów budżetowych pochodzi z podatków pośrednich, istnieje tu więc wyraźne sprzężenie zwrotne: Mniejsze wydatki państwa oznaczają mniej pieniędzy u obywateli, co dusi popyt i sprawia, że do budżetu trafia z powrotem jeszcze mniej pieniędzy. Co prawda sytuacja Polski jest o wiele lepsza, niż Grecji czy Portugalii, ale przykłady tych krajów pokazują, że zbyt radykalne obcinanie wydatków rządowych raczej pogłębia recesję, przynajmniej krótkoterminowo. Długotrwałe życie ponad stan prowadzi do jeszcze większych problemów, ale to jest inna opowieść.

Tak więc gdyby stan budżetu był spadkiem po nieudolnych poprzednikach, wynikiem jakiejś tragicznej katastrofy naturalnej, konsekwencją niepodziewanego i głębokiego światowego kryzysu lub działaniem siły nieczystej, obecnym planom rządowym wypadałoby przyklasnąć. Problem polega na tym, że to obecny rząd sam na ten kryzys budżetowy zapracował, nie robiąc nic – no dobrze: robiąc bardzo niewiele – żeby stan finansów państwa naprawić.

PiSowska opozycja nowelizację budżetu, a już zwłaszcza naruszenie progu ostrożnościowego, krytykuje, co jest z ich strony pewną hipokryzją – po wybuchu kryzysu Jarosław Kaczyński wzywał do praktycznie nieograniczonej emisji obligacji w celu „ratowania gospodarki”. Gdyby rząd go wówczas posłuchał, nasza sytuacja mogłaby być podobna do greckiej. Dzisiaj Jarosław Kaczyński wzywa do powołania komisji śledczej i krzyczy „gdzie są pieniądze?!”, zgodnie ze swoim rozumieniem gospodarki: jeżeli czegoś brakuje, to znaczy, że ktoś to ukradł. Tymczasem tych pieniędzy nikt nie ukradł, po prostu nigdy ich nie było. Minister Rostowski, konstruując budżet, założył, że wpływy podatkowe będą o wiele wyższe, niż w istocie są.

Niektórzy twierdzą, że był to swego rodzaju gambit Rostowskiego: Świadomie przeszacował dochody, żeby skonstruować „optymistyczny” budżet, zachęcający ludzi do wydawania pieniędzy. Budżet oszczędny przestraszyłby konsumentów, co, zgodnie z opisanym wyżej mechanizmem sprzężenia zwrotnego, jeszcze bardziej zmniejszyłoby wpływy budżetowe i zdusiło gospodarkę. Poza tym mniejszy deficyt oznaczał mniejsze potrzeby pożyczkowe rządu, a zatem niższą rentowność obligacji, a więc niższe koszta obsługi długu publicznego – państwo polskie, okazuje się, zarobiło na oszustwie Rostowskiego. Zarazem sektor finansowy z góry oczekiwał, że budżet będzie jednak nowelizowany, a więc nowelizacja, gdy już stała się faktem, nie zachwiała ratingiem Polski. Być może rzeczywiście była to sprytna „inżynieria budżetowa”, ale jednocześnie dowód na to, iż jedynym planem obecnego rządu jest przeczekanie światowego kryzysu, jak już poprzednio pisałem.

Deficyt budżetu w wielkiej części spowodowany jest dotacjami do ubezpieczeń społecznych: Państwo znacznie więcej wydaje w postaci emerytur i rent niż zbiera w postaci składek. Wiele osób krzyczy więc, żeby państwo wzięło pieniądze z OFE. I tak się zapewne stanie, może nie wszystkie, ale część pieniędzy zostanie z OFE zabrana, ja jednak powiadam: Proszę zostawić OFE w spokoju!

OFE mają wiele wad, z których największą są bardzo wysokie prowizje pobierane przez instytucje zarządzające OFE. Wysokość tych prowizji nie jest uzasadniona ani ponoszonym ryzykiem (jest niemal żadne), ani wspaniałymi wynikami inwestycyjnymi (są raczej niewielkie – jest to zresztą kolejna wada systemu OFE). Zapomina się przy tym, że wysokość prowizji już została ustawowo zmniejszona (i słusznie). Natomiast większość pozostałych zarzutów, jakie stawia się OFE w obecnej dyskusji, jest zwyczajnie nieprawdziwa. Przede wszystkim to nie składka do OFE jest głównym źródłem deficytu systemu ubezpieczeń społecznych, który musi być pokrywany dotacją budżetową. Dopłaty do emerytur mundurowych, górniczych, sędziowsko-prokuratorskich, do KRUS i do zupełnie niezreformowanego systemu rentowego pochłaniają o wiele więcej. Dalej, nie jest prawdą, że pieniądze w OFE, a więc przyszłe emerytury, są szczególnie zagrożone wahaniami koniunktury. OFE, z mocy prawa (sic!), za większość swoich środków kupowały obligacje rządowe – jeśli państwo nie zbankrutuje i nie odmówi wykupu obligacji, te pieniądze są bezpieczne. A jeśli państwo zbankrutuje, odczuje to także ZUS. Dalej, gdy widzę pałace, jakie buduje sobie ZUS, gdy czytam, ile kosztowała informatyzacja ZUS, wciąż niefunkcjonalna i niedokończona, myślę sobie, że OFE, wraz z ich prowizjami i wydatkami na własne utrzymanie, mogłyby być wzorem powściągliwości. Wreszcie trzeba pamiętać, że reforma, w wyniku której powołano OFE, nigdy nie została dokończona: System emerytalny miał być uzupełniany wpływami z prywatyzacji – nigdy nie był – miał być stworzony fundusz rezerwy demograficznej – obecny rząd go przejada (to znaczy beneficjenci systemu ubezpieczeń społecznych go, za rządowym przyzwoleniem, przejadają) – KRUS i specjalne systemy emerytalne miały zostać zlikwidowane – nie zostały – system rentowy miał być zreformowany – nie został. Ba, reforma emerytalna była świadomie psuta prze tworzenie wyjątków: najpierw z powszechnego systemu wyjęto służby mundurowe, potem górników. Stało się tak ze względów czysto politycznych – rządy, którym groziła klęska wyborcza, chciały sobie kupić trochę głosów. I tak zresztą przegrały.

Kolejne rządy mają wyraźną skłonność do rujnowania systemu emerytalnego w zamian za bieżące korzyści polityczne, w dodatku iluzoryczne. Dlatego jestem całym sercem za zachowaniem OFE, to znaczy za prawnym zagwarantowaniem, że chociaż część pieniędzy na przyszłe emerytury jest zabezpieczona przed zakusami aktualnej – każdej aktualnej – władzy. I nie, solenne zapewnienia, że pieniądze „w ZUSie” będą bezpieczne, w żadnym razie mi nie wystarczają. Tym bardziej, że „w ZUSie” nie ma żadnych pieniędzy – system ZUSowski jest całkowicie repartycyjny. A jeśli – gdy?! – za kilkanaście lub niewiele więcej lat system emerytalny załamie się na skutek dzisiejszych machinacji rządowych, będzie płacz i zgrzytanie zębów. A tego, jako kraj, zdecydowanie powinniśmy starać się uniknąć.

Twierdzę nawet, że OFE już odegrały pozytywną rolę. Otóż tylko dlatego, że „zabrakło” pieniędzy przekazanych do OFE, rząd Platformy podjął jakieś kroki w celu poprawy systemu emerytalnego, mianowicie w znacznej części zlikwidował wcześniejsze emerytury oraz podwyższył i wyrównał pomiędzy płciami wiek emerytalny, a także przeprowadził cząstkową – zdecydowanie zbyt płytką i niewystarczającą, ale lepszą, niż żadną – reformę emerytur mundurowych. Utrzymujący się „brak” pieniędzy przekazywanych do OFE być może skłoni rząd do podejmowania dalszych kroków naprawczych: reformy systemu rentowego, głębokiej reformy emerytur mundurowych, może nawet likwidacji KRUS czy emerytur górniczych. Cóż, może ktoś powiedzieć, że są to z mojej strony marzenia ściętej głowy – może i tak, ale jednego jestem pewien: jeśli rząd (budżet państwa) zagarnie pieniądze z OFE, żadnych reform systemu ubezpieczeń społecznych w przewidywalnej przyszłości nie będzie. A potem będzie już za późno.

Build it up with stone so strong…

Al Jarreau w Krakowie

Wczoraj byliśmy na koncercie Ala Jarreau w Operze Krakowskiej. Al Jarreau wciąż świetny, cieszący się muzyką, żartujący z publicznością. Korzystał ze wsparcia chórków – ludzie na ogół nie młodnieją. Wystąpił z zespołem, z którym stale ostatnio występuje – też bardzo sprawnym, profesjonalnym i świetnie przygotowanym. Zagrali i zaśpiewali trochę nowych, trochę starych numerów, w tym największe przeboje Ala Jarreau, Spain Chicka Corei i Take Five Dave’a Brubecka, a właściwie Paula Desmonda. Dobry, radosny, starannie zrealizowany koncert gwiazdy światowego formatu – dobry, ale nie porywający.

Na zakończenie koncertu, po starannie wyreżyserowanych bisach, Al Jarreau wrócił na scenę prowadząc pod pachę Adzika Sendeckiego. He’s my friend, powiedział i razem zagrali-zaśpiewali-zaimprowizowali Summertime. I to było porywające.

Za dwa lata

Niebawem w Polsce rozpocznie się seria wyborów różnego szczebla. Najważniejsze wybory, prezydenckie i parlamentarne, odbędą się za dwa lata. Na skutek skrócenia kadencji Sejmu w 2007, wybory te zbiegną się już po dziesięciu, nie po dwudziestu latach. Jednak na skutek kilkumiesięcznego przyspieszenia wyborów prezydenckich po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego, tym razem wybory prezydenckie odbędą się przed parlamentarnymi. Ta odwrócona sekwencja może mieć istotny wpływ na ostateczny wynik wyborów.

Wybory prezydenckie wygra obecny prezydent, Bronisław Komorowski. Jarosław Kaczyński nie wystartuje. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w bardzo spersonalizowanych wyborach prezydenckich, musiałyby ujawnić się wszystkie złe cechy Kaczyńskiego, co skazałoby go na porażkę, a porażka Kaczyńskiego osłabiłaby szanse PiS w wyborach parlamentarnych. Po drugie, Jarosław Kaczyński wie, że w Polsce to premier, nie prezydent, dysponuje znacznie większą władzą. PiS oczywiście nie będzie sobie mógł pozwolić na niewystawienie kandydata, wysunie więc jakiegoś „prezydenta technicznego”, na przykład profesora Piotra Glińskiego. Gliński jest porządnym człowiekiem, ale czy to on, czy ktokolwiek inny na jego miejscu, będzie całkowicie niesamodzielną marionetką w rękach Kaczyńskiego, świecącą wyłącznie światłem odbitym. Ktoś taki w wyborach prezydenckich nie ma szans. PiSowi zresztą wcale nie będzie zależeć na wygraniu tych wyborów (byleby nie oznaczało to osobistej porażki Jarosława Kaczyńskiego), o czym za chwilę.

Bronisława Komorowskiego natomiast nie dotykają kłopoty Platformy. Komorowski cieszy się sporym osobistym szacunkiem i zaufaniem. Prezydent, moim zdaniem skutecznie, od Platformy się dystansuje, nie chcąc być – w przeciwieństwie do swojego poprzednika – jedynie funkcjonariuszem partyjnym. Spodziewam się nawet, że dystans dzielący Komorowskiego od Platformy będzie podkreślany. Powiedzmy, Donald Tusk oświadczy, że wcale nie jest oczywiste, że Komorowski miałby zostać kandydatem Platformy, że przydałyby się platformiane prawybory. Tusk się z tego szybko wycofa i Platforma poprze Komorowskiego, ale działające na korzyść Komorowskiego wrażenie dystansu pozostanie. Ostatecznie Bronisław Komorowski wygra, choć nie będę się upierał, że nie dojdzie do drugiej tury.

Na marginesie dodam, że w wyborach prezydenckich wystartuje i sromotnie przegra w pierwszej turze Zbigniew Ziobro, który rok wcześniej przegra wybory do europarlamentu. Ziobrze nie pozostanie nic poza skamleniem o przyjęcie go na powrót do PiSu – nie wiem, czy skuteczne. Mam nadzieję, że będzie to ostateczny koniec kariery politycznej Zbigniewa Ziobry, wyjątkowo antypatycznego egocentryka.

Z wyborami parlamentarnymi będzie inaczej. Może się co prawda zdarzyć, że Platformie uda się tak bardzo odbudować poparcie, że będzie mogła liczyć na wygraną – jest to możliwe, ale raczej niezbyt prawdopodobne. W takim wypadku o wyniku zadecyduje frekwencja. Nie sądzę, aby PiS zyskał wielu nowych zwolenników, ale jego żelazny elektorat, zwarty i zmobilizowany, na pewno pójdzie zagłosować na PiS. Tymczasem wśród wyborców Platformy wielu (choćby i ja w 2011) głosowało na tę partię nie z sympatii do jej przywódców i programu, ale po to, aby powstrzymać PiS. Niestety, Platforma zrobiła bardzo wiele, aby część swoich wyborców do siebie zrazić (pisałem o tym wiele razy), a że pamięć ludzka jest krótka, PiS zaś wyraźnie poprawiło swoje PR, strach przed powrotem PiS do władzy już nie działa. Zniechęceni wyborcy Platformy częściowo przerzucą swoje głosy na jakieś formacje lewicowe, ale głównie zostaną w domu. Twardych zwolenników Platformy jest, jak się wydaje, mniej, niż twardych zwolenników PiS. Mobilizacja tych ostatnich może, przy niskiej frekwencji, sprawić, że względna pozycja PiS wśród osób, które zdecydują się na udział w wyborach, będzie wysoka i PiS te wybory wygra.

Gdyby PiS nie był w stanie samodzielnie utworzyć rządu, SLD nie będzie miało wielkich obiekcji przed wejściem z nim w koalicję. Kaczyński przestanie tak ostentacyjnie popierać Rydzyka, za to znowu pochwali Gierka i SLD to kupi. Kupi, bo działacze są głodni posad i władzy, a z drugiej strony Leszek Miller wie, że kolejnej szansy ze względu na wiek już może nie dostać.

Wróćmy na koniec do wyborów prezydenckich. Otóż wygrana Bronisława Komorowskiego zadziała demobilizująco na wielu przeciwników PiS, którzy dotąd głosowali na Platformę. Pomyślą oni, że dysponujący prawem weta prezydent będzie stanowił barierę przed najbardziej aberracyjnymi pomysłami PiS. Oni więc „nie będą musieli” głosować na mniejsze zło, jakim byłaby Platforma. Ta sama Platforma, która już ich boleśnie zawiodła i która, w ich mniemaniu, nie będzie zasługiwać na kolejny głos. Niech rządzi PiS, pomyślą, bo gdyby przyszło co do czego, prezydent wybawi nas z opresji. Nie jest to rozumowanie pozbawione podstaw – pod warunkiem, że frekwencja nie spadnie tak nisko, że PiS zdobędzie samodzielną zdolność przełamywania prezydenckiego weta. Tym bardziej zaś – horribile dictu – samodzielną większość konstytucyjną.

Bo wtedy wszystkie te rachuby wezmą w łeb.

Plan B

PiS w sondażach ma już dziewięciopunktową przewagę nad Platformą. PiS pławi się w samozachwycie. Platforma bezradnie spogląda na Tuska. Tusk nie wie, co robić.

Komentatorzy podkreślają, że to nie tyle PiSowi rośnie, ile Platformie spada. Wskazują też na liczne, mniejsze i większe, błędy Tuska i Platformy: niespełnione obietnice, zaniechanie reform, „filozofię ciepłej wody w kranie”, unikanie ważnych tematów, kunktatorstwo w sprawach światopoglądowych, majstrowanie przy OFE, arogancję i hipokryzję, wyczerpanie się potencjału strachu przez powrotem PiSu, odpychanie od siebie „naturalnych” zwolenników, ogólne wrażenie, że państwo kiepsko działa, a jednocześnie jest nieprzychylne obywatelom.

A mnie się wydaje, że zrozumiałem, na czym polegał podstawowy błąd Donalda Tuska.

Zacznijmy od diagnozy problemu. Najważniejszymi problemami, z jakimi boryka się Polska, a zatem rząd, a zatem Platforma, są groźba załamania się budżetu i rosnące bezrobocie. Gdyby one znikły, znacząco poprawiłyby się nastroje społeczne i z wszystkimi innymi problemami, większymi i mniejszymi, można byłoby próbować sobie radzić. Załamaniu się budżetu można było zapobiegać radykalnie reformując finanse państwa, przede wszystkim system emerytalny: tnąc wszelkie przywileje emerytalne i zmieniając system rentowy. Tego jednak Tusk nie zrobił, gdyż chciał uniknąć „bolesnych reform”. Bolesne reformy mają bowiem to do siebie, że bolą od razu, a ich pozytywne skutki dają się odczuć dopiero po jakimś czasie, zawsze też pozostaje grupa, która więcej traci, niż zyskuje. Jednak gdyby system świadczeń społecznych zreformowano tak, aby nie były potrzebne gigantyczne dotacje z budżetu państwa (które teraz próbuje się zastąpić częściową nacjonalizacją OFE), obecnie nie groziłoby załamanie się budżetu. Pośrednio mogłoby to też pozytywnie wpłynąć na rynek pracy: możliwość poluzowania śruby fiskalnej, zmniejszenie kosztów pracy, zachęciłyby do tworzenia miejsc pracy. Nic takiego jednak się nie stało.

Nawiasem mówiąc, chęć unikania „bolesnych reform” tłumaczy, przynajmniej częściowo, także i kunktatorstwo w sprawach światopoglądowych. Takie lub inne rozwiązanie sprawy in vitro, związków partnerskich, funduszu kościelnego etc jednym by się spodobało (przy czym na pewno byliby tacy, którzy chcieliby jeszcze dalej idących zmian, a więc oni też nie byliby w pełni zadowoleni), innym nie. A Tusk chciałby się podobać wszystkim, nikogo nie chciałby do siebie zrażać – a tak się rządzić nie da. Tym bardziej, że Tusk i tak liczne grupy do siebie zraża, w dodatku całkiem głupio i niepotrzebnie, mianowicie wtedy, gdy albo zachowuje się jak autokrata, albo gdy mówi językiem PiS, albo jedno i drugie.

Wracając do głównego nurtu, widzimy, że Tusk prawie żadnych reform systemowych nie przeprowadził. Dlaczego? Otóż premier Tusk liczył na koniec kryzysu, na poprawę koniunktury gospodarczej. Gdyby kryzys się skończył, wzrósłby eksport i inwestycje bezpośrednie, bezrobocie by spadło a wpływy budżetowe by wzrosły. Podstawowe problemy rozwiązałyby się „same”, bez specjalnego wysiłku ze strony rządu, „bolesne reformy” okazałby się niepotrzebne – przynajmniej na krótką metę, w kilkuletniej perspektywie dokończenia tej i odbycia następnej kadencji. Trzeba bowiem pamiętać, że systemowi emerytalnemu i tak groziłoby załamanie, a znaczna część bezrobocia jest skutkiem okoliczności zewnętrznych, na które już uprzednio wskazywałem: globalizacji i postępu technicznego, także dominacji rynków finansowych nad realną gospodarką.

Ale kryzys się nie skończył. Trwa sobie w najlepsze, nawet jeżeli wydaje się, że obecnie nie przeżywamy jakiejś ostrej fazy. Gdyby nawet, cudownym zrządzeniem losu, miał się skończyć teraz, Polska przed wyborami raczej nie zdążyłaby odczuć pozytywnych skutków pobudzenia gospodarczego: tu zawsze jest pewne opóźnienie czasowe. Skoro więc na czas nie przeprowadzono reform, kryzys zaś się nie skończył, potrzebny byłby plan B. A Donald Tusk go nie ma. Nigdy nie miał.

P.s. PiS najprawdopodobniej wygra przyszłe wybory parlamentarne. Miejmy nadzieję, że kryzys jednak się skończy i w Polsce nastąpi wyraźny wzrost gospodarczy. Złagodzi on gospodarcze skutki groźnych anty-reform, jakie już zapowiada PiS. W przeciwnym wypadku – niech nas Ręka Boska broni… 

Ukradzione przedstawienie

Opera Rara, 13 czerwca. Rodelinda Haendla, grała Capella Cracoviensis, dyrygował Jan Tomasz Adamus, śpiewali Karina Gauvin, Franco Fagioli i inni.

Rodelinda to opera o wyjątkowo prostym, jak na opery barokowe, libretcie: Zły książę napadł na dobrego króla, wszyscy myślą, że go zabił, ale król żyje i przygląda się całej historii zza krzaka. Zły książę zakochał się w żonie króla, tytułowej Rodelindzie, ona jednak wciąż kocha męża i podstępnie zwodzi złego księcia. Wszyscy knują przeciw wszystkim, ale na końcu dobry król zachowuje się szlachetnie, ratując złego księcia przed zamachem ze strony jeszcze gorszego księcia i wszystko kończy się dobrze. Nie ma w tej operze żadnych fajerwerków muzycznych, słynnych, przebojowych arii, ale całość jest przyjemna i na równym, wysokim poziomie.

Śpiewająca partię tytułową sopranistka Karina Gauvin, choć jest już śpiewaczką bardzo dojrzałą, wciąż dysponuje przepięknym, donośnym głosem i dobrą techniką. Pozostali soliści różnie: tenor Carlo Vincenzo Allemano nieco zawiódł, śpiewał obok orkiestry, w dodatku jakby nieco niechlujnie, zwłaszcza w pierwszym akcie. Alcistka Marina de Liso też nie miała dobrego dnia. Bas Ugo Guagliardo mi się nie podobał, za to kontratenor Filippo Mineccia wypadł zaskakująco dobrze – miał tylko trzy arie, w tym jedyną znaną mi dotąd arię z Rodelindy, Fra tempeste funeste, ale zaśpiewał je wybornie.

Słowa uznania należą się orkiestrze. Capella Cracoviensis, wciąż uzupełniona kilkoma muzykami z zewnątrz, grała bardzo dobrze. I nie mam tu na myśli tylko strony technicznej, ale także artystyczną. Kilkuletnie wysiłki Jana Tomasza Adamusa, który walcząc z rozmaitymi środowiskami postanowił przekształcić Capellę w zespół klasy światowej, zaczynają przynosić owoce.

Z kronikarskiego obowiązku zaznaczę, że tym razem w sprzedawanym programie były błędy, trzeci akt był źle opisany, jedną arię i końcowy chór pominięto, inne arie poprzestawiano. To jednak drobiazg, wieczór był całkiem udany.

Tyle napisał bym, gdyby nie ten solista, którego dotąd pominąłem: argentyńsko-włosko-hiszpański kontratenor Franco Fagioli. To głównie dla niego kupiłem bilety. I nie zawiodłem się. Fagioli ma wszystko: dużą skalę głosu, piękne brzmienie, głos donośny, talent aktorski, wyczucie muzyczne i niesamowitą mimikę. Nie śpiewa jak Jaroussky, który tylko otwiera usta i „samo” mu się śpiewa. Fagioli pracuje mięśniami całej twarzy, co robi duże wrażenie. Trochę przypomina Cecylię Bartoli z jej najlepszych lat: gdy już skończy śpiewać, a orkiestra jeszcze gra, on wciąż stoi, przeżywa i robi miny. Nie wiem, czy publiczność wiedziała, kto to Fagioli (ja wiedziałem), czy była totalnie zaskoczona, ale po każdej arii nagradzała go niesamowitymi brawami, zupełnie nieudawanymi, znacznie głośniejszymi i dłuższymi, niż pozostałych solistów. Franco Fagioli ukradł show pozostałym! Chyba kulminacją całej opery jest duet Bertarido (Fagioli) i Rodelindy (Gauvin) kończący drugi akt. Świetny duet, a głosy śpiewaków niemal idealnie zestrojone. Czy wspominałem już, że Haendel był arcymistrzem duetów? No więc był. Ale na mnie największe bodaj wrażenie zrobiła pierwsza aria Fagiolego. Niebywała koloratura na dove sei, śpiewana a capella, zaczynająca się prawie od szeptu, kończąca wręcz krzykiem, przy absolutnie cichej, zahipnotyzowanej sali, wciąż brzmi mi w uszach. 

Dobra muzyka, wybitny artysta, bardzo piękny koncert.

I znów w kokpicie

Tygodnik Wprost w najnowszym numerze pisze, że gen. Błasik być może jednak był w kokpicie Tupolewa 10 kwietnia 2010, ale miał prawo tam być, gdyż wykonywał „lot inspektorski”. Dla mnie to nic nowego. Już w czerwcu 2010, tuż po ogłoszeniu pierwszego transkryptu rozmów w kabinie, spekulowałem (Gdzie był generał), że gen. Błasik formalnie był dowódcą załogi i nie poszedł do kokpitu aby wywierać presję na załogę, ale by załodze pomóc. Później wyjaśniło się, że nie był dowódcą, ale najprawdopodobniej był „inspektorem” tego lotu (patrz komentarze do wpisu Trawienie raportu). Czyżby Wprost czytał mojego bloga?

Dla porządku przypomnę, co pisałem poprzednio i co się wyjaśniło:

  • Znaczną częścią wynagrodzenia pilota wojskowego jest dodatek lotniczy, który pilot uzyskuje zgromadziwszy odpowiedni „nalot”. Sztabowcy mają niewiele możliwości latania, więc wykorzystują każdą nadarzającą się okazję.
  • Jednym ze sposobów „nalatania”, choć nie jest się członkiem załogi, są loty inspektorskie. Jak twierdzi ten bloger, gen. Błasik, jako Dowódca Sił Powietrznych, wydał przepis, na podstawie którego oficer mający uprawnienia instruktorskie na jakiś typ samolotu, mógł być inspektorem na dowolnym innym samolocie. Gen. Błasik był instruktorem na SU-22 oraz na Iskrze, a zatem, na podstawie własnego rozporządzenia, mógł zostać inspektorem lotu Tupolewa.
  • Mógł, ale czy naprawdę był? Tego nie wiadomo. Niewątpliwie mianowanie się inspektorem w locie do Smoleńska było dla gen. Błasika bardzo łatwym sposobem nabicia kilku godzin do nalotu. Gdyby był inspektorem, powinno to być uwzględnione w dokumentacji. Nie ma jednak śladu takiego dokumentu. Albo dokumentacja została zniszczona (nb, ten komentarz do artykułu w Polityce jest chyba przedrukiem materiału z Nie), albo, skoro skądinąd wiadomo, jak w Pułku Specjalnym podchodzono do procedur, Błasik postanowił być inspektorem (nikt nie mógł zaprzeczyć, że tym samolotem leciał!), a papiery miano uzupełnić później. Albo wreszcie gen. Błasik nie był inspektorem tego lotu.

Ja przypuszczam, że gen. Andrzej Błasik był inspektorem prezydenckiego lotu do Smoleńska. Nie wywierał bezpośredniej presji na załogę, choć obecność inspektora, i to w osobie najwyższego dowódcy Sił Powietrznych, musiała załogę usztywnić. Gen. Błasik chciał nawet załodze pomóc. Co jednak oznacza, że w kokpicie był – był, gdyż jako inspektor, powinien był tam być.

Dzielna tygrysica

Czy ja krytykowałem kiedyś Ann Hallenberg? No tak, niezbyt podobała mi się w Alcinie u Minkowskiego ani w Przepowiedni messeńskiej u Biondiego, ale na tegorocznych Misteriach podobała mi się bardzo, gdy wystąpiła z Les Talens Lyriques Christophe’a Rousseta. Wczoraj w nocy, prokrastynując, na Mezzo trafiłem na koncert Ann Hallenberg z Berlina z 2011, znów z Les Talens Lyriques. Tytuł bodajże malo oryginalny, Farinelli il castrato. W programie arie różnych kompozytorów, głównie Porpory, nieznane mi i muzycznie nie nadzwyczajne, ale Hallenberg śpiewała je świetnie. To jest kunszt, znakomicie zaśpiewać coś, co nie jest samograjem, którego tylko nie należy zepsuć.

A na koniec Hallenberg naprawdę znakomicie zaśpiewała dwie arie Haendla: Lascia ch’io pianga z Rinalda i, przede wszystkim, myśliwską arię Ruggiera z AlcinySta nell’ircana.  

To jest inne wykonanie tej arii – też Ann Hallenberg, ale inna orkiestra. Na You Tube jest jakieś pirackie nagranie z berlińskiego koncertu, ale kiepskiej jakości, więc go tu nie umieszczam. Zupełnie siebie nie rozumiem, czemu Hallenberg nie spodobała mi się, gdy śpiewała w Krakowie całą rolę. Swoją drogą, to jest od strony technicznej piekielnie trudna aria. Haendel pisał pod konkretnych śpiewaków i ich specyficzne warunki głosowe – w tym wypadku pierwszym wykonawcą był Giovanni Carestini – a współcześni wykonawcy muszą się okrutnie męczyć, żeby to wyśpiewać. Ann Hallenberg się to znakomicie udało.

Być doktorantem

Bodaj najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest Po co doktorat. Argumentuję tam, że celem studiów doktoranckich jest zrobienie doktoratu i prowadzenie badań naukowych. Doktorat, poza bardzo nielicznymi przypadkami, nie poprawia pozycji na pozaakademickim rynku pracy. Jeśli więc ktoś nie zamierza się zajmować nauką, nie powinien się na studia doktoranckie wybierać.

Nie wycofuję się z tamtych słów. Pisałem je jednak do osób stojących przed wyborem: normalna praca czy studia doktoranckie. Teraz jednak o normalną pracę jest trudno. Jednocześnie wyraźnie rośnie popularność studiów doktoranckich, choć szanse na znalezienie pracy w instytucjach naukowych i akademickich są jeszcze mniejsze, niż dawniej. Zjawisko zauważyła już i prasa (także tutaj), i bardziej specjalistyczne opracowania. Jednak popularność studiów doktoranckich może wydawać się dziwna, skoro oznaczają one dodatkowe, niekiedy znaczne, obowiązki, zaledwie 20% doktorantów otrzymuje jakiekolwiek, zazwyczaj niskie, stypendia (choć z rzadka pojawiają się programy, które płacą doktorantom całkiem wysokie stypendia, na ogół z grantów zewnętrznych lub funduszy europejskich), a doktorat w niewielkim tylko stopniu zwiększa szanse posiadacza na znalezienie pracy adekwatnej do kwalifikacji. Czymże więc można ową popularność wytłumaczyć?

Zacznijmy od wykresu przedstawiającego wzrost liczby doktorantów w Polsce:

Liczba doktorantów i doktoratów w Polsce

Rysunek ten, opracowany w oparciu o dane GUS, świadczy, iż zainteresowanie studiami doktoranckimi jest mocno związane z sytuacją gospodarczą, a co za tym idzie, z sytuacją na rynku pracy. Liczba doktorantów szybko rosła, ale wzrost ten wyhamował w pierwszej połowie lat 2000, gdy panowała dobra koniunktura gospodarcza, wzmocniona dodatkowo absorpcją funduszy unijnych. Liczba doktorantów zaczęła nawet spadać, osiągając lokalne minimum w roku 2007. Jednak po wybuchu światowego kryzysu finansowego, gdy firmy zaczęły mniej chętnie zatrudniać nowych pracowników, zwłaszcza na normalnych umowach o pracę, liczba doktorantów zaczęła jeszcze szybciej wzrastać. W roku 2011/12 było już w Polsce ponad 40 tysięcy doktorantów. 

Rekapitulując, jeśli łatwo można znaleźć normalną pracę, liczba doktorantów nie rośnie. Jeśli o pracę jest trudno, liczba doktorantów rośnie.

Czym jednak przyciągają studia doktoranckie, jeśli nie stypendiami?

Po pierwsze, będąc doktorantem, zachowuje się większość uprawnień studenckich: prawo do zniżek, prawo do ubiegania się o pomoc materialną i wreszcie rzecz niesłychanie ważną, choć często niedocenianą: ubezpieczenie zdrowotne. Trzeba jednak pamiętać, że z punktu widzenia ZUS doktoranci różnią się pod jednym ważnym względem od zwykłych studentów. Mianowicie, pracodawca zatrudniający doktoranta na podstawie umowy-zlecenia, musi za niego odprowadzać składki ZUSowskie – zdrowotne i na ubezpieczenie społeczne. Zatrudniając w ten sposób studenta, nie musi. W każdym bądź razie doktorant (uczestnik studiów doktoranckich) nie musi obawiać się, że choroba będzie oznaczać finansową katastrofę. 

Po drugie, bycie doktorantem oznacza posiadanie dość wysokiego statusu społecznego, co z tego, że zupełnie nieadekwatnego i do statusu materialnego, i do pozycji w hierarchii akademickiej. Znacznie milej jest powiedzieć „robię doktorat z komunikacji społecznej” niż „jestem recepcjonistką na umowie śmieciowej”, nawet jeśli oba te zdania są jednocześnie prawdziwe.

Po trzecie, cóż, część absolwentów studiów magisterskich wciąż żywi całkowicie błędne przekonanie, że doktorat wzmocni ich pozycję na rynku pracy. Nie, nie wzmocni. Uczelnie ze swej strony zachęcają absolwentów do podejmowania studiów doktoranckich, gdyż na każdego doktoranta otrzymują dotację z Ministerstwa, a znacznie tańsi od asystentów doktoranci i załatwiają część dydaktyki, i podejmują liczne czynności administracyjno-organizacyjne, i wreszcie prowadzą badania naukowe, przyczyniające się do wzrostu prestiżu i zatrudniających ich wydziałów, i ich bezpośrednich opiekunów naukowych. Co w tym wszystkim najgorsze, niektóre uczelnie wprost oszukują osoby rozważające podjęcie studiów doktoranckich, mamiąc ich fałszywymi obietnicami stałego zatrudnienia na uczelni lub w instytucie naukowym po uzyskaniu doktoratu. Owszem, jeden na kilku (kilkunastu?) młodych doktorów taką pracę w końcu dostaje, ale większość może się tylko obejść smakiem.

Po czwarte, tym nielicznym, którzy naprawdę chcieliby zająć się pracą naukową, studia doktoranckie dają świetną po temu okazję. Umożliwiają one także udział w konkursach grantowych, a więc zdobywanie pieniędzy na badania, co może także obejmować dodatkowe wynagrodzenie dla doktoranta.

Studia doktoranckie są zatem kotwicą, zabezpieczeniem przed niepewnością kolejnych umów śmieciowych: choć (na ogół) nie płacą i (na ogół) wymagają, jeśli wszystko inne zawiedzie, zostanę przynajmniej z ubezpieczeniem zdrowotnym, robiąc dobrą minę do złej gry. I to, plus błędne przekonanie o wartości doktoratu na rynku pracy, stanowi o popularności studiów doktoranckich.

Zauważmy na koniec, że tylko niewielka część doktorantów zostaje w końcu doktorami. Ponieważ studia doktoranckie trwają zazwyczaj cztery lata, w Polsce co roku powinno być nadawane mniej więcej dwa razy więcej doktoratów, niż faktycznie jest. Biorąc pod uwagę, że część doktoratów wciąż powstaje „z wolnej stopy”, oraz że według GUS ponad jedna czwarta doktoratów nadawana jest w naukach medycznych – a w medycynie, w przeciwieństwie do większości innych dziedzin, doktorat uważany jest za podniesienie kwalifikacji zawodowych, ponadto szczególnie wielu lekarzy doktoryzuje się poza formalnymi strukturami studiów doktoranckich – mniej niż połowa doktorantów kończy swoje studia obroną doktoratu. Z innych szacunków wynika, że tylko 30% uczestników studiów doktoranckich uzyskuje stopień naukowy. Przypuszczam, że większość owych „niedokończonych doktorantów” to osoby, które w końcu zdobyły normalną pracę i zabezpieczenie w postaci studiów doktoranckich przestało im być potrzebne.

Mahdi

Antoni Macierewicz oświadczył, iż ma dowody na to, że trzy osoby przeżyły katastrofę smoleńską. Oczywiście nie ujawnił tych dowodów, ani nawet nie powiedział nic więcej na ten temat. Bodajże najważniejszym z domniemanych dowodów jest relacja pewnego BORowca, któremu ktoś powiedział, że widział trzy karetki odjeżdżające na sygnale z miejsca katastrofy. Mnóstwo ludzi już Macierewicza skrytykowało, przede wszystkim za to, że igra sobie z uczuciami rodzin ofiar katastrofy, ale poseł Macierewicz z pogodnym uśmiechem trwa przy swoim. Prezes Tysiąclecia, Jarosław Kaczyński, wziął stronę Macierewicza i powiedział – a to oznacza, że taka jest oficjalna linia PiSu –  że on też 10 kwietnia roku pamiętnego słyszał, że trzy osoby przeżyły, że wśród nich może być jego brat i że informacja ta pochodzi z polskiego MSZ. MSZ gwałtownie zaprzeczył, że rozpowszechniał takie informacje, ale cóż to ma za znaczenie? A mnie się przypomniało, że w czasie skandalu ekshumacyjnego, gdy okazało się, że kilka ciał ofiar źle zidentyfikowano i pochowano w „niewłaściwych” grobach, Jarosław Kaczyński powiedział, że nie rozpoznał zwłok brata po otwarciu trumny w Warszawie (choć miał je rozpoznać w Smoleńsku). A na to wszystko nakłada się rzekomo kategoryczny zakaz otwierania trumien w Polsce (zakaz był z powodów sanitarnych, wymagały tego przepisy międzynarodowe, ale polski prokurator mógł go uchylić – i w kilku przypadkach, w których rodziny o to prosiły, uchylał), żeby nie można było stwierdzić, czyje ciała – i co w ogóle – zostało sprowadzone do Polski.

Ech, te wszystkie rządowe tłumaczenia, w które wierzą tylko lemingi…

Myślę, że niewiele dzieli nas od ogłoszenia – na podstawie powyższych dowodów i poszlak! – że Lech Kaczyński przeżył zamach, został uwięziony przez Rosjan i przebywa gdzieś w ukryciu. W tej sytuacji Bronisław Komorowski jest uzurpatorem, ogłoszone przez niego wybory parlamentarne były nieważne, a wyłoniony po tych wyborach rząd – bezprawny. My więc powinniśmy cierpieć i pokutować za wydanie Prawdziwego Prezydenta w ręce wrogów, przede wszystkim jednak w głos i nieustannie protestować przeciwko uzurpacji. Gdyż Prawdziwy Prezydent gdzieś żyje, już stara się o to, aby uciec swoim oprawcom i w końcu ucieknie, wyzwoli się i tryumfalnie powróci do Polski. A wówczas przegoni ciemiężących Naród uzurpatorów, przywróci w Polsce Boży porządek, prawo i sprawiedliwość. Jak Mahdi.

Widmo ciemnej materii

Kilka dni temu zespół kosmicznego spektroskopu AMS poinformował o zaobserwowaniu nadmiaru wysokoenergetycznych pozytonów w przestrzeni kosmicznej. W Gazecie Wyborczej pisał o tym Piotr Cieśliński. Obserwacja ta może stanowić „namacalny” dowód istnienia ciemnej materii – i stąd właśnie bierze się zainteresowanie mediów.

Ciemna materia

Ciemna materia nie jest przedmiotem moich badań naukowych, ale kilka lat temu zacząłem się nią interesować, trochę ze wstydu, że ja, fizyk, tak niewiele wiem o czymś, co wydaje się tak bardzo ważne. W efekcie napisałem nawet artykuł popularnonaukowy do Fotonu (Foton 103, 16-22 (2008)). Istnienie ciemnej materii zostało pierwszy raz zasugerowane w latach ’30 XX wieku – okazało się, że musi istnieć coś, jakaś dodatkowa materia, która wywiera swój grawitacyjny wpływ na pozostałą materię, w szczególności na gwiazdy, i nadaje im obserwowane prędkości. Materia ta jest niewidoczna, nie pochłania ani nie wysyła światła bądź innego promieniowania, a zatem jest ciemna.

Obecnie wydaje się, że ciemna materia gromadzi się głównie nie tam, gdzie początkowo przypuszczano, to znaczy w galaktykach, ale w przestrzeni międzygalaktycznej, stabilizując gromady galaktyk i czyniąc z nich największe związane obiekty we Wszechświecie. Obserwacje mikrosoczewkowania grawitacyjnego w gromadach galaktyk potwierdzają (prawie na pewno) istnienie ciemnej materii. Ba, jest jej kilka razy więcej, niż materii widzialnej!

Większość fizyków uważa, że oprócz materii widzialnej i ciemnej istnieje rzecz jeszcze bardziej egzotyczna, zwana ciemną energią. Wywiera ona ujemne ciśnienie i powoduje, że ekspansja Wszechświata nieustannie przyspiesza. Mamy jednak tylko pośrednie przesłanki świadczące o istnieniu ciemnej energii.

Eksperyment AMS

Czym jest ciemna materia? Tego nie wiadomo. Zgodnie z paradygmatem fizyki przypuszcza się, że tworzą ją jakieś cząstki; zgodnie z tym samym paradygmatem cząstki te powinny oddziaływać nie tylko grawitacyjnie: Powinno występować jakieś pozagrawitacyjne – choć bardzo, bardzo słabe – oddziaływanie cząstek ciemnej materii ze sobą i z cząstkami materii zwykłej. Jednym z możliwych procesów jest anihilacja cząstek ciemnej materii, w wyniku której produkowane są strumienie elektronów i pozytonów. Elektronów jest w przestrzeni kosmicznej dużo, trudno więc odróżnić te pochodzące od ciemnej materii. Co innego pozytony – ich jest mało, a więc jeżeli gdzieś zauważymy wzrost ich liczby, może to świadczyć o tym, że dowodzą one anihilacji – a więc uprzedniego istnienia! – cząstek ciemnej materii.

Obserwacje takie prowadził już włoski satelita PAMELA, ale wyniki nie były w pełni przekonujące.

Zainstalowany na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) wielki Alpha Magnetic Spectrometer (AMS) przeznaczony jest do badania promieniowania kosmicznego. AMS zaprojektował, zbudował, a teraz obsługuje 600-osobowy zespół badawczy, kierowany przez noblistę Samuela Tinga. Pierwszym zadaniem AMS było właśnie poszukiwanie nadmiarowych pozytonów, mogących pochodzić z anihilacji ciemnej energii, i zmierzenie ich widma energetycznego. Na konferencji prasowej w CERN zaprezentowano pierwsze wyniki.

AMS data

Ten wykres stanowi niewątpliwy znak, że coś się dzieje. Są nadmiarowe pozytony i mają swoją strukturę energetyczną, ba, taką, która pasuje do pewnego modelu teoretycznego ciemnej materii. Nie ma jednak całkowitej pewności, że zarejestrowane cząstki pochodzą z anihilacji ciemnej materii – mogą też pochodzić z jakichś niezaobserwowanych pulsarów lub innych egzotycznych źródeł. Nie ma też całkowitej pewności jakie powinno być galaktyczne tło pozytonowe, a zatem ile nadmiarowych pozytonów tak naprawdę zaobserwowano. I najważniejsze, gdyby pozytony pochodziły z anihilacji cząstek ciemnej materii, ich widmo energetyczne powinno mieć wyraźny pik, odpowiadający podwojonej masie anihilujących cząstek. Być może pik taki pojawi się w wysokoenergetycznej części widma, której dotąd nie udało się zmierzyć.

Dlatego też Ting jest bardzo ostrożny i nie mówi o odkryciu cząstek ciemnej materii, ale o „zaobserwowaniu nowego zjawiska fizycznego” i zapowiada dalsze pomiary, przede wszystkim w wysokoenergetycznej części widma. Ting chciałby, aby zarejestrowane dotąd 7 milionów cząstek ostatecznie stanowiło tylko 10% całości.

Można zadać pytanie dlaczego zatem Samuel Ting zdecydował się ogłosić niepełne wyniki? Złośliwi twierdzą, że eksperyment AMS był niezwykle kosztowny (dwa miliardy dolarów wobec planowanych kilkudziesięciu milionów!), więc musiał pokazać jakieś ciekawe wyniki, żeby uzasadnić swoje istnienie. Na ten aspekt zwraca uwagę Science w swoim komentarzu.

Przewrót kopernikański

W starożytności i średniowieczu to Ziemia stanowiła centrum Wszechświata. Kopernik umieścił w centrum Słońce, a Ziemię przegnał na orbitę. Mr William Herschel pokazał, że Układ Słoneczny leży gdzieś na uboczu Galaktyki. Edwin Hubble udowodnił, że nasza Galaktyka jest tylko jedną z bardzo wielu galaktyk, które w dodatku oddalają się od siebie. Ha, cóż, okazaliśmy się zaledwie drobnym pyłkiem gdzieś wewnątrz nieogarnionego Wszechświata, ale przynajmniej wiedzieliśmy, z czego ten Wszechświat jest zbudowany. Albo tak nam się przynajmniej wydawało.

O ciemnej materii prawie na pewno wiemy, że istnieje. W kwestii ciemnej energii dysponujemy tylko niepotwierdzonymi hipotezami. Ale jeżeli ciemna energia rzeczywiście istnieje, to wedle dostępnych dziś danych, zawiera w sobie około 72% całkowitej energii Wszechświata. Mniej więcej 23% przypada na ciemną materię, niecałe 5% na zwykłą materię i wszelkie znane formy promieniowania, przy czym materia wszystkich gwiazd i ich układów planetarnych zawiera zaledwie 0,4% całkowitej energii Wszechświata (olbrzymia większość zywkłej materii występuje w postaci bardzo rozrzedzonej plazmy galaktycznej i międzygalaktycznej). To zestawienie daje pojęcie o naszej roli we Wszechświecie.

A jeśli przyjąć hipotezę Wieloświata (ang. Multiverse), cały nasz Wszechświat okaże się tylko jednym z nieprzebranej liczby wielu współistniejących wszechświatów. Tak wygląda współczesny przewrót kopernikański.

Moje dawne teksty o ciemnej materii, z nieaktywnego już bloga Świat – jak to działa:
21.08.08 Ciemna materia trochę jaśniejsza. Być może
28.08.08 PAMELA 007
 5.11.08 Galaktyczne kłopoty
 9.12.08 PAMELA i balony
12.12.08 Zważyć niewidzialne
 4.05.09 Nie widać ciemności
21.12.09 Ciemna materia, dwa trafienia
14.02.10 Zbyt jasno na ciemną materię