Olimpijska euforia

Kraków przeciw igrzyskomPo złotych medalach Justyny Kowalczyk, Zbigniewa Bródki i podwójnym Kamila Stocha – moje najszczersze gratulacje! – premier Donald Tusk z wielkim entuzjazmem wypowiadał się o perspektywach organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie. A cóż właściwie sukcesy w Soczi zmieniają w kwestii organizacji igrzysk? Ano, nic. Igrzyska nadal pozostają bardzo kosztowne – moim zdaniem zdecydowanie ponad możliwości finansowe, a także ponad potrzeby Polski.

Premier mówił o budowie profesjonalnego toru lodowego – w grę wchodzi także zadaszenie któregoś z istniejących torów – tak w perspektywie igrzysk, jak i treningów polskich łyżwiarzy. Piękna inicjatywa, ale czy tor lodowy nie podzieli losu toru kolarskiego w Pruszkowie? Zbudowany w 2008 za 100 mln złotych, pochodzących głównie ze środków Ministerstwa Sportu, w pełni profesjonalny, nowoczesny, najpierw stracił sponsora a teraz niszczeje, gdyż nie ma pieniędzy nawet na zapewnienie odpowiedniego ogrzewania. Przez jakiś czas tor był w ogóle odcięty od mediów. Ja w kontekście olimpijskich planów nieustannie powtarzam, że środki na budowę obiektów olimpijskich zapewne w końcu się znajdą (kosztem innych potrzeb, ale jednak), natomiast nikt nie myśli z czego te obiekty będą utrzymywane po zakończeniu wielkiej imprezy. Los stadionów zbudowanych na Euro2012, krakowskiego stadionu Wisły, a także toru kolarskiego w Pruszkowie, jest tego wymownym przykładem. Takie reprezentacyjne obiekty sportowe, także inne budynki publiczne, białe słonie, budowane w okresie prosperity lub pod presją wielkiego wydarzenia „pokazowego”, stają się kamieniem młyńskim, ciągnącym na dno budżety lokalnych samorządów, którym przychodzi je utrzymywać.

Przy okazji zaobserwować można smutne – ale nieuniknione? – zjawisko politycyzacji sporu wokół organizacji igrzysk. Tomasz Leśniak z inicjatywy Kraków Przeciw Igrzyskom dość naiwnie cieszy się, że wniosek o referendum lokalne, któremu sprzeciwia się Platforma, uzyskał wsparcie grupy radnych PiSu. Przecież PiS nie sprzeciwia się igrzyskom dlatego, że ich organizacja to fatalny pomysł – a jest! – ani raptem nie popiera demokracji lokalnej – PiS to par excellence centraliści. PiS obecnie sprzeciwia się organizacji igrzysk tylko dlatego, że pomysł ten popiera Platforma. W Komitecie Organizacyjnym działają posłowie Platformy, inicjatywa ma wsparcie platformerskich radnych Krakowa, ministra sportu (wyjątkowo nieudanego), a teraz samego premiera. W Polsce wszelkie inicjatywy, projekty nie są oceniane przez pryzmat tego, czy służą ludziom i państwu, ale która grupa polityczna na nich skorzysta. Jest to przekleństwem polskiej polityki. 

Prawdziwe intencje PiSu wobec planów organizacji igrzysk ujawnił wczoraj Adam Hofman w programie Kawa na Ławę. Jestem zwolennikiem wielkich projektów, powiedział. Platformie zarzucił, że stworzycie stanowiska po 100000 dla waszych kolesi, a igrzysk i tak nie dostaniemy, zakończył zaś wymownym hasłem igrzyska tak, Platforma nie. Oto prawdziwa postawa PiSu wobec igrzysk. Politycy jednej i drugiej z głównych partii są równie głupi, nie zwracają uwagi na zagrożenia, a ich jedynym zmartwieniem jest to, aby przeciwnicy przypadkiem nie skorzystali na tej inicjatywie. Mogę sobie doskonale wyobrazić, że po wygranych przez PiS wyborach, gdy ten wymieni skład Komitetu Organizacyjnego, ex-ministrowi Biernatowi i posłance Marczułajtis łuski spadną z oczu i zobaczą, jak niebezpieczny i kosztowny jest pomysł organizacji igrzysk w Krakowie. Zwłaszcza pod szkodliwym kierownictwem PiSu.

Uff. Dla porządku dodam, że premier, mówiąc o budowie profesjonalnego toru lodowego, zapowiadał też budowę „zimowych orlików”, torów lodowych i tras biegowych dla dzieci i młodzieży. I to akurat jest dobry pomysł, należy go bowiem traktować jako inwestycję o charakterze społecznym.

Cios dla Krakowa

Kraków przeciw igrzyskomWczoraj Sztokholm wycofał swoją kandydaturę do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022. Władze Sztokholmu argumentują, że infrastruktura sportowa jest droga i niepotrzebna, część (tor bobslejowy) trzeba będzie po igrzyskach rozebrać, igrzyska są bardzo kosztowne, budżet niewiarygodny, miasto zaś ma ważniejsze potrzeby (program budownictwa mieszkaniowego). Mądrzy Szwedzi.

To bardzo poważny cios dla Krakowa, gdyż jego szanse rosną.

Od dawna już planowałem napisać, że z całego serca, z całej duszy, ze wszech sił jestem przeciwko kandydaturze Krakowa. To, że miasto w ogóle zgłosiło swoją kandydaturę, uważam za szkodliwe, głupie, a nawet niemoralne.

Przeciwko aplikacji Krakowa przemawia przede wszystkim wysoki koszt budowy obiektów olimpijskich (mam świadomość, że sporo ma powstać na Słowacji) i również wysoki, trudny do oszacowania, koszt ich późniejszego utrzymania. Ten ostatni aspekt dość często jest pomijany, a dla mnie jest bodaj najważniejszym argumentem przeciw. Ani Krakowa, ani Polski w ogóle nie stać na budowę białych słoni – reprezentacyjnych obiektów, które po zakończeniu igrzysk będą kulą u nogi samorządów. Nawet jeśli budżet centralny i mityczna Unia Europejska dołożą się do budowy, na pewno nie dołożą się do kosztów późniejszego utrzymania. Czy los Hiszpanii i los stadionów zbudowanych na Euro2012, a w Krakowie los stadionu Wisły, niczego nas nie nauczył? Ile milionów budżet państwa dokłada do utrzymania Stadionu Narodowego? Ile dokładają poszczególne miasta? Jaki wkład do kryzysu w Hiszpanii ma konieczność utrzymywania obiektów publicznych, zbudowanych w okresie obfitego finansowania unijnego? A z innej beczki, czy boom budowlany przed Euro przyczynił się do rozkwitu branży budowlanej, czy też raczej do jej upadku? Dlaczego znowu chcemy popełniać te same błędy?! 

Nawiasem mówiąc, wykorzystanie pieniędzy europejskich na budowę obiektów sportowych byłoby czystym marnotrawstwem. Czystym, bezmyślnym marnotrawstwem. 

Kraków jest miastem bardzo zadłużonym. Miasto oszczędza na oświetleniu ulic, dogęszcza klasy w szkołach, „optymalizuje” koszta żywienia dzieci w szkołach (na czym tracą najbiedniejsi), kontempluje zamykanie Młodzieżowych Domów Kultury, obcina dotacje na imprezy kulturalne, skądinąd stanowiące świetną reklamę Krakowa, nie ma środków na likwidację niskiej emisji, więc podnosi lokalne podatki i opłaty, oszczędza na komunikacji miejskiej, skracając i likwidując linie autobusowe, rozszerza strefę płatnego parkowania, nawet nie ukrywając, że głównym powodem jest chęć zwiększenia wpływów do kasy miasta – ale powiada, że będzie miało jakiś miliard, żeby dołożyć się do budowy obiektów olimpijskich. Na razie wysupłało kilkanaście milionów (nb, więcej, niż zyska na podwyżce opłat za wieczyste użytkowanie) na przygotowanie dokumentacji aplikacyjnej. Władze miasta twierdzą, że nie zorganizują referendum lokalnego żeby dowiedzieć się, czy mieszkańcy są za, czy przeciw organizacji ZIO, gdyż referendum byłoby zbyt drogie, ale wydaje duże pieniądze na przygotowanie wypasionych spotów reklamujących ZIO w Krakowie. Takie postępowanie wydaje mi się niemoralne. Czyta to ktoś z moich znajomych, krakowskich radnych i działaczy politycznych? Powtórzę: postępowanie miasta, w rządzeniu którym uczestniczycie, uważam za niemoralne. 

Przeciwko kandydaturze Krakowa przemawia też fatalna infrastruktura drogowo-kolejowa (o tym oraz o argumentach zwolenników organizacji ZIO napiszę osobno), zanieczyszczenie powietrza w Krakowie i całkowita niepewność tego, czy w Polsce będzie śnieg! W Krakowie w miesiącach zimowych rządzi smog i owszem, jego głównymi źródłami są niska emisja i transport samochodowy, jakoś można (i powinno się – ale miastu brak środków w budżecie!) z tym walczyć, ale sporą winę ponosi samo położenie Krakowa, ukształtowanie terenu, którego jednak nie da się zmienić. Co zaś się odnosi do śniegu, to zima taka, jak w tym roku, nie byłaby niczym nieprawdopodobnym. I co wtedy?

Poza Krakowem, kandydatury zgłosiły Oslo, Ałma Ata (Almaty), Lwów i Pekin. Chyba przyjdzie kibicować Ałma Acie?

Chlew umysłowy

W niedawnym Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej Robert Siewiorek ostrzegał, że my, ludzkość, możemy trafić do umysłowego chlewa (odnoszę się tu do wersji z wydania papierowego artykułu, którą przeczytałem dopiero dziś rano i stąd moje wzburzenie). Autor, cytując licznych wcześniejszych badaczy, wzywa do odbudowania statusu humanistyki, gdyż jeśli nie, grozi nam, że

przetrwają nauki stosowane (technologia i medycyna). Nauka czysta jest […] skazana na unicestwienie, bo coraz bardziej zagrażają jej wszelkiej maści fundamentaliści religijni, kreacjoniści, technofoby i skąpi, ograniczeni politycy […] jakby znaczenie miała dla nas tylko taka wiedza, która pozwala skonstruować kolejny gadżet […], obiecująca konsumenckie zadowolenia, zaspokojenie pragnień, lepszą zabawę i więcej wszystkiego

albowiem

mamy drugą dyktaturę ciemniaków – zwulgaryzowaną technopopkulturę z jednej strony i agresywny pseudohumanistyczny zabobon z drugiej.

Wszystko byłoby pięknie, wypadałoby tylko przyklasnąć i rozpowszechniać te trafne ostrzeżenia, gdyby nie jeden drobiazg. Pisze Siewiorek:

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, łysi nie wyliby na wykładach prof. Baumana. Natomiast poznański Uniwersytet Ekonomiczny nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny ks. prof. Bortkiewiczowi, wrogowi gender, żłobków i zatrudniania kobiet. Wykładu, dodajmy, w którym moderatorem światopoglądowego sporu stały się pałki i paralizatory.

Szlag mnie trafił. Jakiś inny redaktor równie dobrze mógłby napisać

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, faceci w sukienkach nie zrywaliby wykładu ks. prof. Bortkiewicza. Natomiast Uniwersytet Wrocławski nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny prof. Baumanowi, stalinowskiemu zbrodniarzowi.

Prawda, że to ta sama poetyka? Niestety, „kulturowa lewica” – do której mimo wszystko mi bliżej, niż do katolickich integrystów, ale tylko odrobinę – najwyraźniej uważa, że gdy „łysi” zrywają wykład autorytetu lewicowego, jest to hańba i zagrożenie swobodnej wymiany myśli, natomiast jeśli „aktywistki i aktywiści feministyczni” zrywają wykład autorytetu kościelnego, są to uprawnione działania w ramach „sporu światopoglądowego”. I owszem, panie redaktorze Siewiorek, argument z autorytetu dr hab. filozofii Magdaleny Środy, iż Bortkiewicz

kwestionuje naukowość pewnej gałęzi humanistyki i nauk społecznych

ma dokładnie taką samą wartość, jak argument z autorytetu ks. dr. hab. filozofii Dariusza Oko, iż 

ideologia gender niszczy małżeństwo i rodzinę oraz przyczynia się do rozwiązłości seksualnej.

Są to stanowiska autorytarne, oparte wyłącznie o przekonania wygłaszających je osób, z założenia negujące prawomocność argumentów strony przeciwnej. Chodzi mi więc o to, że w Polsce zupełnie brak jest dialogu. Ideolodzy jednej i drugiej strony toczą swoje monologi, wygłaszają kazania do wierzących i uważają, że ideologów przeciwnych lepiej jest zakrzyczeć, niż wysłuchać. Kryje się za tym, w istocie, niepewność własnych racji: Jeśli bowiem owi przeciwni ideolodzy plotą bzdury, przecież nie mogą nikogo przekonać – bo głoszą bzdury – więc niechby sobie mówili. Ale jeśli trzeba ich zakrzyczeć, uniemożliwić im swobodną wypowiedź, to chyba tylko dlatego, że mogliby kogoś przekonać, przekabacić na swoją modłę. Jednak skoro tak, to być może ich tezy nie są całkowicie bzdurne.

Tymczasem ideologicznych przeciwników – dopóki mówią, a nie walą w mordę – trzeba wysłuchać. Po pierwsze dlatego, że każdej koncepcji dobrze robi konieczność odpowiedzi na krytykę, nawet niesprawiedliwą. Po drugie, choć ideologicznych przeciwników zapewne nie uda się przekonać, pozostaje jeszcze „milcząca większość”, środek, który przekonywać zawsze warto. Tym bardziej, jeżeli debata nominalnie dotyczy dobra i praw owej milczącej większości.

Tolerancja oznacza przyzwolenie na głoszenie poglądów, z którymi się żywiołowo nie zgadzamy. Nie oznacza to adherencji do owych poglądów, a jedynie ich prawo do istnienia w przestrzeni publicznej. Tę prawdę pojmował Voltaire. Tej prawdy nigdy nie pojął Kościół (ktoś mógłby skomentować, że Kościół jak najbardziej ją pojął i dlatego jest przeciwnikiem tolerancji). Jest niezwykle smutne, że prawdy tej nie pojmuje współczesna lewica. W ten sposób lewicowi ideolodzy sami włączają się do obozu agresywnego pseudohumanistycznego zabobonu.

Opera rara, 12 grudnia

Z kronikarskiego obowiązku, z dwutygodniowym opóźnieniem, donoszę, że 12 grudnia odbył się kolejny koncert z cyklu Opera Rara: Francesco Maria Veracini, Adriano in Siria, grała Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi (bez muszki!). Pełna obsada – tutaj.

Nieznany mi dotąd Veracini był włoskim kompozytorem, działającym w Londynie w czasach Haendla. Należał do grupy kompozytorów rywalizujących z Haendlem, z którymi ten w końcu przegrał. Można więc powiedzieć, że skoro dziś podziwiamy opery Haendla, ciekawe jest usłyszeć co się ówczesnej publiczności bardziej podobało.

Z opery zachowały się tylko arie, duety i sinfonie; recytatywy musiał dopisać Biondi. Libretto jest bardzo luźno i kompletnie ahistorycznie oparte o perypetie cesarza Hadriana w czasach jego wojen z Partami. Arie tej opery są dosyć długie, pełne technicznych trudności, bardzo wymagające, ale wykonawcy byli w dobrej formie i nieźle sobie z nimi radzili. Szczególnie dobrze radziła sobie Ann Hallenberg (Farnaspe), a już zwłaszcza w mistrzowsko wykonanej arii Amor, dover, rispetto kończącej akt drugi.

Był tylko jeden problem: To jest po prostu kiepska muzyka.

Odniosłem wrażenie, że długość arii i wszystkie te chwyty techniczne – bardzo wyrafinowane! – miały przesłonić fakt, iż kompozytor muzycznie nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

I tu nie mogę się powstrzymać od pytania: Po co takie dzieło wystawiać, w szczególności, po co je kompletować, dopisując recytatywy? Wystarczyłoby nagrać kilka najlepszych arii (i tak gorszych od przeciętnych arii Haendla), a jeśli już koniecznie wystawiać całość, czy śpiewacy nie mogli by zachowanych tekstów recytatywów po prostu, hm, recytować? Jakość muzyczna dzieła nie usprawiedliwia wymagania „integralności”, a jeśli argumentem miało być to, żebyśmy mogli usłyszeć, co się osiemnastowiecznym Londyńczykom podobało bardziej od Alciny – czego zresztą pojąć nie mogę – to jednak recytatywy skomponowane przez Fabio Biondiego pozostają dwudziestopierwszowiecznymi kompozycjami Biondiego, nie zaś osiemnastowiecznymi kompozycjami Francesca Veraciniego. Po cóż więc Biondi to zrobił? Żeby pokazać, że potrafi? Owszem, potrafi. No i…?

Znowu nie wyszło

Znowu w życiu mi nie wyszło, mógłby zaśpiewać Prezes Kaczyński za swoim byłym senatorem, który chyba wstydzi się tego epizodu w swoim życiu (i nie mam tu na myśli znakomitej piosenki). Jarosławowi Kaczyńskiemu nie wyszła kolejna próba politycznego podłączenia się do cudzej inicjatywy – tym razem do referendum edukacyjnego, firmowanego przez państwo Elbanowskich.

W tym roku odbyła się cała seria wyborów lokalnych i uzupełniających, które przedstawiane były jako wielki sukces PiS.

  • Najpierw był Rybnik, gdzie zwolnił się mandat senatorski po zmarłym Antonim Motyczce (PO). PiS wystawił swojego posła Bolesława Piechę. Po objęciu mandatu senatorskiego przez Piechę, jego mandat poselski automatycznie przejmował następny kandydat na liście PiS (Grzegorz Janik, który z list PiS wchodził do Sejmu w 2005 i 2007), tak więc PiS niewiele ryzykował. Przy niskiej frekwencji, wielkiej mobilizacji liderów i skłóceniu rybnickiej Platformy, PiS wygrał. Trzeba jednak przyznać, że w tym wypadku to PiS wykazał się inicjatywą.
  • Później był Elbląg. Tam wiosną grupa działaczy związana z Ruchem Palikota doprowadziła do referendum, w którym odwołano platformerskiego prezydenta i Radę Miasta. Wygląda na to, że prezydent był arogancki i nieudolny, ale prawdziwym motywem były ambicje lidera Grupy Referendalnej, Kazimierza Falkiewicza. Dopiero gdy było wiadomo, że w Elblągu będą przedterminowe wybory, do akcji, a raczej do kampanii wyborczej, wkroczył PiS, uskrzydlony zwycięstwem w Rybniku. Znów pieniądze i wielka mobilizacja i choć tuż przed drugą turą wyborów wypłynęły PiSowskie taśmy prawdy, na których kandydat na prezydenta miasta przyznawał, że chodzi tylko o to, aby „wyp* tych z Platformy i przejąć władzę”, PiS wygrał. PiS odtrąbił tryumf, a inicjator całego przedsięwzięcia, Kazimierz Falkiewicz, został z niczym.
  • Kolejne było Podkarpacie. Tamtejszy marszałek, Mirosław Karapyta (PSL), oskarżony o korupcję, musiał ustąpić z funkcji. I choć wydawało się, że w sejmiku większość ma koalicja PO-PSL-SLD, PiSowi udało się podkupić dwóch radnych, Lucjana Kuźniara (PSL) i dr. hab. Jana Burka (PO – wcześniej PiS, jeszcze wcześniej PSL, słowem, partie, które w danym momencie mogły zaoferować stanowiska), którzy zagłosowali na kandydata PiS na marszałka, senatora Władysława Ortyla. W nagrodę obaj zostali wicemarszałkami. Nawiasem mówiąc, warto zapamiętać ten fakt. Wszyscy teraz słusznie oburzają się rozdawnictwem posad przez Platformę w zamian za poparcie tego a nie innego kandydata, a PiS robi to samo, tylko że zamiast posad w firmach pół-państwowych, rozdaje stanowiska w samorządzie. 
  • Po objęciu przez Władysława Ortyla stanowiska marszałka województwa, na Podkarpaciu musiały się odbyć wybory uzupełniające do Senatu. Z punktu widzenia PiS były one niemalże formalnością, oni zawsze tam wygrywali, najważniejszy był wynik kandydata ziobrystów (wypadł marnie). PiS znów wykazał się inicjatywą, tyle że ograniczała się ona do politycznego skorumpowania dwóch radnych i obrzucania fałszywymi oskarżeniami kontrkandydatów do mandatu senatorskiego.
  • Dalej – Warszawa. Burmistrz Ursynowa, Piotr Guział, postanowił odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz z funkcji prezydenta Warszawy. Moim zdaniem nie było to uzasadnione, ale o to teraz mniejsza. Ważne, że PiS poczuł szansę bolesnego ugodzenia Platformy i niejako przejął to referendum, gdy Guział, Ruch Palikota i SLD zebrali dostatecznie wiele głosów, aby mogło się ono odbyć. Atak na Platformę, porównywanie referendum do Powstania Warszawskiego, być może uratowały HGW. PiSowi nie wyszła próba podłączenia się do cudzej inicjatywy, a Piotr Guział, tak jak Kazimierz Falkiewicz przed nim, został z niczym.
  • No i wreszcie referendum edukacyjne. Komitet kierowany przez państwo Elbanowskich, pod zupełnie absurdalnym hasłem „Ratujmy maluchy” – tak, jakby państwowa szkoła była jakąś opresją, która zagraża dzieciom i przed którą trzeba je „ratować” (łączy się to z postrzeganiem państwa jako czegoś immanentnie obcego i wrogiego Polakom, patrz Fantomowe ciało króla Jana Sowy) – zebrał milion podpisów, ale koalicja zmobilizowała się i odrzuciła wniosek w Sejmie. Wniosek popierała cała opozycja, chyba nawet nie dlatego, że zgadzali się z celami referendum (choć chyba pod wpływem PiSu do pytań referendalnych dopisano przywrócenie w liceach ogólnokształcących pełnego kursu historii i innych przedmiotów), ale żeby dokuczyć rządowi, wykazać słabość koalicji. No, ale nie udało się.

Rekapitulując, ostatnie tryumfy PiSu, prawdziwe lub tylko zamierzone, nie wynikały ani z politycznej strategii, ani z politycznej przemyślności, lecz były wykorzystaniem albo nadarzającej się okazji (Rybnik, Podkarpacie), albo cudzego pomysłu (Elbląg, Warszawa, referendum edukacyjne). W dodatku te dwa ostatnie, najważniejsze, były nieudane, zapewne w znacznej mierze na skutek pomysłów PiS (referendum warszawskie jak Godzina W, rozszerzenie listy pytań w referendum edukacyjnym). Platforma mogłaby więc odetchnąć z ulgą – gdyby nie to, że ona sama zredukowała się tymczasem do partii władzy, która tylko chce trwać, dzielić frukta i straszyć przeciwnikami, choć pod wieloma względami – na szczęście jeszcze nie wszystkimi – coraz bardziej się do nich upodabnia.




Czas upadków

Szczególny mamy sezon okołopolityczny. Trzeba odnotowywać i dziwować się kolejnym upadkom: a to arcybiskupa, który zresztą niczego nie zrozumiał i nadal raczy zdumioną publiczność kolejnymi elukubracjami na temat przyczyn pedofilii wśród katolickich duchownych, a to smoleńskiego profesora. Na arenie międzynarodowej widzimy upadek relacji euroatlantyckich wraz z zataczającą coraz szersze kręgi aferą podsłuchową. Przywódcy europejscy protestują, ale jakoś niemrawo, bo, po pierwsze, pewnie wiedzieli (spodziewali się), że są podsłuchiwani, a po drugie, sami podsłuchują. Jednak cała sprawa wygląda dość paskudnie, obnażając głęboki brak zaufania pomiędzy de nomine bliskimi sojusznikami. W Kongresie szefowie amerykańskich agencji wywiadowczych tłumaczą, że oni podsłuchują wyłącznie zgodnie z prawem i tylko potencjalnych terrorystów. Znaczy, Angela Merkel i papież Franciszek są terrorystami? No, pięknie. A polscy przywódcy cierpią, bo ich nikt nie podsłuchuje. Tak mało znaczą, biedacy.

W Polsce mamy za to aferę taśmową w dolnośląskiej PO. Zgadzam się z Cezarym Michalskim, iż marginalizacja Grzegorza Schetyny to błąd Donalda Tuska, który w partii i w państwie zostaje niemalże jedynowładcą, ale za to zostaje sam. Niby prawie wszystko może (w granicach prawa, jak u Haška), ale też za wszystko sam odpowiada, a otoczony przez samych dworaków, nie ma nikogo, kto mógłby bez złej woli skrytykować jego pomysły. Zupełnie jak Prezes.

Tymczasem jednak we Wrocławiu zwolennicy przegranego Schetyny pokazują nagrania mające dowodzić korupcji politycznej w zwycięskim obozie Jacka Protasiewicza, czyli – podobno – Donalda Tuska. Posłowie z tej samej partii – nie mam na myśli Schetyny czy Protasiewicza, ale ich niższych rangą współpracowników – skaczą sobie do oczu jak najgorsi wrogowie, składają na siebie doniesienia do prokuratury. Z tej samej partii! I jak ci ludzie mają wspólnie zmieniać Polskę, jak mają przekonać wyborców, że ich wspólna (sic!) drużyna najlepiej się do tego nadaje? I żeby przynajmniej chodziło o coś istotnego, o jakiś spór ideowy, wizję polityczną – ale nie. Chodzi o posady i rady nadzorcze, takie tam. Szmaciarze! Wygląda to jak schyłkowy okres rządów AWS lub SLD.

Chciałem zakończyć stwierdzeniem, że patrząc się na to odczuwam Schadenfreude, ale to nieprawda. Jest mi przede wszystkim bardzo, bardzo przykro. I boję się, co będzie dalej.

Demise profesora Rońdy

Nie komentowałem ostatnich wpadek ekspertów zespołu Macierewicza, bo i po co? Koń iaki jest każdy widzi. Dziś jednak stało się coś zdumiewającego: oto profesor Jacek Rońda, jeden z ekspertów zespołu parlamentarnego, przyznał – zresztą z bardzo zadowoloną z siebie miną – że publicznie kłamał w sprawie przyczyn katastrofy.

Jacek Rońda w TV Trwam

Jacek Rońda przyznał, że w publicznej dyskusji na temat przyczyn katastrofy stwierdził, że piloci nie zeszli poniżej wysokości 100 m, chociaż wiedział, że zeszli. Dalej przyznał, że powoływał się na jakiś dokument z Rosji, choć wiedział, że „nic [istotnego] w nim nie było”. Zrobił to, żeby uzyskać chwilową przewagę polemiczną w dyskusji – gdyż, jak tłumaczył później w prawicowych mediach, 

nie mógł pozostawiać bez odpowiedzi takich zagrywek i prowokacji

– a także po to, aby podważyć ustalenia komisji Millera – tylko dlatego, że były to ustalenia komisji Millera.

Można rzec, iż nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Od dawna uważam, że ludzie lansującyhipotezę zamachu – nie ich słuchacze spośród szerokiej publiczności, ale ci, którzy hipotezę zamachu nagłaśniają i firmują własnymi nazwiskami i autorytetem – są albo szaleni, albo cyniczni. Jacek Rońda okazuje się należeć do tej drugiej grupy. Fi donc!, chciałoby się zakrzyknąć. Przeciwnicy hipotezy zamachu zyskali kolejny, potężny argument.

Ja jednak uważam, że stało się coś bardzo złego. Jacek Rońda jest profesorem, zresztą posiadającym w swojej dziedzinie godny szacunku dorobek. Rońda, choć w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem daleko wykroczył poza swój obszar kompetencji (nie jest nim ani lotnictwo, ani badanie przyczyn wypadków lotniczych), podpierał się swoją profesurą. To dlatego, że Rońda jest profesorem, Macierewicz się na niego powoływał. To dlatego, że Rońda jest profesorem, ludzie ufali jego kompetencjom. I choć rektorzy AGH i PW słusznie oświadczyli, że 

publiczne głoszenie przez naukowców tez niezwiązanych z ich działalnością badawczą nie może być podpierane autorytetem uczelni, na których pracują

za wszystkimi publicznymi wypowiedziami Jacka Rońdy w sprawie Smoleńska zdawał się stać autorytet całej nauki. I oto okazuje się, że profesor Rońda w tej sprawie publicznie kłamał. 

Posłużę się następującą analogią: Kościół powołany jest do udzielania duchowego wsparcia i pouczeń moralnych wiernym. I dlatego, choć większość księży stara się służyć Bogu i ludziom najlepiej, jak umieją, ksiądz-przestępca, na przykład ksiądz-pedofil, bardzo szkodzi wizerunkowi Kościoła, gdyż swymi przestępstwami godzi w samą istotę działalności Kościoła. Lekarze mają pomagać chorym, więc choć większość robi to z dużym poświęceniem, lekarz-łapownik bardzo szkodzi obrazowi swojego środowiska, gdyż przedkładając własne niezasłużone korzyści nad dobro chorego, godzi w istotę swojego zawodu. Naukowcy mają poznawać świat i głosić podbudowaną naukowo wiedzę o świecie, więc choć większość stara się to robić (niekiedy się myląc, ale uczciwie myląc), naukowiec, który publicznie kłamie podpierając się autorytetem nauki, w sprawie, w której mieni się być ekspertem, sprzeniewierza się samej istocie swojego zawodu i szkodzi reputacji nauki.

To właśnie zrobił dziś prof. Jacek Rońda: Nie tylko ośmieszył siebie i zdezawuował zespół Macierewicza, ale też podważył społeczny odbiór całej nauki. Skoro wybitny profesor szanowanej uczelni może kłamać w tak ważnej sprawe, i to kłamać podpierając się autorytetem nauki, to pewnie reszta podobnie robi… Taki morał gotowa jest z tego wyciągnąć zdezorientowana publiczność, ktora na naukę, jej dokonania i dalsze potrzeby, ale też jej demonstrowany elitaryzm, już od dawna patrzy się z dużą podejrzliwością.

Mam nadzieję, że jesteśmy świadkami końca publicznej kariery prof. Jacka Rońdy. Ale budownictwem lądowym i termodynamiką spalania niech się nadal zajmuje, jeśli go to wciąż interesuje. Na tym się chyba zna.

Lampedusa

U brzegów Lampedusy toną kolejne łodzie z imigrantami. Kilka dni temu utonęło 300 osob, dwa dni temu następnych kilkadziesiąt. Papież Franciszek nazywa to hańbą, przewodniczący Komisji Europejskiej Barroso powiada, iż

nie możemy zgodzić się na to, aby tysiące ludzi ginęło u granic Europy.

Lampedusańczycy, którzy nieszczęsnym imigrantom jakoś chcą pomóc, apelują o utworzenie korytarza humanitarnego pomiędzy Afryką Północną a Europą. Europejskie media publikują wzruszające reportaże.

A przecież wszystko to jest podszyte straszną hipokryzją. 

My, Europejczycy, tych imigrantów nie chcemy. Żal nam biednych ludzi, którzy zginęli, ale przede wszystkim chcemy zniechęcić innnych do udawania się do Europy. Nie będzie więc żadnego korytarza humanitarnego, umożliwiającego bezpieczne pokonanie tych stu kilkunastu kilometrów otwartego morza. Nie będzie ułatwień. Reżimy w krajach Północnej Afryki brały od Europy pieniądze za powstrzymywanie migrantów. Jedne reżimy upadły w czasie Arabskiej Wiosny 2011, później upadł reżim Kadafiego i brama od strony afrykańskiej została otwarta.

Nie chcę wnikać w szczegóły europejskiego prawa imigracyjnego, bardzo zawiłego, ale żadne państwa nie chcą przyjmować imigrantów, którzy dotarli do krajów południowej Europy – Włoch, Grecji, Malty, Hiszpanii. Dlaczego? Imigrantów oskarża się o to, że nie szanują naszej kultury, są hałaśliwi, kradną, żebrzą, prostytuują się, napadają, gwałcą, zostają terrorystami, a przede wszystkim wyłudzają pomoc od opieki społecznej. Jest w tym zapewne jakaś część prawdy, może nawet dużo prawdy, ale w jakim stopniu jest to wywołane naszą własną ksenofobią, niechęcią do imigrantów, demonstrowanym brakiem zaufania, traktowaniem ich jak podludzi? Mówi się, że imigranci odbierają Europejczykom pracę. To chyba na ogół nie jest prawdą, gdyż nieznający języków i obyczajów, słabo wykształceni imigranci jeśli już dostają pracę, to taką, której Europejczycy wykonywać nie chcą. Wykształceni imigranci – lub ich wykształcone w Europie dzieci – niekiedy dostają dobrą pracę, ale równie często i tak spotykają się z objawami ksenofobii. No po prostu nie chcemy tych ludzi, i już.

Tymczasem jednak skoro już tym ludziom udało się dotrzeć do Europy, powinno się szybciej rozpatrywać ich podania o azyl (na to trzeba i środków, i dobrej woli!), a tych, którym azyl zostanie przyznany, należy wysyłać do innych krajów – ale niekoniecznie do Niemiec, Holandii czy Skandynawii, ale do Litwy, Bułgarii czy Polski. Chodzi o to, żeby Europa powiedziała: w porządku, chcieliście do Europy, oto więc jesteście, ale Europa to nie tylko najbogatsze kraje z najbardziej wydajnymi systemami opieki społecznej. Ta „gorsza Europa” i tak jest bogatsza i nieskończenie bardziej bezpieczna niż kraje, z których uciekliście. Spróbujcie tu normalnie żyć.

Kluczowe jest to, że Europa musi się wypowiedzieć jako całość, jako Unia, nie zwalać wszystkiego na legislacje i przeciążone systemy krajów granicznych. The Economist rozsądnie komentuje, że jeśli Europa chce nawet nie tyle rozwiązać, ile ograniczyć problem nielegalnych imigrantów, powinna zabiegać o rozwój gospodarczy krajów, z których pochodzą ci ludzie. I tu nie chodzi o żadną pomoc humanitarną, ale o zwykłą współpracę gospodarczą, w szczególności – horribile dictu – o liberalizację handlu, zniesienie barier celnych chroniących europejski rynek przed afrykańskimi produktami rolnymi: bawełną, cukrem, warzywami.

If countries like Italy refuse to take more tomatoes from north Africa, they may simply be condemned to take more people.

Polska tymczasem nie radzi sobie nawet z tymi nielicznymi nielegalnymi imigrantami, którzy docierają do nas przez wschodnią granicę. Procedury ciągną się miesiącami, imigranci żyją w obozach niewiele różniących się od więzień, są doniesienia o poniżającym traktowaniu imigrantów przez personel tych obozów, dzieci nie chodzą do szkoły, a wszystkie lokalne społeczności sąsiadujące z ośrodkami dla imigrantów nieodmiennie domagają się, żeby zostały one natychmiast zamknięte. Gdzieś te ośrodki niech będą, byle nie u nas!

Moim zdaniem Polska powinna zacząć od tego, żeby wszystkie dzieci imigrantów, nawet tych z jeszcze nierozpatrzonymi sprawami, posyłać do szkół. Do zwykłych szkół, nie do jakichś specjalnych ośrodków szkolnych na terenie ośrodków. Państwo powinno im przy tym opłacić wszystkie podręczniki i pomoce szkolne, a także wyżywienie w szkolnej stołówce. Dzieci nie znają polskiego? Jeśli nie pójdą do szkoły, to się go nie nauczą. A jeśli się nie nauczą, to na pewno nigdy się z Polską nie zintegrują. Polska powinna też przestać wyrzucać tych imigrantów, którzy mieszkają tu już kilka lat, faktycznie się zintegrowali, pokończyli szkoły, zaczęli pracować. Ale wciąż są „nielegalni”. Ach, na pewno chcą wykorzystać hojność naszego państwa, albo zakładać tu bazy terrorystów, albo jedno i drugie. Zapewne takie przypadki się zdarzają, ale nie można z góry zakładać, że tak będzie. Jak zawsze (czyli w Polsce: jak nigdy) trzeba zakładać dobrą wolę.

Ale o czym ja w ogóle piszę? Polska nie potrafi ułożyć sobie stosunków ze społecznością „imigrantów”, którzy mieszkają tu od kilkuset lat: z Cyganami. Nastroje antycygańskie narastają w całej środkowej Europie…

Katastrofa arcybiskupa

Ostatnio zmienił się ton wypowiedzi polskiego Kościoła w sprawie pedofilii duchownych. Może to wpływ papieża Franciszka, może Kościół zaczął odczytywać znaki czasu, czyli reagować na nastroje społeczne, a może wreszcie efekt głośnego skandalu pedofilskiego z udziałem polskich duchownych na Dominikanie, czyli tak daleko, że nie dało się go ani wyciszyć, ani ukryć. Tak czy siak, polski Kościół przestał wreszcie traktować wszystkie oskarżenia o pedofilię jako „ataki na Kościół”. Przyznał, że jest problem, a pedofilia księży jest ciężkim występkiem. Sekretarz Konferencji Episkopatu Polski (KEP), bp Wojciech Polak, przeprosił ofiary pedofilii, a kanclerz kurii ultrakonserwatywnego abp. Hosera, który na tej samej konferencji w lekceważącym tonie umniejszał rangę oskarżeń wobec jednego z podległych sobie księży, został w ekspresowym tempie pozbawiony funkcji.

Oczywiście niektórym hierarchom zdarzały się też wypowiedzi mniej zręczne, budzące głośną krytykę. Moim zdaniem, niekiedy niesprawiedliwą. Broniłem nawet wypowiedzi prymasa Kowalczyka i biskupa Pieronka. Chciałem wrócić do tej sprawy na blogu, rozwinąć ją, ale nic z tego. Ubiegł mnie abp Józef Michalik.

Przy okazji obrad KEP w sprawie zwalczania pedofilii wśród duchownych (sic!), przewodniczący KEP, abp Michalik, powiedział:

Wielu tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby relacje między rodzicami były zdrowe. […] Często niewłaściwa postawa wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

To jest niemalże ten sam argument, co twierdzenie, iż zgwałcona kobieta, która miała za krótką spódniczkę lub za duży dekolt, „sama była sobie winna”. Niemalże ten sam argument, gdyż w istocie to, co powiedział abp Michalik, jest jeszcze gorsze: Molestowane dziecko jest winne nie tylko swojej krzywdy, ale także upadku, winy duchownego. Biedny ksiądz, podstępne dziecko grzesznych rodziców go uwiodło!

Słowa Michalika są nie dość, że głupie i szkodliwe, ale po prostu niegodziwe i przerażające. On chyba naprawdę tak myśli! Przerażony Michalik później przepraszał i swoje słowa prostował, rzecznik episkopatu coś bredził o „błędnych interpretacjach wypowiedzi księdza arcybiskupa”, ale katastrofa już się stała. Już poszła w świat. Już weszła do kanonu wypowiedzi abp. Michalika, obok obrony proboszcza-molestatora z Tylawy i wezwania, aby „katolik głosował na katolika, Żyd na Żyda”. Polski episkopat twierdzi, że za pedofilię duchownych odpowiadają molestowane dzieci. A ksiądz rzecznik jeszcze kilka dni temu zaklinał się, że od czasów sprawy z Tylawy arcybiskup wiele zrozumiał i całkiem się zmienił.

Żeby ratować resztki, reszteczki autorytetu polskiego Kościoła, abp Józef Michalik powinien jak najszybciej, najlepiej już jutro, podać się do dymisji – jeśli nie z funkcji metropolity przemyskiego, to przynajmniej z przewodniczenia KEP.

Księże arcybiskupie, wzywam księdza! 

Sztuczne Fiołki

Genetyczny patriota

Poseł PiS Marek Suski chwali się w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego:

Dziś modliłem się również na cmentarzu Powązkowskim przy grobie mojego stryja, który zginął w powstaniu o to, aby w przyszłości pod pomnikiem powstańców kwiaty mogli oficjalnie składać potomkowie powstańców, a nie Wehrmachtu. Panie Boże spraw!

Wiadomo, że chodzi o Tuska, co zresztą sam poseł Suski ochoczo potwierdza.

Poseł Marek Suski największy wkład w polską myśl polityczną wniósł w roku 2006, gdy przy okazji układania list kandydatów w wyborach samorządowych podał definicję genetycznego patriotyzmu:

Jeśli rodzina kandydata walczyła o Polskę, o niepodległość, dziadek był w AK, a pradziad uczestniczył w powstaniu styczniowym, to taki ktoś daje nam gwarancję genetycznego patriotyzmu.

Pojęcie to było krytykowane nawet przez prawicowych komentatorów:

Nawet nie interpretując teorii „genetycznego patriotyzmu” w duchu rasistowskim, każdy zna przypadki, gdy ojciec porządny, matka porządna, a syn świnia. No bo chyba jednak Markowi Suskiemu nie chodziło o to, że są dwie grupy Polaków, jedni z dobrymi genami, drudzy ze złymi i w tym systemie kastowym nie ma między możliwości zmiany swego zdeterminowanego położenia.

Obecne przywołanie dziadka z Wehrmachtu dowodzi jednak, iż Suskiemu chodziło o to drugie. Taki genetyczny patriotyzm – prymitywny, plemienny, będący w istocie zaprzeczeniem patriotyzmu – wydaje mi się czymś nad wyraz obrzydliwym i wstrętnym.

Genetyczny patriota Suski nigdy nie pojmie, dlaczego na polach Gettysburga, w pięćdziesiątą rocznicę bitwy, weterani obu stron, pod oryginalnymi sztandarami, padli sobie w ramiona (Gettysburg reunion). Genetyczny patriota Suski nie zrozumie, dlaczego kanclerz Kohl i prezydent Mitterand w 70 rocznicę wybuchu I Wojny Światowej stali trzymając się za ręce na cmentarzu wojennym w Verdun. Genetyczny patriota nie zrozumie ani wstrząsającego napisu, jaki na cmentarzu wojennym w Gallipoli kazał umieścić Kemal Pasza (Ataturk), ani nawet sensu listu biskupów polskich do biskupów niemieckich 1965 – słowa o potomkach Wehrmachtu świadczą, że genetycznemu patriocie bliżej jest do ówczesnego stanowiska Władysława Gomułki.

Genetyczny patriota Marek Suski jest, moim zdaniem, żywym dowodem na niesłuszność koncepcji Inteligentnego Projektu: Żaden inteligentny Bóg ani demiurg czegoś takiego, jak Suski, nigdy by nie zaprojektował.