Irytacja Jacka Majchrowskiego

Kraków przeciw igrzyskomZnany wykładowca akademicki dorabiający sobie jako prezydent Krakowa, prof. Jacek Majchrowski, oświadczył, że irytują go naciski, by nie wydawać na igrzyska, ale budować przedszkola. Nie widzę w tym niczego niezwykłego. Zamożnych, starszych panów na stanowiskach zazwyczaj irytują przedszkola, młode matki i w ogóle problemy zwykłych ludzi. Wolą cygara, whisky, rauty i publiczne widowiska, zwłaszcza jeśli ktoś inny za nie płaci.

Majchrowski musi być wściekły. Ten wielki oportunista zaangażował się w pomysł organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie, gdy ten wydawał się bardzo popularny. Zaangażował się chyba nie po to, aby się na nim dorobić, ale dlatego, żeby zapewnić sobie „miejsce w historii”. Tymczasem okazało się, że projekt nie jest aż tak bardzo popularny, ba, raczej zgoła niepopularny. W tej sytuacji Majchrowski zaproponował przeprowadzenie referendum lokalnego z jednym pytaniem: Czy jesteś za tym, aby Kraków ubiegał się o prawo do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022? Prezydent chciał, aby referendum odbyło się w czerwcu. To bardzo sprytne: W czerwcu raczej nie osiągnięto by progu ważności referendum, wynik nie byłby wiążący, więc dalsze zabiegi wokół igrzysk mogłyby się toczyć, a sam Majchrowski zyskałby nimb obrońcy demokracji lokalnej i zarazem adwokata imprezy „podnoszącej prestiż Krakowa”, co byłoby świetnym punktem wyjścia do kampanii wyborczej. Ale radni Platformy przechytrzyli Majchrowskiego i przesunęli referendum na 25 maja, równolegle z wyborami europejskimi, co daje spore szanse na osiągnięcie wiążącej frekwencji.

Radni Platformy też muszą być wściekli. Przez długie miesiące zwalczali pomysł referendum jak krzyżacką zawieruchę, aż tu raptem prezydent postawił ich w sytuacji pozornie bez wyjścia: Zgodzą się na referendum – Majchrowski już ma wygraną kampanię w Krakowie, nie zgodzą się – oni już przegrali. Dość sprytnie wymyślili, żeby zaproponować inny termin referendum, tak aby wynik był wiążący, wóz albo przewóz. Ale ogarnięci jakimś szałem, dopisali do referendum trzy własne pytania, na które chyba pies z kulawą nogą nie zwraca uwagi. W każdym bądź  razie, o ile do ogłoszenia pomysłu o referendum krakowscy radni Platformy dość głośno i otwarcie chwalili pomysł organizacji ZIO – czego nie mogę zrozumieć, ale o tym już pisałem – o tyle teraz nabrali wody w usta. Ani pomysłu organizacji igrzysk nie chwalą, ani go nie krytykują. Czekają.

W ogóle w Platformie widać nastrój niepewnego wyczekiwania. Premier początkowo jednoznacznie poparł pomysł ubiegania się o ZIO, licząc na korzyści polityczne z tego wielkiego projektu tak na szczeblu lokalnym, jak i ogólnopolskim. Gdy jednak stało się jasne, że projekt może być dla swoich propagatorów szkodliwy, premier zamilkł, za to pani wicepremier Bieńkowska głośno powiedziała, że żadnych dodatkowych pieniędzy na organizację ZIO i olimpijskie inwestycje nie będzie. Teraz minister sportu Andrzej Biernat, przecież nie z własnej inicjatywy, najpierw zarządził kontrolę w pół-niejawnym Komitecie Organizacyjnym kierowanym przez posłankę Marczułajtis, wczoraj zaś bardzo arogancko ogłosił, że jeżeli Kraków się z ubiegania o organizację igrzysk wycofa, miasto będzie musiało zwrócić środki, jakie otrzymało z ministerstwa na przygotowanie wniosku. Wszystko to – milczenie premiera, nerwowe ruchy Biernata, milczenie krakowskich radnych Platformy – odbieram jako przygotowywanie gruntu pod możliwe wycofanie się rakiem z pomysłu organizacji igrzysk. Damage control. Tylko biedna pani poseł Marczułajtis i jej mąż nadal nic z tego nie rozumieją.

Jacek Majchrowski tymczasem nie ustępuje i wciąż próbuje przekonać mieszkańców, że igrzyska będą dla Krakowa błogosławieństwem. Ale niekiedy robi to kuriozalnie. W cytowanym powyżej wywiadzie powiedział, że przedszkola

to za mało, by zapewnić miastu rozwój, za coś te przedszkola potem trzeba utrzymać.

Internet odpowiedział po swojemu, drwiną.

Jacek Majchrowski liczy zapewne na to, że w referendum 25 maja nie uda się jednak osiągnąć 30% frekwencji i, niezależnie od wyniku głosowania, nadal będzie mógł zabiegać o swoje miejsce w historii. Ewentualne katastrofalne skutki nieszczęścia, jakim dla Krakowa byłaby konieczność zorganizowania za osiem lat igrzysk, ponosić już będzie kto inny. Mnie Majchrowski i inni proponenci igrzysk, mamiący nas wizją skoku cywilizacyjnego w wyniku ulokowania tu inwestycji olimpijskich, wydają się podobni – żeby użyć porównania wykorzystanego w opisie sytuacji we Władywostoku – do budowniczych idoli na Wyspie Wielkanocnej: Wielkim wysiłkiem, zużywając niemal wszystkie dostępne zasoby, zbudowali je, licząc, że te magicznym sposobem zapewnią im pomyślność. Czy Krakowowi pomyślność ma zapewnić tor lodowy, hala Wisły i tor bobslejowy w Myślenicach, które trzeba będzie utrzymywać, tak jak już utrzymujemy stadion Wisły, wciąż zresztą spłacając kredyt zaciągnięty na jego budowę?

Mam głęboką nadzieję, że 25 maja osiągniemy jednak próg 30% frekwencji i że krakowianie igrzyskom powiedzą w referendum gromkie NIE.

P.s. Jacek Majchrowski dorabia sobie jako prezydent Krakowa, gdyż jak wynika z jego ujawnionego PITu (za rok 2009, późniejszych już nie ujawniał), znacznie więcej, niż jako prezydent, zarabia jako wykładowca dwóch uczelni: Krakowskiej Akademii im. Frycza Modrzewskiego oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pomijam nawet samo zdziwienie wysokością akademickich dochodów pana profesora. Co innego jest ważne: Drugim co do wielkości miastem w Polsce daje się zarządzać w chwilach wolnych od innych zajęć. Czy zatem można się dziwić, że w Krakowie jest, jak jest?

Żabi skok cywilizacyjny

Kraków przeciw igrzyskomNajważniejszym argumentem zwolenników organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie jest skok cywilizacyjny, jakiego Kraków i Małopolska miałyby dokonać w wyniku ulokowania tu inwestycji olimpijskich. Chodzi przede wszystkim o inwestycje w infrastrukturę transportową, bo trzeba przyznać, że kolejne rządy mocno Kraków i Małopolskę pod tym względem zaniedbywały.

Jakie więc inwestycje pozasportowe planowane są w związku z igrzyskami? Można o tym poczytać w oficjalnym wniosku Krakowa do MKOl, do pobrania stąd; Radio Kraków na swojej stronie zamieszcza wygodne podsumowanie. Mamy zatem:

  • zakopianka z Krakowa do Myślenic (modernizacja)
  • zakopianka z Lubnia do Rabki (budowa nowego odcinka z tunelem, równolegle do istniejącej drogi)
  • zakopianka z Rabki do Nowego Targu (modernizacja)
  • zakopianka z Nowego Targu do Zakopanego (modernizacja)
  • drogi wojewódzkie na Podhalu (modernizacja)
  • linia kolejowa z Krakowa do Zakopanego (modernizacja)
  • linia kolejowa z Krakowa do lotniska w Balicach (modernizacja)
  • obwodnica Krakowa od węzła Rybitwy do węzła Igołomska (krakowski odcinek S7, budowa)
  • 13,5 kilometra torów tramwajowych w Krakowie (remont)
  • trzy nowe linie tramwajowe (Lipska-Wielicka, Krowodrza Górka-Górka Narodowa, Meissnera-Mistrzejowice) (budowa)

Wschodnia obwodnica Krakowa (krakowski odcinek S7) jest już uwzględniona w planach i jest na nią finansowanie. Kosztowny, z uwagi na kilkukilometrowy tunel, odcinek zakopianki z Lubnia do Rabki też jest w planie, finansowanie na niego było, ale – jak głosi plotka – chwilowo znikło, gdyż rząd przeznaczył te środki na budowę fragmentu południowej obwodnicy Warszawy w ramach ratowania HGW i całej Platformy w referendum. W ogóle wszystkie te „olimpijskie” inwestycje już są w planach.  Jak podkreślają autorzy wniosku aplikacyjnego,

Infrastruktura komunikacyjna i usprawnienia, o których mowa powyżej […] stanowią nieodłączną część udokumentowanej strategii rozwoju miasta i regionu. Na potrzeby Igrzysk nie potrzeba dokonywać żadnych dodatkowych inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną poza tymi, która zostały uwzględnione w istniejących planach dla Małopolski na okres do roku 2020.

Innymi słowy, w ramach przygotowań do igrzysk nie planuje się zbudować niczego, czego już nie ma w planach, co miano zbudować i bez igrzysk. Politycy Platformy półgębkiem dają do zrozumienia, że jeśli Kraków nie zostanie zmuszony do organizacji igrzysk, bo MKOl odrzuci jego kandydaturę lub sami krakowianie odrzucą ten obłąkany pomysł w referendum 25 maja – na co bardzo liczę! – to władza się na nas obrazi i obiecanych inwestycji nie zrealizuje. Cóż, mogę powiedzieć tylko, że gdyby w istocie tak się miało stać, to i Platforma jako partia, i jej indywidualni politycy powinni spodziewać się jedynie katastrofalnych klęsk wyborczych w Małopolsce.

Nawiasem mówiąc, moim zdaniem modernizacja odcinka Nowy Targ-Zakopane jest niepotrzebna: Zakopane jest małe, ciasne, bardzo drogie i potwornie zanieczyszczone. Przyroda tylko zyska, jeśli mniej ludzi będzie jeździć na Podhale i do Zakopanego. Zyska też budżet, unikając płacenia horrendalnych sum za wykup działek od Podhalan i długotrwałych, uciążliwych procesów o zaniżone odszkodowania, gdy dojdzie do wykupu przymusowego.

Napiszę jeszcze, czego we wniosku nie ma, choć nam to w związku z igrzyskami obiecywano:

  • nie ma północnej obwodnicy Krakowa
  • nie ma przedłużenia S7 do granicy województwa Świętokrzyskiego
  • nie ma Trasy Zwierzynieckiej z tunelem pod Wzgórzem Św. Bronisławy i mostem na Wiśle
  • nie ma Tras Łagiewnickiej i Pychowickiej (nie wnikając tu w otaczające je kontrowersje)
  • nie ma Trasy Balickiej
  • nie ma modernizacji samego lotniska
  • nie ma kolei aglomeracyjnej
  • nie ma innych linii kolejowych, na co bardzo liczyły samorządy
  • nie ma środków na walkę z niską emisją.

Rekapitulując, szumnie zapowiadany skok cywilizacyjny sprowadza się do budowy fragmentu obwodnicy, modernizacji zakopianki i budowy kilku linii tramwajowych. Co nam zresztą obiecano i bez igrzysk. Więc po co mamy jeść tę olimpijską żabę?!

Oświadczenie

Kraków przeciw igrzyskomOd 2005 roku byłem wyborcą Platformy Obywatelskiej. Za kilka tygodni rozpocznie się w Polsce póltoraroczny sezon wyborczy. Od jego wyników może sporo zależeć – tak uważam. Powinienem więc określić moje aktualne preferencje polityczne, choćby wobec siebie samego.

W wyborach do Europarlamentu zagłosuję na kandydata Platformy Obywatelskiej, Bogusława Sonika. To jest dobry europoseł, nie bryluje w mediach, tylko solidnie pracuje. Strategicznym celem Polski jest jak najściślejsze związanie się z Zachodem, a ludzie tacy, jak Sonik, skutecznie w tym kierunku pracują.

W jesiennych wyborach samorządowych na pewno nie zagłosuję na Platformę. Z powodu olimpijskiego obłędu. Powtórzę po raz kolejny: zabiegi o organizację Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie są głupie, szkodliwe, nieodpowiedzialne i niemoralne, a postawa krakowskiej PO – haniebna. Jak pan przewodniczący Kośmider śmie mówić w radio, że „korzyści z organizacji ZIO nie budzą wątpliwości”?! Rozumiem, że pan Kośmider ma mnie i wielu innych krakowian za idiotów. Przykro mi, koledzy, lubię was, ale głosować na was nie będę. No, chyba że się opamiętacie i natychmiast wycofacie swoje poparcie dla ZIO, namawiając do tego premiera i pacyfikując panią Marczułajtis. Przy okazji dobrze byłoby usunąć ministra sportu Andrzeja Biernata, bo to jest jakiś niekompetentny arogant.

W wyborach prezydenckich zagłosuję na Bronisława Komorowskiego. Tu nie mam najmniejszych wątpliwości.

Na kogo zagłosuję w wyborach parlamentarnych jesienią 2015 – nie mam pojęcia. I to mnie martwi.

Syberyjski separatyzm

Gdy na początku lat ’90 rozpadał się Związek Radziecki, wiele osób oczekiwało, że to samo spotka Rosję, będącą olbrzymim imperium kolonialnym – o tyle nietypowym, że lądowym. Polska, pożal się Boże, prawica wciąż zdaje się żyć tym marzeniem. Pierwsza wojna czeczeńska zdawała się potwierdzać scenariusz rozpadu Rosji, ale potem karta się odwróciła. I choć, jak się wydaje, rosyjskie wpływy na Kaukazie maleją, popierani przez Moskwę lokalni przywódcy rządzą dosyć samodzielnie, za to wciąż toczą się tam jakieś działania czy to terrorystyczne, czy wojskowe, o formalnym zrywaniu więzi z Rosją nie ma w tej chwili mowy. Nie wiadomo, co będzie za lat 30 i więcej. Ale co z innymi nieeuropejskimi częściami Rosji?

dyskusji pod poprzednim wpisem pojawił się wątek syberyjskiego separatyzmu. Rzekomo obawy o taki rozwój sytuacji w azjatyckiej części Rosji, plus znajdujące się – podobno – w okolicach Krymu złoża ropy, miały skłonić Putina do interwencji. Tak przynajmniej miałoby wynikać z sensacyjnych doniesień jakiegoś prawicowego blogera. Akurat ta informacja nie ma absolutnie nic wspólnego z Krymem i ropą naftową, dotyczy bowiem rzekomych nastrojów separatystycznych w Kraju Nadmorskim (ze stolicą we Władywostoku), gdzie ropy nie ma, ale skąd jest znacznie bliżej do Chin, Japonii czy Korei niż do europejskiej części Rosji.

Rosja - podział administracyjny

Anuszka podała kilka linków do materiałów o syberyjskim separatyzmie. Ja też poszukałem i znalazłem dwa ciekawe materiały na portalu Open Democracy. Pierwszy, długi, dotyczy Syberii (Has Siberia had enough of Russia?), drugi sytuacji na rosyjskim Dalekim Wschodzie (Life on the Chinese border: Russia’s Far East). Z zastrzeżeniem, że wkraczam tu na zupełnie mi dotąd nieznane terytoria, widzę, że sytuacja w środkowej Syberii i na Dalekim Wschodzie jest pod pewnymi względami podobna, ale pod innymi całkiem różna.

Syberia

Z perspektywy Krasnojarska środkowa Syberia jawi się jako źle zarządzana i ciężko eksploatowana kolonia. Bogactwa naturalne – gaz, ropa, minerały – są wydobywane, drewno wycinane, elektrownie wodne budowane, wszystko jest eksportowane do europejskiej części Rosji, nikt nie dba o skutki dla środowiska, nawet Bajkał jest zanieczyszczony. Podatki są pobierane i też odprowadzane do centrali. Centrala przysyła środki na wypłaty, ale lokalne budżety mają wielki deficyt i są zostawiane ze swoimi problemami same sobie. Z części europejskiej przylatują gubernatorzy i inni wyżsi urzędnicy, także wielcy przedsiębiorcy, którzy z błogosławieństwem Putina chcą zarobić na kolejnych megaprojektach oraz… więźniowie i toksyczne odpady. Nie ma dróg, Syberia wciąż nie jest połączona z europejską Rosją drogą asfaltową. Szkoły są kiepskie, szpitale jeszcze gorsze. Bilet lotniczy z Krasnojarska do Moskwy kosztuje więcej, niż z Moskwy do Nowego Jorku.

The city of Krasnoyarsk […] has no shortage of fountains but hardly any public toilets. You don’t want to go near its hospitals. There are prisons and prison camps in the city centre and dormitory suburbs, and filthy metallurgical and chemical works within the city limits. But none of this is mentioned in the Strategy [for Siberian Development  to 2020]. The region will continue to block its rivers, fell its forests and build new aluminium smelting plants, but aren’t toilets and hospitals also part of strategic development?[…]

Siberia’s colonial economy functions if not with the Russian public’s approval, at least with its tacit agreement. Moscow’s middle classes, organising their wave of civic protest against the regime, are indifferent to the fact that they owe their comfortable existence to Siberian oil, gas and metals. Or at any rate it’s not their most pressing concern.

W eksploatacji Syberii Rosja współpracuje z Chinami – część syberyjskiego eksportu idzie do Chin, powstają państwowo-państwowe rosyjsko-chińskie spółki, Chińczycy mogą nabywać tam ziemię i się osiedlać. Nie zawsze bywa to złe.

The Chinese also love our Christian God – many of those who have settled here have joined the Russian Orthodox Church and are the most exemplary members of some Krasnoyarsk and Irkutsk parishes. And the Chinese have fallen in love with Lake Baikal, which is after all so stunningly beautiful that your heart leaps with happiness and your lips spontaneously whisper a prayer. Recently the Chinese flew in, for free, planeloads of the filtering substance activated carbon to clean the Angara of oil spilling into it from Baikal. This product is unavailable anywhere in Russia

Za największy sukces lokalnych aktywistów autor uważa zablokowanie planów budowy 2,700 km gazociągu do Chin przez Ałtaj. A separatyzm?

Siberian separatism will never go away, but it will exist as no more than a phantom and with no prospects for development. Siberia, which only extracts and exports raw or semi-processed materials, is in no state to be independent either economically or politically – it is dependent on the corporations that process its production further, on the parasitic regime in Moscow that exploits its resources, on the people living off the profits, on the players in commodity exchanges around the globe. It is to its Siberian milch-cow, the basis of Russia’s prosperity, and the explosive Caucasus, which confirms the need for authoritarian government, that the present regime owes its very existence, and it will stop at nothing to prevent any change this. 

Jest więc Syberia kolonią, z żalem i goryczą spogląda na swą metropolię, ale – w przeciwieństwie do byłych zamorskich kolonii państw zachodnich – nie ma szans na usamodzielnienie się. Autor pomija jeden kluczowy czynnik: na kolosalnym obszarze Syberii mieszka zbyt mało ludzi, aby mogli wystąpić o niezależność, a nawet – na razie? – o jakąś formę faktycznej autonomii. W dodatku olbrzymia większość jest Rosjanami, uważa się za Rosjan – owszem, zaniedbanych, zapomnianych, marginalizowanych, skazanych na życie w okropnych warunkach, ale jednak Rosjan.

Kraj Nadmorski

Z perspektywy Kraju Nadmorskiego rzecz ma się inaczej. Przede wszystkim, wbrew popularnej legendzie, nie ma żadnej współpracy z Chinami, gdyż Moskwa żyje w paranoicznym strachu przed chińską ekspansją w tym regionie. W pierwszej chwili mnie to zdziwiło, ale rzut oka na mapę wszystko wyjaśnia: środkowa Syberia jest oddzielona od Chin przez Mongolię i Kazachstan, stosunkowo krótki odcinek bezpośredniej granicy chińsko-rosyjskiej w tej części świata przebiega przez wysokie góry Ałtaju, z chińskiego punktu widzenia tereny graniczne po stronie chińskiej są bardzo odległe i prowincjonalne. Moskwa zatem nie obawia się chińskich zakusów terytorialnych. Daleki Wschód przeciwnie, ma bardzo długą granicę z Chinami, po chińskiej stronie mieszkają miliony ludzi w szybko rozwijających prowincjach, a rosyjski Daleki Wschód jest gospodarczo zacofany i bardzo słabo zaludniony. W całym Kraju Nadmorskim, mającym powierzchnię mniej więcej połowy Polski, mieszka mniej niż dwa miliony ludzi – tyle, co na Krymie. Jednak w promieniu 1000 mil od Władywostoku mieszka ponad 400 milionów (w Japonii, obu Koreach i Chinach); w promieniu 1000 mil od Moskwy mieszka mniej niż 100 milionów osób. Stąd paniczna obawa Moskwy, że chińska, a także japońska czy południowokoreańska ekspansja gospodarcza, mogłaby z czasem doprowadzić do fizycznej utraty tych ziem.

Nie ma współpracy z Chinami, ale nie ma też poczucia bycia eksploatowaną kolonią. Owszem, region jest zaniedbany. Porty we Władywostoku i Nachodce pracują na 10-15% mocy, między innymi dlatego, że nie ma sposobu, aby odpowiednio szybko przewieźć odpowiednio dużo towarów wgłąb kraju. Kolej Transsyberyjska jedzie z Władywostoku do Moskwy równy tydzień. Statki – nawet rosyjskie – wybierają stocznie remontowe w Japonii i Korei, bo te nie dość, że oferują lepszą jakość, to w dodatku są tańsze. Jest rybołówstwo, ale nie ma nowoczesnego przemysłu przetwórczego. Rolnictwo i hodowla podupadają. Przemysł drzewny – czytaj: masowa wycinka lasów – ma się nieźle. Z leżącego tuż przy granicy Chabarowska widać dźwigi pracujące na chińskim brzegu Amuru, ale po stronie rosyjskiej, z powodu wspomnianej wyżej paranoi, nic nie można budować w szerokim pasie nadgranicznym. Obywatelom Rosji nie wolno podróżować do Chin prywatnymi samochodami, ale jeżdżą tam pociągami i autobusami, także do znajdujących się tuż za granicą hoteli i restauracji, tańszych, niż w Rosji. Wracając, przywożą walizy chińskich towarów. Ten ni to handel, ni to pół-legalny przemyt jest ważną częścią lokalnej ekonomii. 

Jeszcze ważniejszą częścią gospodarki jest import używanych samochodów z Japonii. Z kierownicami po prawej stronie! Gdy w 2008 władze Rosji drastycznie podniosły cła importowane samochody, we Władywostoku odbyły się protesty, spacyfikowane ostatecznie przez przysłaną z części europejskiej milicję. To właśnie w czasie tych protestów ludzie machali flagami japońskimi (oraz rosyjskimi!), co w Moskwie zinterpretowano jako przejaw tendencji separatystycznych, choć nic nie wskazuje na to, aby w istocie takie było przesłanie. Cła utrzymano, ale protestujący twierdzą, że przestraszona Moskwa wycofała się z planowanego zakazu poruszania się samochodami przystosowanymi do ruchu lewostronnego.

W 2012 Toyota i Mazda otwarły fabryki we Władywostoku.

Mniej niż 50% mieszkańców Kraju Nadmorskiego deklaruje, że pensja stanowi ich główne źródło dochodów. Pokazuje to skalę szarej strefy w regionie. Około 20% mieszkańców żyje z zasiłków. Populacja zmniejsza się na skutek emigracji do europejskiej części Rosji i do bogatych krajów azjatyckich. Przybywają za to imigranci z Azji Środkowej, słabo mówiący po rosyjsku, których nikt nie chce w Moskwie i którym nie odpowiadały warunki na Syberii. 

Aby rozwinąć region gospodarczo, Putin zdecydował, że Szczyt Współpracy Gospodarczej Azji i Pacyfiku odbędzie się w 2012 we Władywostoku. Na przygotowanie szczytu Rosja wydała 20 miliardów dolarów, budując, między innymi, podmorski rurociąg z Sachalina, most łączący Władywostok z wyspą, na której odbywały się obrady oraz pierwszą we Władywostoku oczyszczalnię ścieków. Olbrzymią większość kontraktów budowlanych otrzymały firmy z europejskiej części Rosji, Daleki Wschód prawie nic nie zyskał, ale Moskwa ma wymówkę, aby nie godzić się na żadne ulgi podatkowe czy inną pomoc dla regionu.

The bridges built for the Summit and the campus of Vladivostok’s new university are often compared to idols on Easter Island: ‚they built them, now they pray to them for investments.’

Rekapitulując, mieszkańcy Syberii czują, że ich region jest niemiłosiernie wykorzystywany i eksploatowany, ale wiedzą, że są Rosji koniecznie potrzebni. Mieszkańcy rosyjskiego Dalekiego Wschodu nie czują się wykorzystywani, co najwyżej zaniedbani i kompletnie, całkowicie zbędni dla metropolii, gospodarczo zorientowanej na Europę. Oczywiście Daleki Wschód jest Rosji potrzebny ze względu na jej militarne interesy strategiczne. Ale to jest bodaj jedyny powód, dla którego Moskwa się tym regionem przejmuje.

Czy jest coś wspólnego?

Tak. Wspólna jest niechęć do Moskwy, do Kremla, do odległej władzy podejmującej wszelkie istotne decyzje, nieliczącej się z potrzebami i oczekiwaniami mieszkańców tych prowincji, nierozumiejącej ich, władzy właściwie obcej, zewnętrznej. Wspólny jest także brak nastrojów separatystycznych czy to na Syberii, czy to na Dalekim Wschodzie. Rosjanie z azjatyckiej części tego kraju chcieliby być lepiej rządzeni, mieć lepsze – w ogóle jakiekolwiek! – perspektywy rozwoju. Na Syberii dochodzą do tego także kwestie środowiskowe, o skali dla nas zupełnie niewyobrażalnej. Czy sytuacja tych ludzi i tych regionów kiedyś się zmieni? Trudno powiedzieć, ale w przewidywalnej perspektywie czasowej ja się żadnych zmian, a już w szczególności zmian w formalnym statusie tych ziem, nie spodziewam.

Na zakończenie

Czytając o Krasnojarsku, zwróciłem uwagę, że Rosja wysyła tam swoich więźniów. Dziś są to już tylko więźniowie kryminalni (z drobnymi wyjątkami w rodzaju Michaiła Chodorkowskiego czy członkiń Pussy Riot), ale dawniej – w XIX wieku, a także w XX, jeśli liczyć Gułag – mnóstwo było więźniów politycznych, w tym Polaków. Uświadomiłem sobie, że inne imperia kolonialne też tak przecież robiły, a wśród zesłańców też było wielu politycznych, choć Brytyjczycy konsekwentnie, aż do lat ’80 XX wieku, wszystkich Irlandczyków traktowali jako więźniów kryminalnych. Co prowadzi mnie myślą do ludzi przymusowo wysyłanych do – jak to się mówi – Botany Bay, choć kolonia karna w rzeczywistości znajdowała się gdzie indziej.

Szczęśliwego dnia Św. Patryka!

Dlaczego Putin wkroczył na Krym?

Zachodzę w głowę dlaczego prezydent Putin zdecydował się na aneksję Krymu.

Proszę mi nie tłumaczyć, że Krym ma dla imperialnych planów Rosji znaczenie strategiczne, że Ukraina nie ma do Krymu żadnych historycznych praw a większość Rosjan uważa go za historyczną część Rosji, wreszcie że większość mieszkańców Krymu wolałaby, aby półwysep należał do Rosji. Ja to wszystko wiem. Jednak choć przez ostatnie 20 lat Krym był de iure częścią Ukrainy, Rosja de facto miała tam wolną rękę. Co się takiego stało, że Putin postanowił zmienić formalną przynależność Krymu? Przecież z łatwością mógł zachować status quo, ba, nawet doprowadzić do zwiększenia autonomii Krymu wywierając na Ukrainę odpowiednie naciski gospodarcze, nawet przy jej nowym, nazwijmy go umownie prozachodnim rządzie. Ukraiński premier Jaceniuk całkiem otwarcie zapowiadał zgodę swojego rządu na coś takiego. Jednak Rosja wysłała wojsko, odzierając Zachód ze złudzeń na temat swoich pokojowych intencji i jednocześnie pokazując się jako kraj nieprzewidywalny, lekceważący własne zobowiązania międzynarodowe. Dlaczego?

Pewien bloger powiada, że Putinowi chodziło o upokorzenie Zachodu, pokazanie, że Rosja – czyli on, Putin – może wszystko, a Zachód najwyżej coś tam popiszczy. Inny bloger, w tonie kasandrycznym, ale bardzo elokwentnie, przekonuje, że „Putin woli wojnę”, dąży do likwidacji niepodległej Ukrainy, odbudowy imperium i (co najmniej) do ustanowienia granicy dwóch cywilizacji na Bugu. Ja się z tym drugim blogerem w pewnym stopniu zgadzam, ale dalej nie rozumiem dlaczego właśnie teraz?

Pretekstem do działań Putina była lutowa rewolucja na Ukrainie. Nawiasem mówiąc, pokazuje to dwie rzeczy: Po pierwsze, putinowska Rosja nigdy nie traktowała niepodległości Ukrainy na serio, ale póki w Kijowie rządzili ludzie posłuszni (jak Kuczma czy pogardzany Janukowycz) lub którymi można było łatwo manipulować (Juszczenko, Tymoszenko), Rosja udawała, że toleruje samostijną. Po drugie, w oczach Putina rewolucja lutowa dokonała zmiany jakościowej; to ostatnie jest z jednej strony dobre – Rosja stwierdziła, że Ukraina naprawdę może stać się od niej niezależna! – ale z drugiej złe, gdyż, jak widać, Rosji trudno jest to znieść i interweniuje. Jednak skąd taka ostentacja? Czemu czołgi i blokowanie portów, nie zaś zwyczajowe groźby zakręcenia kurka z gazem, ropą, kredytami?

Naprawdę nie wiem, dlaczego Putin to zrobił, widzę jednak kilka możliwych interpretacji już to jego motywów, już to celów, jakie chciał osiągnąć.

  1. Putin zwariował. Coś w duchu wypowiedzi kanclerz Angeli Merkel, twierdzącej, że Putin stracił kontakt z rzeczywistością. To możliwe, ale mało prawdopodobne. Putin to jednak nie Stalin. Gdyby Władimir Putin naprawdę zwariował, jego bojarzy odsunęliby go od władzy (mają zastępcę w osobie Miedwiediewa). Putin jest wielki, ale Rosja i jej interesy jeszcze większe.
  2. Putin wkurzył się, że na Ukrainie stało się coś, czego nie kontroluje i pod wpływem impulsu postanowił ratować z rosyjskich interesów co się da. To też jest mało prawdopodobne, ale to właśnie jest największa nadzieja Zachodu. Taka sytuacja pozwoliłaby Putinowi wycofać się z twarzą. Rosja zawróci okręty i helikoptery, Ukraina nieco zwiększy autonomię Krymu, a wszyscy będą udawać, że nic wielkiego się nie stało.
  3. Putin nie docenił Zachodu. Myślał, że z Krymem będzie jak z Osetią czy Abchazją: uporządkowanie interesów i wbicie szpili nielubianemu sąsiadowi, ale w sumie małe lokalne zamieszanie, którym nikt się, w gruncie rzeczy, nie przejmie. Putin nie tyle chciał upokorzyć Zachód, ile przetestować, na ile sobie może pozwolić. I przeholował. Krym to jednak nie Abchazja. Wydaje się, że Zachód (do którego w tym kontekście trzeba zaliczać Turcję) jednak się przejął, a Putin sam nie wie, jak tę awanturę zakończyć. To też jest jakaś nadzieja dla Zachodu – trzeba rzecz sprowadzić do punktu poprzedniego. I gdzie, do diabła, jest ta Abchazja?!
  4. Putin się przestraszył. Po pierwsze, utraty Ukrainy, po drugie, powtórki z Majdanu w samej Rosji – nie natychmiast, ale w przewidywalnej przyszłości. Przestraszony uciekł się do największego atutu, jakim dysponuje: do nagiej siły. Postanowił niepokornych Ukraińców ukarać, aby wobec perspektywy podziału kraju, grzecznie przeprosili i pokornie wrócili na łono Matuszki. Ewentualny opór Ukraińców, wezwania do walki z Rosją – jak skrajnie głupi apel Prawego Sektora do muzułmańskich separatystów w Rosji; aż trudno uwierzyć, że to nie była prowokacja – mogłyby posłużyć do zaostrzenia kursu wewnętrznego. Niech wszyscy rosyjscy rewolucjoniści in spe zobaczą, że Putin nie zawaha się użyć wojska. Żadnych złudzeń, panowie.
  5. Putin, z jakichś względów całkowicie dla Rosji wewnętrznych, potrzebował dużego sukcesu międzynarodowego. Olimpiada jednak nie wystarczyła. I dlatego zaatakował Krym.
  6. Putin uznał, że część Ukrainy faktycznie jest już stracona, postanowił więc odzyskać to, co dla Rosji ma znaczenie strategiczne. Przede wszystkim Krym, ale też mocno uprzemysłowioną część wschodnią, a może nawet całe wybrzeże czarnomorskie wraz z Odessą. Poza bezpośrednimi interesami wojskowo-gospodarczymi, południowo-wschodnia Ukraina jest buforem, tarczą osłaniającą europejskie centrum Rosji od ewentualnego ataku z południa. Do reszty Rosja nie będzie zgłaszać pretensji, niech sobie powstanie jakaś Zachodnia Ukraina ze Lwowem i Kijowem, formalnie prozachodnia, faktycznie pełna nastrojów antypolskich, antyniemieckich, antyrumuńskich, w odpowiedzi wywołująca wzrost nastrojów nacjonalistycznych – a więc dezintegracyjnych, odśrodkowych – w Środkowej Europie. W dodatku całkowicie niesamodzielna gospodarczo. Więcej z niej będzie wynikać kłopotów niż pożytku. Kukułcze jajo podrzucone Zachodowi.

Wiem, że te scenariusze ani nie są niezależne, ani zapewne nie wyczerpują całego spektrum możliwości. Mimo wszystko sądzę, że najbardziej prawdopodobny jest scenariusz szósty. Najbardziej prawdopodobny, ale też najbardziej niebezpieczny dla Zachodu. W scenariusz otwartej konfrontacji – w duchu: Ukraina to moja bliska zagranica, mogę tam robić, co chcę, a wam od tego wara – jednak nie wierzę.

Dalej jednak nie wiem czemu prezydent Putin się na to zdecydował.

Opera rara, 20 lutego

George Frideric Haendel, Admeto. Il Complesso Barocco, dyrygował Alan Curtis.

Admeto należy do cyklu oper, w których równorzędne role mają dwie prima donny. Gdy Admeto powstał prawie 290 lat temu, cieszył się dużą popularnością, a to ze względu na rywalizację dwu czołowych sopranistek tamtych czasów i emocje publiczności, której część popierała jedną, część drugą panią. Gdy zaś Alan Curtis najpierw wystawił, potem nagrał tę operę po ponad dwustu latach nieobecności na scenie, było to wydarzenie sensacyjne: Curtis należał do pionierów grania utworów barokowych na oryginalnych instrumentach i w sposób, w jaki – jak sądzimy – były one wówczas grane. Co ciekawe, w nagraniu Curtisa rolę tytułową śpiewał René Jacobs, dziś sam będący wielkim dyrygentem oper barokowych. Nie wiedziałem, że zaczynał swoją karierę jako kontratenor.  

Tyle historii. Admeto muzycznie nie porywa. To, moim zdaniem, jedna ze słabszych oper Haendla. Wszystko niby jest w porządku, ale nie ma tam nic wybitnego, a choćby wpadającego w ucho (tak, jestem zmanierowany, dobry mi nie wystarcza, oczekuję wybitnego). Dopiero w ostatnim akcie pojawiają się dwie wyraźnie lepsze arie: Gelosia spietata Aletto (Alceste – Jose Maria Lo Monaco) i E che ci posso far (Antigona – Emöke Baráth). Właściwie należałoby także zwrócić uwagę na duet Alma mia, dolce ristoro (Admeto – Sonia Prina – i Antigona), ale nie. Po raz kolejny przekonałem się, że Sonia Prina nie sprawdza się w Haendlowskich duetach, nie z powodów jakichś braków technicznych – broń Boże! – ale po prostu dlatego, że jej niski głos zbyt kontrastuje z sopranem. W efekcie zamiast duetu, gdzie dwa różne głosy powinny tworzyć jedną całość, słyszę dwie przeplatające się i przeszkadzające sobie arie. Tak było w Fermati! No crudel! z Rinalda, w  Caro… Cara… z Giulio Cesare, tak było wczoraj. I choć obok Alana Curtisa to Sonia Prina była największą gwiazdą i dostała największe brawa, dla mnie wyróżniły się Lo Monaco i Baráth, dwie prima donny, choć i im można byłoby to i owo zarzucić (Lo Monaco wpada w krzyk, gdy chce zaśpiewać głośno i wysoko, Baráth brakuje głębi, ma ładny, czysty głos, ale bez dołu).

Libretto tak dziwaczne i skomplikowane, że nawet ja się pogubiłem, a wenezuelskie soap opery wysiadają. Do mojej konfuzji mógł się przyczynić fakt, że z krakowskiego wykonania usunięta została jedna postać (Orindo), która nie znikła jednak z opisu fabuły zawartego w książeczce programowej.

Orkiestra grała – no, tak sobie. Technicznie bez zarzutu, ale jakoś tak bez ikry. Zbyt wolno, zwłaszcza w pierwszej części.

Rekapitulując, koncert poprawny, ale jednak jeden ze słabszych w całym cyklu Opera Rara.

P.s. 23 lutego. Krakowskie Biuro Festiwalowe opublikowało reportaż z koncertu:

Olimpijska euforia

Kraków przeciw igrzyskomPo złotych medalach Justyny Kowalczyk, Zbigniewa Bródki i podwójnym Kamila Stocha – moje najszczersze gratulacje! – premier Donald Tusk z wielkim entuzjazmem wypowiadał się o perspektywach organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie. A cóż właściwie sukcesy w Soczi zmieniają w kwestii organizacji igrzysk? Ano, nic. Igrzyska nadal pozostają bardzo kosztowne – moim zdaniem zdecydowanie ponad możliwości finansowe, a także ponad potrzeby Polski.

Premier mówił o budowie profesjonalnego toru lodowego – w grę wchodzi także zadaszenie któregoś z istniejących torów – tak w perspektywie igrzysk, jak i treningów polskich łyżwiarzy. Piękna inicjatywa, ale czy tor lodowy nie podzieli losu toru kolarskiego w Pruszkowie? Zbudowany w 2008 za 100 mln złotych, pochodzących głównie ze środków Ministerstwa Sportu, w pełni profesjonalny, nowoczesny, najpierw stracił sponsora a teraz niszczeje, gdyż nie ma pieniędzy nawet na zapewnienie odpowiedniego ogrzewania. Przez jakiś czas tor był w ogóle odcięty od mediów. Ja w kontekście olimpijskich planów nieustannie powtarzam, że środki na budowę obiektów olimpijskich zapewne w końcu się znajdą (kosztem innych potrzeb, ale jednak), natomiast nikt nie myśli z czego te obiekty będą utrzymywane po zakończeniu wielkiej imprezy. Los stadionów zbudowanych na Euro2012, krakowskiego stadionu Wisły, a także toru kolarskiego w Pruszkowie, jest tego wymownym przykładem. Takie reprezentacyjne obiekty sportowe, także inne budynki publiczne, białe słonie, budowane w okresie prosperity lub pod presją wielkiego wydarzenia „pokazowego”, stają się kamieniem młyńskim, ciągnącym na dno budżety lokalnych samorządów, którym przychodzi je utrzymywać.

Przy okazji zaobserwować można smutne – ale nieuniknione? – zjawisko politycyzacji sporu wokół organizacji igrzysk. Tomasz Leśniak z inicjatywy Kraków Przeciw Igrzyskom dość naiwnie cieszy się, że wniosek o referendum lokalne, któremu sprzeciwia się Platforma, uzyskał wsparcie grupy radnych PiSu. Przecież PiS nie sprzeciwia się igrzyskom dlatego, że ich organizacja to fatalny pomysł – a jest! – ani raptem nie popiera demokracji lokalnej – PiS to par excellence centraliści. PiS obecnie sprzeciwia się organizacji igrzysk tylko dlatego, że pomysł ten popiera Platforma. W Komitecie Organizacyjnym działają posłowie Platformy, inicjatywa ma wsparcie platformerskich radnych Krakowa, ministra sportu (wyjątkowo nieudanego), a teraz samego premiera. W Polsce wszelkie inicjatywy, projekty nie są oceniane przez pryzmat tego, czy służą ludziom i państwu, ale która grupa polityczna na nich skorzysta. Jest to przekleństwem polskiej polityki. 

Prawdziwe intencje PiSu wobec planów organizacji igrzysk ujawnił wczoraj Adam Hofman w programie Kawa na Ławę. Jestem zwolennikiem wielkich projektów, powiedział. Platformie zarzucił, że stworzycie stanowiska po 100000 dla waszych kolesi, a igrzysk i tak nie dostaniemy, zakończył zaś wymownym hasłem igrzyska tak, Platforma nie. Oto prawdziwa postawa PiSu wobec igrzysk. Politycy jednej i drugiej z głównych partii są równie głupi, nie zwracają uwagi na zagrożenia, a ich jedynym zmartwieniem jest to, aby przeciwnicy przypadkiem nie skorzystali na tej inicjatywie. Mogę sobie doskonale wyobrazić, że po wygranych przez PiS wyborach, gdy ten wymieni skład Komitetu Organizacyjnego, ex-ministrowi Biernatowi i posłance Marczułajtis łuski spadną z oczu i zobaczą, jak niebezpieczny i kosztowny jest pomysł organizacji igrzysk w Krakowie. Zwłaszcza pod szkodliwym kierownictwem PiSu.

Uff. Dla porządku dodam, że premier, mówiąc o budowie profesjonalnego toru lodowego, zapowiadał też budowę „zimowych orlików”, torów lodowych i tras biegowych dla dzieci i młodzieży. I to akurat jest dobry pomysł, należy go bowiem traktować jako inwestycję o charakterze społecznym.

Cios dla Krakowa

Kraków przeciw igrzyskomWczoraj Sztokholm wycofał swoją kandydaturę do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022. Władze Sztokholmu argumentują, że infrastruktura sportowa jest droga i niepotrzebna, część (tor bobslejowy) trzeba będzie po igrzyskach rozebrać, igrzyska są bardzo kosztowne, budżet niewiarygodny, miasto zaś ma ważniejsze potrzeby (program budownictwa mieszkaniowego). Mądrzy Szwedzi.

To bardzo poważny cios dla Krakowa, gdyż jego szanse rosną.

Od dawna już planowałem napisać, że z całego serca, z całej duszy, ze wszech sił jestem przeciwko kandydaturze Krakowa. To, że miasto w ogóle zgłosiło swoją kandydaturę, uważam za szkodliwe, głupie, a nawet niemoralne.

Przeciwko aplikacji Krakowa przemawia przede wszystkim wysoki koszt budowy obiektów olimpijskich (mam świadomość, że sporo ma powstać na Słowacji) i również wysoki, trudny do oszacowania, koszt ich późniejszego utrzymania. Ten ostatni aspekt dość często jest pomijany, a dla mnie jest bodaj najważniejszym argumentem przeciw. Ani Krakowa, ani Polski w ogóle nie stać na budowę białych słoni – reprezentacyjnych obiektów, które po zakończeniu igrzysk będą kulą u nogi samorządów. Nawet jeśli budżet centralny i mityczna Unia Europejska dołożą się do budowy, na pewno nie dołożą się do kosztów późniejszego utrzymania. Czy los Hiszpanii i los stadionów zbudowanych na Euro2012, a w Krakowie los stadionu Wisły, niczego nas nie nauczył? Ile milionów budżet państwa dokłada do utrzymania Stadionu Narodowego? Ile dokładają poszczególne miasta? Jaki wkład do kryzysu w Hiszpanii ma konieczność utrzymywania obiektów publicznych, zbudowanych w okresie obfitego finansowania unijnego? A z innej beczki, czy boom budowlany przed Euro przyczynił się do rozkwitu branży budowlanej, czy też raczej do jej upadku? Dlaczego znowu chcemy popełniać te same błędy?! 

Nawiasem mówiąc, wykorzystanie pieniędzy europejskich na budowę obiektów sportowych byłoby czystym marnotrawstwem. Czystym, bezmyślnym marnotrawstwem. 

Kraków jest miastem bardzo zadłużonym. Miasto oszczędza na oświetleniu ulic, dogęszcza klasy w szkołach, „optymalizuje” koszta żywienia dzieci w szkołach (na czym tracą najbiedniejsi), kontempluje zamykanie Młodzieżowych Domów Kultury, obcina dotacje na imprezy kulturalne, skądinąd stanowiące świetną reklamę Krakowa, nie ma środków na likwidację niskiej emisji, więc podnosi lokalne podatki i opłaty, oszczędza na komunikacji miejskiej, skracając i likwidując linie autobusowe, rozszerza strefę płatnego parkowania, nawet nie ukrywając, że głównym powodem jest chęć zwiększenia wpływów do kasy miasta – ale powiada, że będzie miało jakiś miliard, żeby dołożyć się do budowy obiektów olimpijskich. Na razie wysupłało kilkanaście milionów (nb, więcej, niż zyska na podwyżce opłat za wieczyste użytkowanie) na przygotowanie dokumentacji aplikacyjnej. Władze miasta twierdzą, że nie zorganizują referendum lokalnego żeby dowiedzieć się, czy mieszkańcy są za, czy przeciw organizacji ZIO, gdyż referendum byłoby zbyt drogie, ale wydaje duże pieniądze na przygotowanie wypasionych spotów reklamujących ZIO w Krakowie. Takie postępowanie wydaje mi się niemoralne. Czyta to ktoś z moich znajomych, krakowskich radnych i działaczy politycznych? Powtórzę: postępowanie miasta, w rządzeniu którym uczestniczycie, uważam za niemoralne. 

Przeciwko kandydaturze Krakowa przemawia też fatalna infrastruktura drogowo-kolejowa (o tym oraz o argumentach zwolenników organizacji ZIO napiszę osobno), zanieczyszczenie powietrza w Krakowie i całkowita niepewność tego, czy w Polsce będzie śnieg! W Krakowie w miesiącach zimowych rządzi smog i owszem, jego głównymi źródłami są niska emisja i transport samochodowy, jakoś można (i powinno się – ale miastu brak środków w budżecie!) z tym walczyć, ale sporą winę ponosi samo położenie Krakowa, ukształtowanie terenu, którego jednak nie da się zmienić. Co zaś się odnosi do śniegu, to zima taka, jak w tym roku, nie byłaby niczym nieprawdopodobnym. I co wtedy?

Poza Krakowem, kandydatury zgłosiły Oslo, Ałma Ata (Almaty), Lwów i Pekin. Chyba przyjdzie kibicować Ałma Acie?

Chlew umysłowy

W niedawnym Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej Robert Siewiorek ostrzegał, że my, ludzkość, możemy trafić do umysłowego chlewa (odnoszę się tu do wersji z wydania papierowego artykułu, którą przeczytałem dopiero dziś rano i stąd moje wzburzenie). Autor, cytując licznych wcześniejszych badaczy, wzywa do odbudowania statusu humanistyki, gdyż jeśli nie, grozi nam, że

przetrwają nauki stosowane (technologia i medycyna). Nauka czysta jest […] skazana na unicestwienie, bo coraz bardziej zagrażają jej wszelkiej maści fundamentaliści religijni, kreacjoniści, technofoby i skąpi, ograniczeni politycy […] jakby znaczenie miała dla nas tylko taka wiedza, która pozwala skonstruować kolejny gadżet […], obiecująca konsumenckie zadowolenia, zaspokojenie pragnień, lepszą zabawę i więcej wszystkiego

albowiem

mamy drugą dyktaturę ciemniaków – zwulgaryzowaną technopopkulturę z jednej strony i agresywny pseudohumanistyczny zabobon z drugiej.

Wszystko byłoby pięknie, wypadałoby tylko przyklasnąć i rozpowszechniać te trafne ostrzeżenia, gdyby nie jeden drobiazg. Pisze Siewiorek:

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, łysi nie wyliby na wykładach prof. Baumana. Natomiast poznański Uniwersytet Ekonomiczny nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny ks. prof. Bortkiewiczowi, wrogowi gender, żłobków i zatrudniania kobiet. Wykładu, dodajmy, w którym moderatorem światopoglądowego sporu stały się pałki i paralizatory.

Szlag mnie trafił. Jakiś inny redaktor równie dobrze mógłby napisać

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, faceci w sukienkach nie zrywaliby wykładu ks. prof. Bortkiewicza. Natomiast Uniwersytet Wrocławski nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny prof. Baumanowi, stalinowskiemu zbrodniarzowi.

Prawda, że to ta sama poetyka? Niestety, „kulturowa lewica” – do której mimo wszystko mi bliżej, niż do katolickich integrystów, ale tylko odrobinę – najwyraźniej uważa, że gdy „łysi” zrywają wykład autorytetu lewicowego, jest to hańba i zagrożenie swobodnej wymiany myśli, natomiast jeśli „aktywistki i aktywiści feministyczni” zrywają wykład autorytetu kościelnego, są to uprawnione działania w ramach „sporu światopoglądowego”. I owszem, panie redaktorze Siewiorek, argument z autorytetu dr hab. filozofii Magdaleny Środy, iż Bortkiewicz

kwestionuje naukowość pewnej gałęzi humanistyki i nauk społecznych

ma dokładnie taką samą wartość, jak argument z autorytetu ks. dr. hab. filozofii Dariusza Oko, iż 

ideologia gender niszczy małżeństwo i rodzinę oraz przyczynia się do rozwiązłości seksualnej.

Są to stanowiska autorytarne, oparte wyłącznie o przekonania wygłaszających je osób, z założenia negujące prawomocność argumentów strony przeciwnej. Chodzi mi więc o to, że w Polsce zupełnie brak jest dialogu. Ideolodzy jednej i drugiej strony toczą swoje monologi, wygłaszają kazania do wierzących i uważają, że ideologów przeciwnych lepiej jest zakrzyczeć, niż wysłuchać. Kryje się za tym, w istocie, niepewność własnych racji: Jeśli bowiem owi przeciwni ideolodzy plotą bzdury, przecież nie mogą nikogo przekonać – bo głoszą bzdury – więc niechby sobie mówili. Ale jeśli trzeba ich zakrzyczeć, uniemożliwić im swobodną wypowiedź, to chyba tylko dlatego, że mogliby kogoś przekonać, przekabacić na swoją modłę. Jednak skoro tak, to być może ich tezy nie są całkowicie bzdurne.

Tymczasem ideologicznych przeciwników – dopóki mówią, a nie walą w mordę – trzeba wysłuchać. Po pierwsze dlatego, że każdej koncepcji dobrze robi konieczność odpowiedzi na krytykę, nawet niesprawiedliwą. Po drugie, choć ideologicznych przeciwników zapewne nie uda się przekonać, pozostaje jeszcze „milcząca większość”, środek, który przekonywać zawsze warto. Tym bardziej, jeżeli debata nominalnie dotyczy dobra i praw owej milczącej większości.

Tolerancja oznacza przyzwolenie na głoszenie poglądów, z którymi się żywiołowo nie zgadzamy. Nie oznacza to adherencji do owych poglądów, a jedynie ich prawo do istnienia w przestrzeni publicznej. Tę prawdę pojmował Voltaire. Tej prawdy nigdy nie pojął Kościół (ktoś mógłby skomentować, że Kościół jak najbardziej ją pojął i dlatego jest przeciwnikiem tolerancji). Jest niezwykle smutne, że prawdy tej nie pojmuje współczesna lewica. W ten sposób lewicowi ideolodzy sami włączają się do obozu agresywnego pseudohumanistycznego zabobonu.

Opera rara, 12 grudnia

Z kronikarskiego obowiązku, z dwutygodniowym opóźnieniem, donoszę, że 12 grudnia odbył się kolejny koncert z cyklu Opera Rara: Francesco Maria Veracini, Adriano in Siria, grała Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi (bez muszki!). Pełna obsada – tutaj.

Nieznany mi dotąd Veracini był włoskim kompozytorem, działającym w Londynie w czasach Haendla. Należał do grupy kompozytorów rywalizujących z Haendlem, z którymi ten w końcu przegrał. Można więc powiedzieć, że skoro dziś podziwiamy opery Haendla, ciekawe jest usłyszeć co się ówczesnej publiczności bardziej podobało.

Z opery zachowały się tylko arie, duety i sinfonie; recytatywy musiał dopisać Biondi. Libretto jest bardzo luźno i kompletnie ahistorycznie oparte o perypetie cesarza Hadriana w czasach jego wojen z Partami. Arie tej opery są dosyć długie, pełne technicznych trudności, bardzo wymagające, ale wykonawcy byli w dobrej formie i nieźle sobie z nimi radzili. Szczególnie dobrze radziła sobie Ann Hallenberg (Farnaspe), a już zwłaszcza w mistrzowsko wykonanej arii Amor, dover, rispetto kończącej akt drugi.

Był tylko jeden problem: To jest po prostu kiepska muzyka.

Odniosłem wrażenie, że długość arii i wszystkie te chwyty techniczne – bardzo wyrafinowane! – miały przesłonić fakt, iż kompozytor muzycznie nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

I tu nie mogę się powstrzymać od pytania: Po co takie dzieło wystawiać, w szczególności, po co je kompletować, dopisując recytatywy? Wystarczyłoby nagrać kilka najlepszych arii (i tak gorszych od przeciętnych arii Haendla), a jeśli już koniecznie wystawiać całość, czy śpiewacy nie mogli by zachowanych tekstów recytatywów po prostu, hm, recytować? Jakość muzyczna dzieła nie usprawiedliwia wymagania „integralności”, a jeśli argumentem miało być to, żebyśmy mogli usłyszeć, co się osiemnastowiecznym Londyńczykom podobało bardziej od Alciny – czego zresztą pojąć nie mogę – to jednak recytatywy skomponowane przez Fabio Biondiego pozostają dwudziestopierwszowiecznymi kompozycjami Biondiego, nie zaś osiemnastowiecznymi kompozycjami Francesca Veraciniego. Po cóż więc Biondi to zrobił? Żeby pokazać, że potrafi? Owszem, potrafi. No i…?