Znowu nie wyszło

Znowu w życiu mi nie wyszło, mógłby zaśpiewać Prezes Kaczyński za swoim byłym senatorem, który chyba wstydzi się tego epizodu w swoim życiu (i nie mam tu na myśli znakomitej piosenki). Jarosławowi Kaczyńskiemu nie wyszła kolejna próba politycznego podłączenia się do cudzej inicjatywy – tym razem do referendum edukacyjnego, firmowanego przez państwo Elbanowskich.

W tym roku odbyła się cała seria wyborów lokalnych i uzupełniających, które przedstawiane były jako wielki sukces PiS.

  • Najpierw był Rybnik, gdzie zwolnił się mandat senatorski po zmarłym Antonim Motyczce (PO). PiS wystawił swojego posła Bolesława Piechę. Po objęciu mandatu senatorskiego przez Piechę, jego mandat poselski automatycznie przejmował następny kandydat na liście PiS (Grzegorz Janik, który z list PiS wchodził do Sejmu w 2005 i 2007), tak więc PiS niewiele ryzykował. Przy niskiej frekwencji, wielkiej mobilizacji liderów i skłóceniu rybnickiej Platformy, PiS wygrał. Trzeba jednak przyznać, że w tym wypadku to PiS wykazał się inicjatywą.
  • Później był Elbląg. Tam wiosną grupa działaczy związana z Ruchem Palikota doprowadziła do referendum, w którym odwołano platformerskiego prezydenta i Radę Miasta. Wygląda na to, że prezydent był arogancki i nieudolny, ale prawdziwym motywem były ambicje lidera Grupy Referendalnej, Kazimierza Falkiewicza. Dopiero gdy było wiadomo, że w Elblągu będą przedterminowe wybory, do akcji, a raczej do kampanii wyborczej, wkroczył PiS, uskrzydlony zwycięstwem w Rybniku. Znów pieniądze i wielka mobilizacja i choć tuż przed drugą turą wyborów wypłynęły PiSowskie taśmy prawdy, na których kandydat na prezydenta miasta przyznawał, że chodzi tylko o to, aby „wyp* tych z Platformy i przejąć władzę”, PiS wygrał. PiS odtrąbił tryumf, a inicjator całego przedsięwzięcia, Kazimierz Falkiewicz, został z niczym.
  • Kolejne było Podkarpacie. Tamtejszy marszałek, Mirosław Karapyta (PSL), oskarżony o korupcję, musiał ustąpić z funkcji. I choć wydawało się, że w sejmiku większość ma koalicja PO-PSL-SLD, PiSowi udało się podkupić dwóch radnych, Lucjana Kuźniara (PSL) i dr. hab. Jana Burka (PO – wcześniej PiS, jeszcze wcześniej PSL, słowem, partie, które w danym momencie mogły zaoferować stanowiska), którzy zagłosowali na kandydata PiS na marszałka, senatora Władysława Ortyla. W nagrodę obaj zostali wicemarszałkami. Nawiasem mówiąc, warto zapamiętać ten fakt. Wszyscy teraz słusznie oburzają się rozdawnictwem posad przez Platformę w zamian za poparcie tego a nie innego kandydata, a PiS robi to samo, tylko że zamiast posad w firmach pół-państwowych, rozdaje stanowiska w samorządzie. 
  • Po objęciu przez Władysława Ortyla stanowiska marszałka województwa, na Podkarpaciu musiały się odbyć wybory uzupełniające do Senatu. Z punktu widzenia PiS były one niemalże formalnością, oni zawsze tam wygrywali, najważniejszy był wynik kandydata ziobrystów (wypadł marnie). PiS znów wykazał się inicjatywą, tyle że ograniczała się ona do politycznego skorumpowania dwóch radnych i obrzucania fałszywymi oskarżeniami kontrkandydatów do mandatu senatorskiego.
  • Dalej – Warszawa. Burmistrz Ursynowa, Piotr Guział, postanowił odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz z funkcji prezydenta Warszawy. Moim zdaniem nie było to uzasadnione, ale o to teraz mniejsza. Ważne, że PiS poczuł szansę bolesnego ugodzenia Platformy i niejako przejął to referendum, gdy Guział, Ruch Palikota i SLD zebrali dostatecznie wiele głosów, aby mogło się ono odbyć. Atak na Platformę, porównywanie referendum do Powstania Warszawskiego, być może uratowały HGW. PiSowi nie wyszła próba podłączenia się do cudzej inicjatywy, a Piotr Guział, tak jak Kazimierz Falkiewicz przed nim, został z niczym.
  • No i wreszcie referendum edukacyjne. Komitet kierowany przez państwo Elbanowskich, pod zupełnie absurdalnym hasłem „Ratujmy maluchy” – tak, jakby państwowa szkoła była jakąś opresją, która zagraża dzieciom i przed którą trzeba je „ratować” (łączy się to z postrzeganiem państwa jako czegoś immanentnie obcego i wrogiego Polakom, patrz Fantomowe ciało króla Jana Sowy) – zebrał milion podpisów, ale koalicja zmobilizowała się i odrzuciła wniosek w Sejmie. Wniosek popierała cała opozycja, chyba nawet nie dlatego, że zgadzali się z celami referendum (choć chyba pod wpływem PiSu do pytań referendalnych dopisano przywrócenie w liceach ogólnokształcących pełnego kursu historii i innych przedmiotów), ale żeby dokuczyć rządowi, wykazać słabość koalicji. No, ale nie udało się.

Rekapitulując, ostatnie tryumfy PiSu, prawdziwe lub tylko zamierzone, nie wynikały ani z politycznej strategii, ani z politycznej przemyślności, lecz były wykorzystaniem albo nadarzającej się okazji (Rybnik, Podkarpacie), albo cudzego pomysłu (Elbląg, Warszawa, referendum edukacyjne). W dodatku te dwa ostatnie, najważniejsze, były nieudane, zapewne w znacznej mierze na skutek pomysłów PiS (referendum warszawskie jak Godzina W, rozszerzenie listy pytań w referendum edukacyjnym). Platforma mogłaby więc odetchnąć z ulgą – gdyby nie to, że ona sama zredukowała się tymczasem do partii władzy, która tylko chce trwać, dzielić frukta i straszyć przeciwnikami, choć pod wieloma względami – na szczęście jeszcze nie wszystkimi – coraz bardziej się do nich upodabnia.




Czas upadków

Szczególny mamy sezon okołopolityczny. Trzeba odnotowywać i dziwować się kolejnym upadkom: a to arcybiskupa, który zresztą niczego nie zrozumiał i nadal raczy zdumioną publiczność kolejnymi elukubracjami na temat przyczyn pedofilii wśród katolickich duchownych, a to smoleńskiego profesora. Na arenie międzynarodowej widzimy upadek relacji euroatlantyckich wraz z zataczającą coraz szersze kręgi aferą podsłuchową. Przywódcy europejscy protestują, ale jakoś niemrawo, bo, po pierwsze, pewnie wiedzieli (spodziewali się), że są podsłuchiwani, a po drugie, sami podsłuchują. Jednak cała sprawa wygląda dość paskudnie, obnażając głęboki brak zaufania pomiędzy de nomine bliskimi sojusznikami. W Kongresie szefowie amerykańskich agencji wywiadowczych tłumaczą, że oni podsłuchują wyłącznie zgodnie z prawem i tylko potencjalnych terrorystów. Znaczy, Angela Merkel i papież Franciszek są terrorystami? No, pięknie. A polscy przywódcy cierpią, bo ich nikt nie podsłuchuje. Tak mało znaczą, biedacy.

W Polsce mamy za to aferę taśmową w dolnośląskiej PO. Zgadzam się z Cezarym Michalskim, iż marginalizacja Grzegorza Schetyny to błąd Donalda Tuska, który w partii i w państwie zostaje niemalże jedynowładcą, ale za to zostaje sam. Niby prawie wszystko może (w granicach prawa, jak u Haška), ale też za wszystko sam odpowiada, a otoczony przez samych dworaków, nie ma nikogo, kto mógłby bez złej woli skrytykować jego pomysły. Zupełnie jak Prezes.

Tymczasem jednak we Wrocławiu zwolennicy przegranego Schetyny pokazują nagrania mające dowodzić korupcji politycznej w zwycięskim obozie Jacka Protasiewicza, czyli – podobno – Donalda Tuska. Posłowie z tej samej partii – nie mam na myśli Schetyny czy Protasiewicza, ale ich niższych rangą współpracowników – skaczą sobie do oczu jak najgorsi wrogowie, składają na siebie doniesienia do prokuratury. Z tej samej partii! I jak ci ludzie mają wspólnie zmieniać Polskę, jak mają przekonać wyborców, że ich wspólna (sic!) drużyna najlepiej się do tego nadaje? I żeby przynajmniej chodziło o coś istotnego, o jakiś spór ideowy, wizję polityczną – ale nie. Chodzi o posady i rady nadzorcze, takie tam. Szmaciarze! Wygląda to jak schyłkowy okres rządów AWS lub SLD.

Chciałem zakończyć stwierdzeniem, że patrząc się na to odczuwam Schadenfreude, ale to nieprawda. Jest mi przede wszystkim bardzo, bardzo przykro. I boję się, co będzie dalej.

Demise profesora Rońdy

Nie komentowałem ostatnich wpadek ekspertów zespołu Macierewicza, bo i po co? Koń iaki jest każdy widzi. Dziś jednak stało się coś zdumiewającego: oto profesor Jacek Rońda, jeden z ekspertów zespołu parlamentarnego, przyznał – zresztą z bardzo zadowoloną z siebie miną – że publicznie kłamał w sprawie przyczyn katastrofy.

Jacek Rońda w TV Trwam

Jacek Rońda przyznał, że w publicznej dyskusji na temat przyczyn katastrofy stwierdził, że piloci nie zeszli poniżej wysokości 100 m, chociaż wiedział, że zeszli. Dalej przyznał, że powoływał się na jakiś dokument z Rosji, choć wiedział, że „nic [istotnego] w nim nie było”. Zrobił to, żeby uzyskać chwilową przewagę polemiczną w dyskusji – gdyż, jak tłumaczył później w prawicowych mediach, 

nie mógł pozostawiać bez odpowiedzi takich zagrywek i prowokacji

– a także po to, aby podważyć ustalenia komisji Millera – tylko dlatego, że były to ustalenia komisji Millera.

Można rzec, iż nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Od dawna uważam, że ludzie lansującyhipotezę zamachu – nie ich słuchacze spośród szerokiej publiczności, ale ci, którzy hipotezę zamachu nagłaśniają i firmują własnymi nazwiskami i autorytetem – są albo szaleni, albo cyniczni. Jacek Rońda okazuje się należeć do tej drugiej grupy. Fi donc!, chciałoby się zakrzyknąć. Przeciwnicy hipotezy zamachu zyskali kolejny, potężny argument.

Ja jednak uważam, że stało się coś bardzo złego. Jacek Rońda jest profesorem, zresztą posiadającym w swojej dziedzinie godny szacunku dorobek. Rońda, choć w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem daleko wykroczył poza swój obszar kompetencji (nie jest nim ani lotnictwo, ani badanie przyczyn wypadków lotniczych), podpierał się swoją profesurą. To dlatego, że Rońda jest profesorem, Macierewicz się na niego powoływał. To dlatego, że Rońda jest profesorem, ludzie ufali jego kompetencjom. I choć rektorzy AGH i PW słusznie oświadczyli, że 

publiczne głoszenie przez naukowców tez niezwiązanych z ich działalnością badawczą nie może być podpierane autorytetem uczelni, na których pracują

za wszystkimi publicznymi wypowiedziami Jacka Rońdy w sprawie Smoleńska zdawał się stać autorytet całej nauki. I oto okazuje się, że profesor Rońda w tej sprawie publicznie kłamał. 

Posłużę się następującą analogią: Kościół powołany jest do udzielania duchowego wsparcia i pouczeń moralnych wiernym. I dlatego, choć większość księży stara się służyć Bogu i ludziom najlepiej, jak umieją, ksiądz-przestępca, na przykład ksiądz-pedofil, bardzo szkodzi wizerunkowi Kościoła, gdyż swymi przestępstwami godzi w samą istotę działalności Kościoła. Lekarze mają pomagać chorym, więc choć większość robi to z dużym poświęceniem, lekarz-łapownik bardzo szkodzi obrazowi swojego środowiska, gdyż przedkładając własne niezasłużone korzyści nad dobro chorego, godzi w istotę swojego zawodu. Naukowcy mają poznawać świat i głosić podbudowaną naukowo wiedzę o świecie, więc choć większość stara się to robić (niekiedy się myląc, ale uczciwie myląc), naukowiec, który publicznie kłamie podpierając się autorytetem nauki, w sprawie, w której mieni się być ekspertem, sprzeniewierza się samej istocie swojego zawodu i szkodzi reputacji nauki.

To właśnie zrobił dziś prof. Jacek Rońda: Nie tylko ośmieszył siebie i zdezawuował zespół Macierewicza, ale też podważył społeczny odbiór całej nauki. Skoro wybitny profesor szanowanej uczelni może kłamać w tak ważnej sprawe, i to kłamać podpierając się autorytetem nauki, to pewnie reszta podobnie robi… Taki morał gotowa jest z tego wyciągnąć zdezorientowana publiczność, ktora na naukę, jej dokonania i dalsze potrzeby, ale też jej demonstrowany elitaryzm, już od dawna patrzy się z dużą podejrzliwością.

Mam nadzieję, że jesteśmy świadkami końca publicznej kariery prof. Jacka Rońdy. Ale budownictwem lądowym i termodynamiką spalania niech się nadal zajmuje, jeśli go to wciąż interesuje. Na tym się chyba zna.

Lampedusa

U brzegów Lampedusy toną kolejne łodzie z imigrantami. Kilka dni temu utonęło 300 osob, dwa dni temu następnych kilkadziesiąt. Papież Franciszek nazywa to hańbą, przewodniczący Komisji Europejskiej Barroso powiada, iż

nie możemy zgodzić się na to, aby tysiące ludzi ginęło u granic Europy.

Lampedusańczycy, którzy nieszczęsnym imigrantom jakoś chcą pomóc, apelują o utworzenie korytarza humanitarnego pomiędzy Afryką Północną a Europą. Europejskie media publikują wzruszające reportaże.

A przecież wszystko to jest podszyte straszną hipokryzją. 

My, Europejczycy, tych imigrantów nie chcemy. Żal nam biednych ludzi, którzy zginęli, ale przede wszystkim chcemy zniechęcić innnych do udawania się do Europy. Nie będzie więc żadnego korytarza humanitarnego, umożliwiającego bezpieczne pokonanie tych stu kilkunastu kilometrów otwartego morza. Nie będzie ułatwień. Reżimy w krajach Północnej Afryki brały od Europy pieniądze za powstrzymywanie migrantów. Jedne reżimy upadły w czasie Arabskiej Wiosny 2011, później upadł reżim Kadafiego i brama od strony afrykańskiej została otwarta.

Nie chcę wnikać w szczegóły europejskiego prawa imigracyjnego, bardzo zawiłego, ale żadne państwa nie chcą przyjmować imigrantów, którzy dotarli do krajów południowej Europy – Włoch, Grecji, Malty, Hiszpanii. Dlaczego? Imigrantów oskarża się o to, że nie szanują naszej kultury, są hałaśliwi, kradną, żebrzą, prostytuują się, napadają, gwałcą, zostają terrorystami, a przede wszystkim wyłudzają pomoc od opieki społecznej. Jest w tym zapewne jakaś część prawdy, może nawet dużo prawdy, ale w jakim stopniu jest to wywołane naszą własną ksenofobią, niechęcią do imigrantów, demonstrowanym brakiem zaufania, traktowaniem ich jak podludzi? Mówi się, że imigranci odbierają Europejczykom pracę. To chyba na ogół nie jest prawdą, gdyż nieznający języków i obyczajów, słabo wykształceni imigranci jeśli już dostają pracę, to taką, której Europejczycy wykonywać nie chcą. Wykształceni imigranci – lub ich wykształcone w Europie dzieci – niekiedy dostają dobrą pracę, ale równie często i tak spotykają się z objawami ksenofobii. No po prostu nie chcemy tych ludzi, i już.

Tymczasem jednak skoro już tym ludziom udało się dotrzeć do Europy, powinno się szybciej rozpatrywać ich podania o azyl (na to trzeba i środków, i dobrej woli!), a tych, którym azyl zostanie przyznany, należy wysyłać do innych krajów – ale niekoniecznie do Niemiec, Holandii czy Skandynawii, ale do Litwy, Bułgarii czy Polski. Chodzi o to, żeby Europa powiedziała: w porządku, chcieliście do Europy, oto więc jesteście, ale Europa to nie tylko najbogatsze kraje z najbardziej wydajnymi systemami opieki społecznej. Ta „gorsza Europa” i tak jest bogatsza i nieskończenie bardziej bezpieczna niż kraje, z których uciekliście. Spróbujcie tu normalnie żyć.

Kluczowe jest to, że Europa musi się wypowiedzieć jako całość, jako Unia, nie zwalać wszystkiego na legislacje i przeciążone systemy krajów granicznych. The Economist rozsądnie komentuje, że jeśli Europa chce nawet nie tyle rozwiązać, ile ograniczyć problem nielegalnych imigrantów, powinna zabiegać o rozwój gospodarczy krajów, z których pochodzą ci ludzie. I tu nie chodzi o żadną pomoc humanitarną, ale o zwykłą współpracę gospodarczą, w szczególności – horribile dictu – o liberalizację handlu, zniesienie barier celnych chroniących europejski rynek przed afrykańskimi produktami rolnymi: bawełną, cukrem, warzywami.

If countries like Italy refuse to take more tomatoes from north Africa, they may simply be condemned to take more people.

Polska tymczasem nie radzi sobie nawet z tymi nielicznymi nielegalnymi imigrantami, którzy docierają do nas przez wschodnią granicę. Procedury ciągną się miesiącami, imigranci żyją w obozach niewiele różniących się od więzień, są doniesienia o poniżającym traktowaniu imigrantów przez personel tych obozów, dzieci nie chodzą do szkoły, a wszystkie lokalne społeczności sąsiadujące z ośrodkami dla imigrantów nieodmiennie domagają się, żeby zostały one natychmiast zamknięte. Gdzieś te ośrodki niech będą, byle nie u nas!

Moim zdaniem Polska powinna zacząć od tego, żeby wszystkie dzieci imigrantów, nawet tych z jeszcze nierozpatrzonymi sprawami, posyłać do szkół. Do zwykłych szkół, nie do jakichś specjalnych ośrodków szkolnych na terenie ośrodków. Państwo powinno im przy tym opłacić wszystkie podręczniki i pomoce szkolne, a także wyżywienie w szkolnej stołówce. Dzieci nie znają polskiego? Jeśli nie pójdą do szkoły, to się go nie nauczą. A jeśli się nie nauczą, to na pewno nigdy się z Polską nie zintegrują. Polska powinna też przestać wyrzucać tych imigrantów, którzy mieszkają tu już kilka lat, faktycznie się zintegrowali, pokończyli szkoły, zaczęli pracować. Ale wciąż są „nielegalni”. Ach, na pewno chcą wykorzystać hojność naszego państwa, albo zakładać tu bazy terrorystów, albo jedno i drugie. Zapewne takie przypadki się zdarzają, ale nie można z góry zakładać, że tak będzie. Jak zawsze (czyli w Polsce: jak nigdy) trzeba zakładać dobrą wolę.

Ale o czym ja w ogóle piszę? Polska nie potrafi ułożyć sobie stosunków ze społecznością „imigrantów”, którzy mieszkają tu od kilkuset lat: z Cyganami. Nastroje antycygańskie narastają w całej środkowej Europie…

Katastrofa arcybiskupa

Ostatnio zmienił się ton wypowiedzi polskiego Kościoła w sprawie pedofilii duchownych. Może to wpływ papieża Franciszka, może Kościół zaczął odczytywać znaki czasu, czyli reagować na nastroje społeczne, a może wreszcie efekt głośnego skandalu pedofilskiego z udziałem polskich duchownych na Dominikanie, czyli tak daleko, że nie dało się go ani wyciszyć, ani ukryć. Tak czy siak, polski Kościół przestał wreszcie traktować wszystkie oskarżenia o pedofilię jako „ataki na Kościół”. Przyznał, że jest problem, a pedofilia księży jest ciężkim występkiem. Sekretarz Konferencji Episkopatu Polski (KEP), bp Wojciech Polak, przeprosił ofiary pedofilii, a kanclerz kurii ultrakonserwatywnego abp. Hosera, który na tej samej konferencji w lekceważącym tonie umniejszał rangę oskarżeń wobec jednego z podległych sobie księży, został w ekspresowym tempie pozbawiony funkcji.

Oczywiście niektórym hierarchom zdarzały się też wypowiedzi mniej zręczne, budzące głośną krytykę. Moim zdaniem, niekiedy niesprawiedliwą. Broniłem nawet wypowiedzi prymasa Kowalczyka i biskupa Pieronka. Chciałem wrócić do tej sprawy na blogu, rozwinąć ją, ale nic z tego. Ubiegł mnie abp Józef Michalik.

Przy okazji obrad KEP w sprawie zwalczania pedofilii wśród duchownych (sic!), przewodniczący KEP, abp Michalik, powiedział:

Wielu tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby relacje między rodzicami były zdrowe. […] Często niewłaściwa postawa wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

To jest niemalże ten sam argument, co twierdzenie, iż zgwałcona kobieta, która miała za krótką spódniczkę lub za duży dekolt, „sama była sobie winna”. Niemalże ten sam argument, gdyż w istocie to, co powiedział abp Michalik, jest jeszcze gorsze: Molestowane dziecko jest winne nie tylko swojej krzywdy, ale także upadku, winy duchownego. Biedny ksiądz, podstępne dziecko grzesznych rodziców go uwiodło!

Słowa Michalika są nie dość, że głupie i szkodliwe, ale po prostu niegodziwe i przerażające. On chyba naprawdę tak myśli! Przerażony Michalik później przepraszał i swoje słowa prostował, rzecznik episkopatu coś bredził o „błędnych interpretacjach wypowiedzi księdza arcybiskupa”, ale katastrofa już się stała. Już poszła w świat. Już weszła do kanonu wypowiedzi abp. Michalika, obok obrony proboszcza-molestatora z Tylawy i wezwania, aby „katolik głosował na katolika, Żyd na Żyda”. Polski episkopat twierdzi, że za pedofilię duchownych odpowiadają molestowane dzieci. A ksiądz rzecznik jeszcze kilka dni temu zaklinał się, że od czasów sprawy z Tylawy arcybiskup wiele zrozumiał i całkiem się zmienił.

Żeby ratować resztki, reszteczki autorytetu polskiego Kościoła, abp Józef Michalik powinien jak najszybciej, najlepiej już jutro, podać się do dymisji – jeśli nie z funkcji metropolity przemyskiego, to przynajmniej z przewodniczenia KEP.

Księże arcybiskupie, wzywam księdza! 

Sztuczne Fiołki

Genetyczny patriota

Poseł PiS Marek Suski chwali się w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego:

Dziś modliłem się również na cmentarzu Powązkowskim przy grobie mojego stryja, który zginął w powstaniu o to, aby w przyszłości pod pomnikiem powstańców kwiaty mogli oficjalnie składać potomkowie powstańców, a nie Wehrmachtu. Panie Boże spraw!

Wiadomo, że chodzi o Tuska, co zresztą sam poseł Suski ochoczo potwierdza.

Poseł Marek Suski największy wkład w polską myśl polityczną wniósł w roku 2006, gdy przy okazji układania list kandydatów w wyborach samorządowych podał definicję genetycznego patriotyzmu:

Jeśli rodzina kandydata walczyła o Polskę, o niepodległość, dziadek był w AK, a pradziad uczestniczył w powstaniu styczniowym, to taki ktoś daje nam gwarancję genetycznego patriotyzmu.

Pojęcie to było krytykowane nawet przez prawicowych komentatorów:

Nawet nie interpretując teorii „genetycznego patriotyzmu” w duchu rasistowskim, każdy zna przypadki, gdy ojciec porządny, matka porządna, a syn świnia. No bo chyba jednak Markowi Suskiemu nie chodziło o to, że są dwie grupy Polaków, jedni z dobrymi genami, drudzy ze złymi i w tym systemie kastowym nie ma między możliwości zmiany swego zdeterminowanego położenia.

Obecne przywołanie dziadka z Wehrmachtu dowodzi jednak, iż Suskiemu chodziło o to drugie. Taki genetyczny patriotyzm – prymitywny, plemienny, będący w istocie zaprzeczeniem patriotyzmu – wydaje mi się czymś nad wyraz obrzydliwym i wstrętnym.

Genetyczny patriota Suski nigdy nie pojmie, dlaczego na polach Gettysburga, w pięćdziesiątą rocznicę bitwy, weterani obu stron, pod oryginalnymi sztandarami, padli sobie w ramiona (Gettysburg reunion). Genetyczny patriota Suski nie zrozumie, dlaczego kanclerz Kohl i prezydent Mitterand w 70 rocznicę wybuchu I Wojny Światowej stali trzymając się za ręce na cmentarzu wojennym w Verdun. Genetyczny patriota nie zrozumie ani wstrząsającego napisu, jaki na cmentarzu wojennym w Gallipoli kazał umieścić Kemal Pasza (Ataturk), ani nawet sensu listu biskupów polskich do biskupów niemieckich 1965 – słowa o potomkach Wehrmachtu świadczą, że genetycznemu patriocie bliżej jest do ówczesnego stanowiska Władysława Gomułki.

Genetyczny patriota Marek Suski jest, moim zdaniem, żywym dowodem na niesłuszność koncepcji Inteligentnego Projektu: Żaden inteligentny Bóg ani demiurg czegoś takiego, jak Suski, nigdy by nie zaprojektował.

Budżet i OFE

London Bridge is falling down. Tegoroczny budżet trzeba znowelizować – obciąć wydatki i powiększyć deficyt; żeby to ostatnie było prawnie możliwe, trzeba zlikwidować, pardon, zawiesić jeden z progów ostrożnościowych zapisanych w Ustawie o finansach publicznych.

To nie jest radosna perspektywa, ale też, samo w sobie, nie jest to katastrofa. Skoro dochody są zdecydowanie niższe od planowanych, trzeba to uwzględnić w budżecie, a zarazem, aby nie ciąć zbyt drastycznie wydatków, trzeba zwiększyć deficyt. 2/3 wpływów budżetowych pochodzi z podatków pośrednich, istnieje tu więc wyraźne sprzężenie zwrotne: Mniejsze wydatki państwa oznaczają mniej pieniędzy u obywateli, co dusi popyt i sprawia, że do budżetu trafia z powrotem jeszcze mniej pieniędzy. Co prawda sytuacja Polski jest o wiele lepsza, niż Grecji czy Portugalii, ale przykłady tych krajów pokazują, że zbyt radykalne obcinanie wydatków rządowych raczej pogłębia recesję, przynajmniej krótkoterminowo. Długotrwałe życie ponad stan prowadzi do jeszcze większych problemów, ale to jest inna opowieść.

Tak więc gdyby stan budżetu był spadkiem po nieudolnych poprzednikach, wynikiem jakiejś tragicznej katastrofy naturalnej, konsekwencją niepodziewanego i głębokiego światowego kryzysu lub działaniem siły nieczystej, obecnym planom rządowym wypadałoby przyklasnąć. Problem polega na tym, że to obecny rząd sam na ten kryzys budżetowy zapracował, nie robiąc nic – no dobrze: robiąc bardzo niewiele – żeby stan finansów państwa naprawić.

PiSowska opozycja nowelizację budżetu, a już zwłaszcza naruszenie progu ostrożnościowego, krytykuje, co jest z ich strony pewną hipokryzją – po wybuchu kryzysu Jarosław Kaczyński wzywał do praktycznie nieograniczonej emisji obligacji w celu „ratowania gospodarki”. Gdyby rząd go wówczas posłuchał, nasza sytuacja mogłaby być podobna do greckiej. Dzisiaj Jarosław Kaczyński wzywa do powołania komisji śledczej i krzyczy „gdzie są pieniądze?!”, zgodnie ze swoim rozumieniem gospodarki: jeżeli czegoś brakuje, to znaczy, że ktoś to ukradł. Tymczasem tych pieniędzy nikt nie ukradł, po prostu nigdy ich nie było. Minister Rostowski, konstruując budżet, założył, że wpływy podatkowe będą o wiele wyższe, niż w istocie są.

Niektórzy twierdzą, że był to swego rodzaju gambit Rostowskiego: Świadomie przeszacował dochody, żeby skonstruować „optymistyczny” budżet, zachęcający ludzi do wydawania pieniędzy. Budżet oszczędny przestraszyłby konsumentów, co, zgodnie z opisanym wyżej mechanizmem sprzężenia zwrotnego, jeszcze bardziej zmniejszyłoby wpływy budżetowe i zdusiło gospodarkę. Poza tym mniejszy deficyt oznaczał mniejsze potrzeby pożyczkowe rządu, a zatem niższą rentowność obligacji, a więc niższe koszta obsługi długu publicznego – państwo polskie, okazuje się, zarobiło na oszustwie Rostowskiego. Zarazem sektor finansowy z góry oczekiwał, że budżet będzie jednak nowelizowany, a więc nowelizacja, gdy już stała się faktem, nie zachwiała ratingiem Polski. Być może rzeczywiście była to sprytna „inżynieria budżetowa”, ale jednocześnie dowód na to, iż jedynym planem obecnego rządu jest przeczekanie światowego kryzysu, jak już poprzednio pisałem.

Deficyt budżetu w wielkiej części spowodowany jest dotacjami do ubezpieczeń społecznych: Państwo znacznie więcej wydaje w postaci emerytur i rent niż zbiera w postaci składek. Wiele osób krzyczy więc, żeby państwo wzięło pieniądze z OFE. I tak się zapewne stanie, może nie wszystkie, ale część pieniędzy zostanie z OFE zabrana, ja jednak powiadam: Proszę zostawić OFE w spokoju!

OFE mają wiele wad, z których największą są bardzo wysokie prowizje pobierane przez instytucje zarządzające OFE. Wysokość tych prowizji nie jest uzasadniona ani ponoszonym ryzykiem (jest niemal żadne), ani wspaniałymi wynikami inwestycyjnymi (są raczej niewielkie – jest to zresztą kolejna wada systemu OFE). Zapomina się przy tym, że wysokość prowizji już została ustawowo zmniejszona (i słusznie). Natomiast większość pozostałych zarzutów, jakie stawia się OFE w obecnej dyskusji, jest zwyczajnie nieprawdziwa. Przede wszystkim to nie składka do OFE jest głównym źródłem deficytu systemu ubezpieczeń społecznych, który musi być pokrywany dotacją budżetową. Dopłaty do emerytur mundurowych, górniczych, sędziowsko-prokuratorskich, do KRUS i do zupełnie niezreformowanego systemu rentowego pochłaniają o wiele więcej. Dalej, nie jest prawdą, że pieniądze w OFE, a więc przyszłe emerytury, są szczególnie zagrożone wahaniami koniunktury. OFE, z mocy prawa (sic!), za większość swoich środków kupowały obligacje rządowe – jeśli państwo nie zbankrutuje i nie odmówi wykupu obligacji, te pieniądze są bezpieczne. A jeśli państwo zbankrutuje, odczuje to także ZUS. Dalej, gdy widzę pałace, jakie buduje sobie ZUS, gdy czytam, ile kosztowała informatyzacja ZUS, wciąż niefunkcjonalna i niedokończona, myślę sobie, że OFE, wraz z ich prowizjami i wydatkami na własne utrzymanie, mogłyby być wzorem powściągliwości. Wreszcie trzeba pamiętać, że reforma, w wyniku której powołano OFE, nigdy nie została dokończona: System emerytalny miał być uzupełniany wpływami z prywatyzacji – nigdy nie był – miał być stworzony fundusz rezerwy demograficznej – obecny rząd go przejada (to znaczy beneficjenci systemu ubezpieczeń społecznych go, za rządowym przyzwoleniem, przejadają) – KRUS i specjalne systemy emerytalne miały zostać zlikwidowane – nie zostały – system rentowy miał być zreformowany – nie został. Ba, reforma emerytalna była świadomie psuta prze tworzenie wyjątków: najpierw z powszechnego systemu wyjęto służby mundurowe, potem górników. Stało się tak ze względów czysto politycznych – rządy, którym groziła klęska wyborcza, chciały sobie kupić trochę głosów. I tak zresztą przegrały.

Kolejne rządy mają wyraźną skłonność do rujnowania systemu emerytalnego w zamian za bieżące korzyści polityczne, w dodatku iluzoryczne. Dlatego jestem całym sercem za zachowaniem OFE, to znaczy za prawnym zagwarantowaniem, że chociaż część pieniędzy na przyszłe emerytury jest zabezpieczona przed zakusami aktualnej – każdej aktualnej – władzy. I nie, solenne zapewnienia, że pieniądze „w ZUSie” będą bezpieczne, w żadnym razie mi nie wystarczają. Tym bardziej, że „w ZUSie” nie ma żadnych pieniędzy – system ZUSowski jest całkowicie repartycyjny. A jeśli – gdy?! – za kilkanaście lub niewiele więcej lat system emerytalny załamie się na skutek dzisiejszych machinacji rządowych, będzie płacz i zgrzytanie zębów. A tego, jako kraj, zdecydowanie powinniśmy starać się uniknąć.

Twierdzę nawet, że OFE już odegrały pozytywną rolę. Otóż tylko dlatego, że „zabrakło” pieniędzy przekazanych do OFE, rząd Platformy podjął jakieś kroki w celu poprawy systemu emerytalnego, mianowicie w znacznej części zlikwidował wcześniejsze emerytury oraz podwyższył i wyrównał pomiędzy płciami wiek emerytalny, a także przeprowadził cząstkową – zdecydowanie zbyt płytką i niewystarczającą, ale lepszą, niż żadną – reformę emerytur mundurowych. Utrzymujący się „brak” pieniędzy przekazywanych do OFE być może skłoni rząd do podejmowania dalszych kroków naprawczych: reformy systemu rentowego, głębokiej reformy emerytur mundurowych, może nawet likwidacji KRUS czy emerytur górniczych. Cóż, może ktoś powiedzieć, że są to z mojej strony marzenia ściętej głowy – może i tak, ale jednego jestem pewien: jeśli rząd (budżet państwa) zagarnie pieniądze z OFE, żadnych reform systemu ubezpieczeń społecznych w przewidywalnej przyszłości nie będzie. A potem będzie już za późno.

Build it up with stone so strong…

Al Jarreau w Krakowie

Wczoraj byliśmy na koncercie Ala Jarreau w Operze Krakowskiej. Al Jarreau wciąż świetny, cieszący się muzyką, żartujący z publicznością. Korzystał ze wsparcia chórków – ludzie na ogół nie młodnieją. Wystąpił z zespołem, z którym stale ostatnio występuje – też bardzo sprawnym, profesjonalnym i świetnie przygotowanym. Zagrali i zaśpiewali trochę nowych, trochę starych numerów, w tym największe przeboje Ala Jarreau, Spain Chicka Corei i Take Five Dave’a Brubecka, a właściwie Paula Desmonda. Dobry, radosny, starannie zrealizowany koncert gwiazdy światowego formatu – dobry, ale nie porywający.

Na zakończenie koncertu, po starannie wyreżyserowanych bisach, Al Jarreau wrócił na scenę prowadząc pod pachę Adzika Sendeckiego. He’s my friend, powiedział i razem zagrali-zaśpiewali-zaimprowizowali Summertime. I to było porywające.

Za dwa lata

Niebawem w Polsce rozpocznie się seria wyborów różnego szczebla. Najważniejsze wybory, prezydenckie i parlamentarne, odbędą się za dwa lata. Na skutek skrócenia kadencji Sejmu w 2007, wybory te zbiegną się już po dziesięciu, nie po dwudziestu latach. Jednak na skutek kilkumiesięcznego przyspieszenia wyborów prezydenckich po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego, tym razem wybory prezydenckie odbędą się przed parlamentarnymi. Ta odwrócona sekwencja może mieć istotny wpływ na ostateczny wynik wyborów.

Wybory prezydenckie wygra obecny prezydent, Bronisław Komorowski. Jarosław Kaczyński nie wystartuje. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w bardzo spersonalizowanych wyborach prezydenckich, musiałyby ujawnić się wszystkie złe cechy Kaczyńskiego, co skazałoby go na porażkę, a porażka Kaczyńskiego osłabiłaby szanse PiS w wyborach parlamentarnych. Po drugie, Jarosław Kaczyński wie, że w Polsce to premier, nie prezydent, dysponuje znacznie większą władzą. PiS oczywiście nie będzie sobie mógł pozwolić na niewystawienie kandydata, wysunie więc jakiegoś „prezydenta technicznego”, na przykład profesora Piotra Glińskiego. Gliński jest porządnym człowiekiem, ale czy to on, czy ktokolwiek inny na jego miejscu, będzie całkowicie niesamodzielną marionetką w rękach Kaczyńskiego, świecącą wyłącznie światłem odbitym. Ktoś taki w wyborach prezydenckich nie ma szans. PiSowi zresztą wcale nie będzie zależeć na wygraniu tych wyborów (byleby nie oznaczało to osobistej porażki Jarosława Kaczyńskiego), o czym za chwilę.

Bronisława Komorowskiego natomiast nie dotykają kłopoty Platformy. Komorowski cieszy się sporym osobistym szacunkiem i zaufaniem. Prezydent, moim zdaniem skutecznie, od Platformy się dystansuje, nie chcąc być – w przeciwieństwie do swojego poprzednika – jedynie funkcjonariuszem partyjnym. Spodziewam się nawet, że dystans dzielący Komorowskiego od Platformy będzie podkreślany. Powiedzmy, Donald Tusk oświadczy, że wcale nie jest oczywiste, że Komorowski miałby zostać kandydatem Platformy, że przydałyby się platformiane prawybory. Tusk się z tego szybko wycofa i Platforma poprze Komorowskiego, ale działające na korzyść Komorowskiego wrażenie dystansu pozostanie. Ostatecznie Bronisław Komorowski wygra, choć nie będę się upierał, że nie dojdzie do drugiej tury.

Na marginesie dodam, że w wyborach prezydenckich wystartuje i sromotnie przegra w pierwszej turze Zbigniew Ziobro, który rok wcześniej przegra wybory do europarlamentu. Ziobrze nie pozostanie nic poza skamleniem o przyjęcie go na powrót do PiSu – nie wiem, czy skuteczne. Mam nadzieję, że będzie to ostateczny koniec kariery politycznej Zbigniewa Ziobry, wyjątkowo antypatycznego egocentryka.

Z wyborami parlamentarnymi będzie inaczej. Może się co prawda zdarzyć, że Platformie uda się tak bardzo odbudować poparcie, że będzie mogła liczyć na wygraną – jest to możliwe, ale raczej niezbyt prawdopodobne. W takim wypadku o wyniku zadecyduje frekwencja. Nie sądzę, aby PiS zyskał wielu nowych zwolenników, ale jego żelazny elektorat, zwarty i zmobilizowany, na pewno pójdzie zagłosować na PiS. Tymczasem wśród wyborców Platformy wielu (choćby i ja w 2011) głosowało na tę partię nie z sympatii do jej przywódców i programu, ale po to, aby powstrzymać PiS. Niestety, Platforma zrobiła bardzo wiele, aby część swoich wyborców do siebie zrazić (pisałem o tym wiele razy), a że pamięć ludzka jest krótka, PiS zaś wyraźnie poprawiło swoje PR, strach przed powrotem PiS do władzy już nie działa. Zniechęceni wyborcy Platformy częściowo przerzucą swoje głosy na jakieś formacje lewicowe, ale głównie zostaną w domu. Twardych zwolenników Platformy jest, jak się wydaje, mniej, niż twardych zwolenników PiS. Mobilizacja tych ostatnich może, przy niskiej frekwencji, sprawić, że względna pozycja PiS wśród osób, które zdecydują się na udział w wyborach, będzie wysoka i PiS te wybory wygra.

Gdyby PiS nie był w stanie samodzielnie utworzyć rządu, SLD nie będzie miało wielkich obiekcji przed wejściem z nim w koalicję. Kaczyński przestanie tak ostentacyjnie popierać Rydzyka, za to znowu pochwali Gierka i SLD to kupi. Kupi, bo działacze są głodni posad i władzy, a z drugiej strony Leszek Miller wie, że kolejnej szansy ze względu na wiek już może nie dostać.

Wróćmy na koniec do wyborów prezydenckich. Otóż wygrana Bronisława Komorowskiego zadziała demobilizująco na wielu przeciwników PiS, którzy dotąd głosowali na Platformę. Pomyślą oni, że dysponujący prawem weta prezydent będzie stanowił barierę przed najbardziej aberracyjnymi pomysłami PiS. Oni więc „nie będą musieli” głosować na mniejsze zło, jakim byłaby Platforma. Ta sama Platforma, która już ich boleśnie zawiodła i która, w ich mniemaniu, nie będzie zasługiwać na kolejny głos. Niech rządzi PiS, pomyślą, bo gdyby przyszło co do czego, prezydent wybawi nas z opresji. Nie jest to rozumowanie pozbawione podstaw – pod warunkiem, że frekwencja nie spadnie tak nisko, że PiS zdobędzie samodzielną zdolność przełamywania prezydenckiego weta. Tym bardziej zaś – horribile dictu – samodzielną większość konstytucyjną.

Bo wtedy wszystkie te rachuby wezmą w łeb.

Plan B

PiS w sondażach ma już dziewięciopunktową przewagę nad Platformą. PiS pławi się w samozachwycie. Platforma bezradnie spogląda na Tuska. Tusk nie wie, co robić.

Komentatorzy podkreślają, że to nie tyle PiSowi rośnie, ile Platformie spada. Wskazują też na liczne, mniejsze i większe, błędy Tuska i Platformy: niespełnione obietnice, zaniechanie reform, „filozofię ciepłej wody w kranie”, unikanie ważnych tematów, kunktatorstwo w sprawach światopoglądowych, majstrowanie przy OFE, arogancję i hipokryzję, wyczerpanie się potencjału strachu przez powrotem PiSu, odpychanie od siebie „naturalnych” zwolenników, ogólne wrażenie, że państwo kiepsko działa, a jednocześnie jest nieprzychylne obywatelom.

A mnie się wydaje, że zrozumiałem, na czym polegał podstawowy błąd Donalda Tuska.

Zacznijmy od diagnozy problemu. Najważniejszymi problemami, z jakimi boryka się Polska, a zatem rząd, a zatem Platforma, są groźba załamania się budżetu i rosnące bezrobocie. Gdyby one znikły, znacząco poprawiłyby się nastroje społeczne i z wszystkimi innymi problemami, większymi i mniejszymi, można byłoby próbować sobie radzić. Załamaniu się budżetu można było zapobiegać radykalnie reformując finanse państwa, przede wszystkim system emerytalny: tnąc wszelkie przywileje emerytalne i zmieniając system rentowy. Tego jednak Tusk nie zrobił, gdyż chciał uniknąć „bolesnych reform”. Bolesne reformy mają bowiem to do siebie, że bolą od razu, a ich pozytywne skutki dają się odczuć dopiero po jakimś czasie, zawsze też pozostaje grupa, która więcej traci, niż zyskuje. Jednak gdyby system świadczeń społecznych zreformowano tak, aby nie były potrzebne gigantyczne dotacje z budżetu państwa (które teraz próbuje się zastąpić częściową nacjonalizacją OFE), obecnie nie groziłoby załamanie się budżetu. Pośrednio mogłoby to też pozytywnie wpłynąć na rynek pracy: możliwość poluzowania śruby fiskalnej, zmniejszenie kosztów pracy, zachęciłyby do tworzenia miejsc pracy. Nic takiego jednak się nie stało.

Nawiasem mówiąc, chęć unikania „bolesnych reform” tłumaczy, przynajmniej częściowo, także i kunktatorstwo w sprawach światopoglądowych. Takie lub inne rozwiązanie sprawy in vitro, związków partnerskich, funduszu kościelnego etc jednym by się spodobało (przy czym na pewno byliby tacy, którzy chcieliby jeszcze dalej idących zmian, a więc oni też nie byliby w pełni zadowoleni), innym nie. A Tusk chciałby się podobać wszystkim, nikogo nie chciałby do siebie zrażać – a tak się rządzić nie da. Tym bardziej, że Tusk i tak liczne grupy do siebie zraża, w dodatku całkiem głupio i niepotrzebnie, mianowicie wtedy, gdy albo zachowuje się jak autokrata, albo gdy mówi językiem PiS, albo jedno i drugie.

Wracając do głównego nurtu, widzimy, że Tusk prawie żadnych reform systemowych nie przeprowadził. Dlaczego? Otóż premier Tusk liczył na koniec kryzysu, na poprawę koniunktury gospodarczej. Gdyby kryzys się skończył, wzrósłby eksport i inwestycje bezpośrednie, bezrobocie by spadło a wpływy budżetowe by wzrosły. Podstawowe problemy rozwiązałyby się „same”, bez specjalnego wysiłku ze strony rządu, „bolesne reformy” okazałby się niepotrzebne – przynajmniej na krótką metę, w kilkuletniej perspektywie dokończenia tej i odbycia następnej kadencji. Trzeba bowiem pamiętać, że systemowi emerytalnemu i tak groziłoby załamanie, a znaczna część bezrobocia jest skutkiem okoliczności zewnętrznych, na które już uprzednio wskazywałem: globalizacji i postępu technicznego, także dominacji rynków finansowych nad realną gospodarką.

Ale kryzys się nie skończył. Trwa sobie w najlepsze, nawet jeżeli wydaje się, że obecnie nie przeżywamy jakiejś ostrej fazy. Gdyby nawet, cudownym zrządzeniem losu, miał się skończyć teraz, Polska przed wyborami raczej nie zdążyłaby odczuć pozytywnych skutków pobudzenia gospodarczego: tu zawsze jest pewne opóźnienie czasowe. Skoro więc na czas nie przeprowadzono reform, kryzys zaś się nie skończył, potrzebny byłby plan B. A Donald Tusk go nie ma. Nigdy nie miał.

P.s. PiS najprawdopodobniej wygra przyszłe wybory parlamentarne. Miejmy nadzieję, że kryzys jednak się skończy i w Polsce nastąpi wyraźny wzrost gospodarczy. Złagodzi on gospodarcze skutki groźnych anty-reform, jakie już zapowiada PiS. W przeciwnym wypadku – niech nas Ręka Boska broni…